![]() |
|
[17.06.1972] This is a man's world - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [17.06.1972] This is a man's world (/showthread.php?tid=2007) |
RE: [17.06.1972] This is a man's world - Edward Prewett - 22.10.2023 Znałem smak tych przeklętych łez aż za dobrze. Gorzkie, sprawiające, że człowiek czuł się opuchnięty na twarzy, wyprany ze wszelkich nadziei, właśnie beznadziejny, opuszczony, najgorszy. Powiedziałbym, że Laurent miał szczęście, że mógł dać upust emocjom, rozpłakać się, potuptać nogą i wykrzyczeć wszelkie żale, ale nie schlebiałbym temu, przynajmniej nie w innym towarzystwie, bo przy mnie mógł być sobą, co pragnąłem mu wyperswadować, ale nie działało. Najwyraźniej musiałem mu pokazać, że byłem z nim w najmroczniejszych momentach jego duszy by w końcu przejrzał na oczy, że byłem do cholery jego ojcem. - Zgrzebku, teleportuj się - rzuciłem w przestrzeń powietrzną. Wiedziałem, że Laurent stał pod drzwiami i się łamał, ale nie byłem w stanie drgnąć, wstać i mu pomóc. Obawiałem się, że nie skończyłoby się to dobrze, więc niby to trwałem niewzruszony na swoim tronie, królewskim niemalże, i zajmowałem się tym przeklętym listem, chociaż tak naprawdę go nie widziałem. Naprawdę kochałem Zofię, naprawdę kochałem Laurenta. Może nawet bardziej niż jego rodzicielkę, gdyż był moim synem. Takim podobnym do mnie, popełniającym może podobne błędy, ale moim synem. Miał też wiele z Zofii i dosyć często mi o niej przypominał, co momentami było bolesne, ale cieszyłem się, że jej skrawek uchował się w nim. Nie to jednakże najbardziej doceniałem w jego egzystencji, nie był mi pamiątką, tylko moim zagubionym dzieciakiem. - Zgrzebku, odstaw tacę na moim biurku i pomóż Laurentowi usiąść w fotelu, a potem posprzątaj... Tusz mi spadł. Nie potrzebuję nowego. Potem to uzupełnisz - rozkazałem skrzatowi rzeczowo, wbijając w niego spojrzenie, a później w Laurenta. Choć pragnąłem być ostry i chłodny, to jednak pojawiła się niepozornie spora odrobina czułości w moim spojrzeniu, a też smutku i zmartwienia. Nie mogłem być jednakże zbyt miękki. Odłożyłem list, przesunąłem pergamin, sięgając po herbatę. Sam się obsłużyłem, próbując zebrać myśli. - Skoro nie chcesz mówić o Pandorze, to mów o sobie, synu - odparłem, przerywając zabawę z filiżanką by wbić w niego spojrzenie brązowych oczu. Zapewne już z powrotem znajdował się w fotelu. - Powiedz mi, proszę, kiedy zasugerowałem, że Pandora jest od ciebie ważniejsza...? Nie jesteś moim przedmiotem, zastępstwem czy pamiątką. Jesteś moim synem... Nie mam pojęcia, skąd te wątpliwości - dodałem od siebie, po czym skinąłem jeszcze palcem na skrzata. - Jak skończysz, podrzuć ciepły koc dla panicza Prewetta. - Nawet ładnie poprosiłem, już nie protekcjonalnie. Umyślnie użyłem nazwiska, które przekazałem Laurentowi. Powinien być świadom tego, że bękarty nie dostawały nazwisk ojców, że ojcowie się do nich nie przyznawali, a tu... O! Niespodzianka! I to wszystko dlatego by się bawić moją nową zabawkę, przedmiotem, zastępstwem po kochance i... jak to? Pamiątką! Aż mi się wszystko w środku wywracało ponownie. Plus był taki, że jednak syn wrócił do mnie dokończyć naszą rozmowę. Dokończyłem nalewanie herbatki sobie i Laurentowi, więc jeśli miał życzenie, o ile w ogóle miał ochotę, to mógł się poczęstować. Nawet zacząłem się zastanawiać, czy mu magią podać filiżankę, ale obawiałem się, że mogłaby jej zawartość wylądować na mojej twarzy. Może lepiej niech jeszcze chwilę przestygnie. RE: [17.06.1972] This is a man's world - Laurent Prewett - 22.10.2023 Wydawał się chyba bardzo niewdzięcznym synem, co? Kiedy mijały takie chwile zawsze sobie to wyrzucał. Że jest bardzo niedobrym synem, że się nie sprawdza, że powinien bardziej doceniać to, co ma i co dostał od Edwarda, że powinien go bardziej szanować i być bardziej posłuszny. Że jeśli nawet zrobi coś, z czego ojciec byłby dumny to zostanie to zaraz po tym uduszone i zgniecione przez jakąś z jego porażek, którąś z kolei, bo nie był tak doskonały, jak powinien być. Tak strasznie się starał... Chyba problem polegał na tym, że aż za bardzo, co? BO nie istnieją ludzie idealni, a ojcowska miłość może i chciała spoglądać na wznoszącą się latorośl, ale chciała spoglądać na niego całego. Dziecko, które wymknęło się już z domu, bo dorosło i prowadziło swoje życie. Chciał być jego częścią. Tak, Laurent tak sobie to powtarzał... a potem jego mózg produkował wszystkie te pełne niepewności myśli. Spoglądał na wspaniałą Pandorę, taką podziwianą i uwielbianą, która zawsze była przesuwana na pierwsze miejsce i czuł żal. Zazdrość. Gorycz. Kochał siostrę. Kochał Pandorę i dałby jej wszystko. Ale... tak bardzo chciał być na jej miejscu. Miejscu dziewczyny, którą kocha matka, ojciec i której czysta krew wyznaczała wartość dla tej rodziny i dla świata. Nie ważne, co by sam zrobił zawsze będzie przybłędą z jakiegoś bocznego romansu i tego już nie zmieni. Nie ważne, jak bardzo się stara, nie będzie taki zdecydowany, twardy i niewzruszony jak Edward. Zawsze więc będzie coś nie tak. On będzie nie taki, jak powinien. - Nie chcę... chcę stąd wyjść... proszę, ojcze... chcę wyjść... - Płakał rzewnie i zsunął się w dół plecami po tych drzwiach. Odsunął się od skrzata jak spanikowane zwierzę, które nie chciało, żeby ktokolwiek go dotykał, więc może to i lepiej, że Edward nie wstał. Może zrobiłoby się tutaj naprawdę bardziej nieprzyjemnie. Bo chociaż Laurent często zaczynał zachowywać się nerwowo przy ojcu, choć potrafił płakać, to czegoś takiego, takiej... sceny, jakby to niektórzy określili jeszcze nie było. Takiej histerii, takiego ryku. Takiego napadu paniki, który szarpał jego klatką piersiową i czuł się już na tyle słabo, że podparł się ręką podłogi, bo brakowało mu tlenu. Pochylił się nieco do przodu, tak jak instruowała go Victoria, żeby spróbować nad tym oddychaniem zapanować. Na tej podłodze. Pod drzwiami. Chcąc uciec, ale nie potrafiąc wygrać z tymi słowami. Bojąc się wykluczenia i ojcowskiej złości. - Nie chcę... proszę... - To nie tak, że nie chciał mu w ogóle mówić czegokolwiek... chciał. Chciał mu opowiedzieć bardzo dużo rzeczy, chciał... chciał mu opowiedzieć wszystko. Pokazać. Podzielić się. Chciał w nim znaleźć oparcie i chciał być doceniony i zaakceptowany ze wszystkim, co miał do powiedzenia. Teraz jednak jedyne, czego chciał to znaleźć się w bezpiecznym kącie własnego domu albo u Florence, żeby w końcu móc oddychać i poczuć się bezpiecznie. Umysł mu wirował i był napchany tylko jedną potrzebą - ukrycia się. Skulił się pod tymi drzwiami, podciągnął nogi pod klatkę piersiową i zaplótł na nich ręce, chowając w nich twarz. Płacz, bo nawet nie szloch, trwał dalej, nawet kiedy koc opadł na jego ramiona. Wtedy przynajmniej uniósł wycieńczoną twarz i okrył się nim bardziej, owijając wokół siebie. Trzęsącymi się jak galareta dłońmi sięgnął po pudełeczko do kieszeni. Wyjął czekoladkę i wsadził do buzi, choć reszta pudełka poleciała na podłogę z tąpnięciem. Nawet nie próbował ich teraz zbierać. Czekolada w jego ustach mieszała się z solą łez. RE: [17.06.1972] This is a man's world - Edward Prewett - 27.10.2023 Przełknąłem gulę w gardle. Tak bardzo nie chciałem by Laurent cierpiał, nie chciałem by płakał, wpadał w kolejną panikę, ale... wierzyłem, ba!, ja to wiedziałem, że kiedy przez to przejdzie, kiedy tylko spadnie na dno, wydrze z siebie to wszystko, co mu ciążyło i się uspokoi na koniec, to będzie mu lżej. Może magipsychiatrą nie byłem, ale swoje w życiu widziałem i czasami dobrze było się wypłakać, zgnoić totalnie by potem poczuć się lżej. To trochę jak z ta burzą. Tak, jak z ta burzą. Siedziałem, popijając herbatę. Kontrolnie zerkałem na Laurenta by przypadkiem sobie nic nie zrobił. Skrzat stał nad nim bezradnie, więc machnąłem mu ręką by za przestał, a ja z kolei pognałem go po tusz, bo najwyraźniej mieliśmy mieć z Laurentem nieco dłuższe spotkanie, a zanim się ogarnie zapewne miało minąć setki kolejnych minut, które były mi na wagę złota. Jak nie zapanuję nad raportami i listami, jutro będę miał drugie tyle. - Nigdzie nie wyjdziesz, Laurencie, póki na to nie pozwolę. Na daną chwilę możesz zapomnieć o błaganiach... Nie usłyszałem od ciebie odpowiedzi - odparłem na jego jęki, a też przypomniałem o swoim istnieniu i o istnieniu moich pytań, które zawisły bez odpowiedzi. - Dlaczego uważasz, że jesteś gorszy od Pandory? Skąd ta panika? Ten płacz? Czy ja robię ci coś złego, synu? - zapytałem, przesuwając się na prewettowskim tronie tak by widzieć go w pełnej krasie. W jednej ręce trzymałem spodek, a w drugiej filiżankę. Zdawałem się mieć czas, więc Laurent mógł się dowoli wypłakać, zjeść te czekoladki, nawet z podłogi, skoro preferował jedzenie z niej. Tak się zastanawiałem, nie potrafiłem znaleźć momentu w naszej na pozór spokojnej rozmowie, w której ten cały spokój runął jak domek z kart. - Jeśli potrzebujesz czasu dla siebie, to moja propozycja ze wschodnią wieżą jest jak najbardziej aktualna... Tylko na koniec pobytu w niej oczekuję dojrzałej rozmowy - odparłem już chłodno, popijając herbatkę. Cały drżał, zanosił się płaczem. Było mi go żal, ale w głowie mi się pojawiła myśl... czy to nie była jakaś manipulacja z jego strony? Może próbował uniknąć rozmowy, otwarcia się. Może tak naprawdę pragnął, bym machnął na wszystko ręką i jeszcze dał mu pokrzepiającego całusa na do widzenia? Cokolwiek to nie było, nie mogło tak być. Potrzebowałem wydrzeć prawdę z jego głowy. RE: [17.06.1972] This is a man's world - Laurent Prewett - 27.10.2023 Nigdzie nie wyjdziesz. Zakrztusił się prawie tą czekoladką, wierząc święcie, że ona mu pomoże, tak tu i teraz, chociaż wystarczyłoby wstać i otworzyć te drzwi. Jeśli stąd wyjdziesz... Słowa miały moc. Za dużo mocy. Jeśli stąd wyjdzie to co? Naprawdę spełni groźbę - zamknie go w jednym z pokoi? Czy może jeśli stąd wyjdzie to stanie się coś gorszego niż kilka dni siedzenia z dala od kochanego szumu morza, usychania jak kanarek w złotej klatce? Rozkaz, by zwracać się do niego już tylko per ojcze grzmiał nad nim. Tak, to rzeczywiście były prawdziwe burzowe chmury. Wszystko było ciemne. Było przyjemne, letnie popołudnie, a tymczasem świat Laurenta był ciemny i rozmazany przez łzy. Sądził, że już nie miał na nie sił. Że już ta ściśnięta okropnie klatka piersiowa, przez którą każdy wdech był bolesny, nie zdobędzie się na kolejny szloch. Na szloch może się nie zdobyła, ale ta słona woda znowu mocniej popłynęła po jego policzkach, wypływając z zaczerwienionych oczu, gdy tak kulił się pod tymi drzwiami. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Nie wiedział, co mówić. Nie wiedział, gdzie podziać ręce. Tylko skupiał się na oddychaniu. Próbował oddychać, żeby nie zrobić sobie krzywdy. rozchylił usta, żeby wydobyć z siebie dźwięk, ale nic z nich nie wypływało. Żadna głoska. Dławił się tym płaczem i struny głosowe nie chciały nadążyć za oddychaniem. Zamknął je więc, skupiając myśli i wolę na tym, żeby odpowiedzieć. Jeśli odpowiem przestanie być zły. Chciał tylko... trochę czułości. Delikatności. Akceptacji. Nawet nie zrozumienia - wiedział, że ojciec ma trochę inne wartości i zrozumienie dla niego tego wrażliwego i kruchego świata, z jakiego był zbudowany byłoby trudne, a może nawet niemożliwe. Dlatego chciał tylko trochę akceptacji. Chociaż odrobinkę... Zamiast tego było ponowienie propozycji, że może tu zostać nawet i na tydzień czy dwa. Żeby przemyślał swoje zachowanie wobec ojca - nie zostało to powiedziane, ale przecież to rozumiało się samo przez siebie, skoro na końcu i tak mieli wrócić do tej rozmowy. - J...j...j-j...a... - Nie potrafił. Naprawdę po prostu nie potrafił. Kiedy już udało mu się wydukać to słowo to znowu zadławił się wręcz płaczem i powietrzem. Zsunął się bardziej na tych drzwiach. Przechyliło go trochę bardziej na bok i podparł się instynktownie na przedramieniu. Ciało jak z ołowiu przepływało samo z kąta w kąt, tak jak już nawet nie do końca kontrolował ruchu swojej głowy. Nie. Mógł. Oddychać. Przesunął ręką po panelach, przesuwając te śliczne pralinki, które dostał od Victorii w morskie motywy i wzory, gniotąc jedną z karteluszek, która była zaproszeniem do opery na The Flower Girl - coś, co musiało się spodobać Edwardowi Prewettowi kochającemu egzotykę. Koreańska opera zaś nie trafiała się tutaj często. Taki to był właśnie plan - pójść z nim. Wybrać się, skoro mogli spędzić trochę czasu razem, w końcu jutro był dzień ojca. Chciał go zaprosić. Wraz z jednym z biletów na podłogę wyślizgnął się i zadzwonił złoty galeon, kiedy Laurent tak coraz bardziej przechylał się do tych paneli, wysuwając z kieszeni różdżkę. Przed oczami miał ten piękny moment, kiedy był dzieckiem i ojciec wziął go na ręce. Nie było bezpieczniejszego miejsca w tamtym momencie. Nie było lepszej chwili niż kiedy go pochwalił, że jest dumny i że jest jego synem. Że zadba o niego. Uniósł ją tak, jakby celował w samego Edwarda. Rozmazany obraz przed jego oczami, wirujący, zniekształcający się widział go ciągle takiego samego. Z jego różdżki wysunął się przejrzysty wąż, którego błękit rozjaśnił pomieszczenie. Ale zaraz je opuścił. Zniknął. Pojawił się przed Florence. - Gabinet Edwarda. Pomóż... - Wąż, słaby i niewyraźny rozpłynął się zanim dobrze dokończył wiadomość. [roll=Z] [roll=Z] RE: [17.06.1972] This is a man's world - Edward Prewett - 28.10.2023 Faktycznie było spokojne letnie popołudnie. Promienie słoneczne wpadały przez witraże w oknach i barwiły część biurka na kolorowo, część po prostu na jaśniejszy kolor. Można by rzec, że było pięknie, ale niestety miało się wrażenie, że wcale tak cudownie nie było. Że te grzmoty waliły jeden po drugim w towarzystwie chaotycznych błysnięć, że uciążliwie lało, padało usilnie, ulewa totalna, że wiatr porywał wszystko, co stanęło na jego drodze. A byliśmy tylko w moim gabinecie. Całkiem spore miejsce, więc dzieliło nas naście metrów, a jednak... czułem się, jakbym stał nad nim bezradnie i się zastanawiał, czy to był jeszcze mój syn, czy nie. Rozmowa z ojcem - albo nie-ojcem - sprawiała, że popadał w panikę, w rozpacz, a sceny tak dramatyczne, że aż teatralne. Stąd musiały się brać te moje myśli o rzekomej zdradzie, o manipulacjach. Wiedziałem, że Lorek był wrażliwy, ale nie sądziłem, że mógłby aż tak... Ale niezależnie od tego, co na rzeczy było, nie mogłem mu pobłażać całe życie. Powinien być twardym chłopakiem, przygotowanym na ciosy z każdej strony. Szczególnie, kiedy polował na niego morderca. Powinien w tym czasie być niepowtarzalnie silnym, niezłomnym młodym człowiekiem, a w zamian tego oglądałem go właśnie takiego małego i żałosnego na podłodze swojego własnego gabinetu. I choć ojcowska miłość wyrywała się do przodu by go pochwycić i przytulić, to w praktyce nie ruszyłem się nawet o milimetr. Jedynie nieznacznie drgnąłem, kiedy wycelował w moją stronę różdżkę. Wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem, co też roiło się w jego głowie, co za demony się w niej kryły. Widziałem węża, który wysunął się z niemrawego światła na końcu różdżki Laurenta... Zniknął w pewnym momencie, rozpuścił się w powietrzu, zostawiając nas samych. Czyżby Laurent przesyłał komuś wiadomość. Pandorze? Ostrzegawczą? Czy może błagalną? Cóż, niezależnie od tego, co to tam sobie było, odstawiłem herbatę na biurko. Filiżanka nieprzyjemnie zabrzęczała i niemalże się przewróciła. - Skąd w tobie ta skłonność, Laurencie, ta uciążliwa skłonność... wręcz rozpaczliwa niechęć do odpowiadania na proste pytania. Powiedz mi, co ci ciąży? Co się dzieje? Pozwól mi to zrozumieć, na merlińską świętość! - zacząłem, próbując być delikatnym, ale pod koniec niestety znowuż podniosłem głos. Byłem niecierpliwy w takich sytuacjach. Chciałem rozwiązywać problemy, a nie godzinami czekać na zapoznanie się z ich naturą. Czemu nie mógł mi niczego powiedzieć? Mielibyśmy wszystko z głowy. Wbiłem palce swoich dłoni w elegancko obite podłokietniki, jakbym chciał wstać ze swojego miejsca, ale nie robiłem tego. Próbowałem się ponownie uspokoić, zanim zrobię kolejny krok. Zachowanie mojego syna wołało o pomstę do nieba. Zamiast się uspokoić, on jedynie bardziej się nakręcał i jeszcze śmiał wplątywać w to osoby trzecie, a nie stawić temu czoła na własnych siłach... przy moim wsparciu. Aż tak mną gardził? Cóż, w ten sposób to ja się raczej nie uspokoję. Trzeba było obrać inną strategię, więc ponownie zapadałem się w tronie. Położyłem grzecznie dłonie na podłokietnikach i czekałem. Tak, będę czekał, ile będzie trzeba. Zrobię to dla syna. Dla niego mi się uda. RE: [17.06.1972] This is a man's world - Florence Bulstrode - 28.10.2023 Jeszcze pięć minut wcześniej Florence Bulstrode przebywała w letnim domu rodziców na wsi i po tym, jak zjadła posiłek z najmłodszym bratem, popijała herbatę, spoglądając przez okno na czereśniowe drzewa. A potem przez to okno wskoczył znajomy wąż i wypowiedział trzy krótkie słowa, które sprawiły, że Florence z trzaskiem odstawiła filiżankę na parapet – tak mocno, że denko pękło, choć już nie zwróciła na to uwagi – a potem, w tempie, w jakim poruszała się dotąd wyłącznie, kiedy ktoś krzyczał „uzdrowiciela!!!”, przemieściła się do najbliższego kominka, wołając tylko do skrzata, dokąd idzie. Do miejsca, które odwiedzała bardzo rzadko. Bo po pierwsze za nim nie przepadała. Po drugie, absolutnie wszyscy członkowie rodziny, od tego najmłodszego aż po najstarszego, wiedzieli, że Florence i Edwarda należy trzymać daleko od siebie. Ledwo moment później przemierzała korytarz posiadłości rodowej Prewettów, nie zwracając uwagi na tutejszego skrzata, który piszczał coś o tym, że musi ją zaanonsować. Zapowiedziała stanowczo, że zaanonsuje się sama. Niewysokie obcasy stukotały o posadzki, a poły błękitnej, długiej spódnicy, powiewały wokół nóg, gdy wędrowała tak szybko, jak tylko mogła, nie biegnąc. Nim otworzyła drzwi gabinetu, odruchowo poprawiła jeszcze warkocz, chociaż ten – jak właściwie zawsze – pozostawał ciasno spleciony i choćby jeden, kasztanowy włosek, nie ośmielił się z niego wyzwolić. Jak zwykle jej ubrania charakteryzowały się schludnością i tą prostą, nie rzucającą się w oczy elegancją kogoś, kto nie chciał ściągać uwagi, ale dbał o każdy element ubioru. Pod względem prezencji Florence w niczym nie przypominała Enid Prewett, kolorowej, czarującej, roześmianej i energicznej. Miała za to w sobie jej dumę, nieskończoną pewność siebie i niezłomny upór, dzięki którym ta zapewne wiele lat wcześniej poślubiła Percivala Bulstrode’a, nie pozostawiając przystojnemu aurorowi i jednej z najlepszych partii w Anglii wiele do powiedzenia w tym względzie. Florence miała zamiar wykorzystać je dziś w celu starcia, które będzie zapewne trudne jak to, które stoczyli aurorzy podczas Beltane. Pchnęła lekko drzwi gabinetu, bo nie należała do ludzi, którzy takie otwierają z hukiem. Dobrze się stało, bo gdyby otworzyła je z rozmachem, prawdopodobnie uderzyłaby Larenta… – Edwardzie. Jak miło cię widzieć – powiedziała, ledwo przekroczyła próg i spojrzenie jej chłodnych, niebieskich oczu przesunęło się po pomieszczeniu, szybko oceniając sytuację. Zmartwienie o Laurenta zmieszało się z nagłym wybuchem gniewu, kiedy połączyła wszystkie kropki. Rozpaczliwą wiadomość, brzmiącą tak, jakby właśnie ich tutaj mordowano, znikającego patronusa, trzęsącego się, zapłakanego kuzyna, który – jak od razu oceniła fachowym okiem uzdrowicielki – właśnie doznał ataku paniki. Florence przykucnęła przy młodzieńcu, tkwiącym przy drzwiach. Sięgnęła do jego szyi, chcąc sprawdzić puls, i skontrolować oddech. A także… patrząc w przód. Bo wobec swojego ojca chrzestnego i wuja zarazem Florence Bulstrode nie miała wielu oporów pod tym względem. [roll=Z] [roll=Z] RE: [17.06.1972] This is a man's world - Laurent Prewett - 28.10.2023 Właśnie dlatego, że gdzieś tam czaił się wielki, zły świat potrzebował objęć ojca. Właśnie dlatego, że tam czaiło się jakieś nieszczęście, błyszczał czyjś nóż, napinały się mięśnie zroszone już krwią. Jego własną krwią. Dlatego, że chodził teraz po tym świecie, uśmiechał się, nie mogąc być kimkolwiek wielkim to był chociaż kimś małym, ale prawdziwym, miłym i ciepłym. Tak, tam był morderca, a nawet i było więcej niebezpieczeństw, o jakich nawet Edward nie wiedział, albo które było ignorowane, bo przecież... ci, którzy wyznają czystą krew nie pójdą po tych, którzy czystość mają w żyłach, tak? Nawet jeśli byłeś jakąś dziwną mieszanką z inną krwią jak selkie. Ten zły świat go przerósł. Mimo wychodzenia mu naprzeciw i staraniom, żeby się prostować i żeby naśladować ojca uginał mu nogi. Gdyby nie eliksiry nasenne i pomoc Kaydena widziałby zamiast lustra dno własnej trumny. Nie, nikt nie wiedział, jakie to było trudne i jakim wielkim ciężarem potrafiło stawać się dla jego serca, kiedy tylko się zatrzymywał. Chciał, żeby Edward ujął to serce i je uniósł. Ale on spoglądał na niego i wzgardzał. Nie, to nie on wzgardzał, po prostu miał syna godnego pożałowania. Takiego, który nie wykazywał się siłą w obliczu zagrożenia. I cóż? Łzy płynęły w końcu mimo woli. Pewnie musiało się to robić nawet nudne, co, Edwardzie? Wszystko można przeczekać, jeśli tylko da się sobie samemu odpowiednią ilość czasu. Pewnie Laurent w końcu by się uspokoił, a może w końcu udusił przez panikę i brak zdolności do złapania odpowiedniej ilości tlenu przez płuca? Miłość potrafiła mieć okrutne oblicze. Kiedy ty tak bardzo chcesz lekkie tchnienie, a dostajesz w zamian mocne pchnięcie. Edwarrd chciał dojrzałe, silne wino cieszące oko głębokim kolorem i zapachem, a Laurent winem był słabym - wywietrzałym, zmieszanym z wodą. Do niczego się nie nadawał. Niewystarczająco dobry. Za słaby. Opuścił rękę z różdżką, spoglądając w swojego wielkiego boga na złocistym tronie. Tato... ja naprawdę próbuję... Wydawało mu się, że to jedna z ostatnich wielkich myśli, jakim mógł się poddać. Albo i nie? Pomóż mi... Wyjątkowo nie myślał o tym, czy sprawi komuś kłopoty, czy Edward nie będzie za bardzo zły, że błagał Florence o pomoc, że może pogorszyć sytuację. Potrzebował pomocy. Prawda była taka, że to nie o pomoc Florence prosiły jego oczy. Że tkwił na tej podłodze i przede wszystkim pragnął, żeby to ojcowskie ręce zostały po niego wyciągnięte. Ale on się nie ruszał. Świadomość Laurenta się rozpływała, a on tkwił tam i pozwalał mu tonąć - tak, wśród tych demonów. Albo właśnie przez nie. Łapały go za nogi - i ciągnęły. Te drzwi go w zasadzie przesunęły, kiedy Florence się pojawiła i wślizgnęła do pokoju, ale on to ledwo zarejestrował. Wyciągnął dłoń do Florence - bo jeśli ktoś miał mu pomóc oddychać, to tylko ona, tak? Opadła ona jednak zanim dobrze ją uniósł. Laurent już w zasadzie przelewał się przez ręce, nawet ledwo rozpoznawał ją w niej samej. Brak tlenu. Laurent już ledwo łapał powietrze w tej panice, w jakiej wpadł, a w której nie potrafił znaleźć pomocy i żadnego punktu oparcia. Było coś strasznego w tym, że własny ojciec mógł patrzeć, jak jego dziecko się dusi. Na szczęście tylko małe coś. Bo w końcu - to była miłość, czyż nie? RE: [17.06.1972] This is a man's world - Edward Prewett - 29.10.2023 Rozpacz mojego syna nie intrygowała mnie. Sprawiała, że rozpadałem się na kawałki, czułem się nader niekomfortowo w zaistniałej sytuacji, jednocześnie niemożebnie się irytując. Pragnąłem prostych odpowiedzi, a w odpowiedzi dostawałem rzewne łzy i drobne ataki paniki, rozpaczy, wszystkiego, co miękkie i nie na miejscu. Gotów byłbym z nim przez to przejść, bo ja również święty nie byłem i miałem swoje momenty w przeszłości, również przepełnione mrokiem, ale żeby jeszcze Laurent poprosił, żeby się ukorzył i choć trochę otworzył, ale on nie... Wpatrywał się we mnie, ale nic nie mówił, tylko błyszczał myślami w tych swoich zapłakanych oczach, z których, cóż, nie byłem w stanie wyczytać nic. Kiedy inni uczyli się legilimencji czy innych takich czarów, ja miałem inne sprawy na głowie, sprawy, którymi w tej chwili zajmowałem się nader doskonale. Myśli nie czytałem, ale biznesy trzymałem w mocnej, nieprzejednanej dłoni. Syna nie potrafiłem, bo się przelewał z tej dłoni niczym woda. Cóż, kiedy dało się słyszeć stukot butów za drzwiami, po drogim, elegancko wypastowanym parkiecie zamku, jasnym było, że przegrałem syna. Wolał inne wsparcie, inne ramię, inne oczy. Po co mu ojciec, skoro miał... Właśnie, kogo tam miał? Kogo wezwał? Odwróciłem zawiedziony od niego spojrzenie, kierując je na drzwi i czekając z ciekawością na to, kto się pojawi w drzwiach. I ta ciekawość nie trwała długo, bo kiedy osoba Florence w nich stanęła, zawiodłem się na nim podwójnie. Wolał moją nieokrzesaną, bezczelną córkę chrzestną, zamiast własnego ojca. - Florence, ciebie równie mocno - odparłem protekcjonalnie, pozwalając sobie nawet na niepocieszone prychnięcie. - Nie miałaś ciekawszych zajęć niż przybywanie do Keswick...? Zdaje się, że od zawsze wszystko było ważniejsze niż odwiedziny u wuja - zauważyłem z lekką pretensją. Moje wezwania czy też zaproszenia miała w głębokim poważaniu, ale na jedno jęknięcie Lorka wpadła w trybie wręcz ekspresowym. Niewdzięcznicy. Odwróciłem od tej dwójki wzrok, wbijając go w regały gdzieś z boku. Zbyt dumny, udający zamyślenie, choć nieźle mierziło mnie tam w środku. Nie zamierzałem się dzielić z nimi swoją porażką. Odrzucenie - to okazywał mi Lorek. Miał w głębokim poważaniu mnie tak, jak miała mnie Florence. Najwyraźniej zbyt często z nią przebywał. Przekabaciła go na swoją stronę, zapewne demonizując moją osobę w jego oczach. A jakżeby inaczej! - Moje rozczarowanie wobec ciebie, mój synu, jest ogromne. Oczekiwałem kilku prostych odpowiedzi, a zamiast tego widzę, że sprowadzasz tu Florence, mieszasz ją w nasze sprawy... W jakim celu?! Ucieczki...? Bo sam nie jesteś w stanie stanąć na wysokości zadania? - zapytałem niby to przestrzeni przed sobą, ale słowa te kierowałem do Laurenta, na którego nawet już nie patrzyłem. Ręce mi się trzęsły, ale uparcie trzymałem je na podłokietnikach eleganckiego, nieskromnego tronu. - Być może mogłeś bardziej wyraźnie i uprzejmie przedstawić swoje oczekiwania lub sugestie, zamiast używać takiej nieeleganckiej retoryki - odparłem i zamilkłem. Obecność Florence uznawałem tu za zbędną. RE: [17.06.1972] This is a man's world - Florence Bulstrode - 30.10.2023 Ujęła dłoń Laurenta, a drugą ręką sięgnęła po różdżkę, by użyć zaklęcia, które ułatwi mu oddychanie. - Zawsze pojawiam się, kiedy mam ku temu dobre powody – powiedziała chłodno, nie oglądając się na Edwarda. Kolejne słowa, te o rozczarowaniu, rozbrzmiały w jej głowie jeszcze nim Edward je wypowiedział. I Florence znów poruszyła różdżką, ponownie przed młodym Prewettem, by na moment dla odmiany zagęścić na moment powietrze przy jego uszach. By nie dotarł do niego ten jad, wylewający się z ust ojca. Musiał pewnego dnia stawić mu czoła, ale to nie mógł być ten dzień. Nie wymagasz od kogoś, kto ma złamaną nogę, aby szybko się pozbierał i wziął udział w maratonie. Florence bała się wielu rzeczy. Bała się śmierci tych pacjentów, których mogłaby uratować. Bała się, że pewnego dnia na progu kamienicy przy Horyzontalnej stanie Harper Moody i poinformuje ją o śmierci braci. Bała się, że przeczyta w gazecie o tym, że Patrick Steward zginął z ręki śmierciożercy. Nie bała się jednak Edwarda Prewetta. Nie miała w sobie tej odrobiny miękkości, jaka kryła się w Laurencie i Pandorze. Nie miała i potrzeby akceptacji, jaką oni w sobie nieśli. Nie łaknęła ani szacunku, ani uznania, ani miłości Edwarda - bo jeśli on nie dostrzegał, że na nie zasługiwała, nie był wart choćby jednej myśli. Pod tym względem może wdała się w Prewettów, dziadka, a tym samym i Edwarda bardziej niż jego dzieci, bo jedyne uznanie, na którym jej zależało... to jej własne. Nie dbała o jego pieniądze, nie obchodziło ją, czy zostanie wypalona z drzewa genealogicznego Prewettów - wszak i tak nosiła inna nazwisko, a gdyby i Bulstrodowie próbowali nagiąć ją do swojej woli, sama spopieliła prędzej cały rodzinny gobelin niż uległa - a przy próbie zamknięcia w wieży pięć minut później składałaby doniesienie w sprawie porwania i przetrzymywania. Nie potrzebowała zabiegać o nic, co Edward mógłby jej zaoferować. I może dlatego to niepozorna, cicha uzdrowicielka była tą bodaj jedyną w rodzinie indywidualistów i utalentowanych jednostek, która nie wahała się przed ścieraniem z głową rodu choćby przez sekundę. - O rozczarowaniu, stawaniu na wysokości zadania i retoryce, bardzo chętnie podyskutuję z tobą za moment, Edwardzie. Kiedy już upewnię się, że twój syn nie umrze na tej podłodze przez uduszenie - zapewniła, wciąż tym samym zimnym tonem, a potem zwolniła zaklęcie wyciszające i pochyliła się nad Laurentem. - Mój drogi, co dzieje się, gdy feniks umiera? - zapytała, tym razem bardzo spokojnie. Jedna z technik radzenia sobie z atakami paniki - próba skierowania myśli na konkretny tor, zmuszenia do skupienia się na czymś innym niż bodziec, jaki je wywoływał. Chociaż obawiała się, że stan Prewetta mógł być już na to zbyt poważny. Przeklęty, przeklęty Edward. Jasnowidzenie [roll=Z] RE: [17.06.1972] This is a man's world - Laurent Prewett - 30.10.2023 Nabrał głębokiego tchu. W końcu powietrze dostało się do jego płuc i rozlało po jego wnętrzu. Tlen. Bezcenny do funkcjonowania tlen. Nie zauważył tego momentu, w którym świat się wyciszył i w którym Florence zwróciła się do jej ojca, przegapił, kiedy usta Edwarda otworzyły się ponownie, nie dotarło do niego, że znów wszystko mogłoby podryfować mocniej na dno, docisnąć do podłogi. Nawet nie jak pięknego motyla pinezkami do tablicy, gdzie miał przygotowane miejsce. Jego miejsce było tutaj, na zimnej posadzce, pod drzwiami, w których teraz nie miał oparcia, więc w zasadzie to prawie leżał na tej podłodze, podpierając się jedną mdlejącą ręką. Brał te oddechy żarłocznie, głęboko, kiedy zaklęcie sprawiło... cokolwiek sprawiło - naprawiło problem. Przynajmniej część problemu. Florence zasłoniła część jego świata. Przysłoniła część widoku na pokój, Edwarda, przysłoniła słuch. Zadbała o to, żeby odbiór bodźców był ograniczony. Potrzebował tego. Małego, ciasnego kąta, gdzie już nie będzie wbijanych w jego ciało gwoździ, gdzie nie będzie twardego, ostrego spojrzenia przeszywającego go na wskroś. Gdzie umkną oceny. Przy uldze, jaką przyniósł dostęp do tlenu jakoś nawet umknęło mu to wyciszenie. Serce kołatało się w bolącej piersi, gorące uderzenia zaczęły ustępować chłodowi, a chociaż nie potrafił skupić myśli to w jego głowie grzmiało. W końcu ten dziwny stan ustąpił chwili, w której został o coś zapytany i dźwięki wróciły. Uparte utrzymywanie się nad ziemią, żeby nie położyć się na niej jak zupełny przegrany, godny pożałowania syn Edwarda Prewetta teraz było już odruchem, a nie celowym działaniem. Uniósł twarz na Florence, oddychając ciągle głęboko, wykończony walką z własnym ciałem, ale jego oczy nie mogły się skupić się w jednym miejscu, tylko na niej samej. Przetaczały się po pomieszczeniu jakby młody blondyn był pijany. Pytania, pytania... co się dzieje, czy robię ci krzywdę, czemu myślisz, że jesteś gorszy od Pandory? Zawód, poniżenie i rozczarowanie. I co jeszcze, co jeszcze..? Feniksy? Feniks. Fuego. Spopielające się stworzenie, które ożywa, według wielu nieśmiertelne, bo nikt jeszcze nie zapisał udokumentowanej śmierci tego ptaka. Czy miał teraz wyjść naprzeciw oczekiwaniom i się podnieść? Jak ten feniks? Nie chciał umierać. Tak bardzo przerażała go ta myśl, że zwrócenie się o pomoc do Florence było zupełnie instynktownym odruchem. - F...f... niks... - Spokojnie. Niektóre słowa bardzo niewiele kosztowały. Że wszystko będzie dobrze, że nie masz się czym martwić, że nie ma potrzeby się bać. Jesteś bezpieczny. - F-feniksy? - Powtórzył, chociaż w tym powtórzeniu nie do końca było zrozumienie. Przynajmniej był w stanie wykrztusić z siebie jakieś słowo. Mogąc oddychać jednak nie uniósł się wyżej, żeby wyprostować się z godnością. Położył się całkowicie na tej ziemi i zwinął, chowając twarz w jednej ręce, drugą napinając w dłoni Florence. - P-p-przepra-aszam... - Nie, kontakt z selkie zdecydowanie nie był teraz prosty. Gdy feniks umiera, gdy feniks umiera.... Próbował się na tym skupić, ale myśli mu się rozpływały i nie potrafił się zmusić do współpracy. Co jeśli powie coś źle? Coś nie tak? Za mało? Za dużo? Czy musiał odpowiadać? Nie chciał odpowiadać. Chciał wtopić się w podłogę - i zniknąć. Cofnął ręce i zasłonił dłońmi uszy, zacisnął powieki. - S-s...p-pala-ają się... - I odradzają na nowo z popiołów, wyglądając prześmiesznie i bezbronnie w swojej malutkiej, nieupierzonej formie. |