![]() |
|
[23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent (/showthread.php?tid=2550) |
RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Laurent Prewett - 05.02.2024 Sam nie wiedział, co się wydarzyło i co tutaj zaszło. Gdzie zakończyli jeden etap znajomości, przeszli przez drugi krótkim krokiem, a teraz znaleźli się tu. Jakby cofnęli się to punktu pierwszego, a punkt ten nie był gorszy. Był idealny. Tam nie miał wątpliwości, nie tkwił w nim strach przed drugim człowiekiem. nie powstrzymywał się, by wyciągnąć dłoń do ciepła i piękna, które prezentowała sobą ta niewiasta. Och, Laurent tego nie mówił głośno, ale kochał starsze kobiety. Nie mylić ze starymi. Starsze, bardziej dojrzałe, o wiele bardziej pewne tego, czego chcą i nie posiadające już w sobie skromności i wstydu przed wszystkim, czego można było dokonać w akcie miłości. A Guinevere była pod tym względem wyjątkowa. Laurent miał też skłonność, by wyjątkowych ludzi odszukiwać. Nie przyciągały go banały i prostoty. I jakkolwiek przykro by to nie zabrzmiało - nie przyciągało to też coś, co już dostał w swoje dłonie. Doskonałości nie chodziły po tym świecie i jemu było daleko do nich. Jeednak wynoszenie niektórych ludzi ponad codzienność? Do rangi NADczłowieka? Och tak, to już było aż za bardzo w jego stylu. Tak więc było ich "tu i teraz". Drzwi w murze, tak, jak najbardziej. Uśmiech, zostawienie ich zapraszająco otworzonych. Powiew powietrza z drugiej strony i jego ciekawskie spojrzenie na to, co nad ramieniem Ginny. Nawet sam odważył się zrobić jeden krok na drugą stronę, choć to nie było potrzebne w powitaniu jej. Guinevere bardzo dobrze wiedziała, co robić. I wiedziała, co zrobić, żeby dostać to, czego chciała i żeby druga strona również spełniła pragnienie serca. Perfekcyjny balans. - Za rzadko, to prawda. - Z tym gorąco się zgadzał. Tak jak "proszę" czy "dziękuję". Nie wiedział, w jakich kręgach obracała się Guinevere teraz tutaj, w Anglii, ale w tych jego brakowało tych słów. Były jak na lekarstwo, podawane na srebrnej łyżeczce w takich ilościach, że trzeba było się nauczyć zlizywać jej zawartość. Niektórzy zaś przepraszali za dużo. Jak on sam. Starał się w tym stopować, przestać się tak... uniżać. Nie wypadało mu nawet. Wpadł znów w jakąś dziurę, w którym żebranie o czułość i dobre słowo, o coś prawdziwie przyjemnego (nawet na jedną chwilę) weszło w nawyk. Ze złymi nawykami powinno się walczyć. Gorzej, jeśli zaczynały nam się one podobać, albo wmawialiśmy sobie, że nam się podobają, bo tak było zwyczajnie łatwiej. - To głównie poczucie dumy. Gryzie, kiedy przepraszasz, bo to słowo sprawia, że przyznajesz się do błędu. - Tak samo jak ludzie czuli się czasem zszokowani, że powinni o coś poprosić. I nie prosili. Im się należało - więc brali. Laurent rzadko kiedy teraz już się zacietrzewiał i pokazywał kły, zazwyczaj dopiero, kiedy coś groziło stworzeniom pod jego opieką, albo jego bliskim. - Nie rozumiem więc, jakim cudem ktokolwiek wypuścił taki Klejnot Pustyni i pozwolił mu uciec tak daleko od złocistych mórz. - Od Egiptu. Może nie powinien tak badać teraz granic, może nie powinien wtapiać się we flirt. Ale jakoś nie potrafił powiedzieć, że Guinevere nie wiedziałaby, kiedy powiedzieć stop, gdyby cokolwiek jej nie odpowiadało. Wydawało mu się, że jej to pasowało. Nawet bardzo. - Zgadza się. To nie jest dobry czas. - Czy kiedyś będzie dobry? Czy kiedy pokonają... hah, Guinevere ujęła to tak bezczelnie, tak beztrosko, że Laurent nie potrafił się nie uśmiechnąć. Cicho się roześmiał. Urocze. - Na wielu płaszczyznach przypominasz mi kota, który lubi, kiedy macha mu się przed noskiem wędką z piórkami. - I zaczepiała, tylko nie używała do tego pazurów. Ocierała się, obserwowała, pacała łapą. Siadała przed tobą i przyglądała się. Ale jeśli wyczuła, że nie jest mile widziana tak blisko, że to nie jest komfortowe, to siadała na blacie i z zaciekawieniem nadstawiała uszu. W pewnym sensie wydawało mu się, że dla tej kobiety świat nie istniał, kiedy miała przed sobą ludzką istotę. - Tak samo jak wydaje mi się, że pod twoim spojrzeniem zmienia się pojęcie człowieczeństwa. - Dodał już poważniej, ale z ciepłem. Bo to był komplement - zmieniał się na lepsze. Rozkwitał. Nabierał głębi. Jednostka nabierała na znaczeniu, przestawała być ziarnkiem piasku na pustyni. - A to już naprawdę magia. - I jakoś nie wydawało mu się, żeby to miało coś wspólnego z krajem, w jakim się wychowała. Nie... tak, to na pewno miało COŚ wspólnego przez specyfikę tamtejszej filozofii i kultury, ale to w większej części był jej wrażliwy charakter. Jej wyczulenie. - Kot bardzo do ciebie pasuje w przemianie... powiedz mi, proszę, apropo tego kota - czy potrafisz się zmienić w każde zwierzę? - Zapytał, bo przed momentem zmieniła się częściowo w jastrzębia. Wynieśli już tę rozmowę na zewnątrz, zbierając się do sadu. Przywitał się, rzecz jasna, z mężczyzną, ale nie było mowy, żeby Ginny nosiła przy nim drabinę i wiadro! Spojrzał na nią z takim zaskoczeniem i tak strwożoną miną, jakby największy grzech był dokonywany przed jego twarzą i był to jego i tylko jego wyłącznie grzech, a nie tej niesamowitej niewiasty, która swoim krokiem tańczyła na zieleni traw i muskając rzeczywistość zamieniała w jedno ze spokojem tego miejsca. A przynajmniej nalegał, żeby wręczyła mu również drabinę, bo to naprawdę nijak nie wypada... Nawet jeśli, prawdopodobnie, jako specjalnej troski samiec co się zowie przegrałby z nią w siłowaniu na ręce. Tak czy siak wiadro i drabina w końcu zostały postawione dokładnie tam, gdzie kobieta wskazała. - Pasujesz tu jak dobra Wróżka Kwiatów, która wyrwała się spomiędzy spomiędzy słonecznych łanów zbóż. - Które oddały jej ciepło i opaliły skórę. Spokój tego miejsca wkradł się do jego wnętrza ukojeniem. Zupełnie inny niż melancholijny spokój New Forest. RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Guinevere McGonagall - 05.02.2024 Wydarzyło się wszystko i jednocześnie nic. Zwykła rozmowa, wystawienie kawałka swojego serca na dłoni, by opowiedzieć trochę o swoim życiu i świecie. Takie rozmowy dla jednych nie znaczyły nic szczególnego, zaś dla innych były wszystkim. Nie przed każdym człowiek tak się przecież otwierał, mówiąc o pewnych swoich doświadczeniach, poglądach – które być może niebezpiecznie było wypowiadać na głos w czasach, w jakim przyszło nam wszystkim żyć. Ale nie każdy miał złe zamiary; Ginewra z pewnością takich nie miała, a była ciekawska z natury, zaś skoro Laurent zdołał ją kiedyś już zainteresować, tak przecież to nie wyparowało tak sobie tylko dlatego, że wrócili do swoich poukładanych żyć na dwóch różnych kontynentach. Tak, była od niego starsza - ale co z tego? Absolutnie nic, nie byli przecież dziećmi. I tak jak Laurent lubił starsze od siebie kobiety, tak Ginewra lubiła blondynów (czy nie dlatego Pandora zaczęła jej zachwalać i sugerować swojego brata?), lubiła też tę pewność siebie, którą niektórzy wokół siebie emanowali, tak jak pełny jej był Laurent. Sama nie była tej pewności pozbawiona, ale była osobą, która od dziecka była pewna, w którą stronę chce iść, i szła. Laurent miał jednak rację, że nie miała już w sobie tej skromności i wstydu młodego dziewczęcia; była też bardzo otwarta… w różnych polach swojego życia. Czy było to cofnięcie się do punktu pierwszego? Nie powiedziałaby, że się cofnęli. Po prostu ten etap zamknięcia, w jaki obrósł Laurent, zgrabnie się… rozwiał? Choć w przypadku Prewetta – chyba bardziej rozpłynął, jak woda, którą tak kochał. Bo to jego postawa obronna zniknęła. Nie przez zręczne manipulacje Ginewry, bo nie to w ogóle robiła, po prostu inaczej podeszła do sprawy i do niego, dając mu czas na oswojenie się z otoczeniem. – W błądzeniu nie ma nic złego. Inaczej człowiek nie byłby skłonny do nauki i stawania się lepszą wersją siebie. Każdy błędy popełnia, składają się przecież na teraźniejszych nas… I na przyszłych też – przeszłość była ważna, bo kształtowała teraźniejszość. Zaś przyszłość również wpływała na obecnych nas – tam ukryte były pragnienia i nasze hamulce. Strachy i inspiracje. Wszystko to, co jeszcze niepoznane, a co ludzie tak gorączkowo chcieli odkryć – i tu wchodziła rola jasnowidzów… i wróżbitów. Jednak tak jak mu powiedziała, Przeszłość i Przyszłość na raz dopiero dawały wgląd w Teraźniejszość – i wszechwiedzę. W wierzeniach Starożytnych, ukryte były prawdziwe skarby i prawdy o życiu. – Nie mam problemu przyznać się do błędu. Bo wiem, że to pomaga mi się rozwinąć, a nie tkwić w błędach przeszłości – nie była uparta, nie do przesady w każdym razie. Była zadziorna, lubiła się przekomarzać, flirtować też, jeśli ktoś złapał jej zainteresowanie i sama też je czuła. Ale przy tym potrafiła być też poważna i nie obracać wszystkiego w żart. No i gaduła. Buzia jej się zamykała, nie strzelała z siebie jak mugole z karabinu maszynowego, ale naprawdę lubiła gadać. Choć nie miało to nic z umiłowania do własnego głosu. – Klejnot wypuścił się sam, nikt go tam na siłę nie trzymał. Powiedzieli „jeśli to jest coś, czego pragniesz, to jedź” – uśmiechała się do Laurenta, zgrabnie odbierając ten jego flirt, bo rzeczywiście nie miała nic przeciwko. Dlaczego miałaby mieć? Nie miała żadnych zobowiązań do nikogo, a jak było już wspomniane, Laurent ją interesował. – Według ciebie jaki to klejnot? – to chyba dawało jawne pole do tego, że wcale nie trzeba się zatrzymać w tym miejscu, nie było tutaj znaku, który krzyczał, że stop. – Aach, widzisz, nie bez powodu widziałeś mnie w formie kota – i rzeczywiście te „kocie” odruchy, zachowania, często gdzieś się w niej przebijały. Była cierpliwa jak kot, i zaczepna jak kot, i ciekawska jak kot, i jak kot broniła własnego terytorium. I gdy widziała, że komuś bliskiemu jest źle, to gotowa była się przytulić, albo zwinąć na kolanach w kłębek. Podobno kocie mruczenie pomagało w chorobie. Uśmiechnęła się szerzej i jednocześnie łagodniej, gdy mówił dalej. – Jeśli to magia, to jesteś na nią wyjątkowo wrażliwy – to dobro i miłość do świata i życia można było nazwać magią? Może. Może nawet powinno się – jeśli tak, to Laurent się nie mylił. Jednak według Ginewry, to nie robiła nic nadzwyczajnego… nie dla siebie. Chociaż może dla osoby wychowanej w tak zamkniętym i sztywnym społeczeństwie, było w tym coś wyjątkowego – w tym, co mówiła i jak zachowywała się McGonagall, egipska piękność o tak angielskim nazwisku. – Nie, w każde zwierzę nie – roześmiała się. – Większość animagów potrafi zmienić się jedynie w jedno zwierzę. Ja, tak jak mój ojciec, potrafię w dwa. Tu jest mój limit – odparła spokojnie, kiedy tak szli przez podwórko, a delikatny wiatr rozwiewał włosy Ginny. – Pierwszy był sokół. Kot był moim dużo bardziej przemyślanym wyborem, bo byłam już starsza. Pewnie dlatego tak pasuje – ale oba wybory (choć nie każdy animag miał luksus wyboru, Ginewra jednak była bardzo uzdolniona i w pewnym sensie bardziej wiedziała co robi, a i wskazówki odbierane w Uagadou wiele ułatwiały), miały dla niej znaczenie symboliczne. Całe jej życie usłane było takimi symbolami, jak te, które dostrzegała w kuli czy w fusach, a czasami w snach. Uśmiechnęła się pod nosem. – Ale to co zobaczyłeś, tę pośrednią formę, to mało który animag potrafi osiągnąć – i tylko dlatego tak półżartem mówiła, że bardziej magicznej rodziny nie znajdzie. Absolutnie nie chciała umniejszać żadnej męskości Laurenta, więc nie było mowy o żadną sprzeczkę o drabinę. Jeśli chciał ją nieść, to kim była, by mu zaprzeczyć… ale wiadro w takim razie wzięła, by ponieść je sama, bo było to zwyczajnie trudne, by jednocześnie męczyć się z drabiną i jeszcze wiadrem… czy tam koszem – czy czymkolwiek, do czego mieli te czereśnie zbierać. Widząc minę Laurenta tylko pokręciła głową i usłużnie dała się wymienić za drabinę. Czy przegrałby z siłowaniem się na ręce… Wątpliwe. Sama nie była żadnym siłaczem, nie była też wcale wysportowana, raczej chuda i prawie tak wysoka jak on sam, chociaż miała zdecydowanie bardziej kobiecą budowę ciała, wcięcie gdzie trzeba, wypukłość tam, gdzie była pożądana. Nie mogła się jednak poszczycić jakoś mocno szerokimi biodrami, w swej budowie była raczej szczuplejsza – pewnie właśnie przez wzrost. – Wróżka? To może muszę zacząć nosić wianek, a na koniec różdżki zawiesić taką kolorową gwiazdkę – zachichotała, ale nie kpiąco, ot po prostu sobie troszkę żartowała. – Jeśli ja kojarzę ci się z wróżką, to ty wyglądasz jak taki dobry duszek, albo aniołek – nawet w tej koszuli… to chyba te jego włosy, głębokie spojrzenie i niewinny uśmiech. Zapatrzyła się na niego nieco dłużej. Mogłaby znowu zatonąć w tych oczach. – Chcesz potrzymać mi drabinę? – zapytała w końcu po krótkiej chwili. RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Laurent Prewett - 08.02.2024 Skinął głową twierdząco na słowa, że błądzić - to nie grzech. Święta prawda. Nie było niczego złego w pomyleniu drogi, jeśli przychodziła refleksja. I jeśli był ktoś, kto mógł ci pomóc, kiedy zaszedłeś za daleko. Kiedy wpadałeś w dziurę, kiedy dramat ciągnął twoje łydki i drapał skórę do krwi. Przeszłość nie była elementem bez znaczenia, nie była pustą kartką, tylko właśnie kartą zapisaną> To nasze jutro było puste. Laurent miał nadal plany, bo musiał je mieć. Musiał odpowiedzialnie dbać o dobro New Forest i robił to nawet, jeśli wolał zostać na plaży i wsłuchiwać się w szmer Matki Wody. Zarządzanie ludźmi przychodziło mu tak naturalnie jak oddychanie, choć każdy potem się dziwił - jakim cudem ten łatwy do poskładania koleś radzi sobie z takimi rzeczami? Ano - radził. Bo co innego ktoś bliski, a co innego obca osoba, do której podchodził profesjonalnie i z dystansem. Bardzo się starał nie mieszać jednego z drugim. Na ile Guinevere o to dbała? Czy ta linia się przetarła, ponieważ poznali się w takich, a nie innych okolicznościach? To chyba było ważne, żeby potrafić się odciąć od ludzi, którzy powiążą cię z pracą. Żeby istniała granica między tym, co robisz w jednym i drugim, oraz jak tam traktujesz ludzi. Laurent obawiał się tego, że ta wizyta jego jest mętna. W zasadzie przyszedł z wizytą towarzyską, ale w sumie skoro to związane z wróżbami to powinien to traktować jako czas jej pracy? Nie pieniądz był problemem, skąd! Zwyczajnie to, że sam ton rozmowy byłby inny. Tak wypadało. Guinevere jednak szybko przetarła tą pytającą linię wyrysowaną kredą. Tutaj jest dobrze. Tutaj jest bezpiecznie. Tutaj możesz czuć się swobodnie, a jeśli nie poczujesz, to ci pomogę. To wszystko można było wyczytać między wierszami, obejrzeć w jej oczach, poznać po jej gestach. Czy każdego tak traktowała - nie wiedział. Z tym, ile miał z nią do czynienia, to na pewno była wyczulona na ludzi wokół siebie, ale to nie był ten przewrażliwiony stopień. Osiągnęła pułap, który dla niego był ciężki do utrzymania. I nawet nie wiedział dlaczego. Jedni rodzili się z mocnym charakterem, inni mieli słabszy - możesz nad sobą pracować, ale nie obrócisz się o 180 stopni. I kto wie, kim byłbyś, gdyby coś w twoim życiu poszło jednak lepiej. - Zatrzymanie cię na siłę to byłby grzech. - Dawało do myślenia, że Ginny fruwała - wolna jak ptak, którego częściowo zaprezentowała. Nie widział na jej palcu obrączki, a nawet jakby widział to jakoś nie pasowała mu ona do charakterystyki kogoś, kto przyprawiałby rogi. Grzeczna? Nie, na pewno nie. Ale myśl o tym, że coś mogłoby ją uwiązać była tą, która kończyła się na zerwaniu kajdan. Nawet nie sprawiało jej to w tym wyobrażeniu wysiłku. Nie chciał sprawdzać, ile mogłyby udźwignąć jej barki, zanim zrobiłoby jej się naprawdę ciężko. Każdy miał ten limit. Zdrowo było myśleć, że problemy innych nie są twoimi problemami. Nie w kontekście, że się nimi przestajesz interesować i olewasz. Angażujesz się, tylko na bezpieczniej dla ciebie samego płaszczyźnie, bo nie możesz zniszczyć samego siebie przez osobę drugą. Pomagaj ile możesz, ale nie wpadnij z nią w dół. Wtedy ktoś będzie musiał pomóc wam obu, a przecież to nie o to chodzi. - Czego więc pragnie serce tego Klejnotu? - Zainteresował się z subtelnym uśmiechem. Subtelnym, ale dość sugestywnym. - Jaspis. Uważam, że byłby to jaspis. - Kojarzyła mu się z tym kolorem, ale nie mogła być barwą zwykłą, nudną, prostą. Musiała być przecięta innymi kolorami. Tęcza? Nie, nie tęcza. Coś bardziej dystyngowanego, godnego. Potrafiła przybrać się w boskie piórka, nie zasługiwała na coś banalnego i nazbyt ludzkiego. Jaspis nie był zbyt popularnym kamieniem, a z tego co się orientował to również miał bardzo starą tradycję swojego używania. Może jadeit byłby blisko, ale zieleń to zupełnie nie była barwa, w którą by ubrał Guinevere. Otoczyć ją zielenią - tak. Lecz nie ubrać. Zbyt był też egzotyczny w zupełnie winnym kierunku - kojarzony z Chinami przede wszystkim, więc nie. Jaspis - to było coś, co przyszło mu do głowy, a jak powiedziała w przypadku wróżby - jeśli coś było pierwsze... Był za to ciekaw, czy jej samej się spodoba ten dobór. Bo prawdę mówiąc to zupełnie nie wiedział, co ten kamień mógł oznaczać. Więc - będzie zadowolona? Dowie się, jaka magia kryje się za jego znaczeniem? Nieco zdziwiony uniósł brwi, kiedy usłyszał o tej wrażliwości na magię. Już mu tak powiedzieli w Hogwarcie. I dlatego został przyuczony do kontrolowanego kontaktu z duchami. Czy to była magia zaś? Ta prawdziwa? To był komplement z jej strony, dlatego zaraz zniknęło zdziwienie, że ustąpiło mu miejsce wdzięczny uśmiech, nieme podziękowanie. Mógł sobie pozwolić na ten bardziej poufały okaz podziękowań. Tak, taki chciał być. Dobry, miły, kochany. To chciał też odbierać od świata. Ginny miała tego chyba z naddatkiem, ale jednak nie. Dawała tyle, ile ktoś potrzebował, ale nie drylowała siebie z życia przez to. Rozsądek - to był ten sekret? Kierowała się głową, która współpracowała z sercem? - Bardzo ciekawe. - Powiedział z nutką ekscytacji w głosie, światło słońca zagrało iskrami w jego oczach. Wygląda na to, że bardzo niewiele osób miało dostęp do takiej magii, czy tylko jej rodzina? Na to wyglądało. Bardzo też przydatne, bo od razu powstawało pytanie - czy obie formy były zarejestrowane? Pytanie, którego nie zadał, chociaż wątpił, żeby miała z tym kłopot, nawet gdyby faktycznie nie rejestrowała drugiej. Tak jak niektóre rzeczy były zagadkami do odkrycia, które pociągały go koniecznością szukania odpowiedzi na "dlaczego?", tak były takie, którym do twarzy było w tajemnicach. Jak to chociażby. Ginny nosiła ją teraz jak korale z gwiazd. - Wiem, że już to mówiłem, ale regularnie mi imponujesz swoją wiedzą i mądrością. - Oraz talentami. Nie zdziwiłoby go, gdyby Ginny wyciągnęła kiedyś z rękawa kolejne zdolności, całkowicie nietypowe, jak... obsługa mugolskiego pojazdu! Tak z braku laku podając przykład pierwszy z wierzchu. - Hahaha, wyglądałabyś pięknie. Pięknej kobiecie jednak we wszystkim będzie ładnie. - Nawet w najgorszych łachmanach. A wianek? I bajkowa różdżka? Laurent potrafił sobie to wyobrazić i był to iście słodki obrazek. - Ach tak? - Uśmiechnął się odrobinę filuternie, ale zaraz skupił się na drabinie. Upewnił się, że jest ona dobrze ułożona w ziemi i dobrze oparta na drzewie, żeby zapewnić stabilność. - Gdybym był aniołem to zostawiłbym ci przynajmniej jedno pióro na pamiątkę. - Jego próżność była zawsze łechtana tym porównaniem, które utwierdzało go w przekonaniu spojrzenia (powierzchownego) ludzi na jego osobę. Ostatnimi czasy potrafiło go zarówno wepchnąć w złe samopoczucie, jak i te dobre, ale nadal górowało dopieszczenie swojego ego. Opieranie własnego mniemania o sobie na podstawie tego, jak inni na ciebie spojrzą. Był na to łasy. Czerpał z tego energię na więcej. - Zawiesisz sobie koszyk na gałęzi? - Bo tak, jak najbardziej zamierzał potrzymać, więc jej przytaknął. Nie zamierzał stać i patrzeć, jak mogłoby się jej coś stać. - Swoją drogą sądzisz, że magia pozwala na to, by sny stawały się bardziej rzeczywiste? - Oczywiście był temat tego mordercy... i kto jak kto mógłby więcej wiedzieć o takim śnieniu, jeśli nie ona? Może Dolohov? Bo u kogo czegoś takiego szukać? U tych, którzy potrafili opuszczać ciało? Ale oni wtedy nie wpływali na otoczenie. Dziwne. RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Guinevere McGonagall - 08.02.2024 Ginewra wróżyła ludziom w różnych sytuacjach – w czasie pracy, oczywiście, gdy ktoś umówił się specjalnie na wróżby, wtedy robiła znacznie więcej, bo była na to przygotowana; miała odpowiednie narzędzia, jak świece, kryształową kulę, karty tarota, stół, atmosferę i tak dalej. I był takie momenty w życiu towarzyskim, że po prostu proponowała, że może powróżyć i wtedy zazwyczaj było to zaglądanie w fusy, bo najczęściej przy okazji picia kawy czy herbaty, w ogóle proponowała, bo na to nie trzeba było wiele. Dlatego dzisiejsze spotkanie było czysto towarzyskim, nawet jeśli dotykali tematów pracy. Gdzieś tam to rozgraniczenie było, ale McGonagall traktowała je dość płynnie, dostosowując się do sytuacji, jaka akurat miała miejsce. Przebywała w swojej głównej pracy, na wykopaliskach, dużo czasu, głównie z tymi samymi ludźmi, z którymi łączyła ją też relacja poza-zawodowa, w jej przypadku ograniczało się to do rozpoznawania sytuacji pracowych, gdzie była w stanie przyjąć do wiadomości, że ktoś jest szefem, a kto nie, a sytuacji luźniejszych, czy prywatnych – jak na przykład dzisiejsze śniadanie z Laurentem. To, że była wróżbitką, magimedyczką i historyczką niczego nie zmieniało. Oczywiste było, że swoją wiedzę i doświadczenie wykorzystywała w rozmowie czy po prostu przejmując się drugą osobą. Dużą rolę odgrywał też jej charakter, osoby, która nie chciała dla ludzi źle, która nie chciała ich wcale skrzywdzić. Laurent znał ją jednak… stosunkowo krótko i niezbyt dobrze, nic dziwnego, że miewał takie wątpliwości, patrząc na sytuację przez pryzmat swojej osoby i tego, jak on by się zachował. Ale to trzecie… czwarte spotkanie na angielskiej ziemi, w przeciągu dwóch miesięcy, potrafiło jednak nadać na człowieka inną perspektywę, niż po prostu intensywne kilka dni, po których każde miało się rozejść do swoich spraw, nie oczekując nić – bo czego oczekiwać od takiej odległości? – Nie dałabym się uwiązać, gdybym nie chciała – nie każdemu się to podobało, a w tym dziwacznym, konserwatywny społeczeństwie rodzin czystej krwi, w którym dzieci uwiązywano w roli i przy kimś, kogo wcale nie chcieli, mogło to brzmieć jak bluźnierstwo, albo potwarz. Ale Guinevere wierzyła, że ma na tyle swobody i siły, że ten problem jej nie dotyczy – i jak dotąd, faktycznie nie dotyczył. Co innego, jeśli właśnie tego by chciała… Ale nie miała takiego obowiązku. Rogów też nikomu nie doprawiała, brak obrączki nie wynikał z tego, że ściągnęła pierścionek specjalnie na odwiedziny Laurenta, by mu coś pomieszać w głowie; tego też by nie zrobiła, nawet jeśli w swoim podejściu do relacji damsko-męskich była nieco bardziej wolna. – Och, wielu rzeczy – odpowiedziała zaczepnie i nawet zmrużyła leciutko oczy, uśmiechając się słodko. – Jeśli jednak pytasz o prawdziwy powód dlaczego przyjechałam… Pomijając, że zaproponował mi to szef ekipy, z którą pracowałam w Egipcie, to zawsze było coś, co niezmiernie mnie fascynowało w Wielkiej Brytanii. Chodzi o takie stare opowieści… Legenda o królu Arturze, rycerzach Okrągłego Stołu, o Merlinie, Morganie, Pani Jeziora i magicznym artefakcie, świętym Graalu – odparła spokojnie, na moment dając się ponieść wyobraźni. Na pewno o tym słyszał – bo kto nie słyszał o Merlinie? Pytanie tylko na ile interesował się opowieściami, jakie wokół tego krążyły? – Chodzi o moje imię. Moich rodziców trochę poniosło, nadali mi imię w tej starej wersji zapisu na cześć królowej Guinevere, żony króla Artura. Więc dość naturalne, że od dziecka interesowałam się tymi historiami – mówiła, że rodziców poniosło, ale tak naprawdę, to lubiła swoje imiona, oba. Może trochę pretensjonalne, ale były ładne i raczej rzadko spotykane. – Jaspis? Prawdziwie królewski kryształ – miał wiele znaczeń, w zależności od koloru, chociaż tak naprawdę każdy był prawdziwie unikalny. Miał chronić, przynosić szczęście, podobno kiedyś wykorzystywali go lekarze. Ginny nie była pewna na ile Laurent strzelał, na ile po prostu mówił, co mu się faktycznie kojarzyło i podobało, a na ile posiadał wiedzę na temat symboliki i znaczeń kryształów. Ale czy miało to większe znaczenie? Próbował ją zbajerować, a liczyła się intencja i wykonanie, a nie, czy wcześniej próbowano odrobić zadanie domowe. – Starożytni Egipcjanie wierzyli, że jaspis ma magiczne właściwości i używali go do talizmanów i amuletów ochronnych – odparła spokojnie i oczy jej błyszczały, jak chyba zawsze, gdy mówiła o tematach, które ją interesują. – Kiedyś w grobowcu znaleźliśmy całą skrzynię biżuterii i fugurek z jaspisu. Nawet po tylu latach wciąż były piękne – uśmiechnęła się do Laurenta, bo faktycznie połechtał jej iście kocie ego. – Dziękuję – oby tylko nie obrosła w piórka…! Choć na to mogło być już za późno. Ta wrażliwość na magię… to był zwyczajny komplement podbity tonem flirtu, w który oboje wpadli, odpowiedź na odpowiedź, zaczepka na zaczepkę, nie myślała o magii faktycznie, chociaż z drugiej strony uczyła się w szkole, w której nauka kontaktu z duchami była na porządku dziennym; ogólnie nauka o duchach, zwierzętach, bardziej mistycznych niż przyziemnych sprawach, ten pierwotny kontakt z magią… To było zupełnie inne podejście niż w Hogwarcie, zdawała sobie z tego sprawę, bo co krok zderzała swoje doświadczenie z wychowankami szkoły w Szkocji. – W takim razie bardzo się cieszę – bo lubiła robić wrażenie, lubiła błyszczeć, już mu to kiedyś mówiła… Natomiast nie robiła tego na pokaz. Ot, tak wychodziło w tonie rozmowy, nie chciała uchodzić za taką mądrą, by on czuł się gorszy, to było absolutnie odwrotne do tego, czego chciała. – Ty mi imponujesz spokojem, kulturą i otwartym umysłem – i wieloma innymi rzeczami; dobrocią, troskliwością, pewnością siebie – tak bardzo to pasowało do niego. – I że nawet niosąc drabinę, wyglądasz, jakbyś szedł po wybiegu na pokazie mody – dodała i puściła mu jakże zaczepny uśmieszek. Bo naprawdę dobrze wyglądał. Że nie pasował do sadu? A i co z tego? Uśmiechnęła się raz jeszcze, równie słodko co wcześniej, na słowa, że wyglądałaby pięknie, po czym wyciągnęła z kieszeni spodni gumkę, chcąc związać swoje długie włosy, które zaraz pewnie zaczną jej lecieć na twarz i przeszkadzać. I powolutku wspięła się na drabinę. – Och, tak – odpowiedziała Laurentowi z uśmieszkiem, będąc całkowicie świadoma, że z tej pozycji miał idealne spojrzenie na jej tyłek (jakaż szkoda, że w spodniach). – Gwarantuję, że to pióro byłoby bardzo pieczołowicie przechowywane – a była zbieraczką, kolekcjonowała różne rzeczy, a wszystkie miały coś wspólnego z sentymentem. A to do sytuacji, a to do uczuć, jakie akurat wtedy nią targały, a to do osób, miejsc… Spojrzała za ramię w dół i kiwnęła do Laurenta głową. Wyciągnęła więc różdżkę, chcąc zmusić koszyk do tego, by podleciał wyżej… Nie miała go jednak gdzie zawiesić, bała się, że gałęzie będą zbyt słabe, zdecydowała się więc na to, by zatrzymać czar i sprawić, by koszyk po prostu sobie lewitował obok. Sięgnęła po pierwszą gałązkę, którą chciała oberwać i tak zrywając czereśnie, słuchała, co Laurent miał jej do powiedzenia. Wrzuciła czereśnie do koszyka, rozległ się cichy, głuchy odgłos, kiedy owoce dotknęły jego ścianek, a Ginny zastanawiała się nad jego pytaniem. Rzeczywiste sny? Ale w jaki sposób rzeczywiste? – Co dokładnie masz na myśli? Jeśli pytasz o to, czy to, co ci się śni, może być w jakiś sposób prawdziwe… Na przykład ze snów można wróżyć, nazywa się to onejromancją. A niektórzy jasnowidze doświadczają snów proroczych, w których widzą to, co ma nadejść. Ja czasami dostrzegam symbole dotyczące różnych ludzi, tak jakbym wróżyła z kuli. Po prostu czasami myśli kręcą się wokół jakiejś osoby, a magia robi swoje – nie wiedziała, w którą stronę skierować tę odpowiedź, więc powiedziała tyle, co akurat przyszło jej do głowy. RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Laurent Prewett - 09.02.2024 Człowieka można było poznać na tyle różnych sposobów, że czasami Laurent miał wrażenie, że można kogoś znać nie znając go wcale. Miał tego dobry przykład wobec człowieka, który był związany z jego przeszłością, niby mógł powiedzieć, że więc go znał - znał z perspektywy złej przeszłości, z której nie znają go bliscy. A jednak - znał go? Nie znał wcale. Guinevere znał z gorących piasków, a dziś poznawał ją pod deszczowym niebem Anglii. Perspektywa się zmieniała, zmieniały się też przeżycia człowieka. Każdy dostał parę bodźców na plus, nie brakowało też tych bodźców na minus. Zmiana zamieszkania to nie tylko zmiana miejsca, w którym przyjdzie ci żyć. To odległość od rodziny, od bliskich, od przyjaciół. Na taką odległość ciężko było o pocztę i ciężko było też o stałą podróż. Wymagała ona załatwiania... albo bardzo długiej podróży przez pół świata. Guinevere wydawała się to znosić aż zbyt dobrze, a kiedy ludzie znosili coś zbyt dobrze stawało się to aktem. Taką ładną zasłonką, żeby nikt nie spojrzał za okienko. Nie ośmielił się podejrzewać, że to wszystko jest tylko i wyłącznie grą aktorską, byłoby to uwłaczające samej kobiecie - takie oskarżenie. Zastanawiał się jedynie nad tym, tak jak nad różnymi innymi rzeczami w przypadku tego spotkania. Słusznie postąpił zaglądając tutaj. Nie idąc do nikogo nadmiernie bliskiego, kto był bardzo wtopiony w sytuację, tylko właśnie tu. - Mam nadzieję, że nie będziesz musiała o to w ogóle walczyć. - Nie znał jej rodziny, ale gdyby była taka konserwatywna, to zapewne nie byłoby jej tutaj, tylko dbałaby o rodzinne gniazdko, była zmuszona pielęgnować dar, który inaczej się marnował i zostałaby już przedstawiona odpowiedniemu dżentelmenowi. Życzył jej jak najlepiej - żeby poznała odpowiedniego dżentelmena, który o nią zadba, albo żeby została Wolnym Ptakiem, jeśli to właśnie było życzeniem jej serca. Chyba jednak każdy w głębi duszy pragnął zostać przez kogoś złapanym. Każdy chciał dać się uwiązać. Tylko nie każdy trafiał na odpowiednią osobę w swoim życiu. - Egzotyczne historie o dumnych i honorowych rycerzach i księżniczkach w wieży pilnowanej przez smoka? - Uśmiechnął się w zaczepny sposób, ale nie złośliwy. Bo trochę zaczepiał, ale rozumiał to aż za dobrze. Sam był w końcu zakochany w pięknych opowieściach i baśniach, które tańczyły w jego głowie i szeptały po nocach, że przeżycie takiej bajki byłoby wspaniałe. Wielkiej miłości, co się zowie, na wieki wieków. Amen. Ale my tu nie o tym. My tu o dawnych władcach tych ziem i historii, która była w niej zakopana. O wiele krótsza od historii Egiptu, ale to właśnie ona, jak widać, przyciągnęła Guinevere. - Oooch! - Otworzył szerzej oczy, kiedy kobieta postawiła przed nim rzecz oczywistą, której z jakiegoś powodu do tej pory nie połączył. Był niemal zawiedziony swoją głową. - Rzeczywiście, zupełnie nie połączyłem faktów. - Nie było to typowe imię, ale jak dotąd Laurent się nie zastanawiał, skąd się wzięło. Anglicy potrafili nadawać dzieciom różne dziwne imiona, włączając w to imiona demonów - z jakiegoś powodu - czy starych potworów. Nie wnikał, co taki rodzic miał na myśli nadając takie imię, ale mógł się niedostatecznie znać na religii, żeby to oceniać. Takie imiona wydawały się po prostu... ciężkie. - Cała przyjemność jest po mojej stronie, madame. - Brakowało jeszcze tylko tego, żeby się skłonił, ale trzymając drabinę trochę trudno. A wcale nie zamierzał jej puszczać, bo chociaż był pewien, że dobrze ją postawił, to nie będzie ryzykował tu i teraz jej bezpieczeństwem dla pajacowania. Dobrze było usłyszeć, że właściwie jego wybór okazał się idealnie pasować do imienia, jakie posiadała. Jego jednak zdaniem - do niej również. Pasowałaby na damę dworu z władzą, której nikt nie lubił przez jej lekkie podejście do manier, ale każdy ją poważał. Zaśmiał się szczerze, kiedy powiedziała o tym niesieniu drabiny. Za rzadko się ostatnio śmiał, zdecydowanie. A teraz usłyszał najlepszy komplement w swoim życiu. Taki prosty w swojej konstrukcji i jednocześnie taki, co by nie powiedzieć - życiowy! Nawet bardzo! Nie zastanawiałby się nigdy nad tym, jak człowiek wygląda niosąc drabinę, chociaż rzeczywiście - nie mógłby iść jak pokraka. Bolałoby to jego poczucie godności, resztki jakiejś dumy, jaką posiadał. Godne prezentowanie siebie - więc swojego nazwiska - musiało być na pierwszym miejscu, ale to nie o to tutaj chodziło. W jej słowach i w tym, jak to odebrał. To było po prostu miłe i zabawne jednocześnie. - Dla Pani mógłbym się bardziej postarać, gdyby tylko to uradowało Pani serce. - Bardziej postarać o wygląd na modela, bo czy mógł? Oczywiście, że mógł! Zachowywał wobec niej większą swobodę, niż wobec osób obcych, przy których zachowywał pewną dozę rezerwy, strzelał inne miny i spojrzenia, kontrolował bardziej ruchy. Tu i teraz nabrało to wymiaru zabawy. Chyba jeszcze nigdy tak na to nie spoglądał. I był jej wdzięczny za taką perspektywę. - Dziękuję. - Dużo było tych podziękowań, ale one płynęły prosto z serca. Teraz dziękował za wszystko w ogóle. Przyszedł tutaj naprawdę rozkojarzony - i nie to, żeby teraz był bardzo skupiony, ale strzepnął z ramion ciężar i Ginny pozwoliła mu się rozluźnić w zupełnie inny sposób, niż normalnie szukał rozluźnienia. Prawie zapomniałem, że tak można... To, w jaki sposób ta kobieta na niego patrzyła, jak do niego mówiła był inspirujący. Kiełkował takim malutkim kwiatem poczucia własnej wartości. - Do takich dłoni powinno trafić tylko to, co najlepsze. - I najpiękniejsze. Zamyślił się na moment nad jej następnymi słowami. Świat snów był bardzo bogaty. Niektórzy uważali, że to świat pomiędzy Limbo a rzeczywistością. Tymi realiami, w których przyszło nam żyć. Inni twierdzili, że inna rzeczywistość, a jeszcze inni - że tylko wytwory naszej głowy i do niczego wielkiego tam nie dochodzi. Ale Laurent dobrze wiedział, że niektóre sny nie były tylko i wyłącznie wytworami wyobraźni. - Miałem sen, w którym zostałem zraniony nożem. Kiedy się obudziłem, rana po nożu była prawdziwa. Miałem sen, w którym ktoś zostawił mi siniaki na ramieniu. Kiedy się obudziłem, siniaki również były prawdziwe. - Był jeszcze ten felerny sen z zapewnieniem, że wszystko będzie okej, że przegonił już mordercę - i potem to otworzone okno... Trochę za dużo tego było, żeby uwierzyć, że to "tylko myśli". RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Guinevere McGonagall - 11.02.2024 Wiele zależało od tego, o jakim poziomie znania w ogóle mówimy. Czy to, że znasz kogoś z imienia i nazwiska i zamieniliście ze sobą kilka zdań, czyni was to od razu znajomymi? Czy może wymagało to jednak więcej wysiłku, rozmów, poznania się nieco większego – bo przecież kilka spotkań i dłuższych rozmów nie wrzucało ludzi od razu do worka osób sobie bliskich. Zależy też o czym się rozmawia, nie tak? O sobie, o życiu, o doświadczeniach, czy po prostu komentuje obecną sytuację na świecie czy jakieś kompletne głupoty, tak naprawdę nie posuwając się w kategorii „poznawania” kogoś o wiele. Wiele zależało po prostu od intencji; czy w ogóle chcesz kogoś poznawać, czy zupełnie tego nie potrzebujesz i w gruncie rzeczy wcale ci nie zależy; czy ktoś jest na tyle dla ciebie interesujący, że w ogóle masz ochotę rozmawiać na tematy, które umożliwiają poznanie drugiego człowieka, czy chodzi ci tylko i wyłącznie o coś innego (ostatecznie, jeśli chcesz z kimś pójść do łóżka, to wcale nie musisz tej osoby poznawać ani przed, ani po). Czasami chcesz kogoś poznać, ale nie masz zielonego pojęcia o czym rozmawiać i ta „znajomość” rozpływa się naturalnie, bo nie jesteście nijak kompatybilni. I czasami wyjazd do innego kontynentu wcale nie był żadnym poświęceniem. Być może były osoby w życiu Laurenta, które dały mu to odczuć, na przykład jego matka, ale czy nie wszystko obraca się wokół intencji? Zrywów serca? Przyzwyczajeń? Dajmy na to całą Afrykę. Egipt był gdzieś na górze kontynentu, a Uagadou, znajdująca się w Ugandzie – w cholerę dalej, bo w linii prostej z jej kraju zamieszkania do szkoły, to było jakieś 3500 km, to już nie była mała odległość, była wręcz ogromna. To nie było jak w Wielkiej Brytanii, że czarodzieje z Anglii byli w stanie w kilka godzin pociągiem przejechać do swojej szkoły, oddalonej jakieś… 400-500 km dalej. Były to nieporównywalnie większe odległości. Nieporównywalnie! Dlatego jeśli Ginewra, przyzwyczajona od dziecka, że część jej rodziny mieszka daleko, i skoro nie widywała ich zbyt często (ale widywała), teraz właściwie doświadczała tego samego, ale w drugą stronę… Oczywiście, że tęskniła. Ale to było jej marzeniem i właśnie je częściowo spełniała. Czy było w tym coś nieszczerego? Nie bardzo. Nie wszystko miało swoje drugie dno, nie wszystko było takie skomplikowane. – Pewnie zależy na jakiej płaszczyźnie – odparła spokojnie, bo nie zamierzała się martwić czymś, czego nie było teraz, a mogło się zdarzyć w przyszłości, a przecież jej losy mogły się potoczyć najróżniej. To nie tak, że marzyła, by zostać sama na całe życie, oczywiście, że chciała mieć w przyszłości swoją rodzinę. Ale podchodziła do tego bardzo swobodnie; może był to błąd i dlatego ciągle była sama, ale starała się tym zanadto nie przejmować, nawet jeśli była już po trzydziestce. – Akurat w tej historii nie ma opowieści o księżniczce pilnowanej przez smoka – wiedziała, że tylko ją zaczepia, bo widziała ten jego uśmieszek, dlatego sama odpowiedziała podobną zaczepką. Na wpół baśń, na wpół prawdziwa historia – trudno było powiedzieć, co było faktem, a co częścią wymyśloną. Mugole uważali Merlina za bujdę, gdy był prawdziwym czarodziejem, teraz zresztą uwiecznionym na kartach czekoladowych żab (z którymi to żabami Ginewra miała bardzo dziwną relację). Kobieta uśmiechnęła się leciuteńko, widząc reakcję Laurenta na tę prawdę objawioną dotyczącą jej dziwacznego imienia. A potem zachichotała w reakcji na jego słowa, zbyt teraz skupiona na obrywaniu gałązek z czerwoniutkich czereśni. – Po mojej również, miły panie. Jakoś nigdy nie wyobrażała sobie siebie jako damy dworu czy królowej, pomimo noszenia dwóch jakże królewskich imion. Zdaje się, że to nie to było jej marzeniem, nie władza, a zdobywanie wiedzy, odkrywanie tajemnic, jakie czas zakopał w tym świecie. Poniekąd każdy mógł po nie sięgnąć, tylko nie każdy miał wystarczającą wiedzę i zdolności. – Oczywiście, że by uradowało. O ile sprawiłoby to przyjemność Panu – mówiła całkiem szczerze, nawet jeśli zrobiła się z tego taka zabawna przekomarzanka. Przecież przyszedł ją odwiedzić, bo tego potrzebował; pragnął rozproszenia od przykrej teraźniejszości, być może wyciągnie z tego spotkania znacznie więcej niż chwilową poprawę humoru, bo spojrzenie na świat od innej strony. Ginny chciała, by Laurent czuł się dobrze, chociaż przez chwilę, i jeśli miałby się starać bardziej to tylko do momentu, w którym i jemu nadal sprawiałoby to przyjemność. Wszak nie chodziło o to, by wycisnąć go ze wszystkich soków jak cytrynę na lemoniadę, a o to, by oboje dobrze się bawili. A McGonagall bawiła się bardzo dobrze: mogła sobie pogadać jak lubiła, mogła posłuchać drugiej osoby, jak lubiła, mogła sobie poflirtować i mogła się pogapić na przystojnego blondyna ubranego gustownie w drogie fatałaszki, jak niesie drabinę pod pachą. A najlepsze w tym było to, że do niczego nie musiała go przymuszać, ot – sam chciał. – Nie ma za co – naprawdę nie było za co, chociaż rozumiała, że dla Laurenta nie było to takie oczywiste. I przyjęła te podziękowania, odwracając się raz jeszcze do Laurenta, by puścić do niego oko. Chwilę zbierała czereśnie w ciszy, aż dozbierała wszystko, co miała w zasięgu rąk, po czym wspięła się wyżej na drabinie. I Laurent przyznał się do tego, co mu się… przytrafiło. Nie widział jej miny, ale wyrażała coś na wzór smutku, zmartwienia tym, co usłyszała… Sen, w którym był raniony nożem i potem taki, po którym miał siniaki. Czy było to możliwe? Wiedziała, że tak. – Kiedy jesteście przyjmowani do Hogwartu, to sowy przynoszą wam list, prawda? – tak mówił jej ojciec. Może brzmiało to tak, jakby mówiła kompletnie od czapy, albo chciała zmienić temat, ale zupełnie tak nie było. – W Uagadou byłoby to trochę trudne do osiągnięcia, Afryka jest znacznie, znacznie większa niż Wielka Brytania. Szkoła wysyła posłańca snu. Mamy sen, w którym jesteśmy informowani, że zostaliśmy przyjęci do szkoły i rano… Rano budzimy się ze specjalnym kamieniem w ręce, takim pozostawionym przez niego – więc… ktoś wchodził do ich snu i zostawiał coś, co przenikało do rzeczywistości. Czy to odpowiadało na pytanie Sauriela? Chyba z nawiązką. – Więc jest to możliwe. Ale jeśli ktoś wykorzystuje sny do tak okropnych czynów… – na pewno były możliwości, by swoje sny blokować przed innymi, inaczej każdy mógłby w nie wejść i wyjść jak chciał. Tak jak można się było bronić przed namierzeniem czy niechcianą pocztą, tak przed tym na pewno też. Ginny aż zeszła z drabiny, zerkając teraz z powagą na Laurenta. – Kiedy to się stało? – zapytała miękko, choć teraz mógł zobaczyć, że miała w sobie coś z lekarza, który nie da sobie wejść na głowę. RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Laurent Prewett - 12.02.2024 Prosta i oczywista rzecz - odległość. Rzecz, która potrafiła niszczyć przyjaźnie, związki, potrafiła rozdzielać rodziny. Nie mogła jednak zatrzymać prawdziwych uczuć, jeżeli starało się o nie walczyć. Obie strony musiały się starać. To było trudne, potrafiły brzmieć wątpliwości, ale krew była gęstsza od wody. Swój do swojego ciągnął, a magia tkwiąca w naszych żyłach tylko to potwierdzała. Nie byłeś w stanie się wyrzec swojej rodziny, mogłeś to zrobić na papierze, mogli cię wypalić z gobelinu, albo udawać, że nie istniejesz. Nigdy nie zmienią jednak tego, co miałeś w swoim DNA. Porzucanie własnych dzieci, ranienie ich, porzucanie swoich rodziców - natura to wszystko znała i miała zapisane w swoich zachowaniach. Nie można powiedzieć, że zwierzęta były pod tym względem lepsze, bo działały dokładnie tak samo. Matka porzucała swoje dzieci, jeśli nie była w stanie ich wykarmić, albo pozbywała się najsłabszego z miotu. Nas, ludzi, różniło to, że nawet o porzucone sieroty staraliśmy się zabrać. Czasem bywało tak, że lwica potrafiła przygarnąć zagubione jagnię i wychować je jak swoje. Człowiek. Istota posiadająca swoją moralność, istota lepsza, wyższa, mądrzejsza. Tymczasem większość potrafiła zachowywać się jak hieny czy wilki, a jeszcze inni jak owce. Owczy pęd - to powiedzenie nie wzięło się z niczego. Proste dylematy tego świata zazwyczaj potrafiły ograniczyć się do pytania o ludzką naturę. O to, do czego w zasadzie zostaliśmy stworzeni. Do eksploatacji świata? Odległość. Odległość nie przeszkadzała ptakom, które wędrowały tysiące kilometrów - tak i sowa by sobie poradziła, tylko po co ją męczyć, skoro zamiast tego można opanować przydatną dziedzinę magii? Ta odległość więc była oczywista, a jednak wcale nie wymalowała się oczywistością w głowie Laurenta. Tak jak to, że Ginny takie odległości pokonywała, że nie mieli tam bardziej sprawnego środka transportu. Człowiekowi musiało zależeć na drugiej osobie, żeby przeszkody były tylko problemami do rozwiązania, a nie kłodami, które tę drogę zablokują. Kobieta, której zgrabne nogi miał przed sobą i pięknie zaprezentowane pośladki w spodniach, nie była tą, która cierpiałaby na ból tych nóg. A jeśli cierpiała to chyba się nie skarżyła. Zaciskała zęby, bo wiedziała, że musi dotrzeć do bliskich. Nie ważne, co by się stało i jaka byłaby to odległość. Zastanowiła go jej odpowiedź, ale nie chciał dalej drążyć. Czuł, że nie powinien. Czy to ze względu na swój komfort, czy właśnie jej... chociaż pewnie Ginny nie miałaby nic przeciwko. Uczucia potrafiły być niezwykle delikatną sprawą i jedno złe pytanie mogło całkowicie odmienić charakter rozmowy i jej atmosferę. Zejść z przyjacielskich uśmiechów na łzy. Temat zaś posiadania drugiej połówki, albo jej braku przy naszym boku, bywał tym bardziej drażliwy. Samemu mając bardzo mizerne doświadczenia uważał się za ostatnią osobę, która powinna czynić komentarze. Wiedział tylko jedno, z czym zgodził się z Victorią - nikt nie powinien być zmuszany do tego, za kogo wyjść i z kim być. Ludzie lubili się czasem zasłaniać doświadczeniem płynącym z lat. Mieli rację, lata dawały doświadczenie. Tylko że nie każdemu dobrze wychodziło zasłanianie się tym właśnie argumentem. Po Ginny się go nie spodziewał, ale nie chciał też grzebać w jej emocjonalności zbyt głęboko. Nie chciał jej przypadkowo zranić. Nie czuł też, żeby ten słoneczny dzień przy czereśniach był dobrym momentem na poruszanie takich tematów, gdzie mogło być nieprzyjemnie. A może nic się za tym nie kryło? Może Ginny za bardzo rozkochała się w opowieściach, żeby pokochać kogoś naprawdę? - Z tym nie będzie problemu. - Tak, to był flirt, to były delikatne zaczepki, tutaj nie działo się nic zobowiązującego. On się nie zobowiązywał do grania ku uciesze Ginny bez własnej przyjemności. To nie był wyzysk, to było dobre dopasowanie do siebie, kiedy ścierało się zmęczenie z powiek i trud z zaschniętych ust. Przyszedł tutaj rozedrgany, teraz cieszył się słońcem. Mógłby się tutaj położyć i zasnąć - w cieniu tych drzew, w tym błogim spokoju. Czuł się przy tej kobiecie bezpiecznie, chociaż ostatnie wydarzenia sprawiały, że wątpił prawie w każdego. I chociaż ufał - ufał z ograniczeniem. Nawet takim aniołom, jakim była Guinevere McGonagall. - Zgadza się. - Jaki to miało związek ze snami? Nie wiedział, ale odpowiedział na pytanie. Retoryczne, chyba retoryczne, ale jakoś się nad tym nie zastanowił, odpowiedź była automatyczna. Odsunął się, pozwalając jej zejść i wyciągnął dłoń, proponując potrzymać koszyk. Tylko zerknął do niego, bo nie wiedział, czy wędrują ku następnemu drzewu, czy jednak wystarczy. Ciekawe, czy jej babcia poszła po ten chleb..? Niektórzy starsi czarodzieje potrafili mieć problemy z pamięcią. - Nie słyszałem o tym. - Zaskoczyła go. Automatycznie przesunął dłoń ku swojej szyi, na złoty łańcuszek. Nie miał dziś ze sobą kamienia, który również został mu w dłoni po tym śnie, ale nosił go czasem na szyi. Dość często. Tak jak jedną perłę w formie kolczyka przy uchu. - Po jednym śnie również został mi kamień szlachetny w dłoni. - Czy to przypadek? Ale jakoś nie wierzył, żeby ktoś celowo wpędzał go w te wszystkie sny po kolei... chyba że ktoś się tak bawił? Wzdrygnął się na samą myśl i lekko potrząsnął głową. - Hmm... ostatnio w nocy 9 lipca, a wcześniej to był chyba noc 3 czerwca. - Albo przynajmniej te okolice. - Czy to jest istotne? - Częstotliwość snów, albo to, jak często się dzieją. Wolał, żeby to nie dążyło do jakiejś wielkiej, magicznej zagadki. Prawdę mówiąc to, że u nich w Ugandou tak potrafili i że ktoś opanował taką magię tutaj i wciągał ludzi w koszmary było... co najmniej niepokojące. RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Guinevere McGonagall - 13.02.2024 Jeśli komuś zależało, jeśli ktoś kochał i tęsknił, jeśli to wszystko było szczere – żadna odległość nie była problemem. Niedogodnością, oczywiście że tak. Ale nie problemem. Ginewra została wychowana w rodzinie, w której ojciec został w Egipcie z miłości. Nie z powodu wpadki, nie dlatego, że tak wypadało, nie bo ktoś go zmusił – to był jego wybor. Zakochał się w Egipcie, jego tajemnicach skrytych w piaskach, a później zakochał się w Farrah. Pozostawił rodzinę tysiące kilometrów dalej, swoich rodziców, swoich dziadków… i założył swoją. Ginny była więc od małego przyzwyczajona do tego, że rodzina nie mieszka w komplecie. Oczywiście, że lepiej przez to znała dziadków od strony matki, tych czystej krwi, ale też nieobce jej było podróżowanie, ani to, że ci, których kochasz, a którzy kochają ciebie, są daleko – i jakże cieszą się, gdy mogą cię zobaczyć. Za każdym razem była inna, bardziej dojrzała, bardziej dorosła… ale ten czas i odległość traciły na znaczeniu, gdy już mogli się zobaczyć. I teraz też przecież nie była obca Malcolmowi i Halsey; była ich wnuczką, którą w końcu mieli na dłużej przy sobie. Bliżej. Nikt tutaj nikogo nie porzucał, a jaka radość była, gdy w końcu można było zobaczyć tę swoją rodzinę… nikt tutaj się nikogo nie wyrzekał, nie było fochów, nie było obrażonej godności. Dziadkowie z pewnym westchnieniem przyjęli decyzję jej ojca, że ten zamierza osiąść w Egipcie, choć na pewno im się to nie podobało – ale szedł za głosem serca. Nie mógł więc zabronić Guinevere, by zrobiła to samo – bo byłby strasznym hipokrytą. Co innego być w Anglii już trzeci miesiąc, a co innego być tylko na jeden i wrócić do ciepłego Egiptu. Oczywiście, że to nie było tak proste, jakim musiało się zdawać, gdy się na tę kobietę patrzyło, bo najwyraźniej opanowała do perfekcji robienie wszystkiego tak, jakby była to najprostsza rzecz na świecie. Z drugiej strony dotychczas Laurent również perfekcyjnie maskował to wszystko, co drgalo w jego duszy; cały ten ból, strach, niepewność, przekonanie, że zostanie sam, albo że nie ma do zaoferowania nic, prócz powierzchownego piękna. Pewne rysy Ginny dostrzegła dopiero dzisiaj, gdy był taki nieobecny i zupełnie przypadkowo w toku rozmowy mówił o rzeczach, których być może normalnie wcale by nie zdradził. To było ciche zaproszenie do rozmowy. Jeśli Laurent chciał wiedzieć, był ciekaw, to wystarczyło tylko zapytać – do tej pory tak dobrze mu szło lawirowanie między lekkimi słówkami, flirtem a próbą wyciągnięcia z niej czegoś… to nie była żadna tajemnica, nie było żadnego urazu czy naciągniętej struny; Guinevere wciąż się uśmiechała, a jej opalone lico nie zdradzało, by temat był jakkolwiek niepożądany. Gdy brałeś – trzeba było też dać od siebie. A w tej chwili ona brała od tego eterycznego selkie całkiem sporo, skoro już zaprosił ją na swoją stronę murku. Nie piła z niego jak pijawka, nie o to chodziło, ale skoro już się otworzył, to delikatnie łaskotał, chcąc zobaczyć gdzie ta muszla się otworzy, by pokazać perłę, jaką skrywał w środku… i nie chodziło wcale o tę, która przerobiona została na kolczyk. - W takim razie się nie krępuj – odparła cicho i było w tym coś zmysłowego, kiedy przeciągnęła ostatnią sylabę. A później oberwała kolejna czereśnie z drzewa, by urwać ja z ogonka i wsadzić do ust. Drugą podała Laurentowi, schylając się na drabinie, by sam mógł spróbować, jakie pyszne owoce tutaj mieli. Gdy zeszła, podała mu koszyk, by mógł sobie do niego zajrzeć. Nie był jeszcze pełen, oczywiście, że pora była przenieść się na drugie drzewko i rozrywać resztę. Choć na razie drogę przerwała rozmowa o snach i ich realności. A także zmartwienie Egipcjanki. - Nie dziwi mnie to – uśmiechnęła się delikatnie, jak to potrafiła, leciutko wyginając usta ku górze. - Mogę ci kiedyś poopowiadać o Uagadou, jeśli będziesz chciał – ona coś niecoś o Hogwarcie wiedziała, siłą rzeczy – jej ojciec do niego uczęszczał i czasami wypowiadał się na temat szkoły wręcz fanatycznie (na szczęście, uważała Ginny, do Uagadou szło się rok wcześniej, więc dostała się właśnie tam). Obserwowała Laurenta z uwagą, zastanawiając się przez chwilę. - Trójka w numerologii jest określana jako liczba doskonała, niebiańska. Bo ma swój początek, środek i koniec. Dusza, ciało i umysł, to święta trójca. W teorii to szczęśliwa liczba… ale szczęśliwa była dla kogo? – odparła bez mrugnięcia. Zrobiła to dopiero teraz. - Dziewiątka to taka trójka na dopingu… to trzy trójki, tak jakby, chociaż, sama liczba bardziej związana jest z duchowością i regilijnością. Nie szła bym w to, że ktokolwiek to robi, to ma w tym jakieś cele związane z wiarą… ale jeśli rozbić same daty na liczby to zostaje nam jedynka oraz ósemka… zbytnia pewność siebie, podejmowanie ryzyka, próba osiągnięcia czegoś ważnego oraz z drugiej strony materialny sukces, dobry dzień na rozwinięcie działalności. Może ktoś to robi dla pieniędzy? Skoro miałeś dwa takie dziwne sny… nie wiem czy to przypadek. Przypadki rzadko się zdarzają w życiu… – pozwoliła sobie unieść dłoń, by delikatnie oprzeć ją na podbródku Laurenta i ledwie zauważalnie unieść jego głowę. - Masz chyba trudny okres, co? Dziwaczne, realne sny, rany, nieszczęśliwy wywiad, atak na rezerwat… – nie chciała tego sugerować, ale to się aż same prosiło… może komuś bardzo, ale to bardzo, nie pasowała obecność Laurenta? Że chciał go… wystraszyć? - Na szczęście życie jest ciągle odwracającą się monetą. Nigdy nie pozostaje w nieskończoność na jednej stronie – uśmiechnęła się do niego i cofnęła dłoń. - Chodź, jeszcze tamto drzewo. Chcesz teraz ty pozbierać? – żeby tak nie stał ciągle na dole… a przecież jej też się coś należało od życia. Też się mogła bezkarnie pogapić na jego tyłek na drabinie. - Nigdy się nie interesowałam jak dokładnie działa ten senny posłaniec. Chcesz, żebym popytała? Dowiedzieć się? – to była tylko propozycja… ale pewnie i tak by poszperała, pokopała, żeby zaspokoić własną ciekawość. RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Laurent Prewett - 14.02.2024 Jeśli tylko czegoś pragniesz... Żyjemy w świecie magii. W świecie, w którym słowo "granica" było tylko tym, co sam narysowałeś patykiem na ziemi czy kredą na bruku. Tu nie ma granic. Żyjesz według prawideł świata, bo nie jesteś w stanie osiągnąć wszystkiego, ale trzymając się zdrowego rozsądku jesteś w stanie osiągnąć wszystko. Brzmi bajecznie? Bo takie było. Bajeczne. Bajka. Nie, nie jesteś w stanie osiągnąć wszystkiego tylko pragnąc. Musisz działać. Nawet kiedy działasz to może się okazać, że niektóre rzeczy będą poza twoim zasięgiem. Powodów może być milion, ale wymienię ci parę z nich. Pieniądze, choroby, rodzina, czystość krwi, albo jej brud, charłactwo. To rzeczy najbardziej oczywiste, które będą ci przeszkadzać, a niektóre rzeczy całkowicie uniemożliwią. Nie zamienisz się nagle w dystyngowanego szlachcica czystej krwi, jeśli urodziłeś się charłakiem. Możesz co najwyżej udawać, kłamać, stać się szarlatanem twoich czasów, ale to stworzy piękne kłamstwo, które nadal będzie tylko bajką. Tak i nie każda podróż była dla każdego możliwa. Jednak jeśli kochasz... ludzie potrafili burzyć mury, żeby uratować swoją rodzinę. Rodzina ta nie zawsze oznaczała więzy krwi. Laurent nie mógłby powiedzieć, że łączyła go z Victorią krew, a jednocześnie był gotów nazwać ją swoją rodziną. Nie musieli mieć wspólnych krewnych. Pewnie gdzieś tam w drzewie znaleźliby pomieszanie nazwisk Prewett i Lestrange, nawet na pewno. Bliżej czy dalej wychodziło, że każda rodzina Anglii była ze sobą spokrewniona, kiedy mówiliśmy o błękicie tego, co płynęło w żyłach, ale to nieistotne. Jeśli myśleć o tym w ten sposób, to niektóre rzeczy stawały się wręcz obrzydliwe, a powodem było to, o czym rozmawiali już z Guinevere. I tu znów - nawet jeśli pragniesz idealnego rodowodu, to nie odnajdziesz go mieszając w tym samym kotle wiele razy. Najgłupsi nie byli ci, co pierwsi popełnili ten błąd. Najgłupsi byli ci, co znając historię ciągle go powtarzali. Laurent starał się nie być takim głupcem, chociaż wiedział, jak łatwo wracać do złych przyzwyczajeń i jak łatwo... puścić. Stojąc na klifie puścić się barierki, która jako jedyna utrzymywała twoje ciało na górze. Rodzina zaś dokonywała takich cudów, że łapali cię w locie i wciągali z powrotem na miejsce. Matki z przetrąconym kręgosłupem potrafiły jeszcze wyciągnąć dziecko z płomieni, zanim oddały ostatni oddech. Miłość potrafiła ochronić przed najpotężniejszym czarnoksięskim zaklęciem, jeśli tylko była prawdziwa i szczera. Ciężko było nie latać z głową w chmurach, marząc i dumając o czymś tak pięknym, czego chyba każdy chciałby doświadczyć, a tak niewielu było to dane. Przynajmniej Laurent sądził, że każdy by chciał. Doznać takiego głębokiego połączenia, jakby prawda objawiona została przekazana w twoje drobne dłonie. Tak, to było oświecające, musiało być. Zupełne porwanie duszy i umysłu, kołatanie serca nie dlatego, że coś boli. Delikatnie przesunął ręką po jej łydce, kiedy się pochyliła, niby to żeby zapewnić jej stabilność, czy też sobie, ale przecież to były tylko preteksty. Mógł się oprzeć o drabinę, albo o gałąź, kiedy się zbliżył i wyciągnął dłoń do czereśni, żeby ją odebrać, ale wzroku wcale nie miał skupionego na owocu, tak jak myśli, tak jak ciała. Skupiony był na niej. Łatwo było zapomnieć, jak rozkoszne potrafiło być egipskie słońce, kiedy swoje życie czekało się pod chmurnym, angielskim niebem na pojawienie się choć paru promieni, ale Ginny to słońce niosła ze sobą. Jak mógł tego wcześniej nie zauważyć, jak mógł gdzieś to pominąć w tym pędzie codziennych dni? Wiedział, jak. To właśnie przez to - przez ten pęd. Przez rytm narzucony z zewnątrz, na który wpływ miał minimalny. Gdzie szukało się bezpieczeństwa, siebie samego i jednocześnie bliskich. O wszystko trzeba było walczyć, wszystko trzeba było wyszarpać. Niektóre rzeczy można było traktować delikatnymi rękoma. Dokładnie tak, jak skarb, jakim była Ginny. - Pyszne. - Rozpływały się wręcz w ustach swoją soczystością i słodyczą. Puścił ją, żeby umożliwić jej zejście i na moment odebrał od niej ten koszyk - żeby było jej wygodnie. W końcu sam zamierzał przenieść drabinę, chociaż już w tym momencie sprawdził, czy się czasem nie ubrudził. To był wręcz już odruch, kompletnie niekontrolowany. Nie ważne, czy jesteś w polu i kopiesz kartofle, czy właśnie całujesz dłoń Królowej Anglii - zawsze musisz prezentować się tak samo dobrze. Mniej więcej taką naukę wbił mu Edward Prewett do głowy. Mniej-więcej, bo o kartoflach niczego nie było. Nie miał przy tym najmniejszego pojęcia, jak kobieta go odbierała. Niedobrze? Nie przeszło mu nawet przez myśl, że mogłoby tak być. Każde jej spojrzenie i gest mówiły w końcu coś innego, o czymś innym zapewniały. Jednak nie podejrzewał też, że szukała pereł na dnie ciemnego morza. Gdyby wiedział to życzyłby jej, żeby perły, które znajdzie, były jeszcze piękniejsze od tej, która zdobiła jego ucho. Choć raczej nie potrzebowała niczego szukać. W końcu sama była istotą odlaną z masy perłowej. - Słuchanie twoich opowieści to łączenie nauki z czystą rozkoszą. Zaskoczysz mnie, jeśli znajdziesz temat, na który nie chciałbym słuchać z twoich rozkosznych ust. - Tak, zaskoczyłaby go. Na pewno istniały takie tematy, których poruszać by nie chciał, nie przepadał za dramatycznymi opowieściami ze śmiercią w roli głównej czy okrutnych opisów, tak. Nie chciałby raczej słuchać o tym, ile dzieci musiało zginąć, żeby królowa mogła się kąpać w wannie pełnej krwi, żeby czuć się młodo. Tym nie mniej czułby się zaskoczony, że w ogóle taki temat został wybrany. To nie była prowokacja z jego strony, ale przecież na słowa powinno się uważać. On powinien uważać. Dzisiaj był jednak wyjątkowo nieostrożny. Ciężko było powiedzieć, że ktoś taki jak Ginny uwierzy w przypadek. Laurent nie zastanawiał się nad tym, czy to wszystko było tylko jakimś kaprysem Losu, kośćmi rzuconymi na stół, czy wielką próbą. Dla własnego zdrowia psychicznego już lepiej, żeby to było to drugie. Żeby chociaż znaleźć w tym wszystkim jakiś sens, jakikolwiek. Lekko pokiwał głową, słuchając uważnie numerologii. Na to również nie wpadł - żeby poszukać sensu i znaczenia tam, gdzie w zasadzie dla czarodzieja powinno być to bardzo naturalne. Może byłoby, gdyby był chętny bardziej o tym mówić, a kiedy powie to rozwinąć temat, zamiast wracać i się chować do tej muszelki. Guinevere chętnie się zaś wiedzą dzieliła. - Bywały lepsze chwile. - Tak, to był gorszy okres, ale nawet w gorszych okresach były też chwile dobre, niektóre nawet wspaniałe. Każda moneta posiadała dwie strony. - Z przyjemnością. I dziękuję za ciepłe słowa. - Złapał drabinę i przeniósł na następne drzewo, które wskazała. - Oczywiście, będę wdzięczny. - Nie chciał nadużywać jej czasu i jej dobroci, ale jeśli miała taką okazję i mogła ją bez większych problemów wykorzystać to chętnie skorzystałby na tym samemu, żeby lepiej zrozumieć to, co się dzieje w jego życiu. Wszedł na drabinę i również ruchem różdżki zadziałał na koszyk, żeby uniósł się obok niego. Nie to, żeby miał doświadczenie w zrywaniu owoców, ale nie raz i nie dwa musiał łazić po drzewach New Forest za ptakami, czy innymi stworzeniami, które utknęły, albo coś im się działo. - Jak podróżowaliście do szkoły? - Zainteresowało go to, bo posłaniec posłańcem, a jak oni wędrowali w sumie w tę i z powrotem? Za pomocą tego kamienia..? RE: [23.07.1972] Jaka jest przyszłość? | Guinevere & Laurent - Guinevere McGonagall - 14.02.2024 Jeśli tylko czegoś pragniesz – to dąż do tego, by się do tego zbliżyć. Nie znaczyło to, że na pewno się uda, ale wędrówka, jaką się po to przebędzie, była prawdziwą przygodą, która kształtowała osobowość. Per aspera ad astra. Prawdę mówił ten, kto wypowiedział te ważne słowa: to nie cel sam w sobie jest ważny, a droga, jaka ku niemu wiedzie. Cel wyznaczał szlak i kierunek, ale to co spotykało nas w trakcie, co pozwalało inaczej spojrzeć na pewne sprawy – to był prawdziwy skarb poznania. Ale trzeba było w ogóle postawić stopy na tym trakcie; nie leżeć i jedynie marzyć o tym, czego się tak pragnie. Czasami swemu szczęściu trzeba było dopomóc. Był to wysiłek, było to wyjście ze swojej strefy komfortu, było to poświęcenie, znoszenie dyskomfortu – ale czy cena nie była tego warta? Ginewra odpowiedziałaby, że była; z oczami skierowanymi w stronę Walii, kolebkę historii, które tak ją całe życie fascynowały… Skoro dostała propozycję pracy w Walii, co prawda przy czymś zupełnie innym… byłaby głupia, gdyby nie skorzystała. A nuż, kto wie, może natkną się przypadkiem na cokolwiek? To była fascynacja, jeszcze nie obsesja, ale pochłaniało to masę jej życia osobistego. To nie tak, że te marzenia przesłaniały jej wizję na własną rodzinę… Po prostu nie zakochiwała się tak lekko i nie odkochiwała po pięciu minutach. Uważała, że jeśli pisana jest jej miłość, to ta po prostu pewnego dnia się odnajdzie. Albo uderzy ją w głowę oczywistością, bo stała przed jej oczami od dawna. Nie zamykała się na to, ale też nie fantazjowała o wielkiej miłości z każdą osobą, którą napotkała, a która jej się spodobała. Nie wiedziała, czy każdy chciał coś takiego przeżyć – ona chciała, ale jej życie nie kręciło się wokół tego, nie chciała się rozczarować. Poczuła lekki dreszcz, który przebiegł jej po kręgosłupie i karku, gdy Laurent dotknął dłonią jej nogi; nieistotne, że przez materiał spodni (a tym lepsze były przecież by podkreślać krągłości, niż spódnica, która wszystko zakryje), poczuła ciepło dłoni drugiego ciała, dotyk, którego się nie spodziewała, a który był miły. Nie strąciła go, nie strzepnęła. Uśmiechnęła się za to do siebie, na krótką chwilę przymykając oczy, pozwalając, by ten kontakt rozlał się na sekundę więcej. Ptaki ćwierkały do siebie, rozmawiały ze sobą, przekomarzając się w listowiu wielu drzew, jakie znajdowały się w tym sadzie. Wiatr delikatnie kołysał liśćmi i gałęziami, a także kosmykami włosów wróżbitki. Promienie słońca ogrzewały, rosa już zdążyła wyparować. Ta chwila mogłaby trwać jeszcze kilka chwil dłużej, utrwalona w pamięci, wyryta dłutem na kamiennych tablicach wspomnień. Zapisana tym dreszczem na ciele. Wiedziała, że gdyby Laurent chciał, to złapałby się inaczej. Bo czy w ogóle była potrzeba, by ją przytrzymać, gdy tak jedną ręką trzymała się drabiny, a w drugiej wyciągała słodką, czerwoną czereśnię do blondyna, pochylając się do niego. Preteksty. Tworzenie sytuacji. Korzystanie z niej. Małe gesty, a pokazywały przecież tak wiele. Uśmiechała się, gdy już była z powrotem na trawie. Rozumiała, że każdy miał swoje przyzwyczajenia, ważne rytuały, a Laurent chciał dobrze wyglądać. Przecież ten komplement, który mu sprzedała – nie wziął się znikąd i nie był powiedziany na wyrost. Nie ubrudził się. A jednak i tak Guinevere wyciągnęła rękę, by strzepnąć niewidzialny pyłek, jaki osiadł na ramieniu jego koszuli, gdy tak potrząsała chwilę wcześniej drzewem. Ona też nie musiała tego robić, ale… pretekst.. To był pretekst. Jeden z wielu. – Nie prowokuj mnie, bo jestem gotowa faktycznie zacząć szukać taki temat, a żadne z nas przecież tego nie chce – powiedziała to ze śmiechem, ale znała siebie. Kiedy gdzieś zwietrzyła nosa do tego, by pokazać komuś, że może w czymś wygrać, w jakimś zakładzie, konkurencji, która wcale nie istniała naprawdę, a tylko w jej głowie… Było to frustrujące nawet dla niej, ale nie można było być idealnym… Teraz jednak nie było jeszcze żadnej chęci, by udowodnić komukolwiek na co ją stać. I wolała, by tak to właśnie zostało – by nie zobaczył ot tak tych brzydszych kolorów, jakie zdobiły jej pióra. Na szczęście jednak te niedoskonałości nie były widoczne jak na dłoni. – Ale o Uagadou mogę mówić. O ile odwdzięczysz mi się tym samym – jej oczy się uśmiechały, gdy to mówiła. – Co prawda nasłuchałam się od taty i co nieco od członków mojej ekipy… Ale twoja perspektywa też jest cenna – jej usta mówiły jedno, ale oczy szeptały krótkie „chcę cię poznać. Pozwolisz?”. – Sama zaczęłam się teraz nad tym zastanawiać. Spróbuję popytać, może zajrzę do biblioteki – już tam kiedyś była, na alei Horyzontalnej, razem z Cathalem i Letą – kilka tygodni temu. Była pewna, że akurat tam trafi i się nie zgubi… Musiała się tylko zastanowić nad tym, przy jakich tematach tego poszukać. Śnienie? Rytuały? Trans? Może wszystko na raz. A może to były jednak zagadnienia związane z nekromancją i dlatego Laurent nie wiedział nawet z czym się to je? Musiała pomyśleć, przeszukać pamięć, może już kiedyś się o to otarła, ale wtedy po prostu to zignorowała… Ale to nie teraz. Przenieśli się na drugie drzewko, Ginewra niosła koszyk, gdy Laurent, bardzo po męsku, taszczył ze sobą drabinę. Słowem się nie odezwała, gdy już wdrapywał się na górę i wyciągnęła do niego koszyk. A gdy ten zawisł w powietrzu, zrobiła dokładnie to, czego żadna szanująca się dama by nie przepuściła: całkowicie bezczelnie gapiła się na jego tyłek. Drabinę oczywiście trzymała – nie chciała, by Laurent spadł i zrobił sobie jakąś krzywdę. – Głównie świstoklikami, kilkoma, bo to była za duża odległość na jeden. Nie było innego wyjścia, nikt nie wybudował takiej długiej trasy kolejowej, a nawet gdyby, to jechałoby się w jedną stronę chyba kilka dni, może nawet tydzień. Jak ktoś miał bliżej, to korzystali też z latających dywanów, a najbardziej zdesperowani rodzice posiłkowali się teleportacją łączną… Ale w moim przypadku to były świstokliki. Rodzice mnie zawsze odstawiali aż do punktu zbiórki niedaleko granic terenu szkoły – wiedziała, że do Hogwartu podróżowało się głównie pociągiem, ale tata mówił, że byli tacy, z tych bogatych rodów, którzy chcieli zrobić wielkie wejście i się popisać i nie wybierali tego, co reszta. – A ty? |