![]() |
|
[lato 1972] Pod pokładem pleni się robactwo - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117) +---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116) +---- Wątek: [lato 1972] Pod pokładem pleni się robactwo (/showthread.php?tid=1756) |
RE: [lato 1972] Pod pokładem pleni się robactwo - Norvel Twonk - 03.09.2023 ErikFanny pokręciła głową. Patrzyła na Erika przestraszona. Jej ciężka sylwetka kołysała się z nogi na nogę. A jemu zdawało się, że to cały statek się kołysze. Niemal słyszał uderzające o burtę fale a potem, znowu przez moment, przez kilka uderzeń serca, był prawie pewien, że chłodna, morska woda wlewa się na korytarz. Zalewała twarz leżącego na podłodze Weissa. - Chciałabym, żeby to był cud – głos Fanny przywrócił go do rzeczywistości. – Ale potem było coraz gorzej. Jednego razu Elijah zniszczył całe szkło w naszym domu, drugiego w jakiś sposób zepchnął sąsiada ze schodów, aż wreszcie… - wzdrygnęła się. – Mój mąż miał ciężką rękę. Słyszałam wrzaski już na rynku i nagle to już nie Elijah wrzeszczał, ale mój mąż. Weiss umierał a Erika znowu nawiedziło dziwne wspomnienie. Jakby był na łodzi i jakby płynął na jakiś statek. - Chciałam tylko, żeby był normalny. Prosiłam o to Boga. Bardzo prosiłam. On też prosił. Ale odkąd jest tutaj… - urwała. Odkąd Elijah był na Perle Morza nie tylko matka zmuszała go do modlitw, ale znęcał się nad nim Weiss. Pracował za ciężko jak na swój wiek i nikt, nigdy nie był z niego zadowolony. Erik czuł uderzający mu w nos zapach soli i zgniłych ryb, a kiedy popatrzył na swoje ręce, te przestały być brudnymi, spracowanymi rękami palacza okrętowego. Nie były nawet rękami Erika Brauna, studenta marksisty, który zmuszony był uciekać z własnego kraju, należały do… do Erika Longbottoma. Przypomniał sobie jak pojawił się na statku widmo, jak zakręciło mu się w głowie i jak zemdlał. Geraldine, VictoriaW ładowni podejrzanie coś zaskrzypiało i wyostrzone zmysły Geraldine rozbłysły jak spanikowane. Poczuła się dziwnie. Jakby była w lesie, na polowaniu, chociaż Gerry nigdy nie była na polowaniu, a do lasu chodziła tylko po grzyby i to tylko jak była dzieckiem. - Nie muszę się bać? – zapytał płaczliwie Elijah. Jego głos dochodził gdzieś z przodu, zza jednej z tych wielkich stert walizek. – Przecież ja go zabiłem. Nie chciałem go zabić. Nigdy nie chciałem nic zrobić. To się zawsze samo działo. Zawsze. Victoria nie miała przy sobie różdżki. Chociaż odzyskała świadomość, ciągle tkwiła w… we wspomnieniach (?) we śnie (?) Victorii Stone. A ta była tylko mugolką. Dostrzegła za to, że kobieta za którą wbiegła do ładowni była Geraldine Yaxley, z którą płynęła na statek widmo. - MAGIA JEST ZŁA! – ryknął Elijah. Wyłonił się zza sterty bagaży. Znajdował się mniej więcej pięć, sześć metrów od obydwu kobiet. Miał twarz mokrą od łez. – Ja już nawet nie pamiętam. Ja… coś się ze mną dzieje, zmieniam się, a potem nie pamiętam. Tylko budzę się i wiem, że zrobiłem coś złego, coś strasznego, coś… - urwał. Jego ciałem wstrząsnął szloch. - Obiecała, że mi pomoże, że jest taka jak ja… - jęknął. Ale już nie rozwinął, nie wyjaśnił co to oznaczało, bo zamiast tego z jego ciałem zaczęło się dziać coś niezwykłego. Na ich oczach dosłownie Elijah zaczął się przemieniać. Zaczął się niekontrolowanie trząść a wokół pojawiły się kłęby czarnej, przezroczystej energii. Coś w nim żyło. Coś co karmiło się jego lękiem, jego strachem, tkwiącą w nim magią. Geraldine zrozumiała, że to nie przed Fanny ostrzegały ją zmysły, ale przed… Elijahem. Tura trwa do 07.09.2023 roku do godziny 21.00
RE: [lato 1972] Pod pokładem pleni się robactwo - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.09.2023 Coś skrzypnęło. Odruchowo zareagowała. Momentalnie jej ciało przygotowało się do walki. Miała wrażenie, że jest w lesie, że zaraz wyskoczy coś zza krzaka. Musiała być gotowa na atak. Nie mogła pozwolić, żeby COŚ ją zjadło. Po chwili to uczucie zniknęło. Tylko dlaczego się pojawiło? Nigdy nie polowała, nie biegała po lasach. Nie miała pojęcia co się dzieje, była rozbita. Przystanęła na moment, żeby odetchnąć. Nie mogła się w tym wszystkim odnaleźć, była skołowana. Nie miała zbyt wiele czasu na przemyślenia, w końcu odezwał się chłopiec. Zimny dreszcz przeszedł jej po ciele. On go zabił. Nie sądziła jednak, że zrobił to celowo. Jak niby taki maleńki chłopiec mógłby sobie poradzić z dorosłym mężczyzną? Nic jej w tym wszystkim nie pasowało. Nie miała pojęcia, co się dzieje, ale coś było nie tak. - Jeśli dzieje się samo, to nie ty to zrobiłeś. - Próbowała jakoś sobie to wytłumaczyć, przy okazji starając się uspokoić chłopca. Skoro nad tym nie panował to nie robił tego specjalnie. Nie docierało do niej, że mógł robić to celowo. Na pewno nie. Dzieci w końcu były takie czyste, nieskalane złem na pewno nie zabiłby nikogo świadomie. Wtedy Elijah pojawił się przed nimi, wyszedł zza sterty pakunków. Price jednak nie zbliżyła się do niego. Czuła pewną obawę. Nie miała pojęcia, co jeszcze może się wydarzyć. Bardzo chciała mu pomóc, obawiała się jednak, że skończy jak ten mężczyzna, którego znaleźli chwilę wcześniej. Nie uciekała jednak. Nadal stała przed nim. - Kto ci obiecał? Na pewno jest jakieś rozwiązanie. - Zawsze było, przynajmniej zdaniem Geraldine. Muszą mu jakoś pomóc. Szczególnie, że z tego, co mówił robił to wszystko nieświadomie. Był ofiarą - jej zdaniem. Nagle chłopiec zaczął się przemieniać. Jego ciało zaczęło się trząść, pojawiła się czarna energia. Dotarło do niej, że czuła strach przed nim, a raczej przed tym, co w nim mieszkało. Czy była w stanie rozpoznać to coś? Magia nie istniała, a może jednak istniała? Co się tutaj właściwie działo. - To obscurus. - Powiedziała do Victorii, nie wiedziała skąd to wie, ale była pewna z czym mają do czynienia. Zaczęło do niej docierać, że magia jest prawdziwa, że ona nie jest Geraldine Price, że zdecydowanie coś dziwnego się tutaj działo. Mieli spory problem, musieli jakoś sobie z nim poradzić. RE: [lato 1972] Pod pokładem pleni się robactwo - Victoria Lestrange - 04.09.2023 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=OUF7AaL.png[/inny avek] Widziała to tyle razy… dzieci mugolskiego pochodzenia posiadające magiczne moce; rodziców, którzy nie wiedzieli co się dzieje (i nic dziwnego), większość z nich znosiła to źle, dopóki im się nie wyjaśniło co się dzieje, jak i dlaczego. Ale zabobony potrafiły być mocno zakorzenione w ludziach i teraz Victoria już rozumiała co właściwie miało miejsce. Elijah musiał być takim właśnie przypadkiem: dzieckiem z wrażliwością na magię pochodzącym z całkowicie mugolskiej rodziny. Nie za to jednego: chłopiec wyglądał na starszego niż 10-11 lat, a w tym wieku każdy rok potrafił robić ogromną różnicę, nie tylko fizycznie, ale też intelektualnie. Dlaczego nie dostał listu z Hogwartu? Ale nie było zbyt wiele czasu na większe przemyślenia. - Broniłeś się, prawda? Gnębił cię – nie wiedziała tego, strzelała. Magia w takich przypadkach "reagowała" na silne emocje. Może go zabił… ale nie potrafiła tego ocenić. Pewnie będzie to w nim siedzieć już zawsze. Czy jednak było to jego winą? Nie mogła odpowiedzieć twierdząco. - Kochanie, magia nie jest zła. Jest tylko narzędziem – starała się brzmieć jak najbardziej łagodnie jak się dało. Przerażone dzieci, które nie potrafiły kontrolować magii, były jak zwierzęta. Zaszczute, przyparte do muru atakowały. A Victoria miała w tym momencie tylko to: mowę. Różdżki przecież nie miała. - Kto ci obiecał? Ja też jestem magiem – powiedziała do niego. Nie zdążyła mu powiedzieć, że Geraldine też nim jest. Nie zdążyła też potrząsnąć nią, żeby się ocknęła i przypomniała sobie kim jest, bo wtedy chłopiec… zaczęło się z nim coś dziać. Przemieniać. Victoria rozszerzyła oczy ze zdziwienia. Czuła, że serce mocniej jej bije. Wiedziała że w tym momencie jest całkowicie bezbronna. Całkowicie, dokumentnie bezbronna. Kiwnęła głową na słowa Geraldine. Obskurus. Mieli całkowicie i dokumentnie przejebane. - Elijah – starała się brzmieć spokojnie. - Wiem, że mnie słyszysz. Musisz spróbować się uspokoić. Nic się nie stało, obiecuję ci, że nikt cię nie skrzywdzi. To nie twoja wina. To naprawdę nie twoja wina. I nie jesteś żadnym dziwadłem. Jesteś całkowicie normalnym chłopcem, po prostu potrafisz czarować. To nic złego. Spróbuj nad tym zapanować – bo jeśli tego nie zrobi… to na pewno pójdą na dno. I nic ich już wtedy nie uratuje. RE: [lato 1972] Pod pokładem pleni się robactwo - Erik Longbottom - 05.09.2023 Długoterminowe życie na statku miało to do siebie, że pozwalało przyzwyczaić się do ciągłego pobytu na morzu. W nocy to odgłosy fal obijających się o lewą i prawą burtę usypiały uczestników rejsu do snu, a wczesnym rankiem szum morza rozbudzał równie dobrze, co najdokładniejszy budzik. Ponoć można było się przyzwyczaić nawet do tego, że statek lekko chylił się to w jedną stronę, to w drugą. Teraz Erik czuł się tak, jakby pierwszy raz wyprawił się na morską podróż. Nie wiedział, czy to gorączkowe ruchy towarzyszącej mu kobiety tak na niego działały, czy też sytuacja zaczynała go przytłaczać. Przecież wyszedł tylko na papierosa, a zamiast tego w ciągu zaledwie kilku minut stał się świadkiem przemocy wobec dziecka w wykonaniu jego własnej matki, jak i... śmierci współpracownika? Pobladł, gdy zdał sobie sprawę, że oddech mężczyzny stawał się coraz bardziej płytki, a chrapliwe odgłosy zdawały się cichnąć z każdą upływającą chwilą. — Zapędziliście go w kozi róg. Czego się spodziewałaś? Każdy człowiek ma instynkt przetrwania. Zareagował w jedyny sposób, jaki znał, a jakiego nauczył go twój mąż. Przemocą — rzucił, odwracając się ku Franny. Nie miał zamiaru wdawać się z nią w jakiekolwiek dyskusje na temat jej modłów do wyższych sił. Skoro wtedy jej nie pomogli, to czemu teraz miałoby to w czymkolwiek pomóc? — Trzeba... Trzeba wezwać lekarza. Jakiegokolwiek. Albo kogoś z personelu. Muszą się dowiedzieć o tym, co się tutaj... Przerwał, wbijając wzrok w bliżej nieokreślony punkt nad głową Franny. Zmarszczył brwi. Czy on już o tym ostatnio nie myślał? Przeszył go dreszcz. Tak... Był tego pewny. Był w drodze na jakiś statek i miał się czegoś o nim dowiedzieć. Poznać jego tajemnicę, a może historię? Nie był pewny. Może to jeden z wielu snów, które towarzyszyły mu podczas sztormowych nocy, gdy samo morze wyrywało go z objęć Morfeusza? — Musisz kogoś zawiadomić. Ja poczekam tu z nim i znajdę... znajdę resztę — kontynuował, zbierając siłę woli, aby wydusić z siebie kolejne słowa. Nagle poczuł, jakby dostał obuchem w twarz i... padł na podłogę, nawet nie do końca świadom tego, co też mu się przydarzyło. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=uhxb9Rw.jpg[/inny avek] RE: [lato 1972] Pod pokładem pleni się robactwo - Norvel Twonk - 07.09.2023 Geraldine, VictoriaElijah drżał. Wyglądał przy tym tak, jakby mnóstwo czarnej, ciemnej energii próbowało się jednocześnie wydostać z jego ciała i pozostać w nim. Nici kłębiły się wokół niego jak czekająca na odpowiedni moment do ataku na pola szarańcza. Białka oczu dzieciaka zniknęły, zastąpione przez czerń, jeszcze bardziej uwypukliła się także bladość jego skóry i to jak drobną miał sylwetkę. Zacisnął ręce w pięści, a gromadząca się wokół niego energia zaczęła znikać. I znowu był tylko Elijahem., spoconym, brudnym, niepewnym siebie i przerażonym dzieciakiem. Zamrugał, jakby dopiero co odzyskiwał ostrość widzenia. Pokręcił głową. - Nie wiem. Nie pamiętam – odpowiedział cicho. – Nigdy nie chciałem nikomu zrobić krzywdy. Magia zawsze wychodziła sama – opisywał powoli. – Myślałem, że mi pomaga, ale… - Ale potem narodził się obscurus a on nie potrafił go kontrolować. – Naprawdę jesteś czarownicą? – zapytał, nieśmiało popatrzył przy tym na Victorię. – Taką jak pani Fawley? Z różdżką? Ale nie doczekał się odpowiedzi, bo na ich oczach zamienił się w słoną, morską wodę i rozlał po ładowni. Uczucie niewłaściwości uderzyło w Geraldine. Już pamiętała kim naprawdę była i pewnie do pewnego stopnia zdawała sobie sprawę, że znajdowała się w jakiejś emanacji cudzych wspomnień. Być może Gerry Price, z blizną na twarzy, wiele lat wcześniej naprawdę pobiegła za Elijahem Sterlingiem, ale czy udało jej się powstrzymać go przed przemianą? A Victorii Stone? Pewnie nie. Ale teraz gęsia skórka, którą poczuła Geraldine nie miała nic wspólnego obscurusem. Była czymś innym, bardziej realnym, jakby ostrzeżeniem, że gdzieś tutaj na tym statku istnieje prawdziwy potwór. I ten potwór zaczyna się budzić do życia. Victoria i Geraldine wiedziały już kim są i że śnią. Teraz tylko musiały znaleźć jakiś sposób, by się obudzić w swoich własnych ciałach… naprawdę. ErikŚwiadomość przyszła wraz ze słabnącym bólem głowy. Leżał na pokładzie Perły Morza, niedaleko miejsca, w którym padł po aportacji. Tura trwa do 10.09.2023 roku do godziny 21.00
Eriku, nie wiem na ile zrobiłeś to świadomie, ale Twoja postać właśnie się ocknęła na pokładzie Perły Morza. Możesz jeszcze odpisać tutaj, możesz spróbować samodzielnie poszukać Brenny, Mavelle i Atreusa, a możesz już poczekać na ocknięcie się reszty towarzystwa. RE: [lato 1972] Pod pokładem pleni się robactwo - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.09.2023 Gerry przyglądała się jak chłopiec zaczyna być wypełniany magiczną mocną, jakby był tylko naczyniem, do którego została ona przelana. Nie panował nad tym zupełnie, widać było, że dzieje się coś złego. Czy powinna zareagować? Mogło się to skończyć źle, wiedziała, że jeśli to eskaluje to nie będzie, co zbierać z całego statku. Pozostaną tylko kawałki drewna dryfujące po wodzie, o ile w ogóle. Móglby to równie dobrze roznieść w pył. Jakimś cudem chłopiec się uspokoił. Jak do tego doszło? Nie miała pojęcia. Miały z Victorią sporo szczęścia, że to wszystko nie skończyło się inaczej. Spoglądała nieswojo na swoją towarzyszkę, jaką różdżkę? Co się właściwie działo i wtedy do niej dotarło. Obudziła się - chociaż jeszcze nie tak do końca, ale była świadoma, że śni. Nim jednak to się stało to Elijah przemienił się w wodę morską i zniknął, tak po prostu. Przypomniała sobie o tym, kim jest naprawdę. Nie była żadną praczką, tylko Geraldine Yaxley, czarownicą i myśliwą. Dotarło do niej, że coś dziwnego musiało dziać się na tym statku. Może był przeklęty? Dlaczego ten sen był taki realistyczny? Dlaczego dosłownie weszła we wspomnienia tej kobiety, była nią, z blizną na twarzy. Czuła jej ból, wiedziała, co przeżywała. Nie miała pojęcia. Poczuła dreszcz, po raz kolejny przeszedł jej ciało. Wiedziała już jednak, że nie dotyczy obscurusa. Zastanawiała się, czy on faktycznie był prawdziwy, czy też był snem? Nie znała odpowiedzi na to pytanie. - Victoria, musimy się obudzić, naprawdę musimy. - Powiedziała jeszcze do swojej towarzyszki, przecież inaczej, to coś je zeżre w całości. - Na tym statku coś jest, czuję to, jakiś potwór, jeszcze chwila i będzie w pełni sił. - Źle to się dla nich skończy. Yaxley rozejrzała się po wnętrzu pomieszczenia, chciała znaleźć coś ostrego, żeby wbić to sobie w rękę, chyba tak było najłatwiej wrócić do świadomości? RE: [lato 1972] Pod pokładem pleni się robactwo - Victoria Lestrange - 09.09.2023 Podziałało. Cokolwiek się stało, może to, co do niego mówiła – ale podziałało, bo energia go oplatająca zniknęła. Uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco. I już otwierała buzię, żeby mu odpowiedzieć, że „tak, taką jak pani Fawley, z różdżką”, ale nagle… pękł, i rozlał się po pomieszczeniu słoną, morską wodą. Zamienił się… w morską pianę. Victoria po prostu zamrugała i rozejrzała się najpierw na boki, a później pod nogi, orientując się, że depcze właśnie mokre deski ładowni. Zaraz… Pani Fawley? Znała to nazwisko. Tylko, że… to tylko sen. To nie działo się naprawdę. Śniła. Śniła sen o statku, o byciu Victorią stone, pokojówką jakiejś hrabiny, napastowanej przez jej syna. Śniła sen o podróży statkiem, o matce, która katowała syna, o czarodzieju, którego nikt nie nauczył, jak kontrolować magię. Śniła sen, ale kiedy w niego zapadła? Dlaczego był tak realistyczny? Już kiedyś taki miała – gdy nieznajomy jej mężczyzna próbował ją zabić i Brenna wtedy była w tym śnie z nią. A teraz… Była tutaj Geraldine Yaxley. I… Wcześniej… Eric Longbottom? Coś musiało się stać, gdy jej kolana dotknęły pokładu, kiedy upadała. Czy to możliwe, że wpadli w jakąś pułapkę? Tak jak reszta nieszczęśników, których widzieli, gdy dostali się na statek widmo? – Pamiętam… Jak upadłam – zwróciła się do Geraldine. – Pamiętam pokład, a na nim leżące ciała – dodała jeszcze. Yaxley miała rację. Muszą się obudzić. Bo i oni w końcu będą wyglądać na tak bardzo wycieńczonych… Może wystarczy… może wystarczy się uszczypnąć, jak w tym powiedzeniu? Przypomnieć nie tylko umysłowi, ale też ciału, że to sen, a nie jawa, gdy ból dojdzie do mózgu. I jak pomyślała, tak zrobiła. Po prostu uszczypnęła się w ramię, wcale sobie nie szczędząc, wbijając paznokcie w ciało. Aktywność fizyczna: [roll=O] [roll=O] RE: [lato 1972] Pod pokładem pleni się robactwo - Norvel Twonk - 10.09.2023 Geraldine, VictoriaGeraldine dostrzegła leżące na ziemi szkło. Wyglądało jak z rozbitej lampy naftowej. W innej sytuacji, gdyby to wszystko działo się naprawdę, kaleczenie się nim, mogłoby nie być najrozsądniejszym pomysłem. Bo było brudne, utytłane w dymie i w nafcie. Ale to był tylko sen. W dodatku cudzy sen, który Geraldine śniła wbrew sobie samej. A Price? Price już nie mogła umrzeć od gangreny, bo zginęła wiele lat wcześniej. Ból wydał się jej prawdziwy. Tak jak krew, która pojawiła się na ręce. Geraldine poczuła jak oczy uciekają jej w głąb czaszki i upadła z impetem na dno kotłowni. Mniej więcej w tym samym czasie Victoria spróbowała się uszczypnąć. Może by to nawet nie wystarczyło. Nie byłoby na tyle ostre i piekące, by rzeczywiście osunęła się na podłogę, ale tuż obok niej trysnęła krew, palce zacisnęły się mocniej i… VictoriaŚwiadomość przyszła wraz ze słabnącym bólem głowy. Victoria leżała na pokładzie Perły Morza, dokładnie w tym samym miejscu, w którym wcześniej upadła. W nos uderzał ją ostry zapach morskiej soli i rozkładających się glonów. Niedaleko siedział Erik Longbottom i Geraldine Yaxley. GeraldineŚwiadomość przyszła wraz ze słabnącym bólem głowy. Geraldine ocknęła się w tym samym miejscu, w którym wcześniej upadła. Ale świadomość obecności potwora nie zniknęła z chwilą, w której wyrwała z wizji nie tylko swój umysł, ale również ciało. Przeciwnie, z każdą kolejną sekundą, była coraz bardziej świadoma, że potwory istnieją i na tym statku, że nie są tylko echem minionych wspomnień, ale naprawdę budzą się do życia. Czuła jak budzą się do życia. Niedaleko siebie widziała obudzoną Victorię Lestrange i Erika Longbottoma. Victorio, Geraldine - możecie jeszcze tutaj odpisać. Wyrwałyście postacie z wizji. Ponieważ całą trójką zdecydowaliście się na walkę, niedługo wam rozpocznę kolejną sesję, ale musimy poczekać aż więcej osób zakończy swoje sesje. Geraldine - wyczuwasz potwory: na samej górze, na samej dole, na piętrze i tuż pod pokładem. RE: [lato 1972] Pod pokładem pleni się robactwo - Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.09.2023 Yaxley sięgnęła po szkło, które udało jej się znaleźć. Nie zastanawiała się szczególnie nad tym, że jest brudne, że nie powinna nim dotykać swojego ciała, mogło wdać się jakieś zakażenie. Miała to gdzieś, ważne było tylko to, żeby opuścić ten sen. Nie mogła być dłużej Price, musiała wrócić do ciała Geraldine Yaxley - którą była. Nagle oczy, jakby zaczęły jej uciekać w głąb czaszki, czy właściwie mogło się coś takiego wydarzyć? Raczej nie, nie było to teraz jednak ważne. Zranienie podziałało, spowodowało, że mogła opuścić ten sen, mogła wrócić do rzeczywistości. Ocknęła się. Nie było to przyjemne uczucie, bo nadal w głowie tlił się lekki ból. Nie zniknął. Zaczęła powoli podnosić się na nogi. Dotarło do niej, że nadal jest na pokładzie, w miejscu, w którym wcześniej zemdlała. Nie miała pojęcia ile czasu minęło. Czy długo byli nieprzytomni? Spojrzała obok, gdzie dostrzegła budzącego się Erika i Victorię. Dopadło ją ponownie to uczucie, to samo, które pojawiło się na samym początku. Nie zniknęło. Nie miała czasu, żeby z nimi dyskutować, o tym, co się przed chwilą wydarzyło. Nie, kiedy czuła, że wokół nich do życia zaczynają budzić się potwory. Prawdziwe potwory, które mogły nadejść z każdej strony. - Erik, Victoria. - Krzyknęła głośno do tych, którzy znajdowali się obok. - Potwory, one zaraz się obudzą. - Była tego pewna. Rzuciła jeszcze okiem, żeby zobaczyć, czy jej kuzyni też się tutaj znajdują. Musieli dalej śnić, tak jak ona wcześniej. - Chodźmy na samą górę, tam będą na pewno, zresztą nie tylko na górze, na piętrze, na samym dole i pod pokładem, one będą wszędzie! - Musieli zacząć likwidować je po kolei, takie było jej zdanie. Najlepiej było zacząć od góry, ciekawe, co powiedzą na to towarzysze niedoli. RE: [lato 1972] Pod pokładem pleni się robactwo - Erik Longbottom - 11.09.2023 Nie był pewny, co właściwie mu się stało. Zanim stał się w pełni świadomy powrotu do tak dobrze znanej mu rzeczywistości, w głowie miał tylko jeden, a zarazem bardzo tajemniczy obraz. Wizja kobiety w średnim wieku, wpatrzonej w niego takim wzrokiem, jakby co najmniej twierdził, że był kosmitą. Nie wiedzieć czemu na jej widok czuł mieszaninę złości, współczucia i... ogromnych wyrzutów. Nie miał pojęcia, kim była, dlaczego w ogóle z nią rozmawiał, a nawet... I wtedy odzyskał przytomność. Zamrugał parokrotnie, gdy zdał sobie sprawę, że leży w dosyć mało komfortowej pozycji na deskach statku. Mojego?, pomyślał tempo, starając się zebrać myśli do kupy. Wystarczyło jednak, że omiótł pokład spojrzeniem, a od razu uświadomił sobie, jak błędne było to założenie. A to więc sugerowało, że był na jakimś innym statku. — Brenna! — Poderwał się automatycznie na równe nogi, gdy fala wspomnień z ostatnich... kilku minut... kilku godzin... dała o sobie znać. Perła Morza. Ledwo zdołali dostać się na pokład, a od razu coś się zaczęło dziać. — Brenna, gdzie ty... Gorączkowo rozglądał się na prawo i lewo, starając się wypatrzeć jakikolwiek ślad po siostrze. Niepokojący obraz kobiety został na dobre wypchnięty z jego umysłu, niczym wspomnienie ze snu, które uciekało, gdy tylko człowiek orientował się, że został wyrwany z objęć Morfeusza. Zamiast tego miał teraz przed sobą dwie inne kobiety, za to o wiele lepiej mu znane. Ledwo zdążył sięgnąć dłonią do ramienia Victorii, gdy rozległ się krzyk Geraldine. Wytrzeszczył na nią oczy, gdy ta podniosła na nich głos. Momentalnie sięgnął do pasa, co by upewnić się, że dalej miał przy sobie szpadę. Ostrze dalej z nim było, co poniekąd zapewniło mu lekkie poczucie bezpieczeństwa. Kolejne słowa Yaxley skutecznie zrównały z ziemią wszelkie mury jego komfortu. — Jakie potwory? — syknął, przesuwając się bliżej blondynki. — To miała być misja poszukiwawcza, a nie... tępienie jakiegoś dzikiego robactwa! — Zerknął kątem oka na wybudzającą się ze snu Victorię. Westchnął cicho. — Ale tak, masz rację... Czego byśmy nie zrobili, powinniśmy zacząć od wyższych pokładów. Jeśli nie znajdziemy tego, co się to pałęta, to przynajmniej znajdziemy resztę. Machnął ręką w stronę barierek, za którymi na powierzchni wody czekał ich oryginalny środek transportu. — Może nas tu nie zostawili na pastwę losu — żachnął się, chociaż narzekał raczej dla samego aktu narzekania, niż rzeczywistych obaw. Bez względu na bezpieczeństwo siostra i kuzynki by go tutaj nie zostawiły. Chyba. To znaczy: na pewno. — Victoria? Jak... Jak ty się czujesz? |