![]() |
|
[25.06.1972] Please don't burn the house down - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [25.06.1972] Please don't burn the house down (/showthread.php?tid=2542) |
RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Ambrosia McKinnon - 15.03.2024 Ambrosia to była całe swoje życie święcie przekonana, że Hades skończył jak skończył właśnie dlatego, że go stary postanowił posłać do tej Skandynawii i coś mu się tam bezpowrotnie w tym Durmstrangu odkleiło. Może korytarze miały zbyt skomplikowany układ, a może zimno mu coś przemroziło w zaułkach mózgu, kto wie, ale w każdym razie - potem ona musiała po tych wszystkich jego nierównościach koziołkować. - NIE MAM ABSOLUTNIE ZAMIARU! - wrzasnęła jak na zawołanie jeszcze głośniej, kiedy to Hades, jej drogi brat, kazał jej się zamknąć. Zmysłu samozachowawczego to ona chyba za wiele nie miała, czy to od zawsze, czy to od pewnego czasu - to już kwestia do rozważenia, ale najwyraźniej za słabo ją przed chwilą poddusił, skoro była w stanie tak donośnie zawyć stojąc przed nim. Jak chciał ją dalej uciszać, to proszę bardzo, bo chyba wybierała nie słyszeć tej groźby, mierząc go przy tym tak samo wkurwionym spojrzeniem jak dotychczas. - To coś rozpierdol, ale może nie swoją żonę. IDIOTO - warknęła w jego stronę oburzona. Jedyne co się zmieniło, to to że posłuchała Borgina. Może nie od razu, bo przez moment wyraźnie się wahała, przestępując z nogi na nogę, ale w końcu cofnęła się jakby mimochodem, całkiem przypadkowo i absolutnie nie dlatego, że ją o to poprosił. (Bo przecież jakby tylko sobie pomyślała, ze ją nie prosi a wymaga, to by w niego zaraz czymś rzuciła.) - NIE MÓW TAK DO NIEGO - zażądała właściwie, zaraz po tym jak się na moment zapowietrzyła, kiedy Hades postanowił i Stanleyowi pogrozić trochę. Ją mógł sobie obrażać i szamotać i jej grozić, ale od Borgina to mógł się łaskawie odpierdolić, by był jej jak ten normalny brat, co go nigdy w życiu nie miała. I tak jak wcześniej zrobiła sobie parę kroczków w bok, od Hadesa, tak znowu zrobiła ze dwa w jego stronę, zaciskając na nowo dłonie w pięści. RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Stanley Andrew Borgin - 17.03.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/44/b8/69/44b8696d0f4ac79705d0766c3846d706.jpg[/inny avek] Błąd, błąd... jeden, wielki błąd w wykonaniu Hadesa. Stanleyowi mógł sobie grozić do woli. Mógł mu nawet sprzedać pstryczka w nos w formie ostrzeżenia. Nawet mogli się zacząć siłować, chociaż to McKinnon miał kategoryczną przewagę w tej kwestii. Była jednak rzecz, której nie należało robić - podnosić ręki, wyzywać czy grozić kobietom w otoczeniu Borgina, a już na pewno nie kobietom, które cenił i szanował... a jak na złości dla Hadesa, Persephona i Ambrosia znajdowały się na liście Stanleya. Po jego trupie będzie mógł im cokolwiek zrobić. Zdawał sobie sprawę, że z Rosie można jeszcze pertraktować, ale Hades, z tym swoim zakutym łbem, to pojmuje tylko argument pięści na mordzie. Nic więc dziwnego, że do niej zwracał się z prośbą, a do jej brat ze swego rodzaju rozkazem. Próba wygaszenia konfliktu w jego zarodku się jednak nie powiodła - trzeba było przejść do działania. To było bardzo miłe, że Ambrosia stanęła w jego bronie. Czasy się jednak nie zmieniły. To nie był już 1960, gdzie Stanley miał dobre 14 lat i był bezradny, a co gorsza - bezbronny. Teraz znał dużo więcej sztuczek i czarnomagicznych zaklęć, które pozwalały mu przeżyć z dnia na dzień. Nigdy jednak nie sądził, że kiedykolwiek przyjdzie mu z nich skorzystać w kwestii własnej rodziny. Cóż, czasem trzeba było dostosować metodę do przeciwnika. Skoro Hades był uparty, należało go sprowadzić do parteru i wyjaśnić kilka spraw. Któreś z czaromagicznych zaklęć było oczywiście ostateczną formą, która miała zatrzymać McKinnona w tym pomieszczeniu. Nie mogli pozwolić, aby w tym stanie ruszył do swojej szanownej małżonki. Musiał odpokutować swoje grzechy i przeprosić Ambrosie. Kto to widział odzywać się w ten sposób do damy? - Siadaj kurwa na tej dupie, bo inaczej zaraz ja użyje środków przymusowego morderstwa, jeżeli się nie posłuchasz - zagroził i nie czekając na jego jakiekolwiek dalsze działania, wycelował różdżką i ukształtował podmuch wiatru, który miał skierować tego przyjeba na kanapę - Chcesz, aby Megajra została połowiczną sierotą w wieku 9 lat? Bo jeżeli tak, wstań, ale gwarantuję Ci, że pożałujesz - ostrzegł go, a powieka zadrgała mu nerwowo. Żarty się skończył - Tobie się już styki do reszty kurwa przepaliły, jeżeli próbujesz podnosić rękę na własną rodzinę. Na swoją własną, rodzoną siostrę? Ty masz coś w godności w sobie czy tylko solidny wpierdol do Ciebie przemówi? - dalej trzymał różdżkę, które była skierowana na klatkę piersiową McKinnona. Przezorny, zawsze ubezpieczony. Cruciatus zawsze się sprawdza. Nie ma silnego na to przepiękne zaklęcie. - Hades. Proszę Cię. Porozmawiajmy - spuścił odrobinę z tony, ciężko wzdychając - Nie chcemy od Ciebie nic więcej, tylko rozmowy. Kilka minut i będziesz wolny. Dobrze? - powrócił do próby perswazji. Stanley nie chciał, aby zaraz mieli tutaj brata Ambrosii, który tańczy breakdance'a w spazmach bólu. To by dopiero była pojebana akcja. Dwa rzuty na próbę przesunięcia Hadesa przy pomocy powiewu wiatru. Korzystam z kształtowania. [roll=N] [roll=N] RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Hades McKinnon - 17.03.2024 Matko najdroższa, jak ja nienawidziłem, kiedy Rosie darła mordę, a darła ją odkąd tylko tu wparowała, przy okazji przerywając mi słodki sen. Nie wiem, czy zebraniu tu obecni wiedzieli, co to znaczy mieć przerwany słodki sen, a przy okazji - choć to głównie mnie bolało i wkurwiało jak diabli - być zdradzonym przez kobietę swojego życia, ale gdyby wiedzieli, do cholery jasnej, zapewne nie pierdoliliby trzy po trzy, chcąc mnie tu zatrzymać, tylko mi pomogli zebrać rzeczy w jedna kupę, bo mi się nie kleiło przez emocje nic. Plus, że papierosy już miałem i miałem też okazję się zaciągać jednym z nich. Niezbyt delikatnie, tak żeby jej się to utrwaliło dosadnie, popchnąłem Rosie. Miała szczęście, bo najchętniej wyjebałbym jej po tej uroczej twarzy, ale właśnie fakt, że to była gęba mojej siski z krwi i kości jakoś mnie powstrzymywała. Ale tylko trochę, bo zaraz poprawiłem jej, by też po drodze nieco stabilności utraciła i się opamiętała. - I CO MI ZROBISZ?! SAMA JESTEŚ IDIOTKĄ. DO TWOJEJ WIADOMOŚCI, BĘDĘ MÓWIŁ DO KAŻDEGO TAK JAK CHCĘ - wzburzyłem się, bo jakżebym mógł nie? Nie dość, że byłem od niej starszy i mądrzejszy, to jeszcze mówiła mi jak mam żyć, a ja tak bardzo nienawidziłem, kiedy mówiono mi jak mam żyć, bo to Persephona... Ta jebana moja żona miała prawo mi mówić jak mam żyć, a teraz... Awrrr... Cholera jasna! I cholera jasna! Tego to się nie spodziewałem, że Stanley odnajdzie swoje jaja i cokolwiek zrobi. Myślałem, że ta pierdoleniu zbuntowanego dzieciaka się skończy, a tu rękę - czy tez różdżkę - na mnie podnosił, kiedy to ja swojej nie miałem w ręku. Naprawdę, to kurwa godne prawdziwego mężczyzny było. Poza tym... czy ja coś wcześniej wspominałem sobie, że cholernie nie znosiłem, kiedy mówiło mi się, co mam robić? Pomyślcie, co mi się jarało w tym moim czerepie, kiedy ktoś przechodził do czynów? I tak jakby zmuszał mnie do padnięcia tyłkiem na kanapę? Już nawet nie miałem pojęcia, co on sobie tam mówił. Dochodziły do mnie co trzecie słowa. Coś o Megajrze, wpierdolu, prośbach. Chuj, nie miało to dla mnie za wiele sensu. Zgasiłem papierosa o stolik, o ile go nie zgasił cały ten ambaras z poduchami i moimi bezwładnymi przez chwilę rękoma. Wstałem, ale od teraz jedno było pewne - nie dam się mu już zaskoczyć tymi jego śmiesznymi czarami. Popchnąłem kanapę z buta by wjebała mu się pod nogi, a sam zaraz rzuciłem się wzdłuż niej by dopaść tego nicponia. To, czy nie pogubię się gdzieś po drodze o jakieś kołdry, koce i inne pierdolety, które ktoś nie odłożył na swoje miejsce, zapewne zależało do szczęścia, ale srogi wpierdol skierowany w kierunku Sanleya, to tylko od siły moich pięści. Nie miałem różdżki, ale miałem w zanadrzu swoje śliczne, męskie dłonie. - Walcz jak równy z równym, a nie uciekasz się do forteli, smyku - warknąłem jedynie do niego. To było jedyne podsumowanie całej zaistniałej sytuacji. Przemowy Borgina poszły się jebać. A jak go dorwałem w swoje ręce, zapewne dostał pierwszą pięść po mordzie...? Rzut na kopniecie kanapy [roll=PO] Rzut na doskoczenie do Stanleya [roll=PO] RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Ambrosia McKinnon - 20.03.2024 Stanley mógł sobie mieć już na karku lat 26, a nie 14, ale wciąż był w jej oczach trochę tym samym chłopcem, którego poznała na weselu Hadesa i Persephony. Mógł być wyższy, mieć w zanadrzu o wiele zmyślniejsze zaklęcia niż głupie expeliarmus i ogólnie wykazywać się większą zaradnością w życiu, ale nie zmieniała to tego, że bardzo nie podobało jej się, kiedy ktoś obrażał go w jej obecności. Z resztą, to też nie było tak, że rzucała się właśnie niczym lwica w obronie Borgina, bo zapodziewanie różdżki, to chyba było w przypadku McKinnonów genetyczne - Ambrosia przed Hadesem stała z gołymi rękoma, wybierając sobie chyba najgorszą możliwą linię obrony. Ale pewnie gdyby nawet różdżkę teraz w palcach ściskała, to ociągałaby się przed użyciem jej. Bo, jakaś jej część mimowolnie wzbraniała się przed tym, żeby na poważnie mu się postawić. Bo był jej bratem. Bo przecież nie pierwszy raz się przepychali między sobą, robili krzywdę i obrzucali nieprzyjemnymi słowami. Nie pierwszy raz ją popchnął; raz, a potem też i drugi, upewniając się że zrobi to mocniej, chcąc wytrącić ją z równowagi. A ona wbrew pozorom nie potrzebowała wiele, żeby się przewrócić i wyładować na podłodze. Dobra, gdzie ta różdżka. Sapnęła, rozzłoszczona, połykając w tym wszystkim kolejne słowa, które cisnęły jej się teraz na usta, a które były tylko powtórką tego, co już zdążyło się przez ostatnie dziesięć minut przewinąć między ścianami Ataraxii. Pewnie nawet przyklasnęłaby płomiennej przemowie Stanleya jakoś bardziej, bo mądrze gadał - pewnie by jej się łezka trochę w oku zakręciła z tego wzruszenia, gdyby już nie płakała - ale zajęta była wstawaniem i klepaniem się po kieszeniach w poszukiwaniu różdżki. Spódnica jednak nie skrywała żadnych tajemnic i nadziei na opanowanie szarżującego Hadesa. Co jednak miała pod ręką to kulę, która sobie elegancko leżała na stoliku. Dlatego też złapała za nią, zamachnęła się i rzuciła celując w brata, modląc się trochę w duchu, żeby trafiła. kostka offtopowa mówi że nie mam różdżki, ale mam moc kryształowej kuli, pilnujcie się [roll=O] [roll=O] czy trafię? [roll=TakNie] RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Stanley Andrew Borgin - 24.03.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/44/b8/69/44b8696d0f4ac79705d0766c3846d706.jpg[/inny avek] Ten nie okrzesany neandertalczyk dalej robił swoje. Krzyczał, pruł się i fikał. Mało brakowało, a ta McKinnonowska żyłka by mu pękła. Może to byłoby idealne rozwiązanie na ich sytuację? Wejście w ręczne porachunki z mężem Persephony, nie wchodziło w rachubę. Nie miało to prawa bytu na blokach - tak się podobno mówiło na Nokturnie, więc idealnie pasowało do tej miejsca. Chodziło po prostu o to, że Hades, zrobiłby im remont twarzy i to pewnie za jednym zamachem. Ewentualnie ociepliłby relacje z nimi, a tego też przecież nie chcieli. Byli piękni i młodzi, więc lepiej, aby to tak zostało. Posadził go. Spróbował go posadzić, licząc, że przyniesie to zamierzony efekt. Przyniosło - posadzenie go. Na długo? Nie. Co więcej, zadziałało jak płachta na byka. Borgin mógłby przysiąść, że widział nad jego czaszką jakieś dwa rogi, a z pyska zaczyna mu lecieć piana. No pięknie - będą mieli tutaj corridę. Stary wstał i jak zajebał w te kanapę, to na szczęście nic się nie stało. Dobrze, że tylko ją nieco popchnął swoim kopnięciem, ponieważ inaczej miałby tutaj strike'a niczym w kręglach. To nie był jednak koniec wybryków Hadesa. Właśnie ruszył do przodu, a w głowie miał pewnie jedno - bomba na banie, kończymy balet. Szkoda tylko, że rozchodziło się o głowę Stanleya, która mogłaby załapać reset po takim strzale od niego. W tle było słychać jakiś rzut kulą. Najpewniej to Rosie postanowiła też zrobić strike'a - niestety bezskutecznie. Te McKinnony to rzeczywiście myślały tak samo. Pociąg śmierci dojechał do stacji Stanley i stali tak właśnie oko w oko. Powinien przeprosić i się rozejdą? Może ucałować go w czółko i zapomną o całej sprawie? Musiał coś zrobić. Crucio ani avada to była ostateczność. Posadzenie go na kanapie nie działało. Rzut kulą Rosie też nie działał. Co mogłoby zadziałać na tego przychlasta.. em... to znaczy wspaniałego, kochanego i odpowiedzialnego męża ulubionej kuzynki Stanleya? Nie mając innej możliwości, a nie chcąc jeszcze zmuszać go do breakdance'u, postanowił spróbować spętać go w jakąś sieć czy inną siatkę. Spróbować go jakoś złożyć niczym domek z kart. Sprawić, aby się zwinął w kłębek i posłuchał ich niczym jakiś potulny baranek. - To nie takie proste - skwitował słowa Hadesa i czym prędzej starał się go unieruchomić. To była ostatnia szansa, zanim będzie zmuszony do wzięcia przymusowego, wolnego wieczora. Jeżeli po takim strzale, jego szczęka będzie cała - będzie to istny cud. Dwa rzuty na próbę spętania Hadesa. Korzystam z kształtowania. [roll=N] [roll=N] RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Hades McKinnon - 24.03.2024 Bloki... Fakt, z blokami to można było porównywać Nokturny, ale my to byliśmy bardziej chłopaki Podziemia, a tam wszystkie prawa ulicznego życia były przemnożone razy sześćset, więc zadzieranie z kimkolwiek ze stałej braci mogło nie skończyć się gipsem, tylko marnym, rynsztokowym grobie z błota i gówna. Może nie chwaliłem się publicznie oraz prywatnie, że miałem okazję ukrócić życie kilku chłopa, ale tak to bywało... I choć Stanley był drogim kuzynem Persephonki, to jednak teraz byłem wkurwiony i jeszcze to wkurwiony na Persephonkę, i wkurwiony na Stanleya, też wkurwiony na Ambrosię, która przy okazji wkurwiona również broniła Stanleya, a ja jeszcze przy okazji demonizowałem Persephonkę, to się robiło prawdziwe gówno nam tu. Może lepiej byłoby, gdybym połamał sobie nogę o tę przeklętą kanapę? Kurwa, nie wiem, co ona w sobie miała, że ledwo drgnęła, ale gdyby komuś z niej przysolić, to by po tym kimś było. Ciekawe, ile to-to właśnie ważyło, ale grube kilogramy. Zastanawiałem się nad tym tylko krótką chwilę, bo tu się działy rzeczy właśnie w przyspieszonym tempie, to chuj z rozkminami. Trzeba było przetrwać ten armageddon, a na niego najlepsza była improwizacja. Najlepsza i zarazem najgorsza, bo różnie z nią bywało. Ale robiło się gorąco, Stanley to jednak godny przeciwnik był, a też Rosie znowu zaczęła miotać rzeczami, które miała pod ręką, więc mogło się zdarzyć, że w końcu czymś we mnie trafi. Preferowałbym by to był kapeć zamiast szklanej kuli, ale to była kwestia szczęścia. Jak diabli. - Proste jak chuj - odwarknąłem Stanleyowi, choć po sekundzie uświadomiłem sobie, że właściwie to z chujami potrafiło być tak, że było też na krzywo, więc to stwierdzenie błądziło, ale trudno. Słowo się rzekło i przy okazji trzeba było jednak zaniechać roztrzaskaniu głowy Stanka, bo ten znowu unosił się z niehonorową grą, walką właściwie, bo podniósł po raz drugi dziś na mnie różdżkę i to mogło się naprawdę źle dla mnie skończyć, więc jedyną opcją ratunku było odskoczenie. Rzuciłem się jak ten szczupak w bok, co chciał sobie przeskoczyć kawałek rwącej wody. Nie wiem, czy trafiłem na kamień, czy na wodę, gdzie mogłem sobie dalej bezpiecznie odpłynąć... W sensie, jeśli mi się udało, to nie czekałem. Również postanowiłem porzucać rzeczami Rosie, skoro nie zależało jej na odpowiednim wystroju wnętrza, to mogłem jej pomóc w tym rozboju. Złapałem za świecznik ze stolika. Taki całkiem ciężki, ale niestety drobny, bo na jedną, samotną świecę. Cóż, jeśli udało mi się odskoczyć, to rzuciłem w Stanleya, celując w tę jego tchórzowską głowę. Swoją drogą, ciekawe, które z rodzeństwa nazbiera więcej punktów za rzuty do celu...? Rzut na szczupaka [roll=PO] Rzut na miotanie świecznikiem w Stanleya [roll=PO] RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Ambrosia McKinnon - 31.03.2024 Hades ją chyba trochę za bardzo wytarmosił w tej kuchni, bo kryształowa kula ciążyła jej teraz w rękach i wydawała się okropnie wręcz nieporęczna. Ale mimo tego zamachnęła się nią, unosząc przeźroczystą sferę nad głowę, a potem cisnęła ją w jego stronę. Jedyne co jednak miała w tym momencie to szczere chęci, bo kryształ wymsknął jej się z palców w tragiczny wręcz sposób, przelatując śmieszną wręcz odległość i idąc na podłogę nie trafiając w nikogo. Trochę szkoda, a trochę na całe szczęście, bo bardzo niefortunnie by było, gdyby zamiast po podłodze, kula potoczyłaby się po Stanleyowej głowie. Nie miała czasu przejmować się tym, że nie trafiła, chociaż pewnie bardzo by chciała w tej sytuacji załamać ręce, że taka okropna zawsze była z wszystkiego, co wymagało odrobinę chociaż siły czy koordynacji ruchowej. Zamiast tego spojrzenie przeskoczyło znowu po pokoju, bo puste ręce świerzbiły ją i znowu w głowie rozległo się pytanie Gdzie ta cholerna różdżka? Hades zanurkował w bok, a ona przebiegła gdzieś za nim w tle przez pokój, dopadając do fotela na który zrzuciła rzeczy po przyjściu, zanim zaczęła go gnębić na tej kanapie. I kiedy już przy nim się znalazła, to nie potrzebowała długo, żeby palce zacisnęły się na trzonku różdżki, akurat kiedy jej kochany brat postanowił wziąć z niej przykład i samemu czymś sobie porzucać. - Tylko nie mój świecznik! - zdążyła tylko wrzasnąć, bo była to porządna, misternie rzeźbiona w żeliwie pamiątka po babci Teresce, która dziesięć lat temu zabrała się z tego świata. Rosie machnęła różdżką, wściekła okropnie, chcąc rzucić proste zaklęcie, które ten świecznik po rzuceniu nim złapie i odda je do adresata z taką samą siłą, z jaką ten się go pozbył. A dokładniej, to prosto w jego głupią mordę. [roll=O] RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Stanley Andrew Borgin - 01.04.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/44/b8/69/44b8696d0f4ac79705d0766c3846d706.jpg[/inny avek] "Ence pence, chuj ci w ręcę Hades" - to była jedyna prosta rzecz z którą mieli styczność tego dnia. Ten dryblas już do reszty był przekręcony. Im dłużej trwała ich walka, tym Stanley stawał się bardziej przekonany, że są w głębokiej D. Rosie starała się ile mogła - nie dało się ukryć. Nie dało się też ukryć, że pojedynek z Hadesem to była prawdziwa udręka. Jeżeli się nie rzucał do ludzi, rozstawiając ich po kątach to robił jakieś szczupaki czy kij wie co innego. To jednak nadal nie było najgorsze. Jego przepiękny umysł, nieskażony większym wysiłkiem intelektualnym, wpadł na pomysł jakim było zaprzyjaźnienie twarzy Borgina ze świecznikiem. Trzeba było przyznać - zasługiwał na największe oklaski i piękne noty za lot z telemarkiem. W wielkim skrócie - Stanley musiał działać albo zaraz Ambrosia będzie zmuszona go wieźć do świętego Munga na szycie mordy. Równanie było proste. Coś metalowego z dodatkiem siły męża Persephony równało się tylko jednemu - bombą na bani i zakończonym baletem. I pomyśleć, że oni nawet nie zaczęli tańczyć! No chyba, że próbu unikania Hadesa można uznać za taniec, wtedy pierwszy taniec mieli za sobą i mogli przejść do ciekawszych zajęć. Borgin czym prędzej spróbował transmutować świecznik w coś przyjemniejszego. Padło na gąbkę - taką zwykła i prostą. Pierwsza próba zakończyła się fiaskiem ale druga sukcesem. Dzięki Merlinowi odetchnął z ulgą pod nosem, chociaż musiał przyznać, że był to najsilniejszy cios gąbką, który kiedykolwiek dostał. Zważając na fakt, że nie dostał żadnego wcześniej - ten był pierwszy, jedyny i najmocniejszy na raz. Gdyby mieli bardziej przyjemną atmosferę, to mógłby mu uścisnąć dłoń i pogratulować. Może nawet dać jakiś dyplom? Kto wie. Jak wyglądała teraz sytuacja? Hades był wkurwiony. Rosie była wkurwiona. Stanley też już zaczynał być wkurwiony. Jedno, wielkie wkurwienie. Świecznik rozwalony, kula rozwalona, morda Stanleya w całości. No! To był jakiś plus tej całej sytuacji. Mogli się już rozejść? Borgin posłał spojrzenie McKinnon. Trochę jakby chciał jaj posłać sygnał S.O.S. - mogło mu też chodzić o sygnał SOS(!), chociaż nie jedli teraz żadnego makaronu, a szkoda. Wniosek prosty - chodziło o pomoc. - Hades, ostatnia szansa. Zaraz będzie nieprzyjemnie. Nie każ mi sprowadzać Ciebie do parteru - ostrzegł. Cruciatus nie wybierał i wszystkich traktował tak samo... Pomyśleć tylko jak ten Nokturn wpłynął na Stanleya - masakra. Nagle stał się dobroduszny i wspaniały? Nie. Po prostu musiał się ratować przed wizytą w szpitalu, więc nie pozostało mu nic innego, niż ostatnia próba przemówienia mu do rozsądku. Dwie próby na przemianie świecznika w gąbkę. Korzystam z transmutacji. [roll=N] [roll=N] RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Hades McKinnon - 04.04.2024 Jeden-zero dla Hadesa. Rosie nie miała ze mną najmniejszych szans w miotaniu rzeczami domowymi do celu... Przynajmniej na razie nie dawałem jej forów, poza tym szczęście miało to do siebie, że się nas jakoś szczególnie blisko nie trzymało. Tym samym nie mówiłem hop!, póki nie przeskoczyłem do końca tej bajki, więc walczyłem dzielnie o każdy akr dominacji. I na pełnej kurwie, bo wciąż nie mogłem przestać myśleć o Persephonie w ramionach jakiegoś fleta. Aż się prosił typ o ukręcenie karku. Ukręcę chujowi kark jak nic. Obejrzałem się przez ramię, bo Rosie coś zbytnio nie pyknęło, coś niby pstryknęło, ale niepewnie. Wyrwał mi się jakiś głupi śmiech, a właściwie jego urywek, taki zduszony nieco, bo wcale mi do śmiechu nie było, ale Rosie była tak biedna istotą, jeśli chodziło o pojedynki, że aż prosiła się o litość. Może gdybym nie miał w najbliższym czasie zaplanowanej wizyty, to bym się zdzielił tą jej magiczną kulą po głowie, a potem pozbawił przytomności jakimś pikantnym zaklęciem, ale niestety nie miałem czasu by być dla niej chociażby w ułamku sekundy uprzejmym. Na szczęście, mogła mi się z kolei przydać, bo miała w ręce różdżkę. Co prawda swoją własną, ale zawsze lepsza taka niż bawienie się z Borginem w świecznik i gąbeczkę - nowa baśń dla dorosłych, bo obiecam ja w tej chwili wszystkim moim fanom, czcigodnym czytelnikom, że Stanley Andrew Borgin nie wyjdzie z tego bez szwanku. Za bardzo mnie wkurwiał. Zasłaniał mi drogę ku światłu i ku zemście, więęęc... Wal do piekła, Stachu. Ale co jak co... Chłopak refleks miał niezgorszy. Wyrwałem różdżkę z ręki siostry i popchnąłem ją na ten jej śmieszny fotel, na którym miała rozpierdol, żeby zanadto mi nie przeszkadzała. Jak ją znałem, zdzieli mnie ponownie po plecach, a mnie nagliło. Najsmutniejsze jednak było to, że zamiast stanąć po mojej stronie, to trzymała sztamę z tą zdradziecką suką, jak gdyby to była moja wina, że puściła się pod moją nieobecność. To był tylko i wyłącznie jej wybór. Ja jej fagasów nie wciskałem do łóżka... O żesz, ale mnie to wkurwiało. - Nie rozumiem, czemu wciąż trzymacie jej stronę - wyrzuciłem z siebie niczym najbardziej przeklętą z klątw, niemalże splunąłem na podłogę, ale trochę kultury jednak w sobie miałem, więc się powstrzymałem. Widać było jednak niesmak na mojej mordzie, bo widziałem oczami wyobraźni jak moją Persephonkę przerabia jakiś... Matko Naturzeńko! Pozbaw mnie tych wizji! Chuj z nimi! Niech trzymają jej stronę. Wpierw rozliczę się z nią, a potem zajmę się nimi, jeśli dalej będą mi wchodzić na głowę. Tymczasem cisnąłem w Stanelya zaklęciem... Właściwie podobnym do tego, co mi na starcie zaserwował. Tylko nie chciałem by grzecznie siadał na stołku, tylko by się wyjebał i rąbnął o posadzkę. Miałem plan by go zwalić z nóg, a potem... Potem to się zobaczy, ile mordu będę miał w sobie. Pozwalam sobie nie rzucać na siłę fizyczną przeciwko Rosie, bo jesteś mała i słodka, ale jak coś, mogę to nadrobić w offtopie. Kocham Cię i pozdrawiam :* Rzut na kształtowanie podmuchu wiatru, który ma zwalić Stanleya z nóg [roll=O] [roll=O] RE: [25.06.1972] Please don't burn the house down - Ambrosia McKinnon - 04.04.2024 Zawsze wiedziała, że zbyt lotna w zaklęciach to ona nigdy nie była, szczególnie takich które nie opierały się na rozpraszaniu działania magii czy tworzeniu tarcz, ale nie zmieniało to faktu, że za każdym razem była sobą niezmiernie rozczarowana. I tak w tym momencie, kiedy machnęła różdżką, a świecznik ani nie zawrócił, ani nawet nie zrobił nic innego, poczuła ukłucie goryczy, szczególnie że głogowe drewno zasyczało niezadowolone. Tak jakby to ona była winna temu, że zaklęcie nie wypaliło. A potem, potem Hades zaśmiał się jej w twarz i przez ułamek sekundy zastanawiała się, czym ciężkim znowu w niego nie rzucić, albo czy zwyczajnie nie wycelować mu klątwą w twarz. Jakąś taką paskudną i wybitnie nieprzyjemną. Perska znała się na klątwołamaniu, więc jakby już mężowi kolejny raz przebaczyła, to by mu ją nawet zdjęła i byłoby po problemie. Ale chyba za długo się wahała, bo Hades raz dwa sprawił, że nie miała się już zbytnio nad czym zastanawiać co do tego, jakim zaklęciem rzucić. Popchnął ją, kolejny już raz tego cudownego wieczoru, ale tym razem przynajmniej na fotel, tak ze gdy lądowała to jej się miękko zrobiło. Bo stawiać mu sprzeciwu w fizycznym starciu nie miała jak, ale to nie szkodzi, bo zaraz znowu poderwała się na równe nogi, jakby w ogóle się na swoich nie uczyła. - Bo to nie ona jeszcze chwilę temu mnie dusiła - warknęła w jego stronę, łapiąc za kolejny świecznik, bo jeśli czegoś w domu Ambrosii było pod dostatkiem, to rzeczy do rzucania. Małych, dużych, lekkich, ciężkich, do wyboru do koloru. Ten jednak już nie był biedny, na jedną świeczkę, a na całe trzy i w sumie to nie próbowała go rzucić, a zwyczajnie przygrzmocić nim Hadesowi w tył głowy, jak się znowu do Stanleya odwrócił. wale Hadesa w potylice [roll=O] [roll=O] |