Secrets of London
[Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora (/showthread.php?tid=1708)

Strony: 1 2 3


RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Hjalmar Nordgersim - 04.02.2024

Słysząc to co powiedziała Pandora niemal się nie zakrztusił własną śliną. Deniz chciałaby zostać moją żoną? Odchrząknął, łapiąc się za gardło. Całe szczęście, że nie pił ani nie jadł teraz niczego, ponieważ zgon byłby murowany - Zrobiłbym to po stokroć gdyby taka sytuacja się powtórzyła - stwierdził bez żadnej dodatkowej reakcji - zupełnie jakby to był dla niego chleb powszedni nad którym nie musi się za bardzo zastanawiać - Obawiam się, że marzenie Deniz może nie dojść do skutku. Jestem dla niej za stary, a ona dla mnie za młoda. Zresztą ona się jeszcze nie wyszalała za życia, a ja już tak. Także nie wróżę temu świetlanej przyszłości - wzruszył ramionami, rozkładając przy tym lekko ręce - Nie wróżę temu żadnej przyszłości - dodał aby wszystko było jasne. Jedno nazwanie Deniz "złotkiem", nie powodowało, że mieliby wziąć jakikolwiek ślub.

Hjalmar wypuścił powietrze nosem na jej słowa, wręcz komplementu, dotyczące swojego uśmiechu. Z jednej strony były to przyjemne i bardzo miłe słowa ale z drugiej wywoływały olbrzymią chęć podrapania się po karku w bezradności i niemocy na nie. Zrobił jednak wszystko aby nie dać tego po sobie poznać - między innymi nie podrapał się jako, że ten gest zdradziły za dużo. A i Pandora na pewno wiedziała jak to działa w jego przypadku.

- No tak. Masz rację - przyznał ale w głębi duszy miał pewne 'ale' w tej kwestii. Na pewno mogłaby się poddać ale wszystko wskazywało na to, że nie chciała. Nordgersim nie potrafił jednak powiedzieć jej tego prosto w oczy, zwłaszcza kiedy patrzyła się w ten sposób i tymi oczami. Jak miał się z nią nie zgodzić i tym samym wywołać u niej jeszcze większe wyrzuty albo coś gorszego, o czym nie miał jeszcze pojęcia? Czy warto było podjąć takie ryzyko? Nie, nie było warto.

Czy to było szczęśliwe zakończenie? Jeżeli rozpatrywać fakt, że Ivarowi i Njali nic się nie stało, to rzeczywiście - było to prawdziwie szczęśliwe zakończenie. Wrócili cali zdrowi dzięki czemu kilkanaście lat później mogli wziąć ślub na którym Hjalmar był świadkiem ze strony pana młodego. Gdyby jednak wziąć pod uwagę likantropię Islandczyka - którą został "obdarzony" tamtej nocy - to nie poszło tak idealnie, a wręcz tragicznie. Zapytany o to czy zrobiłby to raz jeszcze - odparłby, że tak. Dałby się ugryźć po raz kolejny - nie ważne kogo by to dotyczyło. Na temat odwagi wolał się nie wypowiadać, wszak nie było to coś czym powinno się chwalić na lewo i prawo, zwłaszcza jeżeli często była to szczeniacka odwaga - na przykład do bicia kolegów czy robienia różnych zaczepek. Uratowanie swoich przyjaciół było jednym z nielicznych przypadków szlachetnej odwagi ale to było wszystko.

Kolejna nauczka na przyszłość - nie budzić chaosu kiedy ten jest uśpiony i nie daje o sobie żadnego znaku życia. Ale coś go podkusiło i musiał to zrobić, przebudzić go, aktywować czy zachęcić do działania. Hjalmar go po prostu ściągał do siebie, niemalże na zawołanie - Bo gdy na mnie wpadasz to muszę Cię ratować przed uszczerbkiem na zdrowiu - zauważył, a zarazem przypomniał jakby miała czelność zapomnieć - No chyba, że nagle wolałabyś być szczerbatkiem to nie widzę problemu. Ale wierz mi lub nie... Z pełnym uzębieniem jest Ci dużo lepiej - odparł, zastanawiając się czy to aby na pewno było poprawnego określenie i czy nie powinien po prostu się zamknąć zamiast gadać. Szczerbatkiem? To dopiero dobre... Miał jej jeszcze powtórzyć tysiąc razy, że zrobiła dobrze? Miał wysłać list do Proroka Codzienniego aby go opublikowano na ramach jutrzejszego wydania? - Tak. Potrafię się przemienić ot tak. Potrafię to w pewnym stopniu kontrolować - westchnął ciężko aby po chwili nabrać powietrza do płuc - Kiedy dzieje się coś złego... Czuje zagrożenie to jestem w stanie przemienić się po za pełnią - wytłumaczył, licząc, że zrozumie o co mu chodzi. Gdyby ktoś teraz wparował do mieszkania Pandory i spróbował zrobić jej krzywdę to nie omieszkałby się przemienić w likantropa aby rozerwać go na strzępy, czyniąc jeden wielki harmider w pomieszczeniu.

- Po prostu... Udawaj, że tego nie słyszałaś albo nie pamiętasz... To dużo prostsze niż Ci się może wydawać - oznajmił - Może nie powinienem... Może powinienem... Nie wiem. To już nie ma znaczenia. Nie mam 15 lat aby robiło to na mnie wielkie wrażenie. Po takim czasie podświadomość Ci się zmienia i po prostu akceptujesz to - spróbował rozjaśnić aby mogła to sobie wyobrazić. Widząc jak zdziwiła się na jej słowa pokiwał głową - Zaimponowałaś - powtórzył - Nikt na mnie nie ot tak nie wpada bo wie, że to się może źle skończyć... A Ty po prostu, wpadłaś i... Tak wyszło. Powiedzmy, że tak. Że chciałem Ci pokazać coś w ramach nagrody... No ale chyba nie żałujesz, że postanowiłaś ne mnie wpaść z bara? - zaśmiał się, dopytując. Chciał mieć pewność, że na pewno nie żałowała swoich decyzji. Z drugiej strony mogła po prostu powiedzieć mu "nie" podczas Lithy i zostać z tłumem ludzi, zamiast wyruszyć na dziką przygodę w nieznanym - Zły? Hmm... - zastanowił się, poklepując po podbródku - Na pewno zdziwiony i w szoku. Prawdę mówiąc nie wiem kto był bardziej... Ja czy oni... - przyznał. Gdyby mógł to chętnie cofnąłby się do tamtego czasu tylko po to aby ponownie spojrzeć na te ich zaskoczone mordy...

A co innego miał zrobić niż przeprosić? Miał się kłócić z Pandorą? Pobić ją? A może wynieść i wrzucić do Tamizy? Wszystkie inne opcje, które nie polegały na powiedzeniu "przepraszam", nie wchodziły w rachubę. Prawdę mówiąc przegiął i Prewettówna miała całkowitą rację. Njala gdyby usłyszała takie słowa to najpewniej pękłoby jej serce. Ivar zapewne by to jakoś przeżył ale ruda mogłaby się po tym już nigdy nie podnieść. Jednym słowem czy stwierdzeniem był w stanie zniszczyć lata ich przyjaźni... Przyjaźni nad którą tak dużo pracowali... Przyjaźni, która kosztowała ich setki wyrzeczeń, potu, krwi i łez... I nie było w tym ani słowa przesady. Uderz... Specjalnie tak zrobił z tą dłonią. Wolał aby wyładowała swoją złość na nim, niż parapecie, ścianie czy wazonie z tymi przeklętymi różami, których sam by się pozbył. Wszelkie uderzenia w jego tors byłyby dużo mniej bolesne, niż zderzenie ze ścianą czy drewnem - Nie mog... - spróbował coś powiedzieć ale został ściągnięty kilkanaście centymetrów niżej niż stał dotychczas. Jakaś sztańska czy chaośnicza siła sprawiła, że nie do końca wiedział co się właśnie działo.

Takiego obrotu spraw to nie spodziewałby się nigdy. Prędzej uwierzyłby, że Pandora rzuci w jego kierunku jakimś wazonem albo da mu z pięści w twarz skoro i tak już go ściągnęła na wysokość prawego sierpowego... Ale cios nie nadszedł, a na pewno nie w twarz ani nigdzie w jej okolicy. Czy w takim razie można było to podciągnąć pod zamach (na czyjeś serce)? Szok, niedowierzanie i zdziwienie... A to było tylko kilka określeń, które biegały po głowie Hjalmara, odbijając się od czaszki. Te wszystkie myśli były niczym dzika sfora wilków, szukająca swojej ofiary, którą w tym przypadku był nikt inny jak Nordgersim. Poczuł jak mimowolnie zaczyna mu drżeć wolna dłoń, a nie do końca miał pojęcie co powinien z nią zrobić. Stres, strach, a może jedno i drugie?

Wystarczyło aby Pandora zrobiła cokolwiek nieprzewidzianego, a jego serce biło już młot. Ale od pocałunku to chyba chciało się wyrwać z jego klatki piersiowej, zupełnie ignorując fakt mięśni, które ledwo utrzymywały je na swoim miejscu. Sekundy zamieniały się w godziny lub dni. Gdyby ktoś się go zapytał ile to trwało, uznałby, że wieczność. Nie słyszał nic po za głuchym dudnieniem w uszach, a wilcze stado biegające w te i nazad, wcale nie pomagało. Hjalmar był teraz niczym pod wpływem jakiejś narkozy lub czaru posłuszeństwa - stał niczym posąg ale mięśnie miał luźne, więc nie było najmniejszego problemu aby kierować jego dłonią. Na zachętę - albo rozkaz - aby ją po prostu przytulił, postąpił zgodnie z instrukcją, przerzucając drżącą dłoń przez jej plecy tak, że znajdowała się teraz w jego szponach lub łapach - obydwie wersje były poprawne - Eee.... - wydał z siebie krótki dźwięk, nadal wpatrując się w przestrzeń przed sobą. Sen? Czy koszmar? Ktoś mnie zaraz wybudzi czy mam to zrobić sam? Zastanawiał się, próbując ewidentnie zebrać do kupy. Miał wrażenie, że jednak to był sierpowy, a on sam był w jakimś alternatywnym świecie. Ale z drugiej strony kto byłby w stanie to zrobić? Kto byłby w stanie sprzedać mu taką bombę, żeby dokonał swojego żywota? To nie mógł być żaden sen - Wilk? - powtórzył zdziwionym głosem, ewidentnie nie wiedząc o czym była mowa jako, że był gdzieś tam w swoim świecie. Baza do Hjalmara ale Hjalmar do bazy już nie odpowiadał - Jakimi słowami? Za co przepraszasz? - zmrużył oczy pozostając w dalszym szoku na to co się właśnie wydarzyło. Nie poczuł palców, które Pandora wbijała w jego skórę. Zresztą jak miał poczuć skoro nawet nie wiedział, że kolce róże się w niego wbiły z tego wszystkiego. Jeżeli po upadku Prewettówny był w szoku, to teraz musiał przechodzić zawał serca. I to nie żaden udawany, tylko najprawdziwszy - Nie przepraszaj. Nie masz za co...? - odparł, przenosząc prawą dłoń na jej głowę, którą następnie zaczął powoli głaskać niczym dobry ojciec dla swojego dziecka, chcąc je tym samym uspokoić i powiedzieć, że "nic się nie stało". No bo w końcu nic tak nie uspokajało jak bliskość drugiej osoby, czyż nie? Czasem gesty mówiły dużo więcej, niż słowa ale potrafiły wyrządzić równie dużo szkody.




RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Pandora Prewett - 12.02.2024

Przekręciła głowę na bok na jego reakcję na Deniz, sądząc, że już się przynajmniej z myślą o tym, że jej kuzynka miała na niego olbrzymie zauroczenie, to oswoił. Zacisnęła usta, powstrzymując roześmianie się, starając się chociaż trochę zachować powagi z uczuć młodej, chociaż kłamstwem byłoby stwierdzenie, że jego słowa nie sprawiły jej żadnej ulgi, może nawet radości, wszak Deniz była naprawdę śliczna, a do tego doskonale przygotowana do roli żony, miałby z nią dobrze. - Wiem, zawsze mnie bronisz. - przyznała pewnie, bo prędzej postawiłaby obydwie swoje ręce na Hjalmara w tej sprawie, niż Akane, która też się zawsze zaklinała, że będzie broniła przyjaciółki do końca świata lub jeden dzień dłużej. Daleko jej jednak było do tworzenia tej specyficznej, odrobinę uzależniającej aury, którą miał Islandczyk. - Oh, a więc się wyszalałeś.. - wróciła jednak do słów o kuzynce, która kolejny raz dostała kosza, tym razem nieświadomie. - Od razu za stary, dobrze mieć doświadczonego faceta. Ona by Cię zaskoczyła, zapewniam. Umiałaby dać Ci szczęście, ale na dłuższą metę, dziesięć lat to sporo. - westchnęła, również bezradnie rozkładając ręce, jednak nie mogła już ukryć towarzyszącemu temu gestowi uśmiechu. Jeszcze jedno pytanie cisnęło się jej na usta, ale stłumiła to, stukając paznokciami w tkwiącą pod nimi powierzchnie.
Pokręciła głową z niedowierzaniem, wpatrując się w niego brązowymi oczami, otulonymi wachlarzem czarnych i długich rzęs, które odziedziczyła po mamie — na szczęście. - Już prawie rok, a Ty się nadal nie przyzwyczaiłeś do tego, że zwykle mówię, co myślę i czuję. - zauważyła miękko, nieco zdziwiona, że nie podrapał się po karku, co zwykle robił, gdy ogarniała go fala nieśmiałości lub niezdecydowanie nad kolejnymi słowami bądź czynami. Poświęcała mu zawsze tyle uwagi, gdy się spotykali, że zdążyła się już trochę go nauczyć. Nie zamierzała się poddawać, rezygnować, nawet jeśli czasem było z nim naprawdę trudno, a brunetka miała wrażenie, że nigdy do niego nie zdoła dotrzeć. Pytanie brzmiało, czy on chciał, aby dała sobie spokój? Myśl ta uderzyła w nią nagle, roznosząc nieprzyjemny chłód po karku. Ściągnęła brwi i z nieporadnym wyrazem twarzy, zastanawiała się, czy powinna go o to zapytać. Bo co, jeśli znów się narzucała?
Nie było szczęśliwe, ale idąc za przyjaciółmi i pilnując ich, to wierzył w nie z całego serca, była o tym przekonana. Poniósł olbrzymią cenę za ich bezpieczeństwo, ale spoglądając na niego, spędzając z nim kolejne godziny, to przecież wiedziała, że kolejny raz postąpiłby w ten sam sposób. Musiał zawsze się upewnić, że jego bliscy są bezpieczni na własne oczy, takie odnosiła wrażenie. Dla niej był odważny, niezależnie od tego, jakie myśli kłębiły się w jego głowie na ten temat. Nie istniało chyba nic, co mogłoby zmienić zdanie Pandory.
Owszem, był magnesem na chaos, ale jednocześnie doskonale wiedział, jak sobie z nim poradzić, gdy był już absolutnie nieznośny. Nieczęsto pozwalała sobie na wybuchy temperamentu, gdyby ktoś źle wypowiadał się o niej — nie zrobiłoby to na niej wrażenia, ale nie mogła zwyczajnie znieść tego, jak o sobie mówił. W tak krótkim czasie stał się dla niej zbyt ważny, aby mogła takie głupoty tolerować. Gdyby ktoś obcy wypowiedział się na jego temat w taki sposób, najpewniej oberwał od niej pięścią lub zaklęciem, nie licząc obelg oraz krzywych spojrzeń. Zdawała sobie sprawę, że robił to, o co go chwilę temu oskarżyła nieświadomie. Nie mógł wiedzieć, jak reagowała i co myślała, jaką miał nad nią przewagę, bo albo widzieć nie chciał, albo ona tak dobrze trzymała kontrolę w dłoniach, że trudno było to zauważyć. Dawno już sobie owinął ją dookoła palca, żył jednak w błogiej nieświadomości lub z tego nie korzystał, bo miał szlachetne serce. - Musisz? A myślałam, że robisz to, bo chcesz. - brzmiała zadziornie, uparcie, wewnętrzna iskra zapłonęła mocniej i Merlin jej świadkiem, nie miała pojęcia, dokąd to wszystko zaprowadzi, jak długo będzie mogła trzymać się w ryzach. - Owszem, bywam trochę niezdarna i czasem ściągam kłopoty, ale jakoś udało mi się do tej pory względnie cało przetrwać.. - dodała jeszcze na swoją obronę, pytając następnie o przemianę. I lepiej, żeby do proroka takich spraw nie zgłaszał. Słuchała go uważnie, nieco zaskoczona, ale ostatecznie kiwnęła głową. Wiedziała już, że teraz będzie tysiąc razy bardziej na niego uważała, nie chcąc doprowadzić do uwolnienia jego wilczej strony. Nie dlatego, żeby chronić innych, ale dlatego, że gdyby złapało go na tym Ministerstwo, miałby kłopoty. A to było ostatnie, do czego Prewettówna by dopuściła, o ile oczywiście byłaby takiego zdarzenia świadkiem. Nie wierzyła przecież, że ktoś taki, jak Hjalmar chciałby kogoś zabić z powodu ewentualnego zagrożenia, które można było przegonić na wiele innych sposobów, niekoniecznie rozrywać delikwentowi gardło.
- Nie da się. - odpowiedziała krótko, wzruszając ramionami. Jak niby miałaby udawać, że zapomniała? Zwariował do reszty. Wcale nie brzmiał wiarygodnie, wcale nie zgadzała się z tym, że możliwe było przyzwyczajenie się do samotności i obojętne traktowanie rezygnowania z bliższych relacji z ludźmi, ale powstrzymała się od kolejnego komentarza, wzdychając jedynie. Tylko ze względu na niego, bo doskonale wiedziała, ile stresu go to wszystko kosztowało, jak było trudne i ważne. Skoro zaufał jej na tyle, nie mogła sobie pozwolić na najmniejsze rozczarowanie. Jej twarz nieco złagodniała, gdy zapytał, czy żałowała tego, jak się zachowywała w jego towarzystwie, sprawiając, że pokręciła przecząco głową, wprawiając w ruch brązowe pasma włosów. Kitka nie była już tak ładna, gumka nieco się zsunęła i coraz więcej kosmyków uciekało z uwięzi. - Nie. Zrobiłabym to jeszcze raz i tysiąc kolejnych, jeśli dzięki temu udało nam się pomimo wszystko nawiązać relację, zaprzyjaźnić.. - zaczęła, wzruszając ramionami, bo ona przecież wcale nie pocałowałaby go raz jeszcze, żeby zamknąć buzie jego kolegom, powód był całkiem inny. - No tak, jakaś wariatka z losu podchodzi i Cię całuje, a potem spędzasz z nią całą noc, wspinając się po drzewach i pijąc miód. Też byłabym zaskoczona, gdyby ktoś mi taki numer wywinąć. Może powinnam teraz dawać Ci buziaki co Lithę?
Rzuciła pogodnie, pół żartem i pół serio, bo przecież z nią, to nigdy nie wiadomo. Czy wyznacznikiem jego zainteresowania dziewczyną była zdolność zaimponowania? Szkoda, że nie zaskakiwania, bo w tym podobno nie miała sobie równych.
Mógłby zrobić wszystko, był od niej silniejszy, miał najpewniej wiele argumentów za pasem, które jego zdaniem byłyby właściwie, ale on, zamiast dolewać oliwy do ognia, zasłonił płomień, zabierając mu powietrze. To była naprawdę dla niej nowość, stąd też malujące się na twarzy zdziwienie. Pozostało jej mieć nadzieję, że naprawdę wiedział, że źle zrobił, użył okropnych słów. Już nie wspominając, że znów traktował siebie, jak kogoś gorszego, co wcale nie było prawdą, bo jeden taki blondyn był przez swój sposób bycia i charakter wart więcej, niż takich dziesięciu zadufanych w sobie lalusiów z czarodziejskiej śmietanki towarzyskiej.
Nie mogłaby go uderzyć, wolałaby walnąć w ścianę, niż w niego. Nie bała się przecież bólu, ale zrobienia komuś krzywdy, już tak, chociaż pewnie jej cios nie zrobiłby na nim żadnego wrażenia. Był silny i zahartowany, przypominałoby to pewnie ugryzienie komara, skoro kolców w plecach w ogóle nie czuł, a one sprawiały więcej dyskomfortu, niż ona byłaby w stanie.
Już jej było wszystko obojętne, będzie martwiła się potem konsekwencjami, jak zwykle. Będzie to odkręcała, tłumaczyła się, cokolwiek. Teraz jednak jej palce pewnie chwyciły jego nadgarstek, upomniała się raz jeszcze, ale szept rozsądku cichł z każdym kolejnym centymetrem, którego się pomiędzy nimi pozbywała. Były tam teraz absolutnie niepotrzebne.
Problem z nią był taki, że była uparta i prędzej czy później, robiła, co chciała. A pocałować go chciała już wcześniej, pewnie nawet wczoraj? Ostatnim razem? Nie była pewna, kiedy pierwszy taki kaprys rozniósł się po jej ciele, stłumiony wtedy jeszcze silnym przeczuciem, że nie powinna. Teraz jednak wydarzyło się zbyt dużo, rozbiło to jej koncentrację na tym, aby czegoś nie robić i po prostu się stało. Nie czuła, że drżała mu dłoń, zbyt zajęta próbą uspokojenia się, co wcale nie było łatwe, gdy ciepły oddech rozbijał się na wargach. Nie zdawała sobie sprawy, jak jej dłonie delikatnie błądziły po odkrytych fragmentach skóry, jak przytula się do niego mocniej. Jak można być na siebie złym i jednocześnie całkiem ze swojego działania zadowolonym?
Niechętnie odsunęła się od jego ust, nie mając jednak odwagi spojrzeć mu w oczy, korzystając z luźnych mięśni Islandczyka i sprawiając, że objął ją w pasie. Oparła głowę o jego tors, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć lub zrobić, ale musiała przerwać ciszę, którą przerywało uderzanie jej serca, delikatnie przyśpieszony oddech. Palnęła więc o wilku i o tej najlepszej dziewczynie, jakby było to teraz najważniejsze. Jak bardzo był na nią zły? - No wilk. Powiedziałam Ci, że pluszowy wilk powiedział, że jestem najlepszą dziewczyną na świecie, a on wcale nie był maskotką. - mruknęła cicho, chociaż znajdowała się na tyle blisko niego, głowę mając ułożoną w niewielkiej odległości od szyi oraz ucha, więc na pewno usłyszał. Miała nadzieję, że nie dopyta, za co go właściwie przeprasza i już się miała odezwać, ale zaczął głaskać ją po głowie. Poczuła, jak jej ciało się rozluźnia, jak cała złość gdzieś z niej schodzi, zostawiając w dużej mierze zawstydzenie, ale i poczucie winy. Przesunęła się nieco w jego ramionach, przykładając policzek do jego piersi. - Serce Ci wali jak szalone. W porządku? - zaczęła z odrobiną troski oraz niepokoju w głosie. Przecież nie była nieśmiałą, zagubioną dziewczynką, a to, że czasem był w stanie ją z niej wydobyć, nie odejmowało jej pewności siebie. Przełknęła głośniej powietrze, obydwie jej dłonie znalazły się na jego szyi, a ręce tkwiły oparte o ramiona. Odsunęła się nieco, odchylając głowę do tyłu i z niepewnością odnalazła niebieskie oczy, zastanawiając się, co w nich zastanie. Chciała powiedzieć, że przeprasza go za wszystko, ale to nie były właściwe słowa. - Nie mam? Pocałowałam Cię, znowu, a miałam tego nie robić. Jeszcze się zachowuje, jak ostatnia egoistka i mówię Ci, co masz o sobie myśleć, a co nie, a przecież nie powinnam, ale chciałam. No właśnie, chciałam.. - przerwała na chwilę, przenosząc na chwilę wzrok na bok. Wcale się od niego nie odsunęła, bo zwyczajnie nie chciała, co teraz do niej dotarło. Tylko czemu nie chciała. - Nie, to nie tak. Nie mogę Cię przepraszać, że Cię pocałowałam, skoro chciałam Cię pocałować. Obawiam się też, że istnieje szansa, że znów to zrobię, więc pytanie brzmi, czy Ci to przeszkadza? Tylko nie zadawaj mi, błagam trudnych pytań, bo naprawdę, naprawdę nie wiem niczego, poza tym, że czasem chciałabym Cię w sposób, w jaki chyba nie powinnam? Nie mogę przecież zawieść Twojego zaufania.
Zamilkła, wzruszając delikatnie ramionami, jakby faktycznie, nie bardzo wiedziała, co z tym wszystkim powinna zrobić, co to wszystko znaczyło i jak niby miała się wobec niego zachowywać. Bo przecież byli przyjaciółmi, a nie umiała powiedzieć tego na głos, jakby brzmienie tych słów miało ją cholernie zirytować. Jej palce przemknęły na jego kark, splotła je ze sobą i znów wspięła się na palce, opierając swoje czoło, o jego i przymykając oczy — całe szczęście, trochę się pochylał, a ona była całkiem wysoka. - Jak mi nie wyznaczysz granic, to nie będę wiedziała, gdzie są. A jak ich nie będzie, to sama nie wiem, co się stanie. To jak hazard.


RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Hjalmar Nordgersim - 12.02.2024

Fakt - zawsze jej bronił. Prawde mówiąc nie tylko jej, bronił każdego kto tej pomocy potrzebował. Kwestia była tylko taka, że za Pandorą mógł przypadkiem (lub też nie) podążać wzrokiem aby mieć 100 procentową pewność, że aby na pewno nie dzieje jej się krzywda - Powinna sobie znaleźć kogoś w swoim wieku. Kogoś z kim złapie wspólny język i będzie mogła żyć długo i szczęśliwie - skwitował, oddzielając się grubą linią od jakiegokolwiek związku z Deniz. Tę linię określiłby jako odcinek około 4000, a może 4500 km jakie dzieliły Turcję i Islandię. Dodatkowo był to bufor bezpieczeństwa, który powinien działać tak jak to sobie Hjalmar założył... No chyba, że Prewettówna zamierzałaby sprzedać nazwę jego rodzinnej miejscowości Deniz... Wtedy to klękajcie narody - nie będzie ratunku.

Nie przyzwyczaił się, a jej słowa - zwłaszcza te, które wprowadzały go w zdumienie - były zaskoczeniem, którego jednak szło uniknąć. Wystarczyło połączyć pewne kropki i można było ujrzeć utarty schemat działania Pandory. Do tego potrzebny był otwarty umysł, a nie takie który jeszcze dobrych kilkanaście minut temat, staczał się w próbie zwalczenia kaca. Gdyby Hjalmar chciał aby dała sobie spokój to zapewniłby ją o tym - dokonując rytualnego aktu utopienia jej w którymś z wodnych ośrodków, wszak okazji miał już co najmniej kilka... I z każdej z nich, Turczynka wychodziła bez żadnego szwanku.

Mogła pytać o co by tylko chciała i miałaby tylko dwie możliwości na odpowiedź - może trzy. Pierwszą byłaby długo wyczekiwana odpowiedź prosto z serca. Druga to byłaby próba obrócenia kota ogonem lub zmiany tematu, a trzecia to pomruk niezadowolenia mówiący że coś jest na rzeczy. Hjalmar co by nie mówić nie był taką zagadką, zawsze działał w ten sam sposób, chodził tymi samymi ścieżkami. Jedyna trudność jaka w nim była to przymuszenie go do tego aby zaczął mówić. Ale i na to istniały pewne specyfiki, zwane również jako napoje wyskokowe, których był oddanym fanem i koneserem.

- Robię to bo chce i muszę. Chce bo mogę, a muszę bo byłaby szkoda jakby coś by Ci się stało - zauważył przedstawiając po krótce zasadę jaka nim kierowała. Nie była skomplikowana, wręcz banalnie czy dziecinnie prosta. Zwłaszcza, że jego chce i muszę było prawie takie samo - Nie pozostaje mi chyba nic innego, niż życzyć dalszych sukcesów we względnym przetrwaniu... - odparł z lekkim wzruszeniem ramion. Nordgersim nie chciał wiedzieć co musiała przejść przez całe swoje życie skoro tak prosto wpadała w tarapaty, problemy, poślizgi... Musiała mieć naprawdę pod górkę ze wszystkim i wszystkimi. Przez moment rozważał nawet opcję zamknięcia jej w klatce, która staje się jego domem na jedną noc w miesiącu. Tam powinna być bezpieczna, jako że nic nie byłoby w stanie jej skrzywdzić ani sprowokować do skrzywdzenia się. Chociaż należało podchodzić z szacunkiem do jej zdolności w tych kwestiach...

Da się. Tylko musisz się z tym pogodzić... Pomyślał, nie pozwalając sobie na dalszą kłótnię w tej sprawie. Dla Prewettówny to rzeczywiście mogło wydawać się jako, że nie do przeżycia czy zaakceptowania. Ale dla Hjalmara, który od lat musiał się z tym zmagać, było to nic nowego - zwykły porządek dnia codziennego. Może właśnie ta otwartość czy jej upartość spowodowała, że nie zniknął bez słowa z życia Pandory, skoro ona nie chciała tego zrobić? Z drugiej strony może to właśnie los chciał aby tak się stało, zwłaszcza kiedy pchał ich w swoją stronę - jak podczas Lithy czy przypadkowego spotkania w Dolinie Godryka... W obydwóch przypadkach, Turczynka nie miała przecież wiedzy, że on tam będzie - Tak jak ja z pobiciem, tak Ty z wpadaniem na mnie... Niedorzeczne... - zaśmiał się pod nosem. Prawdę mówiąc taki widok był dla niego co najmniej komiczny. Osoba rozmiarów Pandory zaczepiająca go z barku, jakby chciała pokazać gdzie jest jego miejsce w szeregu. Takie sytuacje dziwiły dużo bardziej od osiłków czy karków chcących od razu przejść do boju - Umm... No to chyba... Ee... Nie zależy ode mnie? - uniósł brew starając się nie dać nic po sobie poznać. Jeżeli miałoby zamknąć te ich tępe łby, to czemu nie? Nie odważył się tego powiedzieć na głos, wszak nie mógł jej wykorzystywać jako alternatywną metodę uciszania kolegów... Metodę, która nie wymagała rozlewu krwi i wyzity w lazarecie.

Cenił sobie ludzi, którzy mogli go zaskoczyć, zaimponować czy udowodnić, że są warci poświęcenia im czasu. I Pandora - pomimo swoich wszystkich wad i chaosu jaki ją otaczał - była jedną z takich osób. Kwestia "zaskakiwania" potrzebowała jednak trochę sprostowania jako, że istniała różnica między doprowadzaniem do zawału serca, a podniesieniem ciśnienia czy wywołaniem uśmiechu. O ile większość ludzi wywoływała u niego te dwie ostatnie rzeczy, tak Prewettówna coraz częściej pozwalała sobie na wywołania migotania przedsionków u Nordgersima.

Czy w życiu nie chodziło o to aby brać to na co mieliśmy ochotę? Bo jeżeli tak, to Turczynka rzeczywiście trzymała się tej zasady chyba przez całe swoje życie, a przynajmniej do takiego wniosku mógłby dojść zewnętrzny obserwator. Mleko już zostało rozlane, więc nie było co płakać ani zastanawiać się co by było gdyby. Teraz nie pozostawało nic innego jak stawić czoła temu co się wydarzyło i przyjąć na "klatę" ewentualne skutki takiego działania. O ile próbą pobicia nie wyrządziłaby mu większej krzywdy, tak zamachami na jego serce mogła go nawet zabić.

Wewnętrzne próby usprawiedliwienie niektórych rzeczy czy wyparcia, nie przynosiły skutku. Hjalmar musiał zaakceptować fakt, że pocałunek był po prostu przyjemny. A już na pewno dużo przyjemniejszy w momencie w którym zrozumiał co się chwile temu stało - To kto w takim razie? Bo już szykowałem plan zemsty nad tą pluszową zgrają. Widziałem w głowie jak rozrywam je na strzępy za to, że zdradzają sekrety... - dodał, a następnie płynnym lecz spokojnym ruchem kontynuował głaskanie po głowie. Lata praktyki jako "ramię do płaczu" swoich sióstr, pozwoliło mu nabyć doświadczenia oraz wprawy w takich sytuacjach. I sam był już prawie spokojny dopóki Pandora nie zauważyła jedynego znaku, który zdradzał jego stan - przeklętego serca, która aż się wyrywało w jej kierunku - Ummm... T-Tak w porządku. Wszystko w porządku - spróbował blefu, chociaż nie do końca sam w niego wierzył. Miał wrażenie, że brzmiało to jak tania wymówka, taka jaką sprzedaje się rodzicowi na poczekaniu kiedy nie można wymyślić lepszej.

Kiedy poczuł jej wzrok na swojej twarzy, mimowolnie - pomimo zakazu mózgu - odwzajemnił spojrzenie. Bez większego problemu można było dostrzec w nich radość? Ponieważ o złości, szoku czy czymkolwiek innym nie było nawet mowy. Sprawny obserwator mógłby pewnie nawet dostrzec czegoś w rodzaju iskierki, szczęścia czy nawet zadowolenia - Nie... Bo to... - zaczął, przejeżdżając językiem po swoich ustach - Przy... - zamarł na krótką chwilę, chowając ponownie język - Przyjemne - dokończył wreszcie, a z jego twarz zszedł cały stres, który trapił go jeszcze moment temu.

- Nie zawiedziesz mojego zaufania... Jesteś chyba jedyną osobą po za moją rodziną, Njalą i Ivarem, których po części też uznaje za swoją rodzinę... Jedyną osobą, której ufam... I nie wiem co musiałabyś zrobić. Chyba zabić, któreś z nich aby to się musiało zmienić... Ja po prostu dziękuje... - odpowiedział, a później zamilkł i w tym samym momencie przestał gładzić ją po głowie. Hjalmar miał wrażenie, że nastała trochę głucha i niepokojącą cisza. Zupełnie jak taka, która następuje przed burzą - gdzie po chwili pada grom z jasnego nieba, wywracając nieraz całe życie do góry nogami.

Poczuł jak splotła swoje dłonie na jego karku, zamykając go w swego rodzaju pułapce z której nie miał ucieczki. I nie to, że chciał bo to teraz serce trzymało stery i pokazywało mózgowi gdzie jest jego miejsce. Moment później opierali się już czołami, na co tylko westchnął - W tym momencie chyba nie ma już żadnych granic - przyznał z pewną dozą bezradności na tą sytuację, a następnie zrobił jedyną rzecz, którą uważał za słuszną. Zaczął pocierać nos Pandory, swoim nosem - wykonując tym samym tak zwany gest "noski, noski, eskimoski". Ten gest, u ludów z północy - nawet tych dalszych niż ojczyzna Nordgersima - oznaczał po prostu czułość. I to była jedyna rzecz jaką mógł obdarzyć Prewettówne tego poranka jako, że żadne inne słowa nie chciały mu przejść przez gardło.




RE: [Styczeń 1970, Londyn] Poranki bywają ciężkie || Hjalmar & Pandora - Pandora Prewett - 26.02.2024

Najfajniejsze w tym wszystkim było to, że nie robił tego na pokaz. Ratował innych z opresji, pomagał i nawet nosił na plecach nie dlatego, żeby wzbudzić podziw u innych,  nie dlatego, aby zyskać na popularności i dostać przydomek bohatera - po prostu taki był. W wielkim i silnym ciele, kryje się równie wielkie i dobre serce, co Pandorę akurat bardzo ujmowało. Brunetka nie widziała jeszcze, że nie jest to jednak to, co przyciągało ją najbardziej.  Na jego słowa przytaknęła, miał trochę racji, ale też dlatego, że nie umiałaby chyba oddać go swojej kuzynce, dopóki bardzo by tego nie chciał, a na to się nie zapowiadało, ku chwale Merlina. Nazwa miejsca z którego pochodził miała zostać słodką tajemnicą.
Było coś dobrego w braku przyzwyczajenia, bo iskra towarzyszącą zaskoczeniu pozwala kształtować relację, pracować nad nią. Odkrywanie człowieka kawałek po kawałku było fascynujące, uzależniające nawet, gdyby zapytać o to Prewettówne. Zdawała sobie sprawę oczywiście, że z czasem Hjalmar nauczy się tych prostych mechanizmów, które nią kierowały, tylko co wtedy? Czy nie przestanie być dla niego interesująca? Nawet nie była pewna, czy mogła w ten sposób nazywać to, co nim kierowało. Wszystkie jego groźby dotychczas były tylko pstryczkiem w nos, ale czy nie obiecał jej, że to on ją właśnie utopi, gdy przyjdzie jej czas w najładniejszym jeziorze na Islandii? Było to na tyle interesujące, że blondyn był człowiekiem honoru i słowa dotrzymywał, jednak Pandorze było bardzo trudno wyobrazić sobie, że mógłby zrobić komukolwiek krzywdę.
Każda z metod jego odpowiadania była jej znana, ale wciąż nie umiała stwierdzić, kiedy która zostanie użyta. Czasem budził się mruczący niedźwiedź z zimowego snu, a czasem zaskakiwał ją kilkoma słowami, które zdawały się płynąć z jego serca. Nie sądziła, że pojenie go alkoholem w celu skłonienia do rozmowy było słuszne, bo czy warto było uzyskiwać odpowiedź na pytania, których później nie pamiętał? Wierzyła, że istnieją inne sposoby, tylko po prostu ich jeszcze nie znalazła, co nie oznaczało, że nie zamierzała ich szukać.
Zawiłe słowa sprawiły, że dziewczyna na kilka sekund uniosła brwi, podążając spojrzeniem w stronę jego oczu, będąc chyba pod wrażeniem, jak sobie to wymyślił. Zaśmiała się cicho, kręcąc delikatnie głową, nie mogąc widocznie już tego powstrzymać w obawie o zrobienie sobie dziury w policzku. - A więc tak to sobie wymyśliłeś? -   zaczęła z nutą rozbawienia w głosie, który nadal pozostawał jednak cichszy niż zwykle. Kłamstwem byłoby jednak stwierdzenie, że wypowiadane przez niego słowa jej nie ucieszyły, czego najlepszym dowodem były maleńkie iskierki, które zatańczyły w ciemnych tęczówkach. Możliwe więc, że zinterpretowała je odrobinę po swojemu. - Teraz już będzie łatwiej, skoro musisz i chcesz mnie pilnować.
Jego rozsądek zdawał się trochę na nią wpływać, jakby w jego towarzystwie robiła mniej głupich rzeczy, bardziej starając się myśleć przed ewentualnym wskoczeniem w ogień, ale niestety nie działało to zawsze, kłócąc się niemiłosiernie z jej impulsywnością. Faktycznie, często wpadła w mniejsze lub większe kłopoty, umiejąc jednak z nich wybrnąć. Czasem tylko zdarzało się, że szkoda była większa niż pierwotnie sobie kalkulowała, ale nie miało to znaczenia, było to wpisane, stanowiło część ryzyka dla sposobu życia, który sobą reprezentowała. Perspektywa zamknięcia w czymkolwiek jednak bardzo by się jej nie spodobała, nawet jeśli miało to być dla jej dobra. Kto wiedział, jaki byłby efekt podcięcia jej skrzydeł?
Niektórzy jednak próbowali to robić, uparcie chcąc podporządkować sobie chaos, który przecież w teorii nie mógł zostać okiełznany.
Miał rację, musiała się z tym wszystkim oswoić, pozwolić temu dojrzeć, aby stłamsić wewnętrzny bunt na taką kolej rzeczy. Jej niezadowolenie, jak zwykle malowało się na całej twarzy, przez co jakakolwiek próba ukrycia go była bezcelowa.  Gdzieś tam wewnątrz wiedziała przecież, że musiał nauczyć się z tym żyć, przejść do porządku dziennego aby nie zwariować. I było to godnie podziwu, że przekładał zawsze bezpieczeństwo innych ponad własny komfort, nie była pewna, czy ona by tak umiała.  Cokolwiek spowodowało, że pozwolił jej zostać w swoim życiu, nawet jeśli niosło to ze sobą ryzyko ewentualnego zawału - była wdzięczna i szczęśliwa, że tak wyszło. Po spotkaniu w lesie nie sądziła przecież, że się do niej będzie umiał, a przede wszystkim chciała przekonać. Los bywał kapryśny, przewrotnie kierował ludźmi, ale lubiła wierzyć, że zwykle pojawiali się w swoim życiu z konkretnym powodem. Chciała podziękować, a skończyło się tym, że nie mogła doczekać się kolejnego spotkania i spędzenia z nim czasu.
I znów nie mogła powstrzymać uśmieszku, gdy się zaśmiał, zwłaszcza że nie wpadła na niego celowo wtedy. Nie rozglądała się, nie patrzyła pod nogi, chyba zafascynowana owcą z dzwonkiem, a w następnej sekundzie jej niezdarność sprawiła, że wpadła na Hjalmara. Sama była zaskoczona, robiąc jednak dobrą minę, nie kryjąc radości. Pewnie dlatego, że po osiłkach zaczepki się spodziewał, a po dziewczynie w białej sukience w żółte kwiatki to już niekoniecznie. - No trochę jednak zależy,  ale jeśli zostawiasz decyzję mnie, to wezmę za nią odpowiedzialność.
Zapewne nie miałaby nic przeciwko niewinnemu wykorzystywaniu jej w taki sposób. Gdyby to był ktoś inny, oponowalaby, ale w tym przypadku była gotowa pójść mu na rękę. Nawet jeśli z innych powodów, obydwie strony mogły czerpać z tego przecież korzyść i wzajemnie umilić lub też ułatwić sobie życie.
Może Hjalmar potrzebowała tego efektu zaskoczenia w życiu podporządkowanym likantropi? Jego codzienność była stabilna i bezpieczna, przez co czasem mógł tęsknić za niosąca ryzyko adrenaliną, która mogła skończyć się zawsze poczuciem zagrożenia i ewentualną przemianą. A z drugiej strony była Pandora, która w swoim zabieganiu i chaosie, potrzebowała chyba tej aury bezpieczeństwa i spokoju, którą jej dawał. Byli różni, a jednak umieli się tak dobrze uzupełnić, gdyby dokładniej się temu przyjrzeć. Z pewnością nie chciała doprowadzać go do stanu zawałowego, migotania przedsionków i miałaby paskudne wyrzuty sumienia. Bo przecież nigdy nie chciałaby, żeby coś mu się stało, zrobiłaby wszystko, aby temu zapobiec i zdecydowanie powinien jej o tym wspomnieć, aby zmniejszyć ryzyko. Z drugiej strony, łatwiej było coś zrobić niż znaleźć odpowiednie słowa, aby przekazać to, co miała na myśli. Pytania też nie zawsze były właściwym rozwiązaniem, zwłaszcza jeśli było się taką trochę zachłanną kobietą.
Chciała czuć, że żyje i nie żałować - tylko tyle i aż tyle. Chciała być panią własnego losu, decydować o każdej chwili, kierując się znacznie częściej sercem niż rozumem, bo ono przecież lepiej rozumiało to, czego chciała. Obecnie zdawało się, że jej uwaga skupiała się głównie na właścicielu niebieskich oczu, który przyciągał ja do siebie w niewyjaśniony lub raczej niezrozumiały dla niej jeszcze sposób. Nie mogła odwrócić wzroku.
Tylko czy on naprawdę chciał, był w stanie znieść to wszystko, bez uszczerbku na zdrowiu lub bez utraty cierpliwości? Powinna była pomyśleć o tym wcześniej, zanim nieporadnie spróbowała zamknąć go we własnych ramionach, pozwalając sobie bezmyślnie zatonąć w jego ustach. Nie podejrzewała, że zakrawa to aż o zamach.
Czasem trzeba było po prostu brać rzeczy takimi, jakimi były. Na Lithcie pocałowała go przelotnie, pośpiesznie i z pewną dozą figlarności, a teraz wszystko było zupełnie inne, subtelniejsze i pozbawione jakiegokolwiek pośpiechu, jakby chciała sama cieszyć się tym dłużej, nie mogąc oderwać od niego ust. Jego reakcja też zdawała się jej odrobinę inna, nie tak przerażona i zszokowana, jak za pierwszym razem. Uśmiechnęła się pod nosem rozbawiona jego komentarzem, chociaż wcale nie pozwoliłaby mu rozerwać swoich pluszaków. - Obawiam się, że sam zdradzasz swoje sekrety.. Nie pozwalam jednak Ci się samemu rozerwać na strzępy. - odpowiedziała, przymykając oczy, pozwalając swojemu ciału się zrelaksować, czego nie mógł nie zauważyć, gdy przytuliła się do niego jakoś inaczej, niż chwilę temu. Głaskanie po głowie działało cuda, nie tylko w kwestii jego sióstr. Pomyślała sobie też, że może właśnie ten jeden komentarz był iskrą do jej bezmyślnego zachowania, prowodyrem całego tego poranka, go nie mogła wyrzucić go z głowy. Słuchanie uderzającego w klatce piersiowej Hjalmara serca było przyjemne, rytmiczne i uspokaja ją równie mocno, co jego palce przemykające po pogrążonych w chaosie włosach. Nie brzmiał wiarygodnie, ale nie miała zamiaru mu tego mówić, żeby się już bardziej nie denerwował. Zamiast tego wpadła na lepszy pomysł. Niechętnie, nawet jeśli i tak miała to za chwilę zrobić, odsunęła się i odszukała jego ręki, pozwalając sobie nią pokierować. Na krótką chwilę chwyciła jego palce w swoje, układając je na swojej bluzce, gdzie była kiszonka z haftem. Materiał zdawał się drżeć od silnych uderzeń, które przyjemnym dreszczem rozchodziły się po jej ciele. - Masz rację, w porządku.
Trudno było się nie zgodzić, bo pomimo tysiąca wyrzutów sumienia i jeszcze większej ilości pytań kłębiących się w jej głowie, tkwienie w jego dużych, odrobinę nieporadnych i okraszonych niewinnością dłoniach wydawało się Pandorze nadzwyczaj właściwe. Przyjemne.
Podniosła na niego błyszczące spojrzenie z pewną obawą, że bezkresny błękit przysłonią jakieś burzowe chmury, ale nic takiego nie znalazła, ku własnemu zadowoleniu. Dało jej to pewne przeświadczenie, że impulsywnie i chciwie podejmowane decyzje, działania właściwie, może nie były takie złe, a konsekwencją wcale nie będzie zepsucie ich relacji. Nie umiała jej określić, nie ogarnęła jeszcze tego wszystkiego, co się działo w jej wnętrzu - wiedziała tylko, że mogłaby się przyzwyczaić. Do tego, że był blisko, że wcale nie wypuścił jej z rąk pomimo tej przemykające po jego twarzy i objawiającej się drobnym drżeniem, nieśmiałości.
- Przyjemne. - powtórzyła cicho, przez co trudno było stwierdzić, czy dopytywała, zgadzała się z nim czy po prostu powtarzała. Najprawdopodobniej każda odpowiedź była właściwą. Przeniosła wzrok na jego usta, wydając ciche mruknięcie zastanowienia spomiędzy swoich własnych.- Powinnam zrobić to raz jeszcze?
Trochę się z nim droczyła, a trochę mówiła poważnie. Gdy wróciła spojrzeniem do jego oczu, coś się zmieniło. Kolejne słowa sprawiły, że odrobinę się wyprostowała w zaskoczeniu, jakby kolejny raz coś robiło ją na mnóstwo małych kawałeczków, a potem jednym zaklęciem sprawiło, że wróciła do pierwotnego stanu. Twarz jej złagodniała, uciekła z niej reszta jakiejkolwiek zadziorności, a serce kolejny raz wprawiło biały materiał w ruch, próbując się chyba wyrwać z piersi. Nie przypuszczała, że po tych wszystkich groźbach ot tak jej powie coś takiego. Zupełnie się tego nie spodziewała. Przeniosła spojrzenie gdzieś na bok, czując jak palą ją policzki. I znów jej to robił.- Nie musisz mi dziękować. Nie zrobiłam nic takiego, żebyś musiał to robić.
Skąd miał pewności, że nie zawiedzie? Że nie zrobi jeszcze głupszej rzeczy, niż robiła do tej pory? Pochodzą przecież z dwóch różnych światów, które na wielu płaszczyznach kontrastowały ze sobą, jak noc i dzień.
Ta chwila ciszy jej zupełnie nie przeszkadzała, chociaż faktycznie mogła zwiastować burzę. Islandczyk swoim sposobem bycia sprawiał, że milczenie nie było krępujące. Stanowiło jedynie małe okienko do zebrania myśli czy też złapania oddechu.
Westchnęła, wracając uwagą do jego twarzy i oczu. Kciuki od splecionych na karku palców głaskały jego skórę, a ona czuła się zobowiązana, aby go uprzedzić i poniekąd zostawić wszystko jego decyzji. Nie lubiła oddawać komuś kontroli nad sytuacją, ale tu nie było innego wyjścia. Przecież dotyczyła w większym stopniu jego, niż jej - jego komfortu. Westchnienie z początku wzbudziło niepokój, który skłonił ją do przymknięcia powiek, bo w żaden inny sposób nawet nie drgnęła.
Zdawał sobie sprawę, jak nieodpowiedzialne było pozbawienie jej granic? To jakby odrzucił cały zdrowy rozsądek, pozwalając jej na wszystko. I ta bezradność, jakby on sam stracił kontrolę nad sytuacją. Zwilżyła wargi, dając sobie tym samym odrobinę więcej czasu. Na próżno szukała jednak głosu rozsądku, dawno go nie było, uciekł zagłuszony przez serce.
- A więc bez granic, niech się dzieje co chce. Chyba nie mogę nic na to poradzić. - odpowiedziała w momencie, gdy przesunął nosem po jej nosie, dzięki czemu końcówka wypowiedzi była już rozczulonym chichotem. Korzystaj z pozycji, której była, przesunęła dłonie na krawędź jego policzków, gładząc je palcami. Zrobiła krok lub dwa w jego stronę, zmuszając do tego, aby ostatecznie usiadł na krzesełku, na którym wcześniej siedział. - A więc będę robiła, co chcę, przynajmniej dopóki będziesz wciąż chciał żyć bez granic. Ty też możesz robić co chcesz, nie mam nic przeciwko, ale teraz..- przerwała, dając mu najzwyklejszego w świecie całusa, uprzednio okraszonego cichym mruknięciem zadowolenia i głębokim spojrzeniem w oczy. - Zjedz, dopóki jeszcze chociaż trochę jest ciepłe, musisz być głodny.
Odsunęła się niechętnie, jakby z obawą, że to się wcale nie wydarzyło, a ona sobie więcej na impulsywność nie pozwoli. Zsunęła z włosów gumkę, bo kitka i tak była zniszczona, przeczesując je palcami, wtykając ją na nadgarstek. Podniosła też puszczoną wcześniej łyżkę z podłogi, kierując się do kuchni, żeby ją wrzucić do zlewu i wziąć nowa. Wracając, zgarnęła  miskę z wiśniami i malinami, opłukując je pod wodą. - Na deser, jak zjesz. Arbuza mi tym razem mama nie wysłała, ale jak zajrzę do dziadków, to przywiozę. I wezmę Ci kebab od cioteczki. A piłeś kremowe piwo z trzech mioteł?
Mówiąc, usiadła i zamieszała w porzuconej owsiance z ulgą stwierdzając, że ta była jeszcze ciepła. Mówiła o zwykłych rzeczach, aby odrobinę dać odpocząć sercu, ale też pewnie siedzącemu obok blondynowi, dla którego cały ten poranek musiał być naprawdę trudny, do ułożenia sobie w głowie. Nie chciała, żeby czuł się niezręcznie. Pandora była chciwa i egoistyczna, wcale nie miała chęci jeść, ale nie chciała, żeby dostał ataku serca na jej ewentualnie gesty lub słowa, które stłumiła jedynie cichym westchnieniem, a potem wsunięta do ust maliną. Ciężko było ukryć szczęśliwe iskierki w oczach, podkreślone drobnym rumieńcem.

Koniec sesji