Secrets of London
[Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+---- Dział: Knieja Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=31)
+---- Wątek: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE (/showthread.php?tid=1118)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29


RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Lyssa Dolohov - 24.03.2023

Trochę było jej ten wianka szkoda, nie mogła powiedzieć że nie. Pomyślała jednak, że wraz z nim, przynajmniej na teraz, na ten krótki wieczór, zostawi tam na górze, daleko od niej, wszystko to co poszło dzisiaj nie tak. Całe rozczarowanie, całą niechęć, całą złość i upokorzenie. Całe złamane serce. Jutro już nie będzie potrzebować wieńca do tego, żeby pamiętać, ale też jej emocje opadną nieco, pozostawiając za sobą chłodną gorycz, którą weźmie i może zrobi z nią coś konstruktywnego. Nie wiedziała jednak jeszcze, czy w złym czy dobrym tego słowa znaczeniu.
Teraz natomiast miała Ulę. Ulę, która okazała się jej wybawczynią i która tryumfowała nad Beltane. I mimo, że Lyssa tak naprawdę chciałaby wianek, to pokręciła tylko głową. Zamiast siadać i mozolnie pleść kolejne wieńce, powinny cieszyć się czarem święta. Póki trwał i póki jeszcze smakował słodko.
- Zatańczmy - oznajmiła zdecydowanie, łapiąc ją za dłoń i ciągnąc w kierunku ognia, gdzie i inni tańczyli. Płomienie podskakiwały radośnie, rzucając dookoła migotliwe cienie, bo mimo wszystko, robiło się coraz ciemniej. Lyssa nie wątpiła, że to święto faktycznie zapadnie w jej pamięci. Z przyczyn tych dobrych, które właśnie ściskała w dłoni, ale przede wszystkim tych złych, które czaiły się gdzieś poza jej zasięgiem wzroku, ale wciąż nieprzyjemnie blisko.


RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Brenna Longbottom - 24.03.2023

- Młodsze siostry są od tego, by zamieniać życie starszych braci w piekło. Spełniam wszystkie moje obowiązki młodszej siostry z wielkim oddaniem – skwitowała, posyłając mu psotny uśmiech, dalej pozostawiając w sferze domysłów, co się tam stało. Nie zamierzała przyznawać, jak naprawdę wyglądała sytuacja. Że zasadniczo informacja była w papierach, ale że Erik o to nie pytał, doskonale wiedziała, że do nich nie zajrzał albo źle je zrozumiał. Że była dość zdecydowana zebrać odpowiednią sumę, a jej brat nie uwierzyłby, że ktoś go wylicytuje za tak dużą kwotę – podczas gdy ona była taka pewna (to znaczy: spodziewała się tak dwóch tysięcy, nie dwudziestu). I że bez wahania wystawiałaby i kolację ze sobą, ale ona nie była Erikiem, więc wybrała najbardziej optymalne rozwiązanie.
- A narzeczone zdobywane w karty też są tak… nieco specyficzne. Ale nie martw się, nie oceniam i będę milczeć jak grób.
Przynajmniej jeśli dziewczyna nie przyjdzie do BUM stwierdzając, że sobie tego nie życzy i to chyba jest nielegalne. Zasadniczo to było.
Zawahała się na moment przy propozycji. Oficjalnie mieli jeszcze… jakieś trzy minuty przerwy, to ona pociągnęła go tutaj wcześniej. I tak było mu głupio, a ona i tak chciała być w pobliżu ognisk. Poza tym nie chciała, aby urządzał kapłankom awantury. Najchętniej by je stąd odesłała, tyle że Macmillanówny nie opuszczą Polany w dniu sabatu. A zaiste, nie chowała urazy i nie przejmowała się, jak się zachował. Brenna do wielu spraw podchodziła lekko, mało co brała do siebie i zdecydowanie bardziej bywała na niego zła, kiedy w Hogwarcie męczył biednego Lupina niż teraz.
- Zobaczymy, czy dotrzymasz mi kroku, Bulstrode. Jeśli tak, to może ci wybaczę – stwierdziła więc tylko zaczepnie i pociągnęła go w krąg tancerzy. O ile nie szalała za tańcami na balach (choć to robiła: mniej więcej koło osiemnastego roku życia pojęła wreszcie, że to w gruncie rzeczy tez jej życia), o tyle z jej energicznością takie jak na polanie – całkiem lubiła.
Spędzili tam równo trzy minutę. Jeszcze nim niebo ściemniało.
Potem Brenna milczała już, po prostu… czekając na nadejście nocy.


RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Samuel Carrow - 24.03.2023

Samuel był trochę zdezorientowany. Dosyć dużo się działo. Przeniósł spojrzenie na siostrę, widać było, że zmartwiła go informacja, którą mu przekazała. Co mogło spowodować, że zmieniła swoje plany? Spodziewał się, że chodzi o jej klątwę, która nie dawała o sobie zapomnieć. Może i chciałby zostać tu dłużej, szczególnie w towarzystwie Danielle, jednak jeśli chodziło o Jackie to nie wyobrażał sobie nie zareagować od razu. - Tak, możemy iść do domu, jak sobie życzysz.

- Jesteś pewna, że wrócisz z nimi? - Zapytał jeszcze Dani. Zbliżył się do niej jeszcze, szkoda mu było, że to wszystko zakończyło się właśnie w ten sposób, najchętniej jeszcze by spędził w jej towarzystwie cały wieczór, tylko że nie było im to dzisiaj pisane. - To ja dziękuję Dani, to jeden z piękniejszych dni w moim życiu. - Odparł zgodnie z prawdą. Uważał, że musi się z nią podzelić tą informacją.

- Mam nadzieję, że bezpiecznie dotrzesz do domu, powinienem Cię chyba do niego odprowadzić, ale obowiązki brata wzywają. - Rzekł jeszcze na pożegnanie, po czym podszedł do siostry.

- Gotowa? - Ruszyli razem w kierunku wyjścia z polany, po czym złapał ją za rękę i się teleportowali do domu.

Postacie opuszczają sesję



RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Danielle Longbottom - 24.03.2023

W międzyczasie odsalutowała Stanleyowi - wyglądało na to, że nie planuje podchodzić do nich ponownie. Zagada go później, jeżeli tylko będzie ku temu okazja.

Nie drążyła rozmowy z rodzeństwem, nie ciągnęła tematu. W odpowiedzi na słowa Samiego tylko pokiwała głową, posyłając mu krótki uśmiech. Mogło to wyglądać dziwnie, ktoś mógłby nawet uznać, że jest nienaturalnie oschła lub co gorsza, obrażona - ale nic z tych rzeczy. Musieli się ewakuować, czym prędzej. Nic poza tym ją nie obchodziło.

Odprowadziła ich wzrokiem - poczuła minimalną ulgę, gdy Ci zniknęli z jej pola widzenia. Wzięła dwa głębsze wdechy, starając się uspokoić nieregularne, przyspieszone bicie serca. Trzymaj się blisko Erika - przypomniała sobie słowa Brenny. Sami i Jackie są bezpieczni, musisz zachować trzeźwość umysłu i być wsparciem dla rodziny.

Rozejrzała się w poszukiwaniu wysokiego mężczyzny. Dostrzegła go bez większego problemu - jeżeli tylko jakimś cudem zwrócił na nią uwagę, pomachała do niego.




RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Eutierria - 24.03.2023

Polana Ognisk tętniła życiem. Słońce, które chyliło się ku zachodowi już od dłuższej chwili, teraz już całkowicie zniknęło za linią drzew. Zrobiło się ciemno. Tę ciemność przecinał co prawda blask ognisk i rozwieszonych lampionów, ale mrok okalał już niemal całkowicie przestrzeń pomiędzy drzewami i bardziej oddalone polany, na których czarodzieje świętowali z dala od wścibskich spojrzeń. Z nieba, odbitym światłem mrugała do nich Matka, zwana nie bez powodu Panią Księżyca. Było spokojnie. Ten spokój był zmącony wyłącznie przez sporadyczne powiewy chłodnego wiatru, ale i one ustały wraz z nadejściem nocy.

Las nie wydawał żadnych dźwięków. Noce takie jak ta były niepokojące, ale nie dla was - szum liści i tak byłby jedynie tłem dla śmiechów, muzyki i płonącego drewna. Wręcz przeciwnie - upojeni kadzidłami i magią coraz mocniej czuliście wybijany przez Macmillanów na bębnach rytm. Jedno uderzenie - krok, a później dwa. I znowu jeden. Coraz więcej czarownic kołysało się do melodii granej ku czci Matki i w pierwszej chwili niewielu dostrzegło pierwszy znak mówiący: coś jest nie tak.

Pięć katalizatorów - pięć żywiołów - cztery z nich rozmieszczone w dobrych miejscach rozbłysły jasnym światłem, które przebiło się przez ziemię i krzewy tak, jakby były złożone z kompletnie innej materii, jakby to było normalne, że prześwituje przez nie czerwony, tętniący blask. Piąty, ułożony nieco zbyt krzywo, narobił nieco więcej widowiska - wokół podłoża zatańczyło kilka niebezpiecznych smug, które uderzyły pijącą nieopodal wino wiedźmę. Kobieta pisnęła, kiedy struga czystej magii otarła się o jej ciało, zostawiając na nim silne rozcięcie, a jeden z Macmillanów zgubił rytm uderzania w bębny. Jeszcze przez chwilę chciał do niego wrócić, rozglądał się po swojej rodzinie, po innych muzykach, ale coraz więcej osób zaprzestawało gry, a wy wychodziliście z transu.

Pięć katalizatorów - pięć linii łączących je w koło. Zebrani powoli zaczynali rozumieć to, w co się wpakowali - wpadali właśnie w jakąś zasadzkę. Kiedy Macmillan uderzył w bęben ostatni raz, niemal każdy o zdrowych zmysłach zerwał się do panicznej ucieczki. Kilku osobom udało się jeszcze teleportować, ale większość, aby to zrobić, musiała uciec głębiej w knieję, pomiędzy stare dęby. Części nie udało się teleportować nigdy - zagubili się gdzieś w gęstwinie, nie dotarli nawet do Doliny Godryka. Znaleźli się tacy, których odnajdą jutro. Znaleźli się jednak i tacy, po których słuch już na zawsze zaginął.

„Uciekajcie! To On!”

Do sesji „w ogniu widzieli koniec” zostanie utworzony nowy temat ze wstępem Mistrza Gry. Osoby, które nie są zapisane na ten event, ale wciąż znajdują się w temacie, mogą opuścić go teraz. Osoby zapisane na event nie odpisują tutaj, napiszą posta w nowym wątku. W niedzielę wrzucę tutaj koniec sesji. Zgodnie z zapowiedzią, każda z postaci niezapisanych na „w ogniu widzieli koniec” opuściła te tereny spokojnie i dokładnie tak jak gracz sobie tego życzy. Jeżeli nie jesteście czegoś pewni, możecie się ze mną skonsultować tutaj. W ostatnim poście możecie rozpisać się tak jak chcecie - nie obowiązuje was limit 250 słów (nie będę też na te posty reagować).


RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Cameron Lupin - 24.03.2023

No właśnie, gdzie w tym wszystkim wywiało Charliego? Cameron rozejrzał się na boki, jakby spodziewał się, że wypowiedzenie jego imienia na głos sprawi, że ten momentalnie zjawi się tuż obok nich. Tak się jednak nie stało. Ba, nie dostrzegał go nigdzie w okolicy, chociaż znając nawyki Rookwooda, wątpił, aby wrócił do domu w samym środku obchodów Beltane. Pewnie kręcił się w okolicy, sam lub w czyimś towarzystwie. Pewnie to drugie, pomyślał przelotnie, a zamaskowane ostrzeżenie Heather sprawiło, że nieco się zmartwił. Skoro on powinien stąd zniknąć, to czy Charles również się ulotni?

Trzymam cię za słowo. — Westchnął cicho i dał jej delikatnego prztyczka w nos. — Wiesz, potrafię być nie tylko uroczy, ale też uparty. Kiedy trzeba. I kiedy mi bardzo, ale to bardzo zależy! — Ścisnął jej ramię, wykrzywiając usta w niepewnym uśmiechu. — Jeśli cię to uspokoi, to spoko, mogę się zawinąć, ale uważaj na siebie. I na Juliana.

Miał świadomość, że te słowa niewiele obecnie znaczyły. Kiedyś może faktycznie przekonałyby kogoś z tej dwójki do tego, aby faktycznie unikać niebezpieczeństw, ale teraz? Jedno było poszukiwane, a drugie pracowało dla oficjalnych służb bezpieczeństwa. Wywarcie na nich jakiejkolwiek obietnicy mijało się z celem, kiedy kwestia bezpieczeństwa znajdowała się w dużej mierze poza ich kontrolą. Jebani Śmierciożercy, przeklął w myślach, nie wygłaszając jednak tej uwagi na głos.

Przejrzę zapasy w domu. Mam wrażenie, że będziesz potrzebowała alkoholu. Czy to do dezynfekcji, czy to degustacji — Przewrócił teatralnie oczami, aby zaraz wtulić twarz w trawę. — Postaram się wszystkiego nie wypić, może dotrwam do...

Przerwał, gdyż poczuł podmuch ciepła dochodzący, cóż... Zewsząd. Poderwał głowę i rozejrzał się na boki. Dopiero wtedy zorientował się, że przez polanę zaczęły przebiegać dziwne strugi światła? Magicznej energii? Nie był pewny, ale serce momentalnie podskoczyło mu do gardła. Zerwał się na równe nogi, ciągnąc ze sobą ku górze Rudą.

Czy to ma tak działać? — rzucił, a jego uwagę przykuła piszcząca czarownica z winem, którą smagnęła macka czystej magii. — Heather?!

Chwilę później rozpętał się istny chaos; ludzie rozbiegali się na wszystkie strony, teleportowali się bez większego przygotowania lub biegli ku linii lasu. W całym tym zamieszaniu Cameron zdołał jedynie ścisnąć na moment rękę Heather, zanim został pociągnięty przez tłum ku chaszczom kalającym Knieję Godryka, zupełnie nieświadomy tego, że wcale zbyt szybko nie trafi do bezpiecznego miejsca.


Postać opuszcza sesję



RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Ula Brzęczyszczykiewicz - 24.03.2023

A więc taniec! Uwielbiana przeze mnie czynność, a tak rzadko jest okazja, by dzielić radość wyginania ciała z kimś innym. Nie dlatego, że nie miałam znajomych. Po prostu w mojej szkole (szkołach) nie było dyskotek. Nuty Beltane stanowiły zupełnie nowe tło. Musiałam wyczuć rytm, poczuć tempo, a co najważniejsze — odgapić jakieś szałowe ruchy od tańczących dziewcząt. Cóż. Jakiekolwiek ruchy. Zdaję sobie sprawę, że moje pląsy do Trubadurów nie nadawały się do naturalnych pieśni święta miłości (chociaż tematyka podobna).

Wraz z Lyssą, moją nową (i jedyną) koleżanką dołączyłam do tańczących. Parkiet uginał się od bosych stóp (na które sama nie miałam odwagi sobie pozwolić), wilgotna trawa lepiła się do podeszw, żar ognia... Cóż, starałam się trzymać jak najdalej od tego dziadostwa. Skupiłam się na muzyce. Jedną ręką trzymałam Lyssę, drugą chwyciłam za wstążkę przypiętą do pala. Jakże pięknie wyglądał cały tańczący tłum! Obserwowałam go cały czas, nie tracąc z oczu wszelkich płomieni, dlatego też dość szybko zauważyłam, że coś jest nie tak.

Słysząc krzyk pomyślałam o ogniu. Ktoś wpadł do ogniska. Czyjaś lniana szata z radosnym haftem zajęła się ogniem. Iskra z paleniska upadła na wianek pochłaniając go niszczycielską siłą. Wypatrywałam wzrokiem zagrożenia. Nawet, gdyby to było nic znaczącego. Nawet, gdybym miała zostać uznaną za paranoika. Nie chciałam widzieć ognia. Nie chciałam.

A zobaczyłam coś jeszcze dziwniejszego. Jakieś nieznane mi moce zaczęły oplatać teren festynu. Już wtedy mój taniec ustał, ale dopiero gdy przerwano grę i rozpoczęła się panika, zrozumiałam, że to nie były efekty specjalne Beltane.

Ścisnęłam dłoń Lyssy mocniej. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Po prostu pociągnęłam ją na brzeg lasu w najkrótszej możliwej linii prostej. Nie była to dobra trasa, musiałyśmy przebić się przez spanikowany tłum, który najwyraźniej miał inne pomysły na ucieczkę. Nie słyszałam nic. Biegłam do lasu, jak gdyby od tego zależało nasze życie. Bo może zależało?

— Jesteś cała? — spytałam Lyssy, gdy znalazłyśmy się na skraju lasu. — Schowajmy się u mnie, to jest na brzegu Doliny, nie jest daleko stąd i powinno być bezpiecznie... Czy... — urwałam na chwilę. Chciałam spytać o wezwanie policji, ale obecni tu funkcjonariusze chyba wiedzieli jak wezwać wsparcie. Rzuciłam okiem na teren festiwalu. Mój stragan! No trudno. — Na zakręcony ogonek... Chodźmy stąd!

Nie puszczając dłoni koleżanki (chyba, że się chciała wyrwać lub miała inne plany) pobiegłam w stronę chaty Ariela.




RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Philip Nott - 24.03.2023

Philip zdecydował się pozostawić to towarzystwo, choć nie bez pożegnania. Postanowił spędzić resztę wieczoru na tańczeniu najlepiej z finałem pośród drzew. Mała rysa na tym planie w postaci incydentu z Lorettą i jej durnym bratem bliźniakiem nie mogła mu pokrzyżować tych planów. W pewnym momencie zdołał zorientować się, że coś jest nie tak, jak być powinno. Chociaż na pierwszy rzut oka mogło to wyglądać, jak kolejna atrakcja. Zrobiło się jednak poważnie, gdy jedna z kobiet została ranna. To wszystko wybiło go z tego przyjemnego i pożądanego transu.
Ostatnie uderzenie bębna i zapanował popłoch. Nie wydawało mu się to rozsądne aby próbować przedrzeć się przez ten cały tłum do lądowiska dla mioteł, przy którym pozostawił swoją. Przy dobrych układach odbierze ją na drugi dzień, o ile ktoś nie użyje jej do ratowania się. To nie była jedyna miotła, którą posiadał, ale jak każdy nie lubił tracić swojej własności. To do kogo ta miotła należała znacząco podbijało jej wartość rynkową. Teleportacja wydawała się rozsądniejsza i dlatego podjął decyzję o przeteleportowaniu się do swojego domu w Dolinie Godryka, a stamtąd prosto do Londynu.

Postać opuszcza sesję



RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Sarah Macmillan - 25.03.2023

Była przy nim szczęśliwa. To szczęście objawiało się we wszystkim, co robiła, co mówiła i co pokazywała mu przez ostatnią godzinę. Uchodziła w towarzystwie za delikatną duszę, wielu zarzucało jej zbytnią dziecinność, ale zwłaszcza teraz, kiedy byli ze sobą tak blisko, Charles mógł dostrzec, że tej dziecinności nie było w niej wcale. Macmillan dorosła. Dojrzała. Zmieniło się jej ciało, ale zmieniło się też jej zachowanie - częściej zadzierała głowę, nie bała się też słów, zdecydowanie niepasujących do eterycznej aparycji młodej kapłanki, podejmowała coraz więcej decyzji zgodnych z własnym sumieniem, a nie narzuconych jej przez konwenanse. I nie była wcale głupia, chociaż lubiła robić z siebie głupią. Zmienił ją na pewno czas, to nie ulegało wątpliwości, ale być może to wszystko stało się również za sprawą Murtagha opuszczającego kowen. To były pierwsze lata jej życia, kiedy nie mówiła o nim ciągle. Kiedy nie biegała za nim krok w  krok, kiedy nie naśladowała tego, co robił i nie komentowała każdego westchnienia, jakie wydobywało się z ust jej starszego brata. Teraz była sama. I to, kim była naprawdę, zaczynało wyłaniać się na powierzchnię.

Kąpiąc się w blasku księżyca, spojrzała na Charlesa zadziornie.

- Pani Księżyca jest już widoczna na niebie... Zaraz zaczną glać moją ulubioną pieśń, tę o cyklu dnia i nocy. To słuchając właśnie jej, pielwszy raz w swoim życiu doświadczyłam Eutieh'i.

Przez moment chciała się nawet stąd ruszyć, ale szybko zaniechała temu pomysłowi. Leżąc z nim na rozgrzanej ziemi, mogąc zachwycić się widokiem Rookwooda z tak bliska, zrezygnowałaby z wielu kuszących pomysłów, aby nie przerywać tego kontaktu. Niestety życie miało dla niej inny scenariusz. Wpierw usłyszeli pisk. Kobieta, która została uderzona wyładowaniem magicznym, znajdowała się nieopodal nich. Sarah instynktownie obciągnęła w dół sukienkę i spojrzała porozumiewawczo na swojego towarzysza. Podnieśli się szybko. Tak szybko, że Macmillanówna upadłaby na ziemię, gdyby chłopak nie przytrzymał jej w miejscu siłą swoich mięśni. Muzyka przestała grać, ludzie zaczęli uciekać, a ich dwójka zaczęła panicznie poprawiać bieliznę, by ruszyć pędem w przeciwnym kierunku, niż fala uciekających czarodziejów. Trzymając się silnie za dłonie, biegli do przodu, oboje nie potrafiąc jak gdyby nigdy nic porzucić myśli o swojej rodzinie i znajomych.

Kiedy dotarli na skraj polany, dostrzegli zgliszcza wspaniałego przyjęcia, jakie miało tu miejsce chwilę temu. Nie dostrzegli nikogo ze swoich znajomych, Sarah pociągnęła go więc w stronę wozów, gdzie szybko dopadł ich jej ojciec. Wymienili kilka panicznych zdań o ucieczce, a później... Jej ojciec wyrwał ją z uścisku Charlesa i przerzucił przez swoje ramię.

- ...co? Tato? TATO? NIE MOŻESZ GO TAK ZOSTAWIĆ, NIE MOŻE-

Spanikowana, zaczęła uderzać go pięściami w plecy, ale wątłe ramiona uderzały w nie tak lekko, że prawdopodobnie nie rozbiłyby jajka. Ostatkiem sił sięgnęła po Rookwooda, ale jej ojciec rozpoczął już inkantację. Trzymając swoją córkę, przy okazji łapiąc też próbującą rozdzielić ich Effimery, teleportował się poza ten obszar. Ostatnim, co widział Charles, zanim zniknęli, była zapłakana twarzy Sary, która przybrała wyraz największego, jakie widział z jej strony przerażenia.

Postać opuszcza sesję



RE: [Wiosna 1972] Wianki, ogniska i słupy majowe - SABAT BELTANE - Cynthia Flint - 25.03.2023

Chociaż twarz Cynthii tego nie pokazywała, wewnątrz skrzywiła się nieco na myśl, że ów młodzieniec mógł być szlamą lub pół krwi, ale cel uświęcał środki. Nie był też brzydki. Uśmiechnęła się więc kokieteryjnie, wbijając w niego błyszczące oczy. Zawsze miała jakąś nutę słabości do mężczyzn, których wyjątkowo onieśmielała, lubiąc się nad nimi znęcać.
- Lubię konkretnych mężczyzn. - pochwaliła go, przysuwając się i obejmując dłonią jego policzek, musnęła go subtelnie, zostawiając na nim czerwoną szminkę. Młodzieniec oddał jej aparat zgodnie z umową, a ona wrzuciła go do torebki, dając mu jeszcze galeona na piwo.
Chciała wrócić do swojego towarzystwa, jednak pojawiła się Szeptucha. Cyna stanęła z uniesioną nieco brwią, słuchając kobiety. Zaskoczenie przemknęło przez jej bladą i drobną buzię, jednak skinęła delikatnie głową w podziękowaniu, wierząc, że słów i wskazówek tego typu nie powinna w żaden sposób ignorować. Cięższej, trudniejszej niż sekcje zwłok? Co mogła mieć na myśli? Czy tą kobietą mogła być..? Przełknęła głośniej powietrze, odwracając się i obserwując, jak odzywała się również do pozostałych, widocznie mając dla nich przepowiednie. Nie podsłuchiwała jednak, wsuwając dłonie do kieszeni płaszcza.
Nagle rozpętał się chaos, a wszyscy gdzieś zniknęli. Harmider w akompaniamencie bębnów.
Cofnęła się pół kroku nieco zdezorientowana, gubiąc w tłumie zarówno Notta, jak i rodzeństwo Lestrange. Na krzyk o tym, że sprawcą zamieszania był ON, rozchyliła delikatnie usta, szybko łącząc fakty dotyczące osoby, o której rozbrzmiewały krzyki przerażenia. Zaklęcia przecinały powietrze, zagłuszane przez wiatr i szamoczące się korony drzew. Wiedziała, co to znaczy i wiedziała, że Lou gdzieś tam też siał zamęt, że gdzieś tam była Victoria i Fergus, a przede wszystkim Castiel.
Cholera jasna! Czy ona zawsze musiała ich ratować? Zawsze musieli wplątać się w coś głupiego, niedorzecznego, a przede wszystkim niebezpiecznego? Czuła w kościach, jej kobieca intuicja podpowiadała, że kostnica będzie pełna trupów — między innymi dlatego, że ktoś padł kilka metrów dalej, nie wiedziała tylko, czy pod wpływem zielonej poświaty. Przywarła plecami do drzewa, sięgając do torebki i wyjmując różdżkę, chcąc cokolwiek zrobić i wtedy też usłyszała trzask, a zaraz potem ktoś chwycił jej nadgarstek. Odwróciła głowę w stronę jegomościa, którym okazał się jej własny ojciec, którego twarz tkwiła pod czarnym kapturem. Zlustrował ją ciemnymi jak morska toń oczami, kręcąc głową.
- Nie powinnaś tu być, to nie miejsce dla Ciebie. - zauważył dosadnym szeptem, zaciskając palce na jej nadgarstku. Z zaskoczenia ściągnęła brwi, wbijając w niego wzrok - zdezorientowany, niezadowolony. Czy on nie miał być gdzieś na Oceanie teraz?
- A Castiel? Nie mogę go zostawić, Ty też nie powinieneś.
- Poradzi sobie. Masz coś innego do zrobienia dziecko.

Nim zdążyła szarpnąć ręką, zaprotestować, William skorzystał z teleportacji, zabierając zarówno siebie, jak i swoją córkę z cichym trzaśnięciem. Mógł być pewien, że Cynthia nie będzie zadowolona. Bo co było ważniejsze, niż jej bliźniak oraz osoby, które uznawała za bliskie?

Postać opuszcza sesję