Secrets of London
[Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+---- Dział: Knieja Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=31)
+---- Wątek: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE (/showthread.php?tid=1118)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29


RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Victoria Lestrange - 23.03.2023

Wampiry może i nie mogły mieć biologicznych dzieci ze względu na jedno maaaciupeńkie ograniczenie swojego ciała, ale przecież były zdolne do wszystkiego innego. Do trzymania drugiej osoby za rękę, do przytulania, do pocałunków… Ale przede wszystkim były zdolne do odczuwania całej palety emocji oraz uczuć względem drugiej osoby. Od nienawiści aż po miłość. A to były wszak uczucia, które mogły człowieka przytłoczyć, albo wręcz go wypełnić. Dzisiaj, za sprawą magicznego rytuału wzajemnie wypełniała ich miłość. Może nieprawdziwa, ale nie była zbudowana na czymś całkowicie nieistniejącym. I kiedy ten pierwszy szał, który przysłaniał oczy, opadał, to wcale nie robiło się niezręcznie, że się temu poddali i do siebie zbliżyli bardziej niż kiedykolwiek, nie działo się też nic takiego, by nagle między nimi miało zacząć brakować słów.

Przytyki do ich – wtedy przyszłego – narzeczeństwa Sauriel robił co jakiś czas, jak na przykład nazywał ją panią Rookwood, ale zwykle było w tym mnóstwo sarkazmu. Teraz go z kolei nie wyczuła i nie odsunęła się, ani nie trzepnęła go w dłoń, kiedy ją wyciągnął i dotknął jej twarzy. To był gest… na który też pozwoliła mu pierwszy raz. W końcu poprzednią „próbę” zwieńczyła z liścia.

- Jak cytryna – nikt nigdy nie nazywał Victorii słodką. Zdystansowaną, zimną, z kijem w tyłku służbistką, cudownym kandydatem na sędzinę – owszem. Ale słodką? - Wiesz, w każdej pracy obowiązują przerwy, trzeba sobie trochę odpocząć – i to była jej przerwa. To, że nie spodziewała się, że zostaną na jakiś czas zmienieni innymi parami, to inna sprawa. - Nie wiem skąd przeświadczenie, że mam kija w tyłku – stwierdziła przy okazji, i w końcu sięgnęła dłonią po tę jego, którą trzymał przy jej twarzy. Złapała go i ściągnęła, ale wcale nie puściła. - Jaskini – prychnęła ze śmiechu. - Ta twoja piwnica nie jest taka zła – stwierdziła po chwili i uśmiechnęła się do niego. A potem lekko ściągnęła brwi, kiedy Sauriel odszukał z nią kontakt wzrokowy i spoważniał.

- Zawsze na siebie uważam – nie była porywcza. Nie rzucała się do przodu bez pomyślunku. Jednak zmartwienie o jej bezpieczeństwo było rozczulające. Nie wiedziała nawet połowy tego, jak bardzo było źle, ale gdyby wiedziała – to jego troska nie byłaby ani trochę mniej ważna, a może wręcz przeciwnie. Czy więc pomimo tego, że zostali siłą wciśnięci w tę relację, Sauriel przywiązał się do niej na tyle, że nie chciał jej stracić? Czy po prostu nie życzył jej źle? Victoria, o ile Rookwood nie zabrał dłoni, którą ona trzymała, ścisnęła jego rękę nieco mocniej, chcąc go zapewnić, że wszystko będzie dobrze, że będzie uważać. - To całkiem miłe, że się martwisz – stwierdziła w końcu.

- Masz zegarek. Która godzina? – nie widziała zegarka, ale wiedziała, że Sauriel go nosi, założyła więc, że ma go też teraz. A chciała wiedzieć ile dokładnie ma jeszcze czasu do końca tej przerwy.




RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Atreus Bulstrode - 23.03.2023

Atreusowi nie było do śmiechu. Nie miał na to czasu, bo jego serce płonęło. Widok Brenny rozpalał całe jego ciało i zatracał się w tym uczuciu niemal bez pamięci. Kiedy wywinęła swoją dłoń, nie zraził się, a nawet ucieszył, bo zaraz sama postanowiła obdarzyć go dotykiem, chłodną skórę przykładając do czoła. Wykorzystał to i tym razem za nią złapał.
- To nie gorączka, moja droga. To płomień naszej miłości - oświadczył poważnym tonem, uśmiechając się do niej niemalże błogo. Zaraz jednak przybrał poważniejszą minę. - Jestem śmiertelnie poważny! - oznajmił jej, dobitnie wypowiadając składające się na to zdanie słowa. - Powiem ci więcej, nigdy w życiu nie byłem bardziej poważny. Jesteś światłem mojego życia i nie wiem jak do tej pory mogłem kroczyć przez nie bez Ciebie. - przyciągnął jej dłonie do swojej piersi, zamykając je w uścisku. - Nie mam pierścionka - mówił szybko, niemal z desperacją, ale też wyraźną pasją w głosie. - Ale nic co do tej pory przeżyłem, nie mogło przygotować mnie na objawienie, którego dzisiaj doznałem. Stoję przed tobą z otwartym sercem i proszę. Nie, błagam. Brenno Longbottom, czy uczynisz mi ten zaszczyt i spędzisz ze mną resztę życia?
Patrzył na nią z nadzieją. Czekając i czujnie ją obserwując, jakby jej zgoda miała być faktycznie najdroższym momentem jego życia. Spełnieniem najskrytszych marzeń.


RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Brenna Longbottom - 23.03.2023

W porządku. Coś na pewno namieszało mu w głowie. Bardzo. Bardzo. Bardzo namieszało mu w głowie. Nie pomyślała o herbacie i amortencji, ale o tym, jak przedziwnie się czuła, kiedy weszła na ten cholerny słup. Najwyraźniej jego magia trafiła mocniej. To chyba jednak był już moment, w którym powinien zacząć dochodzić do siebie, skoro ona odzyskała zdrowy rozsądek... Cholera, chyba faktycznie będą potrzebowali jakichś egzorcyzmów.
- Tak, tak, jasne, jak tylko pokonasz pięciu śmierciożerców, masz moją rękę – stwierdziła nieco zgryźliwie, z trudem powstrzymując się przed przewróceniem oczyma. Zachowanie Bulstroda było tak nienaturalne, że nikt nie wziąłby go na poważnie, a Brenna… zawsze traktowana przez kolegów jak kumpel, nawet normalniejszego nie potraktowałaby pewnie jako prawdziwej propozycji.
- Uwaga, Atreus, powtarzaj za mną. Jestem od jakiegoś czasu zaręczony z inną kobietą. Muszę się otrząsnąć. Moja narzeczona jest wspaniała, a Brenna jest walnięta i nie mogę oglądać się za walniętą dziewczyną. W dodatku jestem z Prewettów, więc narzekanie na nieprzekupność Longbottomów to mój święty, rodzinny obowiązek, inaczej wyrzekną się mnie wszystkie duchy przodków - wyrecytowała. (O tej nieprzekupności, przynajmniej w większości wypadków, zresztą jeden z jego krewnych miał okazję się przekonać ledwo parę tygodni temu, gdy aresztowała mu krupiera…)
- A... jeśli to za mało, to uwaga, mam dla ciebie absolutnie przerażającą informację. Nigdy nie grałam w żadną grę hazardową. Kasyno odwiedziłam może raz w życiu, i to jego zaplecze, by porozmawiać z Seraphiną.
Jeżeli wdał się w matkę, nawet magia Beltaine nie powinna wytrzymać takiego zderzenia ze straszną rzeczywistością.


RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - William Lestrange - 23.03.2023

Znaczenie kwiatów było tym, co on chciał czuć, co potrzebował małżonce przekazać, co dobrze byłoby uzyskać tym rytuałem. Mógł być naukowcem badającym mózg i zagadnienia przyrodnicze, ale zgłębił też tematy wiary, bo siłą rzeczy, w niej też były informacje dotyczące śmierci. Wiedział na jakiej zasadzie działają podstawowe rytuały.
Tak jak sobie życzyła - nie próbował jej łapać. Nie musiał też, bo po prostu zsunęła się ze słupa.
- Podsadzę cię, może będzie ci łatwiej, co? - zaproponował - W ostateczności, to nasz wspólny wianek, wspólna relacja, więc dobrze jest współpracować... W najgorszym wypadku spadniesz na mnie, a nie na ziemię - dodał jeszcze, bo nie chciał brzmieć, jakby uważał, ze Eden nie wyjdzie, a jedynie oszczędzić małżonce fatygi. Sam zdawał sobie sprawę, że wspięcie się na ten słup wymagałoby od niego dużego uporu i wykorzystania siły mięśni.
Gdybym nie spędził całego życia w bibliotece, może mógłbym zwinnie się wspiąć, ale na co to komu, pomyślał z przekąsem, widząc jak niektórzy mężczyźni zwinnie skaczą po drewnianych palach. Niepotrzebna była tu zazdrość, liczyła się metoda, ale czy będzie skuteczna?
Patrząc na to, jak ich małżeństwo funkcjonowało, mogło się to skończyć całkowitym fiaskiem i nie powinni się dziwić.

Próba podsadzenia Eden tak, aby łatwiej było jej ze wspinaniem:
[roll=O]


RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Patrick Steward - 23.03.2023

Patrick posłał Florence ciepły uśmiech. Kiwnął głową. Prowadząc ją w miejsce, gdzie były tańce, nie myślał o zbliżającym się ataku Lorda Voldemorta. Myślał o tym, że prowadził obok siebie kobietę, z którą naprawdę chciał zatańczyć. Przyjaciółkę, która nie tylko była błyskotliwa i mądra, ale też śliczna a on życzył jej w życiu wszystkiego co najlepsze. I jeśli teraz, choć jeszcze przez chwilę mógł odwlec w czasie to, co nieuniknione, to chciał to zrobić.
Pojawienie się szeptuchy sprawiło, że musieli wrócić do rzeczywistości. Odprowadził wieszczkę wzrokiem, marszcząc przy tym czoło. Magiczny moment minął i tak przeciągany przez niego zbyt długo. Tym razem to on zdecydował się, by odprowadzić Florence na bok.
- Ona chyba chciała powiedzieć, że już najwyższy czas byś ruszyła do sadu Longbottomów – zauważył cicho. Nie chciał by jego słowa zabrzmiały jak wymuszone pożegnanie, ale trochę takiego nabrały charakteru.
Beltane ciągle trwało, ale lada moment jego trwanie miało zostać przerwane przez atak śmierciożerców i Lorda Voldemorta. A patrząc na twarz Florence, Patrick pomyślał, że nie darowałby sobie, gdyby przebywała w pobliżu podczas, gdy to się wydarzy.



RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - William Lestrange - 23.03.2023

Nie chciał się tak łatwo poddawać, więc gdy przy pierwszej próbie podsadzenia kobiety, praktycznie wyślizgnęła mu się z rąk, zanim dokonali czegokolwiek, zawziął się bardziej. Potarł lekko spoconymi rękoma o materiał szaty i poprawił ją, biorąc całe to abstrakcyjne przedsięwzięcie na poważnie, chociaż było absurdalnie idiotyczne.
- Jak kraść konie to razem, jak spadać ze słupów to z pierdolnięciem - podsumował ich próby i zabrał się do pracy, chcąc jeszcze conajmniej dwa razy dać sobie szansę na podsadzenie żony, z każdej możliwej strony słupa, tak, aby wsadziła ten zakichany wianek z rabatkami na samiusieńki szczyt tego drewnianego cholerstwa wyrastającego z ziemie.
To było personalne, oni kontra słup.

[roll=O]
[roll=O]


RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Florence Bulstrode - 23.03.2023

Pojawienie się Szeptuchy przegnało wszelką chęć do zabawy równie skutecznie, co pojawienie Florence w sali stażystów odbierało ich dobry nastrój. Bulstrode najeżyła się, gdy kobieta do nich podeszła, zdecydowana, że tym razem jeśli usłyszy coś dziwnego, to pójdzie za tą wieszczką i wybije jej z głowy psucie zabawy zwykłym ludziom oraz wyjaśni dobitnie, dlaczego wygłaszanie wróżb osobom, które sobie tego nie życzą, nie jest uprzejme. Tym razem jednak...
- Hm - mruknęła z zastanowieniem Bulstrode, trochę skonsternowana. - Ostatnim razem wydawała mi się trochę straszna, a teraz... Właściwie to sama nie wiem, jak to określić.
Może chodziło o to, że tym razem znacznie łatwiej było jej zignorować słowa Szeptuchy. I nawet przyćmiły te wypowiedziane ostatnio, które tak długo dźwięczały w głowie uzdrowicielki.
Czym ja ciebie chcę zaskoczyć?
- Tak - zgodziła się z nim tylko, z pewnym smutkiem, puszczając jego dłoń. – Do zobaczenia – powiedziała. Oby było to zaklęcie, a nie klątwa.
A potem obróciła się i odeszła w stronę ścieżki, prowadzącej do Doliny, by zniknąć z Polany jeszcze nim niebo zabarwiło się na granatowo. Modląc się do Matki o bezpieczeństwo braci, Patricka, wszystkich bawiących: o to, by znaki, które widzieli wróżbici kłamali, a jej własny sen z dnia Ostary pozostał tylko snem.
Postać opuszcza sesję



RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Atreus Bulstrode - 23.03.2023

W jego mniemaniu wszystko było w jak najlepszym porządku. Po prostu nagle doznał olśnienia. Przebudził się jakby z zimowego snu, by dostrzec w Brennie nie partnerkę, i to do tego z BUMu, a prawdziwą kobietę, której miejsce znajdowało się nigdzie indziej, a u jego boku. W jego głowie właśnie wszelkie elementy jakiejś wcześniej nieodkrytej układanki, wsuwały się na miejsce, tworząc piękny, obiecujący obrazek. Ona z jego nazwiskiem przyczepionym do swojego imienia. On u jej boku, stojący na straży dobrego imienia ich rodziny. Dzieci, z których każde będzie umiało tak świetnie wspinać się na drzewa jak ich mama i które będą tak fenomenalnie grać w karty jak on. Do tego rodzina będzie zadowolona, bo przecież Brenna miała otwarte Trzecie Oko, co tylko umacniało krew Bulstrodów.
- Ona i ja, to tylko przegrana gra w karty - rzucił może nieco enigmatycznie, a przynajmniej dla niej. Longbottom nie mogła wiedzieć, że jego narzeczona uzyskała to urocze miano tylko dlatego, że przegrała z nim grę w karty. Oprócz tego... cóż... był tylko znajomą twarzą. Ładną twarzą. O w miarę kompatybilnym charakterze, jeśli tak mógł to określić.
- Brenna Longbottom to najwspanialsza kobieta, jaką w życiu poznałem - odpowiedział jej poważnym tonem, nie dając się zwieść jej słowom. Mogła się wykręcać, zniechęcać go, ale on nie miał zamiaru się poddawać. - Wiem, że się boisz. To, co jest między nami może wydawać się nowe i zbyt wielkie, jednak ja jestem gotów podjąć to ryzyko. Dla ciebie. - powiedział miękko, uśmiechając się do niej delikatnie i nieco mocniej ściskając jej dłonie. Jakby w ten sposób chciał jej dodać siły.
- Najważniejsza gra, to ta, która nazywa się miłość, a w nią nikt tak naprawdę nie umie grać. Jestem jednak gotowy postawić wszystko na jedną kartę. Proszę, zaryzykuj ze mną.


RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Avelina Paxton - 23.03.2023

Widząc jego radość w serduszku Aveliny rozpływało się przyjemne ciepełko. Mimo swojej aspołeczności lubiła, gdy ludzie wokół niej radowali się. Była specyficzną osobą, która z własnej woli często urywała kontakt z innymi, ale gdy poznawała nowe osoby starała się tryskać energią. Teraz nie miała szansy poznać Godryka, ale to jej nie przeszkadzało. Beltane miało swoją magię i czerpała z niej garściami.

— Polecam się w takim razie na przyszłość! – odpowiedziała starając się rpzekrzyczeć hałas panujący wokół. Gdy złapał jej dłoń nie wyrwała jej, pozwoliła mu na to, aby ją zaciągnął do tańca. — Czekaj, czekaj! – krzyknęła i w biegu zdjęła swoje buty, które wrzuciła w pośpiechu do torebki bez dna.

Dawno się tak dobrze nie bawiła, radowała się całą sobą tańcząc i pozwalając się mu prowadzić. Pozwoliła sobie mu zaufać, aby tego wieczora w tym tańcu prowadził ją jak tylko mu się podobało. Taniec był dziki, nieprzewidywalny, szalony, a Avelina wesoła i pełna energii. Przysuwała się do niego, odsuwała, okręcała, skakała i wesoło się śmiała. Jej kolorowa suknia w kwiaty wirowała wokół niej sprawiając wrażenie jakby Theodore tańczył z rusałką.




RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Vespera Rookwood - 23.03.2023

Rozluźniła się i to bardzo, ale do tego nie potrzebowała jego krwi. Wystarczył on, ponieważ wyzwalał w niej najdziwniejsze na świecie emocje, których nie potrafiła zrozumieć. Nigdy nie była na tyle szalona, aby pokazywać się w miejscach  publicznych z kochankami. Czasami się zdarzało, ale było to przez nią zaplanowane do wzbudzenia kontrowersji. Teraz jej na tym nie zależało. Chciała się z nim bawić, chodzić po muzeach, tańczyć w deszczu. Chciała czerpać z tego, co dawał jej ten dziwny rozwodnik.
Jego spojrzenie, błysk, nuta tajemniczości sprawiała, że nogi jej się uginały. Działał na nią lepiej niż afrodyzjak. Słysząc jego pytanie przechyliła głowę na bok. Bimber.

— Nie zdarzyło mi się. – odpowiedziała mu szczerze. Mogła skłamać, potrafiła, ale po co? Był to zwykły, domowy alkohol. Dziewczyna zwykle starała pić tak, aby być nadal w pełni świadoma, nigdy nie upijała się do nieprzytomności, ponieważ lubiła mieć kontrolę nad swoim życiem. Bimber brzmiał groźnie zważając w jakim miejscu była.

Gdy zaciągnął ją do innych ludzi na ustach miała nadal dziwnie zadowolony jak na nią uśmiech. Zauważyła, że zaczęła się tak uśmiechać dopiero jak poznała Perseusa. Nie sądziła, że potrafiła zdobyć się na takie gesty jak szczery uśmiech. Dzisiejszy dzień zdecydowanie był przeklęty.

Nim zdążyła jednak się odezwać poczuła czyjąś dłoń na swojej. Odwróciła gwałtownie głowę w kierunku intruza, a na jej twarzy wymalowało się zaskoczenie pomieszane z nutką strachu. Oczy Szpetuchy nie były dla niej zbyt przyjemne, ale wysłuchała, co miała jej do powiedzenia. Chciała zapytać o więcej szczegółów, ale ta zniknęła wraz osobami, które ją oddzieliły od niej. Stała tak przez chwilę gapiąc się w przestrzeń, a serce łomotało jej w piersi. Całe to upojenie jakie miała przed chwilą właśnie wyparowało. Odwróciła się do Perseusa i posłała mu uśmiech. Mogła te słowa interpretować na różny sposób ale teraz nie miała czasu na to, aby o tym myśleć. Podeszła do swojego dzisiejszego partnera, złapała od niego piersiówkę i wzięła niewielkiego łyka krzywiąc się przy tym nieznacznie.