Secrets of London
[1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings (/showthread.php?tid=2102)

Strony: 1 2 3 4


RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 12.11.2023

Skupił swój wzrok na tym całkowicie niesubtelnym człowieku. Oh, ale jak na niego to było całkiem subtelne. Pozbawione wprost niekurtuazyjnych słów i żądań, utrzymane w tej jakże głupiej, ale pobudzającej grze. Wyciągającej z jego szorstkiego świata o tylko pozornie wygładzonych bokach z zewnątrz. Piętno pragnienia zaciśnięcia rąk na ramionach Edga było właśnie odciskane na jego mózgu. Kurwa, mógłby go doprowadzić do tego, że ten mózg uległby całkowitemu wygładzeniu w jednej potrzebie - wypełnienia fantazji, którą był karmiony coraz bardziej i bardziej. Zamiana w narkomana, który chciał dostać swój kęs obiecanego narkotyku - mógłby. Ale to nie byłoby w jego stylu. Kim by był, gdyby się całkowicie poddał emocji tu i teraz? Podnieceniu, które wciskało się gwoździem w jego mózg i chciało pobudzić ciało, by stało się niespokojne. To Edge wciskał ten gwóźdź. Całkiem bezboleśnie, bo przecież nie robił niczego, żeby się temu oprzeć. Nawet zanim jeszcze Flynn przemówił, to ten sugestywny ruch już sprawił, że teraz to palce Caina zacisnęły się na moment bardziej na jego skórze, jakby swoim wyobrażeniem już wplatał je we wronie pióra, żeby ściągnąć tą wronę do siebie i skraść jej kilka cennych lotek w samolubnym (wcale nie...) akcie.

- Kurwa, Flynn... - Sam teraz uniósł się na tej trawie, bo ten zastrzyk energii do jego żył wcale nie sprzyjał takiemu leniwemu wylegiwaniu się, jakie czuł jeszcze przed chwilą. Kolejne rzeczy, które mógłby chować po kątach, po kieszeniach, w sekretach zakamarków swojego mieszkania i całego tego spierdolenia - że taki poprawny obywatel może mieć całkowicie niepoprawne potrzeby seksualne, które nie będą się ograniczały do wspólnego głaskania po policzkach. - Mógłbyś dokończyć tę konwersację między moimi nogami. - Tak, to tyle jeśli chodzi o jakąkolwiek subtelność... Tak. Ale oto są tu i teraz, gdzie taki akt nie miał prawa bytu. A nawet gdyby byli gdzieś indziej to... to... chciałbym powiedzieć, że niczego by to nie zmieniło - i tak bym go nie tknął. Ale to była nieprawda. Gdyby byli gdziekolwiek indziej to chyba by sobie darował dialogi w tym punkcie. Niech aniołowie biadolą, niech Niebo drze się w posadach. Świętości i tak upadały, tutaj brat zabijał brata, a kult świętych zamieniano na kult człowieka. Idoli, którzy swoim zachowaniem kurew przyciągali całe tłumy. Cain już i tak był grzesznikiem. Mógłby zaprosić tego anioła do trójkąta, bo chyba znał się na rzeczy - z nim chyba nie byłoby takim strasznym podzielić się czarnowłosym na spółkę? Brunet nie był wcale zadowolony do końca z obrotu tego spotkania, tej konwersacji, z własnej słabości tak skoncentrowanej na Fleamoncie i na tym, jak ciągle na niego reagował. Jak miałaby ta Wroga nie odbierać sprzecznych sygnałów, skoro Cain z jednej strony chciał, z drugiej strony co rusz samego siebie upominał przed niebezpieczeństwem, starał zebrać zabawki rozrzucone wokół i wycofać tam, gdzie było bezpieczniej. A potem padały kolejne emocje z drugiej strony i słowa, on zapominał, że miał uciekać. Upuszczał zabawki znów, roznosił je wiatr i takim sposobem leżeli tutaj ze splecionymi dłońmi. Takim sposobem dochodziło się do pieprzenia świętości. Dla niektórych uświęcone mogło być to ciało schowane w skórzanych spodniach i dopasowanej koszulce.

- W zasadzie nie pracuję. - Bo w końcu "policją" byli brygadziści... Wiedział jednak, skąd ten zawrót głowy, chwilowe zawieszenie Flynna. Że też to akurat z tych wszystkich rzeczy, znaków, sygnałów akurat wyłapał ten kolejny sekrecik do kolekcji. Ze wszystkich sygnałów, w których Cain sprawnie i gładko poruszał się po Nokturnie, jakby był między swoimi. A nie gliną. - Jestem aurorem. - I pracował jako auror już wtedy, kiedy się poznali, chociaż tym też niekoniecznie się chwalił. Dla Caina nie było bieli i czerni. Była szarość. - To dobrze, że nie stawiasz od razu czegoś w zakład, bo jeszcze straciłbyś rękę czy głowę. - Zażartował. Jak to lubili rzucać czarodzieje: głowę dam za to, że nie podołasz! I co potem? Wychodziło na to, że gdyby być upierdliwie słownym - poleciałby czyjś łeb. Nie wiedział, jak dokładnie wyglądała przeszłość Flynna, ale ciężko było go zaszokować - widział naprawdę sporo syfu. Za dużo. Wystarczająco wiele, żeby w swoim własnym mniemaniu stać się niemal autystyczny w kontaktach z ludźmi.

Nigdy nie znalazł odpowiedzi na pytanie, czy lepiej już być porzuconym i nie mieć rodziców wcale, czy mieć taką rodzinę jak na przykład jego własna. Albo i nawet gorszą - bo o wiele gorsze bywały. Gdzie rodzice sprzedawali do burdeli własne dzieci, a każde pieniądze przepalali w papierochach i przeznaczali na alkohol. Nie miał tej odpowiedzi też teraz, kiedy Crow wypowiedział się o swojej matce i o tym, że mogła tego imienia nie nadawać, no bo co one zmieniało? Jak go określało? Było pieczątką potwierdzającą to, że imię mu nadała - a potem zniknęła. Zostawiła go - niech zdycha. Więc... co było gorsze? Czy tutaj w ogóle był jakikolwiek wybór? Dziecko bez rodziców uznałoby, że każdy rodzic lepszy niż ich brak. Tak, bo "inni mają gorzej" łatwo przylepiało się do takich przemyśleń i przebarwiały wszystko, co przychodziło do głowy. Teraz to było jasne - to, dlaczego Fleamont był taki przerażony wizją porzucenia i jednocześnie dlaczego było mu tak łatwo porzucać unikając konfrontacji. Miał wspaniały - i jedyny - przykład od swojej rodzicielki. Problem możesz zostawić - i o nim zapomnieć. Otworzył usta, żeby machinalnie podać definicję onomastyki Flynnowi, ale się zatrzymał na momencik. Zdał sobie sprawę, że pewnie jak powie czystą definicję to biedak dostanie jakiegoś wylewu.

- Onomastyka zajmuje się badaniem nazw własnych. Imion między innymi. - Uprościł, ale myślami krążył wokół rodzicielki mężczyzny.

Usiadł zaraz za nim, żeby przyciągnąć do siebie talerzyk i zająć się kawałkiem ciasta przeznaczonym dla niego. Chociaż teraz to chyba sam by zapalił. Nie odpowiedział na pytanie - i dobrze, bo okazało się to być w zasadzie pytaniem, na które Edge odpowiedział sam. Czyli tak - potwierdził coś, co i tak podejrzewał. Czy pewność tutaj cokolwiek zmieniała? Polepszała? Pogarszała? Nie szukał kontaktu wzorkowego z czarnowłosym, więc kiedy te oczy barwy angielskich dębów biegały po okolicy, on spoglądał na talerzyk i myślał, że to ciasto jest naprawdę dobre. Naprawdę dobre. W żartach swojego mózgu nawet mógłby powiedzieć, że to smak, który zapamięta na całe życie. Heh. Pewnie wypadałoby coś powiedzieć, ale nie miał na to żadnych słów. Żadnego "aha", "spoko", "no okej". No bo w zasadzie co miał powiedzieć? Jakąś wielką mądrość? Albo coś prostszego, przyziemnego? Niepewność go nie zabijała. Nie doświadczał jej. Obrócił głowę w jego stronę, w końcu przypatrując się kolorom wokół niego. Zabiłbym ją. Jeśli trzeba by było... ale to nie było to, czego chciał ten człowiek.

- Czyli po prostu wybrałeś. - Pragnienie ochrony? Prawda jak zawsze była bardziej pełna goryczy. - To co tam obecnie porabiasz? - Zmienił temat jakby nigdy nic, jakby nie było się tutaj nad czym rozwodzić. A było? Mogli dalej o tym rozmawiać. I co? Zrobiłoby się komuś lepiej? Nie. Życie rucha wszystkich, ale najbardziej wyruchają cię ludzie, którzy są najbliżej. Ale już Flynnowi wybaczył. Nic się nie zmieniło. Odłożył talerzyk i otrzepał dłonie z pudru. - Pyszne. Podziękuj siostrze. Najlepsze, jakie jadłem. - Kto jak kto, ale Cain miał akurat bardzo solidne punkty odniesienia w pamięci.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 12.11.2023

Bell uśmiechnął się szeroko, słysząc swoje imię tuż obok wulgaryzmu. Bo to przecież znaczyło, że wciąż na niego działał, nie musiał go nawet dotykać, żeby ten zachowywał się co najmniej, jakby mu przejechano dłońmi po udach. Miał nie uznać tego za komplement?

- Słucham? W spodniach robi się za ciasno? - Zapytał zaczepnie, przejeżdżając kciukiem po jego palcu, ale nie oderwał spojrzenia od tych szarych oczu, bo to w twarzy zawsze najlepiej było doszukiwać się najpiękniejszych oznak pożądania. Lubił to - obserwować jak jego partnerzy odchylali głowy do tyłu, jak nieświadomie otwierali usta, błądząc gdzieś głęboko w swojej wyobraźni. Ale najbardziej lubił rumieńce wylewające się na policzki - niby detal, a mówił o wszystkim tak wiele. Gdyby tylko Flynn miał lustro i wiedział, jak wyglądała teraz jego twarz, być może domyśliłby się wreszcie, że szukał w ludziach własnego odbicia. Bo to podniecenie wcale nie było jednostronne, a droga, jaką prowadził go słowami nie była dla niego typowa - stanowiła bardziej jakąś zabawę lub eksperyment, niż coś, do czego można było z Flynnem przywyknąć. - Chcesz, żebym zrobił ci dobrze obok cmentarza? Nie wyłapałem tylko dlaczego wciąż masz zapięty rozporek - kusił dalej, przybierając odpowiedni ku temu ton głosu. - Niewiele brakuje mi do tego, żeby zaciskać rękę na czymś innym.

Obserwował go bardzo, ale to bardzo uważnie, chcąc wyłapać dokładny moment, w którym Cain pęknie i mu się odda, albo w bólu go odrzuci. Tak czy inaczej, czuł się w tej sytuacji jak spektakularny zwycięzca. Potwór, bo przecież ten biedny chłopak pamiętał absolutnie wszystko, ale jednocześnie zwycięzca - naprawdę miło patrzyło się na kogoś, kto na przekór wszystkiemu oddawał się wyimaginowanej przyjemności. Jedyną lepszą nagrodą za egzystencję, jaką życie mogłoby mu teraz ofiarować, było dopełnienie tego aktu, ale nastrój niekoniecznie temu sprzyjał - bo do złapania go za włosy i wzięcia w taki sposób, jaki to opisał, Bletchley musiałby wykrzesać z siebie energię, której w nim teraz nie widział.

- Auror legiliemnta - zakodował. - Pomyliłeś kolejki i stanąłeś w niej zamiast w tej po klątwołamanie? A zakład o głowę... zaproponowałem ci ją ledwie kilka sekund temu. Nie mam już czego przegrać.

I wcale nie nazwałby tego przegraną.

- Myślisz, że dobrze byś to udźwignął? Musiałoby ci nigdy na mnie nie zależeć. - A zależało mu przecież. Nawet jeżeli minęły lata i pewne rzeczy się pomiędzy nimi rozmyły, to przecież nie znaczyło, że nie spoglądał na niego z czułością. Bell rozumiał koncepcję bycia twardym - oboje okuli się pewnie bardzo dobrze, żeby się zajmować, tym czym chcieli, ale sprawy stawały się drastycznie inne, kiedy w grę wchodziły osobiste uczucia. Niektóre z tych zdarzeń śniły mu się do dzisiaj.

Słysząc tę definicję, zaśmiał się gorzko. Zajebiście. Ich matki musiały być w tym dobre - Pchlarz i Morderca. Ciekawe czy ktokolwiek go o to zapytał kiedy rekrutował się do tej ich magicznej policji, ale w sumie... Czarodzieje byli strasznymi ignorantami. Nie znali podstawowych pojęć i wynalazków, dlaczego mieliby znać szczegóły czarodziejskiej religii? To musiało działać jak nazwanie córki Morrigan. Dla niemagów to była co najwyżej dawno zapomniana legenda.

- Zajebisty kurwa wybór - odparł, przesadnie mocno drapiąc się przy tym po zewnętrznej stronie własnej dłoni. Teraz kiedy wiedział, że Bletchley zajmował się ściganiem czarnoksiężników, a Fontaine się czarną magią upodliła do granic możliwości, przeżywał to jeszcze mocniej. - Jedyny, jaki miałem, to czy iść do ciebie do domu, czy tylko zostawić ci kartkę. Wybrałem kartkę. - I zdawał sobie sprawę z tego, że to nie było eleganckie, ale... Jeżeli nie tak, to jak? Tak jak teraz? Każdy by się po takiej historii spodziewał skoczenia sobie od gardeł, a oni flirtowali w najlepsze, odpychając złe wspomnienia na bok. Może to był jakiś mechanizm obronny, z którego istnienia nie zdawał sobie sprawy. Jakoś sobie przecież musiał z tym wszystkim poradzić, a ścieżka do teraźniejszości nie była usłana różami.

Spojrzał na niego wreszcie, a kiedy zorientował się, że Cain też patrzył w jego kierunku, podskoczył lekko w miejscu. Zupełnie, jakby się tego nie spodziewał, chociaż dopiero co gapili się na siebie kilka długich minut. Nerwowo zaciągnął się jeszcze raz. To było strasznie głupie, ale od papierosów preferował ciasto. Nawet by się nie obraził, gdyby Bletchley mu ten kawałek oddał, a sama myśl wydała mu się tak absurdalna, że zaśmiał się, wydychając ten dym w innym kierunku, chociaż żaden z nich nie powiedział nic zabawnego.

- Jestem akrobatą. - Znów zamilkł. - Wymyśliliśmy mi taki pseudonim i przebranie, w którym nie widać twarzy. Staram się nie wychylać. - Zastanowił się chwilę, bo to, co zamierzał powiedzieć, brzmiało trochę jak zaproszenie. Czy na pewno chciał go zaprosić? - W przyszłym miesiącu występujemy w Londynie.

Komplementu nie potraktował poważnie, ale i tak zamierzał powiedzieć Elaine, że to najlepsze ciasto, jakie upiekła w życiu, nawet gdyby okazało się suche jak wióry, więc niewiele to zmieniło.


RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 12.11.2023

Jak głęboko oddziaływał na jego umysł i jak dalekie wspomnienia właśnie przywoływał przed oczy, prezentując tą najbardziej grzeszną z rozkoszy, za którą odebraliby mu drugie imię. Chrzest nagle tracił na mocy i paciorkami bronili się księża - bo jak to tak, chłop z chłopek..? Koło ziemi uświęconej, gdzie dusze w spokoju powinny spoczywać. Drodzy święci, wybaczcie mi te brudne myśli, ale niedaleko było do tego, żeby było tu całkowicie niespokojnie. Chcę i nie chcę. Ufam i nie ufam. Nie wiem i ciężko powiedzieć, czemu ta pokusa była jak jabłko z rajskiego drzewa - tylko bardziej przystępna. Nikt nie będzie kastrować za jedno złe posunięcie, nie musiał nikt wiedzieć - to tylko kilka długich chwil najwyższej przyjemności, która zupełnie ogłupiała i nawet przez moment zdawała się całkowicie wyłączać mózg. Jeśli tak miał wyglądać hedonizm to Cain mógłby porzucić swoje życie ratowania tego świata, żeby mu się oddać. Ale ten hedonizm musiał mieć twarz i głos Flynna. Bez tego cały jego smak tracił sens. To jego nieszczęście, wina głupiego. Grzechem nie był seks - grzechem było pierdolone zaufanie! Oddech bruneta stał się nieco płytszy na kilka chwil i to napięcie złapało jego ciało od tego dotyku na jego dłoni. Odrzucić albo przyjąć - istniały tylko dwie opcje? Dla Flynna na pewno. Dla Caina było sporo innych, pośrednich. Tych, które wybierał najchętniej. Dla Edga mogła to być chwilowa zabawa. Przysiądzie Wrona na płotku, pokracze, poleci dalej - tyle ją widziano. Przejdą kolejne pory roku i przyjdzie znów wypatrywać jego idiotycznych tekstów, które a i owszem - działały obłędnie. Dosłownie. Bo Cain miał problemy z doprowadzeniem się do porządku. Nie można ufać wężowi. Tak nie można ufać tej wronie. Z drugiej strony - oto są. Gadając o rzeczach, których nie zdradzało się wszystkim... tak, jakby to rozstanie trwało tydzień i teraz można było kontynuować z ostatniego punktu, w którym się skończyło. Jakby nie było żadnego liściku. Och, zgoda, był, ale tak jakby nie zmienił wcale tak wiele.

- Pobudzasz moją Flynno-seksualną-frustrację. - Gdyby tylko oglądał się za panienkami to może nawet nie byłby takim złym facetem dla jednej z nich. To znaczy - gdyby panienki go interesowały. A może by był? Burdelarz, z nieuporządkowanym pokojem, mieszkaniem, emocjami, życiem. Starał się je szufladkować - w głowie musiał mieć chociaż jakikolwiek porządek w tym wszystkim, ale wystarczył tylko odpowiedni bodziec, żeby to wszystko poszło w pizdu. Wpatrywał się teraz w te brązowe oczy tak intensywnie, nawet pochylił na parę centymetrów w stronę czarnowłosego. Ale zaraz cofnął. Tak i ich dłonie przestały być splecione. Czemu nastrój sprzyjał a czemu nie? Na pewno nie sprzyjał temu, że Cain wcale nie chciał być frajerem bzykającym się, ja pierdole, koło cmentarza. Problem polegał na tym, że czarnowłosy właził mu pod skórę i spychał wszystko, co na logikę przemawiało, by się temu nie poddawać. Że potem może tego żałować. Po chuju żałować, na pewno nie. Ponoć człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce.

- Wydawało mi się, że jeśli będę wiedział już wszystko to będę kimś. - Czyli tak, że się okazało, że wcale to nie było takie fajne - chodzenie po ludzkich głowach. Nie było fajne - było wręcz straszne. Przynajmniej było to pomocne i... można było pomóc ludziom i... mógł zdecydowanie ustawić się w tej kolejce po klątwołamanie. Była dłuższa, ale to dość jasne, dlaczego. Nie ważne jak mocno kiedyś badał ludzi, nie dało się ich poznać na wylot, nawet jeśli nauczysz się ich zachowań, pragnień i sumy strachu. I tak z "kogoś" stajesz się frajerem. Bo w końcu nie wiesz wszystkiego i, o paradoksie, unikasz wiedzy ostatecznej. - To nieprawda. - Nieprawda, że musiałoby mu nigdy nie zależeć, żeby udźwignąć ciężar, który nosił Fleamont. - Ponieważ to właśnie ty dźwiganie tego miałoby znaczenie. - Choć to jednocześnie prawda, że najbardziej bolała krzywda tych, którzy są blisko. Ale też dlatego, że są blisko - chcemy wiedzieć. Żeby ich rozumieć, żeby im pomóc, żeby dać im znać, że nie są w swoich klątwach i koszmarach sami. Mógl dla niego być - teraz mógł... pogadać z nim o tym? Hmm... - To dość głupie, ale odkryłem, że wszystko staje się lżejsze, kiedy nie musisz z tym tkwić sam na sam tutaj. - Popukał się palcem w skroń. Tak jakby człowiek był pod każdym względem stworzony do tego, żeby egzystować jeśli nie stadnie, to przynajmniej w parach. Niczym łabędzie.

Wielkie słowa o wyborze wcale nie poprawiły dźgającej go jak wyjątkowo upierdliwy komar myśli, która została jeszcze podbita zakładem o oddaniu głowy. Myśl, że to się skończy jednostronną tragedią, po której nawet nie będzie kogo obwiniać oprócz samego siebie za to, że się bzykania zachciało. Wymówki, wymówki, wymówki... cały stos wymówek, świetnie! Ale ta złość nie płynęła nawet ze złości na usłyszaną odpowiedź, tylko prosto z tej frustracji, o której powiedział. Która napinała coraz bardziej jego mięśnie i nie pozwalała uspokoić wyraźnego bicia serca w klatce piersiowej. A może już nie w klatce... Brak odpowiedzi ponoć też był odpowiedzią. Albo ruch był odpowiedzi. Sięgnął po fajkę Flynna, żeby zabrać mu ją spomiędzy warg i wstał. Zaciągnął się głęboko dymem, czując już żar na wargach. Zawsze tak samo pałętał się po płucach. Zawsze tak samo kąsał.

- Skończ pierdolić słowami, bo nie mogę już słuchać. - Mruknął i sięgnął do swojego paska od spodni, spoglądając na Flynna. Nie, to wcale nie tak, że nie mógł go słuchać ani nie chciał, ale... ale teraz nie mógł go słuchać i nie chciał. - Na kolanach już zostaniesz, czy trzeba cię usadzić? - Wypuścił dym, ale on nie miał takiej kurtuazji, żeby nie posłać szarej chmury na towarzysza, a wręcz celowo pochylił się do Flynna. Głównie po to, żeby naprawdę móc zanurzyć swoje palce w te bajeczne loki i złapać je. Na jedną chwilę tylko dla mnie.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 14.11.2023

Flynno-seksuo-co? Powinien uznać to za komplement, obrazić się, czy zmartwić? Wszystkie trzy rzeczy naraz? Ale widać było, że już w to wsiąknął - coraz mocniej zaczerwieniony, uśmiechnięty jak dziecko, spojrzał na Caina znacząco, mrużąc przy tym oczy.

- Mam przez to rozumieć, że jestem twoim ulubionym chłopcem?

Jeżeli miał być na niego zły, jeżeli te trzy lata ciszy miały mieć aż takie znaczenie, jeżeli nad tą przepaścią nie było żadnego mostu, po którym mogli przejść, to dlaczego niby tak dobrze im się rozmawiało? Mimo tego... W jego odczuciu to był, na tym etapie jego postrzegania tej sceny i relacji pomiędzy nimi, bardzo dobry temat mający umilić samotność w dzisiejszy wieczór, nie coś mającego się urealnić, nawet jeżeli od ogarniającego go gorąca szczypały go policzki. No właśnie, szczypały go policzki. A te słowa, co teraz padły jakoś średnio leżały mu w głowie. Dopiero teraz zauważył, jak szybko zmienił się jego sposób myślenia, ale poczuł zaniepokojenie na ledwie kilka sekund, po których przyszła akceptacja. Bo wcześniej powiedział sobie w swoim wnętrzu, że nie był za Caina odpowiedzialny, a przynajmniej się takim nie czuł, a teraz zmarszczył nos, słysząc jak ten w siebie zwątpił. Czyli jednak mu zależało? Czy po prostu samolubnie chciał go teraz mieć dla siebie? Niezależnie od powodu - mógł z tym żyć.

- Kimś? - Przygryzł wargę, próbując zrozumieć, co on właściwie próbował mu przekazać. Przed chwilą powiedział, że jest Aurorem. Nie było ciężko postrzegać go jako kogoś wyjątkowego... - Kurwa, może coś w tym jest. - Przyznał, ale niechętnie. Nie dlatego, że go w ostatnim czasie oświeciło - nadal był tym samym perfidnym kłamcą co wcześniej i zachowywał dla siebie tak dużo jak tylko mógł bez wybuchnięcia płaczem w środku nocy, ale czasami, kiedy rzucał na siebie trochę światła i nie spotykało się to z głośnym pomrukiem niechęci, dawało mu to jakiś wewnętrzny spokój. Wiedział też, dzięki związkowi z nim właśnie, że to potrafiło być uspokajająco obustronne - wzajemne zrozumienie nawet mimo odkrywania swoich i najmocniej skrywanych elementów. - Spróbuj, ale wciąż uważam, że się poryczysz. Tylko żadnej hipnozy. - Nigdy przenigdy, będzie się zapierał rękoma i nogami byle ukryć wszystko to, o czym jego umysł zdecydował zapomnieć. Druga opcja nie brzmiała wcale źle, ale głównie dlatego, że narcystyczny jeżeli chodziło o własne umiejętności, nie zakładał nawet, że mógłby zobaczyć coś, czego sam by mu nie pokazał.

A później wydarzyło się... Coś. Pęknięcie. Pierwszą reakcją, jaką Bletchley mógł zobaczyć, był szeroki uśmiech, który wypełzł na twarz Flynna zaraz po wyrwaniu mu spomiędzy warg papierosa. Wesoło spoglądał w jego kierunku i chyba chciał coś powiedzieć, pewnie rzucić kolejnym z wielu dzisiaj żartów. Widząc, jak ten się podnosi, nie wydusił z siebie nic, a później... Zamarł. Nie dało się tego inaczej opisać. Zastygł w miejscu w szczerym szoku, z szeroko otwartymi oczami i głową zadartą do góry. To nie był pierwszy raz, kiedy nie wiedział, co powiedzieć, ale nigdy nie domyśliłby się, że głos ugrzęźnie mu w gardle z takiego powodu. Spodziewał się wyciągnięcia różdżki, zaklęcia wymierzonego w jego umysł, nie wybuchu nazbieranych w środku wyobrażeń.

To gorąco ogarniające jego ciało od dłuższej chwili stawało się nie do zniesienia, a napięcie w podbrzuszu i niżej dawało o sobie znać coraz mocniej. Ciężko było ukryć to jak bardzo go to kręciło, kiedy nosiło się aż tak obcisłe ubrania, ale teraz nie miało to już żadnego znaczenia.

Słowa Bletchleya zdawały się dotrzeć do niego z opóźnieniem. Po części dlatego, że faktycznie było w nim coś, co chciało zostać usadzonym na siłę, po drugie, już o wiele bardziej jego - był oniemiały tym, jak można było stać nad kimś, trzymać go za włosy i mówić takie rzeczy, a jednocześnie dawać tej osobie wrażenie, że było to świadectwem twojej ostatecznej kapitulacji. To krótkie zawieszenie nie miało w sobie niezręczności, chociaż po kimś, kto zwykł górować nad swoimi partnerami, można się było jej spodziewać. Zamiast próby dominacji - natychmiastowa uległość. Przynajmniej pozorna. Zmieniając pozycję z siadu na kolana, Flynn czuł się jakby miał nad tym o wiele większą kontrolę niż Bletchley, co mogło wydawać się zabawne, bo na moment zapomniał oddychać. Dopiero z palcami wplecionymi pomiędzy czarne loki spróbował odetchnąć, ale wydał z siebie przy okazji dźwięk, jakby zachłysnął się przy tym powietrzem.

- To zmuś mnie - głos mu się trochę załamał, ale nijak się to miało do jego działań - desperacko złapał go za ten pasek, żeby pomóc mu przyspieszyć proces opuszczania spodni. To nie była szczególnie poetycka scena - jego myśli nie były skupione na krążących wokół emocjach, tylko na silnej potrzebie bycia przez niego użytym dla własnej przyjemności. Oh, Flynn nie żartował, mówiąc, że chciałby bawić się czymś innym niż dłonią i nawet jeżeli nie podejrzewał, że chłopak tak nagle puści w niepamięć trzy lata bycia przez niego kompletnie ignorowanym - jak miał nie przyjąć tego prezentu od losu? Co z tego, że ktoś mógł tutaj przyjść? Był przecież od Caina o wiele bardziej wyuzdany - ten cmentarz rysujący się w oddali, co on niby zmieniał - bawił i tyle, nie miał tu żadnej mocy sprawczej. Moc sprawczą miało tutaj to, że Bletchley był wybitnie śliczny i ciepły, a Bell chętnie spróbowałby dla niego czegoś innego niż do tej pory, nawet w budujących zwątpienie okolicznościach. On się przecież częściej kochał w takich niż w innych. Próbował różnych rzeczy - tylnych siedzeń aut, namiotów na biwakach, zadymionych toalet, gdziekolwiek pchało go tak dziwnie prowadzone życie - choćby i do ciasnego łóżka, w którym leżało zbyt wiele osób, żeby trzaskające radio grające The Rolling Stones mogło w jakimkolwiek stopniu zagłuszyć nasilające się stęknięcia. Kawałek trawy i chłopak, którego kochał nie od wczoraj, ale który miał do niego cholernego pecha - to tylko kolejny rozdział głupiej historii chorego człowieka. Dziwniejszą dla niego była rutyna - miłość trwająca długo i na zawsze, wspólne kredyty i mieszkania, decydowanie się na dzieci i te wszystkie inne rzeczy wiążące cię do jednej osoby do końca twoich dni. On był przecież dzieciakiem, nic nie szkodziło, że miał trzydzieści lat, dla niego czułość stała się poszukiwaniem rozkoszy i nauką dzielenia się z innymi, tylko wtedy nie czuł wiecznego strachu przed bólem samotności. - Zdecydowanie wolę dławić się twoim fiutem - niż słowami, chciał jeszcze powiedzieć, ale nie dokończył. O wiele bardziej wolał pokazać mu, jak niewiele potrzeba było, aby takie fantazje urzeczywistnić - spojrzał w górę, bo chciał zza tego dymu zobaczyć jego twarz. Chciał zobaczyć minę, jaka przejmie oblicze Bletchleya, kiedy on sam klęczy grzecznie na tej trawie, niestety bez kajdanek, ale z dłońmi splecionymi za plecami tak, żeby objąć go ustami bez ich pomocy. Czy to był widok warty zapamiętania w każdym detalu, dokładnie tak jak działała jego pamięć?




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 15.11.2023

To było chyba życie, co? Życie, które dotykało nawet takich pojebanych dusz szukających zbawienia dla tego jeszcze bardziej pojebanego świata jak on. Miało pieskie ślepia zaczarowane w tych kurewsko smutnych oczach, które zawsze sprawiały, że chciał mu pomóc. Pokazywać każdy z kierunków światła palcem, jeśli trzeba, tłumaczyć wszystkie te głupio-mądre słowa, tworzyć masę innych albo dzielić się przeżyciem o tym, że właśnie dostali donos o ręce niesionej w zębach przez jakiegoś świrusa zaczarowanego, żeby uważał się za psa. Pojebane rzeczy? No tak, proszę bardzo - Cain był ich specjalistą do oglądania. Nie można było być od tego normalnym. I w końcu zapominałeś nawet, że jesteś również jednym z żyjących tutaj ludzi. Normalnie/ Ale z Flynnem było inaczej. Może dlatego, że sam wyłaniał się z tej pokrzaczonej, pozaginanej rzeczywistości? Ach, no tak, przecież przez to już przeszliśmy. Był z równie nierealnej rzeczywistości, gdzie pułapkami odbierało się ludzkie życie, bo tak zażyczyła sobie twoja kochanka. No tak... nikt inny nie mógłby budzić do życia Caina Bletchleya bardziej niż ten człowiek. Był jego życiem. W takim wypadku musiał być też jego klątwą. Taką, która nie pozwalała mu już normalnie spojrzeć na nikogo innego, ale w zasadzie Cain nigdy szczególnie się nie oglądał. Próbował muskać doświadczenia miłosne w Hogwarcie, ale to było za dużo. Nie, kiedy ty widziałeś za dużo. I nagle okazywało się, że wcale nie jesteś "kimś" w tym świecie, kiedy wszystko wiesz. Wręcz przeciwnie - strącą cię w najgłębszy kąt biblioteki, albo spadnij - gdzieś do otchłani. Bezpieczniej jest zniszczyć to, co wie za wiele niż trzymać przy sobie Puszkę Pandory. I potem przytrafiła się ta Wrona. Przytrafiła się i dziś. Okręcając go sobie wokół paluszka dokonywała tego, przed czym się wzbraniał. Kontrolowała go. Nie musiała się przy tym szczególnie mocno wysilać. Flynnowi wystarczyło parę gestów, parę słów, żeby wpłynąć na Bletchleya i ponieść jego ciało i myśli dokładnie tam, gdzie ten sobie życzył. Kurwa, Cain to uwielbiał. Puszczał wszystkie lejce kontroli, puszczał to całe pierdolone, dumne człowieczeństwo, puszczał całą tą otoczkę bycia spierdolenie miłym i poprawnym gościem, żeby nie musieć się wstydzić spoglądać ludziom w oczy i sobie w lustrze. Mógł się po tym wszystkim oglądać w oczach Flynna i odkrywał za każdym razem, że kochał tak samo mocno.

To musiało być życie. Jak niezainteresowane światem było teraz spojrzenie szarych oczu toczących swoje błyskawice z tych burzowych chmur. Jak nieskupione na niczym innym i nikim. Kurwa, mimo tego, jak był spostrzegawczą bestią nie zauważyłby, gdyby ktoś teraz ich podglądał. I całe starania utrzymania reputacji poszłyby się jebać... zupełnie tak, jak on właśnie poszedł się jebać z Fleamnontem. Bo tylko on istniał teraz w kręgu zainteresowania Bletchleya, którego policzki teraz też miały te zdrowe wypieki. Kurwa, TAK. I wszystkie myśli ulatywały, jakby człowiek stawał się tylko i wyłącznie ograniczony do zwierzęcia, które pragnęło, łaknęło, które potrzebowało i żądało. Wszystko, przed czym się wzbraniał i pilnował w codzienności puszczało. tak płynęła fala emocji, które nie były niczym filtrowane ani zatrzymywane. Nie miał nad tym kontroli. Nie miał nad sobą kontroli. I wcale nie chciał tej kontroli nie chciał. A jednak fantazje potrafiły chodzić po najróżniejszych drogach.

Dziś miały obraz klęczącego Edga na zielonej trawie.

- Co tam piszczysz? Huh? Suko, musiałbyś być głoośnieej. - Zacisnął mocniej palce na tych włosach, na tych absolutnie wspaniałych włosach, kiedy te ciche teraz słowa, bo wcale nie było żadnej potrzeby podnosić głosu, opuściły jego usta wraz ze smugą dymu. Ale wraz z tym dotykiem, ooooch. Rozpłynął się w swoich podstawach tak jak jednocześnie o wiele mocniej spięły się jego mięśnie. Odkrył na nowo, że je ma. Że to pożądanie w nim nie zniknęło. Może tylko czekało na odpowiedni moment... Na Crowa na kolanach, z rękoma z tyłu, z gorącymi ustami tuż przy nim. Widział świętość. Najpiękniejsze, co widział w swoim zjebanym życiu, najwspanialszy z piekielnych aniołów właśnie przy nim, patrzący mu w oczy. Przyjemność rozsadziła mu czaszkę. Nie zamierzał pozostać mu bierny. Brudnych, wulgarnych pieszczotach dokonywanych właśnie w takim miejscu. Pociągnął go w końcu za te włosy, żeby zmienić pozycję ich gry do pionu, odrzucić niedopałek, zająć dłonie nie jego włosami, a jego własnym paskiem od spodni, by pomóc się go pozbyć. Tymi niecierpliwymi, głodnymi ruchami. Więcej. Daj mi WSZYSTKO. To nie była prośba. To było pierdolone żądanie.

Fleamont był pieprzoną świętością. Kiedy ugryzł jego skórę smakował jak religia, jak poemat, jak sposób, w jaki na niego spoglądał. Chyba na tym to wszystko polegało - jak łatwo było pomylić zwykły popęd seksualny z miłością, huh? Ale on kochał - kochał i teraz dawał sobie wywrócić świat do góry nogami dopuszczając do czegoś, co nie powinno się wydarzyć. Tańczył tak, jak Crow mu zagrał. Dowód za dowodem pokazywał, że jeśli kogoś kochasz - staje się twoim Bogiem. Nie możesz jednak kontrolować tego, jakim Bogiem się stanie. Boże mój, prowadź mnie. Bo masz tak zajebiste usta, że pozwoliłbym ci się prowadzić i przez ciernie róż.

Przed Bogiem jednak nie stanęli, a ich aniołowie musieli własnymi piórami zasłaniać swoje oczy.


Tak człowiek kończył jak zużyty, zgrzany pies - na wpół rozebrany, ze smakiem tytoniu mieszającym się ze smakiem skóry własnego Boga i z walącym jak szalonym sercem, które dopiero się uspakajało. Z zapisanym obrazem tak szalenie podniecającym, że przywołanie go przed oczy będzie skutkować jakimś koszmarnym obłędem. Jak i wiele innych z obrazów, jakie zdążył skolekcjonować w swojej głowie pod krótkim zapiskiem: Ukochana Wrona. Choć niestety - nie moja.

- Kurwa... - Nie, wystarczy Flynn. A jednak - kurwa. Cain wsunął spodnie na biodra i przycisnął dłonie do powiek, czując ciągle palenie skóry, przyśpieszony oddech i to absolutnie obezwładniające poczucie wspomnienia. To było dobre. I jednocześnie całkowicie złe. Dobre, bo zsuwające stres z ciała jak cięcie nożem. Całe to napięcie i frustracja, cała ta kontrola... Czuł się teraz nie tylko fizycznie, ale i mentalnie wydrylowany. Nie chciał, żeby to właśnie w nim przychodziły myśli. Zagadnienia na rzeczy, o których Flynn mówił, ale które zostały przerwane. Ba! Sam je przerwał. Więc - kto tu za tę kurwę robił?

Nie chciał tym bardziej, żeby uderzała w niego rzeczywistość.

Oczu niestety też wydrapać sobie nie mógł.

Albo nie chciał.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 16.11.2023

Dla Flynna to była idealna zabawa. Słowa rzucone w niego tak nonszalancko, jakby ponad połowa świata miała nie uznać ich za przekroczenie wszelkich granic przyzwoitości, dla niego były przyjemną dla ucha melodią budującej się w Bletchleyu rozkoszy. I to było w tym piękne - dla tego uniesienia, dla satysfakcji, jaką widział w jego działaniach, czuł się gotowy do podporządkowania się nawet najbardziej skandalicznym rzeczom, jakie mogłyby panu Aurorowi przyjść na myśl. Każdy ruch głowy, każde przesunięcie języka, każdy odgłos wydawany przez zaciśnięte usta - wszystko było złożone z dźwięków ofiarności, to były nuty dobra skierowane ku  dobru kogoś, kogo adorował tak po prostu, nawet jeżeli nie wyznaczał sobie w życiu żadnych konkretnych ścieżek. Dawanie sobie nieskończoności możliwości nie znaczyło jednak, że nie mógł dostosować swojej tonacji do czyjegoś istnienia - wręcz przeciwnie, nie sądził nigdy, żeby ktoś mógł pokochać go z całym ogromem jego wad, dlatego potrafił żyć jak kameleon. Przy nim nie musiał - zarówno on jak i Alexander mu to pełne kompleksów wyobrażenie o sobie rujnowali. Może jego anioł stróż wcale nie był pijany, ani nie uciekł dawno. Może jego anioł stróż był po prostu gejem? Bo on się tylko w takich momentach czuł w pełni chciany - kiedy ktoś go chciał tak bardzo, że nie potrafił się powstrzymać, kiedy go czcił każdym calem swojego ciała - to była bliskość, do której przywykł i dążył, a każdy wulgarny tekst wpleciony pomiędzy rytmiczne ruchy bioder, palce zaciśnięte na jego włosach tak mocno, że sporo z nich wyląduje na trawie, kiedy tylko Bletchley wyplecie z nich rękę - to było piękne świadectwo tego, że nie był w tym pożądaniu sam, nie tylko on się po drodze popsuł, nie tylko on uczynił swoją miłość czymś, co inni opisaliby jako brudne. Dla kogoś jeszcze na tym świecie bycie miłym i trzymanie się za ręce nie wystarczało, ktoś też potrzebował więcej i więcej, brał to garściami tak szybko i mocno, aż nie poczuł ulgi - tutaj nie dało czuć się samotnym. Nie zasługiwał na to. No i trudno.

Kiedy odsunął od niego twarz, nie mówił nic. Oddychał ciężko przez nos, próbując powstrzymać cieknące mu mimowolnie po twarzy łzy. Odchylił się do tyłu, łapiąc Caina na dłoń, żeby ten na niego spojrzał i wyraźnie zakodował moment, w którym pokazuje mu język, a później przełyka całość i po tym wszystkim nie ma już żadnego śladu, może oprócz opuszczonych w dół spodni. Skłamałby mówiąc, że nie chciał w rewanżu tego samego, ale kiedy tylko został pociągnięty do góry i poczuł rękę na sprzączce paska, dotarło do niego jakim by to było bezsensem, gdyby z nim chciał teraz zrobić to co z nim zawsze robił - nie dociskało się człowieka swoim ciałem do ławki i nie rzucało mu do ucha pożądliwych gróźb, kiedy się miało wytrzymać minutę, a i to, o czym przekonał się bardzo szybko, było zmierzeniem własnych możliwości ponad stan faktyczny, nawet kiedy celowało się w absolutne minimum. Nie miał w sobie tyle siły, żeby stać. Na pewno nie po czymś takim. To on go pociągnął w dół, żeby wrócić na tę trawę, bo chciał oprzeć plecy o pień drzewa i rozprostować nogi - i tak go właśnie chciał, na swoich warunkach, w swoim tempie dyrygowanym palcami naciskającymi mu na kark.

Wiedział, że musiał dać mu się ubrać i sam potrzebował chwili na ochłonięcie, ale dał im na to minimum czasu - kiedy tylko zobaczył, jak Cain zasłania swoje oczy i się wyłącza, Flynn przyciągnął go do siebie i zamknął w uścisku ramion, pozwalając głowie chłopaka opaść na swój obojczyk lub klatkę piersiową. Nie zadał mu żadnego pytania, nie powiedział nic, chociaż w takich chwilach masa rzeczy cisnęła mu się na usta, ale wiedział, że nie powinien tego robić kiedy Bletchley był przebodźcowany. Postanowił więc grzecznie poczekać, aż ten się uspokoi i odezwie pierwszy, a sam wpatrywał się w scenerię wokoło i próbował myśleć o czymkolwiek, co nie zaburzy zdobytego tym seksem wewnętrznego spokoju. Były to rzeczy kompletnie trywialne - to, że musiał iść do sklepu po kolejną paczkę papierosów, że nie powinien zapominać o tym talerzu porzuconym metr dalej, pomiędzy tym taka luźna myśl, że lubił zapach jego ciała. Czarnowidztwo z momentu, w którym zobaczył go pierwszy raz o trzech lat rozłąki, nie sprawdziło się tutaj zupełnie - zaraz będzie żałował tej szarpaniny i gorzkich słów, zakładania po nim najgorszego co tylko mógł w danym momencie, bo dobrze wiedział, że Bletchley zapamięta to równie dobrze jak swój orgazm. Będzie miał mu to za złe? Pewnie tak. Ale miał nie myśleć o złych rzeczach. Pocałował go w czubek głowy i pociągnął nosem. Twarz wyschła mu już zupełnie. Po jakimś czasie dotarło do niego, że nie potrafił przerwać tej ciszy w miły i spokojny sposób. Były rzeczy, które chciał mu powiedzieć - że zawsze jak słyszał w radiu jakąś dobrą piosenkę, to o nim myślał - to była dobra rzecz, ale traciła na całym swoim czarze, kiedy to myślenie nie kończyło się na przyjściu do niego. Rozważywszy wszystkie za i przeciw postanowił trzymać mordę na kłódkę.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 16.11.2023

W chwilach takich jak ta był wręcz głupio bezbronny. Choć i bywały takie, które rozbrajały go jeszcze mocniej. Kiedy jego mózg się zupełnie wysypywał, zalany danymi, wspomnieniami i bodźcami, a on potrafił tylko się trząść jak galareta i wbijać paznokcie we własne ciało - bo każdy ból był lepszy od bólu emocjonalnego, psychicznego. Jeśli nie miał czegoś w rękach, co zazwyczaj ulegało destrukcji, to destrukcji ulegała jego skóra. To, co działo się teraz, było zaledwie miękką wersja potrzeby wyciszenia wszystkiego, żeby nie buzowało w nim i nie doprowadzało do białej gorączki. Nie pozwalało się plątać zdaniom i słowom, nie pozwalało odtwarzać namolnie filmu z rzeczy dziejących się kilka chwil wcześniej. Bo to, co się tutaj rozegrało, odtwarzałby w nieskończonej pętli doznań. Nie dlatego, że koniecznie chciał. Ten mechanizm w większej części pozostawał poza jego kontrolą. To był taki święty moment, element sakrum przy wszystkim, co brzydkie i spaczone. Poddał się gestowi Flynna dokładnie tak samo jak poddawał się jego ruchom jeszcze chwilę wcześniej - pochylił się niemal bezwładnie ku niemu, żeby oprzeć głowę o jego klatkę piersiową. Słyszał rytm jego serca - i ten rytm również miał zapamiętać. Nie zmienił się wcale od każdego poprzedniego przeżycia, jakie mieli ze sobą wzajem. Czy mu tego brakowało? Tego seksu bez kontroli, tego jak Flynn wynosił to do rangi brudnej i wulgarnej sztuki, która tak go nakręcała, że... kurwa, chyba samymi słowami i dotykaniem własnego ciała ta okrutna Wrona mogłaby go doprowadzić do orgazmu. Przyjdzie zaraz chwila, w której będzie rad, że w swojej niecierpliwości nie wyciągnął tych kajdanek. Nie potrafiłby patrzeć na nie tak samo w następnych tygodniach, gdy musiałby zakuć nimi jakiegoś spierdoleńca tylko o dwie joty gorszego od samego Crowa.

W tym momencie było mu dobrze. Z ufnie złożoną głową na jego piersi, z katharsis, które spłynęło na niego tak samo migotliwie jak te promienie słońca igrające w koronach drzew. Takiego rozgrzeszenia potrzebował każdy w swoim życiu, tylko pacierze nie zawsze były odpowiednikiem, a przyjmowanie sakramentu niekoniecznie musiały być ciałem Chrystusowym. Bo chyba takiego imienia Flynn nie nosił, nawet jeśli był człowiekiem wielu przydomków. Sekundy układały się w uderzenia ich serc i oddechy. W myśli, które nie chciały krążyć po rzeczach złych, ale im dłużej zalegała cisza tym bardziej potrafiły być uporczywe - prawda, Flynn? Cain sam sobie wydawał się tłem. Powoli mógł przeklinać ten dzień, w którym się spotkali, albo ten moment, jednoznaczny z tą chwilą, jak poddał mu się po raz pierwszy. Jego zmysłowym grom. Złudzeniom, jakie dla siebie stworzyli, albo i nawet tylko dla niego. Albo nie, bo przecież nie żałował tego - to był piękny element jego życia, nawet jeśli zakończył się wcale nie tak ładnie. Za to biczować swoje plecy mógł (a nawet powinien) za to, że w tamtym momencie po nieprzyjemnej wymianie zdań nie odszedł w pizdu. Że nie potrafił się powstrzymać, że nie przezwyciężył tęsknoty za wspomnieniami, kiedy wszystko było prostsze między nimi. Kiedy nie otwierał oczu w pustym łóżku i wyobrażał sobie, że nad jego głową nie ma sufitu, a jest tylko morze gwiazd. Obok niego ciepłe ciało, ktoś, dla kogo warto było się jakoś... ogarnąć. Postarać. Dla kogo chciało się wyglądać lepiej, być lepszym, nie dlatego, że ta osoba tego oczekiwała. Dlatego, że akceptował cię w tej najgorszej formie i kochał też w tej najlepszej. Więc chciało się, żeby ta osoba była szczęśliwa, zadowolona. Sprawić jej przyjemność, pomyśleć przy tej ulubionej piosence, podczas robienia zakupów - żeby zabrać ze sobą paczkę fajek, które Flynn palił czy zawsze mieć maść z tego sklepu z eliksirami, która łagodziła rany, jakich się nabawiał przy pracy z tą wariatką. Oj, gdyby tyylko był wtedy mądrzejszy, bardziej dociekliwy, gdyby dostał się do tej kobiety to..! Co wtedy? No dalej. W końcu to nie tak, że Crow by cię znienawidził za odcięcie głowy jego kolejnej miłości, czyż nie?

Podniósł się w końcu do pozycji siedzącej, odsunął od czarnowłosego. Gdyby temperatura była niższa to dreszcz za dreszczem władałby jego ciałem. A tak był tylko jeden, kiedy położył dłoń na swoim karku, nieco odrętwiałym od pozycji sprzed chwili - tym samym, który świeżo pamiętał dotyk dłoni Flynna i nacisk jego palców. Nie było tutaj wielkiego szczęścia, buzującej miłości, uwielbienia. Wszystko to oddał w pożądaniu i tym, jak o wiele łatwo przyszło osiągnięcie szczytu. To było całkiem niesamowite i jednocześnie tragiczne, jak jeden człowiek składał się na swoje marzenia, pragnienia i wspomnienia. Dlatego gaszenie tego życia było tak cholernie trudne. Przesiewając przez palce czas nie wiedział, jakie trzy elementy w końcu składały się na Flynna - bo wydawało mu się, że wiedział naprawdę wiele i był kimś. Ale był nikim. Wydawało mu się, że wiedział, że jest kimś, kiedy leżeli na trawie i rozmawiali. I wszystko to, koniec końców, zawsze mu się kurwa wydawało.

Spojrzał na czarnowłosego i prześlizgnął po nim oczami. Jak chyba zawsze po seksie - jak chciał się upewnić, że nie przesadził, bo wiedział aż za dobrze, że zupełnie tracił nad sobą kontrolę i był wszystkim, tylko nie delikatnym misiem, którym był na co dzień. Przynajmniej dla Flynna. To życie nadal był nad nim odciśnięte lekko zaczerwienioną skórą, ale pozostawiło popiół w jego oczach. Racja. Cokolwiek by teraz nie powiedzieli chyba zabrzmi to tak samo źle. Cokolwiek słodkiego będzie tak samo zjebane. Odwrócił wzrok na trawę pod swoimi palcami. Przygarbiony z myślą, że naprawdę powinien spierdalać. Może wrócić na przedstawienie. A może nie wrócić nigdy. Tak byłoby chyba bardziej zdrowo. Wstanie wydawało mu się teraz czynem tak niemożebnie wymagającym, że nie czuł się koniecznie na siłach do tego. Przeciągnął nerwowym ruchem ręką po własnych włosach, żeby przeciągnąć je w tył.

- Nadal mam twoją paczkę fajek w szafce nad zlewem. - Bo gdyby jej tam nie było to ten brak raziłby tylko bardziej. Pamiętałby - była tam. Ale jej nie ma. A tak? Była leżała, czekała. Czasami nawet palił te fajki, żeby wymienić potem na nową paczkę. Zapach papierosów. Śmierdząca popielniczka. A jednocześnie absolutnie kochał ten smak i zapach. Bo kojarzył mu się z Flynnem. - Kimś. To, ile wiesz, nie uczyni cię kimś. Bo nawet jakbym w tym punkcie wiedział o tobie wszystko, to wcale nie uczyni mnie kimś. - Ach, tak. Z Cainem można było przerwać każdą konwersację, a potem do niej wrócić. Nawet jak miała miejsce pięć lat temu. - To się odnosi do wszystkiego i wszystkich. Masz jeszcze fajki? - Czy ogarniała go gorycz? Nie. Nadal czuł ten sam spokój i wyjałowienie, które było naprawdę absolutnie pięknym odczuciem w tym, co się między nimi zadziało.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 16.11.2023

Myśli krążące po nieprzyjemnych tematach były jak taka irytująca mucha, która mimo odganiania jej ręką co kilka sekund, wciąż postanawiała siadać ci na ręku. To było coś do zniesienia. Jeżeli to miało być ceną za to słońce, za to wtulone w niego ciało - niech tak będzie. To była dobra kwota do zapłaty za możliwość obserwowania i czucia, jak Bletchley oddycha coraz stabilniej, jak zdejmuje palce ze swoich oczu - ten spokój sprawiał, że i on czuł się dobrze, ale... No właśnie - ale, bo ta chwila miała swój koniec. Dla kogoś obserwującego to z zewnątrz odsunięcie się Caina było po prostu naturalną koleją rzeczy, przecież nie mogli tkwić tak w nieskończoność, ale w percepcji kogoś, kto bardzo dużo stabilności pokładał w poszukiwaniu bliskości, każdy moment rozłąki generował znaki zapytania. Był osobą, która potrafiłaby zapytać „gdzie idziesz” dla pewności ducha, kiedy druga osoba szła do łazienki i to było oczywiste, że zaraz wróci, bo oglądali razem film. A tutaj? Co było tutaj oczywiste? Nic. Tylko to, że sknocił to na długo, długo przed tymi szorstkimi tekstami, sam Bletchley powiedział kilkanaście minut temu o zniszczonych, pięknych wspomnieniach, a teraz był daleko, bo po takim zbliżeniu odsunięcie się na kilkanaście centymetrów to już było daleko, do tego się garbił - Flynn wypuścił go więc z tego objęcia, ale bardzo niechętnie - trochę tak, jakby ten podniósł się obrażony i właśnie się o coś pokłócili. Zaobserwował ten ruch palców przez włosy i zdenerwował się jeszcze bardziej, bo jego proces myślowy wyglądał mniej-więcej tak: też musiał być roztrzepany, będzie musiał coś z tym zrobić, zanim wróci, a skoro on to teraz zrobił, to może też chciał wracać i... Ciężar tej uciętej rozmowy wrócił do niego szybko, a odkopane emocje bardzo dobitnie przypomniały mu, dlaczego nie żegnał się z nikim. Ta kartka to było maksimum, szczyt jego możliwości, poza nią nie istniało już nic innego, co mógłby zrobić, dokonując takiej decyzji. Odciąć się i zapomnieć w dogodnym dla siebie momencie - taktyka na miarę jego możliwości - zawieszenie relacji w momencie, w której wszystko jeszcze było dobrze i tkwić w ułudzie szczęścia obu stron.

Zapiął spodnie, wpatrywał się w Bletchleya, rozważając zbyt wiele opcji, żeby móc wyłonić z nich jakąkolwiek - zagubiony, czekał na cud, wciąż niepewny, gnieździł w sobie coraz więcej i więcej, aż wreszcie kiedy usłyszał to o tych cholernych papierosach, przysunął się do niego gwałtownym ruchem, ponownie zamykając w objęciu swoich rąk. To nie był gest wsparcia, bo to brzmiało tak, jakby Bletchley to sobie przepracował, to był gest czystej desperacji - nie chciał być z tymi emocjami sam, więc kierowany ich natężeniem nie potrafił tak po prostu siedzieć obok, kiedy mógł go dotykać.

- Nie rozumiem tego, Cain - przyznał, próbując przełknąć jakoś nabytą na przestrzeni kilku sekund nerwowość, ale wyszło mu to kiepsko. Flynn należał do ludzi porywczych, takich mówiących i robiących głupie rzeczy, ulegających wpływom chwili - nie potrafił tego wyłączyć. - Tego o byciu kimś - doprecyzował, opierając głowę o jego ramię - kim ty w ogóle chciałeś zostać, kim chcesz być, a kim nie jesteś? - Próbował przypomnieć sobie, co mówił o tym wcześniej, ale niektóre wymienione pomiędzy nimi zdania zostały skutecznie rozmyte przez następne sceny, nie miał przecież jak on pamięci totalnej i ciężko mu było tak po prostu wrócić na tor rozmowy. Byli na kompletnie innych stronach książki - jeden odpowiadał na coś sprzed dłuższej chwili, drugi wciąż tkwił plecami oparty o ten pień. Czuł się cholernie dziwnie. Nie nazwałby tego czymś złym, bardziej czymś, czego się kompletnie po sobie nie spodziewał, ale on miał generalny, wykraczający poza tę historię problem z patrzeniem w lustro.

- Tak, mam - powiedział, klepiąc się po kieszeni, a następnie wyciągnął tę paczkę i mu ją podał. Później, z niewyrażającą wiele miną, wrócił do przeżywania wszystkiego w środku. Chciał teraz gadać, gadać i gadać, bo przecież go to wszystko doprowadziło do euforii, ale jednocześnie nie chciał mówić nic, bał się dzielić czymkolwiek, co przychodziło mu teraz na myśl. Nie mógł mu przecież, przynajmniej w swoim mniemaniu siedzieć i pierdolić o kolorach, albo znowu kazać sobie jak wygląda otoczenie, w którym się znajdowali. Ale to przecież cisnęło się na usta od razu - bo on widział wszystkie kolory, a nawet widział więcej kolorów niż inni - byli po przeciwnych stronach gigantycznego spektrum, jak to mogło człowieka nie ciekawić ani trochę.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - Cain Bletchley - 16.11.2023

Jedną rękę oparł na przedramieniu Flynna, a drugą podparł się o ziemię, kiedy czarnowłosy nagle rzucił się na niego, jakby coś go oparzyło. gdyby żart się go bardziej trzymał (zaraz będzie, potrzebował tylko jeszcze chwili wycofania się do swojej bezpiecznej skorupki dawkowania uczuć) to zapytałby się, czy mrówka mu właśnie do gaci wlazła i ugryzła go w dupę, że tak podskoczył jak opętany. Albo jak zraniona księżniczka szukająca wsparcia w ramionach swojego księcia. Ciekawe, że człowiek potrafił przyjąć tyle ról w swoim życiu, a najważniejsze z nich zawsze ograniczały się do roli męża, żony, matki, ojca. A potem miałeś wyklętych jak oni, którzy nie chcieli żadnej żony. Przynajmniej jeden z nich nie chciał też tutaj roli męża. Przecież dążyliśmy wszyscy do stabilności, więc jak wiele zagłady potrzeba było, żeby ten czysty, pierwotny instynkt człowieka został zaburzony? Instynkt nakazujący poszukiwać spokoju, nie ten, który decydował o miłości. Pierwotne odruchy potrafiły drzemać w jednostkach myślących, a jednak byliśmy czymś więcej. Oferowana miłość nie rozróżniała płci. Ważne, że była czysta. Tak czystym ruchem wydawało się w pierwszej chwili to, co zrobił Flynn - tylko w pierwszym, bo wystarczyło na niego spojrzeć, żeby widzieć strach. Zdziwienie przeminęło i brunet poprawił się w swojej pozycji, uspakajająco głaszcząc mężczyznę po ręce. Potrzebował prysznica - porządnego. Jego zdaniem - Flynn też. Przesunął rękę tak, że to teraz on obejmował Wronę, pozwalając mu chociażby i wleźć sobie teraz na kolana. Choć nie powinien. Tak jak nie powinien był robić bardzo wielu rzeczy tego dnia. Czemu Flynn się ta zdenerwował? Jakby - wystraszył? Bo to nie wyglądało na zdenerwowanie powodowane złością. Skąd to nagłe napięcie, ten jego... skok?

- Kimkolwiek. - Czy Flynn był to w stanie zrozumieć? Albo czy on był w stanie to wyjaśnić? - Najpierw chciałem być tym cwaniakiem, który nigdy nie da się nikomu zrobić w chuja. Potem chciałem być bohaterem tego świata. Z bohatera świata chciałem być już tylko - albo aż - twoim bohaterem. - To ewoluowało. Z roku na rok niemalże. - I wiesz... jestem zupełnie nikim. - Nie powiedział tego z żalem czy ze smutkiem, to była po prostu czysta prawda. Nie stał się tym cool gościem, który opierał się wszelkim machlojstwom ani wielkim bohaterem dla tego świata. Nie mógł nim być. Nawet już nie chciał nim być. Ten świat nie zasługiwał na bohaterów. Był pojebany i okrutny. Wydzierał z ludzi wszystko, co najlepsze, a potem zostawiał ich wyzutych, przemielonych jak kości z psich pysków. Nie był też w końcu miłością dla Flynna. Tak, w tym już tkwił ból. Zadra, którą przepracował, tak, którą mijał albo przechodził nad nią jak kłoda zwalona w lesie na drodze. Tak sądził. Tak sobie wmawiał. Co miał myśleć o Fleamoncie? Że dla niego to było bardzo proste? Że to naprawdę była "taka ważna decyzja"? Nie, to był dla niego żaden wybór, to nie był nawet wybór w jego mniemaniu. To było oczywiste. Kurwa, to go jeszcze bardziej bolało. Nie, kurwa, nie chciał tego wszystkiego wiedzieć. Przez moment jego palce mocniej zacisnęły się na boku Flynna.

Wyciągnął tego papierosa i wsunął sobie do ust, żeby go odpalić różdżką. I zaraz tą różdżkę puścić na trawę. Zaciągnął się dymem i wysunął papierosa do Flynna, tak jakby w paczce było ich za mało i miało zabraknąć, albo trzeba było oszczędzać. Nie trzeba było. Ale to był jakiś wyższy poziom intymności. Trochę inny niż wyrywanie fajki z ust Crowa, żeby ten mógł zrobić z nich lepszy użytek. Zdecydowanie inny.

- Czemu się tak denerwujesz? Przecież nic się nie dzieje. - Mruczał zmęczonym głosem. Chyba nie mógł sprawiać wrażenia innego niż człowieka, który jeśli tak dać mu odpowiedni podkład to zasnąłby teraz na tej trawie. Podczas gdy we Flynna wstąpiła nowa energia - nerwów. I nagle te natrętne, niechciane myśli przestawały być tylko upierdliwymi muchami, które zawsze podrywały się do lotu jak sięgałeś po tą pierdoloną packę. Jakby, jebane, wiedziały. Jakby były pieprzonymi jasnowidzkami, a całe to niedopowiedzenie o tym że to głupie stworzenia stawało się śmiechu warte! Nie, to były sprytne, przebiegłe, jasnowidzące istoty. Dobrze wiedziały, kiedy się zmyć. Niestety nie wynaleziono jeszcze packi na upierdliwe myśli. Nawet nie mogłeś się łudzić, że da się je zatrzymać i nie staną się lawiną z Mount Everest, a ty będziesz tylko maluczkim człowieczkiem, który pomylił możliwości z marzeniami próbując się wspiąć na szczyt. Marzenie było - ja tam dotrę. Rzeczywistość jednak weryfikowała. Czy Flynn potrafił spoglądać samemu sobie w twarz? W odbicie w lustrze? Miał takie piękne oczy, dla których byłby w stanie zrobić wszystko. Czarował go słowem, ale i spojrzeniami. A te włosy, Boże, wybacz - mógłby trzymać w nich palce przez cały czas. Sprawdzać miękkość, bawić się tymi fantazyjnymi lokami, w jakimś zboczeniu nawet byłby szczęśliwy mogąc je uczesać. Powinien spoglądać na swoje odbicie w lustrze z czystą przyjemnością. Jednak człowiek, który wcale nie czuł, że podjął tylko dobre decyzje w swoim życiu nie mógł spokojnie konfrontować się ze swoim odbiciem. Zdradzało ono zbyt wiele wad. Mówiło zbyt wiele o przeszłości. Fleamont miał licznych wrogów, ale żaden z nich nie był dla niego gorszy od niego samego.

- Pytałeś, czemu tu przyszedłem. Czy to w ogóle pytanie? Nie mogę zapomnieć. Nie ważne, ile minie czasu. Nie. Mogę. Zapomnieć. - Oparł potylicę o pień drzewa i spojrzał na liście nad nimi. - Potrafiłeś mnie wtedy owinąć sobie wokół paluszka i teraz też potrafisz. - Przymknął oczy, uśmiechając się. - Nawet przed samym sobą wypadam całkiem żałośnie.




RE: [1.06.1972] Cain & The Edge | Engravings - The Edge - 17.11.2023

Flynn się w niego po prostu wtulił. Jemu w ogóle nie przeszkadzało to, że byli piekielnie spoceni, a nad ich głowami świeciło ciepłe, letnie słońce, bo kiedy odrywałeś się od drugiego człowieka, to w tym miejscu, które was łączyło, momentalnie czuło się zimno. Zimno, którego on po prostu nie potrafił znieść. W takim ustawieniu ciał było mu trochę lżej przyjąć zbliżające się słowa, ale i tak uderzyły go na tyle mocno, żeby zrobiło mu się gorzej. Ludzie zwykle oczekiwali jakiegoś dialogu, że im na coś takiego odpowie, ale co on miał odpowiedzieć? Że nie potrzebował bohaterów, ale to nie znaczyło, że go nie chciał? Głos załamie mu się przy tym ze trzy razy, o ile cokolwiek z siebie wyduka. Że to rozumie? Nie, on tego nie zrozumie, bo ich dzieliły mile jeżeli chodziło o życiorys, jakieś nakładające się podobieństwa w postrzeganiu siebie stanowiły w ich przypadku dobre spoiwo, ale gdyby to powiedział, to by się czuł, jakby próbował zamienić to w coś o sobie, a to było o nim. O tym, że się czuł nikim.

Byłby olbrzymim hipokrytą, gdyby mu wytknął autodestrukcyjne besztanie się, bo był zdolny do określania się o wiele gorszymi epitetami. Poza tym nosił na ciele tyle świadectw nienawiści do samego siebie - takie smutne wnioski na własny temat zdawały mu się być normalnym elementem życia, nawet jeżeli były cholernie smutne. Potraktował je jako odpowiedź na zadane wcześniej pytanie, czy coś się stało i czy czuł się samotny. Mógł powiedzieć to z bardzo poważnym wyrazem twarzy, ale co z tego, skoro wybrzmiewało w tym nieposiadanie żadnego wizerunku, żadnego swojego miejsca w świecie? Jednocześnie stworzył tyle okazji do żartów - na przykład jak się kogoś pytało o to, o kim myślał, wpatrując się tak niemrawo w przestrzeń, to mógł teraz odpowiadać - o zupełnie nikim. Kogo kochasz? Nikogo. Kto ci te włosy powyrywał? Nikt. Mógłby wymyślać takie teksty godzinami, nie omieszkał też zastosować jednego z nich w ramach odpowiedzi, z której chciał wyjść z twarzą, nie przyznając się wprost, że po tym jak porzucił go jak psa przy drodze, teraz sam się wystraszył jak takie dziecko, któremu mama kazała poczekać chwilę przy kasie, bo może zaraz sobie pójdzie i nigdy nie wróci.

- Działo się coś, nikt nie trzymał mnie za rękę - zażartował, po czym zaciągnął się tym papierosem, ale w gruncie rzeczy tylko dlatego, że został mu on podstawiony pod nos. Nie udało mu się ukryć w tonie głosu tego, że było to dla niego odrobinę wstydliwe, ale na obronę własnego umysłu - ten moment zaraz po seksie był najgorszy na to, żeby sobie pójść. Bo Bletchley nie był losową osobą poznaną w barze, Bletchley był kimś, z kim zdążył już utworzyć jakąś więź i pierwszą myślą po opadnięciu razem na pościel (lub w warunkach polowych - trawę) było kontynuowanie fizycznej bliskości.

- Szybko przeszedłeś od chęci poznania mnie, żeby być moim bohaterem, po uważanie, że przywiązanie do mnie jest żałosne - zauważył. - Ale okej, zapracowałem sobie na to. Żyłem najgorzej, jak się dało.

I napełniało go to niegdyś ogromnym wstydem, ale teraz już trochę się z tym pogodził. Może nie całkowicie - wciąż zdarzało mu się budzić w środku nocy i żałośnie ujadać nad własną głupotą, ale kiedy się odciął od Londynu, było mu z tym łatwiej.

- Uważasz, że gdybyśmy się nigdy nie poznali, to byłbyś szczęśliwszy?

On na pewno by nie był. Chwile, jakie z nim spędziły były osłodą najchujowszych lat jego życia, kiedy się nie potrafił uwolnić od niszczącej go kobiety, chociaż ta już nie miała prawie nic z tej wersji, w której się zakochał... jako nastolatek. Kurwa, jak on miał o czymś takim opowiedzieć, wciąż tego nie wiedział, nawet jeżeli układał sobie coś tam w głowie. Miał nawet ochotę się odrobinę rozgniewać, bo jak się można było po nim spodziewać stabilności i bycia normalnym. Po nim, po Crowie, co ciągle chodził pobity za cudze sprawy i gnieździł się gdzieś w najczarniejszych ulicach stolicy razem z innymi szczurami, które bogatsi i bardziej wpływowi chcieli wytępić. Przytulała się teraz do niego piwnica piwnicy domu społecznego, jeżeli miałby mieć komuś to wszystko za złe, to chyba samemu sobie za gustowanie w robakach. Flynn nigdy nie udawał nikogo więcej.

Ale no tak, bohater. Może on sobie robił nadzieję, że go wyciągnie z rynsztoka, tak jak sobie musiał całe życie robić nadzieję, że mu się uda wyciągnąć z niego swoją wiecznie pijaną matkę. Spóźnił się na to z trzydzieści... (?) lat. Nie był pewny tego, w jakim jest wieku, ale był pewny tego, że dla niego jedynym ratunkiem było najzwyczajniej w świecie nie dać mu zaistnieć.