Secrets of London
[06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander (/showthread.php?tid=2215)

Strony: 1 2 3 4


RE: [06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander - Murtagh Macmillan - 05.12.2023

Murtagh lubił pozostawać w kontroli nad sytuacją. Cokolwiek się nie działo, dopóki wiedział jak zareagować na zachowanie ludzi, a konkretniej dopóki wiedział że jest w stanie to zachowanie dość dobrze przewidzieć, to czuł się panem sytuacji. Gorzej, jak ktoś odstawiał taki shit jak przed chwilą wydarzył się w efekcie ataku Warda na jego przyjaciela. Wtedy Murtagh nie czuł się już wcale tak pewnie i często tą niepewność maskował agresją.

Czy był zadowolony z tego jak Alex odpłacił matce Aurora za krzywdę dokonaną przez syna? Jeśli tak, nie dał tego po sobie jakoś szczególnie odczuć. Z drugiej strony nie było w jego ruchach czuć też dezaprobaty. Jako "mistrz ceremonii" nie chciał być tym który rozstawia wszystkich po kątach i kontroluje każdy najmniejszy detal. Było to dla niego jednocześnie przerażające i indukujące dreszczyk ekscytacji, kiedy musiał zrobić krok do tyłu i po prostu pozwolić wydarzeniom toczyć się swoim torem.

Tymczasem sam skupił się na Tristanie, który w końcu był ich głównym celem. Zabicie jego rodziców miało być tylko takim gratisem do tego, co mieli zrobić młodemu aurorowi. Jego odpowiedź wcale się Macmillanowi nie spodobała, ale opuścił różdżkę, przerywając działanie klątwy crucio na jego ojca. Nie dało się w sposób cywilizowany porozmawiać, przy akompaniamencie tak rozdzierających wrzasków starszego mężczyzny.

- Widzi pan, panie Ward. Właśnie tego chcieliśmy, żeby przyznał pan, że nie ma z tymi szmatami nic wspólnego. Skoro jednak idzie pan w zaparte, nie pozostawia nam pan za wiele wyboru... - Murtagh wyjął z kieszeni w płaszczu nóż, a właściwie kordiał. Porzucił go lekko i złapał za ostrze, wysuwając trzonek w stronę młodego Warda.
- Ma pan ostatnią szansę. Proszę wziąć ten sztylet i umieścić jego ostry koniec w sercu jednego z dwojga obecnych tu z panem ludzi, a drugie z nich pozostawimy przy życiu. Jeśli pan tego nie zrobi, albo spróbuje w jakikolwiek sposób zaatakować nas - zginą oboje. - oczywiście, było to kolejne z jego kłamstw. Nie planował pozostawić przy życiu któregokolwiek z jego rodziców, ale wciąż miał nadzieję że Tristan się złamie i zrobi coś co na zawsze spaczy jego duszę. Byłoby to dla nich podwójne zwycięstwo. Jeśli nie, miał gotową różdżkę, która znów skierowała się w stronię Adama Warda. Wystarczyło jedno jej machnięcie, żeby uśmiercić mężczyznę na tysiąc różnych sposobów. Na ten moment Macmillan poważnie rozważał spalenie go żywcem.




RE: [06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander - Rodolphus Lestrange - 05.12.2023

Kopniak w kolano sprawił, że Tristan przynajmniej przestał się rzucać. I dobrze, o to mu chodziło - czy Rodolphus nie mówił nigdy, że przeciwnika nigdy nie należało nie doceniać? Ward był aurorem, może i był szlamą, ale był uzdolniony, przez co Lestrange sam podejrzewał, że gdzieś w jego drzewie genealogicznym wystąpił błąd. Bo to niemożliwe, żeby szlama posługiwała się tak dobrze magią. To była jakaś anomalia i zaczął święcie wierzyć w to, do czego chciał zmusić Tristana Murtagh - że istnieje opcja, w której Ward nie był dzieckiem mugoli, których właśnie torturowali. Zresztą pokazał już, co umiał nawet w tak beznadziejnej sytuacji jak ta. Myślał inaczej, niż ci, do których Rodolphus chodził do tej pory. Myślał jak mugol, stosował inne rozwiązania, siłowe, próbował się bronić podczas gdy czarodzieje, których skazywał na śmierć, zwykle po prostu stali w miejscu i patrzyli z przerażeniem na wycelowaną w nich różdżkę. To powodowało zaburzenie pewnego porządku i planów, a tego Rolph nie lubił. Nie lubił, gdy ktoś był tak nieprzewidywalny.

Lestrange nawet się nie skrzywił, kiedy pozostali dawali upust swojej wściekłości. Sam doskonale znał to uczucie i wiedział, że w sytuacjach takich jak ta, ciężko było utrzymać nerwy na wodzy. W chwilach takich jak ta mogli być sobą, odbić sobie te wszystkie sytuacje, podczas których należało trzymać fason i własne nerwy na wodzy. Lecz następny ruch Macmillana go zaskoczył. Pod maską nie było widać szoku, który wymalował się na twarzy młodego śmierciożercy, wykrzywiając regularne rysy twarzy w brzydkim grymasie zaskoczenia. Czy ten kretyn właśnie dał cholernie niebezpiecznemu, bardziej sprawnemu fizycznie od nich mężczyźnie, nóż? Zawahanie, które zawładnęło jego ciałem, było zapewne wyczuwalne przez ułamek sekundy nawet przez Tristana. Lestrange poluźnił uścisk na włosach aurora, by w końcu popchnąć go mocno w dół i w końcu uwolnić go ze swojego bolesnego uścisku. Zwiększył dystans między sobą a Wardem robiąc krok w tył, trzymając różdżkę w pogotowiu na wypadek, gdyby aurorowi przyszło coś durnego do głowy, jak na przykład zaatakowanie Murtagha, który stał naprzeciwko i był łatwym celem. Łatwiejszym niż on sam, dlatego w ogóle do głowy by mu nie przyszło, że on sam może stać się celem. I tylko wyłącznie dlatego puścił aurora.


RE: [06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander - Alexander Mulciber - 06.12.2023

Przewrócił oczami, kiedy Macmillan pociągnął grę na wyżyny masochizmu. Kończmy to, pomyślał, i bez ostrzeżenia pozwolił, by zaklęcie zaczęło znów na oślep krzywdzić matkę Tristana. Nie mogła wrzeszczeć, mogła co najwyżej bulgotać krwią, wrzącą w jej żyłach.

Gdyby była młodsza, ładniejsza, na pewno sprawiłby, by zdychała powoli - by jej jęki trafiały wprost do jego ucha, kiedy dzielił ciało i kości takimi samymi leniwymi ruchami jakby stawiał tarota - ta gruba świnia nie wpasowywała się jednak w jego gusta, zawsze wolał estetykę heroin chic, więc po prostu wreszcie podciął jej gardło od ucha do ucha, jak w ubojni, pozwalając kobiecie wykrwawić się do reszty na podłodze.

- Co za szkoda. Przeznaczenie wybrało za ciebie - zauważył chłodno. Machnął różdżką, by ciało kobiety - z wylewającymi się wnętrznościami i zwisającą na samej skórze jedną z nóg - zawisło przed nim w powietrzu, niby tarcza, przesłaniając aż nieco Mulcibera zajmującego pozycję obok fotela. Popatrzył przeciągle na Rudolpha, który miał wycelowaną różdżkę w Warda, jakby mówił mu, aby był wyjątkowo czujny. On sam swoją różdżkę skierował prosto na Tristana, gotowy zareagować, gdyby ten rzucił sztyletem w tego teatralnego debila, Murtagha, jak czule pomyślał o przyjacielu, który gotów był własne życie stawiać na szali dla większego dramatyzmu.

Skinął głową w stronę ojca Tristana. - Zabij go - powiedział krótko do aurora. Wrócił jego beznamiętny ton. Obojętność - tylko to czuł. Może i czaiła się w nim jakaś iskierka irytacji, bo dalej nawalało go w krzyżu, ale poza tym, że przez najbliższy miesiąc Loretta nie bedzie mogła być na górze, nie był jakoś specjalnie poszkodowany; więcej, był doskonale opanowany jak na kogoś uwalanego krwią dopiero co zabitej kobiety. - Dalej, wybieraj. - Machnął różdżką jeszcze raz w stronę lewitującego ciała martwej kobiety i patrzył zza ludzkiej tarczy jak jej już bezwładne ciało bezcześci zmaza zaklęcia, szarpiąc trupem, jakby w pozorach tlącego się w nim życia.

Iluzja wyboru znana również jako it's a prank, bro.


RE: [06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander - Tristan Ward - 06.12.2023

Popełnili jeden błąd, atakując jego rodziców. To ich powinni zapytać, aby wyrzekli się syna, że nie jest ich i doszło do nieporozumienia. Nie mogli oczekiwać od Aurora tej odpowiedzi, skoro wychowywał się w tym domu. To ich mogli zmusić do gadania i patrzenia jak syn cierpi. Zrobili to jednak odwrotnie. Może tak miałoby to wyglądać?

Crucio zostało wycofane i ojciec mógł odetchnąć. Niestety stan matki był bardzo poważny i Tristan już czuł wewnętrznie, że dla niej może nie być ratunku. Poderżnięcie jej gardła sprawiło, że w tym momencie zamknął oczy. Łzy spłynęły po policzkach. Zacisnął dłonie w pięści słuchając słów przewodzącego grupą (Macmillan). Drżał z bezsilności ale i wzbierającej się wściekłości.

Otworzył oczy w momencie, kiedy śmierciożerca wyjął nóż i skierował go rękojeścią w jego kierunku. Wydając polecenie, że ma zabić własnego ojca. Tego od niego chcieli, w odpowiedzi? Ojciec wyglądał na przestraszonego. Ale mogła być szansa, że uda się chociaż jego uratować. "Ratuj się, Tristan..." - to usłyszał z cichego głosu ojca. Mógł uciec. Mógł się teleportować, ratować siebie i zostawić ojca na łasce śmierciożerców. Dlaczego miałby to zrobić? Okryć się hańbą? Jest aurorem. Może coś zrobić. Dokonał szybkiej analizy pomieszczenia, kiedy poczuł że śmierciożerca trzymający go za włosy (Lestrange) puścił go i zrobił krok w tył. Pochylony, miał zakrytą twarz przez własne włosy. Ponaglany przez trzeciego, który zabił mu matkę (Mulciber), podniósł głowę, aby spojrzeć na zamaskowanego, trzymającego nóż (Macmillan). Był bliżej. Celował dodatkowo w niego z różdżki. Drugi, zaczął bawić się ciałem jego matki, rozpryskując jej krew dookoła. Trzeci, także celował z różdżki i także nie stał zbyt daleko. Powinno się udać.
Wstał powoli i spojrzał w kierunku ojca.
- Przepraszam…
Rzekł do niego, jakby przepraszał za wszystko co miało miejsce wcześniej i teraz. Dla śmierciożerców, mógł i nie musiał być znak, że zrobi to o co prosili. Czuł jednak, że kolano trochę jeszcze bolało od poprzedniego kopniaka, ale to nic. Miał plan w głowie. Zrobił krok i odebrał nóż od śmierciożercy (Macmillan) i szybkim ruchem zbliżył się tak, żeby zamaskowany nie mógł na niego rzucić zaklęcia, zamachnął się mocno aby zrobić mu porządną ranę na klatce piersiowej, po czym kucnął i w pół obrotu, co także miałoby pomóc mu z możliwym uniknięciem oberwania zaklęciem z innej strony, odwracając nóż i rzucając w stronę drugiego śmierciożercy (Lestrange), aby celnie trafić w jego udo. Nie załatwi ich, ale może spowolnić, zanim on sam zginie. Może aurorzy zdążyliby ich złapać. Trzecim na razie się nie przejmował w tym czasie, jako że skupił swoją uwagę na jego matce. Jego reakcja mogłaby być opóźniona. Jeżeli po wykonaniu dwóch ataków, zostanie mu czas na trzeci, spróbuje wstać i ze związanymi rękoma dosięgnąć różdżki ich szefa (Macmillan) aby odebrać lub wycelować w ich kolegę (Mulciber) w celu odrzucenia na ścianę, czy szafę.
Tristan nie zastanawiał się nad tym, jakie będą konsekwencje i że może sam zginąć.


RE: [06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander - Rodolphus Lestrange - 06.12.2023

Przepraszam, proszę, zostawcie ich, błagam... I te łzy. Gardził nim tak bardzo, że gniew nagle zaczął wypływać na powierzchnię. Gdyby emocje były widoczne gołym okiem, czerwona wściekłość zmieszana z czarną nienawiścią kotłowałyby się wokół Rodolphusa jak dwie agresywne, potężne siły gdy jedna próbowała zdominować drugą. Czuł wzbierającą w nim furię - był zły na tę dwójkę, bo marnowali czas. Do pewnego momentu to było nawet zabawne, lecz gdy Mulciber poderżnął mugolce gardło, a Macmillan dał Tristanowi nóż (!!) do ręki, po prostu coś w nim pękło. Wiedział, że tak będzie - był dużo młodszy od tej dwójki, a inteligencją przerastał ich niemal trzykrotnie. Byli, kurwa, we trójkę - nie potrafili poradzić sobie ze szlamą? Nie - odniósł wrażenie, że jego towarzysze zapomnieli po co tu przyszli. Wciągnęły ich emocje i dobra zabawa, teatralność i pozerstwo. I nie docenili przeciwnika. Mogli to przypłacić życiem, bo czas uciekał, a oni bawili się w najlepsze. Z kolei jeszcze potem czeka ich raport. O ile dożyją.

On jednak był przygotowany - cofnął się, miał wzniesioną różdżkę do pierwszego uderzenia. Potrzebował tylko trzech sekund, żeby zadecydować, co dalej robić, lecz trzy sekundy w tej chwili to było cholernie dużo czasu. Tristan zdołał dopaść do Macmillana i wykonać zamach (Lestrange nie dostrzegł, czy był skuteczny), zanim Rodolphus nie wdarł się brutalnie do jego umysłu przy pomocy Legilimencji. Opanował tę sztukę niemal do perfekcji, czerpiąc niewypowiedzianą przyjemność z tego, jaki efekt dawała, jeśli tylko naruszyć cienkie nici wspomnień i pociągnąć te, które były najbardziej bolesne i najświeższe.

Grzebiąc mu we wspomnieniach zadbał o to, by całe ciało Tristana odczuwało psychiczny ból, gdy wyciągał na wierzch wspomnienia sprzed chwili, gdy jego matka była torturowana i mordowana na jego oczach. Sprawił, że czas przestał się liczyć, w kółko zmuszał Tristana do odtwarzania tego samego wspomnienia tak, by upływające sekundy przestały być sekundami, a zmieniły się w przerażająco długie minuty. Jednocześnie kontrastował ten ból ze wspomnieniami pięknymi, takimi jak uśmiech matki, pierwszy pocałunek z dziewczyną i chłopakiem, pierwsze nieśmiałe rozmowy o uczuciach i z powrotem wracał do obrazu wykrwawiającej się, szlamowatej matki. By wiedział, że to, co przeżył, traci na znaczeniu, by zgnieść tę radość, to szczęście, które odczuwał, by wydobyć pierwotny, zwierzęcy ból, by Tristan w końcu miał szansę oszaleć. Lecz gdy był już na granicy, odpuścił.
- Crucio - wyszeptał czule, niemal z pieszczotą, celując różdżką w okolicę pleców Warda. Pragnął, by do bólu psychicznego dołączył też ten fizyczny. Chciał, by Ward był na granicy szaleństwa, by nie wiedział czy jeszcze żyje, czy już przekroczył dymną kotarę śmierci. - Zwiążcie go. Straciliśmy za dużo czasu, zaraz przybędą tu autorzy. Nie byliśmy zbyt dyskretni.
Wysyczał do swoich towarzyszy tonem, który nie znosił sprzeciwu. Nie znali go, mogli się tylko domyślać po jego głosie, że był młodszy. Lecz niewątpliwie miał rację, bo przecież stracili tu za dużo czasu.
- Panie Ward, jesteśmy dżentelmentami, lecz tym razem posunął się pan za daleko. Nie zasługuje pan nie tylko na różdżkę - nie zasługuje pan na to, by umrzeć. Osobiście dopilnuję, żeby przeżywał pan te koszmary w każdym swoim śnie, by przy użyciu siły umysłu zmusić pana do odtwarzania tych wspomnień raz po raz. Ale nie powie pan o tym przecież nikomu, prawda? - jego głos, niczym kły żmii, sączył jad. Uniósł różdżkę, czekając aż towarzysze unieruchomią Tristana. Dosyć tej zabawy. - Pozbawię pana wszystkich zmysłów, każdego po kolei. Zacznę jednak od mowy, bo muszę przyznać, że nie znoszę skamlących kundli. Szczególnie umazanych szlamem.

__
Zmiana kolejności uzgodniona ze współgraczami


RE: [06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander - Murtagh Macmillan - 08.12.2023

Murtagh wiedział, że wręcza Wardowi broń. Wbrew temu co zapewne sądzili o nim jego towarzysze, nie był też kompletnie szalony ani nie miał tendencji autodestrukcyjnych. No, może odrobinę. Sęk w tym, że to co robił wcale nie miało na celu narazić kogokolwiek z obecnych, choć był świadomy, że tak właśnie mogło się stać. Była to raczej analiza natury ludzkiej, a w szczególności tego konkretnego człowieka, który siedział w fotelu przed nim. Macmillan pragnął udowodnić, że instynkt samozachowawczy Tristana będzie silniejszy niż więzy rodzinne. Że Ward w końcu zdradzi rodziców, staczając się tak nisko jak tylko istota ludzka mogła.

W całej swojej przebiegłości, Murtagh nie przewidział jednak do końca, że dla Warda utrata swojego człowieczeństwa mogła okazać się gorszą perspektywą niż utrata życia rodziców czy nawet własnego. Kiedy więc Ward przyjął od niego nóż, po czym się na niego rzucił, mężczyzna mógł zareagować jedynie zdziwionym spojrzeniem jasny oczu, które widać było spod maski. Uderzenie rozpłatało jego czarną szatę, przebiło się też przez noszoną przez niego pod spodem białą koszulę i nie zatrzymało się nawet tam. Ostrze cięło dalej, niczym płoza łyżwy przemykająca po tafli lodu - wnikając w tkanki jego ciała, posyłając przez niego całego gorącą falę bólu. Co więcej, przez ich bliskość, sama siła ciosu odrzuciła mężczyznę do tyłu, sprawiając że upadł, uderzając tyłem głowy o kamienny kominek.

Murtagh poczuł tańczące mu przed oczyma cienie i na kilka sekund wyłączony został z walki, mogąc tylko obserwować roztaczającą się przed nim scenę. Czuł jak krew - ciepła i lepka - wypływa z rany, plamiąc koszulę. Na szczęście ostrze zsunęło się po żebrach, nie robiąc mu żadnej poważnej krzywdy, ale sam ból i fakt tego, że Wardowi udało się go zranić go irytował. Wiedział już, co powie na ten temat blondwłosa pół-wila, kiedy nieuchronnie pojawi się na progu jej mieszkania i to sprawiało, że cała ta sytuacja jeszcze bardziej go irytowała.

Powoli podniósł się do góry, opierając jedną dłoń na kolanie, w drugiej zaś wciąż dzierżąc różdżkę. Ona też miał już dość i jak dla niego Lestrange mógł zrobić z aurorem co tylko zapragnął - niech mu utnie język, rękę czy jądra, tylko niech sprawi, żeby tamten pożałował, że odważył się zaatakować jednego ze Śmierciożerców. Świadomy, że długotrwała utrata krwi może mu zaszkodzić, nawet jeśli rana sama w sobie nie była śmiertelna, uniósł różdżkę i wycelował ją w starego Warda.
- Lacera maxima. - wykrztusił, patrząc jak setki większych i mniejszych cięć zaczynają znaczyć całe jego ciało, a w ich efekcie na ubraniu mugola pojawiają się czerwone plamy, wykwitając niczym osobliwe róże. Mężczyzna krzyczał i wzywał pomocy syna, ale było to zupełnie bezcelowe z dwóch powodów. Po pierwsze Tristan miał teraz bardziej palące problemy z Rudolfem a po drugie zaklęcie raz rozpoczęte, nie mogło już zostać przerwane.

Po około dwóch minutach, rozciągających się w wieczność krzyków, jęków i błagań, Adam Ward znieruchomiał.




RE: [06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander - Alexander Mulciber - 09.12.2023

Morfina dobrze działała na ból, ale gorzej na zdolność prekognicji, co zaczął sobie wyrzucać, kiedy z opóźnieniem zareagował na atak Warda. zaorał sztyletem o pierś Murtagha. Zobaczył przed oczami czerwień: nie wiedział, czy to krew przyjaciela, czy wściekłość, która nagle owładnęła jego umysłem. Ledwo lewitujące w powietrzu truchło zdążyło głucho osunąć się na ziemię, uwolnione spod zaklęcia, Mulciber już był u boku Macmillana, wolną ręką podciągając go, by mógł stanąć pewnie na nogi. – Żyjesz przecież. – rzucił do niego szorstko, ale czekał cierpliwie, aż zobaczył, że ten trzyma równowagę. Uderzenie w głowę musiało boleć. W mniemaniu Axela, Tristan podpisał na siebie wyrok w momencie, w którym zaatakował jego przyjaciela.

Samemu Alexandrowi nie przeszkadzał ani chaos, ani panująca wokół nich destrukcja. Nie przeszkadzałoby mu nawet, gdyby oberwał jeszcze mocniej w czasie walki. Alex uważał za chwalebne to, że nie uciekał od bólu, że w klubie pojedynków walczył kiedyś nawet sprowadzony do poziomu parteru; ból mógł być narzędziem. Znajdował taką samą przyjemność w przeciąganiu aktu przemocy, co przedłużając orgazm; gdyby sam Czarny Pan zajrzał do jego umysłu, zobaczyłby, że wszystkie te skrajne emocje stanowią w pojęciu Mulcibera najwyższą ofiarę, że pogrążając się w okrucieństwie, ma w głowie tylko jeden cel… Tak, dzisiaj mieli pozbyć się szlamy, ale chodziło o coś więcej.
Chodziło o ideę, o przykład – fakt, nie cierpiał teatralnej otoczki dookoła ich organizacji: tatuaży, dziwnych masek, płonącego zielenią mrocznego znaku, śmiesznych pseudonimów (– Ej, co masz?No nic nie mogę wymyślić jak ja nawet nie wiem, co znaczy połowa ale jakieś głupie mają.Musimy coś ogarnąć. W ogóle, pseudonim tamtego w kącie brzmi w chuj gejowsko.Racja, debilny. Hm. Jak jest wąż po łacinie.Yyyyy.No to ja biorę wąż jakby co.To ja też wezmę wąż.Tylko weź zmień trochę, żebyśmy nie mieli tak samo.Hejka, koledzy, jakie pseudonimy macie??) – Axel wierzył, że zmasakrowane ciała trupów są nie tylko ostrzeżeniem, groźbą – one były manifestem.

Ale tak jak nie przeszkadzały mu własne rany bojowe, tak jego bliscy byli nietykalni, i Macmillan miał szczęście się zaliczać do tego grona. Zdjął dłoń z jego ramienia, kiedy ten zaatakował ojca Tristana, widząc, że jest bardziej zszokowany niż poważnie raniony. Niewerbalnie dołączył się natomiast do cruciatusa Lestrange’a, licząc na to, że podwójne zaklęcie sprawi mugolakowi jeszcze większy ból. Zemsta. Wycofał „swój wkład” zanim jeszcze Rudolph przerwał tortury, i podszedł bliżej, odkopując na bok nogę pani Ward i zwaliste ciało pana Warda, po czym zgodnie z poleceniem, nałożył na ciało Tristana zaklęcie wiążące: porządnie, tak, by więzy oplatały go tak szczelnie, że poruszenie najmniejszym paluszkiem choćby o milimetr było niemożliwe. Choć zaklęcie normalnie wytrzymałoby po wycofaniu różdżki, on nadal trzymał więzy w pełnym skupieniu, co jakiś czas boleśnie zaciskając magiczne pęta, by przypomnieć Tristanowi, że jest kompletnie bezradny i zdany na ich łaskę; by wiedział, że nie się nie wydostanie; że cały jego opór był dla nich tylko zabawą w kotka i myszkę.

Utnij mu potem przyrodzenie – splunął pogardliwie na bok, ubezpieczając cały czas Lestrange’a, utrzymując w skupieniu zaklęcie wiążące. – Zasługuje, po tym jak skomlał o litość w ostatnich słowach.


RE: [06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander - Tristan Ward - 09.12.2023

Udało mu się zranić śmierciożercę. Przeciął nożem jego ubranie, rozcinając mu także skórę na klatce piersiowej. Koszula jego zabarwiła się krwią. Nie miał tylko pojęcia, jak głęboka mogła być ta rana. Oby bardziej. Niestety kolejnych planowanych akcji nie zdążył wykonać. Tristan dotknięty zaklęciem legilimencji, nie był wstanie się jej oprzeć, mimo iż z tym walczył. Rzucający zaklęcie (Lestrange) mógł odczuć, że chłopak próbował walczyć, lecz bezskutecznie. Nie był oklumentą. Nie miał żadnej ochrony umysłu. Padł jego ofiarą. Obraz ciągle torturowanej matki, był niczym pętla niekończąca się, atakująca jego umysł. Zostaną mu po tym koszmary. Oparł na kolano puszczając nóż z obu dłoni, związanych ze sobą. Gdyby nie więzy, złapałby się za głowę. Mógł jedynie zamknąć oczy, ale to i tak nic nie dawało. Ile to trwało? Nie miał pojęcia. Mało tego, wspomnienia się mieszały. Uśmiech matki, a później jej śmierć. Pocałunki, rozmowy o uczuciach i znów tortury. Jeżeli śmierciożerca (Lestrange) chciał sięgnąć głębiej, mógł doszukać się najgorszych wspomnień Warda z czasów Hogwartu. Gdzie i tam był nękany, wyśmiewany, zaczepiany. A jednym z tych, którzy tego dokonywali byli tutaj obecny ich kolega -Murtagh Macmillan. O którego obecności tutaj Tristan nie miał pojęcia. I tego, że to właśnie jemu odpłacił się niespodziewanie za przeszłość i obecną sytuację.

- DOŚĆ!

Wydarł się na całe gardło, czując ból umysłu jaki powodowała legilimencja. Jeżeli w ogóle mógł cokolwiek pod jej wpływem powiedzieć. Krzyknąć. Czy to on krzyczał w swojej głowie? Być może w tym momencie zaklęcie zostało przerwane. Gdy próbował otworzyć bardziej oczy czuł, że kręci mu się głowie. Nie był przyzwyczajony do ataków umysłowych. Coś jak przez mgłę słyszał ich rozmowy. Otrzeźwiły go słowa zaklęcia crucio. Tym razem to on oberwał. Wygiął się do tyły zamykając mocno oczy, zaciskając zęby. Padł na bok, wijąc się z bólu. Niemal skulił się, czując jak wnętrze go rozszarpuje. Coś mu zaciska. Coś pali? Druga dawka zaklęcia od kolejnego śmierciożercy sprawiła, że zaczął krzyczeć z bólu. Jakby też ten ból go paraliżował. Drżał na ciele. To było nie do wytrzymania. Miał wrażenie, że zaraz go rozszarpie na żywca. Ze względu na związane ręce w nadgarstkach, miał ograniczone możliwości nim poruszania. Słyszał, że i ojciec krzyczał. Błagał. Jakieś zaklęcie na niego rzucono. Nie zarejestrował do końca. Nie widział akurat tej sceny. Nie mógł mu pomóc, samemu nie mogąc się uratować.

Jedno z zaklęć torturujących jakby zostało zdjęte, ale zaraz pojawiły się liny owijające wokół jego ciała. Poczuł, że nie może poruszać za bardzo nogami, które zostały ze sobą złączone. Że związane wcześniej ręce, ma oplecione liną do reszty ciała. Nie wiedział, czy to były niewidzialne więzy czy widzialne. Im mocniej się zaciskały, tym bardziej bolało. Mogły naciąć ubranie i skórę, aby zaznaczyć ślady wiązania. Tristan leżał na plecach, z bólu możliwe przekręcając się na bok. Wijąc, niczym wąż. Na jego twarzy malował się bardzo widoczny grymas bólu. Słyszał co mówili. Nie zabiją go. Zrobią z niego kalekę. To było najgorsze, co może spotkać osobę pozostawioną przy życiu. Wolałby, aby go zabili. W tym właśnie momencie, poczuł naprawdę przerażający strach. Drżał na ciele. Trudno ocenić, czy jego ciało reagowało tak na ból, czy strach. Z kącików oczu spływały łzy. Bólu, bezsilności, bezradności.

Kiedy do uszu Tristana doszły słowa o wycięciu przyrodzenia, zadrżał jeszcze bardziej. Nie potrafił w tym momencie wydusić z siebie żadnego głosu. Zacisnął mocniej powieki, walcząc z bólem, czekając na swój koniec. Rana na ręce bardziej zaczęła krwawić, kiedy liny zaciskały się także mocniej na jego kończynach. Nie była zatamowana, brudząc jego rękaw nie tylko płaszcza, marynarki i koszuli bardziej, co miał pod odzieniem wierzchnim. Zdany teraz był dosłownie na ich łasce. Na ich litość. Oszczędzą go, czy zabiją?




RE: [06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander - Rodolphus Lestrange - 09.12.2023

Dość. Na te słowa Lestrange się uśmiechnął, nieco szaleńczo, z prawdziwym obłędem w oczach. Ten krzyk to był miód na jego serce, brzmiał jak najsłodsza czekolada, którą dane mu było zjeść. Krzyk Warda przypominał mu w tej chwili, dlaczego w ogóle żył i po co to robił. Dość brzmiało tak pięknie, tak miękko i cudownie, że niemalże poczuł zawód, że musieli już kończyć zabawę. Ale wiedział, że w słowach, które sam wypowiedział do towarzyszy, było dużo prawdy. Za chwilę wpadną tu inni, a przecież musieli się stąd jeszcze wydostać. No i nie mogli pozostawić aurora bez żadnej należytej pamiątki.

W czarnej, długiej szacie i tak samo czarnych rękawiczkach oraz masce nie mógł pokazać Tristanowi tego, co chciał. Żałował, że nie mógł odsłonić swojej prawdziwej twarzy, tej którą ukrywał nieustannie, której tacy jak on kazali mu się wstydzić. Ale co się odwlecze, to...
- Po kolei - mruknął do Mulcibera, ponownie chwytając Tristana za włosy. Były w miarę długie, to naprawdę sporo ułatwiało. Lubił to robić - czarna magia była piękna, ale w brutalnej sile i znęcaniu się fizycznym nad słabszymi od siebie było coś zwierzęco cudownego. Lubił patrzeć, jak jego dłonie powodują wykrzywianie się twarzy tych, którym zadawał ból. Mocno zacisnął palce, po raz kolejny naprężając cebulki włosów Warda do granic wytrzymałości. Kusiło go, by otrzeć te łzy, by szepnąć kilka czułych słów, dających nadzieję, że jednak to wszystko to jeden wielki koszmar i Tristan zaraz się obudzi w swoim łóżku, z żyjącymi rodzicami tuż obok. Kusiło sprawić, żeby uwierzył, że zaraz nadejdzie ratunek. Naprawdę chciał ponownie wślizgnąć się do jego umysłu i poplątać jego wspomnienia, ale nie mieli czasu. - Nie płacz, zaraz będzie po wszystkim.
Wysilił się na troskliwy, może nieco zbyt przerysowany, ton. Lestrange nachylił się nad Tristanem i wysyczał słowa zaklęcia, jednocześnie wpychając mu różdżkę głęboko do gardła. Tristan mógł poczuć, jak jego struny głosowe naprężają się, niemal jęczą, błagając o litość. Skręcały się i prostowały, pulsowały boleśnie, powodując kolejne salwy bólu. Jednak nawet gdyby chciał, to nie mógłby wydobyć głosu. Coś pękło, lecz może tylko się tak Tristanowi wydawało? Nie był przecież do końca pewny, co było już prawdą, a co koszmarem sennym. Ból był niewyobrażalny, podobny do tego, jakby ktoś właśnie wsadził mu głęboko w krtań rozżarzony pręt i lubieżnie badał każdy zakamarek jego gardła. A on nie mógł się ruszyć.

Trwało to zaledwie kilka sekund, lecz Ward zdążył zaślinić mu różdżkę. Obrzydliwe. Lestrange skrzywił się, gdy wyjmował mokre drewno.
- To była przyjemność, panie Ward - wysyczał, przejeżdżając różdżką po jego torsie. Dokładnie w tym samym miejscu, w którym znajdowała się krwawiąca blizna Murtagha. Oko za oko, czy jakoś tak. Nie mógł nie pokusić się o zadanie tak samo głębokiej, bolesnej rany, która podobnie jak w przypadku Macmillana, tak w przypadku Tristana paliła żywym ogniem i rozsyłała fale bólu na całe ciało. - Ale mi się znudziło.
Wbrew jednak temu, co powiedział, przejechał swoją różdżką po jego ramieniu, z lubością patrząc, jak niezwykle powoli skóra w tym miejscu rozcina się jakby używał cholernie ostrego noża. Zszedł niżej, do jego brzucha. Tutaj chwilę się zastanowił, zawahał, i pojechał dalej, niżej, na podbrzusze. Ciął również tam, boleśnie, nie pozbawiając jednak Tristana tego, co mogłoby zapewnić mu kiedykolwiek przedłużenie rodu. Na to przyjdzie jeszcze czas, teraz zaledwie musnął, acz boleśnie, kilka centymetrów nad - dał ostrzeżenie. Skierował różdżkę prosto w oczy Warda.
- Nikomu nic nie powiesz. Nic więcej nigdy nie zobaczysz. Nic więcej nigdy nie usłyszysz. Nic więcej nigdy nie poczujesz. Będziesz żył w pustce, otoczony wieczną ciemnością i ciszą, a ja chętnie będę cię odwiedzał, by twój umysł odtwarzał to, co się dzisiaj stało, dopóki nie oszalejesz i sam się nie zabijesz - powiedział spokojnie, przekręcając różdżkę do zaklęcia. Nie rzucał go jednak, patrzył Tristanowi w oczy. Ile łez jeszcze wyleje ta szlama? Był ciekawy.


RE: [06.12.1971] Pierwsze ataki... || Tristan, Murtagh, Roodolphus, Alexander - Murtagh Macmillan - 11.12.2023

Murtagh czuł ból promieniujący z jego piersi na cały tors i rozlewający się powoli aż do kończyn. W pierwszym momencie ból go zelektryzował, sprawił, że adrenalina w zdwojonej ilości popłynęła w jego żyłach, dzięki czemu mógł się podnieść i rzucić zaklęcie, które skończyło życie ojca Tristana. Teraz znieczulające i energetyzujące działanie adrenaliny zaczęło powoli znikać, a on sam zachwiał się lekko na nogach.

Wyglądało na to, że obaj jego towarzysze byli wciąż bardzo żadni krwi. Gdyby im na to pozwolił, mogliby prawdopodobnie znęcać się nad samym Wardem jeszcze przez wiele godzin, zamieniając jego życie w agonię. Sprawiało mu to satysfakcję, szczególnie, że Ward naznaczył go swoją magią - mszcząc się za te wszystkie lata wyśmiewań i prześladowań, choćby w takim niewielkim zakresie.

On sam jednak czuł, że chociaż rana mu zadana nie zagrażała w żaden sposób życiu, to psuła mu zabawę i niszczyła jego kontrolowany, schludny i okrutny teatrzyk, odsuwając go na drugi plan. Poza tym, oboje rodzice mugolaka już nie żyli, więc Śmierciożercy zdawałoby się spełnili misję z którą tutaj się pojawili.

- Dość. - powtórzył za Tristanem, chociaż zwracał się teraz do Lestrange'a, patrząc na niego spokojnym ale nieznoszącym sprzeciwu wzrokiem. Ich misja tutaj była skończona, ich cele osiągnięte. Jaki był więc sens ryzykowania, że dopadną ich Aurorzy, w końcu zebrani z biura?

- Musimy zatrzeć ślady. - dodał, rozglądając się po zdemolowanym pomieszczeniu. - Serpens, myślę że bombarda powinna zrobić dobrą robotę. Vipera, dopilnuj, żeby panu Wardowi włos z głowy nie spadł, myślę że wystarczy go wywlec na zewnątrz. Spotkamy się, żeby zdać raport. - polecenia wydawał spokojnym, wyważonym głosem. Mimo to widać było, a raczej słychać w jego głosie zmęczenie obecną sytuacją. Pobawił się, wyżył, teraz chętnie zapaliłby i wsunął się do łóżka w towarzystwie jakiegoś ciepłego, kobiecego ciała. Myślami był już pod prysznicem, dodatkowo rozważał jak najlepiej byłoby pozbyć się dokuczliwej rany. Sam nie był zbyt wybitnym medykiem, ale znał parę osób na Nokturnie, które opatrywały różnorakie rany, nie pytając o ich pochodzenie. Wyglądało na to, że właśnie kogoś takiego będzie musiał odwiedzić.

Zaszczyciwszy całą scenę jeszcze jednym spojrzeniem, skupił się na miejscu w które chciał się teleportować i już po chwili jego sylwetka rozwiała się w czarnej mgle, jak gdyby nigdy go tu nie było.


Postać opuszcza sesję