![]() |
|
[7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge (/showthread.php?tid=2357) |
RE: [7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge - Cain Bletchley - 29.01.2024 Za pierwszym razem był absolutnie strwożony tym, co zrobił. Strwożony tym całkowitym bałaganem, tą agresją, której nie kontrolował zupełnie, jakby Flynn naciskał jakiś pstryczek w jego głowie i całkowicie odcinał go od czegoś tak błahego jak zdrowy rozsądek. To nieważne, to tylko powierzchowne człowieczeństwo, nie przejmuj się tym! Zapomnij. Zrobił to, a potem oczy Flynna mówiły to wszystko oprócz tego "zapomnij". Ten chłopak nie chciał zostać zapomniany. Widział w jego oczach więcej niż tę jakże pieszczotliwą dziwkę czy sukę, jak z rozpędu potrafił go nazwać i jaki to odzew potrafił dostać z powrotem. Widział pragnienie, by zostać zapamiętanym. I gdybym był kamieniem - pokochałbyś mnie tak samo? Głazem, w którym możesz na zawsze i na wieczność wyryć swoje imię? Zostawiłbyś mnie potem, bo tak to jest z monumentami, co trwają przez wieki - one mają zapamiętać, nie muszą zostać zapamiętanymi. Gdybym więc wymazał twoje istnienie z własnej głowy, które było jak płomień ukradziony z Olimpu, ten pierwszy, ten najcieplejszy, czy byłbym tym monumentem, którego znaków już nawet uczeni nie rozpoznawali? Pismo dawno zapomniane, widzisz - pragnąłeś przetrwać, ale ludzka pamięć była właśnie taka głupia, taka złudna. Za łatwo zapominali to, co ziemia pamiętała na zawsze. Ta potrzeba, żeby coś znaczyć, a znaczenie odnajdował w dotyku, była silniejsza od wiekowych ruin, z których czytano historię tego świata. To właśnie ten chłopak miał w dłoniach władzę nad tym przyciskiem. I to on mógł się śmiać ze zszokowanego i zdziwionego Caina, który z takim przestrachem upewniał się, że nic się nie stało. Było takie piękno, które odnajdywaliśmy tylko w zniszczeniu. Takie wspomnienia, które zbierano z rozbitych kamieni. Każdy następny raz wpisywany był w okrojone marginesy zrozumienia. Z tym, że margines Flynna stanowił w zasadzie całą stronę. Człowiek, który chciał zostać zapamiętany, miał tak, że chciał zostać zapamiętany jak najlepiej. I jak najgorzej zarazem. Nie było jedności podziału bodźców. Było tylko to, co miał najlepszego w sobie, co chciał przekazać swoim Kochanie i to najgorsze, co niósł na wronich skrzydłach, z których spadał deszcz czarnych piór. Tymi piórami mogliśmy po tym marginesie pisać i przekonać się, jak wiele zrozumienia znajdowało się w człowieku, którego o zrozumienie nigdy byś nie oskarżył przy pierwszym kontakcie. Nie przy agresji, która buzowała w nim i piła z niego, zbierając się i wybuchając naprzemiennie, w prędkim i niepowstrzymanym nurcie. Górski strumień, co drążył skałę. I miał taką Pańską moc, że miał ją drążyć. To dobrze. Jeśli nikt nie mógł zapisać jego historii, to musiał zadbać o to sam. Z tym, że Cain naprawdę chciał go spisać. Całego. Nagiego, takim jak Matka Natura go stworzyła. Pokrytego bliznami. Ze zniszczoną skórą używkami. Z tymi spieczonymi papierosami ustami. Z lekko przekrwionymi oczami, kiedy akurat była zła faza, ale mogli się nią podzielić, bo mógł go trzymać w objęciach i chronić przed tym światem. Chciał, mógł, musiał. Powiedzenie, że Diabeł czasem wstępował w Anioła było dobrym powiedzeniem. Bo były właśnie te chwile, w których Cain mógłby powiedzieć, że nie byłem sobą, ale to byłoby największe kłamstwo tego świata. Powiedziałby to każdemu, ale nie Fleamontowi Bellowi. Bo to właśnie w tych chwilach był sobą najbardziej. Mimo tego wszystkiego nadal spoglądał na to... to wszystko wokół nich, czy raczej - wokół niego, kiedy Flynn poszedł pod prysznic - z lekkim zrezygnowaniem. Z taką jakże ludzką myślą w tej omawianej trywialności: czy dlatego, że taki jestem, skończyło się to wszystko między nami? I kiedy tak spoglądał na własne dłonie nie wydawały mu się jego własnymi. On - ale w innej skórze. Diabeł, nie Anioł. Samael, nie Raziel. Rano powiemy, że to tylko myśli pijanej głowy. Zgiął te palce, zmieszał wino z przyjemnością i zamiast przyjemnością się delektować - sięgnął po różdżkę, by nadal z niespokojnym oddechem, wsłuchując się w rytm własnego serca (bo winyl się skończył) ostrożnie namówić szmatki i szufelkę do posprzątania tego bałaganu za pomocą magii. A sam sobie usiadł. Świat wydawał się teraz stanowczo za mocno i za szybko wirować przed jego oczami. Oczami, przed którymi teraz nie miał już swoich dłoni, a plecy Flynna. I dusił się z poczucia, że mógłby dusić go jeszcze raz. Że zabiłby dla tego uczucia. Zabiłby dla tego człowieka. Nie każdą myśl dało się zmyć. Nie każdy obraz mógł zostać wytarty spod powiek jak wino z blatu stołu i drewnianych paneli. Nie wszystkie obrazy chciało się zmyć tak jak plamy. Mógłby teraz siedzieć przez godzinę pod tym prysznicem, zamknąć oczy i myśleć o niczym. Albo myśleć o zielonej trawie, szumie drzew, słodkim cieście i nieporadnym Flynnie, który tak nie chciał być zapewniany, że jego nieidealność nie przeszkadzała Cainowi, jak i nie chciał słuchać, że spierdolił. Do tych przykrych słów. Do tego okropnego nieszczęścia, w których łzy potrafiły zmieszać się z wodą, ale pod prysznicem i tak się wyróżniały. Te krople były słone. I były niezwykle gorące na policzkach. Potrzebował kilku chwil dłużej, żeby doprowadzić się do porządku i zakręcić korek przepływu emocji, który Flynn tak lubił naciskać. Dla kogo? Dla nich? Czy może tylko i wyłącznie dla własnej zabawy i satysfakcji? Nie. Na pewno nie. To tylko produkcja głupich myśli, które płynęły jak ciepły, alkoholowy oddech. Taki człowiek nie zapraszałby cię do swojego umysłu, żebyś poznał jego historię i mówił, że będziesz żałował, że jej nie poznałeś. Fleamont jednak się doczekał - zarówno dźwięku zatrzymania wody jak i dźwięku zamykanych drzwi od łazienki. Cain wyszedł z niej przebrany w ciemnobrązowe spodnie i rozpiętą koszulą, przecierając włosy ręcznikiem zarzuconym na barki. - Tak. - Szedł wolno w kierunku Flynna, gotów wyjrzeć za okno razem z nim. - Zapytałeś mnie, czy wyglądasz na kogoś, kto mógłby być czyimś ojcem. Odpowiedź brzmi: tak. - Nie to, że Cain zawsze odpowiadał na pytania, które zbył czy nie odpowiedział wprost, ale... jakoś tak przesmyknęło się to przez jego głowę wśród wielu innych myśli. RE: [7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge - The Edge - 29.01.2024 Niektórzy ludzie źle znosili momenty, w których po seksie zostawali sami. Flynn do nich oczywiście nie należał. On należał do osób znoszących takie momenty tragicznie, najgorzej jak się tylko dało. I tak, znał Caina nie od wczoraj. Dobrze wiedział, że ten najpewniej stał albo leżał ze strumieniem wody skierowanym na swoją twarz i przeżywał wszechogarniającą nicość. W tej dudniącej echem kopule działo się teraz albo o tysiąc emocji za dużo, albo absolutnie nic i to do tego stanu najwyraźniej lubił się doprowadzać, więc wszystko było na swoim miejscu, ale halo - w szaleństwie nie chodziło o bycie ślepym na rzeczywistość, o nie. Flynn był człowiekiem szalonym, bo rozumiał to doskonale, był w stanie idealnie zobrazować sobie scenę dziejącą się za tymi zamkniętymi drzwiami i wiedział dobrze - chłopak przyjdzie tu kiedy tylko się uspokoi, ale... No właśnie. W logikę dobry był kiedy stawiano przed nim matematyczne zagadki, a nie relacje międzyludzkie. To było tak frustrujące, że on był tam, a nie tutaj. Zaciągnął się mocniej dymem i z piekielnie palącą niechęcią musiał sam przed sobą przyznać, jak bardzo nie mógł znieść tego, że on musiał żyć tutaj, z sekundy na sekundę, całkowicie sam, nagi (i tu niekoniecznie z wyboru - bo ubrania Bletchleya były najwyraźniej popakowane, poukrywane w ciemności, a kto się próbował wcisnąć w tego typu obcisłe spodnie prosto po wyjściu spod gorącego prysznica, ten wiedział, że to fizycznie niemożliwe) i coraz zimniejszy, bo znowu był w tej potrzebie bliskości kompletnie niezauważony. W innych warunkach zacząłby już warczeć, szarpać za tę klamkę w zniecierpliwieniu, albo szykować urażone miny, ale autentycznie nie miał na to siły. Ciężko mu było zliczyć, w ilu miejscach go teraz bolało, ile włosów na tym stracił, ile resztek (a może bardziej oparów) godności uleciało z niego, kiedy piszczał na tym stole i ile jeszcze by oddał za powtórzenie tego uczucia, kiedy on jest już gdzieś indziej, piekielnie wysoko, poza tym obrazem, a Bletchley używa tego pustego ciała, żeby samemu też zasmakować tej ekstazy. I może o to właśnie chodziło? Nie zapukał do tych drzwi i nie domagał się uwagi, bo dostał już prawie wszystko, czego chciał, nawet rzeczy, o które nie miał odwagi poprosić? Ale to wciąż piekło. Przyjmowało postać napięcia w tym miejscu pod żebrami. I na udzie. Na plecach, na karku. Małe punkty. Czuł to zawsze tak, jakby ktoś go tam ściskał, szczypał, ale nie na skórze, tylko w środku. Nieznośnie przypominało mu o tym, że jego życie, nawet w swoich najsłodszych momentach były usłane strachem i cierpieniem. Jeżeli nie wywołało ich coś rzeczywistego, to sobie to bardzo zgrabnie wymyślał. A jak mu wyobraźnia odmawiała wsparcia, zawsze mógł cofnąć się do jakiegoś nieprzyjemnego doznania z bliskiej lub dalekiej przeszłości - ich przecież nigdy nie brakowało. Kiedy przestał słyszeć lecącą wodę, ręka mu drżała. Trzymał w niej drugiego z rzędu papierosa i dodatkowo machał nią nerwowo. Przestał, kiedy Cain się odezwał. Kurwa. Jaki ojciec...? Naprawdę próbował to zrozumieć, zamknął nawet oczy i potarł powieki palcami, doszukując się tego, do czego Bletchley nawiązywał, ale wygrzebanie kontekstu zajęło mu kilka tak długich oddechów, że jakaś część niego chciała tę wypowiedź po prostu zignorować. I chociaż udało mu się dojść do tego, jaki był w tym sens, o co w tym w ogóle chodziło, to nie potrafił potraktować jego wypowiedzi w pełni poważnie. - Gdyby istniał jakiś ranking dziwnych rzeczy do powiedzenia po seksie dwóch facetów - zaciągnął się jeszcze raz - to miałbyś kurwa podium. - Dał z siebie absolutnie wszystko, co tylko mógł, żeby zamaskować to,jak głęboko ten temat wchodził w zakorzeniony w nim strach przed odrzuceniem przez Alexandra. Bo Alexandra w tej scenie w ogóle nie powinno tutaj być. Sio. Won. Boże, wszystko tylko nie to, naprawdę wolałby teraz myśleć o kimkolwiek innym, tylko nie o facecie, którego zdradzał. Fontaine? Śmiało. Ktoś, kogo zabił i w sumie to tego żałował? Pewnie. Tully karcący go spojrzeniem za bycie kompletnym imbecylem? Nawet to było lepsze. - Byłeś tam tak długo... Brałem pod uwagę, że zasnąłeś - powiedział rozżalony, szybko zmieniając temat i odganiając najgorszą z możliwych myśli. - Przytul mnie wreszcie. - Odłożył niedopalonego papierosa na parapet i odwrócił się w jego kierunku. RE: [7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge - Cain Bletchley - 29.01.2024 Jego muzyka grała dalej. Mimo tego, że winyl się zatrzymał, że nie było już odpowiedzi tego mechanicznego grajka złożonego na komodzie, który nie został spakowany pomimo jego wyprowadzki to muzyka nadal grała. Była bezgłośna. Była szeptem, jękiem i krzykiem zaciśniętym na dnie bezdechu, który został wygrany na tym stole ze złożonymi teraz kartami. Tylko lampka nadal paliła się tak samo. Tylko wstyd by pozostał z niezamkniętego okna, żeby unikać spojrzeń sąsiadów. Niewygodnych pytań. Groźby... nie. To nie ta muzyka. Ta muzyka opowiadała o brązowookiej słabości, która zbudowana była z tego, co tworzyła dla niego. Słabość stworzona ze słabości - przed Państwem wielki The Edge! Gwiazda cyrku Bellów! Przed panem, panie Bletchley, mężczyzna zagubiony w swoim świecie, który usłyszał irracjonalną odpowiedź, która ze wszystkich słów, pytań i myśli wydała się tak bardzo istotna. Bo chciał powiedzieć przez to coś więcej niż zwykłe "tak", a kiedy przyszło co do czego to znów się zepsuł widząc nagiego Flynna przy oknie, z tym papierosem. Powstała ułomna odpowiedź jego ułomnej uczuciowości. Powinno go to frustrować, że rozkładał ludzi na części pierwsze, ale Flynna nie potrafił. Albo nie chciał? Chciał - tylko nie potrafił? Nie. Chciał - tylko się bał. Przechylił lekko głowę, idąc nieśpiesznie w kierunku człowieka pragnącego bliskości do chorobliwego stopnia. Chyba nie byli tu kompatybilni? Cain czuł, że po tak dzikim seksie MUSIAŁ z siebie to wszystko zmyć, zrzucić do końca przepocone ubrania, umyć się, doprowadzić siebie samego do jakiegokolwiek względnego porządku, żeby tworzyć złudzenie uporządkowania. Żeby się uspokoić w pełni. Tak, faktycznie - ze wszystkich dziwnych rzeczy ta była jedną z dziwniejszych. Taka brzydka. Zamiast "kocham cię", czy "było wspaniale". Co ludzie mówili po seksie? Potrafiłby przywołać dziesiątki odpowiedzi, ale on pomyślał, że te słowa będą tutaj odpowiednie. Bo chciał powiedzieć, że widzi go jako ojca. Że wierzy, że potrafi być za kogoś odpowiedzialny, że wierzy w jego miłość i w szczere intencje. Że jest zagubiony, że jego zaufanie jest potłuczonym kryształem, ale to dziecko - dziecko kocha bezwarunkowo. I to dziecko pozwoliłoby mu uwierzyć. Chciał mu powiedzieć tak wiele rzeczy i tak wiele zapytać... A zamiast tego powiedział tylko "tak". Tracił rezon, a teraz i tak ciągle pływał z pomocą wina, które przestało już grzać jego żyły w pełni, ale wcale go nie opuściło. - Przepraszam. Naszło mnie dużo chujowych myśli. Tych dobrych też. - Taka równoważnia. Cain musiał kontrolować swój umysł. Swoje emocje. Musiał. Ten brak kontroli kiedyś był przy Fleamoncie absolutnie zbawienny. Chciał go odnaleźć znów... tylko się bał. Bo teraz to nie była w jego oczach taka lekka znajomość, gdy znów ten mężczyzna wkradł się do jego życia, podarował mu tak cenne lusterko i... to wszystko... Zsunął ręcznik z ramion i zarzucił go na głowę Flynna, żeby delikatnie zacząć wycierać jego barki z kropel i ostrożnie przyciskać materiał do włosów, by ich nie wzburzyć, nie poplątać, ale materiał miał wchłonąć trochę wody. Pieczołowita czułość jego dłoni mogła za to być wchłonięta przez skórę Flynna. I równie czule zamknął go w swoich ramionach, w swoim uścisku, przytrzymując jego głowę, trzymając jego plecy, rzucając ręcznik na parapet. Zamknął oczy. Odciął kurtynę czerni od świata, ale czerń nie gościła pod jego powiekami. To były TE obrazy. Dokładnie te obrazy, które przynosiły mu tyle ciepła w tym smutnym jak porzucony szczeniak życiu. Taki smutny szczeniak, jakiego trzymał w rękach. - Dzieci kochają bezwarunkowo. - Kontynuował swoją odpowiedź, jakby wcale jej nie przerwał tak długą chwilą. - To dziecko nauczyłoby cię, że niektórzy mogą być zawsze przy tobie bez względu na wszystko. Wiem, że kochałbyś je i dbał o nie. Poświęciłbyś mu najlepszą część siebie i tę najgorszą też. Bo kocha się nie za coś, ale pomimo. Myślę, że byłbyś wspaniałym ojcem. - Gdybyś tylko sobie na to pozwolił. To wszystko, co myślę i Boże, wybacz mi, że jestem ogarnięty takim smutkiem. Że to nie ze mną. Przygładził jego włosy, pogłaskał czule, myśląc, że naprawdę mógłby go obronić przed całym złem. I że mógłby wyjść naprzeciw jego demonom i spróbować je ukoić. - Chciałbym ci powiedzieć tyle rzeczy i zapytać o jeszcze więcej. Chciałbym wiedzieć o tobie wszystko i dowiadywać się czegoś codziennie. Mógłbym cię tak trzymać nawet cały dzień. Tylko że żyjemy w słodkim kłamstwie. Co się stanie, kiedy ono runie? - Odsunął się o tyle, żeby spojrzeć w tę śliczną twarz, pogładzić ją, pogłaskać, odgarnąć włosy w jednej ze swoich nieskończonych fantazji, że naprawdę mógłby (chciałby!) to robić cały czas. - Boisz się odrzucenia. A ja wiem, że nie przeżyję drugiego odrzucenia przez ciebie. Więc jeśli będę grał do tego kłamstwa, to przetrwamy chociaż chwilę dłużej. - Spojrzał na ciuchy Edga, które złożył na krześle, a potem na niego samego. - Chodź, wykopiemy ci coś do ubrania. Chyba że nie chcesz? RE: [7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge - The Edge - 29.01.2024 Bycie nawiedzanym przez beznadziejne myśli zaraz po takiej scenie... cóż, szczerze wątpił, żeby ktokolwiek potrafił zachować przy tym niewzruszony wyraz twarzy. Chwilowa panika, jaka pojawiła się na tej Flynna, stała się ramką dla widniejącej w tych smutnych, brązowych oczach rozpaczy. To nie była fizyka kwantowa. Chciał zostać objęty. W ten prosty sposób, przewidywalny. Tak postępowali ludzie, którzy się kochali. Czasami potrzebował czegoś mocniejszego, czegoś na tyle silnego, żeby dać nadzieję na to, że te wszystkie pokruszone kawałki składające się na jego osobę dało się jeszcze jakoś poskładać - dotyku lepkiego jak klej, warg ściągających z niego stres tak, jak on ściągał go z innych. Nie było tu za co przepraszać. Flynn nie oczekiwał od niego przeprosin, oczekiwał od niego wyzwolenia - to byłoby prostsze, gdyby nie musiał mówić, gdyby Cain nauczył się wyczuwać momenty, w których powinien go pocałować - bo właśnie nadszedł na to czas. Teraz, całuj go - ale on nie użył ust do tego, żeby przekreślić kłębiące się w nim obawy. On zamykając go w tym uścisku, zamknął go też w klatce bez drzwiczek. W miejscu bez wyjścia niedającym mu innej możliwości niż słuchać. Bell nie mówił nic, ale jego ciało mówiło za niego - przeżywał teraz w głowie chaos. Słuchał tego, co było do niego mówione i coraz mocniej powątpiewał w to, że uda mu się nie wybuchnąć płaczem - bo to było gorsze niż tortura. I już nigdy tego nie od-usłyszy, to zostanie w nim na zawsze. I w gruncie rzeczy płakał, po prostu zabrakło w nim łez - on płakał myślami. Dzieci nie kochały bezwarunkowo. Dzieci w ogóle nie rozumiały takiej koncepcji jak miłość. Ona przychodziła dopiero później, czasami za późno - to nie było nawet jego dramatyzowanie, a zwykły, naukowy fakt (no, z perspektywy narratora - odrobinę naciągnięty do jego chorej interpretacji). Może za długo umawiał się z psychiatrą? Wiedział na pewno, że Bletchley żył kompletną ułudą, to nie była prawda - jasne, że gdyby był rodzicem, to chciałby być dobrym rodzicem, starałby się o wiele bardziej niż własna matka, bo absolutnie nikt na tym świecie nie zasłużył na przeżycie tego co on, ale będąc lepszym od swojej matki, wcale nie stawał się nagle dobrym ojcem. Był świadomy tego, że byłby potworem, tylko na swój sposób. A może nawet nie swój - ileż to osób było przykładem tego, co robiło z tobą wychowanie przez kogoś samolubnego, przelewającego prywatne problemy na niewinne, nierozumiejące tego dzieci. W cyrku było łatwo - uczyłeś kogoś wiązać buty, a później znikałeś na tydzień i nikt tego nawet nie zauważał, ale będąc z tym małym człowiekiem sam na sam - skąd w ogóle w Bletchleyu teoria, że pokazanie takiej małej osobie najgorszej wersji siebie przyniosłoby mu coś więcej niż wstyd? Wstyd, że jego ojciec znów chodzi pijany, wstyd pustego domu, wstyd za swoje pochodzenie w czasach, kiedy to pochodzenie liczyło się coraz bardziej, wstyd tego, że twój ojciec nie potrafił zadbać sam o siebie i ciągle potrzebował twojej pomocy. A Flynn zawsze potrzebował pomocy. Nie potrafił funkcjonować samodzielnie, absolutnie nigdy tego nie robił - obok zawsze był ktoś. Znał ten schemat ze Ścieżek aż za dobrze - dzieci, którym wydawało się, że przez takie dzieciństwo dorośli szybciej. Obrażone na świat, chcące stworzyć sobie rzeczywistość, w jakiej mogli żyć bez brzemienia oczekiwań społecznych, bo ten wstyd był okropny, on gnieździł się w ludzkim umyśle i zapuszczał tam korzenie. Widok naćpanego ojca rył się w ich egzystencji tak wyraźnie, jak w jego wrył się ten maminy obcas. A później kształtowała się wokół tego ich osobowość i szukali takich doznań... i... momentalnie zrobiło mu się niedobrze. Nie od wina, tylko od zrozumienia tego, że nie byłby jak własna matka, tylko jak jego matka. Ale Cain mówił dalej. I te słowa, w przeciwieństwie do tych wciskających mu nachalnie do łba najgorsze z możliwych obrazów, były słodkie. Dłoń przejeżdżająca mu po włosach była czymś, co chciał czuć. To, co Cain mówił, było czymś, co Flynn chciał słyszeć - bo zawsze bał się odezwać, ale jednocześnie czuł, że gdyby dał radę, nadałoby to jego życiu jakiś nowy, lepszy sens. Ale wymagał momentami tak długich pokładów cierpliwości, aby utrzymać przy sobie tylko najsilniejszych. Ile można było się zastanawiać, poszukiwać słów mogących jakkolwiek zobrazować emocje? Jednym zajmowało to sekundy. Jemu - tygodnie. Miesiące. Lata. Ale jaka to była wielka i piękna sprawa - zostać przez kogoś wysłuchanym. Nawet nie zrozumianym, po prostu wysłuchanym - ale tak ciężko było zaufać ludziom, nawet tym, których się kochało. Sam nieszczególnie dawał mu teraz najlepszy przykład. Kiedy Cain odsunął go od siebie, oczy Flynna były zeszklone. On sam nie zdawał sobie z tego sprawy, za mocno skupił się na tych słowach, na tym co mu właśnie powiedziano. Ta wypowiedź miała swoje wzloty i upadki, ale wchodząc na temat odrzucenia, końca, jakiejś wyśnionej przez niego chwili dłużej, Bell nie potrafił zachować się inaczej, niż łapiąc się za głowę i zaciskając palce na mokrych włosach. - Czy ty to kończysz po drugim spotkaniu? - Oczywiście, że nie potrafił zinterpretować tego inaczej niż jak monolog przed zerwaniem, a nie zwierzenie się ze swoich najgłębszych obaw. A oni nawet ze sobą nie chodzili. - To jest jak cios w twarz. Jakie... jakie kłamstwo ma tu runąć? O czym ty pierdolisz? - Odetchnął dramatycznie, cofając się na krok. Puścił swoje loki, żeby zamiast tego złapać Bletchleya za koszulkę i potrząsnąć nim. Najwyraźniej sam nie widział już, co robi. - Kochasz mnie czy nie? Odpowiedz wprost, albo przysięgam ci, że stąd kurwa wyjdę. RE: [7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge - Cain Bletchley - 30.01.2024 Tak, dzieci kochały warunkowo. Potrafiły nazwać ojcem tego, kto więcej się nim zajmował i to jego za rodzica uznać. Kto dawał im więcej miłości. A potem była miłość patologiczna, w której kochałeś rodzica, chociaż był zwykłą kurwą. Chociaż nie wiesz, czemu i jakim cudem w ogóle cię wykarmił i odział, bo wychowałeś się sam, zasłaniając się rękoma przed latającymi talerzami. Dziś znaleźliby na to mnóstwo usprawiedliwień. Choroba tarczycy, hormony, stres, depresja. Biedna matka, ma jeszcze takiego męża, nic dziwnego, że odreagowuje... a dziecko na pewno kocha, bo przecież mówi wszem i wobec, jakiego ma wspaniałego synka. I to nie tak, że Cain naiwnie wierzył we wspaniałego ojca Flynna. On wierzył, że Flynn miałby szansę, gdyby miał pomoc. A za tą pomoc, arogancko, uważał siebie samego. Pomógłby mu. Nauczył. Zapewnił stabilność. Tak, tak, byłby tym, co daje ryby, ale wędki nie pomijał - ją też by przynosił i namawiał namolnie, żeby połowili razem. Był tak zapatrzony we Flynna, że tak, jak zawsze wypatrywał własną śmierć i niepowodzenie, tak w jego oczach widział nadzieję na coś lepszego. Dla niego. I dla samego siebie też. Nauczenie się kogoś nie było minutą. Nie było nawet całym dniem. To były całe miesiące, które rodziły w swoich związkach lata. Takie to niepokorne i niegrzeczne dzieci, że pozwalały nam więcej cieszyć się sobą wzajem i jednocześnie zamieniały piękne twarze, znacząc je zmarszczkami. Sprawiedliwość była sprzedajną ladacznicą, której omyłkowo wręczono miecz i wagę, by mogła ścinać głowy tych, co padali przed nią na kolana jak i tych, którzy próbowali uciekać. Cain nie próbował. Zamiast tego mówił: nie, to nie tego Caina Bletchleya szukałaś" z tym swoim niezmiennie sympatycznym uśmiechem, który mógł sprzedać każdemu. Flynnowi też mógłby go sprzedawać. Mógłby sprzedawać mu swoje usta i mógłby cieszyć się fizycznymi zbliżeniami, a potem nie myśleć o tym, żeby wytrzeć mu włosy, nie zastanawiałby się, czy jednak nie było mu chłodno, albo co mógłby zrobić, żeby było lepiej. Jak blisko musiał być i jak często, żeby było najlepiej. Odpowiedzialność za drugiego człowieka, nad którą Fleamont poświęcił chwilę (wiele chwil) zastanowienia była bezradna w obliczu tej pannicy Sprawiedliwości. Wzruszała ramionami i spoglądała od jednego do drugiego. Chcieli wziąć za siebie odpowiedzialność, ale czy w zasadzie potrafili? Miecz lśnił na górze. Dzisiaj mogły się posypać głowy pod nogi tej Ślepej Kurwy o dźwięcznym, nadanym przez Greków imieniu Temida. Brzmiało to strasznie dramatycznie, a wyglądało jeszcze gorzej. Och, nie... Brwi Caina opadły w dół w zmartwieniu. Tak jak ze zmartwieniem teraz przesunął dłońmi po ramionach tego kruchego człowieka, który zawsze potrafił być taki pyskaty. Chciał złapać go za nadgarstki, żeby nie chował twarzy, żeby nie chował się tak, jakby było przed czym. Ale może tego właśnie potrzebował? Nie, nie chciał pozwolić mu na ucieczkę, nie teraz, nie tu. - Flynn, nie... - nie płacz. Zdanie nie zostało dokończone, tak jak nie oderwał od głowy czarnowłosego jego własnych rąk. Fleamont uciekł przed dotykiem i uciekł przed odtrąceniem. Tak, dystans potrafił być bardzo zimny. Tak zimny, że Caina przeszedł dreszcz, choć przysiągłby, że to przez chłód nocnego powietrza wpadającego tu z okna. I tak z tym chceniem było, że chce się bardzo wiele. Zmartwione oczy wbite w Edga mówiły bardzo wiele słów, które były zmiętą papką w jego głowie. Krążyły tam będąc wszystkim i będąc niczym jednocześnie. Chciał wybrać odpowiednie słowa, chciał teraz podejść, objąć go znowu, uspokoić, powiedzieć, że przecież niczego nie kończy, tylko mówi, że chciałby nawet więcej. Tylko to wszystko było za wolne wobec huraganu, którego wycie zapowiadały słowa Flynna. I potem ta groźba. Groźba, która go przeszyła. Już był pewien, że to wcale nie było zimno powietrza, bo nawet ta wyciągnięta za Fleamontem dłoń mu lekko drżała. Cisza zabijała. Odpowiedź była taka prosta i oczywista. Milczał nie dlatego, że nie znał odpowiedzi, a dlatego, że nagle te wszystkie słowa, jakie miał, zostały rozbite w pył. Zniknęły. Już nie było kotłowaniny, z której trzeba wybrać perły, które byłyby (jego zdaniem) dla Flynna najcenniejsze, a i tak na nic ten wybór, bo naprawdę ten mężczyzna go otępiał i robił z niego jakiegoś nieporadnego kalekę we wszystkich jego staraniach i próbach poruszania się w czymś... nowym. W relacji, w której dopuszczał kogoś tak boleśnie blisko siebie, jak nikogo na świecie. W relacji, w której machał ogonem, gdy po tylu latach mógł go zobaczyć i znów z nim porozmawiać, ale te słowa "bo stąd wyjdę" wyły w jego czaszce wściekle, bez opamiętania. - Chciałem ci powiedzieć - zaczął cicho, ostrożnie - że chciałbym ci oddać wszystko. Próbuję dać ci wszystko. Ale ty mi nigdy wszystkiego nie oddasz. - Był o tym święcie przekonany. Bo Flynn był kotem, a koty chodziły swoimi ścieżkami. Więc tak - musiał pozwalać temu odchodzić i wracać, ale Dobry Boże, nie chciał wpaść w pułapkę własnego mózgu. - Kocham cię, Fleamoncie. Nigdy nie było takiego dnia, w którym bym przestał. - Opuścił dłoń, mając wrażenie, że Flynn jest dla niego nieosiągalny. Nie chciał pożądać czegoś nieosiągalnego i nie był na tyle marzycielem, żeby snuć sobie ułudne historie o happily ever after. - Robisz ze mnie obrzydliwie nieporadnego człowieka. - Chociaż alkohol robił swoje. Cain był teraz cały napięty, starając się kontrolować bodźce i emocje, które w niego próbowały uderzać i doprowadzić go... do czegoś. Sam nie wiedział, do czego. Pewnie do stanu podobnego, w jakim stykali się ze sobą czasem z matką. RE: [7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge - The Edge - 31.01.2024 Żadne „nie” do niego nie dotarło, „nie płacz” tym bardziej - te słowa wcale nie musiały pozostać niewypowiedziane, żeby Flynn czołgał się już myślami w stronę najgorszych myśli, sam nie miał już siły stąpać po okropnych pomysłach jak mu się odszczekać, a jednak robił to, jakby się zaparł i obiecał sobie samemu, że to zrobi - nie zostawi go z niczym - zostawi go tutaj, ale tylko i wyłącznie jeżeli wychodząc, będzie pewny, że Bletchley znajdzie się w stanie największej żałości za to co tutaj powiedział... a może bardziej za to, w jaki sposób Bell to odbierał. Przyszedł tutaj po blask, po znajomą, dobrą melodię pożądania i ciepła, jakiej nie mógł doświadczyć od nikogo innego. I sam sobie dzisiaj mówił - to się kiedyś skończy, ale miało się skończyć kiedyś, a nie teraz - i to tak mocno w niego uderzyło. Znowu. Nic nie jest niezmienne. Nic nie jest bezpieczne. W końcu wszyscy odchodzą. Wszystko płynie, wszystko się zmienia. Wszystko płynie. Wydawało mu się, że nie da rady płakać, a jednak potok łez polał się po jego policzkach, od razu przypominając mu różnicę pomiędzy łzami wyduszonymi pomiędzy kolejnymi stęknięciami, chwile przed uniesieniem, a łzami toczącymi się powoli i ociężale po zimnej skórze przerażonego człowieka, którego misterny plan zawalił się o wiele szybciej, niż sam się tego spodziewał. Miały część wspólną - silne emocje, tym razem gniew i rozczarowanie i... światło, światło tak dużo światła, że na chwilę obraz przed nim nie był już rozmazany, a po prostu nieistniejący. - Niee... nienienienie, nie powiedziałeś tego właśnie, ty perfidny chuju - zaczął nagle mówić, po długiej i męczącej ciszy, jaką spędził na wpatrywaniu się w nicość i obejmowanie się własnymi ramionami tak, jakby było mu niewyobrażalnie zimno. - Ty naprawdę chcesz mnie zostawić. - Bo tam ciągle było jakieś „ale”, coś oddzielało to „kocham cię” od „bądźmy razem już na zawsze”. I to „ale” wybrzmiewało już tak wyraźnie, że sam zahaczał o koniec - zawisł pomiędzy nimi temat odrzucenia i to w najgorszej możliwej formie - on mógł dostać od niego wszystko, w odpowiedzi nie mógł mu dać wszystkiego. Od dawna nie czuł się tak wybrakowany. Zamarzał w środku, a rosnący w nim lód utrwalał w sobie wszystkie najgorsze kompleksy. Był kimś, z kim na dłuższą metę nie dało się żyć. Toczył egzystencję cholernej pijawki, wiedział to przecież. Pozbywanie się go w którymś momencie życia było naturalną koleją rzeczy, najlepszym prezentem dla samego siebie. To było jak dojrzewanie i pozbywanie się idiotycznych poglądów z okresu adolescencji. Był ludzkim błędem. Plamą na życiorysie dziesiątek osób. Przygarniali go bo ładnie wyglądał, bo był zabawny, bo można go było odkrywać, bo smakował jak zakazany owoc, a kiedy okazywało się, że przynosił ze sobą ciężar, niemoc, nie potrafił godzinami wstać z łóżka, kiedy przestawał być kimś ciekawym i przynoszącym uniesienie, a odkrywał przed nimi to jakim permanentnie smutnym był gnojem - nagle byli wyleczeni. I on najwyraźniej też to widział. Pozna go lepiej i to będzie koniec - jak inaczej miał to odebrać? - Czego ja ci niby nie mogę dać? - Zadarł głowę, patrząc mu w oczy i ta panika wciąż tam była, wymieszana z potwierdzeniem utrwalonej narracji urodzenia się kimś, kto od dnia zero spisany był na straty. - Chodzi ci o to dziecko? - Przywołanie tego pytania tak nagle musiało mieć przecież jakiś głębszy sens. - Chodzi ci o to, że jakaś kurwa może dać ci dziecko? Może wypadało to przemyśleć PRZED jebaniem się ze mną drugi raz. Zadając te pytania, mówił coraz głośniej, przy dwóch ostatnich krzyczał. Krzyczenie okazało się być niewystarczające. Puścił jego koszulkę, nie po to, żeby odejść, tylko po to, żeby pchać go rękoma. Na ścianę obok okna, jedno uderzenie w klatkę piersiową za drugim. Nie na tyle mocne, żeby boleć, natomiast na tyle mocne, aby wymusić przesuwanie się do tyłu. I jakaś część niego chciała zrobić coś jeszcze, ale zdusił to w zarodku, nie pozwolił temu ogniowi rozprzestrzenić się po swoim wnętrzu. Nigdy by go w ten sposób nie uderzył. Nigdy nie skrzywdziłby tak kogoś, kogo kochał, tylko to nie znaczyło, że ta frustracja w ogóle w nim nie siedziała. Chciał uderzyć pięścią w jakiś mebel, ostudził go jednak dźwięk przekręcanej w okiennicy klamki. Najwyraźniej sąsiedzi Bletchleya uczestniczyli w tym ataku szajby z takim samym zaangażowaniem co oni. Odsunął się na kilka kroków, wydał z siebie dziwaczny dźwięk mający swoje źródło w kompletnej bezsilności i dyszał. Oddychał szybko, znowu za szybko i zdał sobie sprawę z tego, że jeżeli teraz stąd nie wyjdzie, to ten atak histerii się nasili. Normalnie zrobiłby coś, żeby oddychać normalnie, ale aktualnie zaciskał dłonie na uszach i chodził w kółko, chcąc odciąć się od kolejnych rewelacji, które ten mógł mieć do powiedzenia. Ostatecznie ofiarą jego gniewu okazała się być pusta butelka po winie. Rozbił ją z różnych powodów. Chciał trochę zrobić mu na złość. Pokazać mu, że skoro to kłamstwo miało prysnąć - w domyśle kłamstwo tego co sobie Bletchley na jego temat wyobrażał, a co miało runąć wraz ze zorientowaniem się jak durny i zapchlony okaz kota wybrał sobie ze śmietnika w najgorszej dzielnicy Londynu - to niech pryśnie właśnie teraz. Chciał też zrobić na złość sobie. Wymusić na nim odparcie tych ciosów, wyładowanie się na nim tak mocno jak potrafił. Niech mu to powie, teraz już naprawdę chciał to usłyszeć, najlepiej w jakimś gniewie, nie pogardziłby pięścią uderzającą w jego twarz. Doceniłby cios kładący go na ziemię, na zimne kafelki barowej łazienki, na te same, na których potrafił leżeć i uderzać pięściami w przestrzeń wokół siebie w oczekiwaniu na to aż mu przejdzie, taki po którym człowiek ledwo podnosił się na równe nogi. Taki przypominający mu całą jego beznadziejność, będący jak podpis pod całym tym złem, jakim chciał teraz zwymiotować. A po trzecie, bo cierpiał. A kiedy cierpiał, potrzebował zmiany. Drapał się po rękach, wyrywał sobie włosy, ciął się po ciele, przypalał papierosami, ubierał się durnie, rozważał wybicie sobie wszystkich zębów, szedł pod prysznic i szorował się tak długo, aż bolał go każdy milimetr skóry. Wszystko po to, żeby coś było inaczej. Teraz inna mogła być podłoga jeżeli tylko pokryje ją szkłem. Podłoga, po której mógłby przejść bosymi stopami. Szkło kuszące do tego, żeby je zeżreć i już się nigdy nie obudzić. Cokolwiek, byleby było inaczej. Cokolwiek, żeby zabić w sobie bezlitosność własnej psychiki, absolutnego braku przebaczenia, jaki miała mu do zaoferowania. Ten trzask butelki okazał się być momentem, w jakim normalni ludzie wokół się poddali. Usłyszał głos starszej kobiety mówiący „dosyć tego, dzwonię po policję” i na moment przywołało go to na ziemię. Usiadł na krześle i zaczął zakładać swoje ubrania. W bieliznę brudną od wcześniejszego podniecenia, w żenująco ciasne spodnie. I naprawdę chciał wrócić do cyrku. Jeszcze nie było za późno na to, żeby wrócić tam na kolację i udawać, że absolutnie nic się dzisiaj nie stało. Leżał na drzewie i jarał papieros za papierosem. Niestety nie potrafił. Nikotyna? Kofeina? Zbyt lekkie porównania. Kiedy myślał o euforycznym stanie sprzed chwili, o jego intensywności, od tego jak Bletchley pożerał go swoją obecnością, jak czynił go kimś pełnym... miał przed oczyma jedno, ale nawet to, nawet opalanie heroiny aż do zaśnięcia, nie dałoby mu tego. Dół, w jaki teraz wpadł, był o wiele gorszy niż ten na głodzie. Uderzał nie tylko w jego ciało, ale i w jego duszę. Miał stąd przed chwilą wyjść, miał uciec, tak jak mówił sobie na dzisiaj wystarczy, ale najsłodszym lekarstwem na cało zło było nieprzerywanie tego. Kolejna dawka. Kolejne pragnienie znalezienia się w jego objęciach. Więc siedział na tym krześle, potarł twarz dłońmi, nie zapiął jeszcze guzika od spodni. - Skoro mnie kochasz - nie spojrzał na niego - to mnie kurwa kochaj. Dzisiaj tu jesteśmy, jutro może nas nie być. Nie obchodzi mnie to, skoro mnie kochasz, to masz mnie kochać, masz mnie znaleźć, nawet jak wszystko runie, nawet jak zdechniesz. - Wcale nie mówił tego, jakby to było romantyczne. To nie był flirt, to było domaganie się. - Masz mnie nawiedzać, choćby miało mnie to doprowadzić do obłędu. Ja tego potrzebuję. RE: [7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge - Cain Bletchley - 31.01.2024 Spokojnie. Powtarzał sobie jak mantrę w głowie. Trudne tematy zawsze wywoływały reakcję zwrotną, podnosiły ciśnienie krwi, Flynn zawsze był wybuchowy i nerwowy, teraz jest jeszcze równie pijany co ty. Weź wszystko na spokojnie i nie myśl nadmiernie o tym, że to, co zostanie tutaj powiedziane czy szarpnięte w gniewie może być bardziej poważne, może być tak "naprawdę". Z drugiej strony przecież on sam mówił całkiem poważnie. I wiedział, że ta reakcja była równie poważna. - Kto kogo zostawi? - Stał w tej samej pozycji, w tym samym miejscu, czując mocniejsze uderzenia serca i zmęczenie zacinającego się umysłu, nie bronił się nawet przed ręką, która szarpnęła go za koszulę. Stał tam też wtedy, kiedy go odepchnął i kiedy w swoim zwierzęcym wyciu cofnął się do reszty pokoju. Stał tak, kiedy w drugim mrugnięciu okiem był przy ścianie, przy oknie i spoglądał, jak to zranione zwierzę rzuca się po klatce, którą pozornie było jego mieszkanie. Prawdziwą klatką była tylko głowa Flynna. - Nie mów tak do mnie. - Nie chciał tego zapamiętywać. Nie chciał tego pamiętać. Nie chciał potem powtarzać w głowie tych obelg i gniewu, jakiegoś rodzaju nienawiści prowadzącej Flynna do autodestrukcji, która była w niego wymierzana. Jego własne demony, które wyciągał i obdarowywał nimi świat. Wtedy mniej bolało. Ale Cain nie chciał żyć jak jego matka, a miał wrażenie, że w tym momencie ta scena za bardzo to wszystko przypominała. Popychanie, napinanie pięści, jakby zaraz ktoś miał ci przywalić w twarz, krzyki i obelgi. Wyrzucanie gówna na drugą osobę, bo samemu nie chciało się słuchać i przyjąć niektórych rzeczy na fakty. Starał się akceptować i rozumieć, ale była taka granica, której naprawdę nie chciał przekroczyć, bo za nią... za nią już nie było niczego. Mógł prowadzić zjebane, nic nie warte życie, ale nawet w tym syfie miał minimalny szacunek do statusu Nikogo. - Nie, nie mówię o dziecku. - Odpowiedział ciągle tym samym przyciszonym, spokojnym głosem. Względnie spokojnym, bo wkładał wiele wysiłku w zachowanie odpowiedniego tonu. Gdyby powiedział coś głośniej to ten głos drżałby mu tak samo jak dłonie. Chciał podejść do tego odpowiednio, odpowiedzialnie, opanować sytuację, ale czuł się jak dziecko we mgle. Nie wiedział, czy krzyczeć, czy mówić coś mądrego, czy podejść do tego człowieka i go przytulić, czy może wyrzucić go za to, że zamieniał to wszystko w koszmar. W jego oczach niczym nie różnili się od jego rodziców w tym momencie. Ach... tak działają te dzieci z patologicznych rodzin? Pomyślał, zamykając w końcu okno, żeby te krzyki nie były słyszalne. Jakby w ogóle teraz cokolwiek miało to zmienić. Jakby nagle prywatność stała się istotna. Oni obaj. Choć w przypadku Flynna czy w ogóle można było mówić o rodzinie? A potem trzasnęło szkło i Cain się aż skulił, chowając instynktownie głowę między ramiona, jakby ta butelka miała się rozbić tuż obok niego. Albo co gorzej - na nim. Dopiero po pięciu sekundach zorientował się, że wstrzymuje oddech i nabrał głębszej dawki tlenu, szerzej otwartymi powiekami wpatrując się w podłogę. Uniósł głowę. Uniósł spojrzenie na Fleamonta, który przy tym trzasku się zatrzymał. Zatrzymał się też Flynn. W zastoju nie była tylko resztka wina spływająca po ścianie. W ciszy obserwował, jak ten się ubiera, czekając na cokolwiek. Znak od Boga, chichot Diabła, trzaśnięcie drzwi, jak Fleamont sam poradziłby sobie z wyjściem. W końcu, w tej pustce swoich myśli, białym szumie dudniącym w bębenkach usznych, doczekał się słów. Ale jakich! Jakież to były słowa, jakież żądania! Cain bardzo chciał niedowierzać, chciał być bardzo zdziwiony, ale właśnie - nie dziwiło go to wcale. To było właśnie to kłamstwo, którym oplatał się i ten brak odpowiedzialności z jego strony, że jak zbity psiak w ogóle postanowił spojrzeć na Flynna. - Pierdol się, Flynn. - Spoglądał teraz na niego z urazą. Nie mylić z: odrazą. To było poczucie zranienia, to szarpnięcie serca. - Nie potrafisz poradzić sobie z własnym brakiem zaufania i przerzucasz wszystkie oczekiwania na drugą osobę. TY tego potrzebujesz. Pomyślałeś, czego JA potrzebuję? - Był zły. Teraz był zły i to było widać w jego twarzy, która się napięła w rysach, w ściągniętych brwiach, w nerwowym ruchu rąk, kiedy pokazał na siebie samego. - Chciałbym żyć tak... tak codziennie jak ci opisałem. Poznawać cię, żyć... żyć. Chciałbym żyć i pomóc tobie. Sobie. Nie z dnia na dzień. - Sam zaczął się coraz mocniej trząść. Czuł, że stracił kontrolę - i teraz już sam też płakał. - Nie obracaj teraz kota ogonem, że to ja chce ciebie zostawiać! To wy nigdy niczego, kurwa, nie pamiętacie! Kurwa, niczego! Pierdolone uczucia są dla was jak pstryknięcie palcami. Obrażasz się i obrażasz mnie za to, że nawet nie potrafisz zaufać moim słowom, bo ty... ty mi po prostu nie ufasz. Nigdy nie ufałeś, bo nie ufasz sobie samemu. I jak JA mam ufać? Jak mam myśleć, że ty pokochasz mnie, skoro nienawidzisz i brzydzisz się samym sobą? Wyjdziesz stąd i pewnie pójdziesz do pięciu innych swoich kochanków, a ja będę musiał forsować swoje myśli do ucinania niewygodnych prawd, że... że jestem dla ciebie używką na dowartościowywanie się. Bo TY potrzebujesz. - Obrócił się, oddychając ciężej i wytarł twarz w koszulę, żeby potem potrzeć ją rękoma. - Widzisz... znalazłem cię po tylu latach i czekałem jak pies. Ale dla ciebie byłem tylko kimś, kto pewnie przyszedł sprawić kłopoty. - Dodał już ciszej, po wydechu. RE: [7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge - The Edge - 31.01.2024 Smutne zakończenie. Bell zacisnął oczy. To się działo na tyle często, że nie zliczyłby sytuacji, w których ktoś kazał mu się pierdolić, zniknąć z czyjejś codzienności, ale nigdy nie czuł się z tym aż tak źle. Te małe kłujące punkty na ciele i wzburzony oddech były najmniejszym problemem - to pieczenie serca, ból rozchodzący się po całej jego materii począwszy od napięcia w klatce piersiowej - to te rzeczy powinny niepokoić go teraz najbardziej. Ale on w ogóle nie myślał już o fizycznym aspekcie wszechogarniającego cierpienia. Ten ból nie potrwa długo, dało się zapić go kolejną butelką wina. Prawdziwym bólem były emocje - to było popieprzone, że nie wystarczyło po prostu kochać. Wszyscy zawsze chcieli od niego więcej, robili mu całe listy wymagań, niemal każde okropieństwo i każda dobra rzecz, jaką uczynił przed ostatnich dwadzieścia lat życia, to były rzeczy robione dla kogoś. I on też go w jakiś sposób złamał. Jedyne, o czym potrafił teraz myśleć to to, że jeżeli stąd wyjdzie, nie będą już pewnie mieli żadnej przyszłości. A on przecież chciał, żeby Bletchley był jego. Mógł być jego małym, brudnym sekretem, jeżeli to właśnie lubił. Mógł uczynić roszczenie do niego publicznym, mógł dać mu się rozerwać na strzępy, mógł dać mu zatopić zęby w każdym centymetrze swojego ciała, jeżeli tylko nie staną się dla siebie obojętni. Ale nie potrafił się zmieniać. Nie potrafił być idealny, być może nie chciał być idealny, dobry ani zły, bez względu na to jak bardzo ktoś próbował przeciągnąć go na którąś ze stron, on pozostawał szary, brudny od swojej łachmaniarskiej egzystencji i... był z niej teraz tak boleśnie obnażany. Czuł się nawet gorzej, niż stojąc tam nagim, chociaż blizny na jego ciele też mówiły wiele o tym, jak bardzo nienawidził samego siebie. Tak, to była prawda - nie potrafił poradzić sobie z niczym. Tak, był specjalistą od huśtawek nastrojów. Tak, miał niewyparzoną gębę i potrafił ranić tymi ustami tak samo jak nożem. Tak, brzydził się własnymi poczynaniami. Tak, był tutaj, bo to spojrzenie pełne miłości nadawało jego istnieniu jakikolwiek sens, ale... nie wszystko było prawdą - ufał mu, przynajmniej ufał mu do tej pory, mógł mieć dziesiątki kochanków, ale przy żadnym nie powiedziałby tyle, co przy Bletchleyu. Czy powinien tego teraz żałować? To była jakaś nauczka za tę otwartość? Człowiek, któremu wbrew temu co ten twierdził... zaufał na tyle, aby opowiedzieć mu o sobie, żeby dać mu dostęp do swojego umysłu... i który mu mówił, że nie musi się spieszyć, że przyjdzie czas na te wszystkie wyjaśnienia... teraz... mówił te wszystkie rzeczy... Jakkolwiek absurdalnie to nie brzmiało, zjedzenie szkła leżącego na podłodze przestało być aż tak odległą wizją, żeby nie rozważał tego jako jednej z opcji. - U-ulżyłeś sobie? Z-aajebista analiza. - Pewnie zabrzmiałby poważniej, gdyby nie szlochał przy tym jak dziecko, wycierając łzy rękoma. Odetchnął głośno i zapiął te spodnie. Później zaczął siłować się z paskiem. Ręce już nie drżały, one telepały mu się tak bardzo, że nawet tak prosta czynność wydawała się być czymś karkołomnym. - Śmiało, powymieniaj coś więcej, ponabijaj się, bo słabo ci poszło, jeszcze pomyślę, że nie łgałeś jak pies, zachwycając się tym jaki to nie jestem idealny. Kochasz mnie, czy to, co sobie uroiłeś? Mnie się nie pomaga, mnie się najwyraźniej - mimo ciężaru wiążącego się z komunikacją w takim stanie, udało mu się to poprawnie zaakcentować - wskazać na to, że podsumował zgrabnie jego własne myśli - poznaje głębiej i przestaje wierzyć, że nadaję się do czegokolwiek. - Podniósł z oparcia swoją bluzkę i założył ją powoli. Nie potrafił dodać nic więcej. Nawet to, co z siebie teraz wygrzebał, było wyduszone z ledwością, przez zaciśnięte zęby, przez ryk blokujący powiedzenie tego wyraźnie. Kurwa, absolutnie wszystko było stracone. Na nic było to ostrożne dobieranie słów. Na nic była ta ucieczka lata temu. Takim go właśnie zapamięta - żałośnie słabym. Jako brzydką, skręcającą się od płaczu kreaturę, która potrafiła zaakceptować ogrom i pustkę świata tylko wtedy, kiedy była kochana, ale nie potrafiła mówić o miłości, ani nie rozumiała miłości tak jak wszyscy inni. RE: [7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge - Cain Bletchley - 01.02.2024 - Nie, nie ulżyłem. Bo... bo... - Dobry Boże, chyba nigdy w życiu się nie zająknął. Nie, zgoda, zdarzało mu się kiedyś. Kiedy kłótnie w domu były o wiele bardziej namiętne i o wiele mocniej wyduszały dech z piersi. Wychodziło się z nich z siniakami albo nacięciami i leczyło je potem okładami, żeby czasem nie zostały żadne blizny. Teraz to zająknięcie nie było nawet zająknięciem per se, a koniecznością nabrania głębszego powietrza. Serce waliło, oddychało się niespokojnie, ciało się trzęsło, widok był niewyraźny od łez i oczy piekły. No już, uspokój się! Ile razy mógłby to sobie powtarzać? Potem przyjdzie poczucie winy, że dał się wytrącić z równowagi, że uległ tym emocjom i nie potrafił nad nimi zapanować. Że ten alkohol jednak podbił wszystko, podfiksował. Miało być fajnie i miło. Nikt nie skończył nad kiblem, ale każdy skończył we łzach. Mogliby inaczej. Na pewno mogliśmy... Moglibyśmy być czymś więcej. Kimś więcej. Stać się lepszymi wersjami siebie i być sobą jednocześnie. Bo przy Flynnie stawałeś się lepszym człowiekiem. Przynajmniej do momentów, w którym ten mężczyzna nie dokręcał śrubki ciągle i uparcie, namawiając go do tego, żeby zmodyfikować plany na wieczór z żarcia słodyczy i grania w karty do dzikiego seksu. Przynajmniej Cain szalał. Nie miał pojęcia i nawet nie potrafił sobie wyobrazić, ile Flynn miał tu kontroli i ile kontrolował samego siebie. Przed momentem Bletchley przesuwał palcami po włosach, a teraz te włosy potarmosił nerwowo jak i ze zdenerwowania. - Kurwa, nooo..! Flynn, ja ci tu prawie oświadczyny chciałem składać, dlaczego ty musiałeś z tego wyciągnąć takie tragiczne wnioski! - Kurwa, w którym momencie zabrzmiał tak, jakby chciał go rzucić! Okej, może był w tym kurwa niezborny, ale chciał mu przekazać, że naprawdę tak bardzo, bardzo go kocha, że po prostu bez Flynna to życie było puste. To, co sobie uroiłeś. Czy naprawdę to był miraż? Kochał człowieka, który nie istniał? Nie. Przecież to widział, teraz tylko wkradł się w to chaos, którego nie kontrolował i nie powiedziałby nawet połowy z tych słów, gdyby mógł. Niczego by nie powiedział. Chciał cofnąć czas, nie poddać się emocjom, które wypluwały z człowieka gówno. Nie lubił tego. Nie znosił wręcz. Lubił tylko te momenty, kiedy to Flynn tworzył tę strefę komfortu, w której mógł się zatracić. Tylko on, jeden jedyny, przez całe te lata. Ten niepewny siebie, pełen sprzecznych emocji i niepewności człowiek. - Bo jesteś idealny. - Wszystko jakoś cichło i stygło, zmierzało ku jakiemuś wielkiemu finiszowi. Czułby się chyba źle z samym sobą, gdyby znów leciał za Fleamontem jak pies i błagał go o uwagę i zostanie. Jeszcze gorzej się czuł z myślą, że mógłby go stracić. Żałosne. Spoglądał na Flynna i myślał, że jest żałosny. Zakochał się w osobie, która nie była w stanie tego udźwignąć, tak? Tak - podpowiadała pijana głowa. A imię jego Nikt. - To nieprawda, Flynn. Nie mów tak... - Och, czemu on ciągle musiał tak źle myśleć o tym wszystkim, o sobie, o relacjach... wszystko na raz potrafiło zostać obrócone o 180 stopni. Kurwa. Miał być tą ostoją, tym spokojnym elementem w jego życiu - a przynajmniej chciał nim być dla Flynna. Właśnie tym, po którym przesunie się jego sztorm bez wzruszeń. Tymczasem tylko sprawił mu przykrość. Cain zamknął oczy na moment. - Kocham cię. Twoje wady, twoje niedoskonałości, twoje błędy. - Miłość naprawdę była niedopowiedzeniem. Stawała się za słabym słowem. - Ciebie i tylko ciebie. To nie wobec ciebie mam urojenia. To wobec samego siebie, bo chciałbym być dla ciebie idealnym oparciem, a kurwa jestem za słaby i potem dzieją się takie... rzeczy... - Wyciągnął rękę, jakby chciał pokazać tę sytuację. Fotografia nie była potrzebna. Przecież obraz był bardzo wyraźny. RE: [7.06.1972] Nikotyna, kofeina, Ty. | Cain & the Edge - The Edge - 01.02.2024 Najwyraźniej musiał. Może zbyt uważnie słuchał w celu wybrania najbardziej smakowitych kąsków? Ale czy naprawdę prosił o tak wiele? To było proste, jasne polecenie. Przysługa. Nie poddawaj się, nie spisuj mnie na straty, nie przestawaj mnie kochać - wiedział dobrze, że to było zachłanne, w gruncie rzeczy wierzył, że się tym koszmarnie ośmieszał, ale desperacja była silniejsza. Poza tym - ośmieszenie? Tutaj było tak wiele emocji. Tak wiele głębokich emocji. Bletchley próbował je w sobie zdusić, Bell tego nie potrafił - bo jak to było nie czuć nic, nie przeżywać czegoś, co targało tobą, jak wzburzony wiatr targał morze? Nawet kiedy wokół była tylko cisza i ciemność, on odczuwał tę ciszę i ciemność całkowicie. Nawet spokój potrafił być olbrzymi, bezlitośnie intensywny. Tylko czasami czuł się wolny, mógł wtedy odpocząć, ale to były urywki - stan, do którego potrafił doprowadzić się tak żałośnie rzadko. I prawie nigdy sam. Czym więc w skali tego było ośmieszenie? - Jak... jak ja mam to odebrać Cain, kiedy drzesz się na mnie, bo kazałem ci się kochać, a teraz pieprzysz coś o oświadczynach? - Nie dał mu na to odpowiedzieć, bo po jednym wdechu dodał, nawet jeżeli to miało mu przerwać: Błagam, usiądź. I nie mów nic, bo chwilowo nie daję rady tego słuchać. I zaczął zbierać w sobie jakąś wypowiedź. Coś, czym mógłby to wszystko spiąć. Siedział nieruchomo, z dłońmi zasłaniającymi twarz. Nie chciał słyszeć tych wszystkich słów, które zostały tu wypowiedziane. Jasne, że połowa rzeczy wypowiedzianych podczas tej gry była stekiem bzdur. Zabawą, a nie prawdziwą, szczerą rozmową, ale... chociaż nie miał nic do szczerych rozmów, a nawet sam zaoferował, że może pokazać mu najprawdziwszą ze swoich twarzy, to dałby sobie uciąć palec za powrót do tej chwili, kiedy żartowali sobie, pijąc to cholerne wino. Z zaznaczeniem, że bez jednego palca prawdopodobnie nie mógłby już ćwiczyć na trapezie, a było to aktualnie jedyne jego zajęcie poza byciem upierdliwym bratem snującym się po Fantasmagorii jak duch. Milczał. Tak piekielnie długo, że sąsiedzi poruszeni sprawą przestali głośno tupać w pomieszczeniu obok. Było cholernie późno i ciemno, gdzieś tam żyła w nim świadomość, że ten debil pewnie wstaje rano do pracy, ale i tak żadne z nich by teraz nie zasnęło, więc trzymał ich tak w niepewności jeszcze dobrych kilkanaście minut. Nie czuł się już ani trochę pijany i... tak naprawdę to żałował, że nie był spity, bo po wódce takie rzeczy wychodziły łatwiej, niż kiedy męczył się z tym na trzeźwo lub na oparach. Wreszcie, słysząc dźwięk zatrzymującego się pod kamienicą, mugolskiego samochodu, przyćmionego wcześniejszym zamknięciem okna, Flynn odetchnął. Podniósł na niego spojrzenie i rozchylił usta, ale odezwał się dopiero po kilku długich sekundach. - Nie wiem - przerwał na jeszcze jedną chwilkę, przygryzając przy tym wargę - nie mam pojęcia, co jest tym, czego ode mnie oczekujesz, a ja nie mogę ci tego dać. Pewnie jest masa takich rzeczy, bo jestem tylko sobą, ale... Poproś mnie o coś, to przyniosę ci to zębach i wcale nie chcę za to, żebyś był silny i nieomylny. Jest tylko jedna rzecz... Jedna rzecz, której nigdy nie obejdziesz, nigdy tego we mnie nie zmienisz. Jeżeli kiedykolwiek zwątpisz w to uczucie i dasz mi to odczuć, to więcej mnie nie zobaczysz. - A on niestety dostarczał powodów do tych zwątpień. Momentami więcej niż jeden człowiek był w stanie udźwignąć. Nie zaprzeczył temu wszystkiemu, co Cain mu wyrzygał, bo sam wiedział, że chłopak dużo się nie pomylił. Wstał z tego krzesła i chciał do niego podejść, ale słyszał dźwięk ciężkich butów dobiegający z klatki schodowej, więc wbił wzrok w podłogę. - Przepraszam. - Za hałas. Na pewno nie za to, co tutaj powiedział. |