![]() |
|
[ 23 Września 1969, Turcja] Kwiat Orientu | Hjalmar & Pandora - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [ 23 Września 1969, Turcja] Kwiat Orientu | Hjalmar & Pandora (/showthread.php?tid=1381) |
RE: [ 23 Września 1969, Turcja] Kwiat Orientu | Hjalmar & Pandora - Pandora Prewett - 14.05.2023 Pandorze nie chodziło nawet o to, czy nie podobało się, czy może jednak podobało, a o fakt, że było to mało spotykane. I uparcie szukała odpowiedzi, wskazówki, dlaczego umiał z taką łatwością ją przekonać do zmiany zdania. Przez jego aparycję i silne spojrzenie? A może przez to, jak wyglądał z toporem w lutym? Przez te świdrujące, niebieskie oczy? Nie była przyzwyczajona do bycia miękką i nieporadną, uważała się raczej za silną kobietę, która mogła poradzić sobie absolutnie ze wszystkim. A zjawił się taki niedźwiadek i zmieniał ją o sto osiemdziesiąt stopni. - Dlatego, że radzisz sobie z chaosem. - dodała na jego słowa, jak gdyby nigdy nic, zaciskając frotkę na włosach i przeczesując palcami kitkę. Nawet jeśli jej znów odpuszczał, to zwycięstwo akurat było satysfakcjonujące. To nie była prawda, bo ona zwykle dawała mu wybór i mógł powiedzieć "nie", a z pomocą względnie rozsądnych argumentów, pewnie by przytaknęła. Gdy przecierał brodę, zdała sobie sprawę, że zupełnie nie rozumiał, o co jej chodziło, ale ostatecznie uznała, że może to i lepiej. - Nie przejmuj się, paplam. - rzuciła tylko w jego stronę, puszczając mu oczko, zanim pociągnęła go za sobą na obiad. Nie miała pojęcia, skąd on miał w sobie tyle niewinność. Nie powiedział jednak niczego źle i tym nie powinien się przejmować. Kątem oka zerknęła na swoją dłoń — znacznie drobniejszą, która zaciskała się na jego palcach i przesunęła kciukiem, wzdychając cicho. Znosił ją naprawdę dzielnie, miał wrodzony talent do chaosu, nawet jeśli czasem miała wrażenie, że robił coś, żeby nie było jej przykro. Był na tyle przyzwoitym i dobrym człowiekiem, aby się tym przejmować. Gdy nie cofnął ręki, podniosła na niego wzrok. - To działa w dwie strony. Skoro ja mogę, jeśli Ty kiedyś będziesz chciał lub potrzebował, też możesz. - rzuciła, zrównując się z nim i znów mocniej zacisnęła palce, przenosząc wzrok gdzieś przed siebie, prawdopodobnie szukając schodów do knajpki. - To prawda, nikt nie będzie podejrzewał Cię o małe oszustwo, to wygodne. Przyznała mu w końcu, nie mogąc się zdecydować, czy w tej małej manipulacji i oszustwie było coś złego, ale chyba nie. W końcu chronił głównie siebie, unikając odpowiedzi na niewygodne pytania. No i z nią i tak by nie przeszło, za dużo z niego słów po angielsku wyciągnęła od ich pierwszego spotkania. Zwłaszcza gdy w ich żyłach i głowach krążyły używki. Na ten jego wyrzut w niebieskich oczach, wskazała tylko ruchem głowy na ciotkę, mówiąc bezgłośnie, że bywa przewrażliwiona i dodając oczywiście "niedźwiadku". Zostawiła jego dłoń, przesuwając swoją wyżej i przesuwając po uderzonym miejscu, jakby miało to sprawić, że nie będzie bolało. Pewnie nie bolało, ale nie mogła się powstrzymać. Nawet jako Niedźwiedź bez alkoholu chyba by nie mógł, nie licząc jakiegoś poważnego zagrożenia. A przynajmniej tak się jej wydawało. Ona sama też nie mogła zbyt szybko pić, na słońcu łatwo było o utratę rozsądku, a do tego praktycznie nie spała poprzedniej nocy, bo jej problemy ze snem odzywały się w najmniej odpowiednich momentach. Była jednak raz, że przyzwyczajona, a dwa, że po kilku kawach. No i piwo nie było też jej ulubionym trunkiem, ale nie miało to znaczenia, skoro on wyglądał na zadowolonego, a o nic innego jej dziś nie chodziło. Tyle, chociaż mogła zrobić, żeby mu się próbować odwdzięczyć za wszystkie te dobre wspomnienia, które jej dał, odkąd go poznała. - Nie obchodzą mnie zupełnie pieniądze. Kto powiedział, że tak łatwo pozwolę Ci się uwolnić? Mamy jeszcze trochę do zrobienia. - odpowiedziała pogodnie, świdrując wzrokiem jego twarz, a ostatecznie zatrzymując się na oczach, podczas gdy szklanka z połową piwa stała obok. Pandora nie była o dziwo materialistką, chociaż bycie Prewettem na to często wskazywało. Zwykle rozdawała galeony na prawo i lewo, za całkiem błahe rzeczy, zostawiając sobie tylko tyle, ile było jej potrzebne. Wyglądało i pachniało dobrze. Cioteczka jak zwykle się postarała, czego nie omieszkała skomentować, gdy dostała swoją sałatkę. Zawsze pamiętała, którą lubi najbardziej, co wydawało się brunetce urocze. Leniwie grzebiąc widelcem, aby wszystko wymieszać, zerkała w jego stronę, widząc niemalże chłopięcą radość z postawionego mięsa. - Ja się przyzwyczaję, że mnie nosisz, a Ty się przyzwyczaisz, że Cię karmię. - zauważyła z rozbawieniem, sięgając widelcem w stronę jego talerza, skąd ukradła kawałek pieczonego ziemniaka i wsunęła sobie do ust. Na słowo "chmurkowe" pokręciła głową z niedowierzaniem, że to zapamiętał i powtórzył. - Tak, chmurkowy. - przyznała ciszej, nie będąc pewną, czy w ogóle usłyszał, wbijając na chwilę czekoladowe ślepia w swoje piwo. Zawsze ją takimi drobiazgami zaskakiwał i rozczulał. Jednak jej słuchał, chociaż gadała tak dużo! No i był pierwszą osobą, która czepiała się chmurowych owiec. - Hmm? - podniosła wzrok na niego, a potem przeniosła na zaciskane przez niego mięsa, kręcąc głową mimowolnie, bo przed oczami pojawiła się jej rozkoszna owieczka na łące. -- Nie jem mięsa już chyba ponad dziesięć lat? Okazjonalnie jem ryby, jak we mnie wmuszą. To soczyste było taką śliczną owcą.. - powiedziała, wsuwając do ust pomidora, którego zaraz popiła piwem. Pandora jadła bardzo wolno i właściwie mało, nikt nigdy nie wiedział, skąd miała tyle energii. - Cieszę Ci, że Ci smakuje. Nigdy nie robiła nikomu uwag, żeby też przestał jeść mięso, bo uważała to za sprawę indywidualną. Zamieszała widelcem w swojej miejsce, wydłubując kawałek placka i sera, które nadziała razem. Wbrew wszystkiemu, to było naprawdę syte. - Ej, nie możesz umrzeć. - wtrąciła znad swojej wpół pełnej miski, gdy on już skończył jeść, wprawiając ją w osłupienie prędkością, z jaką ten kebab zniknął z talerza. Cioteczka będzie zachwycona. - Dobre, tylko za duża porcja. Ona mi zawsze tyle nałoży, że siedzę nad tym godzinę. Chcesz trochę? - zapytała mimowolnie, chociaż znała już odpowiedź. Nie mógłby pewnie niczego więcej zmieścić. Oparła się o krzesło, zostawiając widelec w sałatce i złapała za serwetkę, wycierając usta, a potem dopiła swoją pierwszą szklankę piwa. -Czyli tak.. Wiem, że lubisz mięso, jesteś kowalem i w sumie lubisz próbować nowego jedzenia. To mamy odhaczone. Fajki tureckie Cię nie interesują, chociaż też były na mojej liście, konie się nie sprawdziły. Zostawiłam na pegazy na wieczór, ale jeśli nie będziesz chciał, to coś wymyślę. - przerwała na chwilę, wyliczając na palcach wybrane dla niego atrakcje, a następnie stuknęła jednym z nich w swoje wargi, jakby gorączkowo nad czymś się zastanawiała. - Może jest coś, co chciałbyś zrobić lub zobaczyć? Wiem też, że kochasz naturę i wodę, więc wieczorem zabiorę Cię na plaże. Woda jest przyjemnie ciepła, będziesz mógł popływać, jeśli będziesz chciał. Może uda nam się zobaczyć spadającą gwiazdę, jak nie będzie zachmurzenia. Mimowolnie obróciła twarz w stronę okna, spoglądając na niebo, ale materiałowy daszek skutecznie przysłaniał jej widok. Było dziś dużo chmur, co z jednej strony było dobre, bo chroniło przed słońcem, ale z drugiej mogło przysłaniać nocne niebo. Zgarnęła ciemne pasmo za ucho, wprawiając w ruch jeden ze swoich kolczyków. - O! Smakowało Ci, chłopcze? Przynieść Ci coś jeszcze? - zapytała kobieta, która pojawiła się z małymi talerzykami z deserem, które postawiła na środku stołu. - A Ty się już najadłaś? Popraw Baklavą albo Helvą, przyjechały właśnie. - spojrzała na nią karcąco, zbierając puste naczynia i ogarniając im stolik, ale miski z sałatką nie ruszyła. Pandora wywróciła oczami, wzdychając ciężko i omiotła ją spojrzeniem. - No już, już, bo Ci tak zostanie. Posłała jej uśmiech i poszła z naczyniami do kuchni, a dziewczyna oparła się dłońmi o stolik i spojrzała na przyniesione słodkości. - Wybrała najpopularniejsze. Są dość słodkie, ale pistacje fajnie to przełamują. Chcesz spróbować, czy ukraść nam do koszyka? Zapytała konspiracyjnym szeptem, nachylając się nieco w jego stronę, bo przecież wiklinowe narzędzie zbrodni tkwiło na parapecie obok. RE: [ 23 Września 1969, Turcja] Kwiat Orientu | Hjalmar & Pandora - Hjalmar Nordgersim - 15.05.2023 Postąpił zgodnie z jej zaleceniem - po prostu się tym nie przejął. Jeszcze tylko by go rozbolała głowa od tej zbędnego wysiłku umysłowego. Hjalmarowi zrodziła się jedna myśl ale zostawił ją dla siebie, jako, że nie była ważna w tym momencie. Jego uwadze nie umknął ruch kciukiem po jego dłoni. Na jej słowa uniósł tylko brew. Prawdziwi wikingowie nie potrzebują takich rzeczy Zarzekał się sam przed sobą, próbując chyba w pewien sposób, usprawiedliwić swoje zachowanie. Można by to raczej nazwać wewnętrznym pojedynkiem niedźwiedzia z misiem - czyli dwóch form w jakich Nordgersim był spotykany. Gdyby znaleźli się w innej sytuacji, to zapewne zabrałby rękę jak poparzony, a tak, że znajdowali się na neutralnym dla niego gruncie, nie przejmował się tym. Zmrużył oczy na jej próby odkupienia swoich win. Czy Pandora na prawdę myślała, że przejechanie dłonią po 'uszkodzonym' żebrze wystarczy? Oczywiście, że wystarczyło. Ból zniknął szybciej, niż zdążył się pojawić. To działało jak swego rodzaju placebo - dokładnie tak jak pocałunek od mamy w skaleczony palec. - Mocne słowa jak na kogoś, kogo można po prostu podnieść i przenieść. Albo przestawić. Albo wynieść. W sumie cokolwiek zrobić - zauważył zgodnie z prawdą, odpowiadając jej tym samym czyli spojrzeniem w jej oczy. To co powiedziała było bardzo odważne, zwłaszcza po tym jak ją wyniósł kilka chwil temu z tamtej małej kuźni. Nie zamierzał jednak się przeciwstawiać i buntować, a jedynie pozwolił sobie na małą uwagę. W końcu był porwany i to czy przeżyje zależało tylko od porywacza. Prewettówna próbowała go zagadać i prawie jej się udało, jednak nie tym razem. Zobaczył kątem oka, że dziewczyna dokonała zbrodniczego aktu - To jest kradzież - zauważył. O ile przed chwilą chciał posłusznie siedzieć, tak teraz rozważał akcję protestacyjną, która miała zakończyć się wyniesieniem Pandory z lokalu. Jak ona śmiała to zrobić? Taki gest mógł zakończyć się tym, że Hjalmar umrze z głodu. Ten jeden ziemniak to może być albo nie być dalszej egzystencji Nordgersima na tym świecie. - Dziesięć lat?! - wykrzyczał, mało nie powodując zakrztuszenia się kawałkiem mięsa, który jednak szybko odchrząknął aby nie stała mu się krzywda. Jak ona tak może żyć? - Ale jak to bez mięsa? Tak całkowicie? Nawet w święta? Raz w tygodniu też nie? - rozpoczął kanonadę pytań aby móc lepiej zrozumieć to dziwne zachowanie Pandory. Czy ryba nie jest mięsem? Podrapał się tłustą dłonią po brodzie - Teraz jest jeszcze piękniejsza - zauważył biorąc kolejny kęs soczystej cielęciny. Czy mięso jednak nie było podstawowym posiłkiem dla każdego? I tym samym nie widniało w tej całej piramidzie żywności? Pokiwał głową na jej słowa - bardzo mu smakowało. Z chęcią zjadłby jeszcze odrobinkę gdyby nie to, że po prostu by tutaj pękł - Nie mam chyba wyboru - przyznał na słowa o śmierci. To byłaby bardzo piękna śmierć i Prewettówna powinna mu pozwolić na to, jeżeli byłby szczęśliwy. Zastanawiał się czy tak przypadkiem nie wyglądała dobrowolna eutanazja - bo jeżeli tak, to Hjalmar był pierwszą osobą chętną do zapisania się na taki zabieg - Nie... - pokiwał przecząco głową, a na jego twarzy zagościł malutki grymas, który ukazywał jego lekkie cierpienie z przejedzenia. Powinien dostać albo mniejszą porcję albo jakiś kaganiec. A najlepiej obydwie te rzeczy - Wierzę w Ciebie, że dasz radę to opędzlować sama. Zresztą co to za danie bez mięsa - zauważył. Może gdyby byłaby tutaj odrobinka mięsa to mógłby się skusić i uratować Pandorę z tej opresji. - A pegazy nie są koniami przypadkiem? - zapytał. Nordgersimowi zawsze wydawało się, że to były dokładnie te same zwierzęta. Z tym samym charakterem i tylko jedną różnicą - pegaz miał skrzydła, a zwykły koń nie - To tych Mar masz więcej? - spojrzał na nią jakby spadła z takiego wierzchowca przed momentem. Nie miał zbyt dobrych wspomnień z jej czterokopytną bestią - Woda brzmi w porządku. A wieczorem chyba ten bankiet czy co to tam miało być - przypomniał Prewettównie. W końcu zgodziła się z nim tam pójść, a nie z byle kim. Spadająca gwiazda? To chyba coś z tą jej astronomią czy astrologią... Jednak czy taka gwiazda nie spełniała tylko jednego życzenia? I tym samym nie spaliliby swoich wzajemnych gdyby taka się pojawiła? - Przepyszne. Gromkie brawa dla kuchmistrza, który dokonał tego pięknego dania - pogratulował, a następnie skinął głową z uznaniem. Gdyby nie miał do tego lokalu jakichś kilku tysięcy kilometrów, mógłby tutaj wpadać częściej. A tak to pozostaną tylko piękne wspomnienia z soczystej, dobrze dopieczonej i doprawionej cielęcinki - No właśnie Pandorka, zjedz jeszcze kawałek bo mi tutaj znikniesz - wtórował starszej kobiecie. Prewettówna powinna jeszcze coś zjeść. Samą sałatką w końcu nie miała prawa się najeść, a cukier na pewno dodałby jej trochę sił na dalszą wędrówkę. Zrozumiał koncept jaki miał właśnie miejsce i również się nachylił nad stołem aby chwilę później konspiracyjnie rozejrzeć się w obie strony - wolał się upewnić, że nikt nie podsłuchuje ich tajnej rozmowy - Ja już nie wcisnę ani kawałka, więc chyba trzeba będzie porwać to na później. Ale jakby co, to Ty bierzesz na siebie odpowiedzialność za te porwania jakby ktoś się pytał. Ja nie będę ryzykować takiej zbrodni - odparł. Mógł co najwyżej zostać jej wspólnikiem w tym złym czynie ale nie głównym prowodyrem. W końcu nie znał tureckiego, a i z angielskim szło mu momentami źle. Zwłaszcza wtedy, kiedy tego po prostu potrzebował. - Czy mam przeprowadzić ekspresową ewakuację? - zapytał Pandory. Znał jedną sprawdzoną metodę, która pozwalała im opuścić każdy lokal czy miejsce w ekspresowym tempie - ta sztuka nazywała się 'worek ziemniaków'. Chociaż prawdę mówiąc, po tak sytym posiłku mogłoby być ciężko. No ale czego się nie robi aby ratować własne cztery litery? RE: [ 23 Września 1969, Turcja] Kwiat Orientu | Hjalmar & Pandora - Pandora Prewett - 15.05.2023 Wywróciła oczami na jego minę, prychając cicho pod nosem. No tak, oczywiście, że nie potrzebowali zupełnie innych ludzi, wystarczył toporek, dobre piwo i kompani. A jednak wcale nie uciekł od niej dłonią, nie przestał jej znosić i przede wszystkim wyszedł poza strefę własnego komfortu, przyjeżdżając na południe świata. Zbyt dużo nad tym wszystkim myślał, za mało dawał podnosić się spontaniczności i za mało skupiał na się na obecnej chwili. Na szczęście miał Pandorę, która umiała to robić za dwie osoby. - To przecież nic strasznego i nic złego. - rzuciła tylko z delikatnym wzruszeniem ramion, wciąż z odrobiną rozbawienia wymalowaną na twarzy. Musiała jakoś wynagrodzić mu delikatne szturchnięcie, bo przez ten wyraz oczu było jej przykro i głupio, że tak go uprzedziła o wrażliwości starszej kobiety, która wiele rzeczy odbierała zbyt dosłownie, co robiła zresztą od śmierci córki, częściowo się pewnie obwiniając. Rodzice zawsze tak robili. Zerknęła na niego pytająco, nie kryjąc przekupnego uśmieszku, sprawdzając, czy jej taktyka odniosła skutek. Miał w sobie trochę z nastoletniego, chłopięcego buntu, więc powinna się sprawdzić. - Umiem być przekonywająca. Nie mam tyle siły, co Ty, ale też bywam sprytna i przebiegła, powinieneś bardziej mnie doceniać. Zdolny ze mnie worek ziemniaków. - nie uciekła spojrzeniem od błękitu, czując, jak kitka przesuwa się jej na plecy pod wpływem mimowolnego nachylenia głowy. Naprawdę umiała! Rozmiar dawał mu przewagę, mięśnie i zdolności fizyczne też, ale Pandora radziła sobie na tym trudnym świecie już od wielu lat, umiała wybrnąć z sytuacji. Skoro udawało się jej uciekać i migać od ślubów, przyjęć matki i spędzania czasu na wyścigach konnych Prewettów, mogła poradzić sobie nawet z Niedźwiadkiem. - Tak, ale ziemniaki są częścią worka, więc wzięłam, co swoje. I oddałam Ci ser. - odparła niemalże natychmiast, głosem typowego dyplomaty, mrużąc na chwilę oczy, ale powaga na jej buzi nie została zachowana na długo, bo jego mina i kartoflowe oburzenie sprawiło, że ciężko było się nie roześmiać. Ona zresztą chyba po prostu lubiła się śmiać albo Hjalmar miał niesamowity talent do wywoływania u niego uśmiechu i rozbawienia, trudno sprawdzić, które było bardziej prawdopodobne. Nadziała kolejne składniki sałatki, nie zapominając o pomidorze, które zaraz wsunęła do ust z zadowoleniem. Te ostatnie umiały odczarować każdy posiłek, zwłaszcza gdy były słodkie i soczyste, perfekcyjnie czerwone. Nagły krzyk sprawił, że wyprostowała plecy i przywarła nimi do krzesła, zamierając z widelcem w powietrzu. To było aż tak dziwne, niespotykane na Islandii? - No, tak. - przytaknęła grzecznie, przyglądając się jego twarzy, a potem kawałkom mięsa i znów jego twarzy. - Wcale, radzę sobie z warzywami i owocami, czasem zjem trochę sera. Ryba jest wyjątkiem, bo ciężko mi spoglądać na nie, jak na zwierzątka domowe, jak na przykład na krowy. Gdy nie muszę jednak to i ich nie jem, ale moja matka naciska. - wzruszyła ramionami z westchnięciem, przypominając sobie ostatni raz, gdy rodzicielka wmusiła w nią kilka kęsów zapiekanego, białego mięsa z ryby. Była odzwyczajona od konsystencji tego typu, tym bardziej posmaku, który dawało. - Jeśli tak myślisz, to w porządku, ale ja jednak nie chciałabym żadnej chmurowej owcy na sumieniu. Na Islandii chyba byłoby ciężko przetrwać te mrozy na samych warzywach. - stuknęła paznokciami o blat stołu w zamyśleniu, bo jej samej też często robiło się chłodno, gdy temperatura zbliżała się do zera lub spadała poniżej niego. Dlatego była wtedy pewna, że zamarzłaby w tym lesie, gdyby nie on. - Jak nie umrzesz, to kiedyś jeszcze przyjdziemy na kebaba. - zaproponowała pogodnie, sięgając po dzbanek i dolewając im piwa. Upiła trochę, odkładając sztućce do miski, bo miała już dość. Przydałaby się kawa, ale to może później. - Nie mogę już, to było syte. Ser całkiem nieźle udaje mięso, jak dobrze go przyprawisz. Najważniejsze jednak, że Ty wyglądasz na sytego i zadowolonego. Odsunęła naczynie na bok, aby wygodnie oprzeć się łokciami o stolik i subtelnie nachylić do przodu, żeby aromat pomarańczowej świeczki wdarł się jej do nozdrzy, bo pachniała naprawdę ładnie. - Są, ale mają skrzydła. A to już daje im unikalność, nie? Przyjemnie jest latać nisko nad ziemią, lepiej niż jechać po niej, chociaż tętent kopyt jest uspokajający. - odpowiedziała na jego pytanie twierdząco, chociaż dla niej były to zupełnie dwa odmienne rodzaje zwierząt, ale to może spaczenie przez to, że się wśród nich wychowywała. Lepiej jeździła chyba konno, niż biegała. - Tak, Mara to tylko jeden z abraksanów ze stajni. Chociażby Piołun, Karem go dla Ciebie ma przygotować na wieczór. Uznałam, że się dogadacie, ale skoro jazda zwykłym koniem Ci się nie podobała, to nie wiem, czy się zdecydujesz spróbować. - dodała ze spokojem, wbijając w niego spojrzenie, zaciekawione i chyba pytające, jakby próbowała znaleźć na jego twarzy odpowiedź. Wywróciła oczami na słowo bankiet, zsuwając się nieco na krześle. - Gdyby nie to, że idziesz tam ze mną, byłoby okropnie. A tak może nawet Cię namówię na taniec? Tak wiesz, żebyś miał spokój od moich kuzynek. Nie mogła powstrzymać się przed puszczeniem mu oczka na znak tego, że się z nim zwyczajnie droczyła, chociaż i tak pewnie w którymś momencie, podstępem go zaciągnie na ten nieszczęsny parkiet. Może wykorzysta to jako formę ucieczki od nudnej rozmowy z jakimiś ludźmi, którzy głęboko siedzieli w kieszeniach jej ojca i w polityce? Sam twierdził, że mogła go wykorzystywać. Nie wyglądał jednak na zawiedzionego planem dotyczącym oceanu i gwiazd. On sobie popływa, a ona będzie mogła popatrzeć w niebo z pomostka. Kobieta zarumieniła się i zaśmiała, głaszcząc Islandczyka pieszczotliwie po włosach, zanim zebrała talerze. Widać było, że nie miała okazji otrzymać komplementu od kogoś spoza kraju. - O widzisz? On też uważa, że jesteś za chuda! Nie spodobasz mu się z samymi kośćmi! Ah ta dzisiejsza młodzież, kiedyś to im kobieta była bujniejsza, tym było lepiej. Jedz kochanie, jedz. Pandora uniosła brew, wędrując wzrokiem między znikającą w kuchni kobietą a swoim towarzyszem, krzyżując ręce pod biustem z odrobiną udawanej obrazy. - Nawet, jak jestem trochę szczupła, to i tak jestem Twoim ulubionym workiem na te ziemniaki, jestem przekonana. Nie była, ale nie musiał o tym wiedzieć, chociaż pewnie i tak zauważył w jej spojrzeniu tę próbę nieporadnego kłamstewka. A potem rozpoczęła operację "słodycze", nachylając się z błyskiem w oczach, już typowo łobuzerskim. Wiedziała, jak kobieta zareaguje na ich ucieczkę, ale nie mieli już tyle czasu, aby tkwić tu kolejną godzinę. - Poradzę sobie z ewentualną odpowiedzialnością, a ona ma tu naprawdę dobre te słodkości. Żal ich nie schować na wieczór, bo ja też nie wcisnę, a musisz ich spróbować. Mam nadzieję, że masz siłę się ruszać? - przerwała, sięgając do swojego plecaka. Wyjęła kawałek pergaminu, skrobiąc krótki liścik i wyjmując kilka monet, zostawiła wszystko na stole, a potem ostrożnie schowała do koszyka przyniesione przez cioteczkę desery. Wygodnie założyła plecak na ramiona, wiklinę przerzuciła przez ramię. Ruchem głowy zasugerowała mu gotowość i korzystając z tego, że wciąż nie wyszła z kuchni, wyciągnęła do niego rękę, a potem wyciągnęła biegiem z restauracji, słysząc tylko za plecami swoje imię. Była jednak pewna, że liścik jej wystarczy. Łatwo było zniknąć w tłumie na tureckim rynku, gdy dookoła było tak wiele alejek. Koniec sesji
|