Secrets of London
[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele (/showthread.php?tid=3340)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Lorraine Malfoy - 23.06.2024

Na parkiecie z Jonathanem

Panu chciałam sprezentować cytat z Sir Galahada Tennysona, ale bałam się, że wyjdę na snobkę – westchnęła Lorraine, niby to zmieszana, jak gdyby właśnie została przyłapana na wyjątkowo skandalicznym kłamstwie. W żartobliwym nawiązaniu do występu klubu Artemis – w którym Selwyn, Shafiq i Longbottom, pozujący na rycerzy króla Artura wzięli udział w trakcie obchodów Święta Żniw – nie było kpiny, a jeżeli już, była to kpina serdeczna, przyjacielska niemalże. Lorraine bawiła się wyśmienicie, śledząc pokaz ze swojego miejsca na zatłoczonej widowni. Umiłowanie tak populistycznych rozrywek kłóciło się, co prawda, z kreowanym przez wiłę wizerunkiem snobistycznej panny – nie oszukujmy się, wcale nie obawiała się bycia uznaną za snobkę: nie po to wywyższała się ponad innych, kiedy tylko miała ku temu okazję, by nagle stwierdzić, że przeszkadza jej to miano – ale żart wart był poświęcenia.

Cytując Hamleta, mówiła o znikającym pośród tłumu gości Anthonym, gnanym tajemniczym obowiązkiem – odchodzącym w dal niby błędny duch ojca duńskiego księcia, spłoszony rannym pianiem kura – ale Lorraine nie miała nic przeciwko temu, by Jonathan odczytał jej filuterną zaczepkę jako komplement w stosunku do swojej osoby. Jego reakcja dała jej pewne pojęcie o tym, z jakim człowiekiem ma do czynienia. Poniekąd, był to przecież komplement, choć niektórzy obruszyliby się, że to swego rodzaju próba wywyższenia się, test – nawet gdyby, Selwyn zdałby go śpiewająco, samym tylko rodowodem: w końcu wychował się na deskach rodzinnego teatru – ale on słusznie dostrzegł między wierszami zaproszenie do wspólnej gry: takiej, w której nikt nie przegrywał, a wszyscy czerpali radość ze współzawodnictwa.
Normalni ludzie nazywali to pospolicie “rozmową”.

Pytanie, którą z twarzy Henryka V bywa pan najczęściej? – spytała Lorraine, kiedy muzyka nieco zwolniła tempa. – Awanturniczym księciem z filozoficznym zacięciem? Dumnym wodzem, szarżującym na wroga? Czy królem, triumfującym zdobywcą Francji? – Posłała mężczyźnie spojrzenie spod ciężkich powiek, w którym czaiło się wyzwanie. – Proszę zgadnąć, która jest moją ulubioną – zażądała zaraz, z żartobliwą kapryśnością.

Kiedy opierała się o pewne ramię partnera, pozwalając się prowadzić, z łatwością mogła przecież wyobrazić go sobie w każdej z tych ról. Jonathan Selwyn sprawiał wrażenie kogoś, kto gotów jest o każdej porze dnia i nocy, bez względu na okoliczności, stanąć – czy to na środku sali bankietowej, gdzie dało się skupić uwagę gości zwykłym stuknięciem w kieliszek, czy to na rozkołysanym barowym stołku w gwarnym pubie, pięściami albo dzikim wrzaskiem domagając się posłuchu – i zadeklamować dramatyczny monolog sprzed bitwy o Azincourt, w dzień świętego Kryspina, zagrzewający współtowarzyszy do walki. Czy z podobną emfazą ogłaszał, że jego ślub zostaje odwołany, dumny, że “od dzisiejszego dnia do końca świata, imię jego z ust do ust będzie brzmiało”? Czy powinni zawołać jakiegoś barda z cyrku, by uwiecznił kolejny moment chwały? Lorraine uśmiechnęła się do swoich myśli.

Z wielką ochotą oddała się tańcu, ignorując muzyczne niedociągnięcia orkiestry. Przyjemnie było droczyć się z Jonathanem – wydawał się w równym stopniu próżny, co pełen dystansu, zarówno do samego siebie, jak i do reszty świata – pochlebstwa łatwo spływały z jego ust, choć nie brakowało im także autentyzmu. Wypowiadał się elegancko, ale i ze swego rodzaju nonszalancją, która sugerowała towarzyskie obycie i pewność siebie: na ile wyrachowane było jego zblazowanie – czy była to zasługa wrodzonej charyzmy i sprytu, czy lat spędzonych na wytrawnym doskonaleniu technik manipulacji – tego Lorraine nie wiedziała. Mogła zresztą mylić się w swojej powierzchownej ocenie charakteru mężczyzny, bo przyszła się tutaj bawić, nie kreślić portrety psychologiczne: w naturę Malfoy wpisana była jednak skłonność do nadmiernego analizowania rzeczy, które przyciągnęły jej uwagę, a postać Jonathana Selwyna, niewątpliwie, domagała się uwagi.

Lorraine tylko uśmiechnęła się pogodnie, słysząc komentarz mężczyzny na temat weselnej partnerki Shafiqa, nie dając po sobie poznać, że została już dogłębnie uświadomiona co do osoby amerykańskiej ambasador. Unikaj jej, lub poznaj w ramach ciekawostki zoologicznej, szepnął Anthony. Nie była pewna, na jak wiele może sobie pozwolić w obecności Jonathana, a wolała nie ryzykować reputacją przyjaciela – ani poddawać w wątpliwość własnej – więc, wyjątkowo, powściągnęła język. Muzyka stała się zresztą bardziej dynamiczna, lepiej było oszczędzać oddech. Obróciła się z gracją, instynktownie odczytując intencję skrytą w ruchach Selwyna. Taniec był przecież niczym więcej, jak jedną z bardziej wyrafinowanych form komunikacji niewerbalnej.

To te kapibary, czy tiul?

Ciasteczka z wróżbą – odpowiedziała Lorraine ze śmiertelną powagą wymalowaną na twarzy. Jak inaczej odpowiedzieć na pytanie z gatunku: “być albo nie być?”

Dodałaby może coś więcej, ale w sali bankietowej wybuchło nagle zamieszanie. Wrzasków, jakie wydawała z siebie nieznajoma blondynka nie powstydziłaby się nawet szyszymora: głos kobiety niósł się głośnym echem, aż część gości rozstąpiła się, odsłaniając Lorraine i Jonathanowi widok na stojącego u boku furiatki, milczącego Anthony’ego. "Chciał coś podobno mówić, gdy kur zapiał"(kur nie zapiał, to tylko jakaś kurwa zapiszczała, ale to szczegół) – czy nie tak to dalej szło? Jeszcze przed chwilą przerzucała się z Selwynem cytatami, ale chyba żadne z nich – mimo znajomości oryginalnego tekstu sztuki – nie spodziewało się takiego zakończenia.

Pani ambasador wydaje się… źle znosić angielski klimat – skomentowała krótko, acz dosadnie Lorraine: cóż, w wydaniu członków dumnego rodu Malfoy, nawet zwykła rozmowa o pogodzie mogła stać się zawoalowaną oracją obelg. Lorraine nigdy nie widziała na twarzy Elliotta większego obrzydzenia, niż wtedy, kiedy ten wreszcie mógł uwolnić się od towarzystwa podstarzałego dżentelmena, z którym wcześniej przez ponad godzinę konwersował nader entuzjastycznie na temat miesięcznych wahań ciśnienia atmosferycznego, nie zdradzając swojej pogardy najmniejszym choćby drgnięciem policzka. Gdyby ta rozmowa trwała dłużej, skumulowana dawka malfoyowskiego jadu – którym nasączone były gładkie słowa kuzyna – niechybnie doprowadziłaby do śmierci staruszka. Chłodny uśmiech Lorraine pasował do jej nagle lodowatego tonu, w którym to czaiła się wyraźna sugestia, że jeżeli przybyszce zza oceanu ignorancji coś się nie podoba, powinna wrócić tam, skąd przyjechała. Ale jawne okazywanie animozji raczej nie mieściło się w credo pracowników Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów. Nawet wtedy, kiedy niesubordynowana ambasadorka wylewała im zawartość kieliszka na głowę.

Lorraine wymieniła znaczące spojrzenie z Jonathanem.

Czy to jest moment, kiedy wyruszamy na naszą groźną misję dyplomatyczną, panie Selwyn? – spytała, już doskonale opanowana. – Czy może powinniśmy raczej pokusić się o tango, by to na nas wszyscy skupili uwagę?

Odkryj wiadomość pozafabularną
Post realizujący prompt z eventu miesiąc miłości



RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Ulysses Rookwood - 24.06.2024

Ulysses stał nieruchomo, przyglądając się z uwagą Lyssie. Nie reagował, gdy odkładała serwetki na bok. Właściwie jedyna reakcja, która mu w tym momencie przychodziła do głowy wiązała się z wezwaniem kelnera, by je gdzieś zabrał i wyrzucił. Ale wtedy wyszłoby na jaw, że był pedantem a to niekoniecznie dobra cecha charakteru u nowego znajomego. Cierpliwie czekał aż dziewczyna odpowie mu na któreś z jego pytań. Owszem, czuł, że może nie były najbardziej trafne (i pewnie ktokolwiek by je usłyszał, mógłby mu wymyślić zamiast nich lepszą, ba, jakąkolwiek, ripostę), ale pocieszał się myślą, że zadał ich tyle, że mogła sobie wybrać i odpowiedzieć na to, które jej się najbardziej spodobało.
Tak przynajmniej sądził do chwili, w której Lyssa zaczęła… śpiewać? Rookwood zmarszczył brwi, tu już kompletnie nie wiedząc jak powinien zareagować. Kontrolnie rozejrzał się na boki, jakby szukając kogoś, kto może stał obok niego i do kogo mogła kierować słowa piosenki. Albo kogoś, z kim próbowała sobie stroić z niego żarty (bo ta myśl również pojawiła się w jego głowie). Ale nikogo nie dostrzegł i… i już kompletnie nie wiedział, jak właściwie powinien się zachować.
Trochę to było żenujące.
Byleby ukryć jak bardzo nie na miejscu się poczuł, postanowił napić się trzymanego w ręku alkoholu. Miało to stanowić dla niego, zresztą, doskonałą wymówkę: pijąc, przynajmniej nie musiał się silić na jakąś słowną reakcję.
I wtedy cała sytuacja zaczęła go bawić. O jak cholernie zaczęło go to wszystko bawić. Przyszedł na kolejne wesele swojej siostry, zaraz pewnie czeka go kolejny pogrzeb a teraz stał przy barze i wysłuchiwał pieśni jakiegoś podlotka. Może ta mała miała siebie za jakąś willę czy coś? I jeszcze tak zabawnie gestykulowała!
- Hihihihihihi... – nie dał rady powstrzymać się od chichotu. Normalnie dotarłoby do niego jak bardzo ten nienaturalnie brzmiał w jego własnych uszach, jak bardzo w ogóle był nienaturalny, bo Ulysses Rookwood najwyżej próbował wykrzywiać usta w namiastce uśmiechu, ale nigdy nie śmiał się w głos. A teraz się śmiał. Tylko, że w tym momencie nie potrafił. To było silniejsze od niego.
Uniósł wolną rękę do twarzy, próbując się jakoś zasłonić. Bądź co bądź, Lyssa śpiewała ładnie i to naprawdę było bardzo nieładne, tak się z niej teraz śmiać w żywe oczy. Ale, nie oszukując, sama sobie była winna, skoro wybrała taką a nie inną formę komunikacji. Nawet Ulysses wiedział, że śpiewanie do tylko co poznanych ludzi, o miłości i o marzeniach było zagrywką mocno kontrowersyjną.
- J-jesteś jeszcze bardziej dziwna niż ja – rzucił, między kolejną salwą, tym razem zduszonego śmiechu. Otarł palcami łzy rozbawienia, które pojawiły mu się w kącikach oczu. – M-myślałem, że to niemożliwe.
Odwrócił głowę w bok, próbując nieudolnie ukryć jak bardzo nadal chciało mu się śmiać. I może trochę umknęło mu, że w tym całym śpiewaniu, wbrew słowom piosenki Lyssa nie wyglądała ani na zakochaną, ani nawet na pogodną, ale wreszcie i to dostrzegł.
- Ej, spokojnie. To było naprawdę ładne! – próbował ją uspokoić. Tylko, że ze śmiechu aż rozbolał go brzuch. - Nieoczekiwane, ale ładne. - Ulysses nie był mistrzem pocieszania, w dodatku jeszcze działał na niego magiczny drink, ale naprawdę starał się z całej siły.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Lyssa Dolohov - 24.06.2024

To był jeden wielki koszmar.

Początkowo, kiedy zaczął się z niej bezczelnie śmiać, chciała go zjechać od góry do dołu, ale przecież nie mogła, bo natrętna melodia grała jej w głowie, a słowa same płynęły z ust, kiedy tylko je otworzyła. Dlatego ostatecznie zatkała usta dłońmi i patrzyła w jakiś nieuchwytny punkt, wsłuchując się w jego obrzydliwy chichot.

Nie mogła przestać myśleć o tym, jak wielką idiotkę właśnie z siebie zrobiła. Czy ktoś na nią patrzył oprócz znajdującego się przed nią faceta? Miała nadzieję, że nie, ale z drugiej strony bała się rozejrzeć. A co jeśli widział ją w tym stanie ojciec? Wtedy chyba umarłaby na miejscu, nie będąc w stanie już nigdy więcej spojrzeć mu w oczy.

Hihihihihihi... obijało jej się po wnętrzu czaszki i z każdą kolejną sekundą nienawidziła tego człowieka jeszcze bardziej, ale w końcu się odezwał. I wcale nie było lepiej.

- Co? - syknęła zezłoszczona, nawet nie zauważając że przestała śpiewać. Że niby ona miała być dziwna? I to jeszcze dziwniejsza od kogoś takiego jak on, kto najwyraźniej miał problemy z najprostszymi ludzkimi interakcjami?

Pewnie gdyby nie to, że zaczął się z niej nabijać, to po tym swoim tragicznym popisie spróbowałaby jakoś umiejętnie otrzeć łzy w jego rękaw i obrócić tę żenadę na swoją korzyść, ale teraz? Oczy piekły, ale nie było opcji żeby mu też w tym momencie rozpłakała.

- Ładne? - oburzyła się, wyraźnie nie doceniając jego prób pocieszenia i co ważniejsze - uspokojenia. Idealny przykład tego jak komuś zdenerwowanego nie powinno się mówić, żeby się uspokoił. Złapała jeden z drinków stojących na barze, najpewniej gotowych do zabrania przez kelnera na salę, a potem chlusnęła nim w twarz Ulyssesa. - Nieoczekiwane, ale przynajmniej już mi lepiej - odstawiła szkło, uderzając nim o blat. - Co jest właściwie w tobą nie tak? Aż tak cię bawi cudze nieszczęście? Jak ktoś robi z siebie idiotkę? Jak tak to chętnie wydrę ci się zaraz do ucha, to pośmiejemy się razem, jak ci pękną bębenki.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Alexander Mulciber - 24.06.2024

Z ogrodu pod wejście do sali bankietowej, gdzie próbujemy minąć Geraldine i Isaaca


część 1: Eden

”Nie bije mnie, jeśli o to pytasz”. W oczach Alexandra błysnęło na początku lekkie rozbawienie, jak gdyby nie chciało mu się wierzyć, że właśnie w tę stronę podążyły myśli kobiety. Od kiedy tak nisko się cenisz, miał ochotę zakpić, bo widać miał o niej lepsze mniemanie niż ona sama. Nie wiedział, kto powinien czuć się z tego powodu bardziej zażenowany. Nie, nie o to pytał – zresztą, Eden Malfoy była ostatnią osobą, którą podejrzewałby o syndrom bitej żony: może dlatego, że szczerze pogardzał kobietami, które pozwalały się tak traktować mężom. Nie żywił takiej pogardy jedynie wobec Diany.
Nikt nie potrafił pojąć natury relacji łączącej go ze szwagierką, ale prawda była taka, że razem przeżyli coś, co zbliżyło ich na zawsze – dzielili zbyt wiele traum, zbyt wiele sekretów, nawet kata mieli wspólnego – Alex doskonale wiedział, w jaki sposób traktował ją jego popieprzony braciszek, i nienawidził bezsilności, jaką czuł, nie potrafiąc jej obronić. Dla Diany miał, zdawałoby się, niewyczerpane pokłady czułości – takie, których istnienia doświadczyła przed nią tylko Ambrosia – pragnął zapewnić jej bezpieczeństwo, sprawić, by była szczęśliwa... Nie, Alex nie potrafiłby powiedzieć złego słowa o Dianie. Natomiast Eden – och, Eden nawrzucałby bezlitośnie zanim zaoferowałby jej pomoc. 

W rzadkim przypływie introspekcji zastanowił się, czy to nie dlatego wizja Eden w roli ofiary była tak niekomfortowa – absurdalna wręcz – bo poniekąd widział w niej samego siebie

Eden nie wpierdalała się do życia Alexa, nigdy nie pozostawiała też złudzeń co do natury ich przyjaźni – zresztą, kiedy mówiła mu, że przehandlowałaby jego duszę za mniej niż knuta, on życzył jej, żeby połamała sobie zęby, sprawdzając autentyczność monety – a jednak, stała teraz tutaj obok niego. Nawet do jebanej Francji przysłała mu list. Mulciber mógł być skończonym skurwysynem, ale doceniał to, bez względu na kierujące kobietą motywy. Co z tego, że najwyższym wyrazem sympatii, na jaki potrafili się wobec siebie zdobyć, było przyznanie, że się tolerują? Tolerowali się tak niemal dwadzieścia lat. Może właśnie to lubił w Eden: to, że oboje niczego od siebie nie wymagali. Ona nie oczekiwała od niego troski – nie wątpił, że była dużą dziewczynką i sama umiała rozwiązywać swoje problemy – on nie oczekiwał, że zostanie wzięty na poważnie. Ale i tak spytał. Bo jeśli nie on, to kto?

Nie, nie o to pytam – odpowiedział chłodno Alexander. Zmarszczył delikatnie brwi, jakby obrzydzała go choćby sama sugestia. – Oboje dobrze wiemy, że są lepsze sposoby, by kogoś upodlić. – Krótkie prychnięcie było pozbawione humoru. Zbliżył papierosa do ust z namaszczeniem wieszcza skrytego w oparach kadzideł. Jego oczy nie przestały świdrować Eden. – Pytam o szacunek. 

Szacunek – jak to brzmiało w ustacho Mulcibera! – co on mógł niby wiedzieć  szacunku? 
Cóż, wiedział wystarczająco, zwłaszcza w kontekście relacji damsko-męskich. 

Szacunek nie gwarantował miłości, ale zawsze ją wyprzedzał: miłość nie istniała bez szacunku. Czasem szacunek był nawet ważniejszy od miłości. Sam boleśnie się o tym przekonał podczas rozstania z Rosie, siedem pieprzonych lat temu. Ale nie mógł o tym teraz myśleć: niegdyś to z Ambrosią bywał przecież na takich weselach – wtedy, kiedy jeszcze był na nie zapraszany – wystarczyło, że się rozejrzał, wszędzie dookoła czyhały wspomnienia ich wspólnego szczęścia. Nawet widok starej fontanny był nagle czymś nie do zniesienia, bo kiedyś musiał ratować Rosie przed utonięciem w podobnej, tylko po to, by skończyć razem z nią w wodzie, wymieniając pocałunki. Eden mogła go wyśmiać, ale Eden była kobietą, a dla mężczyzny – szacunek był wszystkim. Wystarczyło porównać, jak Alex zwykł traktować Lorettę, z tym, jak odnosił się do Ambrosii.

Alexander Mulciber był hipokrytą.

Ale wbrew temu, co czasem mówił, nie życzył Eden źle. Na pewno zaś nie życzył jej, by mąż traktował ją tak, jak Alex traktował własną żonę: tak, jak gdyby karał ją za to, że nie jest inną kobietą.

Przypomniał sobie, by patrzeć w przyszłość, a nie przeżywać wciąż na nowo to, co należało do przeszłości. 

Tylko dlaczego w przyszłości Eden widział szczerbaty uśmiech Alastora Moody'ego?

Mrugnął.

To jakiś żart?

A może ona ma po prostu nasrane we łbie?



część 2: Eden, Perseus

Zaabsorbowany kontemplacją przebłysków przyszłości, Alexander milczał w obecności Perseusa Blacka: przyglądał się manipulacjom przyjaciółki z pobłażliwym rozbawieniem, ćmiąc papierosa. Tyle razy był świadkiem podobnych scen, ale nigdy nie znudziło mu się oglądanie Eden w akcji. Kiedy tylko zdał sobie sprawę, że Perseus nie ma wrogich intencji – w jego myślach panował kompletny chaos z powodu chwilowej amnezji – z ramion Mulciber zniknęło napięcie. Porzucił maskę sztywnego naukowca z autyzmem, żeby przywdziać na powrót maskę nonszalanckiego niewymownego z autyzmem. W stanie obecnego splątania, Black i tak go nie zdołałby go rozpoznać, i wydać ochroniarzom.

Chcę to, co on bierze, pomyślał tęsknie Alex. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że odruchowo na przemian to zaciska i rozluźnia pięść, jak wtedy, kiedy chciał uwidocznić sobie żyły przed iniekcją. Natychmiast znieruchomiał.

Uśmiechnął się lekko w stronę Eden, kiedy ta zwróciła ku niemu roziskrzone spojrzenie, tchnące złośliwą familiaryjnością, którą pamiętał jeszcze z czasów młodości.
Przypominała teraz kapryśną, zepsutą dziewczynkę, która wysłała wszystkie swoje lalki na szafot, wieszając je za główki, i domaga się nowej rozrywki – może gilotyna zamiast szubienicy? – bo ta forma egzekucji już jej się znudziła.
Przypominała mu trochę Dianę na głodzie, kiedy ta zwodziła przypadkowych ludzi w tłumie nieznajomych twarzy, tylko po to, by coś poczuć.

Nie mógł nie dorzucić swoich trzech knutów.

Powinieneś mu pan przyłożyć, panie ministrze – rzucił zdawkowo Mulciber. – W imię zasad.

Przydeptał butem niedogaszonego peta, obserwując, jak Perseus – pardon, Fortinbras Malfoy – oddala się w stronę bliźniaka Eden, Elliotta.

Ładnie – pochwalił Eden. Rzadko ją komplementował, ale tego wieczoru był wyjątkowo wylewny. – Tyle zachodu, żebyś mogła mówić do Perseusa Blacka per “tatusiu”.

Arogancki uśmieszek wciąż czaił się w kącikach ust Alexa, kiedy ten z galanterią zaoferował kobiecie swoje ramię, bez względu na jej reakcję. 

Chodź, doktorek i tak nie dotrze do Elliotta. Zaraz uzna, że sabotujemy mu wesele, a mieliśmy przecież grać przykładne małżeństwo. – Aż skręciło go w środku, kiedy wypowiadał ten żart, na szczęście, w związku z Lorettą – bo na pewno nie przez to, że regularnie nadużywał alkoholu – zdążył dorobić się wrzodów stresowych, więc trzymał się dzielnie, nawykły do podobnych sensacji żołądkowych: gorzej, że nagła fala mdłości przypomniała mu o Moodym (który od czasu Lammas kojarzył mu się z wonią rzygowin). 

Musiał przetrawić to, co ujrzał w przyszłości Eden.



część 3: Eden, Geraldine, Isaac

Pogrążony w myślach, zarejestrował jakieś zamieszanie blisko wejście do sali bankietowej – kobieta głośno wykrzykiwała puste pretensje, zapewne w stronę kochanka, nie widział dobrze – próbował wyminąć gapiów, ale niefortunnie przeciął drogę jakiejś parze. 

Przepraszam – rzucił w stronę Geraldine Yaxley i Isaaca Bagshota, i zamarł.

Trudno było zapomnieć o intrygującej blondynce spotkanej na Nokturnie – tylko, kurwa mać, nie pamiętał do końca, co jej tam nagadał, i nagle szalenie go to zestresowało – jeszcze trudniej o dziennikarzu fotografującym chujoświeczki, któremu obiecało się materiał na wyłączność na temat obsranej fundacji Mulciberów.

Alexander bardzo nie chciał być rozpoznany. 

Spuścił oczy, nagle wybitnie zainteresowany swoimi butami, zgarbił się też nieco, starając się sprawiać wrażenie niższego niż był w rzeczywistości – niestety, ciężko zniknąć w tłumie komuś, kto mierzy prawie dwa metry – dobrze, że w ciągu tych ostatnich kilku miesięcy kompletnie zaniechał wizyt u fryzjera: przydługie włosy, lekko skręcając się na końcach, opadały mu teraz na czoło, całkiem nieźle przysłaniając twarz. Zamierzał milczeć, i ładnie wyglądać u boku Edeneleganckie akcesorium na ramieniu eleganckiej kobietylicząc po cichu na to, że nikt nie zwróci na niego uwagi.

William Lestrange skinął głową łowczyni oraz dziennikarzowi, dyskretnie pociągając żonę w stronę sali bankietowej.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Perseus Black - 24.06.2024

Ogrody z Florence

Posiadał jedną małą przewagę, która sprawiała, że rodzina patrzyła na jego wybryki przez palce - ojciec tak łatwo nie chciał wydziedziczać Perseusa ze względu na to, że był planem B, gdyby Alphardowi, obecnemu dziedzicowi, nie udało się przedłużyć rodu (a wiedział, że się nie uda, bo zanim drink pomieszał w jego wspomnieniach, ujrzał starszego brata znikającego na schodach ze swoim najlepszym przyjacielem). Nie zmieniało to jednak faktu, że na szali stała powaga i honor obu rodów, a on Rookwoodom (bardziej niż przez fakt związania się z jedną z ich krewniaczek) narażać się nie chciał. Słuchał więc Florence z coraz większą zgryzotą malującą się na jego twarzy, bo chociaż sam plotki lubił, i chętnie ich słuchał (udając przy tym, że robi to od niechcenia, a nie dlatego, że oczy mu błyszczały na same przedstawiane mu rewelacje), tak nie znosił, gdy ich obiektem stawał się on sam lub, co znacznie gorsze, ktoś z jego bliskich.

Ta znajoma... Proszę przekazać jej, że mi schlebia, ale ja mam żonę — uśmiechnął się szelmowsko, prezentując Florence obrączkę, która tego popołudnia zjawiła się na jego palcu. Och, on sam był już pijany; być może nie szumiało mu w głowie do tego stopnia, żeby nie rozumieć powagi sytuacji, ale na tyle, by starać się obrócić wszystko w żart. Zaraz jednak spoważniał i wyprostował się — Nie było w planach amortencji — obruszył się — Albo ktoś chce nam zrobić okrutny żart, albo to...

Urwał, przetarł twarz dłonią, a potem spojrzał na Florence ze zbolałą miną. Mógłby jej opowiedzieć o tym, co spotkało go na Nokturnie przed kilkoma miesiącami, poskarżyć się na tych dwóch przestępców, którzy porwali go przez aferę z bobrem na balu u Longbottomów i w ogóle... w ogóle...

Ludzie zawsze plotkują — odparł, chcąc brzmieć przy tym przekonująco, ale chyba Bulstrode to nie przekonało. Odetchnął głęboko — Chodzi mi o to, że zaraz znajdą nowy temat. Mogę im dać nowy temat, jeśli tylko jest taka twoja wola, Florence. I absolutnie rozmówię z barmanami. Czy chcesz mi przy tym towarzyszyć?

Nie chodziło o to, że bał się konfrontacji; był w dosyć bojowym nastroju po tym, jak na chwilę stracił pamięć. Nie, Perseus chciał, aby Florence miała pewność, że dotrzymał słowa.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=1kdk7ko.png[/inny avek]


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Isaac Bagshot - 24.06.2024

Ogród - Gerry, Eden i Alexander.

- Tak, z tymi drinkami zdecydowanie jest coś nie tak...- Pokręciła głową i przetarł twarz dłonią. Czy przed chwilą naprawdę myślał tylko o tym, żeby zrobić zdjęcie pannie młodej? Ponieważ się w niej zauroczył? Nie, to było szalone. Dobrze, że ten dziwny stan mu minął. Jeśli miałby zagadać do jaliejkolwiek kobiety i proponować jakieś dwuznaczności, to zdecydowanie zacząłby od Geraldine.
- Przyszłaś tutaj z Erikiem?- Zapytał i wyciągnął z kieszeni marynarki piersiówkę. Rozejrzał się, czy nikt na nich nie patrzył. Upił łyk i podał ją Gerry. Ten alkohol był przynajmniej bezpieczny.- Nie będzie zły, że zostawiłaś go samego przy stole? I dzięki, że mi pomogłaś i ze mną wyszłaś.- Uśmiechnął się do przyjaciółki. Kiedy odwrócił od niej wzrok, jego spojrzenie skrzyżowało się że spojrzeniem Alexandra Mulcibera. Złapał za aparat, ponieważ tak właściwie to był przecież w pracy. Miał nadzieję, że Geraldine wybaczy mu, że będzie robił zdjęcia spacerującym w ogrodzie gościom.
- O, dzień dobrym. Zapraszam do zdjęcia piękna parę, panie Mulciber? Obok stoi zapewne pańska piękna małżonka? Zdjęcie na tle róż? Co państwo na to? To będzie wspaniała pamiątka dla państwa młodych, a może i nawet okładka najnowszego wydania Czarownicy? Zapraszam.- Powiedział, przykładając aparat do twarzy. Pierwsze zdjęcie jakie zrobił, przedstawiało wyraźnie kulącego się Alexandra na tle swojej pięknej partnerki.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Imogen Rookwood - 24.06.2024

Parkiet, razem z Augustusem

Cóż za potwarz! Cóż za bezczelność! Nawet jeśli Imogen w żaden sposób nie skomentowała zachowania Isaaca (no, może poza ustami zaciśniętymi w wąską kreskę i brwiami zmarszczonymi w grymasie niezadowolenia), tak mógł być pewien, że sobie to zapamiętała oraz że nigdy mu nie wybaczy. Miała przecież na sobie najpiękniejszą suknię tego wieczora (nie licząc sukni panny młodej) i była, nieskromnie mówiąc, najpiękniejszą z dam (zaraz po Vesperze). Dlaczego tego nie zauważał? A może był jednym z tych mężczyzn, którzy byli obojętni na kobiece wdzięki i pociechy szukali w ramion swych towarzyszów? Ta myśl była nieco pokrzepiająca, ale szybko została przyćmiona przez jej gniew - Bagshot prywatnie mógł wzdychać nawet do samego Nobby'ego Leacha, dopóki dawał Imogen odpowiednią ilość uwagi oraz uwielbienia. Co za niewychowany człowiek! Gdyby miała do wyboru spotkać w głuszy niedźwiedzia lub Isaaca Bagshota, bez wahania wybrałaby tego pierwszego!

I wtedy na horyzoncie pojawił się Augustus.

Najdroższy! — zawołała przejęta, teatralnie rzucając się mężowi na szyję; była roztrzęsiona, lecz nie z powodu, który zaraz zamierzała mu przedstawić — Jak dobrze, że przyszedłeś! Ten, pożal się Merlinie, dziennikarzyna, Isaac Bagshot, zaproponował, że zrobi zdjęcie mojej kreacji, ale on skierował obiektyw prosto w mój dekolt! Rozumiesz to, kochanie? Gapił się w mój dekolt i nawet się z tym nie krył i oblizywał lubieżnie, jakbym była... jakąś rzeczą. Och, na szczęście Matka nade mną czuwała i ten jego żałosny aparat się zaciął, bo nie wiem, jakby to się skończyło... Może zamiast pracować dla Czarownicy sprzedaje część odbitek zwyrodnialcom z Nokturnu?

Zrobiła dramatyczną przerwę, dając mu chwilę na przyswojenie natłoku informacji. A może w porę oprzytomniała i zorientowała się, że może doprowadzić do bójki na weselu Vespery, a przecież tego nie chciała. Kto to widział, aby świadek kogoś bił!

Och, obejmij mnie mocno i porwij w taniec, abym zapomniała! — poprosiła.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Laurence Lestrange - 26.06.2024

Z Camille przy ciotkach

Tłumaczenie dziecku różnicy między buchorożcem a jednorożcem, to tak samo jakby jeszcze dodać do zestawu – nosorożca, znanego bardziej mugolskim obywatelom. Jak on wybrnąłby z tego problemu, jeżeli jego syn wyciągnie podobne wnioski o podobieństwie tych dwóch stworzeń? Sam nie wiedział.

- Najpewniej bym się poddał, za którymś razem tłumaczenia. A kiedy dorośnie, przypomniałbym mu to porównanie.
Odparł z uśmiechem. Nawet nie potrafiąc sobie tego wyobrazić. Dzieci to delikatne istoty, które żyją w swoim świecie wyobraźni. Nie można im tego zabronić. Nie zabrałam tego swojemu synowi, który parę miesięcy temu stracił matkę. Jeżeli to mu pozwala o niej nie myśleć, niech tak pozostanie.

Wtem usłyszeli kolejną opowieść, tym razem dotyczącą Perseusa. Laurence aż uniósł brew w zdziwieniu, ale i podziwie, jakie miejsce w dziecięcych czasach kuzyn sobie na schronienie znalazł. Zdumiewające.
Camille postanowiła podzielić się najwyraźniej podobną sytuacją.

– Psia buda przynajmniej zawsze jest otwarta.
Zdążył jej odpowiedzieć z uśmiechem. Upił łyk wina, zatrzymując się, kiedy to uczyniła Camille. Spojrzał na nią pytająco, choć podążył za nią spojrzeniem na parkiem. Akurat stali się świadkiem pewnej parkietowej awantury.
- Za duża ilość alkoholu może źle wpływać na osobowość, lecz tutejsze…
Spojrzał na swoje wino. Jemu nic nie było, a trochę już wypił. Z Camille było także wszystko w porządku. Loteria? Czy może poczęstowali się z bezpieczniejszego zestawu napoi procentowych?
- Jak każdy mężczyzna, powinien sobie z tym poradzić.
Stwierdził obserwując uważnie Shafiqa. A kiedy obok przeszedł kelner, Laurence odstawił mu na tacę swój kieliszek. Już na dzisiaj miał dość alkoholu.
- Jeżeli chcesz, możemy podejść do niego.
Zasugerował, zdając się na jej decyzję, jeżeli chciała, mogli do niego podejść i zapytać, czy wszystko w porządku.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=l8AnWA1.png[/inny avek]


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Ulysses Rookwood - 26.06.2024

Jestem na wojnie z Lyssą. Najpierw stoimy niedaleko baru a potem uciekam do łazienki.

Tak naprawdę dla Ulyssesa to również był jeden wielki koszmar.
Nie lubił wesel. Zwłaszcza tych Vespery. Źle się czuł w tłumie różnych nieznajomych lub mało znajomych twarzy. Nie znosił rozmów o niczym z ludźmi, których tak naprawdę wcale nie interesowało co miał do powiedzenia i którzy jego wcale nie interesowali. Powiedzieć, że był mało stadnym zwierzęciem to nic nie powiedzieć.
Ale pojawił się tutaj, bo tak wypadało. A potem nadarzyła się ta kolejna katastrofa: ona śpiewała a on się śmiał. Resztki rozbawienia zaczęły wreszcie z niego ulatywać. Już nieważne, czy stało się to w momencie, w którym jego towarzyszka wysyczała „co”, czy też uspokoił się dopiero po „ładne”. Z chwilą, w której magiczny drink przestał na niego oddziaływać, sytuacja, która zaszła między nimi przestała mu się wydawać zabawną. Była tylko żenująca i żenująco niewłaściwa.
Zmarszczył brwi, spoglądając na Lyssę dziwnie. I znowu wyglądał tak, jak w tamtym momencie, w którym zobaczyła go po raz pierwszy. Był spięty. Zamyślony. Trochę nieobecny, choć jego błyszczące oczy wskazywały na całe mnóstwo myśli i emocji, które właśnie przelatywały przez jego głowę. Nie potrafił w racjonalny sposób wyjaśnić tego, co właśnie zaszło. Nie w taki, który nie obrażałby Lyssy, jego i może nawet barmana.
A ona właśnie chlusnęła w niego drinkiem i zaczęła swoją tyradę. Dotknął ręką swojej twarzy, ocierając z niej kapiący alkohol. Nienawidził tego, że teraz już zawsze będzie pamiętał ten moment, że z całego tego pierdolonego wesela, to właśnie on utkwi mu w pamięci bardziej – jak wszystkie momenty, w których wyszedł na idiotę, chociaż nawet nie wiedział, dlaczego.
Pokręcił głową.
Gdyby tylko był bardziej spontaniczny, w odwecie i ją oblałby drinkiem.  A potem powiedziałby jej, że żadna strata, sukienkę i tak miała mokrą, a teraz przynajmniej wspólnie dzielą jedno upokorzenie. Tylko, że ani nie był spontaniczny, ani wcale nie czuł, by obydwoje byli w jednakowy sposób upokorzeni.
On czuł się upokorzony bardziej. Najpierw tym, że zaczęła tak bezsensu śpiewać, co wystawiało go raczej na widok. Potem tym, że z jakiegoś powodu zaczął się śmiać, a nigdy się nie śmiał, więc… więc chyba coś mu dolano do tego pieprzonego drinka, a skoro dolano to może to też była część jakiegoś większego planu. Wreszcie tym, jak się teraz zachowywała, gdy on próbował być miły. Czemu w ogóle próbował ją pocieszać? Przecież gołym okiem było widać, że to wszystko zostało ukartowane.
Odstawił pustą szklankę po drinku, a potem zaklaskał kilka razy. Wielka aktorka.
- Jesteś dziwna, impulsywna i łatwo ulegasz wpływom innych, skoro zdecydowałaś się na tę farsę – rzucił ze złością. – Może wydaje ci się, że jesteś taka zabawna, ale wcale nie jesteś. Ktokolwiek namówił cię na śpiewanie, dolewanie mi czegoś do drinka i zrobienie tej sceny… - pokręcił głową. Nienawidził takich sytuacji. Nienawidził ich już w szkole. – Ale masz rację. Nie tylko ja wyszedłem teraz na idiotę – dodał na zakończenie, a potem odwrócił się i ruszył w stronę pierwszej łazienki, jaką tylko zobaczył.
Musiał się jakoś doprowadzić do porządku i uspokoić.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.06.2024

ogród z Isaakiem, Eden i Alexem
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/25a00cc4ea42fa20c836961fb2748ac8/73d888c07df5dfde-db/s500x750/5d8ee362c4a85c28e66fd10e1eb4e3ef867c4777.pnj[/inny avek]

Świeże powietrze było przyjemne, na dworze zdecydowanie myślało jej się łatwiej, niż w środku, gdzie co chwilę działy się jakieś nie do końca zaplanowane rzeczy. Miała wrażenie, że w ogrodzie jakoś łatwiej jej się panuje nad tym, co działo się wokół niej. Isaac otrzeźwiał, chyba faktycznie tego potrzebował, żeby nieco się ogarnąć.

- Tak, przyszłam z Erikiem. - Odpowiedziała na zadane przez niego pytanie. Mógł tego nie wiedzieć, ale Yaxley na takich spędach lubiła trzymać się znajomych twarzy, łatwiej jej było to przetrwać, gdy miała obok siebie życzliwe osoby. Longbottom był jej pierwszym wyborem, cóż, wiedziała, że raczej nie będzie miał partnerki, więc idealnie się składało. - Na tyle, na ile znam Erika, a wydaje mi się, że mogę stwierdzić, że całkiem dobrze, to nie sądzę, żeby miał problem z tym, że wyszłam na chwilę na zewnątrz, zresztą potrzebowałeś świeżego powietrza. - Była pewna, że co do tego by się zgodzili.

Oczywiście, że nie pogardziła jego piersiówką, szczególnie, że mogła mieć pewność iż alkohol, który się w niej znajdował nie był jednym z tych drinków, które miały namieszać. Pociągnęła z niej spory łyk, nie skrzywiła się przy tym wcale, widać, że była doświadczonym zawodnikiem, jeśli chodzi o wlewanie w siebie takich substancji.

Najwyraźniej Isaac nie zapominał o tym, że jest w pracy, bo zaprosił do zdjęcia kolejną parę, Yaxleyówna przeniosła na nią swój wzrok i coś jej nie stykało. Jak małżeństwo, skoro kobietą, która stała niedaleko niej była Eden Malfoy, znaczy nie Malfoy, ale ona nie przywykła do tego, że od jakiegoś czasu była Lestrange, nadal wiązała z kobietą jej panieńskie nazwisko, tak czy siak, Lestrange to jednak nie Mulciber. Dopiero wtedy przeniosła wzrok na jej partnera i cóż, nie był to William, może na stałe zamknęła go w piwnicy? Właściwie to nawet jej to nie dziwiło.

Zrobiło jej się cieplej, kiedy dokładnie przyjrzała się mężczyźnie, który towarzyszył Eden. Znała go, miał wątpliwą przyjemność poznać ją, kiedy znajdowała się w bardzo chujowym stanie na Nokturnie. Był to jeden z tych dni w życiu, o którym wolałaby zapomnieć. Tak naprawdę nie do końca pamiętała jak zakończyło się ich spotkanie, tyle, że Isaac już się do nich odezwał, nie miała szansy stąd spierdolić, ani zapaść się pod ziemią. Musiała jakoś sobie z tym poradzić.

- Eden, nie wiedziałam, że wymieniłaś męża. - Posłała kobiecie uśmiech, nie zabrzmiało to dobrze, ale nie miała nic złego na myśli. Nieco zestresowała się całą sytuacją, chociaż starała się po sobie nie dać znać, że coś jest nie tak.