![]() |
|
[ 05.11.1959 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [ 05.11.1959 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood (/showthread.php?tid=1562) |
RE: [ 05.11.1959 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Avelina Paxton - 15.07.2023 Jego uśmiech wywołał u niej delikatny rodzaj obawy, ale była zbyt zmęczona, aby się nad tym zastanawiać, aby myśleć, co on ma głowie i dlaczego tak na nią patrzy. Wolała nie zastanawiać się nad tym i nie okazywać mu tego strachu. Nie wiedziała, czy go to nie pobudzi do zrobienia jej krzywdy. Wtedy w łazience zdawał się czerpać przyjemność z jej strachu, ale jego uśmiech też nie musiał oznaczać nic złego, prawda? Mógł nie umieć się uśmiechać ładnie. Avelina nie była pewna, czy chciała go poznawać bardziej. Wiedziała na pewno, że ją intrygował, ale do tego nikomu się nie przyzna. Miał w sobie coś, co ją przyciągało, a za co się beształa każdej nocy. Dlatego tak uparcie próbowała go do siebie zniechęcić, dlatego z nim rywalizowała, dlatego mu dokuczała, uprzykrzała każdy dzień, gdy tylko pojawiał się na horyzoncie, aby każdy widział, że ona wcale nie lubi Rookwooda, aby każdy wiedział, że oni są wrogami i nie mają wobec siebie żadnych pozytywnych uczuć. Inaczej było, gdy zapadł zmrok, gdy noc otulała jej dormitorium, a przed oczami pojawiał się jej obraz tego chłopaka. Nie rozumiała swoich emocji, ale też nie chciała ich rozumieć. Inaczej było, gdy spotykali się we dwoje – samotnie. Bez jego znajomych, bez jej koleżanek, bez oczu obcych ludzi, bez oczu duchów, które zaczęłyby szeptać. Wszystko się zmieniało, a oni zapominali o walce, którą toczyli za dnia. Obawiała się tego najbardziej na świecie. Gdy usłyszała rozbawienie w jego głosie lekko odetchnęła, ale nie zatrzymywała się tylko drobnymi krokami zmierzała do swojego pokoju wspólnego, a potem dormitorium. Szła wolno, ponieważ nie chciała za szybko rozstawać się z nim. – Nie można mieć wszystkiego. – odpowiedziała mu na jego oczekiwania. Avelina nie miała zamiaru ułatwiać mu życia, nie chciała mu dawać swojej duszy na dłoni. Musiał o to się dobrze postarać. Po plecach przeszedł jej dreszcz, ale nie wiedziała, czy bała się tego, że będzie ją prześladować, czy może właśnie przeciwnie – chciała tego? Zignorowała nazwanie jej po nazwisku, ponieważ zdawała sobie sprawę, że sama tak do niego mówiła. Lubiła jednak, gdy zwracał się do niej po imieniu. Ona nie potrafiła – bała się, że jak zacznie nazywać go Augustus to za szybko się do niego przywiąże, a tego nie chciała. Zerknęła na niego, a na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech, który objął też jej oczy przez co zrobiły się węższe i mniejsze. Rzadko się tak uśmiechała, a w jego towarzystwie chyba się jeszcze nie zdarzyło. Również go stuknęła, aby nie być mu dłużną. – Czy to groźba? – zapytała unosząc zaczepnie brew. Starała się, aby jej twarz jednak pozostawała w cieniu, aby nie widział, że nadal ją zawstydza. Nie miała żadnego doświadczenia w rozmowach z chłopakami i nadal krępowała ją ich obecność, a zwłaszcza, gdy byli starsi. – Nie rumienie się – zaprzeczyła głupio, bo Rookwood miał oczy i widział je dokładnie. – Mącisz, bo… – zaczęła, ale nie wiedziała, co chciała mu powiedzieć, więc przerwała i ciężko westchnęła. – Nie ważne. Dlaczego chcesz wiedzieć, co o tobie myślę? – zapytała odbijając pałeczkę. Nie chciała być jedyną, która odpowiada na pytania. RE: [ 05.11.1959 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Augustus Rookwood - 15.07.2023 - Myślę, że to obietnica - odpowiedziałem dalej roześmiany. Sam nie wiedziałem, co też najlepszego wyczyniałem. Merlin jeden wiedział, czy mówiłem poważnie, czy tylko się droczyłem. Może to i to? Najpewniej. Towarzystwo dziewczyny zaczęło mi odpowiadać jak mało co w tej szkole. Próbowałem znaleźć źródło tego uczucia, aczkolwiek gubiłem się, widziałem nicość, starając się znaleźć jakieś sensowne powody. Cokolwiek nie myślałem sobie, kierowało mnie ku wnioskom, że nasza znajomość była skazana prędzej czy później na porażkę. Lepiej by było, gdybym od razu przyjął to na klatę i dał jej poniekąd kosza... Ale kiedy analizowałem podobny scenariusz, stwierdzałem, że na dobrą sprawę nic nas nie łączyło, więc nie miałem powodu by dawać jej tego kosza. Czyż nie? Prosta sprawa. Tylko rozmawialiśmy. Przecież za wiele nie ujawniałem o sobie, a ona o sobie jeszcze mniej, więc... To nawet nie była znajomość. Po prostu rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. A ja jeszcze jej dokuczałem, więc pozostawałem sobą. Obserwowałem ją, jak się bardziej rumieni, jak odwraca wzrok, jaka jest zmieszana. Doprawdy, była przeurocza. Żenująca? Słodka? Wstrętna? Kochana? Żałosna? Delikatna? Nie zapominajmy, że potrafiła dokopać słowem. Jak na Krukonkę, miała naprawdę niewyparzoną mordkę. Chyba mi tym imponowała. Może nie powinna być Krukonką, tylko Ślizgonką? Na pytanie o to, czemu chcę wiedzieć, co mnie myśli, odpowiedziałem krótko: - Kto wie? Może w dalekiej przyszłości podzielę się z tobą tą informacją. Aktualnie zaniecham. Uśmiech nie schodził z mojej twarzy, aczkolwiek poczułem nutę tego, co czułem, kiedy zadawałem jej to pytanie. Między innymi dużo strachu i niepewności, walki ze sobą samym. Mogła ujrzeć to delikatne przerażenie w moim spojrzeniu, skrawek chłodu, aczkolwiek nie patrzyłem na nią, więc mogło umknąć gdzieś niezauważone. Sam osobiście nie chciałem do tego wracać. - Opowiedz mi, proszę, o swojej rodzinie. Jestem ciekawy, kto wychował cię na taką żmijowatą Krukonkę - odparłem po chwili by podtrzymać rozmowę, ale też by się czegoś dowiedzieć o Avelinie Paxton. Nie wlepiałem w nią spojrzenia. Dałem jej swobodę. Chciałem również zająć czymś myśli, więc postanowiłem skierować je na ten temat. Może wrażliwy, bacząc na to, że wychowano mnie na konserwatystę, ale zdawałem sobie sprawę, że nie była czystej krwi. No trudno. RE: [ 05.11.1959 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Avelina Paxton - 15.07.2023 Sama się zaśmiała, co ją zaskoczyło i zakryła mimowolnie usta. To nie tak, że nie wolno było jej się śmiać. W domu bardzo dużo się śmiała, bardzo dużo żartowano wokół niej, żyło się naprawdę sielankowo – bez presji, bez wyrzutów. Jednak nie sądziła, że w szkole też będzie dane jej się śmiać. Chciała ten śmiech zarezerwować dla swojej rodziny, a nie dla Rookwooda, ale stało się. Wprawił ją w dobry nastrój sprawiając, że jej serce zaszło obawą, czy ta znajomość jest nadal dobra. Jej wzrok przemieszczał się znowu po obrazach, ścianach, posągach, po otoczeniu, ale nie po Rookwoodzie. Nie chciała na niego patrzeć, aby go nie zapamiętać, aby jej znowu nie nawiedzał w snach. On natomiast był niedelikatny, wredny, niepewny. Tak cholernie czuła od niego tą niepewność, że momentami sama tak się czuła. Jakby ich relacja nigdy nie miała dobiec do mety, a wręcz zostać ucięta w połowie trasy w drastyczny sposób. Skinęła tylko głową patrząc przed siebie. Gdy zadał jej kolejne pytanie zagryzła wargę. Dlaczego tak bardzo o wszystko wypytywał? Dlaczego chciał tak bardzo czegoś się o niej dowiedzieć? Nie lubiła o sobie mówić, nie lubiła być w centrum uwagi, a on to ciągle robił. – Czy wiedza na temat tego, co odpowiedzieć oznacza, że jest się żmijowatym? – zapytała marszcząc brwi i patrząc w końcu na niego. – Ja po prostu wiem, co mam odpowiedzieć, a to ty sprawiasz, że odpowiadam w taki sposób, bo aż się o to prosisz – dźgnęła go zaczepnie palcem w ramię. Westchnęła ciężko. – Moi rodzice są podróżnikami. Cały czas są w trasie i więcej ich w domu nie ma niż są. Są raczej lekkoduchami – zauważyła. RE: [ 05.11.1959 ] – Avelina Paxton & Augustus Rookwood - Augustus Rookwood - 15.07.2023 Gdybym mógł usłyszeć jej myśli, zapewne przytaknąłbym na to trafne sformułowanie. Stąd było zakłopotanie, zdenerwowanie, niepewność i wściekłość. Wszystko składało się do tego, że nasza relacja była z kategorii tych, która nigdy nie miała dojść do skutku, nie dobiec do przysłowiowej mety. Być może nigdy nie zostanie określona. Być może skończy się tragicznie. Urwie ją - kto wie - może czyiś trup albo po prostu zapomnienie? Na szczęście - bądź nieszczęście - nie czytałem w myślach. Może inaczej trzymałbym się od niej z daleka? Może jakaś jej myśl skłoniłaby mnie ku ucieczce? Może zmysły nie kusiłyby mnie do odsłonienia jej tajemnic? Poznawania charakteru? I tym samym jej obecność, jak i nieobecność, nie kusiłaby mnie do dalszych spotkań? Nie dowiem się. Za to rozkoszowałem się chwilą, nawet wtedy kiedy unikała jasnej odpowiedzi, kiedy złapała mnie na delikatnym przygadywaniu. Była jak ta żmija. Harda. Nie rozumiałem aby, czemu tak bardzo starała się to stłamsić. Czemu próbowała to ukrywać? Czemu tak się tego krępowała? Była dziewczyną z charakterem. Nie żadną mimozą, jak to na początku myślałem. Odpowiedź rzuciła mi tak pokrętną, że aż zachichotałem. Znowu. Może byłem za bardzo zmęczony? Było mi tak lekko, jak gdybym był na eliksirach uspokajających. Ziewnąłem nawet. Stwierdzałem również, że Avelina miała szczęście, skoro jej rodziców wiecznie nie było w domu, że byli lekkoduchami. Moi byli kompletnie inni. Myślę, że rażące przeciwieństwo rodziców Aveliny Paxton. No cóż, rodziny się nie wybierało, czyż nie? Dzięki temu byłem taki, jaki byłem. Doskonały, hehe. - Gdzie podróżują...? - zacząłem, ale zatrzymałem się zaskoczony. Niestety, byliśmy już na miejscu, więc nie miałem za bardzo nic do gadania. Był czas idealny na rozstanie... Może inaczej, na rozejście się w swoje strony. Nie mogliśmy wystawać pod Domem Ravenclawu, bo nas jeszcze ktoś przyłapie, a tego nie chciałem, dlatego sztywno obróciłem się w kierunku Aveliny Paxton i... W sumie co? - Zgodnie z takim obrotem sprawy, nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć ci miłych snów - odparłem jakże szarmancko, jakże dostojnie, szlachetnie, ąę, nieco diabelsko. Uśmiechnąłem się delikatnie i wstrzymałem jakiekolwiek ukłony czy przytulenia. Nie byliśmy w relacji. Nic z tych rzeczy. Paxton godności również nie miała, a ja szacunku do Krukonów, więc... Siema nara? Odsunąłem się jedynie, by mogła swobodnie przejść do tajemnych drzwi. Oświetliłem jej drogę lampą. - Dziękuję raz jeszcze za sama-wiesz-co - dodałem jedynie, patrząc jak zmyka w czeluściach mroku. Zostałem sam i jakoś jednocześnie zrobiło się o parę stopni chłodniej. Pomacałem kieszeń z podarkami i, cóż, westchnąłem, oddalając się dalej korytarzami. Trzeba było zrobić obchód. Koniec sesji
|