![]() |
|
[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele (/showthread.php?tid=3340) |
RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Florence Bulstrode - 16.06.2024 Gdyby wiedziała, że pokrzyżowała plany Eden, dotyczące upokorzenia Perseusa, być może byłaby z siebie dumna. Nie uważała Malfoyówny – Lestrangówny – Mulicberówny – a może – już – wkrótce – Moody za wroga, bo i ta nie miała dostatecznego wpływu na życie Bulstrode, ale w szkole nigdy za sobą nie przepadały. Florence przypatrywała się Perseusowi uważnie. Chłód nie opuścił jasnych oczu, gdy zapewnił, że chodziło mu o raczej nieszkodliwe rzeczy, bo nie była pewna, na ile mu wierzyć – i czy przypadkiem nie udzielił mylnych instrukcji kelnerom. Z drugiej strony to było wesele Blacków. Mogła sobie wyobrazić, jak wydziedziczają go za to, że jakiś stryj zamienił się w kapibarę – czy Perseus odważyłby się na takie ryzyko? Chociaż sam przyznawał, że kapibary miały się pojawić. – Wnioskując po tym, że mój brat postanowił pobić kogoś z powodu dziewczyny, o którą jeszcze chwilę wcześniej zupełnie nie dbał, a jego… znajoma zapałała wielkim afektem do ciebie, choć jak sądzę, nie mieliście okazji dotąd się spotkać, tak, w niektórych drinkach znalazła się amortencja, Perseusie. Nie wiem, czy ktoś postanowił sabotować wesele, ale serwowanie takich rzeczy zdaje mi się albo przejawem skrajnej bezmyślności, albo próbą zamienienia przyjęcia w ruinę – poinformowała. Ton miała bardzo spokojny, chociaż spokojna w pełni nie była. Złość wprawdzie opadła, ale odrobina irytacji i pewien niepokój wciąż tliły się w sercu uzdrowicieli, zwłaszcza że wciąż zastanawiała się, co planują jej brat i „kuzynka Amelka”. Uśmiechnęła się, bardzo chłodno, gdy Black zapewnił ją, że mają tu tylko jednego przedstawiciela prasy. O święta naiwności! – I oczywiście, wszyscy goście, którzy widzieli na parkiecie, jak Atreus rzuca się na młodego Rosiera z powodu dziewczyny w jasnej sukience, doznają cudownym sposobem zaniku pamięci? I nikt z nich nie opowie o niczym swoim krewnym i znajomym, nic nie dotrze do uszu dziennikarek Czarownicy, nic nie trafi na łamy tego… szacownego periodyku? – zapytała, niemalże łagodnie, ale potem wskazała na wejście. Nie oczekiwała przecież odpowiedzi na te pytania: nie wątpiła, że plotki się pojawią, że ktoś wspomni o tym w Kronice Towarzyskiej i że po prostu Bulstrodowie będą musieli sobie z tym poradzić. To nie była jeszcze wielka tragedia, nawet jeżeli nie była zadowolona. – Może to czas pójść rozmówić się z kelnerem? RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Lyssa Dolohov - 17.06.2024 Stoję przy barze i rozmawiam z Ulyssesem
Lyssa całkiem dobrze radziła sobie z dzieleniem uwagi między powłóczyste spojrzenia, które zaczęła swojemu nowemu rozmówcy posyłać, a osuszanie sukienki. Chociaż to drugie akurat, zdawało się zajmować o wiele mniej jej uwagi. Rookwood mógłby jej co prawda w tym całym procesie pomóc, ale co najwyżej za pomocą jakieś zaklęcia, bo tak jak on chciał unikać dotyku ze swoich powodów, tak Mulciber miała wrażenie, że wciąż jeszcze czuła nieznośne, uwłaczające spojrzenie Alexandra, nawet jeśli ten dawno zniknął z zasięgu jej wzroku. Zamrugała. Jakiej? Jak to jakiej. Znaczy miło, że pytał ją o jej zdanie, ale przecież nie próbowała od niego wyłudzić odrobiny uwagi po to, żeby to na nią zrzucał całą odpowiedzialność za wybrany sposób na spędzenie czasu. Coś było w tych pytaniach takiego, że poczuła narastające zniechęcenie, które gwałtownie zastąpiło tak wyraźne jeszcze przed chwilą zainteresowanie. Najwyraźniej jego ładna twarz wcale nie szła w parze z intelektem. Westchnęła, odkładając te serwetki na bok, jakby właśnie trochę zdenerwowana, że nic nie było tak, jakby sobie tego życzyła. Nawet jeśli sama nie była do końca pewna, czego od Ulyssesa w tym momencie oczekiwała. - I know you, I walked with you once upon a dream - słowa, którymi chciała go skrytykować, wcale nie chciały przejść jej przez gardło, jakby ciało buntowało się wobec tego, czego żądała od niego głowa. Tekst układał się w melodię, którą niewątpliwie ratowało artystyczna edukacja w Beauxbatons. Chociaż, gdyby miała wybierać, wolałaby mu namalować co teraz czuła. Nie mieli może takiej klątwy w którymś z tych drinków? - You'll love me at once - zmarszczyła brwi, wyraźnie niezadowolona, kiedy kolejna próba powiedzenia czegokolwiek z sensem skończyła się fiaskiem. Podniosła ręce do twarzy w jakimś niezdecydowanym geście, a w oczach powoli zaczęła malować się panika. - The way you did once upon a dream - każde kolejne słowo było jak zdrada, a jednocześnie miała wrażenie że jest przełomem i po nim wszystko wróci do normy. Ale im dalej w las, tym muzyka kołysała się w jej głowie spokojnie, nadając głosowi znajomy rytm i brzmienie. Lubiła tę piosenkę, ale wcale nie zmieniało to faktu, jak panicznie wręcz próbowała dojść do tego dlaczego to wszystko się działo, jednocześnie przytykając wreszcie dłonie do ust. Była wściekła, czerwieniąc się od zażenowania i niepewności, czy powinna w sumie się tutaj rozpłakać, czy może oznajmić światu, że ojciec się zaraz o tym jej upokorzeniu dowie. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Morpheus Longbottom - 19.06.2024 Stoję z Vakelem
Wszyscy znali powiedzienie, że ciężka jest głowa, która nosi koronę. Mało kto myślał o tym, że nikt nie mówi kochanie do tych, którzy siedzą na tronie. Każde z nich widziało winę drugiego w tym rozstaniu i w ciemności nocy Morpheus z łatwością zauważał jak wiele jej rzeczywiście nosił, gdy przestał skupiać się na tym, jak boli go jego całe istnienie, gdy myśli o Vakelu. Czas przepływał rzeką… nie, to nie prawda, czas nie płynął. Za każdym razem, gdy zakładał na szyję czasozmieniacz, spotykał czas koło siebie, będąc w każdym miejscu, gdzie był on, w każdym czasie, gdzie mała, złota klepsydra zaznaczała swoje istnienie. Niczego bardziej nie pragnął, niż zjawić się na progu Doliny Godryka tego dnia, potrząsnąć sobą samym, wcisnąć mu bilety, kazać uciekać z Anglii, we dwoje. Później pomyślał o klątwie Dolohova, o tym, jak rozkładaliby na części pierwsze skradzione tiary matki Morpheusa, wyliczali porcje diamentów. Nie było to życie, do jakiego którekolwiek z nich było stworzone. Żadnie z nich by tego nie przetrwało, na pewno nie ich relacja. Kiedy otrzymał list od Vakela, wpatrywał się w niego z niedowierzaniem długie godziny nocne, lecz wiadomość nie zniknęła, nie rozpadła się na popiół w jego dłoniach, a w końcu, nie zabiła go klątwą. Później był alkohol. Dużo alkoholu, strumienie malwowego bimbru, przy którym wzywał Wenus, modlił się o szaleństwo pragnienia i ruinę swojego przeklętego kochanka. Pisał długie wiadomości, litanie żali, prośby i błagania, wróć do mnie, wróć do mnie, w moje zawsze kochające ramiona. Żadnego z tych pijany, ledwie możliwych do odczytania listów nie wysłał. Wysłał inny. Trzeźwy umysłem, lecz upojony szaleństwem odczuć. Pytanie pozostawało nadal to samo. Dlaczego do niego w ogóle napisał. Dlaczego? —Obserwowanie przemiany społecznej przez pryzmat artykułów mistrza wnosi nowe nurty do mojej pracy. Widać zmianę w stosunku ludzi do dzieci z potencjałem Trzeciego Oka, znika ostracyzm. Potrzeba monitorowania prasy plotkarskiej w zakresie astralnych i protetycznych tematów jest znacznie łatwiejsza, gdy wiadomo, że w kolumnie wypowiada się ktoś kompetentny — Czuł, że się tłumaczy, nawet jeśli zdawał się być całkowicie nonszalancki, gdy zdjął z kelnerskiej patery kieliszek z szampanem, nie proponując drugiego Dolohovowi ani nikomu innemu. Nie był aż takim parszywym dupkiem. Ostateczna Morpheus nie chciał mówić i mówić, w przestrzeni przyszłości, która nie nadejdzie i intencji, gdy wypływały one w eter, nie było sensu prowadzić monologu, którego nikt nie słucha. Nadchodziła dla niego godzina pojednania z tym, że pewnych rzeczy nie da się zmienić, a ból należy odłożyć na półkę i pozostawić w zapomnieniu. Kochał Vasilija, ale to nie było wystarczająco dobre, nigdy, ani te dwadzieścia lat wcześniej ani obecnie, gdy byli już zupełnie innymi osobami. To ostatni raz, tak sobie przysięgał Morpheus, paląc papierosa, kiedy stara się wyłapać w przestrzeni zapach dawnego ukochanego i odgadnąć, o czym myśli jego twarz, ujęta w dojrzałość, której nie oddawały zdjęcia i przypudrowane kadry. — Kupuję posiadłość w Little Hangleton, zrujnowany zameczek, niedaleko rezydencji Shafiq'a. Znaliśmy się ze szkoły i okazało się, że ma kontakt z właścicielem ziemi. Sądziłem, że któryś z panów będzie na tyle biegły w astrokartografii, abym mógł skorzystać z usług, połączonych z magigeodecją — nachylił się ku zgromadzeniu, jak w konspiracji, prawie zapominając, że Vakel jest u jego boku. Rozbłysł czymś więcej niż nostalgią. — W departamencie mamy konkurs, czyje domostwo jest bardziej nawiedzone i chcę go wygrać, chociaż Mulciber postawił wysoką poprzeczkę samym faktem, że tam mieszka. Prawdopodobnie jeszcze jeden powód dla Vasiyenki aby nigdy nie postawić stopy w przeklętym mieście wisielców. Zamierzał nawiedzać własną przrszłość, codziennie przechadzając się wieczorem do bram rodzinnej posiadłości gwiazdy obok niego, wygrażając jego mieszkańcom w myślach. — Widzą panowie, są powody, dla których nigdy nie pojadę do Chile, chciałbym jednak wykonać machinacje pomiędzy moim kosmogramem, lokalizacją dworku, a możliwymi wytycznymi, które sprawią, że miejsce będzie odpowiednio nawiedzone, bez ryzyka, że rodzina znajdzie mnie owiniętego własnymi wnętrznościami przez klątwę. Jeżeli skorzystam jedynie z położenia mojego własnego kosmogramu, będzie to nieodpowiednie miejsce dla mnie, czy może data położenia kamienia węgielnego pod budowę będzie odpowiednią częścią danych? Nagle fakt, że miał przyszytą do włosów tiarę, nie miał znaczenia, nawet jeśli nie mógł cofnąć czasu, ten dla niego zmienił swój bieg i przeniósł go do kółek dyskusyjnych pod okiem Roweny. Znów chciał eksplorować nieznane teorie, odkrywać to, co stworzyli inni i karmić swój umysł wiedzą. @Vakel Dolohov [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0NjUBg3.png[/inny avek] RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Vakel Dolohov - 19.06.2024 Stoliki, z Morpheusem (a potem łazienka)
Głęboko żałował wybrania się na to przyjęcie. Pomijał już absolutny brak klasy w organizacji i to, że część gości zachowywała się jak motłoch - to ograniczyłoby się do zapamiętania go źle (nawet gdyby nadwyrężył możliwości swojego charakteru, nie mógł dać wydarzeniu takiej rangi należycie wysokiej noty), ale... Ha, jedno spotkanie, jedno durne spotkanie, które zaraz się skończy i oboje rozejdą się w swoje strony - powinien przetrwać je z taką klasą, z jaką robił to teraz Morpheus i zwykle udawało mu się to bez problemu. Przecież bez trudu kłamał i dobierał maski. Całe jego publiczne życie było teatrzykiem szaleńca. Teraz? Czuł się znów jak ten dzieciak, nieradzący sobie ze wpisaną w linię krwi porywczością. Z żalem musiał przyznać sam sobie, że Longbottom był jego słabością. On zaś bardzo, ale to bardzo nie lubił być słaby. Potrzebował tego uczucia kontroli - niekoniecznie władzy na drugim człowiekiem, to mogłoby być nawet i otoczenie go opieką, ale kiedy ktoś wymykał mu się spomiędzy palców, stawał się zagrożeniem dla jego dobrego samopoczucia. Może i jego życie było ruiną, ale poukładał sobie tę ruinę, tak jak chciał, uparcie przenosząc kawałki gruzu w odpowiednie miejsca i pucując je ściereczką. Jeżeli nie zostanie królem świata, stanie się władcą najpiękniej wypucowanych zgliszczy w historii magii. Chwycił kieliszek wina i upił z niego łyk, chcąc dać sobie pretekst do uniknięcia spoglądania mu w oczy, kiedy został przez niego doceniony. Przesunął się nieznacznie na tym krześle, poprawiając ułożenie nóg. Uwielbiał otrzymywać komplementy, czytać o sobie pochlebne artykuły. Napełniało go to uczuciem spełnienia, nawet jeżeli twierdził, że tego nie potrzebuje. Bycie komplementowanym przez kogoś, kto był dla niego ważny? To... nabierało innego znaczenia. I było bardzo, ale to bardzo wstydliwe. Logiczne - bo ktoś z tak przykrym dzieciństwem musiał reagować na adorowanie go co najmniej dziwacznie (w imię myśli, że do tego nie przywykł), on jednak wynosił to na nowy, zupełnie inny poziom. Próbował myśleć o czymkolwiek, co pozwoli mu się nie zaczerwienić. Ucieczką od bycia żałosnym okazał się być Peregrinus, który na moment wytrącił go z tego wiru myśli cofającego go do czasów szkolnych. Dolohov odwrócił się do niego, wysłuchał tego krótkiego zdania i skinął głową, kładąc łokieć na oparciu krzesła. Zaraz po tym odetchnął. Istniało wiele rzeczy, które chciałby przekazać Lonbgottomowi, właściwie to latami zbierał przemyślenia, którymi mógłby rzucić mu w twarz, żeby odegrać się za swój ból (mając się tu oczywiście za największego cierpiętnika - naprawdę ciężko było mu pogodzić się z tym, że został porzucony przez kogoś, kogo miał za pewnik), ale nie mógł zrobić tego tutaj. W sumie to już nawet nie wiedział, czy chciał to robić. Gdyby Longbottom okazał się kimś innym, gdyby wyrósł na kogokolwiek innego niż jakiś przerysowany wręcz ideał tego, czego Dolohov oczekiwałby od swojego męża - oh, łatwo byłoby go przygnieść nogą do podłogi i napluć mu na twarz. On jednak przyszedł tutaj pieprzyć o gwiazdach, o jego pracach naukowych i artykułach do gazet plotkarskich, o liczbach, o nawiedzonym dworku, o klątwach - mówił o wszystkich tematach, jakie Vasilij uwielbiał, jakby rzucał do wody zanętę. Oczywiście, że chciałby porozmawiać o gwiazdach, o liczbach, o spirytyzmie, o przeznaczeniu czyhającym tuż za rokiem. Powymieniałby się spostrzeżeniami, nadużywając skomplikowanej nomenklatury naukowej. Tak, popatrzyłby w te wciąż śliczne oczy, powpatrywał się w to jak jego twarz została nadgryziona zębem czasu... a potem co? A potem wróci do domu i będzie w nim sam. Nie zniesie tego drugi raz. Wiecie, o czym faktycznie mogliby pogadać? Mógłby się zapytać - jak się masz? Jesteś szczęśliwy? Dzięki czemu się ostatnio uśmiechnąłeś? Tylko po to, żeby móc wyobrazić sobie jak to szczęście zgniata, jak odbiera je bezpowrotnie, żeby mogli sobie cierpieć obaj. Skoro Morpheus nie chciał z nim być, to może cierpienie mogłoby w jakiś sposób przypomnieć wszechświatu, że mieli być sobie przeznaczeni? Nie, nienie. Zmienił zdanie, o tym też pogadać nie mogli. Bo to by go postawiło w pozycji desperata, a on przecież wciąż czuł się księżniczką na wieży, która miała zostać uratowana z paszczy smoka. Co prawda była w tej wieży już czterdzieści lat i zdążyła zaprzyjaźnić się ze smokiem z dwa razy, ale i tak co jakiś czas wyglądała za okno i wzdychała pogrążona coraz intensywniejszym uczuciem melancholii pożerającym resztki zdrowych myśli. - Intygujące - rzucił nagle, przerywając tę absurdalną ciszę ze swojej strony. Zdawał sobie sprawę z tego, że wszystkie oczy wokół skupią się teraz na nim, kto by nie chciał dowiedzieć się czegoś o tym, co ten cały Dolohov mógł wnieść do tematu po tak długim okresie milczenia. Czyżby miał wrócić do swojego typowego zachowania? On jednak dopił wpierw resztkę wina z kieliszka stojącego na blacie. - Obawiam się jednak, że czas na osiedlenie się w Little Hangleton minął dla ciebie jakieś dwadzieścia - nie zaklął, ale kto go znał... wiedział, że rzuciłby tutaj normalnie tak soczystą kurwą, że z wrażenia zatrząsłby się ten paskudny żyrandol - lat temu. Może i więcej niż dwadzieścia? - Nie uśmiechnął się. Dopiero kiedy podniósł spojrzenie na resztę badaczy, kąciki jego ust uniosły się w górę. Nie, nie zamierzał czekać na żadną ripostę. - Muszę panów opuścić, rozmowa była bardzo przyjemna, ale najwyraźniej oczekuje się mojej obecności w innym miejscu. - Pożegnał się z nimi, wykorzystując swojego spanikowanego (?) asystenta, ale tak naprawdę to w tej chwili niewiele o tym myślał. Celem podróży, w jaką się teraz udał (jak skończony tchórz, tak) była jak najdalej odsunięta od tego miejsca łazienka, w której zamknął się sam, nawet nie chcąc dopuścić do siebie myśli, że ktokolwiek mógłby zobaczyć go w tym stanie. Złapał się za klatkę piersiową i z przerażeniem poczuł, jak cholernie mocno waliło mu serce. Jebany skurwysyn. Krzyknąłby, ale znajdował się w miejscu publicznym. Stał tak więc jak słup soli przez kilka długich minut, a później przemył twarz zimną wodą i poprawił włosy. O co mogło Peregrinowi chodzić? O Lyssę? Odetchnął jeszcze raz. Zajebiście chciał stąd iść do domu, ale przecież nie zostawi tutaj ich i swojej żony... Wyszedł więc, planując odnaleźć Peregrinusa... gdziekolwiek był. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Anthony Shafiq - 20.06.2024 Sala bankietowa
dopada mnie amerykańska ambasadorka naszprycowana weselnym drinkiem jestem w piekle odcinek drugi Ku jego rozczarowaniu partnerka nie zamieniła się kapibarę. Ku jego przerażeniu, na jej twarzy pojawił się grymas dobrze mu znajomy z czasów przeszłych, gdy niezbyt rozsądnie dobierał partnerki po śmierci Edith. Partnerki, które liczyły na coś więcej niż jego atencję podczas bankietu. Po opróżnieniu drinka jej twarz straciła cały śnieżnobiały, przyklejony uśmiech. Po opróżnieniu drinka, pozostało tylko zirytowane rozgoryczenie. Coś Ty wymyślił Perseuszu, czy to jakiś piekielny eksperyment psychologiczny? – zdążył pomyśleć nim usłyszał jej odpowiedź. – Tak... szukałeś mnie, jakoś nie widać entuzjazmu na Twojej twarzy. – Przemawiała przez nią urażona duma, naddraśnięte ego, a te były najgorsze. Nagle cała przestrzeń wokół nich stała się polem minowym, z którego Anthony jak najszybciej chciał się zmyć. – Ależ oczywiście! W ogrodzie zaczął się pokaz cyrkowców, może miałabyś ochotę... – spróbował, wysuwając ku niej ramię. – A więc tak nisko cenisz moje gusta, że myślisz, że byle jaki cyrk ściągnięty z ulicy będzie mi w stanie wynagrodzić godziny czekania na Ciebie, zupełnie samej? – coraz mniej żalu, coraz więcej wściekłości. Anthony mimowolnie uciekł wzrokiem, po zebranych, żeby upewnić się jak bardzo w skali robi się groźnie. Myśl uciekła mu do Atreusa, który pewnie też stał się ofiarą tych trutek mieszających w głowach. – Tonya, proszę... nie jesteś sobą. Przejdźmy się, ochłoń, wezmę... – spróbował znów, ale ostry gest przecinający powietrze i jej zdecydowany głos absolutnie będący odległy od szeptu przerwał mu: – Nie do wiary! Dyplomata seksista! To że jestem kobietą, nie oznacza, że możesz mnie obrażać i że TY będziesz mi mówił jak JA się czuję. To jest skandal, jak mogłam być tak ślepa, jak mogłam dać się zwieźć Twoim słodkim słówkom! Jesteś taki sam jak wszyscy! – To eskalowało tak szybko, że nie zdążył zareagować. Kilka zdań wymienionych między sobą wystarczyło, żeby krewka ambasadorka (pochodząca bodajże z Teksasu) wzięła jego drinka w dłoń i... wylała prosto mu na twarz i garnitur. Ważki jak na wezwanie załopotały skrzydełkami, mieniąc się teraz nie tylko srebrem, ale i rosą rozbryzganego słodkiego ulepku. Teraz to Anthony zacisnął szczękę, zacisnął pięść by ją szybko rozluźnić, by nie dać się sprowokować, by przeczekać. – To koniec! Nigdy więcej z Tobą nigdzie nie pójdę, choćbyś błagał mnie na kolanach! – wrzasnęła na odchodnym, po czym z głośnym stukotem obcasów opuściła salę bankietową i w ogóle teren wesela Blacków. Anthony trwał jeszcze przez moment w bezruchu, próbując nie myśleć o obrzydliwości, jakie niósł ze sobą płyn ściekający mu po skórze, po szczęce, szyi, za kołnierz, wnikający w zrujnowane i tak ubranie. Wargi miał mocno zaciśnięte, obawiając się że najmniejszy kontakt z płytką dopełni tragicznego obrazu i zamieni go w przerośniętego chomika. Trwając w miejscu wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki białą bawełnianą chusteczkę, strzepnął nią zamaszyście i bardzo, bardzo powoli zaczął wycierać sobie twarz, by móc w ogóle cokolwiek powiedzieć. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DOGBkON.png[/inny avek] RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Christopher Rosier - 20.06.2024 W ogrodach zaczepia Mildred Christopher może byłby skonfundowany zachowaniem Laurenta i Perseusa, i tym, że w ogóle znikli razem z wesela, gdyby był człowiekiem, który zwraca na innych choć trochę większą uwagę. Blacka ostatecznie praktycznie nie znał, a teraz skupiał się głównie na wkurwieniu o te przeklęte drinki i na tym, że bolało go podbite oko. Niech wszystkie demony wezmą Perseusa Blacka, Vesperę Rookwood i ich podejrzane trunki. Nie miał specjalnie ochoty wchodzić na salę balową i paradować tam z limem, które na pewno zupełnie nie pasowało mu do koszuli. Przyzwyczajony do dbania o pozory i jednak posiadający jakieś tak minimum przyzwoitości (absolutne minimum), nie chciał ulatniać się bez słowa do partnerki, która raczej nie przywykła do takich przyjęć. Ostatecznie zamierzał więc schwycić jakiegoś kelnera i zażądać (bo on nie prosił pracowników), aby przekazał wiadomość, znalazł się jednak przy wyjściu do ogrodów w samą porę, by zobaczyć Moody. – Mildred – powiedział, podchodząc do niej. Zmarszczył nieco jasne brwi, bo wyglądała na niezbyt szczęśliwą, ale po tej scenie przed chwilą, nie mógł się temu dziwić – nie wiedział przecież, że odpowiada za to inny mężczyzna. Ze swoim charakterem nie miał prawa nawet o tym pomyśleć. Zawahał się, przez moment bliski przeprosin. Ale Christopher Rosier nie przepraszał. Poza tym przecież to nie tak, że ta sytuacja to jego wina. To on dostał w twarz i to zupełnie za niewinność, a potem został wyprowadzony, jakby sam kogoś zaatakował. Jeśli czuł się głupio, to najwyżej przez jakieś piętnaście sekund. – Muszę przyznać, że spodziewałem się tego wieczora wielu rzeczy, ale nie że ktoś spróbuje mnie pobić, bo chce z tobą zatańczyć – stwierdził w końcu. – Chcesz się stąd wynieść, czy wolisz jeszcze zostać? RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Jagoda Brodzki - 20.06.2024 Nadal przy Desmondzie i Elliocie, a Ambrosia akurat odchodzi
Kątem oka zauważyła, że gdy wysysała z palca swoje wywody o rytuałach, że Desmond poświęca jej dużo uwagi. Nie wiedziała czy próbował ją odczytać czy to zwyczajna ciekawość, jednak z pewnością jego spostrzeżenia były słuszne. Jagoda została wychowana wśród wartości, które tutaj mogły wydawać się wręcz archaiczne, a ponieważ obecnie przebywała w bardzo oficjalnej sytuacji społecznej, jej ton, zachowania, jej spokojna postawa była tą wyuczoną przez lata na dworach. Uczono ją, że kobieta ma swoim sposobem bycia nie przytłaczać rozmawiających mężczyzn, okazywać zainteresowanie, gdzieniegdzie zachichotać. Wszystkie cechy damy, które nie przyniosą jej rodzinie wstydu. Lorraine była jak woda. Wzburzona, nieprzewidywalna, płynąca, zawsze znajdująca ujście. Niczym rzeka, z której dobrodziejstw człowiek chce skorzystać, jednak ta podtapia nadbrzeżne miasta co jakiś czas, by pokazać, że nad żywiołem nie ma kontroli. Aczkolwiek uszczypliwa uwaga była co najmniej nie na miejscu w ustach niezamężnej damy. Spojrzenie podczas opisywania rytuału na sam koniec ukryła przed oczami całej reszty towarzystwa. Ludzie potrafili odczytywać emocje z oczu, a ona wolałaby nie pokazać, że w głębi duszy obejrzałaby właśnie taki... Powolny rozkład. Taką moralną agonię. Znowu musiała zamknąć swoje myśli w spokojnym sejfie. Chociaż chłonęła sztukę z radością, nie uważała, że każda musi oglądać światło dnia, by zostać nią nazwaną. Krytycy są jednym. Łatwo jest rozpoznać, co przyciągnie ich oko, niełatwo zaś docenić to, co ukryte. A to przecież tajemnica była najbardziej intrygująca. Może dlatego tak lubiła oglądać kolory spojrzeń innych, zastanawiając się co dzieje się w tych głowach. Jej pasja nie była tylko pasją, jak to ujął Elliot. Urosła niemal do rangi obsesji. Już jako dziewczynka powoli zaczynała kierować się ku tej sztuce i powoli przekraczała każdy kolejny etap, który czekał ją na drodze. Właśnie dlatego jej prace zostały tak ocenione. One miały w sobie coś niezwykłego, pewne piętno, niektóre przypominały słowa zamknięte w krzyku. Po niektórych aż czuło się te nieprzystające damie spieczone opuszki palców, które ukrywała pod czarnymi rękawiczkami. - Zgadzam się, dlatego uznaję, że w życiu spotkało mnie ogromne szczęście. - Kiedyś tak nie było. Chciała tańczyć, śpiewać, być szczęśliwa jak każdy, dopiero później przyszło... To wszystko. To wszystko co przekładała na więcej, i więcej skupienia na swojej pasji. - Drzwi mojej pracowni są otwarte. Niestety dzisiaj nie zabrałam szkicownika, by przedstawić przykładowe projekty. Prawdziwy rekin biznesu. Wyraźnie się rozpromieniła, kiedy Elliot zaczął opowiadać o pogodzie. Nawet zachichotała pod nosem. O dziwo wcale nie uważała osób z jej kraju za bardziej leniwych niż z Wielkiej Brytanii. Czasami wręcz odwrotnie. - To ciekawe, choć nie zauważyłam tej zależności. Siestę u nas praktykują tylko starsze osoby. A dobra pogoda potrafi być motywująca do działania bardziej niż codzienny deszcz... Chociaż ja osobiście lubię pracować w otoczeniu szumu wody. Upicie tego napoju wprawiło ją w bardzo duże zakłopotanie. Szybka transmutacja i zmieniła się w puchatego stwora, który miał o wiele więcej stabilności w łapkach niż jej nogi miały w wysokich obcasach. Czarne ślepia dużego gryzonia objęły całe towarzystwo i przez chwilę dało się dostrzec w nich chęć ucieczki. Kapibara jednak siedziała grzecznie w miejscu, w którym chwilę temu Jagoda zerowała swojego drinka z nietypową dla gryzoni elegancją, niemal kocią. Mówiąc szczerze nie byłaby zła na pozostanie chwilę w tej formie. Co nie zmienia faktu, że gdy Elliott przyszedł jej z pomocą, zaraz po przemianie i chwilowym zachwianiu się na miękkich nogach, okazała ogromną wdzięczność, całą swoją postawą. A na koniec zaśmiała się niezręcznie. - Dziękuję... Nie spodziewałam się takiego... Zmyślnego żartu. - Wyuczone maniery niemal w niej kipiały. Chwilę później patrzyła tylko spojrzeniem zbitego pieska jak blondynka odchodzi na parkiet... Niech się bawi! W końcu od tego były takie wydarzenia. @Desmond Malfoy @Elliott Malfoy @Ambrosia McKinnon RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Millie Moody - 21.06.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YHRJi8N.jpeg[/inny avek] Wdech, wydech, koszmar, sen, wdech, koszmar, nie... sen. Wdech. Jak to było? Pięć rzeczy, które się widzi szybko... czerń, czerwień, róże, namioty, Chrstopher. Dobrze. Cztery rzeczy, które się słyszy. Cztery. Hałas. Śmiech. Muzyka. Brzęk tłuczonego szkła. Kwik jakiegoś zwierzęcia, kolejna ofiara drinków. Trzy które się czuje. Spalenizna, nie... nie ma ognia, nie ma ognia, nie ma. Woda kolońska Chrisa, butelka za kilkaset galeonów, to pewne. Papierosy. To wspomnienie. Lepka maź trzymająca włosy na uwięzi. Otarła opuszki o siebie, uciekając wzrokiem w kierunku sali, zbierając myśli, uczucia ze skóry, ciało nagie, choć zakryte udrapowanym brzoskwiniowym jedwabiem. Oblizała wargi. Nie miało jej tu być. Chciała tu być. Chciała uciec. Chciała zapaść się pod ziemię. Chciała tańczyć na środku sali, uwodząc własnego terapeutę. Czego chciała? Sen. – Przykro mi, że tak wyszło. Miło mi się z Tobą tańczyło – złociste ślepia zogniskowały się na Rosierze, jak dwa lśniące topazy, zgodnie z jego myślą, nie potrzebowała zbyt wiele, by wydobyć swoje piękno. To zaklęte w ciele. Duszę miała przeżartą czernią, ale on o tym jeszcze nie miał prawa wiedzieć. – Chciałam... widziałam tu swoich znajomych, chciałam ich zaskoczyć, bo nigdy wiesz... – opuściła wzrok na dłonie, w wymówce, która zdała jej się najbardziej odpowiednia, kobieca. – Czy kopciuszek nie miał szansy dotrzymać chociaż do północy? – Zapytała, pozwalając sobie na uśmiech niewiniątka, który działał zdecydowanie lepiej, gdy widział go ktoś, kto nigdy nie słyszał jak piękne wiązaneczki potrafi dziergać w gniewie (i nie tylko) panna Moody. – Nie pomoże Ci na to jakiś mm... eliksir? Może wieczór nie jest jeszcze stracony Chris? – Dlaczego chciała zostać? Być może, to próżność, być może wrodzony masochizm, ale przecież... możę jej wymówka nie była do końca zmyślona? Musi podejść chociaż do Stonks, gdzieś mignął jej papcio Morfina, oboje widywali ją w najgorszym stanie z możliwych, mogliby zobaczyć ją i w wersji de lux. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Bard Beedle - 21.06.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/03/c9/5b/03c95b70643b47415cf734ec2fb5d8ce.jpg[/inny avek] Z Laurencem, przy ciotkach
Gdy do uszu Camille dobiegły słowa jednej ze starszych pań, blondynka odruchowo uniosła dłoń do pomalowanych na czerwono ust. Uśmiechnęła się, lecz ten uśmiech zamaskowała lekkim, cichym kaszlnięciem, a zaraz po tym upiła kolejny łyk wina. - Trzeba przyznać, że kryje się za tym jakaś logika - szepnęła do swojego towarzysza, dbając o to, by jej słowa zostały usłyszane wyłącznie przez niego, a nie przez plotkujące ciotki. - Jestem ciekawa, jak ty byś z tego wybrnął, hm? Zapytała, a jej usta ułożyły się w figlarny uśmiech. Lestrange wyglądał na zaskoczonego tym, co usłyszał - och, jakże ona by chciała zobaczyć, jak próbuje wytłumaczyć swojemu synowi różnicę między jednorożcem, a buchorożcem. Doskonale wiedziała, że dzieciaki potrafiły obstawiać przy swoim, nawet jeśli to "swoje" nie miało żadnego sensu i logiki. Zacisnęła lekko palce na przedramieniu Laurenca, gdy do jej uszu dobiegł głos drugiej z ciotek. Tym razem nie mogła powstrzymać się od cichego prychnięcia. Miała tylko nadzieję, że w tym ferworze nikt go nie usłyszał. Kto by pomyślał, że Perseus Black spał w budzie? Miałaby na ten temat wiele komentarzy, ale nie wypadało tak na głos, przy obcych. - Wiesz, na kawalerskim jednego z moich kuzynów jego znajomy był tak nie w stanie, że wracając nie potrafił wrócić do domu. W końcu zrezygnował z próby otwarcia drzwi i po prostu wszedł do psiej budy, żeby tam się przespać. Jego żona nie była zadowolona - powiedziała cicho, zatrzymując mężczyznę, bo na parkiecie właśnie doszło do zamieszania. Zaintrygowana obróciła w tamtą stronę głowę. - Czy to nie Anthony Shafiq? Wygląda na to, że ma kłopoty. Myślisz, że powinniśmy go ratować, czy nie wchodzić pomiędzy wściekłą kobietę a jej drinka? Zapytała, mrużąc oczy. Oczywiście że kojarzyła mężczyznę, jak mogłaby nie? Jednak kim była tajemnicza blond piękność, która właśnie wylewała na niego drinka? RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Christopher Rosier - 22.06.2024 wychodzę z ogrodów, postać przynajmniej póki co znika z tematu Mimo całego swojego snobizmu, nie winił kobiety ani przez chwilę, nawet jeżeli to o nią dostał w twarz. W gniewie skłonny był najpierw zakazywać wstępu do Rosierów wszystkim Bulstrodom, planował zemstę na Blackach i niszczenie towarzyskie Rookwoodówny, chciał pozbawiać pracy ochroniarza, a potem płynnie przeszedł do myśli o ukaraniu kelnerów, rozdających drinki, ale nie obrócił tej złości wobec niej. Pewnie byłby znacznie mniej wyrozumiały, gdyby wiedział, że po przyjściu tutaj z nim, całowała kogoś innego na środku parkietu. Mogłaby chociaż zrobić to w jakichś łazienkach, a nie rujnować mu reputacji! – To nie twoja wina, Mildred – powiedział Christopher, spoglądając na nią uważnie, bo nie znał jej może dobrze, ale coś w wyrazie twarzy, w złocistych oczach, nie było takie, jak zwykle: nie takie, jakie miał okazję do tej pory oglądać. – Możemy zostać do północy. Albo i do rana, jeśli masz taką ochotę – dodał, uśmiechając się przy tym nieco krzywo, bo on po prawdzie stracił chęć do jakiejkolwiek zabawy, ale nie zamierzał wywlekać ją stąd siłą: nawet jeżeli nie miał pojęcia, kim był Kopciuszek (z bajek znanych mugolom nieobce były mu tylko te o zamienianiu słomy w złoto i tkania niewidzialnych szat dla króla). – Zdawało mi się, że możesz mieć dość – dorzucił jeszcze i wzruszył przy tym ramionami. Mógł zrozumieć chęć zaimponowania znajomym. Łechtało to zresztą jego ego, skoro chciała pokazać się im odmieniona dzięki projektowi, który sam stworzył. Oczywiście, że chciała się w nim pokazać ludziom. Był głupi zakładając, że po prostu zdecyduje się stąd wyjść tak szybko. – Jakoś to ogarnę – mruknął, unosząc dłoń do twarzy. Zimny okład wyczarowany w ogrodach może i pomógł odrobinę, i opuchlizna nie była aż tak wielka, jak być by mogła, ale bolało jak szlag, i cóż, było widoczne. Ale nic to, skoro pracownicy serowali tutaj tak idiotyczne drinki, niech znajdą mu też i maści i eliksiry. – Znajdę cię, kiedy będę mógł pokazać się ludziom – powiedział na pożegnanie. Postać opuszcza sesję
|