Secrets of London
[24.07.1972] My Skin | Perseus & Laurent - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [24.07.1972] My Skin | Perseus & Laurent (/showthread.php?tid=2170)

Strony: 1 2 3


RE: [24.07.1972] My Skin | Perseus & Laurent - Laurent Prewett - 04.04.2024

Dance me to your beauty with a burning violin
Dance me through the panic 'til I'm gathered safely in
Lift me like an olive branch and be my homeward dove
Dance me to the end of love

Nie chciał tego czuć i chłonąć.

Zatrzymajmy się teraz na tym alabastrze, zgoda? Nie zaglądajmy pod niego, już nie szukajmy zgnilizny, nie rozdrapujmy ran. Zostańmy na schodku z marmuru, hmm? Proszę, zgódź się, chociaż ten jeden raz... Proszę, nie zakładaj tych sznurów, nie pętaj, nie krępuj. Przecież tu nie musi rządzić przemoc, jaka rządziła w Twoim domu. Nie musimy się bać, nie musisz niczego ukrywać. Tak, mogą spoglądać na ciebie oczy, a w nich słone krople, mogą rumienić się policzki i mogą dłonie przesuwać się o dłoń, biodro o pośladki. Tak wiele rzeczy było dostępnych w zasięgu naszych dłoni i..! Pozwalasz temu wszystkiemu spłonąć jak pozwoliłeś płonąć gobelinowi ze snów. Zobacz. Spójrz, co robisz. Spopielasz się. Owija cię płomień i starasz się nad nim zapanować, bo wpływ każdego płomienia można ograniczyć. Chcesz mnie związać? Ale wiążesz samego siebie. Sznur nazywany narzeczoną, zamiast być prawdziwym światłem, nagle stawał się utrapieniem. Najgorsze w tym wszystkim było chyba to, jak dobrze bym to zrozumiał, gdybyś tylko mi powiedział. Skoro była słońcem, skoro była taka dobra, skoro tyle miała do zaoferowania - co ja tu jeszcze robię, Diable? Nie możemy tańczyć, jeśli taniec tak bardzo nas niszczy. Chcesz pomóc - wytrzymasz? Chcesz nieść ciężar - podołasz? Przecież już ledwo oddychasz. Przecież...

Perseusie, ty nawet siebie samego ledwo trzymasz na nogach. Kogo ty chcesz jeszcze ze sobą ponieść?

Co działo się za tym alabastrem i marmurem Laurentowi nie było dane oceniać i nie dane mu było tego odkryć. Odkrywał tylko to, co dane było mu dojrzeć. To, co wysuwało się między szczelinami fasady i udowadniało, jak bardzo żywy i prawdziwy człowiek czaił się za tymi przepięknymi, nieziemskimi oczami, na punkcie których Laurent oszalał. Były piękniejsze od obsydianu, który mu się tak podobał. Wspanialsze niż najdroższy na świecie jadeit. Bardziej czarujące od nocy Kairu, a diamenty były przy nich zblazowane i przecenione. To za tymi oczami działo się coś, co zmieniło jego oddech. Nie chciał tego nadinterpretowywać i prawdę mówiąc - był tym zmęczony. Nie Perseusem czy czytaniem z niego - sobą samym. Tym, że tak bardzo zjeżdżał mu umysł, że nie potrafił nad sobą panować, że zaliczał regres i cofał się do wszystkich brudnych i złych przyzwyczajeń, że znowu chciał wciągnąć z kimś działkę i jeśli Bóg dopomoże - nie obudzić się nad ranem tylko zostać w marzeniach sennych. Może... kontynuowałby budowanie swojego sennego miasta, które na pewno lepsze byłoby niż Londyn. Ciekawe, czy znalazłby tam te nieziemskie oczęta..? Czy udałoby mu się go napotkać między swoimi Fantazjami..?

- Działało. - Odparł z żalem. Jego dłonie stały się teraz dokładnie tak samo puste jak puste było jego życie, jego ciało i jego emocje, kiedy osoba, z którą dzieliło się ciepło, wracała do swojego życia. Może wróci na następny numerek, a może nie wróci wcale, czy to miało znaczenie? Nigdy nie wróci po to, żeby zostać na stałe. Tak jak Perseus nigdy nie wróci do Francji, żeby tam znów szeptać do ucha Elliota. Nigdy nic nie zdarzy się dwa razy tak samo, niektóre miłostki kończyły się zamkniętymi drzwiami. Każda miłość się kończyła. Niektóre kończyły się przedwcześnie, nim muzyka skrzypiec zdążyła dobiec końca w tę lipcową noc. - Wiedziałem, że wszystko się... spieprzy, jeśli pozwolę sobie na złamanie reguł i utratę kontroli nad emocjami i tymi znajomościami. Nie chciałem sobie tego udowadniać, ale, cóż... stało się. - Brzydkie, brzydkie słowo, ale ta sinusoida emocji zaczynała go trochę przerastać. To seksualne napięcie wiszące w powietrzu, tak silnie elektryzujące, jakby sama Gaia miała go pokarać za opieranie się temu uczuciu, jakby sam rytuał Beltane go opętał - powód, dla którego nigdy nie stawiał się na tym święcie, bo jakby wyjaśnił, że chciałby zapleść takiemu Perseusowi wianek i podziwiać, jak cudownie wygląda na jego skroniach? Musiał to kontrolować, nie chciał stracić kontroli nad sobą, rozpłakać się, nie chciał też zacząć się miotać... wielu rzeczy nie chciał i wiele chciał - to napięcie się powoli kumulowało jedno na drugim. W końcu musiało pokonać jego niepokorne i za słabe ciało i umysł. I choć te oczy tak mu się podobały to uparcie w nie nie spoglądał, bo tak jak obawiał się własnych reakcji, tak bardzo nie chciał dojrzeć tam oceny. I kiedy to wszystko mówił to i tak spodziewał się czegoś bardzo odrzucającego. Wstrętu. Obrzydzenia. Chyba szukał go w każdej osobie, którą spotykał, ale nie ważne, jak mocno się upodlił, nadal sięgały do niego dłonie, jakby był czymś świętym. Może to już było jego szaleństwo. A może sobie tylko z tym naprawdę nie radził. Ale ten dotyk, choć tylko ulotny, wygładził te ostrza, które sam w siebie wbijał - samobiczowanie najlepszą drogą do odkupienia swych grzechów przed samym sobą, o tym pewnie Persues też dobrze wiedział. Tak jak i wiedział, jakie to było niewskazane i jakie destruktywne.

- To pustka, której nie da się zapełnić, nie ważne, czym ją karmisz. I tylko przy cieple drugiego ciała, kiedy ktoś jest tylko dla ciebie, ona chociaż na chwilę znika. - Teraz w jego twarz spojrzał, ale tylko na moment, tylko ulotnie. To to? To ta pustka? To to wrażenie, że musisz ją nieść i że tak bardzo starasz się ją zapchać, ale okazuje się, że jest czarną dziurą? Był moment, w którym czuł, że ona w końcu... zniknęła. Niestety był zbyt krótki, bo z jakiegoś powodu osoba, która mu ją zapełniać pomagała postanowiła zniknąć.

- Jestem zawiedziony sobą. - Przecież miała rację w tym, co mówiła. - Ale jej oceną... tak, jej oceną też. - Tym, że nie chciała nazwać go synem, kiedy on chciał nazywać ją matką. Ale to chyba jednak była rozmowa na inny moment. Szczególnie, że słowa Persuesa jeszcze bardziej go napięły. Ścisnął aż uda, najeżył się niemal, zaciskając palce na materiale spodni. Teraz już puste palce. - Przestań. - Powiedział na wydechu, cały rumiany, wstrzymując niezdrowo głębsze wdechy powietrza. - Nie wiesz, o czym mówisz. - Jego wzrok biegał na boki - wszędzie, ale nie na Perseusa. Zmienił się ton, był teraz naprawdę napięty, zirytowany i stawiający ewidentną granicę. Nawet w tym rozgorączkowaniu zgubił oficjalny i grzecznościowy ton. - Przecież widzę, jak na mnie patrzysz. - Jak mnie pożerasz wzrokiem, kiedy bierzesz głębsze oddechy.




RE: [24.07.1972] My Skin | Perseus & Laurent - Perseus Black - 08.06.2024

Przez ostatnie lata z łatwością poruszał się przez labirynty ludzkich umysłów, rozpoznawał stany emocjonalne oponentów zanim ci byli w stanie je nazwać (a jakże dumy był przy tym i stroszył swe pióra niczym młody paw - rzucane z wyższością "czyżbym trafił w twój czuły punkt, najdroższa siostrzyczko?", albo z lekarską troską "jesteś na granicy płaczu, choć łzy jeszcze nie zebrały ci się pod powiekami; nie krępuj się, nie ma nic zdrożnego w takim katharsis"), lecz teraz zupełnie nie pojmował, co się z nim działo. Brakowało mu słów, by opisać to uczucie wypełniające go całego, zbyt trudne do pomieszczenia w środku; jeśli zaraz nie znajdzie dla niego ujścia, samo odnajdzie drogę na zewnątrz; wypełznie przez usta, popłynie z oczu, wyleje się z nosa. To tak, jakby jego serce postanowiło zbuntować się przeciwko rozumowi, ciało zachowywało się sprzecznie do sygnałów wysyłanych przez mózg, zaś on sam miotał się pomiędzy dwiema skrajnościami. Bezustannie, niczym igła metronomu ustawionego na prestissimo; tik-tak, raz-dwa, pragnę-wzgardzam.

Wystarczyła tylko chwila - ten okruch zaledwie podarowany im przez wieczność - kiedy ten młodzieniec przekroczył próg jego domu, by nogi Perseusa się pod nim uginały, by myśli zboczyły z wytyczonego szlaku, wypłynęły w maleńkiej łódeczce na nieznane i niebezpieczne wody, zmuszając go do zrewidowania wszystkiego, w co wierzył. A wierzył, że był człowiekiem o popielatej duszy, spękanej, lecz wciąż w jednym kawałku. Teraz nie był co do tego pewien; od pierwszego spotkania z błękitem oczu Laurenta, zdawało mu się, że plami go grzech - być może przeczuwał to już wcześniej, ale nigdy, aż do tego dnia, nie odczuwał tak straszliwie lepkiego brudu ciążącego mu na sumieniu. Zaschniętych, czarnych plam, których nie dało zmyć się żadną spowiedzią, najtrudniejszą nawet pokutą, a już na pewno nie rozgrzeszeniem.

Nie chcę cię skrzywdzić, mówiło jego pełne cierpienia spojrzenie, kiedy desperacko szukał zrozumienia w jego oczach. Ale naturą węża jest kąsać. Obiecam ci raj - dam ci go nawet, ale kiedy tylko pozwolisz mi się do siebie zbliżyć, dostrzeżesz, że twój Eden jest jedynie fasadą; że kruszeje jak te tandetne gipsowe kolumny we włoskich restauracjach w mugolskich dzielnicach, że wkrótce obróci się w proch, podobnie jak moja troska o ciebie. Znam tylko pożogę - ja jestem pożogą - i zniszczenie. Zniszczę więc wszystko, co dla ciebie zbudowałem, zatopię swe kły jadowe w twojej skórze i wleję w ciebie swoją truciznę. Nie widzisz, jak jestem zachłanny? Nie widzisz tej obłudy, która czai się w każdym moim geście? Dziś to ja padam przed tobą na kolana i traktuję cię z czcią godną bożka; jutro to ciebie na nie rzucę, uniosę twój podbródek i zmuszę do uległości, tylko po to, by za chwilę znów przywrócić ci godność, wyleczyć twe rany i obiecywać ci, że od dziś słońce będzie jasno świecić nad nami. Dopóki historia nie zatoczy koła. Tego dla siebie pragniesz? Cyklu zniszczenia i odrodzenia?

Te i podobne myśli krążyły w głowie Perseusa, który nigdy w swoim życiu nie czuł się bardziej wybrakowany, niż w tamtej chwili, kiedy spoglądał na Laurenta Prwetta. Być może nie byłby dla siebie tak surowy, gdyby wiedział, że on także oszalał na punkcie jego spojrzenia, jednakże Black nie posiadł umiejętności czytania w ludzkich myślach. Na swoje szczęście - wiedząc, że chłopak patrzy na niego w niemalże ten sam - bo pozbawiony brutalności - sposób, trudniej byłoby mu się opierać. To z kolei mogłoby doprowadzić do ich wspólnej zguby.

Skoro nie działała, to dlaczego nadal sobie pan to robi? — zapytał spokojnie, bez wyrzutów; nie chciał w żaden sposób krytykować Laurenta, lecz sprawić, by pochylił się nad sobą i pojął mechanizmy, jakie pchają go w te wszystkie sytuacje, które kładą się cieniem na jego życiu. — Nie kontroluje pan czego? Lęku przed samotnością, czy może… popędu? A może te oba te czynniki się ze sobą łączą? Proszę się zastanowić, panie Prewett. Spokojnie, mamy czas. Nie musi mi pan udzielać odpowiedzi dziś, najważniejsze, aby był pan ze sobą szczery.

Pokręcił przecząco głową, choć bez większego entuzjazmu. Sam nie był do końca przekonany swych racji, a na domiar złego obawiał się, że Laurent potrafi czytać z niego jak z otwartej księgi.

Nie sądzę, aby dało się ją tak łatwo wypełnić. Istnieją ludzie, którzy z jakiegoś powodu nie potrafią cieszyć się z tego, co mają, lecz wiecznie rozdrapują rany i szukają ukojenia w przeszłości, rozważają miliony scenariuszy i romantyzują te, które są najbardziej dla nich nieosiągalne. Mam pewne przypuszczenia, że i mnie dopadła ta niechlubna przypadłość, zatem, jak sam pan rozumie, nie jest to nic, czym należy się przejmować. To coś, co powinienem rozważyć sam ze sobą. — uśmiechał się, lecz grymas ten nie był pozbawiony swego rodzaju sztuczności, jakby nie docierał do oczu, które wciąż pogrążone były w smutku. Zazdrościł czasem swoim pacjentom tego, że mogli przyjść do niego i zrzucić ze swych barków cały ciężar, jaki na nich spoczywał. Perseus musiał radzić sobie sam ze sobą i najbardziej zabawną częścią tej historii był fakt, że nie radził sobie wcale.

Ściągnął brwi, nie rozumiejąc w pierwszej chwili znaczenia jego słów - dopiero po chwili przyszło zrozumienie, oblewające rumieńcem jego lico. Och. Poczuł wstyd, jak chłopiec, którego przyłapano na gorącym uczynku. Mimo to, próbował się jeszcze bronić; żałośnie i nieudolnie. Jakże chciałby się w tym momencie zapaść pod ziemię! Jakże pragnął, aby zamknęła się nad nim czarna ziemia i nigdy nie wypuszczała ze swych miękkich objęć.

Jak... W jaki sposób na ciebie patrzę? — pytanie wyrwało się spomiędzy jego warg i zawisło w eterze, zanim zdążył zdać sobie sprawę z tego, jak wielkie niosło ze sobą brzemię. Zaraz też wstał gwałtownie, oparł drące, wilgotne dłonie na biodrach i westchnął przeciągle, z bólem czającym się w każdym jego ruchu. Odwrócił wzrok i przygryzł wargę, powstrzymując się przed rzuceniem oskarżycielskiego przecież patrzysz na mnie tak samo. — Duszno tutaj — zauważył zamiast tego i obszedł Laurenta dookoła; stanął do niego plecami i uchylił okno wychodzące na ulicę. Przed szeregówką znajdował się niewielki kwietny ogród - ich słodka woń wdarła się do środka. Czuł, że tego potrzebowali, obaj; tej chwili samotności, choć byli w jednym pokoju, momentu, w którym mogliby odwrócić od siebie uwagę, odpocząć od napięcia, jakie pojawiało się, gdy ich spojrzenia się krzyżowały.




RE: [24.07.1972] My Skin | Perseus & Laurent - Laurent Prewett - 09.06.2024

Przerażające, ile władzy nad drugim człowiekiem potrafiła dać zdolność poruszania się między ostrymi skałami w wąskim przesmyku, przez który musiałeś podróżować. Potrafił tępić te dzikie skały, łamać je, a nawet rzeźbić według własnej woli. Odpowiedni nacisk tutaj, odpowiedni nacisk tam - a wszystko siłą tego efemerycznego ciała, które posiadał Perseus Black. Nie musiał nawet kiwnąć palcem, żeby wprawić materię w ruch, wystarczyła sama wola. Mógł pomóc i wyciągnąć drugą istotę ze smolistej mazi, w której tonął i widział wokół siebie tylko bagniska. Ta wyciągnięta dłoń prowadziła na złociste plaże, gdzie powietrze przesycone było zapachem jodu, a ciało pieściły promienie słońca. Mógł też pchnąć w dół. Dotknąć głowy i wtopić ją w smołę niżej, żeby wystawały tylko szamoczące się dłonie próbujące wyzwolić się od siły, jaka nim rządziła. Łapały więc nadgarstek, drapały i wierzgały kończyny. Nie sposób było oprzeć się na dnie, żeby się wynurzyć - stopy nie miały podparcia. Mógł tylko wędrować w dół. Brakowało powietrza, płuca zamiast tlenu łapały czarną maź i tak powoli, brutalnie, umierał człowiek. Przeżywał w ostatnich chwilach tchnienia wspomnienia wszystkiego, co zrobił, czego żałował, a najbardziej tego, co jeszcze zrobić miał. Nie potrzebował siły w swoich mięśniach. Nie widzisz tego? Poruszasz sercem i duszą, kształtujesz psyche jak najwprawniejszy rzeźbiarz pieścił kamień pod swoimi palcami. Jak jubiler doglądał kamieni szlachetnych i dostosowywał metal do swojej artystycznej wizji, choć żaden człowiek nie jest w stanie ugiąć go w palcach.

Nie było takiej spowiedzi, która zmyłaby z człowieka grzech śmierci. Nie było też takiego rozgrzeszenia, które pozwoliłoby zapomnieć o splugawieniu świętości. Maźnięcia na białym płótnie sumienia - toć to już nawet nie były plamy. To była pierdolona redukcja bieli. To już biel, która została po pergaminie, wyglądała jak plamy przy tej czerni atramentu, bo tak niewiele jej zostało. Co widzieć mógł jednak błękit? Dużo czerni, co przelewała się łzami z tych pięknych oczu w bladej twarzy, chociaż wcale nie płakał. Nie ronił łez na policzki, ale czy nie płakał w swoim sercu? To pewnie dramatyzowanie, romantyzowanie tego, czego nie potrzeba romantyzować - wszystko to, o czym mówił teraz Perseus, wchodziło mocno do głosy Prewetta, który chłonął prawdę nieodzowną: doceniasz za mało to, co posiadasz, a za bardzo tęsknisz za wszystkim, co nie może znaleźć się w twoich dłoniach. Więc o czym marzył Perseus? Mówił o tym ze swojej perspektywy, a poczucie połączenia dusz stało się objawieniem tańca jesiennych liści nad taflą jeziora. Zaraz tam opadną, ale na razie tańczą, nieskrępowane, nauczone tego, jak się lata i jak być bezwiednie oddanym tej sztuce. Dzisiaj nazwiemy ją sztuką poznania, jutro sztuką kochania, a za miesiąc już będzie sztuką miłości. Wszystko nie tak, bo nie powinni na siebie wzajem tak spoglądać. Nie powinni wyciągać do siebie dłoni i dotykać się nawet koniuszkami palców. Jak słodki potrafił być smutek w drugim człowieku, żeby tak przyciągał? Tworzył jakże żałosne: proszę, ja ci pomogę... Pomagałeś tak mocno, że w końcu sam stawałeś się nieszczęśliwy.

I tylko wtedy, kiedy już rozszarpiesz świętość na kawałki czujesz się naprawdę wyzwolony. Odetchnij pełną piersią, no dalej, wiesz, że zasłużyłeś! Przynajmniej na jeden moment spełnienia, jedną satysfakcję. Później znów przyjdzie wpatrywać się w ten nędzny pergamin, gdzie każdy z minusów podsumowywał twoje sumienie, ale w tej chwili gloria przypadała w twoje ręce. Co to za świętość, która sama jest grzechem splamiona? Nie można być świętym, kiedy lędźwie były takie ciepłe, a oddech był problematyczny od prób powstrzymania niezdrowej chuci. Jeśli ceną za odrodzenie było zniszczenie - niech tak się stanie. Feniksy nauczyły się powstawać z popiołów - wystarczyło zadbać o małe pisklęta, żeby na drugi dzień znów zachwyciły swoimi piórami. Laurent też chciał zachwycać. I jednocześnie chciał pióra powyrywać, żeby już nikt na niego nie patrzył. Jak pogodzić ze sobą narcyzm i brak wiary w siebie jednocześnie? Logika imała się popsutych emocji w równie popsutej głowie, a tu i teraz byli z tym sami. Perseus, który wybrał drogę leczenia, chociaż sam był ranny i Laurent, który potrzebował leczenia, ale napotkał na rannego lekarza. Między nimi nie było przepaści. Była droga tak mocna, widoczna i równa, że to przerażało. Jakby tkwiła tam od zawsze, tylko oni po prostu dotąd byli na nią ślepi. W nieszczęściu (a może przeciwnie..?) mijali się niepamiętnie na złoconych salonach. Nawet czerwony dywan na białej posadzce nie był tak wyraźny, żeby skupić ich uwagę na połączeniu. Tylko co to było? Czy to naprawdę zwykła chuć, podniecenie szumiące w uszach krwią, czy jednak zauroczenie, które umizgiwało się od sumiennego sprzątania myśli?

- Nie wiem, może oba... - Powiedział już załamanym głosem, bo w natłoku tych emocji i niepewności tego, co się z nim dzieje i dlaczego się aż tak... zepsuł... potrzebował wyjaśnień, których sam nie miał, a nie mogły one zostać dostarczone do rąk własnych przez osobę trzecią bez poznania. Więc jak poznać, kiedy nie masz siły na kopanie? Odpowiedzi były jak skarby - poukrywane w skrzyneczkach na plaży, należało tylko porozganiać piasek, a ten przecież przesypywał się między palcami. To nie był wysiłek. Pokiwał głową niepewnie słysząc, że nie musi odpowiadać dzisiaj ani jutro, że to po prostu rzecz do zastanowienia się. Na szczęście - bo dziś nie dałby rady odpowiedzieć.

To, co potem zostało powiedziane brzmiało w zaprzeczeniu do finiszu. Epilog był smutny, a epilog przeczył smutkowi mówić ci: nie smuć się smutną opowieścią! Doznany dysonans sprawił, że Laurent zwątpił w to, co słyszy, co widzi i co czuje. Mały rozłam - znalazł się na innym stopniu poznawczym niż umieścił się Perseus. Tylko czy był w pozycji do mądrzenia się, za które tyle osób już go złajało? To nie on był tutaj psychologiem, to nie on znał się na psychice... ale to, co słyszał, czuł, że jest zwyczajnie niepoprawne. We wszystkim, co widział i co zostało mu tutaj powiedziane i pokazane zgadzał się - ludzie za mało doceniali, co mieli w dłoniach. Za bardzo skupiali się na negatywach. Chyba właśnie w taką pułapkę samego siebie wpadł. Dlatego czuł się taki "popsuty", ale... on chyba od zawsze się tak czuł. W jakimś marazmie, jakby nic nie potrafiło go na stałe wyciągnąć z tego dołka, który uznał za równość z poziomem morza. Wcale nim nie był. Dołek był nadal dołkiem, nawet jeśli przyzwyczaiłeś się do jego równi.

- Przecież czymś takim nie da się przejmować. - Nie powiedział jednak nic więcej, bo pamiętał tę ustawioną granicę. I granicę musieli ustawić też tu i teraz, kiedy Laurent unikał tego elektryzującego spojrzenia, przez które miał ochotę błądzić palcami po własnych guzikach, objąć dłońmi głowę Perseusa i przyciągnąć do siebie. Grzeszne, grzeszne myśli...

Odetchnął z ulgą, kiedy Perseus go minął i postanowił wpuścić do wnętrza trochę powietrza. Trochę światła, trochę dźwięków z otoczenia poza murami. Sięgnął teraz po przygotowany napój, żeby wypić parę łyków i przyłożył chłodniejszą szklankę do swojego policzka, żeby odtajać. Pozwolił przez jakiś czas ciszy między nimi trwać i nie odpowiedział na pytanie, które zawisnęło między nimi.

- Jestem bardzo wdzięczny za przyjęcie, ale chyba lepiej będzie, jeśli poszukam innego terapeuty. - Powoli wypuścił powietrze z płuc, przymykając oczy. - Jeśli nie ma pan nic przeciwko... wolałbym poznać pana w okolicznościach prywatnych, nie lekarskich.




RE: [24.07.1972] My Skin | Perseus & Laurent - Perseus Black - 13.06.2024

Jakże pięknie to brzmiało - wyciągać ręce ku tonącym, by pomóc im się wydostać z kadzi pełnej smoły! Jakże piękny obraz Perseusa wówczas powstawał; oto on, lekarz, śpieszył na ratunek zagubionym duszom, poświęcał się w imię wyższych idei. Cóż za heroizm! Nikt jednak zdawał się nie zauważać - nikt, poza Laurentem o przenikliwym błękicie spojrzenia, docierającym w te miejsca psyche Blacka, o których istnieniu nie chciał mieć pojęcia - że on sam stoi w tej smole, że lepi się do jego skóry i krępuje ruchy. Nikogo nie wyciągał; podnosił jedynie ich kruche ciała, aby utrzymać ich głowy ponad powierzchnią. Tonący natomiast w atawistycznym odruchu mieli tendencje do rozpaczliwego chwytania się wszystkiego wokół, w tym ratownika. Wielokrotnie był więc podtapiany przez miotające się ręce, czerń wlewała się do jego ust, nosa i uszu, sklejała powieki, wdzierała się do płuc. Może właśnie dlatego jego krew miała taki, a nie inny kolor?

Czarna krew, czarne nazwisko, czarne życie.

Hmm... — mruknął jedynie w odpowiedzi, a na jego czole pojawiła się bruzda wskazująca na to, że nad czymś intensywnie myślał. A choć spoglądał na Laurenta, jego spojrzenie było nieobecne, jakby duchem był bardzo daleko, a z pewnością poza ciemnym gabinetem. Przez cały czas szukał w swej głowie rozwiązania jego problemów, jakieś remedium na dolegliwości młodego Prewetta, które mogłoby mu pozwolić na normalne funkcjonowanie i... zdawało mu się, że błądzi po omacku. Potem jednak przypomniał sobie o istnieniu pewnych eliksirów, stosowanych rzadko i raczej trudnych do zdobycia (to znaczy wymagających raczej wizyty w większej aptece na Pokątnej lub zamówienia ich u konkretnego twórcy eliksirów, lecz przecież nie był to problem) i już otwierał usta, by podzielić się z Laurentem swoim pomysłem, kiedy z jego ust padły słowa, budzące jeszcze większą konsternację Perseusa. Zdążył bowiem zapomnieć o własnych bolączkach na rzecz pomocy Prewettowi - i jak widać, w tej jednej kwestii nie rzucał słów na wiatr; nie była to kwestia warta przejmowania się. Przynajmniej nie w tamtym momencie.

A potem poczuł się, jakby ktoś uderzył go obuchem w głowę; charakterystyczny metaliczny smak krwi rozlał się w ustach Perseusa, zaś w uszach zaczęło dzwonić. To nie decyzja Laurenta go zaskoczyła, a fakt, że powiedział na głos myśl, która nieśmiało kiełkowała w jego głowie - powinien znaleźć sobie innego terapeutę. Kruk z połamanymi, oblepionymi smołą skrzydłami nie nauczy nikogo latać. Tak będzie lepiej dla nich obu; dla szukającego pomocy chłopaka, dla samego Blacka i przede wszystkim, dla małżeństwa, które miało zostać zawarte za niespełna dwa tygodnie.

Rozumiem — skinął głową — Pozwoli pan, że zarekomenduję kilku moich kolegów.

Dłoń drżała mu, kiedy na wyrwanej z notesu kartce zapisywał nazwiska znanych mu magipsychiatrów wraz z adresami, pod którymi przyjmują. Nie mówił nic więcej, nawet nie odpowiedział na jego deklarację chęci poznania się w mniej oficjalnych okolicznościach, ale jego spojrzenie zdawało się mówić och nie, Laurencie, to bardzo zły pomysł.


Jak przez mgłę pamiętał ciepło dłoni Laurenta kontrastujące z chłodem jego własnej skóry, kiedy ściskał jego rękę na pożegnanie; jednocześnie delikatnie, jakby bał się, że uszkodzi tę kruchą istotę i dostatecznie mocno, aby wyrazić błagalne nie odchodź, choć spomiędzy jego warg nie wyślizgnął się ani jeden dźwięk. Nie był pewien czy i co odpowiedział mu na pożegnanie (czy w ogóle coś powiedział? Czy może zamknął za nim drzwi bez słowa jak ostatni dureń?), ani w jaki sposób znalazł się w łazience na piętrze. Pamiętał, że zdjął buty jeszcze w korytarzu, a czarna jak noc kamizelka i równie ciemna koszula opadły z jego ramion jeszcze na schodach; pierwsza z nich u ich podnóża, druga na samym szczycie. Na moment ostudził go szum wody wypełniającej wannę, na której brzegu siedział przez dłuższą chwilę, aż górny przelew zaczął o sobie znać. Dopiero wtedy zrzucił z siebie resztę ubrań i zanurzył się w zimnej wodzie po samą szyję; drżał przy tym, ale wierzył, że tylko w ten sposób ostudzi jego zszargane zmysły, zmyje z niego wyrzuty sumienia i ukarze za zdradę, jakiej się dopuścił.

Jasne dziecięce śmiechy i pośpieszny stukot kilku par małych stóp przeszyły ciszę brukowanej uliczki. Stary kocur wygrzewający się na pobliskim murku nastawił poszarpane ucho, otworzył jedno oko, a potem przeciągnął się leniwie i znów zapadł w drzemkę. Kolorowy motyl przysiadł na malwie kwitnącej w skromnym ogrodzie przed domem. Złote światło wypełniło czarny gabinet na parterze, czyniąc go odrobinę przytulniejszym niż dotychczas. Lód topił się w pozostawionych niedbale szklankach. Mężczyzna w wannie krzyczał, lecz nikt nie był w stanie go usłyszeć, kiedy jego głowa znajdowała się pod wodą.


Koniec sesji