Secrets of London
[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele (/showthread.php?tid=3340)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Victoria Lestrange - 28.06.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=VSYykxr.png[/inny avek]
Siadam zjeść tort

Bellatrix odmówiła jej tańca i poszła w swoją stronę – Victoria mogła więc tylko się do niej uśmiechnąć na odchodne. Sama złapała za kieliszek z winem od jakiegoś kelnera, choć przed tym zapytała jeszcze czy przypadkiem coś nie zostało do niego dodane i Victoria musiała przy tym wyglądać groźne, bo ten zapewniał ją, że absolutnie nie. Miał szczęście, bo po próbnym łyku Victoria nie zamieniła się w kapibarę, ani nie rzuciła na niego z pięściami, ani nic takiego… dlatego z uśmiechem dopijała tę lapkę, widząc, że Sauriel rozmawia ciągle z ojcem… nie zamierzała im przeszkadzać, skoro tak rzadko mieli okazję faktycznie ze sobą porozmawiać bez rzucania się sobie do gardeł…

Musiała wyglądać na bardzo samotną, bo w którymś momencie podszedł do niej jakiś młodzieniec i poprosił ją do tańca. Cóż, nie dało się zaprzeczyć, że aktualnie zupełnie nie była zajęta, nie miała przy sobie żadnego partnera i być może zwietrzył okazję, ale Victoria… Victoria okazji nie szukała, lubiła za to tańczyć, odłożyła więc kieliszek i dała się poprowadzić do sali obok, by móc zawirować na parkiecie. Dwa razy z tym młodzieńcem, później poprosił ją ktoś jeszcze… i tak bawiła się w tańcu, chociaż nikt z nich nie był tym, z kim tak naprawdę bawić się chciała.

W którymś momencie była świadkiem zamieszania, w środku którego znalazł się Anthony i aż zakryła usta dłonią, gdy jakaś blondyna wylała mu na twarz i garnitur drinka. Już miała do niego podejść, ale jakaś para ją ubiegła, zaś… za moment ogłoszono, by się zebrać, a Perseus i Vespera weszli na środek sali, dokąd wjechał imponujący tort. Czarny, oczywiście że czarny, bo jaki inny. Przez moment mogła patrzyć na scenę jedynie w półmroku, nim zgasły świece i ponownie zapłonął żyrandol.

Victoria w końcu usiadła do stołu na swoje miejsce, chcąc na moment odetchnąć od tych tańców i w spokoju zjeść tort.




RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Sauriel Rookwood - 28.06.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DP8zuR8.png[/inny avek]
Torcik!

Był już wstawiony. Intensywnie pijąc przy pogawędce z ojcem nie mógł powiedzieć, że poprawił mu się humor, ale drzemała w tym nostalgia, której nie dało się wyrzucić z głowy. Wbijała się głęboko i przeszukiwała odmęty umysłu. Jest tam. Ciągle obecna i eksplorowana, chociaż Sauriel przecież cały czas tej eksploracji unikał. Nie chciał myśleć o przeszłości, swoich błędach i swoich winach. O rachunku sumienia, który został zjedzony przez kota i wyrzygany, bo jak mogłoby być inaczej. Kot przez moment myślał, że jest psem. Jeszcze nie tak dawno temu słodkie "Crucio" wybrzmiałoby z gardła Erica zamiast odpyskowania, a dzisiaj gotowi byli przy drinkach zastanawiać się, kto bardziej uprzykrzył Annie życie. Wspaniały temat do rozmów. Zabrakło tutaj tylko planowania Ericowego pogrzebu. Sauriel byłby nawet do tego zdolny (i byłby skłonny), bo przecież co był winien temu człowiekowi? Cały ten ból, całe to okrucieństwo, wszystkie te okropieństwa, które wydarzyły się między nimi... on chciał mu to zwrócić. Z nawiązką. Nie chciał go zostawiać radosnego i cieszącego się życiem, kurwa, przecież nawet powinien skakać z radości, że stary źle się czuje! Niedługo umrze, będzie spokój! Z nim i Chesterem też - przecież to brzmiało jak przepis na doskonałe życie! Prawie jakby mógł sam teraz wskoczyć do domu Rookwoodów i zapytać się, czy nie szukają następnego dziedzica. Z pełną ironią, bo przecież byłby doprawdy dziedzicem doskonałym, bo wiecznym. Powinien się cieszyć i skakać, tymczasem miął w gębie jakąś truciznę, którą się sam podtruwał. Co za paskudny arszenik mu ktoś pod mordę podetknął - sam nie wiedział.

Za to wiedział, że przyszedł tort, więc wziął w końcu starego (prawie że) pod ramię, żeby go odprowadzić do jego miejsca. Tak kurtuazyjnie. Sam zaś poszedł do swojego - czyli tam, gdzie siedziała Victoria, z którą pojawił się na tym weselu. Bywało lepiej - zazwyczaj osoby, które się rozeszły i zerwały zaręczyny nie chciały mieć wiele ze sobą do czynienia, ale w tym wypadku było wręcz na odwrót. Sauriel nie byłby nawet w połowie tak zadowolony z tej znajomości, jak był teraz, gdyby ten piekielny pierścionek ciągle był kagańcem, obrożą i smyczą. Victorii może ta smycz aż tak nie przeszkadzała, ale jego paliła do kości. Wszystko teraz zniknęło. Wszystkie te narzucone im perspektywy. Wolność musiała pachnieć właśnie tak - perfumami Victorii, bo to je poczuł, kiedy odsunął sobie krzesło. Szurając przy tym nieelegancko jego nogami po podłodze.

- Czeeść, mogę cię zjeść? - Uśmiechnął się flirciarsko, zwalając się na krzesło, ale zamiast patrzeć na talerz i zainteresować się przepięknym (naprawdę fenomenalnym!) tortem to usiadł w zasadzie trochę bokiem - częściowo skierowany do Victorii. - Ale się nabalowałaś. Spociłaś się trochę. - Jak to przy tańcach, pewnych rzeczy nie dało się uniknąć. Ale wcale nie śmierdziała i wcale tego nie widział - rzucił to tylko po to, żeby się z nią podrażnić. Obrócił się do stołu i zaatakował kawałek tortu widelcem.




RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Victoria Lestrange - 29.06.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=VSYykxr.png[/inny avek]
Jem tort

Victoria wstawiona zdecydowanie nie była: wypiła tylko szampana na początku, później niecałą lampkę wina, a następnie poszła tańczyć. Wszelki alkohol, który kręcił się w jej żyłach, już dawno zdążył wyparować. Jakoś… Po prostu nie za bardzo miała z kim pić. Z obcymi? Zresztą nawet kiedy, skoro albo jadła owoce w czekoladzie, albo tańczyła, albo z kimś tam rozmawiała. Dopiero teraz był moment na wytchnienie, powachlowałaby się, bo była zgrzana, gdyby nie to, że… i tak było jej zimno. Zdążyła tylko odrobinę poprawić fryzurę i teraz wbijała widelczyk w ciastko, kiedy krzesło obok niej szurnęło głośno. Ten hałas ginął w ogólnej wrzawie, muzyce i rozmowach, ale ona siłą rzeczy musiała usłyszeć. Odwróciła do niego głowę akurat w momencie, kiedy niemal zwalił się na to krzesło.

Pozwoliła sobie odpowiedzieć w podobnym tonie, to jest najpierw spojrzała na dół, na nogi Sauriela, później niby powoli sunęła spojrzeniem w górę w górę, niby od niechcenia opierając łokieć na stole, z zawieszonym w powietrzu widelczykiem…

– Hmmmm… może celowo przeciągnęła słowo, a na końcu uśmiechając się nieco zadziornie. Rzecz jasna nie musiała się wcale zastanawiać nad odpowiedzią, ani nad tym, czy mężczyzna jej się podoba, bo oboje doskonale znali odpowiedź, ale ta obczajka miała swój cel. Oprócz odpowiedniego efektu, Victoria w ten sposób próbowała się zorientować, w jakim stanie Sauriel w ogóle jest i… Trzymał się. Ewidentnie trochę popił, bo na trzeźwo jakoś nigdy nie próbował jej bajerować, ale za to po pijaku… Raz dała mu za to w twarz, ale teraz bardzo wątpiła, czy by to powtórzyła. Ich relacja bardzo się od tamtego czasu zmieniła. Brak pierścionka na jej palcu wywrócił wszystko do góry nogami i owszem… nie stronili od swojego towarzystwa, co musiało się wydawać dziwaczne, ale bardzo dobrze pamiętała jak Sauriel mówił jej, że teraz nie wie, jak ma ją traktować i że nie chce, żeby było między nimi dziwnie. Nie było… O dziwo nie było. I tak naprawdę to mieli całkowicie czystą kartę w tej relacji: bez przymusów rodziny, bez przymusów jakiejś starej magii… – Najadłam się tyle tej czekolady, że musiałam to trochę spalić – a czekolada była przepyszna… I chyba tam  jeszcze dzisiaj wróci. Obje się za wszystkie czasy. Na uwagę Sauriela jednak dyskretnie się odwróciła i nachyliła, chcąc się upewnić, czy przypadkiem nie śmierdzi, ale nie, to ewidentnie Sauriel nie wiedział, jak inaczej ją pozaczepiać. – Nabaluję się dopiero wtedy, kiedy będę musiała tańczyć na boso – odparła za to z dumą, po czym wsadziła sobie kawałek tortu do buzi, całkowicie z siebie zadowolona.




RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Mirabella Plunkett - 29.06.2024

[inny avek]https://modelistemagazine.com/wp-content/uploads/2021/04/IMG_2920-620x797.jpg[/inny avek]

Wiedziała doskonale, jak na niego działa. Wiedziała, które perfumy sprawiają, że Perseusowi kręci się w głowie, wiedziała też, które uśmiechy sprawiają, że nogi się pod nim uginają. Nie chciała psuć jej własnego wesela, lecz to, co się stało, było niedopuszczalne. Nie mogła powstrzymać się przed ściągnięciem brwi w wyrazie niezadowolenia, nie mogła powstrzymać się przed poinformowaniem męża, że coś tu było nie tak.
- Ktoś... - powtórzyła miękko, przekrzywiając głowę. Pozwoliła, by ozdoby we włosach zafalowały, migocząc w blasku świec, by rzuciły krwawą łunę na jej bladą skórę. - Jeśli kryzys został zażegnany...
Karminowe usta rozciągnęły się w uśmiechu, a wzrok nieznacznie złagodniał. Vespera lekko pokręciła głową na znak, że ona nie zaryzykuje. Nie mogła, nie potrafiła - nie w jej stanie, nie na oczach tylu osób. Miast tego przysunęła się do Blacka, ujmując jego dłoń w swoje szczupłe palce.
- Tort... - oczy kobiety zalśniły. Czy Vespera kochała słodycze, prawie tak samo jak Victoria, która kręciła się po sali i podjadała to truskawki w czekoladzie, to inne słodkości? Czy może to nowe życie sprawiło, że na samą myśl o torcie, którego smaki przecież sama wybrała, czuła ekscytację?

Stała obok męża, wyprostowana i dumna, wcale nie przejmując się tym, że tort znacznie ją przewyższał. Z gracją położyła dłoń na dłoni Perseusa, którego palce owinęły się wokół rękojeści. Poczuła przyjemny dreszcz, pnący się wzdłuż kręgosłupa, gdy jej skóra dotknęła rękojeści. A potem...

Potem nie stało się nic. Ukroili pierwszy kawałek, zgodnie z wieloletnią tradycją. Vespera wbiła widelczyk w ciasto, a potem ostrożnie skierowała sztuciec w stronę ust Perseusa. Jeżeli ktoś spodziewał się czegoś innego, musiał obejść się smakiem. Vespera lśniła, lśniła dumą i bezbrzeżną miłością do swojego męża. Czy ktokolwiek byłby w stanie udawać ten wzrok pełen uwielbienia? Raczej nie. Ten ślub musiał być z miłości.
- Nieco za słodki - szepnęła do męża, ale bez cienia pretensji w głosie. Była tak podekscytowana na myśl o cieście, ale... okazało się nie tym, czego chciała. Trochę rozczarowujące.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Bard Beedle - 29.06.2024

[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/03/c9/5b/03c95b70643b47415cf734ec2fb5d8ce.jpg[/inny avek]

Z Laurencem i Anthonym

Camille uśmiechnęła się lekko, ściskając nieznacznie przedramię Laurenca.
- Oczywiście, że jest, panie Shafiq. Czy sądził pan, że byłabym w stanie pić cokolwiek innego? - zapytała z rozbawieniem, unosząc nieznacznie dłoń z kieliszkiem, wypełnionym winem. Winem, którego smak rozpoznała niemal od razu, bo miała doskonałą pamięć do takich rzeczy. Było idealnie wyważone pomiędzy cierpkością a słodyczą. To nie mogło być dzieło nikogo innego, bo wina Delacourów rozpoznawała od razu, zanim jeszcze upijała pierwszy łyk. Camille płynnie przeszła na język francuski, który był przecież jej językiem ojczystym. Wydawało się, że nawet nie zwróciła uwagi na fakt, że przeszli z angielskiego na bardziej cywilizowane tony. - Wasze wina to jedyne, co trzyma mnie na tym przyjęciu. Być może powinien pan zaproponować kieliszek wzburzonej damie?
Zapytała, chociaż oczywistym było, że sama uważała ten pomysł za niedorzeczny.
- Kapibara... Trzeba przyznać, że Blackowie mają ciekawy stosunek do wesel, prawda? - tutaj nie mogła ukryć rozbawienia, chociaż było ono połączone z zażenowaniem. Na przyjęciach, wydawanych przez jej rodzinę, takie wydarzenia nigdy nie miałyby racji bytu. - Chociaż wydaje mi się, że biedny Perseus nie miał o tym pojęcia. Wydaje się zagubiony. Nie określiłabym tego jako spokojne przyjęcie, chociaż udało nam się uniknąć tajemniczych efektów, powodujących wylewanie na innych drinków czy... zmian w kapibary.
Taktycznie nie odpowiedziała, jak podobało jej się przyjęcie. Dopiero co przyszli, pokręcili się tu i tam, zerknęli na pierwszy taniec. Potem działo się tyle, że ciężko było to sklasyfikować tak, by ładnie dobrać słowa.
- Za to Vespera lśni mimo tych incydentów - szepnęła, tym razem po angielsku, wbijając oczy w kobietę, krojącą z mężem tort. Na twarzy Delacour pojawiło się coś na kształt rozrzewnienia. Czyżby sama myślała o małżeństwie i własnym ślubie?


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Eden Lestrange - 29.06.2024

Alex:

Nie dałaby się bić, choć niejednokrotnie zastanawiała się podczas samotnych, głuchych nocy, czy nie wolałaby rękoczynów od tej śmiercionośnej ciszy. Podobno ból oznacza tyle, że się jeszcze żyje; kiedy Eden trwała w swojej nicości, kiedy z dnia na dzień przeobrażała się w uosobienie nihilizmu, nie czuła zupełnie niczego. Idąc za powyższą analogią, istniała niezła szansa na to, że mogła wcale już nie żyć. Co najwyżej mogła egzystować.
Parsknęła, kiedy zapytał o szacunek. W tle zabrzmiała nuta pogardy, rytmu nadawał ledwie słyszalny cynizm; prawie tak, jakby chciała powiedzieć nie rozśmieszaj mnie bez użycia słów.
Dorastała w środowisku, gdzie małżeńskim credo był pozorny szacunek. Kamieniem węgielnym udanego związku nie była miłość, raczej przeszkadzała, była przeciwnikiem logicznej współpracy. Liczyła się czysto biznesowa więź w imię celów wyższych, jasno wyznaczone granice, odgrywanie przypisanych ról. Biorąc ślub spodziewała się właśnie tego, ale z Williamem w parze nie miało prawa się to udać. On nie umiał się wpisywać w ramy społeczne, nie potrafił udawać kogoś, kim nie był. A Eden zgubiło to, że kiedyś tę autentyczność pokochała, co przysłoniło jej oczy i straciła z oczu cel. Straciła szacunek do samej siebie, a w efekcie on przestał szanować ją.
Niebywałe jak szybko węzeł małżeński może zamienić się w sznur na twojej szyi.
- Ciężko mi uwierzyć, że ze wszystkich osób akurat ty będziesz mi prawił moralitety o szacunku do kobiety - wymijająco odbiła piłeczkę, spoglądając na Alexandra z uniesioną brwią. Nie miała zamiaru mu odpowiadać wprost, bo ani nie miała ochoty na zwierzenia w takim miejscu i czasie, ani nie miała zamiaru się spowiadać akurat Mulciberowi. Nie była pewna, jak po tych wszystkich rundach zaćpania się na umór miewał się jego umysł, ale jak na mężczyznę zaskakująco często zdarzało mu się być w przeszłości bystrym. Jeśli zachował choć ćwierć mocy przerobowej tego orzeszka w czaszce, połączy kropki sprawnie.
Nie było o czym rozmawiać, bo małżeństwo było fikcją.

Alex, a propos Perseusa:

Uśmiechnęła się słodko, słysząc komplement płynący z ust Axela. Rzadko się zdarzało słyszeć od niego takie słowa bez podszycia ironii, bez lejącego się sarkazmu spomiędzy zaciśniętych w fałszywym uśmiechu zębów.
- Szkoda, że nie zaprosiłeś mnie na swoje wesele - oznajmiła z żalem w głosie, ściskając mocniej jego przedramię, gdy wspomniał o nazywaniu Percy'ego tatą.  - Wtedy może taki zaszczyt przytrafiłby się tobie. - Uniosła twarz, patrząc na niego z buzią jak marzenie, z przelotną adoracją w pustych oczach. Tuż po tym przypadkowo nastąpiła mu obcasem na palce stopy. I wcisnęła piętę mocniej, kręcąc dobitnie. Tym razem już celowo.
- Wybacz, potknęłam się o coś głupiego - rzuciła, choć bez cienia skruchy. Rozejrzała się za bratem, chcąc szybko przeliczyć dystans Blacka od bliźniaka, ale z bólem musiała przyznać, że Alex miał rację. Percy zapomni o swoim nowo nabytym mianie w momencie, gdy tylko napotka jakąkolwiek inną osobę. Nie dajcie bogowie, jeszcze się przebudzi i zacznie płakać ze wstydu. Wolała się utopić w fontannie z czekoladą niż go za ten żart później przepraszać.
- Spróbowałby tylko, kuternoga - syknęła pod nosem, ale nie dodała nic więcej, bo nawet ją zapiekła w gardło ta hipokryzja. Przecież sama nie tak dawno miała podobne schorzenie, a i na dodatek ewentualne oskarżenie Blacka rozeszłoby się po prasie jak masło. Słynąca z mszczenia się starsza siostra jego byłej żony rujnuje mu wesele z nową wybranką? Niesłychane, trudne do uwierzenia. Musiała z bólem serca i refluksem przyznać, że Mulciber miał rację i powinni się stąd ulotnić.

Alex, Geraldine:


Kiedy nacięli się na znajomych, prawie przeklęła pod nosem, ale wczas połknęła własne słowa. Nie rozumiała, czemu Alexander zastygł w ruchu, przecież mogli przeprosić i mknąć dalej, nikt by się nawet nie oglądał za nimi, a od tyłu to by go nie poznali - ostatnim razem jak sprawdzała, nie miał na plecach kartki z napisem "czołowy czystokrwisty ćpun", co by go mogli bezbłędnie zidentyfikować. Co najwyżej wzięliby go za losowego typa ze skoliozą.
Kiedy zmieniła męża? Gdy usłyszała pytanie zaśmiała się anielsko, udając, że to świetny żart. Wcale jej nie bawił, ale lepiej się było śmiać niż płakać. Wpierw przez głowę przemknęło jej pytanie uzupełniające dla Yaxley, mianowicie: o którego ci chodzi? O tę męską wywłokę u mego boku, czy o aurora, który wolałby się przekręcić niż brylować w takim towarzystwie?, ale przecież nie powie tego na głos. Musiała utrzymać grę pozorów, w której najlepszą obroną był atak poprzez odwrócenie kota ogonem.
- Och, Geraldine! - Pozornie szczery uśmiech; choć cieszyła się na jej widok, nie mogła powiedzieć tego o jej pytaniu. - Oj, chciałoby się czasem, naprawdę, chciałoby się takiego wymienić, ale niestety, to przecież nadal stary, dobry, poczciwy William. Prawda, skarbie? - Zagaiła do przyszywanego małżonka u boku, próbując zajrzeć od dołu na jego twarz, znaleźć ją pomiędzy włosami opadającymi nań, żeby jednym spojrzeniem w połączeniu z głupią miną dać mu znać, że marny z niego aktor i na domiar złego jeszcze melepeta.
- A co tam u twojego braciszka, znaleźliście już go? - Zaświergotała słodko, unosząc wzrok z powrotem na Geraldine, nawet nie siląc się na fałszywe zmartwienie. Jedynie spojrzała prosto w oczy Gerry, dając jej jasno znać, że jeśli ona zaczyna niewygodne tematy, to Eden chętnie odpłaci się pięknym za nadobne. - Thoran, prawda? Pytam, bo jestem ciekawa, kiedy ktoś zrekompensuje mi straty związanie z mieszkaniem, które doszczętnie zdewastował. - Wzruszyła ramionami, jakby to była drobnostka, jakby wcale nie trzymała urazy. I prawdę mówiąc, dalekie od prawdy to nie było. Ubezpieczała się od takich wypadków, poza tym jedna melina w niskim standardzie w tę, czy we w tę, nie robiła jej różnicy. Przecież nie będzie przez jej stratę chodziła głodna. Po prostu liczyła, że Yaxley szybko porzuci temat nowo nabytego męża, bo wtedy i ona będzie mogła zapomnieć o Thoranie.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Jonathan Selwyn - 29.06.2024

W sali balowej z Lorraine

Klątwą ludzi kultury – rzucił obdarzając ją kolejnym uśmiechem. – Wychodzimy na snobów, tylko przez wzgląd na naszą wiedzę. A gdy już się nią chwalimy w odpowiedzi słyszymy, że podobną artystyczną wartość miałoby powieszenie na ścianie obrazka z półnagich celebrytów. – To znaczy rozumiałby doskonale zachwyt, gdyby ktoś uznawał jego własne zdjęcie za wysoką wartość artystyczną. Zwłaszcza, że przecież dopiero co dostał wiadomość od Brenny, zapraszającą go do wzięcia udziału w sesji do kalendarza charytatywnego i Jonathan nie miał żadnej wątpliwości, które zdjęcie będzie najchętniej przeglądane, ale jednak i tak ubolewał nad podejściem niektórych do sztuki.
Hm… – zamyślił się na chwilę, nieco spowalniając kroku, nie zamierzając tak łatwo odpowiedzieć na jej wyzwanie. – A czy to nie jest trochę tak, droga pani Malfoy, że nie po to człowiek ma wiele różnych oblicz, by wybierać tą ulubioną, bo przecież to tylko ich mieszanina tworzy go w całości? – zagadał, nie dając się ani przez chwilę wytrącić z powolnego rytmu, który narzuciła im muzyka. – Ale gdybym miał już zgadywać powiedziałbym, że ciągnie panią raczej do królewskości i triumfu.
Nie znał Lorraine tak dobrze, by być tego pewnym, swoją opinię bazował jedynie na dzisiejszym wrażeniu odnośnie jej osoby, ale przecież nie zawsze chodziło o to, aby mieć rację, a o to, by wypowiedzieć pewne rzeczy z całkowitą pewnością siebie. Zresztą lubił bawić się w takie zgadywanki. Gadanie przychodziło mu naturalnie z łatwością, nigdy szczególnie się w tym nie ćwiczył, a jedynie z czasem rozwijał swoje talenty, gdy używał ich w pracy i życiu codziennym.
Ciasteczka z wróżbą.
Roześmiał się cicho.
Oh, czyżby życzyły pani samych nieszczęść, czy rzeczy zbyt oczywistych? – Prawdę mówiąc sam nie sięgnął, po ciasteczka, głównie z tego powodu, że był zbyt zajęty drinkami, ale wiedział, że te wypieki miały tendencję do rzucania nudnych prawd o życiu, lub też zawiłych wskazówek. Zdecydowanie do tych spraw lepiej nadawał się Morpheus ze swoim tarotem. Niektórzy i tak chcieli go schrupać. – Domyślam się, że raczej nie wróżyły pani przyjemnego tańca z przystojnym czarodziejem, ale jeżeli tak było to proszę mi tego nie mówić. Wolę uznawać, że byłem dla pani dzisiaj miłą niespodzianką.
Już miał coś jeszcze dodać, gdy nagle zamieszanie z sali obok, skierowało jego uwagę w inne miejsce.
Oh…
Czy ktoś się dziwił, że przyprowadzanie na wesele dzikiej istoty, to znaczy Amerykanki, mogło skończyć się inaczej, niż jej wybuchem?
Tak, ewidentnie te londyńskie mgły przysłoniły jej na chwilę głowę – skomentował, nie mogąc się powstrzymać by nie uśmiechnąć się nieznacznie na komentarz Lorraine. Zawoalowane złośliwości były jednymi z jego ulubionych.
Myślę, że nie możemy pozbawić naszej widowni, tak wspaniałego tańca pani Malfoy – odpowiedział, przenosząc spojrzenie z zamieszania z powrotem na swoją partnerkę. Shafiq radził sobie z gorszymi sytuacjami. Dopóki ich ukochana amerykańską ambasadorką nie próbowała go zamordować, powinien sobie poradzić. A zawsze byli przecież jedynie salę obok. Ponownie podał kobiecie swoją dłoń. Tango przecież nie mogło czekać.
Jonathan bez wątpienia uwielbiał być w centrum uwagi, ale podczas tego konkretnego tańca był w stanie zrobić niewielki wyjątek, kierując się zasadą by tańczyć tango tak, by jedynie dawać swojej partnerce podstawę, do tego, by to na nią zwrócone były spojrzenia. Nie, że sam tańczyć źle, lub przeciętnie, to by było rzecz jasna niemożliwe, a parkiet niewątpliwie w tej chwili należał do ich dwójki. Ah, aż żałował, że nie założyła wcześniej na siebie płaszcza, który mógłby dramatycznym gestem z niej zrzucić, ukazując jej piękną suknie.

A potem niestety krojenie ciasta bezczelnie przerwało im ich tańce. Ukłonił się Lorraine.
Mam nadzieję, że nie będzie za słodki – zwrócił się w kierunku swojej partnerki, uznając że jest to najlepszy moment, by dowiedzieć się więcej na temat jej charakteru, patrząc wokół jakich kolorów wiruje. Prawdę mówiąc zależało mu na tym, by znaleźć się przy państwie młodych, aby zobaczyć jakie to też nici ich tak naprawdę wiążą, ale to dopiero za chwilę.

Rzut na aurowidzenie
[roll=Z]
[roll=Z]


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Lyssa Dolohov - 29.06.2024

siedzę w kiblu z Ulyssesem

Lyssa odrobinę, ale tylko troszkę żałowała, że była to aż tak sztywna, czystokrwista impreza i nie było możliwości, żeby znalazła tutaj gdzieś Lockharta. Wtedy sprawy byłyby o wiele prostsze - raz dwa znalazłaby sobie zajęcie i to takie, które mogło ją ładnie komplementować, potańczyć z nią i dotrzymać jej towarzystwa. Bawiłaby się wtedy całkiem dobrze, tego była pewna. A zamiast tego musiała znosić... to.

Oboje najwyraźniej byli zachwyceni z tego samego powodu - Lyssa zgrzytała zębami na samą myśl, że ta sytuacja już zawsze będzie z nią. Co prawda oblanie go nieco polepszało ten moment, ale satysfakcja uleciała bardzo szybko, pozostawiając miejsce tylko zażenowaniu i złości. Wygłupiła się, a dodatkowo została bezczelnie wyśmiana na oczach wszystkich. Cokolwiek by teraz nie zrobił, najadła się wstydu do tego stopnia, by to siebie uznawać za najbardziej poszkodowaną w tym całym incydencie.

Słysząc jego kolejne, jakże bzdurne, znowu obrażające ją słowa, nabrała powietrza w płuca oburzona. Chciała mu coś odpyskować, ale ten brnął dalej i po chwili dziewczyna zmarszczyła w niezrozumieniu brwi, już w ogóle nie będąc pewną, jaki był jego problem. Rozejrzała się, absolutnie gotowa złapać za kolejnego drinka i ponowić całą operację chluśnięcia mu w twarz, nawet nie mając czasu na to, żeby poczuć zadowolenie związane z tym że wyraźnie się złościł. Bo kiedy się kłóciła, szybko przestawało chodzić o jakąkolwiek sprawiedliwość i najważniejsze było, żeby przeciwnika sprowadzić jak najniżej i jak najbardziej zdenerwować.

Już go chciała dalej wyjaśniać, ale kiedy oderwała spojrzenie od blatu, chcąc go obcesowo zlustrować od stóp do głów, jakby był najbardziej godną pożałowania rzeczą, z jaką właśnie przyszło się jej zmierzać, ten już był odwrócony i parł przed siebie w stronę łazienki. O co to to nie. Jeśli Ulysses myślał, ze tak łatwo będzie mu wyjść z tej rozmowy, to się grubo mylił, bo Mulciber zaraz wyrwała w ślad za nim, doganiając go w drzwiach łazienki.

- Jak bardzo aroganckim, egocentrycznym dupkiem musisz być, żeby myśleć że cokolwiek miało związek z tobą? - zmierzyła go wściekłym spojrzeniem, tym bardziej rozsierdzona że doprowadził ją do stanu, kiedy angielszczyzna w jej ustach wykrzywiała się, nabierając rytmu który nadawał jej francuski akcent. Od tego wszystkiego poczerwieniała na policzkach, bo za kogo on się właściwie uważał? - Kim ty jesteś, Merlinem Odrodzonym, że uważasz, że wszystko kręci się wokół ciebie? Bo co, nie mam co robić, tylko czekać i umawiać się z innymi, żeby łaskawego pana ośmieszyć? - trzasnęła drzwiami zamykając ich w środku, chyba nie do końca świadoma jak ta sytuacja mogła wyglądać z zewnątrz. Ale czemu by miała? Zbyt zajęta była przewijaniem sobie w głowie tego, jak ładnie do tej pory Rookwood ją określił, bezpośrednio czy pośrednio, z radością gotowa sobie dopowiedzieć to, co tylko jej pasowało w tym momencie. - Ewidentnie cudownie się bawiłeś, kiedy coś nie pozwoliło mi przestać śpiewać, więc przestań wykręcać się w jakiejś idiotycznej próbie, że to ja tutaj cię upokorzyłam. Bo cokolwiek tam zaszło - wskazała za siebie, na zamknięte drzwi, ewidentnie mając na myśli bar, przy którym jeszcze przed chwilą się znajdowali. - to wszystko twoja wina! - tupnęła nogą, zaciskają w złości pięści.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Sauriel Rookwood - 29.06.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DP8zuR8.png[/inny avek]

Byłaby smaczna? Na pewno. To byłoby kłamstwo - powiedzenie, że Sauriel był jakimś smakoszem... Kłamstwem też byłoby powiedzenie, że nie było takich żył, w które bardzo, ale to bardzo chciał się wbić. Niektórzy samą swoją prezencją kusili go do złego, ale nie pamiętał, kiedy ostatni raz mu się to zdarzyło. Może z uważną Daisy w ciemnym zaułku nocą, której strach mieszał się z ciekawością, kiedy prowadził grzeczną dziewczynkę przez niegrzeczny mrok? Chyba z Fergusem, dawno temu, kiedy spotkali się przypadkiem w zaułku - i jego też opętał strach, a mimo to ciągle ciągnęło go do przodu. Dawniej - dawniejszych czasów nawet nie liczył, bo one się nie liczyły. Od dobrych paru miesięcy nie miał tego odczucia. Nauczył się bardzo dobrze panować nad tym głodem, którego podszewka norm stała się tak oczywista, że nie wiedział, że można było inaczej. Już nie pamiętał. Minęły niby tylko trzy lata, zatrzymując go w tym młodzieńczym ciele - niby dorosłym, a przecież jeszcze brakowało paru lat, żeby w pełni jego twarz nabrała męskich rys. Nijak mu to nie przeszkadzało, jeszcze nie. Świat nie zmienił się aż tak w jego oczach, ludzie dookoła niego się tak nie zmienili. Obserwował na razie statyczność dookoła siebie. Co zaś będzie za lat 10? Czarodzieje przecież potrafili przeżyć ponad 200 lat. Jeszcze trochę więc tego życia dla bliskich wokół zostało. Na tyle, żeby przejmowanie się tym odeszło w kąt tak samo jak niekontrolowalny głód.

Więc: moooże? Może. Cwaniacki i arogancki uśmiech tylko się pogłębił. "Hmph!" wydobyło się gdzieś z jego gardzieli, mając zastąpić: no przecież wiem jednym dźwiękiem. Pozwoliłaby mu na bardzo dużo. I dlatego, że by na to pozwoliła nie chciał tego eksplorować. Przekraczać granicy, za którą czaiły się pokusy, od których potem czasem ciężko było się odwrócić. Które mogły coś zmienić. Niekoniecznie na gorsze, niekoniecznie na lepsze. Musiałby być gotów zaryzykować, a nie był.

- Taka słodka kobietka na pewno ma przesłodką krew. - Peplał sobie dalej między kolejnymi gryzami torta. - Jak ta truskaweczka w czekoladzie. - Którą Victoria się raczyła. Spojrzał na nią mówiąc to, żeby poobserwować reakcję. To, jak się obracała i spoglądała po sobie. Może szukała czekolady? Nawet nie przeszło mu na myśl, że właśnie sprawdzała, czy na pewno godnie się prezentowała. - Ooo... to wyzwaaanie... - Zamruczał przeciągle, przymrużył oczy. Złapał szampana, którego akurat niósł kelner na tacy i zamoczył w nim usta. Na jakieś cztery łyki, czyli zupełnie nie tak, jak się szampana pić powinno. Jakoś nie było chętnych do upominania Rookwooda. Być może dlatego, że wyglądał na dokładnie takiego, jakim był, nawet z tymi błyszczącymi oczami i zadowoleniem - na gościa, który może bardzo uprzykrzyć ci życie. - To szykuj się, bo idziemy tańczyć. - Zameldował, bo przecież nawet to nie było pytanie. - Pokażę ci, jak się tańczy, Maleńka.- To już zabrzmiało jak groźba z wilczym uśmiechem, a było ledwo obietnicą.




RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Victoria Lestrange - 29.06.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=VSYykxr.png[/inny avek]
Żrę tort z Saurielem

Bała się z początku: gdy w jej głowie zaświtała ta nieprzyjemna myśl, że jej wtedy przyszły narzeczony może nie być człowiekiem, a on jej to potwierdził, po jej bardzo bezpośredniej konfrontacji. Wtedy się bała, ale to był strach przed nieznanym. To zawsze był strach przed nieznanym. Nie zgadzała się na to, by bać się kogoś, z kim miała dzielić życie, więc zrobiła wszystko by zgłębić temat najpierw na własną rękę, później rozmową z Saurielem i zdołała samą siebie przekonać, że wampiryzm to nie jest nic strasznego, nawet jeśli był to żywot nienaturalny – to jednak miał do niego prawo. I wszystko to miało swoje warunki, z czymś się wiązało. Ludzie musieli gotować, jeść, pić wodę, spać, oddychać, załatwiać różne potrzeby, a wampiry… nie mogły wyjść na słońce, czuły nienasycony głód i pożywiały się krwią. No i co z tego? Czego miała się bać, skoro to było coś, na co Sauriel nie do końca miał wpływ, a walczył tak bardzo, by nad tym panować? Cholera, był nawet przy niej, kiedy dosłownie była zalana własną krwią, w swoim łóżku i dał radę wytrzymać i się na nią nie rzucił. Opiekował się nią kiedy mógł i nigdy nie zrobił jej żadnej krzywdy, zaś krwi po prostu potrzebował do przeżycia. Więc gdyby poprosił – dlaczego miałaby mu odmówić? Fakt, byłaby to już wtedy droga bez możliwości odwrotu, ale czy byłoby gorzej? Może właśnie byłoby lepiej – tego nie wiedzieli, a Sauriel ewidentnie albo nie był gotów na zmiany, albo nie był tematem jej krwi zainteresowany.

– Tyle tego dzisiaj zjadłam, że wcale bym się nie zdziwiła – ale czy jedzenie w ogóle miało wpływ na smak krwi? Kusiło ją o to zapytać, bo jak zwykle jej mózg popłynął swoimi torami, pochylając się nad zagadnieniem, które kompletnie nie było jej do niczego potrzebne, a jednak pobudzało jej szare komórki, ale z drugiej strony też co innego kołatało jej się po głowie. – Ale nie wiem. Może moja przypadłość i tak wszystko mąci – bo nad tym też się zastanawiała. Czy to, że jest jedną z Zimnych, jakoś wpływa na jej krew? Zmienia jej smak? Czy była zimna, czy może wcale nie? Tyle pytań…

Uniosła wyżej jedną brew, gdy Sauriel zgarnął dla siebie szampana, a potem upił cztery łyki. Victoria już się wtedy nie powstrzymała i miała zamiar mu zrobić dokładnie to, co on jej zrobił z truskawką i po prostu zabrała mu ten kieliszek, a później patrząc na niego wyzywająco wypiła mu resztę.

– Tak, wyzwanie – dopiero teraz mu odpowiedziała. – Możemy się założyć, że do rana nie ściągnę butów – groźba? Nie bała się tej groźby.