Secrets of London
[lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117)
+---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116)
+---- Wątek: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy (/showthread.php?tid=1750)

Strony: 1 2 3


RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Norvel Twonk - 08.09.2023

Laurent, Anthony, Stanley



Marianne miała zimną, gliniastą skórę. Przypominała bardziej porcelanową laleczkę niż żywą kobietę. Przekazywanie jej energii nie zadziałało. To znaczy, być może zadziałało w jakiś trudny do opisania sposób, ale ani Laurent nie poczuł jego wpływu na siebie, ani nie zobaczył by cokolwiek zmieniło się w leżącej na łóżku Marianne. Dziewczyna pozostawała tak samo blada i nieruchoma, nie krwawiła – mimo że ciągle miała widoczne szramy po cięciach na rękach a oddychała tak słabo, że ledwo dało się wyczuć jej tętno. Nie zareagowała również nijak na opiekuńcze działania Anthony’ego.
Ale jeśli się wsłuchali odpowiednio mocno, mogli odnieść wrażenie, że sami oddychają w tym samym powolnym tempie co Marianne. Wszystko w tym miejscu pulsowało w rytm tego powolnego, agonalnego oddechu. I może nie trzeba było oddawać żadnej energii, może sama ją pobierała? Albo pobierało ją coś innego z jakiegoś innego powodu a Marianne pozostawała tylko jednym z elementów tej układanki?
Chociaż wyrwali się z cudzych snów i już wiedzieli kim są i co tutaj robią, nie ocknęli się na pokładzie Perły Morza. Przeciwnie, ciągle trwali w cudzym śnie. Jedyna różnica polegała na tym, że wcześniej sen próbował udawać rzeczywistość i chociaż omamił ich cudzymi wspomnieniami - coś (a może oni sami i tkwiące w nich czarodziejskie moce) próbowało ich obudzić. Teraz cudzych wspomnień niby już nie było, a jednak w jakimś stopniu nadal w nich trwali. Pozostał statek taki, jak w tamtego feralnego dnia.
Czas powoli mijał a Laurent, Anthony, Stanley – chyba już wiedzieli, co się stanie, gdy upłynie zupełnie.

Tura trwa do 11.09.2023 roku do godziny 21.00



RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Anthony Ian Borgin - 10.09.2023

Anthony potrzebował najwidoczniej kilka minut, aby odzyskać jakąkolwiek trzeźwość umysłu. Cała sytuacja wydawała mu się jakaś nadmuchana — trochę mydlana, przesadnie romantyczna i nieszczęśliwa. Może i Marianne kochała tego swojego kochanka, ale żeby od razu decydować się na podcięcie żył, bo wybrał inną? Czy nie było to jedną z reguł czasów, w których żyli, że to rodzice starali się wybierać partnera dla dziecka i kładli nacisk na wybór tego, kogo sobie upatrzyli? Była młodą dziewczyną, czarownicą i to nie brzydką, a do tego miała Anthonyego — pisarza, którego ciało sobie pożyczył — a może jego widmo? Pokręcone to wszystko. Nie mogło być kurwa tak źle. Zamrugał kilkakrotnie, wpatrując się w Laurenta.
- No wiesz stary, to dość istotna dla mnie kwestia. No i rozładuje atmosferę. - zauważył ze wzruszeniem ramion, mierzwiąc włosy. Nie bardzo wiedział, co robić. Przyglądał się chwile pozostałościom niedoszłej teściowej i brata, którzy byli teraz kałużą słonej, nieco śmierdzącej wody. Nie wiedział, gdzie jest Stasiek, Brenna i Atreus — miał nadzieję, że żyli.
- Przecież ja jestem kurwa spokojny, potrzebuję tylko Stanleya. W sensie wiedzieć, że nie został morską wodą. - oznajmił, wsuwając dłonie do kieszeni wilgotnych spodni, ale nie znalazł tam papierosów. Prychnął, bo po tych ekscesach i gimnastykach meblowych Prewetta, a także po myśli, że mógłby zostać piekarzem i żyć, jak mugol, musiał odreagować. - Choroba morska? Dziwna aura? Alergia na roztocza? Żartuje, spokojnie. Nie patrz tak na mnie. Nie masz fajki, nie?
Antek westchnął, przechadzając się po pokoju, myśląc, szukając rozwiązania. Nie był może poszukiwaczem przygód i aurorem, ale nie był też aż tak głupi. No dobra, trochę był, ale sytuacja była wyjątkowa, bo nie był tu sam. Statek żył w rytmie Marianne, to ona musiała być kluczem. Była czarownicą, musiała przekląć cały ten rejs, zanim się zabiła lub odprawić jakiś rytuał, rzucić zaklęcie. Emocje zawsze potęgowały magię, nadawały jej czasem innego znaczenia. Czyżby przeżywanie całego tego dnia od nowa, przez bliżej nieokreślony czas — miało być karą, pokutą? Liczyła na to, że za którymś razem, to ona została wybrana?
- Ty chcesz innej historii, ale nie jesteś, ba, nikt nie jest na tyle potężny, aby to zmienić. - szepnął pod nosem, siadając obok niej na łóżku. Tkwiła tak, jak śpiąca królewna, nieco zimna i gliniasta, ale na Merlina, trochę tam leżała. Przyglądał się jej, mrucząc coś pod nosem. Może żałowała tego, co zrobiła, bo nie mogła zaznać spokoju? Nikt z tego statku nie mógł. Spojrzał na Laurenta, ignorując jednak jego polecenia. - Miłość niczego nie przebacza, ale żeby od razu cały statek pociągnąć za sobą.. Jej oddech zwalnia, my zwalniamy.
Odetchnął, nie chcąc myśleć jednak o śmierci — tam chuj z nim, ale co ze Staszkiem, Brenną i tym głupim Artem, który był jednak jego przyjacielem i pomimo zazdrości, byli jak bracia? Musiał ich uratować, chciał ich uratować. Obejrzał się do tyłu w stronę drzwi, czy jego brat wrócił — byłby spokojniejszy, gdyby wiedział, że nic mu nie jest. Nachylił się nad Marianne, przesuwając dłonią po jej twarzy. Nie mógł zmienić napisanej historii, ale mógł spróbować zmienić to, jak ją postrzegała. O ile cokolwiek to da.
- Marianne? Panno Fawley? Słyszysz mnie? To ja, Anthony. Rozmawialiśmy dziś na statku, pięknie Panienka wyglądała. Obiecała Pani, że jeszcze porozmawiamy i będę mógł spojrzeć w Panienki piękne oczy. - zaczął mówić łagodnie i nieco nad nią nachylony, licząc na to, że uniesie powieki — więcej w sumie nie potrzebował, aby spróbować ją zahipnotyzować lub wpłynąć na to, jak postrzegała świat. Był przecież jednocześnie Anthonym Borginem i Anthonym Burksem.
Życie za Życie.
Słowa kałuży nie dawały mu spokoju, nie powiedziałaby tego ot tak. . Przesunął palcami po jej policzku, łapiąc ją też za rękę, licząc, że się wybudzi. A jeśli to nie podziałało... Cóż, Westchnął, sięgając w stronę stolika, gdzie tkwiła szklanka czy tam karafka, nie był pewien, a potem rozbił ją po podłogę, wybierając odpowiednio ostry kawałek szkła. Podwinął rękawy, bo zawsze trzeba być eleganckim i przesunął ostrzem po nadgarstku — nie tak, aby od razu się zabić i wykrwawić, ale nacięcie było na tyle głębokie, aby zaboleć. Skoro spali, może to ból był odpowiedzią, żeby się obudzić? - Zobaczmy jak Twój pomysł, Laurent.


RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Laurent Prewett - 10.09.2023

Każdy potrzebował odetchnąć na swój własny sposób. Właśnie - odreagować. Laurent był cały napięty, spoglądając zarówno na Mariannę, kiedy teraz siedział na jej łóżku i trzymał jej dłoń jak i na Anthony'ego, który ewidentnie wrócił do siebie. Nie chciał reagować tak ostro, w ogóle nie powinien. Spanikował. Nie to, żeby teraz było o wiele lepiej, ale selkie zdawał sobie sprawę aż nadto z tego, że są tutaj zdani na siebie, że musza się dogadać, muszą ze sobą pracować. I że jeśli nie znajdą rozwiązania to mogą skończyć jak te wszystkie głosy, które słyszał, zanim stracił przytomność. Jako ostatni z nich wszystkich.

- Nie został morską wodą, zaraz tutaj wróci. - Mówił poważnie? Nawet brewka mu nie drgnęła. Nawet spojrzał na Anthonyego i uśmiechnął się do niego spokojniej, choć ten spokój wcale nie był prawdziwy. Tak jak Laurent nie wiedział, czy rzeczywiście Stanley wróci. Ale co do tego, że wodą nie został był przekonany. Oni nią nie zostali. Czemu zaś ci wokół nich już tak? - Tak, to może być choroba morska. Na pewno, w końcu było mi niedobrze. - Nie miał pojęcia, czy ten "żarcik" jakkolwiek wyszedł, bo nie, nie było mu do śmiechu. Natomiast jeśli to miało temu mężczyźnie jakkolwiek pomóc to gotów był podjąć temat. Żeby tylko on się uspokoił i żeby... żeby cokolwiek dobrego tutaj zrobić, żeby jakkolwiek złapać kontrolę nad sytuacją. Nie oczekiwał za to, że ktokolwiek będzie słuchał to, co mówił, że ktoś mu tutaj naprawdę zaufa. Ludzie wokół niego mieli skłonność do tego, że to zaufanie wobec rzeczy niebezpiecznych mieli ograniczone. Było to spowodowane bardzo wieloma elementami, które nie były tu i teraz istotne. Nie zamierzał się burzyć, nie zamierzał krzyczeć i tak jak nie wymagał wykonywania jego poleceń, tak nie wymagał tego zaufania ani nawet nawiązania dialogu. Po prostu... byłoby miło, ale nie był samozwańczym przywódcą. Niebieskie oczy skupił się na mężczyźnie, który usiadł na drugim krańcu łóżka, a kiedy ten zaczął mówić do kobiety... Ach, jak w bajce o Śpiącej Królewnie. Do jego umysłu wpełzła myśl jak to cudownie byłoby mieć takiego księcia. Szybko ją jednak rozgonił, rozglądając się za czymś ostrym... szkło z rozbitej lampki. Najbardziej banalny sposób na obudzenie się ze snu - zrobienie sobie krzywdy. Nie miał pojęcia, co spotkało Marianne, ale nic dobrego. Czuł dreszcz za dreszczem i ból serca przenikający jego ciało kiedy myślał o tragedii, jaka musiała się tutaj rozegrać. Żal. Żal za nieswoje grzechy, za przewinienia innych.

- Przepraszam, Marianno. - Z tego co wiedział podobno ludzie w śpiączce słyszeli, co się do nich mówi. A tutaj byli wręcz w jej śnie. Kto lepiej miał sobie zdawać sprawę z tego, co się działo, jeśli nie ona? I chociaż przeprosiny to za mało... to chyba każdy człowiek chciał je usłyszeć. A teraz przecież byli ludźmi, którzy najwyraźniej mieli coś wspólnego z jej stanem. - Naprawdę bardzo mi przykro. - Zanim jednak sam dobrze się nad tym zastanowił Anthony już się podniósł i trzasnęło znów szkło. Laurent otworzył szerzej oczy.

Laurent nigdy nie był postawnym mężczyzną, choć może nie był malutki. Chudy, niezdrowo chudy blondyn zadrżał na ten widok i odwrócił spojrzenie, nie mogąc na to patrzeć. Na rozlew krwi, na ból. Zacisnął swoje powieki. Ale minęła chwila i obrócił spojrzenie w kierunku Anthony'ego. Był gotów wstać, łapać go, tamować krawienie... i spróbować poklepać go po policzku. Czy to zadziałało? Czy cokolwiek pomogło? Laurent naprawdę nie chciał myśleć, że musieliby się... zabić. Ale jeśli tak, jeśli pomogło...

Jeśli zadziałało to Laurent podniósł kawałek szkła szybkim ruchem i podszedł do Stanleya, żeby i jemu powiedzieć, by zrobił to samo. By się naciął. I potem... potem... sam, modląc się i zaciskając powieki spróbował zrobić to samo trzęsącymi się rękoma.




RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Stanley Andrew Borgin - 11.09.2023

Stanley miał wrażenie jakby został na tym statku sam. Jakby wszyscy pozostali zdołali już uciec, zniknąć, rozpłynąć się? Nie był pewien. Wiedział za to, że jego nawoływanie nie przynosi żadnego skutku. Nie ważne jak to niedorzecznie brzmiało ale w tej chwili ucieszyłby się nawet ze spotkania Brenny. Nigdy by się do tego przecież nie przyznał, chociaż w głębi duszy byłby wdzięczny, że ktoś tu jeszcze pozostał.

Snuł się przez krótką chwilę po piętrach kiedy to ponownie udawał się do pokoju Marianne. Może i nie przyprowadził, że sobą tego całego Jamesa ale nie bardzo się tym przejmował, wszak miał ważniejsze rzeczy do zrobienia w tym momencie. Powolnym, niepewnym krokiem zbliżał się kajuty Fawleyów. Zapewne dalej szedłby tym spokojnym krokiem, gdyby nie huk, który wcale, a wcale go nie zadowalał - Laurent?! Anthony?! - Borgin rzucił się do biegu, aby czym prędzej znaleźć się w środku pomieszczenia. Po pierwsze był to znak, że ktoś tam jest, a po drugie dźwięk rozbijanego szkła nigdy nie wróży nic dobrego.

- C-Coo jest... - zwrócił się w ich kierunku kiedy stanął w drzwiach wejściowych i zobaczył jak kuzyn przesuwa sobie kawałkiem szkła po nadgarstku - Co wy robicie... - zapytał, próbując pojąć co to za rytuał się rytuał odprawiał. Nie było mu dane zbyt długo się nad tym zastanawiać, ponieważ podszedł Prewett, który też chyba chciał pójść w ślady komornika albo może zrobić krzywdę Stanleyowi? - Laurent... - odparł, wyciągając ręce w jego kierunku jakby chciał mieć możliwość obrony przed nim. Na całe szczęście zrozumiał co ten mu chciał przekazać i że to chyba jedyna szansa, a na pewno jedyna na którą w tym momencie wpadli.

- Daj to - wyciągnął dłoń w do kumpla z Hogwartu, odbierając mu to co akurat trzymał w dłoni. Widział pewnego rodzaju zawahanie w jego czynach, chociaż nie był pewien czy dobrze interpretuje to co widział. W tym momencie nie był już pewien niczego.

Z kawałkiem szkła w prawej dłoni zaczął się przyglądać swojemu lewemu nadgarstkowi. A więc to mamy zrobić? Ciężko westchnął, nie odrywając wzroku od jakże ciekawej dłoni. Zanim jednak przystąpił do działania, odłożył na chwilę prowizoryczne ostrze, a następnie urwał rękawy od swojej koszuli z obydwóch stron na wszelki wypadek. Stanley chciał mieć możliwość reakcji gdyby okazało się, że to nie bardzo było tym czego potrzebowali, a trzy krwawiące ręce to ostatnie czego potrzebowali tego dnia. Odłożył dwa równie prowizoryczne bandaże - a może opaski uciskowe bardziej - do kieszeni, wracając do tego co zaczął. Ponownie chwycił za kawałek szkła, zbliżył go do nadgarstka i sprawnym, lecz powolnym ruchem zrobił nacięcie zgodnie z tym co zostało mu przekazane. Nie chciał, aby było zbyt głębokie, wszak nie miał zamiaru się tutaj wykrwawić.

- Dasz radę - starał się dodać Laurentowi otuchy, nie odrywając wzroku od swojej nowo nabytej rany. Przyglądał jej się z pewnego rodzaju fascynacją w oczach. Tak mam zakończyć swój żywot? Zastanawiał się przez krótką chwilę, podchodząc do Prewetta - Uważaj - ostrzegł go, po chwili łapiąc za rękę, którą miał rozciąć i swój nadgarstek. Borgin nie chciał, aby przez jego trzęsące się dłonie był więcej szkody, niż pożytku dlatego postanowił mu pomóc - miał zamiar sprawić, aby cięcie był sprawne i jednolite. Jeden ruch w tę czy we wte i mógł mieć przecież szramę na całe przedramię .

- Ahhh... - syknął z bólu, spoglądając na pozostałą dwójkę i Marianne - Dobra... Co jeżeli to nie zadziała? - zapytał podchodząc bliżej dziewczyny - Może trzeba jakoś sprawić, aby jej serce zaczęło bić szybciej? - zaproponował, rzucając wolną myśl - Yyy... A gdzie jest w ogóle jej matka? - zdziwił się kiedy doszło do niego, że przecież była tu wcześniej Persefona. O ile początkowo zignorował ten fakt, tak teraz zaczął się zastanawiać.




RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Norvel Twonk - 11.09.2023

Stanley, Anthony, Laurent


To już się kiedyś wydarzyło. Wspomnienia, w których brali udział, były wspomnieniami żywych ludzi, którzy przed kilkudziesięciu laty naprawdę je przeżyli. Nie były elastyczne, nie dało się ich dowolnie ukształtować. I dopóki odtwarzali je bezbłędnie, dopóty w snach, które śnili, nie pojawiały się rysy i pęknięcia.
Ale byli trójką czarodziei i albo przez płynącą w ich żyłach magię, klątwa oddziaływała na nich słabiej, albo był ktoś jeszcze, kto próbował ich ocucić. I robił to takimi metodami, na które mógł się zdobyć. Przewijał się w migotaniu elektrycznego światła. Trzy razy krótko. Trzy razy dłużej. Znowu trzy razy krótko. S.O.S. Przebijał się przez cudze sny, które śnili, pokazując im fragmenty minionej katastrofy.
Marianne pozostawała tak samo blada i nieruchoma jak wcześniej. Nawet jeśli słyszała wszystko, co działo się dookoła niej, nijak nie reagowała. Może nie mogła zareagować? A może była w ich snach tylko elementem większej układanki i pozostawała tak samo prawdziwa jak łóżko, na którym leżała i jednocześnie nieprawdziwa, bo była tylko obrazem sprzed kilkudziesięciu lat? Półmartwą dziewczyną, pozostawioną samą w pokoju, po tym jak matka zamordowała trójkę życzliwych jej znajomych i młodszego oficera?
Ból był prawdziwy.
Ostry, piekący, okraszony mnóstwem krwi o zapachu słonej, morskiej wody. Rany wyglądały na prawdziwe a słabość, która zaczęła ich nagle ogarniać, naprawdę mogła zwiastować rzeczywiste samobójstwo. Czuli jak zakręciło im się w głowach. Wbrew kolejce, to Laurent upadł pierwszy, sekundę później stracił przytomność Anthony. Stanley został najdłużej, widział jak tamci upadli, jak leżeli nieruchomo na podłodze, wykrwawiając się i jeśli spróbował im pomóc (ale wcale nie musiał próbować), kiedy wreszcie ogarnęła go panika, bo pojął że zgodził się na najdurniejszy plan świata, a oni po prostu umarli, sam stracił przytomność.

Anthony


Świadomość przyszła wraz ze słabnącym bólem głowy. Anthony leżał na pokładzie Perły Morza w tym samym miejscu, w którym wcześniej osunął się na ziemię. W nos uderzał go ostry zapach morskiej soli i rozkładających się glonów. Miejsce po cięciu mrowiło go – miał tam niewielką, czerwoną szramę. Niedaleko niego budzili się Laurent i Stanley.

Stanley


Świadomość przyszła wraz ze słabnącym bólem głowy. Stanley leżał na pokładzie Perły Morza, dokładnie w tym samym miejscu, w którym wcześniej osunął się na ziemię. Czuł pulsujący ból w miejscu, w którym we śnie się pociął i miał tam niewielką, czerwoną szramę. Niedaleko niego ocknęli się Laurent i Anthony.

Laurent


Świadomość wcale nie przyszła wraz ze słabnącym bólem głowy. Świadomość powróciła do Laurenta z metalicznym, piskliwym szeptem: zabierz nas stąd, wyciągnij ze statku, oświetlamy najczarniejszą z czerni, oddaj nas morzu, uratuj nas, rozbij nas, oddaj nas morzu, bo do morza należymy tak jak i ty należysz do morza. Czuł pulsujący ból w miejscu, w którym we śnie miał ranę po cięciu – a kiedy tam spojrzał, widział niewielką, czerwoną szramę. Niedaleko niego ocknęli się Laurent i Anthony.
Tura trwa do 14.09.2023 roku do godziny 21.00



RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Laurent Prewett - 14.09.2023

Statek był związany z Marianne, ale co jeśli Marianne była tutaj tak samo ofiarą?

Wydawało się to oczywiste, kobieta popełniła samobójstwo, pragnąc przed czymś uciec, zakończyć swój ból, ale klątwa została nałożona. Nie przez nią. Laurent był pewien, że nie przez nią. Te znaki, te sygnały, wołanie o pomoc - to nie był przypadek. Zaczęło to do niego docierać i zalewać jego głowę jak coś zupełnie oczywistego, jak informacja, która ciągle czaiła się na końcu języka, kiedy chciałeś komuś o tym powiedzieć, ale nie mogłeś znaleźć odpowiedniego słowa. I kiedy Stanley wziął to szkło, żeby pomóc ci dokonać czynu, do którego w zasadzie nie byłeś zdolny, napinając się, automatycznie chcąc od bólu uciec, uciekłeś wzrokiem dookoła już mając wrażenie, że wiruje cały świat. Ale nie wirowały. Migotało światło, wrażenie, jakby moc tego wszystkiego odpuściła... Marianne... Laurent syknął, jęknął w sumie i od razu opadł na kolana, patrząc wszędzie tylko nie na krew. Spoglądając z poziomu podłogi na twarze Stanleya i Anthonyego z myślą, że jest w pełni odpowiedzialny za to, co się tutaj stanie. Gdyby pomyśleć o tym tak, że namówił ich do samobójstwa... Ta myśl przetoczyła się po jego głowie jak pojedyncza fala przez piasek. Zatrząsł się ze strachu. Nie. Ja chcę pomóc im się uwolnić. Oczywiście, że tak. Tylko że jeśli coś się stanie to odpowiedzialność spadnie na twoje barki. Nikogo innego. Właśnie twoje.

- Nawet tak nie mów. Nawet tak nie mówcie. - Blondyn trząsł się na ziemi, bo przecież w jego mniemaniu jednak samo nacięcie powinno zadziałać. Tak jak w każdym śnie, tak? Ale nie, nie... w niektórych snach naprawdę musisz umrzeć. Po prostu budzisz się, zanim Śmierć podjedzie na swoim trupim koniu, żeby zabrać cię ze sobą na przejażdżkę. - T-tam... - Wskazał drugą ręką na kałużę na podłodze, bo tylko tyle jej zostało. - Zamieniła się w wodę... chciałem... chciałem ją tylko ogłuszyć. - Właściwie to i chyba nawet nie to, bo nie spodziewał się wystarczającej siły w swoim własnym ciele. Natomiast chciał jej przeszkodzić w... cokolwiek chciała zrobić. Żeby Anthony się ocknął, on tutaj przecież mógł zrobić cokolwiek więcej!

Świat był coraz mniej wyraźny i Laurent w końcu się położył na tej podłodze. Znał już to paskudne uczucie, był tam, a teraz zdejmowało go jeszcze większą trwogą. Po jego twarzy potoczyły się łzy, bo przecież to wszystko było niesprawiedliwe. Ten ból, to cierpienie, ta klątwa. To życie, jakie mu zapisano w gwiazdach, nie było do końca sprawiedliwe. Pomyślałby ktoś, że jak trwoga to do Boga - i kiedy Laurent zamykał oczy to rzeczywiście się modlił. Ale nie do Boga, to mocy o wiele mu bliższej niż Bóg. Modlił się do Matki Wody.

Chyba mniej więcej wtedy się ocknął.

- Mmhmm... - Przekręcił się na bok, zaciskając powieki, by zaraz znowu je otworzyć i spojrzeć na swoją rękę. Blizna wyglądała na ledwo co zasklepioną, wciąż wydawała się swędzieć, a na pewno bolała, albo to tylko jakieś głupie wrażenie. Nawet jeśli tak było to wszystko było przytłoczone przez ciśnienie rozsadzające czaszkę. Szept. Szepty. Dźwięk, jaki wydobył się z gardła Laurenta był ściśnięty i choć nie przekazywał żadnego konkretnego słowa, to bardzo wyraźnie przekazywał jedno - ból. I to nie miało związku ze śladem po ranie. - Cicho... przestańcie... - Sapnął nie do Anthonyego ani do Stanleya. Do tych dźwięków rozbijających się pod jego czaszką. Bardzo powoli i ostrożnie, po dłuższej chwili, spróbował się podnieść. Najpierw do pozycji siedzącej, żeby sprawdzić sprawność swojego błędnika. Dopiero potem stojącej. - Słyszycie? Te głosy? - Podpierał się o bok statku, rozglądając dookoła. Czy byli w tym samym miejscu, w którym zemdleli? Kiedy pojawiła się odpowiedź od towarzyszy kontynuował. - Mówią, żeby je rozbić. Że rozświetlają najczarniejszą z czerni, że... agh... żeby oddać je morzu... - Ale tego, że tak jak on do morza należy nie dodał. Przecież to nie było istotne, prawda? - Są tu więzieni? Pomogą rozbić klątwę? Gdzie Marianne... - Laurent miał problem ze złapaniem własnych myśli w tym zdezorientowaniu po przebudzeniu i szeptach cisnących się do jego umysłu.




RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Stanley Andrew Borgin - 14.09.2023

Musieli to zrobić. Nie było żadnego wyjścia. Czy czuł się z tym źle, że pomógł Laurentowi? Nie. Zarówno Borgin jak i Pemberton uważali, że zrobili dobrze, że zrobili to co należało zrobić. Zrobiłby, a nawet zrobili by to samo w przypadku Anthony'ego, gdyby ten też się zawahał. Pod tym względem dwóch Stanleyów się ze sobą zgadzało. Nie zgadzała się za to cała reszta. Świat stał się dziwny. Jakby po raz kolejny zadziało się coś co zmieniło bieg historii. Czy to był dobry znak? Czy zaraz znowu miała nastąpić wizja z zatapianą Perłą Morza? Modlił się wewnątrz, aby to się właśnie nie stało. I najprawdopodobniej zostały wysłuchane - bo nic nie nastąpiło. Nic po za próbą... wyciągnięcia ich z powrotem? Nie rozumiał, ale tak naprawdę rozumiał bardzo mało od momentu znalezienia się na tym statku.

Łatwo było stwierdzić, aby tak nie mówił, niż rzeczywiście to zrobić. W końcu nie miał pojęcia jak to się zakończy. Musieli przewidzieć wszystkie możliwości - Tutaj... - powtórzył, spoglądając na miejsce, które wskazał mu Prewett - Zamieniła się w co...? - zdziwił się, unosząc brew do góry. Zamieniła się w wodę? Jak można się zamienić w wodę... Podrapał się po poliku, dalej przyglądając się miejscu gdzie Persefona dostąpiła aktu "zwodnienia". Robił to na tyle długo, że kiedy się odwrócił, Laurent już leżał. Był martwy? Może tylko zemdlał? To akurat nie miało znaczenia. Jego stan wskazywał na to, że potrzebuje pomocy.

Stanley zerwał się od razu w jego kierunku, o mało nie wywracając się o własne nogi - Laurent? Laurent?! - krzyknął, czym prędzej wyciągając jeden z prowizorycznych bandaży, które za w czasu przygotował i starał się zablokować jego ranę na tyle na ile mógł. Daleko było temu do jakiegoś profesjonalnego rozwiązania, wszak był tylko brygadzistom, a nie wysokiej klasy medykiem. Liczył jednak, że to pozwoli przeżyć Prewettowi tak długo, aż będą w stanie zorganizować mu ratunek. Szybko okazało się, że była to tylko złudna "pomoc" - Anthony po chwili dołączył do grona okupującego podłogę - Anthony? Kurwa Tosiek... - zacisnął na dłoni Prewetta bandaż i ruszył w kierunku kuzyna, aby i jemu udzielić pierwszej pomocy. Przykucnął, a następnie wyciągnął drugi kawałek koszuli, przewiązał mu wokół rozcięcia, spoglądając na jego twarz - Nie jest dobrze... - stwierdził do samego siebie, zdając sobie sprawę, że sytuacja jest patowa - Nie odchodź... Błagam - poprosił młodszego Borgina - Ty też się kurwa nie waż tego robić - skierował palec w kierunku kumpla z Hogwartu, wydając mu rozkaz, który nie bardzo miał jak spełnić, ponieważ wykonywał już rozkaz kogoś innego. Stanley był bezradny. Czuł jak oczy mu się powoli szklą na ten widok. Dlaczego oni muszą ginąć na moich oczach? Bił się z własnymi myślami To najgłupsze na co mogliśmy wpaść... Przyłożył dłoń do twarzy, aby pozbyć się nadmiaru łez. Zdał sobie teraz sprawę, że jest tragicznie, a on sam zaczyna panikować. Nikt go nie przygotowywał nigdy w życiu na taki scenariusz. Kiedy chciał już ruszyć z powrotem do Laurenta, aby sprawdzić jego stan, nie mógł tego zrobić. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a nawet nie tylko one - całe ciało. Widział mroczki przed oczami, stawał się bardzo ospały - Przepraszam panowie... - rzucił ni to w eter, ni to w ich kierunku, poddając się temu co zgotował mu los. Nadszedł i jego czas na śmierć...

Ale czy na pewno? Ci co umarli nie budzą się do życia tak jak Stanley. Borgin podniósł głowę, aby rozejrzeć się po okolicy. Tak wygląda raj? Jeżeli tak to czemu daje tu rybą? Zastanawiał się, łapiąc się za głowę. To nie mógł być raj. W końcu w życiu by do niego nie ubrał munduru brygadzisty, w który był teraz ubrany - Aughh... - wydał pomruk niezadowolenia na fakt bólu głowy, które na całe szczęście powoli mijał. Niemal automatycznie podwinął rękaw, aby sprawdzić swój nadgarstek. Jesteś... Czyli to prawda Zwrócił się do swojej szramy, której nabawił się na własne życzenie - Nie... Nic nie słyszę... - odparł na pytanie Laurenta, ciesząc się co nie miara, że nic mu nie jest. To samo spodziewał się po Anthonym... No chyba, że ten już zdążył się pożegnać z życiem na fakt, że ani Brenna go nie chce, ani Marianne - Nie wiem ale w tym momencie chyba nie to mnie obchodzi najbardziej... Trzeba znaleźć resztę - stwierdził, podnosząc się na pełnie nóg - Sprawdzę okolicę, może ktoś potrzebuje pomocy... Może kogoś znajdę. Możecie tutaj zostać. Nie zajmie mi to za długo - poklepał jednego, a później drugiego druha po ramieniu i czym prędzej ruszył w głąb statku, aby spróbować odnaleźć jakąś żywą duszę.




RE: [lato 1972] Miłość niczego nie przebaczy - Anthony Ian Borgin - 14.09.2023

- W wodę Stasiu. I ten mój pseudo brat też. - wyjaśnił mu, rozkładając ręce, wbijając w niego wzrok. Wyglądał na odrobinę zaskoczonego, ale nie panikował już przynajmniej, że lampowy morderca chce zabić i tak pół martwą Marianne. Stasiek zdawał się pogrążyć we własnych myślach, a na to chyba nie mieli czasu. Raz jeszcze spojrzał na dziewczynę, mruknął pod nosem, że mu przykro, a potem już przecinał skórę podniesionym szkłem z rozbitej karafki czy innego badziewia.
- Nic się nie przejmuj Laurencik, naprawdę. Będziemy się świetnie bawić, umierając. Prawda, mój Drogi bracie? - Antek puścił oczko Stanleyowi, chcąc pocieszyć Prewetta, zaniepokojony chyba jego bladą twarzą i przerażeniem w oczach. Wiele złego można było o Borginie juniorze powiedzieć, ale nie był tchórzem, a co z tym idzie, nie bał się po prostu, nawet jeśli faktycznie się wykrwawi, a jego niedoszła (?) kochanka wyssie z nich całą energię, przeciągając swoją klątwę czy cokolwiek się tutaj działo
Anthony nie był zadowolony z faktu, że skończyli niczym niestabilne emocjonalnie nastolatki, które z rozpaczy podcięły sobie żyły. Z początku pomysł Laurenta wydawał mu się niedorzeczny i niegodny, ale skoro Marianna nie reagowała i nie miał, jak sprawdzić, czy zadziałałaby na nią jakakolwiek hipnoza — nie mieli wyboru. Nie chciał umrzeć ze świadomością, że Stasiek, Brenna i Atreus, a nawet Laurencik — poszliby na dno razem z nim. Wydawało się to Tośkowi jakieś niegodne, a dodatkowo, bardzo chciał zapalić. Każdy powinien zrozumieć, nałóg i rozchwianie emocjonalnie, był w końcu świeży w klubie młodych samobójców. Przyglądał się w milczeniu krwi, która kapała z ręki na spodnie, czując, jak uginają mu się nogi, a świat zaczyna trochę wirować.
- Czasem najgłupsze rozwiązania są najlepsze Stasiu.
Jak nie zapali ostatniego papierosa, a faktycznie umrze, to dopiero się Anthony wkurwi.
Nie wiedział, ile czasu był nieprzytomny, czy to był tylko sen, czy teraz to był sen? Bolała go głowa, na pewno będzie miał guza, bo mruknął z niezadowoleniem, przeciągając się na cuchnących, wilgotnych deskach nawiedzonego statku. Jego dłoń powędrowała do góry, zmierzwił sobie włosy, macając chłodnymi palcami skórę i skrzywił się, unosząc oczy. Omiótł spojrzeniem otoczenie, usiadł i spojrzał na swoją rękę.
- No kurwa, to tak zostanie? Trzeba będzie się tego pozbyć..- mruknął pod nosem, zasłaniając bliznę rękawem i spojrzał najpierw na Stanleya, a potem na Laurenta, chcąc się upewnić, że żaden z nich nie został kałużą lub nie umarł naprawdę. Gdy się przyjrzał, dostrzegając identyczne znamiona, parsknął z rozbawieniem, nieco może blady na policzkach. - Trzech braci samobójców, panny w życiu na to nie pójdą, a już na pewno nie Longbottom. Hmm? - ściągnął brwi, grzebiąc po kieszeniach. Wyjął papierosa, wetknął sobie do ust i zapalił, zaciągając się dymem. Kurwa, jak dobrze. - Jakie głosy? Laurent, uderzyłeś się też w głowę? - zapytał bez złośliwości, szczerze zaniepokojony, bo halucynacje słowne czy dźwiękowe były chyba objawami wstrząsu mózgu, czy innego, niepokojącego obrażenia? - Skoro mówią, żeby je rozbić, a miałeś rację z samobójstwem, to trzeba je znaleźć i rozpierdolić. Marianne.. Dobre pytanie. - przesunął palcami po szyi, a potem z mruknięciem wstał, przeciągnął się i złapał głębszy wdech, przyglądając się znikającemu w wilgotnym powietrzu żarowi. A może spalić to w pizdu? Przymknął oczy, zaciągając się dymem raz jeszcze. Nie byli już we śnie, mieli swoje ciała i magie, a także inne zdolności. Mógł teraz skupić się na znalezieniu swojej ślicznej kuzynki, przyjaciela, nieszczęsnej Brenny i upewnieniem się, że Stasiek będzie bezpieczny. Prewetta też było mu szkoda, był taki kruchy i delikatny, a do tego ta obita głowa. Wyjątkowo, ten raz, mógł być też jego rycerzem, już chuj.
- Też pójdę poszukać. - zakomunikował, prawie tupiąc na to, że Borgin starszy kazał mu zostać na miejscu. Nie ma mowy, nie był może taki zdolny, jak kuzyn bojowo, ale umiał sobie radzić. Co, jeśli ktoś z osób dla niego istotnych, potrzebował pomocy? Spojrzał na Laurenta. - Masz trzy możliwości — jak masz kolejny genialny pomysł, daj mi go i zostań tu, nie umierając. Druga opcja, idź z którymś z nas, a trzecia opcja, idź w jeszcze inny korytarz. - poklepał go po ramieniu, podobnie jak kuzyn, przyglądając się chwilę. Ostatecznie, to on wymyślił sposób na to, aby się wybudzić, to może miał inne pomysły. Na Merlina, Krakena tu jeszcze brakowało. I ta głupia czarownica, po cholerę on się tak martwi, skoro ona go nawet nie lubi i ma Atreusa? Jęknął na siebie z dezaprobatą, potem rzucił papierosa na deski, gasząc go butem. I również ruszył żwawo przed siebie, podążając w głąb statku, zapewne w inną stronę, niż Stasiek, chociaż korciło go, aby pójść za nim.

Koniec sesji