![]() |
|
[26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów (/showthread.php?tid=1921) |
RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Bell Dupont - 24.09.2023 garniak, tylko buty czarne Pojedynki były emocjonujące. Bellamy nie chciał się do tego przyznać, bo uważał je za dość prymitywny sposób rozgrywania sporów, jednak nie mógł zaprzeczyć, że nie wzbudzały one odrobiny emocji. Nie chciał więc przeoczyć tego wydarzenia. Zresztą dobrze było od czasu do czasu wyjść z domu i przekonać się, co ciekawego działo się wśród śmietanki towarzyskiej. Poza tym rzadko się zdarza, żeby w pojedynku brała udział osoba, którą faktycznie się znało. Bell otaczał się bowiem dość wąską grupą znajomych, którzy raczej należeli do spokojniejszego grona. Czasami jednak w jego środowisku pojawiały się osoby, które lubiły namieszać i wychylić się przed szereg. Philip, jak widać, był jedną z takich osób. Nie mógł więc przeoczyć jego zwycięstwa… oraz porażki. Miał jednak nadzieję, że uda mu się wyjść zwycięsko. Na wydarzenie przywdział jeden ze swoich lepszych garniturów w kolorze ciemnego burgundu. Czerwień przebijała się jedynie wtedy, gdy stawał w dobrze naświetlonym miejscu, więc przez większość czasu idealnie wpasowywał się w panującą dookoła czerń. Trochę go nudziło, że takie wydarzenia charakteryzują się tak dużą formalnością, zwłaszcza że same były dość niepoważne. Jakby nie można było po prostu pójść do ślepej uliczki i obić sobie twarze. To by stanowiło prawdziwy pokaz siły. Teraz jednak musieli się rozkoszować umiejętnym wywijaniem różdżkami. Ostatnimi czasy zaczęło mu się również wydawać, że potrafi utrzymywać Isabellę w ryzach i kobieta nie pojawia się już tak często i niespodziewanie, jak do tej pory miało to miejsce. Nie lubił tracić kontroli, zwłaszcza że doskonale wiedział, do czego Isabella była zdolna, jeśli już udawało jej się wydostać na zewnątrz. Zapowiadało się jednak spokojnie, a przynajmniej względnie spokojnie. Na miejscu oczywiście zastał sporą grupę zainteresowanych widowiskiem osób. Domyślił się, głównie po ubiorze, że spora część gapiów to sama śmietanka towarzyska, przy której nie czuł się zbyt komfortowo. Nie wiedział, co prawda, jak wiele osób będzie w stanie go rozpoznać, ale nie interesowało go to aż tak bardzo. Jedyne co chciał teraz zrobić, to odnaleźć Philipa i dołączyć do szerokiej, na pewno, listy osób, które życzyły mu powodzenia. Nie było to trudnym zadaniem. Notta znalazł bowiem tuż przy wysokim mężczyźnie, który mu towarzyszył. Powoli się do nich zbliżył. – Sprawiasz wrażenie, jakby ten pojedynek był dla ciebie jedynie formalnością – rzucił w kierunku Philipa, gdy już znalazł się obok niego i jego towarzysza. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Darcy Lockhart - 24.09.2023 Darcy tak naprawdę był... chyba po prostu typowym człowiekiem, jak większość ludzi mającym w sobie trochę sprzeczności. Bywał zazdrosny, bywał złośliwy, a jednocześnie też umiał być sympatyczny - i w tym byciu sympatycznym często nie kryła się ani odrobina fałszu - i potrafił być uroczy. Osobom występującym w dzisiejszym "widowisku" zwyczajnie zazdrościł, pieniędzy, popularności wśród kobiet, pozycji w magicznej socjecie, uzdolnień, sławy i tego, że wszystko przychodziło im łatwo. W jego oczach Philip Nott nigdy nie musiał patrzeć na drogi płaszcz na wystawie i obliczać, z ilu obiadów zrezygnować, aby go kupić. Atreus Bulstrode nigdy nie zastanawiał się, czy dziewczyna, która się mu się podoba, zechce pójść z nim na randkę. Louvain Lestrange nie musiał przełykać goryczy porażki, bo nie był dość ważny, aby dostać wejściówkę na krajowe mistrzostwa quidditcha. Erik Longbottom nigdy nie został z pewnością przez nikogo potraktowany z góry, bo ma nieodpowiednie nazwisko. I tak, uważał się chyba za odrobinę lepszego, ponieważ sam piął się w górę. Ale dzisiejszy pojedynek miał szczery zamiar zrelacjonować odpowiednio profesjonalnie i nie planował pozwalać sobie na drobne złośliwości, których nie szczędził znanym i lubianym, gdy pisał do Czarownicy, bezpiecznie skryty za pseudonimem. Darcy Lockhart miał być tym, którego uczestnicy takich imprez sobie życzą. Dlatego zrobił kilka zdjęć, zawodnikom oraz gościom, a potem zaczął notować nazwiska tych co bardziej znanych osób, które pojawiły się na trybunach. Gdy się rozglądał, pochwycił spojrzenie Lyssy i posłał jej uśmiech - szczery, przyjazny, bo pamiętał noc Ostary, ich taniec pod gwieździstym niebem, a wiadomość, którą od niej dostał była miła i gdyby nie to, że w tej chwili jego sercem panowała niepodzielenie inna kobieta, na pewno biłoby bardzo szybko i po tamtym liście, i teraz. Skinął jej głową w niemym powitaniu, nim odwrócił się, gotów wyłapywać wszystkie szczegóły, o których warto by wspomnieć w artykule. Lovainowi skinął również głową w niemym podziękowaniu. I czekał aż wreszcie rozpocznie się widowisko. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Philip Nott - 24.09.2023 W oczekiwaniu na odpowiedź Erika, spojrzał raz jeszcze w stronę strefy dla VIPów, dostrzegając zasiadających w tym momencie starszego brata z żoną i matkę w towarzystwie swojego męża. Wysyłając wszystkie imienne zaproszenia, nie mógł zapomnieć o swojej rodzinie. Obecność brata i jego żony była mile widziana, tak samo jak matki. Jeśli chodzi o ojca to liczył na to, aby on w tym dniu miał zbyt dużo na głowie aby zasiąść na widowni. Musiał się jednak przygotować na tę mniej korzystną dla siebie ewentualność, jaką była obecność swojego ojca, z którym łączyły go napięte stosunki. Nie mógł pozwolić na to, aby to na niego wpłynęło przed pojedynkiem, który zamierzał wygrać. Istotnym elementem była pewność siebie. Przede wszystkim zrobi to dla siebie i dla swojej reputacji. — Dlatego chciałbym Cię prosić abyś miał oczy dookoła głowy. Jesteś przedstawicielem prawa. — W myśl zasady przezorny zawsze ubezpieczony zwrócił się do tego mężczyzny z taką prośbą. Któż lepiej będzie zwracać uwagę na tego typu czyny, niż Brygadzista? Longbottomowie przeważnie uchodzili za prawych aż do bólu i nieprzekupnych, co w takich sytuacjach jak ta mogłoby się okazać na wagę złota. — Jestem tego samego zdania. Trzeba liczyć na jego zdrowy rozsądek. — Philip dobrze wiedział że oczekiwania odnośnie respektowania zasad honorowego pojedynku to jedno, a rzeczywistość to drugie... przegranej jednej ze stron towarzyszyły nieraz tak silne emocje, jak po odniesionym zwycięstwu i to one mogły popchnąć Lestrange'a ku dopuszczeniu się napaści na niego. Jakaś jego część chętnie widziałaby tego czarodzieja wyprowadzonego przez przedstawicieli władz. To byłby materiał na drugą stronę Proroka. — Nie najgorzej sobie radzę z zaklęciami pojedynkowymi, jeśli o to chodzi. — Odniósł się do sugestii swojego sekundanta, dotykając w momencie potylicy dłonią. Porady będą mile widziane, tym bardziej, że jego sekundant stoczył niejeden pojedynek z prawdziwym przeciwnikiem, a w tych jak wiadomo nie obowiązują żadne zasady. — Dlatego będę go atakować i używać zaklęć ochronnych. Tego oczekują również zasiadający na widowni czarodzieje. — Jak to mówią, najlepszą obroną był atak. Samymi próbami unikania swoich zaklęć nie stworzą też widowiska, na jakie wszyscy zgromadzeni tutaj liczyli. — Masz rację, nie jest. Grałeś w szkolnej drużynie? Obstawiałbym obrońcę albo pałkarza. Ja to mam co mecz Quidditcha, bo tak się składa, że szukających starają się najszybciej wyeliminować z gry. — Po przyznaniu racji Erikowi postanowił zadać mu pytanie odnośnie grania w Quidditcha w czasach szkolnych. Patrząc na dość sporą różnicę wzrostu między nimi to miał podstawy sądzić, że Longbottom musiał być albo pałkarzem albo obrońcą. Takiego wielkoluda nie wzięliby do gry na pozycji szukającego. Wykluczenie z gry szukającego dawało drużynie rywali otwartą drogę do złapania znicza i tym samym często wygrania meczu. Spojrzał raz jeszcze w stronę swojego rywala, dostrzegając w jego otoczeniu Laurenta w towarzystwie damy, o której wspomniał mu w liście, i swojego fana, Stanleya. Podniósł do ust trzymany w dłoni kieliszek szampana. Odwracając spojrzenie, dostrzegł zmierzającego ku nim mężczyznę w garniturze w kolorze ciemnego burgundu. Skoro do nich już podszedł to postanowił przerwać na moment jakże interesującą rozmowę ze swoim sekundantem i włączyć do niej swojego przyjaciela. — Eriku, pozwól że przedstawię Ci swojego przyjaciela, Bellamy'ego Duponta. Bell, poznaj Erika Longbottoma, który zgodził się pełnić rolę mojego sekundanta podczas tego pojedynku. — Postanowił ich sobie przedstawić. Bellamy'ego znał już od dwóch lat i to sprawiało, że postanowił zaprosić go na ten pojedynek gwarantując mu tym samym miejsce na loży honorowej pośród śmietanki towarzyskiej magicznego Londynu. — Nie mylisz się przyjacielu, zamierzam go wygrać. — Odparł z pewnością w głosie i szelmowskim uśmiechem na ustach. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Vakel Dolohov - 25.09.2023 Dolohov uśmiechnął się dziwacznie słysząc delikatny i naiwny komentarz swojej córki. - Nie chciałem tak zabrzmieć - zaczął się tłumaczyć, bo kompletnie nie o to mu chodziło - bardziej sugerowałem, że mogłabyś poznać. To znaczy... - bo chyba zabrzmiał trochę szorstko - zarówno ja jak i Annaleigh mamy spore rodziny, mógłbym cię, gdybyś oczywiście chciała, zapoznać z twoimi kuzynami. - To już było to pokolenie, które nie rozmawiało z nim szczególnie swobodnie, nie odwiedzało „Praw Czasu”, a tym bardziej naukowych konferencji. Nie utrzymywał z dzieciakami stałego kontaktu, bo był już z niego stary piernik. Sprawiało to niestety, że i Lyssa nie miała większego kontaktu z nikim innym, niż on, Peregrin i masa równie starych kolegów i klientów, z którymi Vakel utrzymywał kontakty od lat. Już jakiś czas temu wygarnął sam sobie w myślach, że Lyssa zachowywała się tak nie z powodu żywienia do niego jawnej niechęci, tylko po prostu z nudów. Chciał jej w jakiś sposób pomóc, ale jak? Po pierwsze jak się wychowywało dzieci, a po drugie jak się dzieci uczyło zdobywania koneksji i ekstrawertyzmu? Wyłapał spojrzenie Laurenca, więc skinął mu głową. To samo uczynił z drugim Lestrangem posyłającym mu porozumiewawcze spojrzenia na odległość. Serdecznego uśmiechu, za jakim uwielbiał się ukrywać, nie stracił nawet wtedy, kiedy owy Lestrange zbliżył się do jego córki. Czy wysłał mu kilka dni temu w liście groźby karalne? Owszem. Czy tego żałował? Ani trochę. Ale bardzo dobrze grał kogoś, kto się na widok Louvaina cieszył. - Louvain - zawtórował mu tonem, jakim się wita po powrocie bliskiego przyjaciela, wyraźne akcentując o i a. - Spodziewasz się, że Nott przeciągnie tobą po parkiecie tak mocno, że będzie trzeba go wycierać? Żartuję oczywiście. - Zaśmiałby się zapewne gdyby wiedział, jak bardzo go te listy uraziły. Osoby jego pokroju napełniały go tęsknotą za dawnymi wrogami uprzykrzającymi mu życie w początkach kariery. Byli do bólu irytujący, ale można się z nimi było ciekawe pokłócić, a te kłótnie traktował jako coś, co niezwykle napędzało intelektualnie. Słownych potyczek nie lubili tylko ci będący w nich bardzo kiepscy, odważyłby się nawet powiedzieć, że ludzie słabi. I była to opinia największego tchórza po tej stronie Tamizy. Teraz, w tych czasach? Wszysycy byli zbyt dumni, zbyt głupi, albo się go zwyczajnie bali. Trzecia grupa brała go najczęściej na przeczekanie. Wiedzieli już, że Dolohov osiągnął już niemal wszystko co mógł i zaraz starość odbierze mu zmysły, przestanie rozumieć własne teorie, a oni będą go zapraszać na przyjęcia już tylko z grzeczności, czując się lepszymi w każdym calu. Wiedział to, bo tak samo czuł się patrząc na swoich poprzedników. No, wszyscy oprócz Loretty, może paru innych osób. Więc niech ją obroni, nawet jeżeli znając ją tak dobrze jak znał ją Dolohov, ciężko było wierzyć w jej czyste intencje. - Powodzenia, gwiazdy są po twojej stronie - powiedział mu krótko, klepiąc go po ramieniu kiedy odchodził. Zaraz bezczelnie zasugeruje córce wydmuchanie się w tę chustkę i rzucenie jej Nottowi w twarz, gdyby jednak Louvainowi poszło gorzej niż miał to zapisane w gwiazdach, tylko niech ich nikt nie słyszy... RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Laurent Prewett - 25.09.2023 Czego Laurent Prewett zazdrościł tej czwórce mężczyzn, którzy zaraz wyjdą na parkiet do pojedynków? O zgrozo, a czego by im nie zazdrościć? Łatwiej byłoby chyba to wyliczyć, przy czym musiałby ich znać chociaż trochę lepiej, niż znał dotychczas. Bo znajomość z twarzy, a i nawet nie to do końca (sekundant Philipa był mu całkowicie obcy) było zawsze pewne. Pokiwał jednak tylko trochę głową na boki w odpowiedzi na to pytanie i uśmiechnął się. Byli przystojni. Odwagi im nie brakowało. Gotowi walczyć o swoją rację, dumę i honor rodziny. To wszystko składało się na bajkę o tych wielkich czarodziejach, którzy osiągali wszystko i mieli wszystko. Abstrakcyjną, rzecz jasna, ale każdy potrzebował jakichś ideałów. Laurent nawet uważał, że każdy potrzebował przy sobie kogoś, kto robił to, czym się zajmowałeś, lepiej od ciebie samego. To dzięki temu nie osiadałeś na laurach i przekonywałeś się, że zawsze można przekraczać swoje limity i dążyć do tego, żeby być lepszym. Chociażby po to, żeby tej drugiej osobie dorównać. Laurent nie miał najlepszego mniemania o Lorettcie. W zasadzie to miał o niej całkiem kiepskie mniemanie, szczególnie, że znał tę historię (tego wydarzenia) z drugiej perspektywy. I też wątpił, żeby ten pojedynek o honor był naprawdę potrzebny... choć Philip swoje za uszami na pewno miał. W zasadzie większość takich wydarzeń była dla blondyna zbędna, ale zdawał sobie sprawę z tego, że był w zdecydowanej mniejszości i pewnie inaczej by śpiewał, gdyby też mógł się popisywać swoimi umiejętnościami na ringu. Tym nie mniej, na szczęście, bardziej niż skupiać się na Lorettcie wolał na Louvainie. I nie było nawet o to trudno, z tym, bo przyciągał wzrok. - Dziękuję. - Zwrócił się do niego na otrzymany komplement. - Z tak piękną kobietą przy boku ciężko prezentować się jakkolwiek gorzej. - Ach, ach, posmarowane dla Victorii, ale tej Królowej Nocy nigdy akurat komplementów nie szczędził. Nie to, żeby je szczędził ogólnie. - I tak nic i nikt nie odwróci dzisiejszego wieczoru od ciebie, Louvainie i Atreusa. - Szczególnie wzroku dziewcząt. I co? Jak tu nie być zazdrosnym? Phi... - Dobry wieczór, Stanleyu. - Albo może już bracie krwi, z którym połączyło mnie wspólne samobójstwo? Teraz to już w zasadzie tak. - A teraz przepraszam na moment. Idę na przeszpiegi. - Tak zwane "kto wie, ten wie", że Laurent to był jak taki słodki, mały kotek, puchaty i niegroźny, którego nic tylko wziąć na kolanka. I potem już nawet nie mogłeś się podnieść, no bo jak, skoro kotek spał? Tak się właśnie usidlało ludzi. Skinął do Victorii, która zostawała w zdecydowanie dobrych rękach osób znanych i rodziny, a sam skierował się ku Philipowi. - Philipie. - Zwrócił na niego swoją uwagę, uśmiechając się czarująco. - Dobry wieczór. - Tutaj już zwrócił się tak do Philipa tak i osób mu towarzyszących. Choociaż jego wzrok na dłuższy moment przyciągnął Bell. Ale to tylko na parę chwil, bo zaraz znów płynnie przechodził od jednego pana do drugiego. - Obiecałem zrobić przeszpiegi w obozie przeciwnym do Louvaina, więc oto jestem. - Zażartował, choć żeby ten żart czasem nie został odebrany źle przez towarzystwo to dodał płynnie zaraz po tym: - Dziękuję za zaproszenie, Philipie. Czuję się zaszczycony. - Tylko w zasadzie dlaczego musiało mu, z tego co widział, przypaść miejsce koło Vakela? I nie to, żeby coś było nie tak z samym mężczyzną, skądże znowu. Natomiast świadomość, że Edward Prewett zwariował i zaczął wysyłać listy na prawo i lewo (nie ma to jak troska ojca o syna, co?), tak i do niego ten list trafił... miał szczerą nadzieję, że ten list po prostu zaginął gdzieś w stosie wiadomości, wiatr go porwał, albo tajemniczo zniknął. I pozostanie jedną wielką niewiadomą, o co chodziło i chodzić może. - Chciałem jedynie życzyć powodzenia w pojedynku, nie wypada mi zostawiać towarzyszki na dłużej. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Bellatrix Black - 25.09.2023 Sala powoli zaczynała się zapełniać najbardziej znanymi czarodziejami. Lou postarał się o to, aby pojawiło się tu wiele sławnych osobowości. Widać, że było to dla niego wazne wydarzenie. Trixie również skinęła na przywitanie do Laruenca swojego kuzyna i pomachała z entuzjazmem do jego synka. Dobrze było widzieć ich przyszłą nadzieję wśród tak wielu znanych twarzy. W końcu to kolejne pokolenia będą dbały o to, aby ich świat nadal był opowiednio uporządkowany. Wierzyła w to, że kuzyn uczy chłopca tego, gdzie wśród czarodziejów jest miejsce czystokrwistych - na piedestale z dala od szlam. Serce rosło, gdy widziała to maleństwo pośród innych. - Nie wiem dlaczego Rabastan, nic ci przecież nie brakuje. - Odpowiedziała jeszcze swojemu towarzyszowi. Starała się zrozumieć dlaczego tak bardzo lubi chować się w cieniu innych. Pochodził z odpowiedniej rodziny, posiadał nienaganne maniery, wyglądał też całkiem dobrze, a często gdzieś znikał. Nie chciał lawirować między innymi interesującymi osobami. Taką już najwyraźniej po prostu miał naturę. Uśmiechnęła się słysząc jego kolejny komentarz. Wcale nie uważała go za lenia, za każdym razem, gdy go potrzebowała stał tuż obok niej, nigdy nie odmówił jej przysługi. Nie był więc takim stuprocentowym leniem w oczach panny Black. - Ogromna strata, że Rudolf nie mógł być tutaj z nami. - Wypadało się do tego odnieść, chociaż tak naprawdę to nawet jej to było na rękę. Mogła się zająć sobą, nie musiała zabawiać swojego narzeczonego. - Wydaje mi się, że większe wrażenie robi pokazanie prawdziwej siły. Takie latanie na miotłach, każdy głupi mógłby się tak ścigać, a tutaj będą latały zaklęcia, ktoś może faktycznie oberwać, chciałabym, żeby polała się krew. - Na chwilę się rozmarzyła. Bellatrix przyjemność sprawiało patrzenie na to, jak inni robią sobię krzywdę, niemal tak samo ogromną, jak to, kiedy ona mogła robić to własnymi rękoma. - Tak właśnie myślałam, że to Edgar. Wydaje mi się, że mignął mi przy wejściu. - Żaden inny ptak nie wyglądał jakby na kogoś czekał. Nie dało się go pomylić. - Moje siostry? Udają, że są bardzo zapracowane, jak zawsze. Średnio w to wierzę, ale dzisiaj to mi, jak zawsze przypadło reprezentowanie naszej rodziny. - W ustach Belli brzmiało to jak powód do dumy. Wtedy podszedł do nich kuzyn. Kiedy Bella zobaczyła Lou uśmiechnęła się od ucha do ucha. Dobrze wyglądał, jak zawsze zresztą. - Dziękuję Lou, prawdziwy z ciebie dżentelmen, jak zawsze. Obij mu ryj, proszę cię. - Rzuciła jeszcze szybko, nim Lestrange od nich odszedł, aby przywitać kolejnych gości. - Ciekawa jestem Rabi, ile to potrwa, jak myślisz? - Miała nadzieję, że kuzyn bardzo szybko poradzi sobie z tym całym Nottem. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Severine Crouch - 25.09.2023 Honorowe pojedynki jawiły jej się jako pozostałości po czasach, gdy królował patriarchat (cóż, w środowisku, z którego pochodziła niewiele się zmieniło w ciągu ostatnich dekad), a kobiety spychano do roli inwentarza. Nie była też zwolenniczką przemocy - na pewno nie fizycznej, ale to dlatego, że sama była raczej krucha i nie miała szans w bezpośrednich starciach - lecz kiedy dowiedziała się, że powodem pojedynku jest Loretta, musiała zrewidować swoje poglądy. W końcu sama najchętniej biłaby po tym głupim ryju każdego z jej eks i patrzyła, czy równo puchnie; zwyczajnie nie wypadało jej o tym mówić głośno. Rankiem zatrzymała ją pilna sprawa służbowa (syn jednego z jej klientów użył magii poza szkołą), dlatego też na miejscu zjawiła się nieco spóźniona, nieco rozczochrana (efekt paskudnego nawyku przeczesywania włosów palcami, gdy jest zirytowana, a tego dnia irytowała się dość intensywnie), za to rozpromieniona - niewątpliwie za sprawą kobiety, która czekała na nią przed wejściem. — Przepraszam za spóźnienie, Jane — przywitała ją z uśmiechem, po czym wyciągnęła zza pleców maleńki bukiecik lawendy, który wręczyła pannie Potter — Przyjmij proszę ten drobny podarek jako dowód mej skruchy. Chciała jej powiedzieć coś więcej; że wygląda oszałamiająco pięknie, że stale myślała o niej od ich ostatniego spotkania, czy wreszcie, jak bardzo cieszy się z tego, że zgodziła się jej towarzyszyć. Słowa jednak ugrzęzły jej w gardle i nie były w stanie wyrwać się spomiędzy warg - została tylko lawenda i jej ukryte znaczenie. — Gotowa? — zapytała Severine, podsuwając Jane swoje ramię. Miała na sobie szary męski garnitur, poprawiany przez krawcową, by pasował do jej sylwetki, choć wcale tych poprawek nie było tak wiele. Znalazłszy się w strefie czarodziejów, którzy nie wiedzieli, co zrobić ze swoimi pieniędzmi w jej oczy natychmiast rzucił się bar. Zanim jednak skierowała swe kroki ku studni rozkosznego zamroczenia, rozejrzała się w poszukiwaniu Louvaina, a gdy natrafiła na doskonale znaną jej sylwetkę, posłała mu serdeczny uśmiech. Nie chciała do niego podchodzić - nie, gdy był zajęty rozmową z kimś innym. — Napijesz się czegoś, Jane? — zwróciła się do swojej towarzyszki. @Jane Potter @Louvain Lestrange RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Erik Longbottom - 25.09.2023 — To nawet urocze, że sądzisz, że sama moja obecność tutaj kogokolwiek powstrzyma — skomentował, uśmiechając się pod nosem. — Gdyby w obecności Brygadzistów i Aurorów napaści i przestępstwa przestawały się dziać, to żylibyśmy dzisiaj w dużo spokojniejszym świecie. — Zamilkł na dłuższą chwilę, orientując się, że nie były to raczej słowa, które chciał usłyszeć Nott. — Ale tak, będę wypatrywał niebezpieczeństwa. Tak na wszelki wypadek. Młody Lestrange ma pewnie bardzo podobną strategię, pomyślał przelotnie. Trudno było o coś prostszego. Obrona i atak. Atak i obrona. Może Erik za bardzo przywykł do tego, jak wyglądała prawdziwa walka? Na otwartym polu nikt nie przejmował się standardami klubu pojedynków, czy grą fair-play. Każdy chwyt był dozwolony, zwłaszcza jeśli w grę wchodziła ochrona własnego zdrowia i życia. W takich chwilach jakiekolwiek konwenanse pojedynkowe schodziły na dalszy plan, ustępując miejsca instynktowi i kreatywności czarodziejów. A wtedy sytuacja stawała się dużo bardziej niepewna. — Kto wie, może Louvain wypije wystarczająco dużo szampana, że zwali się z areny po pierwszej rundzie — mruknął Erik. Osobiście wolał nie sięgać po żadne napitki, dopóki była szansa, że będzie musiał wkroczyć do działania. Gawiedź pewnie byłaby uradowana, gdyby dwójka czystokrwistych czarodziejów zaczęła się po pijanemu tłuc przed publicznością, jednak akurat Longbottom nie miał w planach urzeczywistnić tych fantazji. — Najlepiej znasz swoje możliwości, Philipie. Oby wyszło dziś na twoje. Błądził wzrokiem po widowni, jednak dalej nie był w stanie wypatrzeć Malfoya. Żadnego. Wprawdzie wysłał Elliotowi osobiste zaproszenie, jednak podejrzewał, że Eden również może się tutaj zjawić. Bądź co bądź, ten spór też jej pośrednio dotyczył. William wywodził się od Lestrange'ów. Na pewno miał jakąś opinię na temat pojedynku Louvaina z Philipem. W każdym razie Erik z niejakim zaniepokojeniem odnotował fakt, że wśród widowni nie dostrzegł blond czupryn swych ulubionych arystokratów. — I dobrze obstawiasz — przyznał, potwierdzając dodatkowo przypuszczenia Philipa skinieniem głowy. — Grałem przez kilka lat na pozycji obrońcy w Gryffindorze. — Oczy mu na moment rozbłysły, gdy zalała go fala wspomnień ze szkolnych treningów. — Nie zazdroszczę. Szkolne rozgrywki to jedno, ale na prawdziwym boisku musi być jeszcze bardziej zaciekle. Poza tym, większa konkurencja, to i większa presja. Chociaż w czasie nauki w Hogwarcie zdarzało mu się mimowolnie fantazjować, co by było, gdyby udało mu się przebić do ligi, tak obecnie nie miał złudzeń, że nie nadawałby się do takiego życia. Gdy był jeszcze nastolatkiem, sport był jedynie hobby. W ostateczności wizytówką, która mogłaby pomóc mu w podniesieniu własnego statusu, gdyby, Gryffindorowi udałoby się zdobyć puchar w danym roku. Ale przekuć codzienne zainteresowania w pracę? To byłoby na swój sposób straszne. Czy poza paroma relacjami ze znajomymi z drużyny i kilkoma trikami zostało w nim coś z gracza quidditcha? Cóż, latanie na miotle nie sprawiało mu problemów, czy to w ramach zwykłego podróżowania, czy bardziej... angażujących aktywności pokroju podniebnego pościgu w ramach pełnienia obowiązków służbowych. Prawda była taka, że nie miał za bardzo okazji do tego, aby podtrzymywać to hobby, nie licząc paru rozgrywek z krewniakami czy sąsiadami, które były iście podwórkowe. Zmarszczył brwi, gdy do ich grona dopchał się nieznajomy mu chłopak. Automatycznie przesunął się nieco na przód, co by w razie potrzeby odgrodzić nieznajomego od Notta. Wolał nie doprowadzić do jakiejś scysji kolegi z natarczywym fanem lub wywrotowcem wysłanego przez Lestrange'a. Rysy twarzy Erika nieco złagodniały, gdy okazało się, że był to przyjaciel Philipa. — Miło poznać. — Wykrzywił kąciki ust w lekkim uśmiechem, uważnie obserwując tłumek zebrany za Dupontem. Skoro miał mieć oczy dookoła głowy, to na tą chwilę powinien zwrócić uwagę na gości. Louvain i Atreus byli pewnie równie mocno zajęci witaniem swoich gości, co i oni. — Znacie się ze szkoły? Zerknął kątem oka na Bellamy'ego, jakby próbował dopasować jego twarz do jakiegoś wydarzenia. Wydawał mu się zupełnie obcy, ale czy faktycznie musiał taki być? Jeśli pracował w Ministerstwie Magii, to była całkiem spora szansa, że ich ścieżki już się kiedyś przecięły. A jeszcze większa, jeśli chłopak wylądował na którymś z bankietów dla czarodziejów czystej krwi. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Rabastan Lestrange - 25.09.2023 — Teraz jak o tym wspominasz, to faktycznie... Krew dodałaby nieco dramaturgii tej ich kłótni. — Uśmiechnął się rozweselony. — Może następnym razem powinni im dać zestaw noży i szabelek po pradziadkach. Zobaczylibyśmy, kto faktycznie zna się na rzeczy. Czy teraz zawsze to będzie tak wyglądać?, pomyślał z cichym westchnieniem. Myślałby kto, że ludzie o ich statucie nie powinni mieć problemu z tym, aby w ogóle na siebie wpaść. Ich pokolenie trzymało się razem w szkole, a Rabastan doceniał towarzystwo innych Ślizgonów. A mało było widoków równie fascynujących, co trzy siostry Black w jednym pokoju i to na oficjalnym wydarzeniu. Tęsknił za tym. — Też mamy taką nadzieję — dopowiedział po Bellatriks w kierunku Louvaina. — Oby dłoń ci nie drżała przy celowaniu, kuzynie. Skinął mu głową, gdy odchodził. Nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widział kuzyna w akcji, toteż nie miał nic przeciwko temu, aby ujrzeć pojedynek z bliska. Kto wie, może nawet się czegoś się od niego nauczy? Oczywiście, potrafił korzystać z podstawowych dziedzin magii, jednak do mistrza pojedynków było mu bardzo, ale to bardzo daleko. Na pytanie panny Black, wzruszył sztywno ramionami. — Krótko — odparł z pewnością siebie, która zaskoczyła nawet jego samego. — Ldzie nie będą się tu kisić do czwartej nad ranem. Za godzinę nikogo tutaj nie będzie. Lou będzie świętował w najbliższym lokalu, a tymczasem Nott wymyślał do rana, jaki komunikat przekazać Prorokowi Codziennemu. Rabastan nie miał nic wspólnego ze Srebrnymi Różdżkami, szkolnymi klubami pojedynków i innymi organizacjami zrzeszającymi ludzi, którym zawsze było chętnie do bitki. Zajmował się jednak pracą z mediami głównego nurtu, więc wiedział co nieco o tym, jak niektóre wydarzenia wyglądają od kuchni. Chociaż wystrój hali cieszył oko, tak Lestrange'owi ciężko było sobie wyobrazić, aby miało tutaj dojść do imprezy z okazji wygranej kuzyna. — A czemu pytasz? Spieszno ci dziś gdzieś? — Obrzucił przyjaciółkę uważnym spojrzeniem. Gdzieś z tyłu głowy błądziła mu myśl, że być może pojawiła się tutaj jedynie symbolicznie. Brak sióstr, brat rodziców, brak Rudolfa... Równie dobrze mogła mieć inne plany na tę noc. Nieco bardziej niegodziwe. RE: [26 lipca 1972] Honorowy pojedynek | Strefa VIP-ów - Bell Dupont - 26.09.2023 Obdarzył obu mężczyzn lekkim, lecz nieco wymuszonym uśmiechem. Przebywanie wśród ludzi, jak również ogólne kontakty z nimi, nie należały do ulubionych zajęć Bellamy’ego. Nic więc dziwnego, że w całej tej sytuacji czuł się odrobinę niekomfortowo, stąd też wynikały jego wszelkie objawy zakłopotania, które osoby postronne mogłyby odebrać jako objawy niechęci. Miał nadzieję, że w okolicy pojawi się jakiś alkohol, który pomógłby mu chociaż odrobinę się rozluźnić. Z drugiej jednak strony nie chciał przesadzać, a wiedział, że miał do tego skłonności. Na szczęście na pojedynkach znał się już nieco lepiej niż na grze w quidditcha, więc zapewne mógł czerpać z tego znacznie większą przyjemność. Sam co prawda brał udział w dość skromnej ilości, gdyż w związku na swoją przypadłość, nie mógł pozwalać sobie na to, by szargały nim emocje. A podczas pojedynków emocje lubiły sięgać zenitu. – Mnie również – odpowiedział Erikowi. Kojarzył jego osobę, jego nazwisko oczywiście znał bardzo dobrze, bo ciężko było nie znać jeśli samemu obracało się w podobnym gronie. Z całą pewnością spotkali się kilka razy, jednak nie mieli nigdy okazji się poznać. – Nie, nie, uczyłem się w Akademii Beauxbatons, a poznaliśmy się na jednym z przyjęć, na którym byliśmy – wyjaśnił szybko. Cóż, może okoliczności poznania Bella i Philipa nie nadawały się na emocjonującą i ciekawą opowieść, ale mu to nie przeszkadzało. – Jestem za to ciekaw okoliczności waszego poznania, na pewno były bardziej interesujące – zagaił. Oczywiście uważał, że ta dwójka musiała mieć ze sobą znacznie ciekawszą historię, w końcu obaj byli dość intrygującymi ludźmi. A przynajmniej biorąc pod uwagę to, czego zdążył się o nich dowiedzieć. – Wypada mi jeszcze podziękować za zaproszenie – powiedział, zwracając się już w stronę swojego przyjaciela. Nie znali się wyjątkowo długo, ale uważał, że zdążyli poznać się już dość dobrze. Philip z pewnością zdawał sobie sprawę z tego, że Bell nie jest wielkim fanem spotkań towarzyskich, które odbywały się w tak licznym gronie, więc nie musiał wysyłać zaproszeń. Uczynek ten był jednak wyjątkowo miły. Pogawędkę i wymianę uprzejmości przerwało jednak pojawienie się Laurenta. Bell uśmiechnął się lekko na jego widok. Z nim również poznał się nie tak dawno temu, jednak od tamtego czasu zdarzało im się zamienić kilka słów podczas różnych spotkań. |