![]() |
|
[12.06.1972r.] 3... 2... 1... Wydech... - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [12.06.1972r.] 3... 2... 1... Wydech... (/showthread.php?tid=2575) |
RE: [12.06.1972r.] 3... 2... 1... Wydech... - Neil Enfer - 31.01.2024 Każdy moment z nim spędzony, nieważne czy w smutku, relaksie czy szczęściu był dla niego cenny. Nie pozwalał sobie na wątpliwości i jak dziecko korzystał z chwili, nie patrząc czasami na przyszłość i możliwe scenariusze, co nieraz kończyło się bólem, gdy nieprzewidywany zły koniec w końcu przyszedł. Czy był głupi? Wolał określać to mianem wierzącego, że w końcu stanie się to czego pragnie, naiwnie, ale szczerze wierzył. Może na tym polega dorastanie? Tak często spotykamy się z porażką, że w końcu gorzkniejemy poddając się i nawet kiedy sukces przyjdzie, to nie cieszy on ani trochę. Teraz życie po raz kolejny go testowało. Jak miał rozumieć jego odpowiedź, a w końcu i działanie, jakie odsunęło ich od siebie? Z niepokojem go puścił, obserwował, jak wstaje i podchodzi do okna. Czekał cierpliwie na kolanach, a klęczenie na ziemi pomimo braku ciepła mężczyzny, dalej wydawało się być odpowiednie. Chłodna kara za nadzieję, za oczekiwania, za głupią wyobraźnię. Czy odsunięcie się było zaskakujące? Poniekąd nie, w końcu tyle razy już zostawał sam w mieszkaniu po jego odwiedzinach, tyle razy jak pies czekał przy oknie, aż zobaczy swojego Pana na ulicy przed kamienicą. Czekanie na Morpheusa weszło mu w krew i nawet nie wiedział czy jest na co czekać, choć dzisiaj przez chwilę poczuł, że owszem. Uśmiechnął się na jego słowa. Wstał spokojnie i podszedł do niego, stając przed nim, blisko, kładąc dłoń na jego ramieniu, przesuwając ją na kark, na włosy. Patrzył mu zakochany w oczy, wolną ręką chwytając ciemnoczerwoną zasłonę. -I tak mógłbym go słuchać całą noc.-wyszeptał, płynnym ruchem odgradzając ich welurowym materiałem od okna, od świata i niechcianych spojrzeń. Przyciągnął go do siebie żeby ucałować jego usta jeśli tylko ten się przysunął lekko, aby odwzajemnić gest. RE: [12.06.1972r.] 3... 2... 1... Wydech... - Morpheus Longbottom - 01.02.2024 Nie istniała historia o miłości Apolla, która zakończyłaby się szczęśliwie. Ikar, Kasandra, Hiacynt, Dafne. Nawet te, w których kochankowie przyjmowali bóstwo, wisiała nad nimi klątwa śmierci, ze względu na ich starzejące się, umierające ciała. Nic nie mogło równać się z jaśniejącym bóstwem słońca i widzenia przyszłości. Morpheus okrasił swoje gorzkie przemyślenia łykiem wina, taniny łagodnie pokryły jego wargi, trunek greków zabarwił jego usta lekką czerwienią, której tak brakowało na jego twarzy, wygłodniałej wilczym smutkiem. Nie patrzył na nic konkretnego, kątem oka widząc rozmytą sylwetkę Neila, zbliżającą się do niego. Dotyk na ramieniu był preludium, które łatwo odczytał, odkładając kieliszek na komodę niemal machinalnie, popychając stopkę końcówkami palca, nie patrząc co robi, lecz w srebrne jeziora oczu Efnera. Zawartość kieliszka zakolebała się, jak wzburzone morze skrwawione ofiarą, gwałtownie opuszczona dla innego doznania. Ciche westchnienie złych decyzji podejmowanych w ułamku oddechu wyrwało się z jego ust, tuż przed spotkaniem z wargami Neila, zamalowane kwaskowatą słodyczą wina. Pozwolił czarodziejowi wykorzystać swój wrażliwy stan żałoby, spotykając się nie w połowie, lecz samemu pokonując większość dystansu, która ich dzieliła. Niech całuje go, póki usta są jeszcze czerwone. Z pewnością tego jednego momentu, tej jednej sekundy, mieszczącej się pomiędzy jednym tik-tak zegara, objął ramieniem Neila, przyciągając jego całe ciało do siebie, aby czuć ciepło i wydrzeć samego siebie z rozpaczliwego marazmu nieszczęścia. Morpheus uśmiechał się, jakby chciał rozświetlić cały świat i całował, jakby chciał odebrać pamięć o tym, ile to jest dwa dodać dwa. Nagle znikało ego, odsunięte na bok w pełnym skupianiu na drugiej osobie, adorując milimetry ust i nie wykraczając dalej. Łagodnie i pewnie, bez agresji, która porywa niepotrzebnie i nie pozwala na przeżywanie innych bodźców w sposób pełny. Widział, co robił. Lubił cierpieć. Dłonie nie błądziły bezwiednie, stanowiąc raczej podstawę do wrażliwego intermezzo, gdy na chwilę trzeba było oderwać się i złapać oddech. Szybki szelest, nagle zbyt głośny dla nadwrażliwych zakończeń nerwowych. Kolejne sekundy mijały w powrocie do tej skromniej pieszczoty, niemal niewinnej. Pocałunek. Długi. Z zaznaczoną granicą. RE: [12.06.1972r.] 3... 2... 1... Wydech... - Neil Enfer - 01.02.2024 Zaryzykował wszystko nie będąc pewnym czy coś sobie wymyślił, czy faktycznie miał jakieś szanse na odpowiedź jakiej od dawna pragnął. Serce mu zatrzepotało gdy zobaczył, jak mężczyzna się przysuwa, jak ich usta się spotykają. Wyobrażał sobie ich spotkanie tyle razy, na pamięć znał wszystkie scenariusze, ale rzeczywistość okazywała się być o wiele lepsza. Jego dotyk w pasie, jego smak, gorący oddech. Choć zmęczony i w żałobie, pachnący papierosami, które zostawiły ślad nieprzyjemnego dla nosa zapachu na jego palcach. Wszystko było idealne i chciał w tym trwać dopóki mężczyzna nie zmieni zdania, a zdobi to, na pewno uzna to zajście za pomyłkę, za błąd złego samopoczucia, ale nawet jeśli był jedynie pocieszeniem, to mu to wystarczało. Przynajmniej tak sobie wmawiał. Całował powoli, kosztując go czule, ogrzewając dłonią jego kark, zaciskając palce na ramieniu, które zaraz zadrżały gdy przenosił je na jego szczękę w chwili oddechu. Zimne opuszki dotknęły jego skóry. Skąd ten strach? To przez niepewność, że ranny jelonek się zaraz spłoszy i zaatakuje lub co gorsza ucieknie? Dalej nie ufał, że to wszystko się dzieje, choć zrozumiałby odmowę. Nie chciał go do niczego zmuszać, nie chciał go wykorzystywać, choć sam zrobi dla niego wszystko i odda się mu w każdy sposób jaki przyjdzie Morpheusowi do głowy. Palce spłynęły na jego kołnierzyk, na pierwszy guzik koszuli, który wprawnym ruchem dostał rozpięty i jeśli czarodziej pozwolił, zaraz drugi guzik spotkał taki sam los, podczas gdy usta kolejnym, nieco śmielszym pocałunkiem skupiały na sobie uwagę. RE: [12.06.1972r.] 3... 2... 1... Wydech... - Morpheus Longbottom - 01.02.2024 Kurtyna zasłony odgradzała ich od świata, a Morpheusa od jego lęku i wraz z tym odcięciem, przyszło rozmycie innych obaw. Pierwszy krok padł, skała skruszyła się pod stopami i pędziła w dół, zabierając kolejne kamyki, tocząc się w dół lawiną. Głód narastał, w dłoniach, które zacisnęły się na odzieniu Neila, kotwicząc ich osoby; w nogach, które pragnęły go oplatać, tak wężowe ciało, zgniatające swoją ofiarę; w lędźwiach, szukających miejsca zetknięcia, na co nie zezwalał w opanowaniu. Opanowaniu zanikającym z każdym pogłębieniem się pocałunku, gdy ślina i języki mieszają się, tworząc pierwszy stopień zjednoczenia. Zatrzymał sprawne palce Neila, układając na nich swoją duża dłoń i lekko zaciskając, unieruchamiając go, nie zezwalając na dalsze odkrycie skóry z kiru odzienia. W kontraście do tego sam pocałunek Morpehusa stał się dużo bardziej zachłanny, jakby złożony tylko z czystej, wyklarowanej rządzy przyjemności, jakby mógł w ten sposób zaspokoić ich oboje. Druga ręką powędrowała na szyję Neila. Położył kciuk na jego jabłku Adama. Przerwał, nie odsuwając się jednak ani na pół całą, pauza podczas której oni oddychają, a świat dech wstrzymuje. Pod palcami czuł puls Neila, ciepło jego skóry, gładkie łuki i wygięcia mięśni szyjnych. — Nie bądź zachłanny — mruknął, jeszcze bardziej ochryple niż zwykle, wprost w usta młodzieńca, czując wzrastającą własną frustrację w ciele z decyzji, jakie podejmował umysł. — Nie dzisiaj. Spragniony ciepła, człowieka, bliskości, gotów był na podobnie łaskawą ofiarę, jak drugi czarodziej, na ołtarzu ekstazy. Ten baranek paschalny jednak miał zbyt wysoką wartość, aby od tak zedrzeć z niego złote runo, a później pozbyć się resztek i zapomnieć o nim, odnawiając rytuał na coraz to nowej owieczce. Dlatego postanowił go całować dalej, wymalować kwiecie przyjemności w głowie tamtego tylko tą prostą pieszczotą, aby docenić ją, jej finezję, nie tylko jako drogę do jakiegoś celu, ale właśnie sam cel. Neil miał zapomnieć jak ma na imię i gdzie się znajduje tylko od pocałunku i tak właśnie całował go Morpheus. W powietrzu nadal brzmiała odmowa, podkreślona obrotnicą czegoś więcej. Nie tego dnia, lecz iskrzyła się nadzieją. RE: [12.06.1972r.] 3... 2... 1... Wydech... - Neil Enfer - 01.02.2024 Chciał go więcej i więcej, czy to było zbyt wiele? Z czasem przestał o tym myśleć, podążając za jego ruchami i dotykiem, goniąc za nim gdy tylko się oddalał. Wzdrygnął się lekko czując uścisk na dłoni. Nie był mocny, jednak zatrzymanie tego co robił wystarczająco go spłoszyło. Cały czas się oszukiwał, stale i bez końca, niezależnie od pory dnia i nocy, nawet teraz. Zadrżał lekko czując delikatny dotyk na szyi. Spojrzał na niego spod przymrużonych powiek i zaraz potulnie i ledwo zauważalnie pokiwał głową. Nie dzisiaj. Czy kolejny raz na pewno nadejdzie? Czy tylko go wodzi za nos? Może nie był tym kogo szuka w tym aspekcie, a może faktycznie nie był gotowy. Przełknął ślinę oddychając cicho przez rozchylone wargi, czekające na zgodę aby kontynuować lub na wyśmianie i porzucenie. Nie chciał być kimś kto po otrzymaniu palca bierze całą rękę, ale jeśli chodziło o Morpheusa, to taki był, tylko przy nim. Wrócił nieśmiało do pocałunku, dłoń ponownie zacisnęła się na jego koszuli, chcąc powstrzymać telepanie się. Zbyt wiele sprzecznych emocji kłębiło się w jego głowie, jednak w końcu te negatywne zaczęły opuszczać jego umysł wraz z mruknięciami i westchnieniami rozkoszy jaką dawała mu ta fizyczna bliskość czarodzieja, w którego chciał się wtulić jeszcze mocniej. Chciał być obejmowany, trzymany silnie w ramionach aż poczuje że nie może złapać tchu. Czuł miękkość w kolanach, z kolejnym cichym sapnięciem obejmując go w ramionach, aby utrzymać się i nie upaść. Nigdy nie było mu tak dobrze jak teraz. Nigdy nic tak skutecznie nie odciągało go od jutrzejszej pracy, od problemów rodzinnych, od strachu przed utratą i porzuceniem. Poczuł, jak pod zamkniętymi powiekami zbierają się łzy, które w końcu znalazły ujście, spływając swobodnie po policzkach. Nawet jeśli to obiecane ,,kiedyś" nigdy nie nadejdzie, jeśli to ,,dzisiaj" jest jedynym w życiu, to nie zapomni o nim nigdy, nie pozwoli sobie na to. RE: [12.06.1972r.] 3... 2... 1... Wydech... - Morpheus Longbottom - 01.02.2024 Wszystko było cyklem, który samoistnie się powtarzał, a w nim mniejsze okręgi cykliczności, jak pory roku, jak rutyna dnia, jak poznawanie i porzucanie. Morpheus balansował na linie pomiędzy kontrolą i poddaniem, jakby został stworzony do cyrku. Desperacko szukał wyjścia z dualizmu i iluzji wyboru, pomiędzy prawdą i ułudą, kolejną parą, śmiejącą się w oczy jego pragnieniu, aby wszystko było płynne i miękkie, aby mógł przesuwać swoje palce między ciemnymi puklami włosów Neila, zaciągać się złocistym zapachem ziół. Trwanie jako bóg, to odrzucenie bycia osobą. Nigdy się nie zmieniasz, pozostajesz taki sam, niczym zastała woda, a to, co uosabiasz jako bóstwo, może nawet nie być najukochańszym twoim aspektem. Jest się pojęciem, abstrakcją. Określonymi ramami i ograniczeniami. Nie było wychodzenia poza definicje. Nie było spektrum, osiągalnego, gdy jest się śmiertelnikiem. Zwykle nieskonfliktowany ze swoimi pragnieniami, teraz drżał przed konsekwencjami. Wyginał morale, które zaszczepiło w nim życie i złamał swoje zasady dla niego. Czy śmierć będzie wystarczająca? Czy to wystarczy? Ujął zimną dłonią twarz Neila, w ferworze pełnego tańca zmysłów, by poczuć wilgoć łez na skórze pod palcami. Natychmiast, z zadyszką i zarumienionymi licami, odsunął od siebie twarz Efnera, przyglądając się rysom, nabrzmiałym od pocałunków ustom, szklanym oczom. Trzymał jego twarz w dwóch dłoniach. Jedną opuścił, aby ułożyć na klatce piersiowej mężczyzny, drugą przesunął w dół, niemal trzymając go za szczękę, nie pozwalając się odwrócić od natarczywego spojrzenia czerni. W tym dominującym geście szukał kotwicy. Stałego gruntu, którego nigdzie nie było. Tylko wąska tratwa parapetu i sztorm wątpliwości. — Dlaczego twoje serce płacze? — zapytał, opierając swój kciuk na dolnej wardze Neila. Czuł uderzenia serca pod swoją dłonią. Właśnie dlatego odmówił większej bliskości, w żałobie, w żałości, zamiast swobodnej rzeki emocji, rozlane kielichy. Tworzyli przepiękny obraz nadchodzącej tragedii, gdy druga osoba będzie miała żal o zerwanie nici zaufania i przekroczenie granic. Nie dzisiaj. Nie gdy są wątpliwości. Prawie jakby Sprawiedliwość położyła odpowiednie odważniki na swojej wadze i zdjęła opaskę na oczach, aby wygłosić wyrok. RE: [12.06.1972r.] 3... 2... 1... Wydech... - Neil Enfer - 01.02.2024 Nie powinien płakać, to nie on doznał niedawno cierpienia utraty bliskiej sercu osoby. To nie on był obarczony niesamowitą odpowiedzialnością, która za nic nie chciała zniknąć i zostawić w spokoju nawet gdy opuszcza się pracę i kryje w domowym zaciszu. Morpheus był tym, który miał prawo do ronienia łez, do szukania ukojenia w przytuleniu i dotyku, do dopraszania się o niego. Nie spodziewał się przerwania pocałunku i brutalnego przywrócenia do rzeczywistości gdy zimno dotknęło jego policzka, a ciemne oczy próbowały wejrzeć w duszę. Od razu uciekł zamglonym spojrzeniem w bok, jednak łzy ciekły dalej kiedy mężczyzna go przytrzymał, by patrzył tylko na niego. Jak miał mu powiedzieć, że to przez niego te łzy? Że czarodziej daje mu właśnie najlepsze chwila życia, jednocześnie wbijając nóż w serce? Roztrzęsiony otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie powiedział ani słowa, opuścił jedynie oczy na jego usta, zachowując tajemnice nieszczęścia dla siebie. Nie wymusi nic na nim, nie chciał tego, stawiając go pod ścianą przed wyborem jakiego musi dokonać tu i teraz. Wiedział, że nie będzie mu dane cieszyć się z nim życiem do końca ich istnienia. Morpheus musi znaleźć żonę, mieć dzieci, będzie cieszył się z nimi słonecznymi dniami, a gdy przyjdzie deszcz będą razem obserwować wyścig kropel na szybie. Jego nie było w tym pięknym obrazie. Nie powinien być o to zły, zależało mu na czarodzieju, na jego szczęściu i sukcesie. Nie chciał go pociągnąć ze sobą na do, blisko którego i tak jest przez swoją krew. Zacisnął dłonie na jego koszuli, mocno, aż skóra pobielała, a na materiale utrwalą się pozaginane mozaiki. -Po prostu nie przerywaj.-wyszeptał cicho, drżąc cały w jego ramionach, z głową opuszczoną, jak skazaniec czekający na wykonanie wyroku. RE: [12.06.1972r.] 3... 2... 1... Wydech... - Morpheus Longbottom - 01.02.2024 Morpehus korzystał z przywilejów najmłodszego syna całym sercem. Nie ożenił się, deklarował, że nie chce mieć dzieci, że jest poślubiony swojej pracy, a najważniejsze są dla niego przepowiednie i zawsze będą. Mało kto wiedział, że za tymi decyzjami stało imię, które znali absolutnie wszyscy, twarz, która szczerzyła się z okładek Czarownicy. Vakel Dolohov zrobił bałagan w jego duszy i uczynił z niego głupca. Im starszy był Longbottom, tym bardziej widział prawdę tego, jak bardzo skrewiona była ta relacja i jak małostkowe uczucia rządziły nim, gdy tylko pojawiło się w jego głowie wspomnienie tamtej miłości. Gdy patrzył na Neila, odwracającego od niego wzrok, czuł gorycz swojego istnienia. Czy młodszy mężczyzna, pomimo swoich słów, próbował się wycofać? Na pewno z konfrontacji. Wątpliwości na nowo wpłynęły w wody umysłu wieszcza, próbując zmusić go do użycia daru, zwabić w podstępną pułapkę zerkania do przodu, zamiast pozostania obecnym w chwili. Uspakajał oddech, splamione smołą płuca nie drgały w jego piersi tak spazmatycznie. Nie umiał radzić sobie z własnymi, skonfliktowanymi uczuciami, ale jedno było pewne, gdy kogoś całujesz, a ta osoba płacze, nie jest to reakcja, której chcesz i trzeba przestać. Więc przestał, mimo prośby. — Neil, spójrz na mnie — poprosił łagodniej, przesuwając rękę z ust na szyję i łagodnym ruchem obejmując go, nadal trzymając ten minimalny dystans. — Muszę wiedzieć, że tego chcesz i czego pragniesz. Co sprawia, że odbierasz sobie radość. Czuję, jak myślisz, nawet jeśli nie wiem, co, ale wyraźnie sprawia ci to ból. Nie chcę, żebyś się torturował. Jestem nadal tą samą osobą, co przed chwilą, więc mów do mnie. Czy francuz żałował? To też mogło być możliwe, może nadal balansował na granicy akceptacji i odrzucenia swojego pożądania, mógł być tak samo zagubiony, jak on sam mniej więcej w jego wieku, gdy jeszcze myślał, że można być albo pedałem, albo normalnym mężczyzną, bo to słyszał z ust swojego otoczenia. Dlatego tak często zwracał się ku Apollinowi, złocistemu bóstwu poezji, słońca i jasnowidzenia, bo Apollo kochał Hiacynta i Dafne i Kasandrę. Wieszcz nie wiedział nic o doświadczeniach przyjaciela (czy nadal mogli się tak nazywać?), bo o tym się nie mówi w obawie przed odrzuceniem, przed ostracyzmem społecznym, a jeszcze do niedawna w obawie przed więzieniem. Czy Morpheus kochał Neila? Tak. Tak. Może. RE: [12.06.1972r.] 3... 2... 1... Wydech... - Neil Enfer - 01.02.2024 Żal był, smutek również, przygnębienie, złość, nieufność, a zaraz obok szczęście, ekstaza i niecierpliwość gdy trzeba czekać na kolejne unoszące do nieba doznania. Nie bywał w takich sytuacjach, zawsze trwał jedynie w wyobraźni i oczekiwaniu że skrywane życzenia się spełnią. Istniały wróżby, przepowiednie i zaglądanie w przyszłość, ale nigdy w żadnej z nich nikt nie stał u jego boku. To było rozczarowujące, ale dobrze przygotowywało na przyszłość, która nadejdzie niezależnie od naszej woli i można ją powstrzymać tylko w jeden okrutny dla samego siebie sposób. Z ociąganiem wysłuchał jego prośby, uniósł wzrok pogrążony w poczuciu winy i jednocześnie przeprosinach, że tak miesza w życiu czarodzieja. Obiecywał zrozumienie, ale czy na pewno był tą samą osobą? W ciągu tych paru chwil tyle się zmieniło. Nic nie było pewne. Jednak czy oszukiwanie było zgodne z tym co sam głosił? Nie. Zacisnął usta, położył lodowate dłonie na jego nadgarstkach, obejmując je nie aby je odciągnąć, a przytrzymać przy sobie, blisko, na zawsze. -Chcę ciebie... Tylko ciebie... Boję się, że będziesz żałować. Że kiedy jutro wino wyparuje i się uspokoisz to znienawidzisz mnie i już nigdy cię nie zobaczę.-wyznał cicho, nie umiejąc utrzymać wzroku w górze. Przygniatał go ciężar jego własnych słów, które też mogły dla kogoś być pretekstem do obrzucania błotem. Czy to wyznanie miłości? Pożądania na pewno, bo odrzucenie jego nie zaboli tak bardzo, jak odrzucenie chęci spędzenia razem reszty życia.-Obiecaj, że nawet jeśli jutro będziesz o mnie myślał najgorsze rzeczy, to odwiedzisz mnie jeszcze ostatni raz, żebym się mógł pożegnać.-poprosił. Nie chciał być odrzucany w milczeniu, skazany na domysły i niewiadome. Kiedy sprawy są dobrze zamknięte, trochę łatwiej znosi się samotność która nie była wyborem. RE: [12.06.1972r.] 3... 2... 1... Wydech... - Morpheus Longbottom - 01.02.2024 — Neil — wypowiedział pieszczotliwie jego imię. — Neil. Nie jestem pijany, nie ma co, jak to powiedziałeś, parować. Nie jesteś pierwszym mężczyzną, którego pocałowałem, więc nie mam czego żałować, noszę bagaż doświadczeń, o których nie mówi się głośno. Jedyną obawą jest nasza przyjaźń, ale czasu nie da się cofnąć i mówię to z pełną świadomością Niewymownego. Przez dwa lata znajomości francuz nauczył się, że kiedy starszy mężczyzna przerywa mówienie o swojej pracy, nie należy naciskać i próbować dowiedzieć się więcej, bo będzie zmyślał i to bardzo otwarcie, łgając o tym, że w Sali Śmierci przymierzają trumny dla wampirów i oceniają, które poduszki najlepiej nadają się na wieczny spoczynek. Niejednokrotnie zdarzało się, że wieczór spędzony przy jakiejś rozmowie przerywała sowa z Ministerstwa, niosąca wezwanie dla Morpheusa, a wtedy ten żegnał się w pośpiechu i teleportował na miejsce niemal w biegu. Departament Tajemnic stanowił tę część jego życia, jak wspominał wielokrotnie, do której wstępu nie miał nikt. Większość wiedziała tyle, że to najbardziej tajemnicze miejsce w całym Ministerstwie i że ludzie często tam znikają. Fakt, że Morpheus pracował tam dwanaście lat mówiło o nim wiele. Powoli powrócił niecierpliwymi rękoma, nie wyrywając się z uścisku na nadgarstkach, do policzków chłopaka. Wiedział, jak to jest widzieć suknię ślubną uszytą z jego własnych marzeń i snów. Nie zamierzał pozwolić Neilowi popełnić jego głupich błędów. Dlatego znów okolił rękoma słodką twarz, jak święte dewocjonalia i zaczął scałowywać łzy i ich ślady. Ciepłe pocałunki motyli, namaszczenie i sakrament. Jeśli Neil pamiętał cokolwiek z wywodów Niewymownego w półmroku swojego mieszkania, to że błogosławieństwa od bogów to prawdziwe przekleństwa. — Obiecuję Neil, jeśli tego potrzebujesz, obiecuję. Ty też musisz mi coś obiecać. Nie rozrywaj swojej duszy dla mnie. Po mnie będą inni, równie warci kochania. Ja jestem zbyt zgorzkniały i egoistyczby, i chociaż na swój sposób kocham cię, nie w taki sposób, w jaki byś chciał. I był szczery we wszystkim co mówił. Nie chciał łamać jego serca, nawet jeśli czuł, że właśnie to robił. |