![]() |
|
[11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille (/showthread.php?tid=2528) |
RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Bard Beedle - 01.02.2024 Dobrze, że u Laurenca skończyło się to tak, a nie inaczej. Camille widziała na własne oczy przypadki naprawdę ostrych reakcji alergicznych różnego rodzaju. Od tych niegroźnych, skórnych, po naprawdę poważne, które powodowały ropiejące zmiany na twarzy, po te zagrażające życiu, jak pokarmowe. Próba udrożnienia dróg oddechowych podczas gdy język puchł na jej oczach, nie należała do najprzyjemniejszych. Gdy Laurence przyznał, że mogą zjeść tutaj, blondynka skinęła głową. Niech i tak będzie. Skierowała się za chłopakiem do stolika, powoli rozpinając guziki płaszcza. Najpierw jednak zdjęła torebkę, którą powiesiła na oparciu krzesła, by spód nie pobrudził się od podłogi. Ponoć mugole mieli swój przesąd, który mówił o tym, że gdy kobieta kładzie torebkę na ziemi, to "pieniądze uciekają z portfela". I chociaż Delacour nie wierzyła w te brednie, tak dość mocno przemawiał do niej fakt, że różni ludzie chodzili w różne miejsca i potrafili przynieść dużo brudu na podeszwach butów. To było coś, czego wolała unikać, zarówno na ubraniach jak i dodatkach. Camille ściągnęła płaszcz, wyłapując wzrokiem wieszak niedaleko. Tam się skierowała i go odwiesiła, wiedząc że nie był na tyle cenny, by ktoś miał go jej ukraść. Miała mocno ograniczone zaufanie do ludzi, szczególnie w miejscach takich jak to. Nie była to co prawda speluna, ale każdy mógł pozwolić sobie od czasu do czasu na posiłek tutaj, więc kto wie - może i połasiłby się na drogi płaszcz? Albo wziął go przez pomyłkę, bo wypił za dużo wina. Czasem chciałaby wiedzieć, jak to jest: wypić za dużo. - Nie, absolutnie - odpowiedziała, rozciągając usta w uśmiechu. Sięgnęła po kartę, chociaż podejrzewała już, co zamówi. Chciała się jednak upewnić, że nadal serwowali jej ulubiony makaron z kremowym sosem i łososiem, który ostatnio wprowadził jej podniebienie niemal w ekstazę. Mieli go, więc szybko zerknęła na kartę win. Tam zauważyła zmiany, więc nieco zmarszczyła brwi, wodząc wzrokiem po ładnych literach. - Podejrzewam, że jutro rano tego pożałujemy, chociaż ja mam większe pole manewru, jeśli chodzi o ukrywanie sińców pod oczami. Mrugnęła do Laurenca z rozbawieniem na samą myśl o tym, jakie to było niesprawiedliwe, że panowało przeświadczenie, że mężczyznom nie wypada ukrywać takich mankamentów urody czy oznak źle przespanej nocy. Ona doszła w tym niemal do perfekcji, z zegarkiem w ręku spożywając eliksir nasenny tak, by zapewnić sobie te 7 godzin snu. Jeżeli miała spać mniej, zawsze miała małych pomocników w postaci zimnych okładów czy makijażu, z którego co prawda korzystała rzadko, bo nie po to dbała o cerę, by ją przykrywać, ale jednak zdarzało jej się malować. Camille jednak stawiała na naturalność, bo chociaż czarne rzęsy mogły nie być naturalne, podobnie jak te urocze, ledwo zarysowane rumieńce na policzkach, to efekt był zbliżony do naturalnego. - Chociaż zaskoczyłeś mnie. Podejrzewałam, że będziesz chciał wrócić jak najszybciej do domu, zjeść coś i pójść... Spać - wymownie przeniosła wzrok na podłogę, na której spoczywała teczka Lestrange'a. Spać, akurat. RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 02.02.2024 Na całe szczęście, aż tak groźnych przypadków alergicznych Laurence nie miał. Dzięki temu mógł normalnie i bez problemów podejmować się pracy w swoim zawodzie. Choć nieuniknione, że pracując w terenie jako uzdrowiciel, był narażany na nieświadomą obecność kocich stworzeń. Wtedy musiałby przerwać i pozwolić swoje zadanie dokończyć komuś innemu. Jeżeli ktoś mu towarzyszył. Póki co, eliksiry jakie stosuje, bardzo mu pomagają. Znalazł odpowiednie mieszkanki ziół i przyrządził sobie kilka egzemplarzy, mając awaryjnie jeden przy sobie. Na wypadek, naprawdę nieprzyjemnego ataku alergicznego, objawiającego się dodatkowo łzawieniem oczu. Swój płaszcz, Laurence powiesił na oparciu krzesła, na którym usiadł przy stole. Wolał mieć przy sobie swoje rzeczy, niż wieszać gdzie indziej. Co innego, gdyby była to dość luksusowa restauracja. Kelnerzy wtedy czy pracujące skrzaty, odbierały odzienie wierzchnie i przechowywały w szatniach. Siedząc już przy stole, Laurence ujął w dłonie kartę menu i przejrzał, co ogólnie oferują. Bardziej zaś skupił się na dziale z wegetariańską kuchnią tutaj serwowaną. Nie było za wiele do wyboru, ale nie gardził. Makaron z warzywami. Doczytał jeszcze, czy miało to jakieś jeszcze dodatki, które zmuszony byłby akurat dla swojej porcji wykluczyć. Na słowa odnośnie sińców pod oczami, Laurence przeniósł wzrok z uniesioną brwią na Camille. Złapał o co jej chodzi. Tak. Kobiety miały z tym przypadku sposób, ukrywając wszystko pod toną makijażu. On jako mężczyzna, również mógłby, ale różne charaktery ludzi, inaczej mogą to odebrać. Posłał jej lekki uśmiech. - Jeżeli mówisz o sposobie zakrycia ich pod makijażem, to czy mam iść w tym samym kierunku i pożyczyć puder od jednej ze swoich sióstr?Zażartował w odpowiedzi, wracając do przeglądania napojów. Miał aż trzy siostry, od których mógłby taki przedmiot pożyczyć. Lecz czy warto? - Jeżeli nie dojdę do siebie, to wezmę wolne albo przyjdę później. Oznajmił. I westchnął. To by znaczyło, że jako Lestrange, może przychodzić jak chce. Byle być i pracować. Niby na swoim stanowisku miał różne prawa co pozostali pracownicy, to jednak był jeden element, wywyższający go w nazwisku. Na pewno poszliby mu na rękę, jeżeli przepracowywał się. Stwierdzając, że już w sumie też wybrał co by chciał zjeść i wypić, spojrzał na Camille, która nie ukrywała zaskoczenia jego decyzją o zjedzeniu posiłku tutaj, niż w domu. Dość dobitnie zwróciła uwagę na jego domową pracę, kamuflując słowem „spania”. Podążył za jej wzrokiem na swoją teczkę i ponownie się uśmiechnął, powracając wzrokiem na jej oblicze. - Chwila oderwania od pracy też dobrze mi zrobi. Sama wspomniałaś, że nie mamy za wiele czasu, aby spędzić go ze sobą i porozmawiać. Do sprawdzenia wziąłem tylko jeden raport pacjenta siostry, do analizy. Chciała poznać moje zdanie i upewnić się, że dobrze analizuje przebieg leczenia i choroby.Wytłumaczył się, choć nie musiał. Ale doceniał troskę ze strony koleżanki. I to wymowne spojrzenie, jakim obdarzyła jego osobę i torbę z dokumentami. Zdawał sobie sprawę z tego, że jest późno. Ale jedna lampka wina nie zaszkodzi im przed jutrzejszą pracą. RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Bard Beedle - 02.02.2024 Camille roześmiała się, jednak był to śmiech cichy, ten z tych, które nigdy nie miały zamiaru przeszkadzać innym swoją głośnością. Był jednak szczery - w innym wypadku niebieskie oczy Delacour nie błyszczałyby wesoło. - Chętnie bym zobaczyła miny twoich sióstr, gdybyś o niego poprosił. Bo poprosiłbyś, zamiast brać bez pytania, prawda? - doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak funkcjonowało rodzeństwo. Sama miała siostrę i brata, pamiętała dobrze jak matka rugała całą trójkę za kłótnie i - o zgrozo - bójki. Brat szybko stracił zainteresowanie, lecz jej siostra… Młodsza, ładniejsza i bardziej bezczelna nigdy nie pytała o zgodę, czy może coś pożyczyć. Zawsze brała, najczęściej po kryjomu. I co prawda nie podejrzewała, żeby Laurence nawet za dzieciaka był nieznośny, tak z jakiegoś powodu droczenie się z nim sprawiało jej przyjemność. - Powinieneś mieć nad sobą kogoś, kto by wyrzucał cię ze szpitala o konkretnej godzinie. Zauważyła, odkładając kartę. Na chwilę odwróciła wzrok od Lestrange’a, by złapać w pułapkę spojrzeń kelnera. Uśmiechem zachęciła go, by podszedł po zamówienie. - Czy są państwo gotowi, żeby złożyć zamówienie? - Tak. Poprosiłabym sauvignon blanc z Bordeaux, od Leroux. Do tego makaron z łososiem w kremowym sosie - Chłopak kiwnął głową i przeniósł wzrok na Laurenca. Wyglądał jakby był martwy w środku. Uroki pracy w gastronomii. Gdy Lestrange również złożył zamówienie, Camille poczekała aż zostaną sami. Nie nawykła kontynuować rozmowy, gdy uszy osób trzecich podsłuchiwały. - Wnioskuję po tym, że siostra poprosiła a ty się zgodziłeś, że wasze stosunki są bardziej niż poprawne? - zagadnęła. Sama unikała rodzeństwa, jak tylko się dało. Prowadzili tak różny tryb życia, nie mówiąc o mieszkaniu w innych krajach, że naturalną rzeczą było oddalenie się od siebie. Ciekawa była, jak to funkcjonuje u niego. RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 03.02.2024 Rozbawił ją. To był dobry znak, że Camille przy nim dobrze się czuła i sama atmosfera była luźna, pomimo zmęczenia dzisiejszą pracą. Z uśmiechem udzielił jej odpowiedzi. - Tak. Poprosiłbym. Szanuję cudzą własność. Taki już jestem. Zapewne dostałbym sto pytań od nich, po co mi to. Albo same zechciałyby mnie upudrować.Jako najstarszy miał też dawać przykład młodszemu rodzeństwu. Z charakteru także był tym spokojniejszym i opanowanym starszym bratem, do którego rodzeństwo zawsze mogło zwrócić się o pomoc czy wsparcie. Laurence nie robił różnicy. Mógł nie zgadzać się z ich wyborami, ale nie ingerował w ich decyzje i działania. To był ich wybór. W przeciwieństwie do panny Delacour miał znacznie większe rodzeństwo i tylko pomyśleć, jak różne charaktery przebywały pod jednym dachem. Jak pełno ich wszystkich było wakacje, kiedy wracał do domu po każdym roku szkolnym. Choć musieli przestrzegać pewnych zasad w rodzinie, to jednak nie było miesiąca, aby coś się nie wydarzyło. Skaleczenia, bójki, szarpania, podbieranie miotły aby sobie polatać, próbowanie rzucania zaklęć. Dużo by wymieniać. - Zdawało mi się, że już ktoś taki jest.Odparł na jej słowa, kiedy wzrokiem szukała kelnera, chcąc przywołać go do ich stolika, aby mogli złożyć zamówienie. Mówiąc o kimś, Laurence miał namyśli właśnie Delacour. Ostatnio jakoś zauważała brane nadgodziny, podejrzliwie spoglądała na jego tłumaczenia się. Jak dzisiaj. Mówił to nawet szczerze. Bowiem równie dobrze ojciec czy babka mogli reagować. Ale że nie dawał sygnałów takich, co ich kolega dzisiaj w pracy, nie reagowali. Kelner, ten sam co ich przyjmował, podszedł i zapytał o zamówienie. Camille złożyła jako pierwsza, Laurence zrobił po niej. Wybrał danie wegetariańskie z prośbą o nie dodawania czegoś, na co miał uczulenie. Nawet jeżeli w spisie nie było na karcie menu, wolał osobiście zakomunikować. Bo raczej nikt nie chciałby go tutaj na miejscu ratować. Wino wziął to samo dla siebie. Podziękował i kelner mógł odejść. Choć jeszcze przez moment Laurence mu się przyglądał, po czym spojrzał na Camille, powracającą do tematu. Oczywiście pracy. - Powiedzmy, że to sprawa czysto zawodowa. Jak w czymś mamy wątpliwości, to się wzajemnie doradzamy. W tym przypadku, mamy ukończoną tę samą specjalizację.Właściwie to powinna Camille kojarzyć jego siostrę Annaleigh, o dwa lata młodszą. Była też na stażu w szpitalu, ale ostatecznie założyła swoją klinikę uzdrowicielską. Laurence nie widział powodu, aby oddalać się od swojego rodzeństwa. Jako rodzina powinni sobie pomagać i wspierać. Jeszcze nie wiadomo czy młodsi będą szli w ślady starszych czy rodziców. Pozostawali jeszcze uczniami, edukującymi się w Hogwarcie czy podejmującymi staż w pracy. RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Bard Beedle - 04.02.2024 Laurence potrafił sprawić, że Camille się śmiała - i nie był to śmiech wymuszony grzecznością. Być może było to zasługą tego, że naprawdę go lubiła? A być może po prostu czuła się na tyle swobodnie, że nie uważała na to, by zakrywać usta dłonią i chichotać jak na balach, gdy niemal każdy patrzył na jej ruchy i reakcje? Czy gdyby powiedział najbardziej żenujący żart świata, to też by się zaśmiała? - Chciałabym to zobaczyć - mrugnęła w odpowiedzi, bo to naprawdę byłby zabawny widok. Widziała to oczyma wyobraźni i chociaż wiedziała, że to nie miałoby nigdy prawa się zdarzyć, tak mogła zachować ten obraz w pamięci. - Trochę zazdroszczę. Moja siostra brała wszystko bez pytania. Możesz sobie tylko wyobrazić. Blondynka westchnęła, wracając wspomnieniami do czasów swojego dzieciństwa. Darła koty z siostrą dosłownie o każdy kawałek ładnej szmatki, ale najgorzej było, gdy wracała na przerwę letnią. Z każdym kolejnym rokiem miała wrażenie, że jej szafa przestawała być jej, podobnie jak pokój. Doskonale widziała, że rzeczy były odstawione nie na swoje miejsce - skrzaty zawsze dbały o to, by w pokoju Delacour panował nienaganny porządek, lecz zawsze odkładały wszystko tak, jak było. Drobne przesunięcia nie stanowiły problemu - to kompletnie inne ułożenie nakierowywało ją zawsze na odkrycie faktu, że siostra po raz kolejny pożyczała bez pytania jej rzeczy. - Jeśli masz na myśli mnie, to czy kiedykolwiek użyłam w stosunku do ciebie siły? I czy kiedykolwiek moje gadanie było skuteczne i faktycznie zostawiałeś pracę w szpitalu? - zapytała, przekrzywiając głowę z rozbawieniem. Lestrange mógł myśleć, co chciał, ale blondynka doskonale widziała, że większość jej gadania wpuszczał jednym uchem, a wypuszczał drugim. Że chował teczki, wciskał kartki między dokumenty i robił to, co uważał za słuszne. Nie miała żadnej mocy sprawczej nad tym mężczyzną, by się jej słuchał. Podejrzewała, że gdyby ktokolwiek inny mówił mu to samo, co ona - Laurence reagowałby w identyczny sposób. Gdy powiedział o tym, że była to sprawa zawodowa, Camille kiwnęła głową. Kojarzyła jego siostrę, kto zresztą nie wiedział, ilu Lestrange'ów pracuje w szpitalu i czym się zajmują? Byli tematem plotek podczas lunchów, chociaż Delacour nigdy nie brała w nich udziału. Co nie znaczyło, że ich nie słuchała. Zderzała je z rzeczywistością i nie posyłała dalej, analizując je samodzielnie, w zaciszu własnego umysłu. Nawet jeśli któryś z nich opuszczał szpital, tak wspominało się o nich jeszcze przez długi czas. Z mniej lub bardziej ważnych powodów. - To musi być miłe uczucie. Mieć wsparcie w rodzinie - powiedziała trochę zagadkowo, lecz nie zdążyła rozwinąć myśli. Kelner wrócił z dwoma kieliszkami. Camille z przyjemnością zauważyła, że nie tylko szkło było adekwatne do rodzaju trunku, ale również butelka zgadzała się z tym, co zamówiła. Podziękowała mężczyźnie oszczędnym uśmiechem, jednym z tych wyuczonych jeszcze za młodu, lecz po kieliszek sięgnęła dopiero, gdy ten odszedł. Nie musiała martwić się o wpływ wina na jej organizm - jeżeli chodziło o negatywne skutki alkoholu, to go nie odczuwała. Mogła delektować się smakiem różnych win w takich ilościach, w jakich chciała, chociaż zwykle starała się tego nie nadużywać. Mogła nie miewać kaca, ale kubki smakowe nadal były wrażliwe i tego żadne czary czy eliksiry nie potrafiły zmienić. - Zwłaszcza jeśli chodzi o karierę zawodową. Dodała w końcu, gdy upiła łyk wina. Rodzina Delacour słynęła z zupełnie czego innego, niż medycyna. Camille była jedną z nielicznych osób, które porzuciły "dziedzictwo", by móc realizować się w czymś zupełnie innym niż wino, przedsiębiorstwo czy artyzm. Chociaż kiedyś wspominała Laurencowi, między jednym kęsem sałatki a drugim, że odebrała również wykształcenie i w tej materii. Taniec był czymś, co ją relaksowało, sprawiało że mogła zapomnieć o świecie, lecz Lestrange nigdy nie widział jej tańczącej. Acz fakt, że się tym kiedyś zajmowała, potwierdzała naturalna miękkość i płynność ruchów Camille. RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 11.02.2024 Z jednej strony Laurence mógł wydawać się poważnym człowiekiem, z nazwiskiem rodziny szanowanej zarządzającej całym szpitalem Św. Munga. To z drugiej momentami nie brakowało mu dobrego humoru. Nie był dosłownym sztywniakiem z kijem w dupie. Umiał rozmawiać nawet na wesoło. Sięgając wspomnieniami do dawnych lat. Jak dzisiaj. W restauracji z Camille, czekając na posiłek. Nadrabiając czas, jaki praca im zabierała, że nie mieli kiedy tak sobie swobodnie porozmawiać od wspólnego ukończenia Akademii Munga, pomimo różnych specjalizacji. - Obawiam się, że gdyby do tego doszło, Loretta zechciałaby uwiecznić to na swoim obrazie. Więc chyba spasuję.Dodał z nutą żartu. Jego najmłodsza siostra lubiła rozwijać się artystycznie w dziedzinie malarstwa. To i jeżeli siostry obrałyby sobie za cel upudrować go, to zechciałby to uwiecznić. Na szczęście do tego nie dojdzie. Byli już wszyscy dorosłymi osobami i poważniej podchodzili do życia. - Potrafię sobie wyobrazić, dlatego też nie ma mi czego zazdrościć. To, że ja mam szacunek do innych, nie znaczy, że takowy miałem od części swojego rodzeństwa. Nie zliczę ile razy znikała mi z pokoju miotła, różdżka czy jakiś podręcznik szkolny. Bądź inne osobiste przedmioty. O ile z miotły Laurence prawie w ogóle nie korzystał, tak przekazana została kolejnemu rodzeństwu, które lepiej sobie z nią radziło niż on sam. Powodem był lęk wysokości. Dlatego nie zaliczył latania na miotle, ale przynajmniej z bólem żołądka – teleportację. Zapewnił koleżankę, że nie tylko ona miała upierdliwe rodzeństwo. Wakacje bywały ciężkie w rodzinnym domu. Kiedy wracając, siostry i bracia w różnym wieku atakowali go o opowiadanie o szkole czy rozrabiali na swoje sposoby. - Owszem. Mam na myśli Ciebie. Twoje gadanie jest skuteczne. Uświadamia mi niejednokrotnie, że nie postępuję dobrze. To dlatego, że…Westchnął, kiedy zaczął udzielać jej odpowiedzi na pytanie, dotyczące nie brania pracy do domu. - Chcę... Próbuję… Udowodnić, nie wiem czy sobie, ale może ojcu, że potrafię radzić sobie w każdej sytuacji. Chwili. Żeby mnie docenił. Trochę zawiesił się w dokończeniu swojej myśli. Jako dziedzic chciał, aby ojciec był z niego zadowolony, dumny. Starał się cały czas osiągać jak najwięcej może. Ale zostając już oficjalnie z uprawnieniami uzdrowicielem specjalizacji od otruć, czuł barierę? Zamknięcie w jednym pudełku rodzinnego biznesu. Chciałby spróbować czegoś więcej. - Tak to jest w rodzinnym biznesie. Nie odniósł się do tego, czy to miłe uczucie. Wsparcie co prawda było. Po to większość z nich miała się szkolić w medycynie magicznej. Przynajmniej ich pierwsza w kolejności czwórka poszła w tym kierunku. Dalsza ich rozmowa na moment została przerwana, pojawieniem się obsługującego ich kelnera, który przyniósł wino i kieliszki. Napełni je i oddalił się. Mogli więc wrócić do dalszej rozmowy, którą Camille dokończyła. Kariera zawodowa. Skoro kontynuowali temat pracy. - Myślę o zmianie pracy.Podzielił się z nią swoimi planami. Myślami. Również spróbował wina, upijając łyk. Delektując się i przełykając. Spojrzał na nią, jakby chciał sprawdzić reakcję. Na razie nic więcej na ten temat nie dodał. RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Bard Beedle - 12.02.2024 - Och, dlaczego? Wiesz przecież, że uwielbiam sztukę, a Loretta jest niewątpliwie jedną z bardziej utalentowanych malarek, których prace miałam okazję kiedykolwiek oglądać. Myślę, że taki obraz niewątpliwie przyniósłby jej zasłużony rozgłos - Camille czuła się w jego towarzystwie bardzo swobodnie. I o ile w szpitalu zachowywała dystans niemal do każdej osoby, z którą rozmawiała, tak po pracy było inaczej, choć, prawdę mówiąc, rzadko zdarzało się, żeby mogła sobie pozwolić nawet na te dwie, trzy godziny rozmowy z kimś z pracy. Z reguły kończyli o różnych porach, a po dyżurze każdy się spieszył do rodziny. No właśnie, rodziny... Rodzina była bardzo skomplikowaną, złożoną kwestią niemal u każdego czystokrwistego. Czy jej matka by pochwaliła fakt, że tak po prostu rozmawia z kimś z pracy, zamiast chadzać na bankiety, by szukać młody i obiecujący materiał na męża? Bynajmniej. Ale fakt, że coś mogło doprowadzić panią Delacour do białej gorączki, tylko podsycał dobry humor blondynki. - To chyba nieodłączna część posiadania rodzeństwa, zwykle młodszego. Z reguły na najstarszych ciążą przeróżne obowiązki, jak przedłużenie linii rodu, utrzymanie dobrej pracy... Czy "bycie mądrzejszym", cokolwiek to znaczy. Nienawidziła tego frazesu, uważała że to niedopuszczalne, by pobłażać młodszym tylko dlatego, że ci mieli mniej lat. Przekładała to na siebie i przekładała to na innych w pracy. Może nie wymagała nie wiadomo jakiegoś doświadczenia czy wiedzy, bo w końcu różnica wieku robiła swoje, lecz przecież trzeba było wymagać od młodych, by poszukiwali wiedzy i rozwiązań - inaczej się nie nauczą samodzielności. Słuchała uważnie, gdy tłumaczył swoje postępowanie. Nie była w stanie ukryć uniesienia kącika ust, gdy przyznał, że tak, to o nią chodziło. I że ponoć coś to dawało - lecz jednocześnie zbił ten argument i sam sobie wytrącił broń z ręki, gdy przyznał, że robi to po to, by zaimponować ojcu. Delacour westchnęła cicho, bo doskonale wiedziała, jak czuje się Laurence. Z tym, że ona wyrwała się z tego błędnego koła: trochę przez własny upór, a trochę przez zrządzenie losu i naturalny dar do zaklęć uzdrawiających. - Wiem, że to bezcelowe, bo pewnie to wiesz, ale jedyną osobą, której powinieneś coś udowadniać, jesteś ty sam - powiedziała w końcu, wysłuchując go do końca. - Jest takie przysłowie, chyba mugolskie... A może to zwykłe powiedzenie i logika? Tylko twoja rodzina będzie pamiętać fakt, że zabierałeś pracę do domu i nie miałeś dla niej czasu. Ach, co za bezczelna hipokrytka. Ona, która wrzucała sobie w grafik niemal każdy dyżur, a po pracy biegła ćwiczyć rozpoznawanie i łamanie klątw. Ona, która ledwo miała czas na sen i jedzenie w równych odstępach czasu - ona właśnie pouczała Lestrange'a o tym, że tylko rodzina będzie pamiętać o tym, że ten się przepracowuje. Ale istniała jedna, subtelna różnica między nimi: ona swoją rodzinę zostawiła daleko, i wcale nie wyglądało na to, by planowała założyć swoją. Jeżeli by się nad tym zastanowić, to być może celowo unikała brylowania na bankietach i celowo nie reprezentowała swojej rodziny w Anglii, zasłaniając się właśnie... Pracą. Hipokryzja na całego, proszę państwa. Gdy kelner przyniósł im wino, Camille uśmiechnęła się lekko. Ten uśmiech różnił się od tego, który prezentowała osobom bliskim. Był sztuczny i wymuszony, acz uprzejmy - tylko wprawne oko mogło dostrzec subtelne różnice w jej posturze, mimice i w oczach. Delacour była chowana, trochę jak bydło w rzeźni - siedź prosto, łokcie przy sobie, nie używaj tego widelca do kaczki a tego do ryby, na Merlina i Matkę Camille błagam, serwetka nie może być zagięta! - O? - wydawała się zaskoczona. Tak bardzo, że ręka trzymająca szkło zadrżała lekko i tylko fakt, że wino było nalane w odpowiedniej ilości, sprawił że nie rozlała trunku. - Chcesz całkowicie zmienić zawód, czy po prostu opuścić szpital? Dla niej Mung był ogromną okazją do tego, by się rozwijać. Nigdzie indziej nie znalazłaby tyle naukowego wsparcia i pomocy, niż tu. Ale być może Laurence już tego nie potrzebował? RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 18.02.2024 Obraz z jego upudrowaną osobą? Nie chciał sobie pozwolić na takie skompromitowanie, jeżeli ów obraz ujrzałby światło dzienne. O ile szanował swoją siostrę, jakkolwiek była z charakteru, to jednak nie zgodziłby się na uwiecznienie dziwacznego portretu ze swoją osobą. Co innego, jakby malowała normalne obrazy, z członkami rodziny. To już inna sprawa. - Nie zaprzeczę. Ma talent. Ale niech skupi się na ciekawszej sztuce malarskiej, niż upudrowany starszy brat.Odpowiedział z uśmiechem. Cieszyło go, że Camille czuła się w jego obecności swobodnie. Ta wspólna droga przez szkolenia uzdrowicielskie nieco zbliżyła ich do siebie. Rozumieli się i pomagali sobie. Choć inne kierunki wybrali, tak pracę podejmowali w jednym miejscu. Wspaniałe było także to, że znaleźli czas dla siebie, po pracy, aby go wspólnie spędzić. Widocznie i on tego potrzebował. Czyjegoś towarzystwa. Odskoczni. Dlatego zgodził się na wspólne zjedzenie posiłku z panną Delacour. - Niestety to prawda.Cóż miał innego dodać, jak tylko zgodzić się z jej stwierdzeniem, odnośnie bycia najstarszym w rodzeństwie? I mieć na głowie całe młodsze grono w dużej ilości? Tak to już bywa w tych rodach czystokrwistych. Rodzice porządnie się widocznie zabezpieczyli, mając taką ich gromadkę. Zabezpieczyli ród głównej linii. Teraz kolej na niego i w przyszłości jego braci. Może i powinien udowadniać coś sobie, dla siebie. Nie dla rodziny. Wiedział to, ale robił inaczej? Nie zmieni już kierunku kształcenia, skoro został uzdrowicielem. Opanował sztukę tworzenia eliksirów i robi to nadal, po pracy. Doskonalił się, dla siebie. Czy może nadal dla ojca? Dla innych? Sam powiedział, że chciał coś udowodnić ojcu. Że jest gotów mu pomagać, przejąć interesy w przyszłości. Był przykładem dla swojego rodzeństwa. Od dziecka wkuwano mu niemal wszystko, co powinien znać, wiedzieć, zachowywać się, rozumować, jako przyszła głowa rodu. Jak nie zawieść ojca. Choć był taki jak ojciec chciał go widzieć, to jednak w pewnym stopniu Laurence pozostawał sobą. Nie miał dosłownego kija w dupie. Wiedział, kiedy gdzie i jak się zachować i pozwolić sobie na odrobinę luzu. Odpowiedział na jej stwierdzenie, że powinien udowadniać sobie. Co rodzina pamięta, to będzie pamiętać. Może właśnie mówiąc o tej zmianie pracy, chciał do tego nawiązać? Że może osiągnąć więcej? Być wyżej niż swoja rodzina? Tylko czy to możliwe? - Ojciec chce, abym został ordynatorem. Ja jednak tego nie czuję. Nie chcę być wciąż uwiązany z rodzinną tradycją. Chcę zrobić coś więcej. Nie zmienię zawodu, gdyż mam już dyplomy z uzdrowicielstwa. Ale mogę pójść dalej, lecz w nieco innym kierunku. W Ministerstwie też przyjmują uzdrowicieli. Równie dobrze, mogą swoją klinikę założyć. To drugie, raczej było dalekim planem. Ale pierwsza opcja, była jakby jego celem w życiu. Dostać się do Ministerstwa Magii na stanowisko uzdrowiciela. Piąć się po szczeblach kariery aż na szefa Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof. Czy nie byłoby to także dobrą okazją na to, że rodzina Lestrange, kierowałaby nie tylko szpitalem, ale i całym Departamentem w Ministerstwie? Mierzył wysoko. Nie był pewny, czy mu się to uda. Być może zrobi dodatkowe szkolenia i kursy na wykładowcę. Ale dalej, nie da rady, aby zostać ordynatorem. Może później. Za kilka lat? Dodatkowy tytuł. Nie wiedzieć czemu, podzielił się swoimi planami z Camille. Może jej ufał? Potrzebował rady od osoby, która nie jest mocno związana z jego rodziną? RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Bard Beedle - 19.02.2024 Camille przekrzywiła nieco głowę, słuchając wyjaśnień Laurenca. Naprawdę na poważnie myślał o zmianie pracy, ale tak po prawdzie to mu się nie dziwiła. Ona sama nierzadko łapała się na tym, że z góry zakładała, iż będzie mu łatwiej ze względu na nazwisko, które nosił. A przecież z tego, co mówił, sprawa nie wyglądała tak kolorowo, jak każdy myślał. Stres, wymagania, wieczne próby udowodnienia sobie i innym czegoś. Być może zaburzone poczucie własnej wartości? I chociaż nie potrafiła wejść w jego buty i sprawić, że chociaż odrobinę zrozumie to, co przeżywał, to się starała przełożyć jego odczucia na siebie. Przecież wobec niej też mieli ogromne oczekiwania, z tym że... Ona miała je gdzieś. Wybrała inną drogę - mogła sobie mówić, że bardziej szanowaną i ważniejszą niż małżeństwo i zarządzanie domem, lecz po prostu wybrała ucieczkę. Uciekła z Francji, uciekła spod macek rodziny i próbowała żyć tak, jak ona chciała. To, czy jej wychodziło, to była zupełnie inna kwestia. - Rozumiem - powiedziała w końcu, prostując się lekko gdy kelner przyszedł z ich zamówieniem. Szybko poszło. Aż zerknęła pytająco na mężczyznę, bo zwykle czekało się nie dziesięć minut a co najmniej trzydzieści. Ale ten nie odpowiedział - być może wybrali dania łatwe w zrobieniu. A być może część składników była już gotowa? Wyglądało jednak na świeże, więc nie zamierzała narzekać. Co innego, gdyby nie było. - Wiesz już, w którym kierunku pójdziesz? Klinika czy Ministerstwo? To, że nie chciał porzucać całkowicie zawodu, było zrozumiałe - poświęcił tej dziedzinie życia wiele lat, chyba najlepszych, ze swojego życia. Gdyby chciał podjąć się innego zawodu, musiałby zaczynać od nowa, co zapewne nie wchodziło w grę. Blondynka nawinęła makaron na widelec. Mimo nieformalnego charakteru tego wyjścia widać było, że Delacour maniery miała nienaganne. Mogła ubierać się luźniej, mogła wchodzić sama przez drzwi i nie czekać, aż ktoś je przed nią otworzy, ale niektórych wyuczonych nawyków nie dało się pozbyć. Proste plecy, łokcie przy sobie, serwetka na kolanach i jedna z boku, by w razie czego otrzeć usta. Jedyne, co zrobiła a czego nie powinna, to przerzuciła włosy na plecy tak, żeby jej nie przeszkadzały. - Jeżeli czujesz, że to nie twoja ścieżka, to być może podejmujesz słuszną decyzję. Nie zawsze powinniśmy podążać po śladach naszej rodziny. Jestem tego przykładem - powiedziała, zanim nie spróbowała makaronu. Był dobry i faktycznie świeży, jeszcze ciepły. To dobrze - nie chciałaby jeść czegoś, co jej nie smakuje, ale i nie chciała zwracać na siebie uwagi pouczaniem obsługi. RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 20.02.2024 Nie da się ukryć, że przez nazwisko mógł w tym szpitalu osiągnąć wszystko. Tylko, czuł, że to było zbyt proste. Zbyt łatwe? Nie miał wyzwań, jakich by chyba oczekiwał. Co prawda, nie miał tu na myśli niezliczonej ilości chorujących pacjentów, aby mieć co robić. Nie o to mu chodziło. Mógł zostać ordynatorem, ale co dalej? Wciąż byłby uwięziony w jednym miejscu. Chciał spróbować czegoś nowego. Nie rezygnując może dosłownie ze szpitala. Chcąc zostawić sobie furtkę do ewentualnego powrotu, gdyby mu się nie udało. Jeszcze z ojcem nie rozmawiał na ten temat. Nie miał pojęcia, jak zareaguje. Akurat w momencie tej rozmowy, kelner dostarczył ich zamówienie. Makaron w sosie z warzywami, pojawił się przed Laurencem. Pachniało dobrze. Oby tak samo smakowało. Lecz nim on podjął się skosztowania, musiał pierw odpowiedzieć na pytania Camille. - Myślę, że na początek spróbowałbym w Ministerstwie. Jeżeli się nie uda. Zostanie mi założenie kliniki i zrobienie dodatkowych kursów.Odparł, choć było pewne ”ale”, o którym zaś nie wspomniał. Być może przywiązanie do rodzinnego biznesu. Nie chciał sobie tego odcinać dosłownie i może zostałby wykładowcą? Jako dodatkowy zarobek. Miałby też jakiś punkt zaczepienia, na przyszłość, gdyby w Ministerstwie mu się nie udało i zaczynał od nowa ze swoją kliniką? Miał jeszcze czas na podjęcie odpowiednich kroków. Skoro już był wyuczony w tym, co umiał dobrze i w jego żyłach płynęła krew uzdrowicieli, nie będzie się marnował. Równie dobrze mógłby zarabiać na tworzeniu eliksirów i maści. Rozwiązań miał przed sobą wiele. Mimo iż byli w tej restauracji razem, nie musieli aż tak sztywno trzymać się zasad etyki przy stole. Odpowiedniego siedzenia i używania sztućców. Lecz nie tylko te nawyki miała Camille. Również Laurenca tego uczono. Siedzieć prosto, serweta na kolanach. Mężczyzna powinien obsługiwać kobietę. Nalewać wino, odsuwać i przysuwać krzesło. Otwierać drzwi. Tych manier odpowiedniego wychowania, jako facet musiał znać więcej. Nie tylko w teorii, ale i w praktyce. W większości sytuacji kobieta nie musiała nic robić, tylko czekać. Aż dżentelmen zrobi swoje. Tutaj, znając siebie już tyle lat, od niektórych nawyków odeszli. Laurence ujął widelec i nałożył sobie warzywa, skosztował i także był zadowolony. Smakowało dobrze. Gotowane, nie smażone. Dobrze doprawione, nie było za ostre. Wspaniale. Jak na ten odstęp czasu, spisali się odpowiednio. - To prawda. Również zdecydowałaś się na zmianę kierunku kariery.Przyznał jej rację. Delacour. Nazwisko mówiło niemal wiele. Wywodzą się z Francji. Nie tylko zajmują się wytworem eliksirów, ale także win. Zupełnie inny kierunek, niż u Lestrange. Ale jednak coś wspólnego ich łączy. Kraj. Korzenie jego rodziny także zahaczają o tamte rejony. Nie bez powodu, Laurence wyuczył się do perfekcji języka francuskiego. A jego brat, chciał podejmować nauki w Instytucie Badawczym we Francji. |