![]() |
|
[17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122) +--- Wątek: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? (/showthread.php?tid=2637) |
RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Morpheus Longbottom - 22.02.2024 Miał być wsparciem, dodatkowym, ale gdy starał się dojrzeć przyszłość, tylko więcej krwi wypływało z jego nosa, co skrzętnie wycierał. Już nie przejmował się chusteczką, tylko używał do tego rękawa, nie było czasu na takie fikuśne przyjemności, jak wykrochmalona i haftowana inicjałami lniana chustka. Czasoprzestrzeń kpiła z niego wyraźnie, nie pozwalając mu na używanie własnych talentów w jakikolwiek pomocny dla drużyny sposób, pozostając kulą u nogi. Chciał ponownie rzucić zaklęcie, swoje ulubione zresztą, zatrzymujące obiekt w czasie i przestrzeni, zwalniając dla niego czas, ale tu znów, tylko kolorowe iskry i cisza. Miał ochotę zagryźć zęby na różdżce, ale zaraz pomyślał o tym, z jaką delikatnością obchodziła się z nią Septima i frustracja zgasła. Pozostało mu jedynie obserwować otoczenie i szukać drogi ucieczki. — On będzie wiedział, gdzie jest wyjście, jeśli jest twórcą tego... Wymiaru — rzucił do Lestrange'a podążając za nimi i osłaniając tyły na ile się dało. Zerkając kontrolnie za siebie, aby nie złapano ich w ogień krzyżowy. RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Brenna Longbottom - 22.02.2024 Mój rzut na przemianę Niesamowita tarcza Rolpha (Livka kazała uwzględnić, że będzie rzucał, więc nie ma obrywania. Brenna bywała przekorna, ale w tym wypadku nie ruszenie się nie wchodziło w grę, bo przecież, do licha, czekała właśnie na to, żeby ktoś odczarował te cholerne schody, bo z dołu nie za bardzo mogli wycelować zaklęciami w atakującego ich mężczyznę. Po prawdzie nawet nie usłyszała, co dokładnie kazał robić Lestrange, bo już skakała do przodu. Dosłownie skakała. Mogło wyglądać to dziwnie w pierwszej chwili - nie miała przecież szans pokonać jednym skokiem salonu, za to istniała spora szansa na zaliczenie bardzo widowiskowego upadku tuż pod schodami. W istocie jednak Brenna oszacowała po prostu, że nie ma szans, aby dopadła stopni, wbiegła po nich i jeszcze pokonała fragment korytarza, nie obrywając po drodze żadnym zaklęciem albo nie odbijając co rusz ciskanych w nią klątw - a w takich starciach to zawsze atakujący miał przewagę. Przynajmniej nie mogła zrobić tego na ludzkich nogach. Przemieniła się w locie. Czar, który frunął ku niej z góry, może by trafił, może nie, ale nie mieli szansy się przekonać - rozbił się bowiem o absolutnie przepiękną tarczę, wyczarowaną przez Lestrange'a, i nawet jej nie naruszył. Gdyby nauczyciel OPCM Rodolphusa z czwartej klasy, gdy uczyli się stawiać tę barierę, obserwował go teraz, bez wątpienia załkałby teraz z dumy i przez łzy powiedział, że uczeń daleko przerósł mistrza. Może była to nawet najlepsza tarcza, jaką kiedykolwiek dotąd wyczarował: chęć wydostania się z domu - pułapki dodała mu motywacji? Wilczyca, osłonięta przed zaklęciem, wystrzeliła do przodu, ciemna błyskawica, pokonując w pędzie salon, śmignęła po schodach i już rzuciła się ku ich oponentowi, z warkotem, narastającym w wilczym gardle, by obalić go na ziemię. Sekundę później mężczyzna miał możliwość obserwowania wilczych kłów z odległości, z jakiej zazwyczaj paszczy dzikiego zwierzęcia nikt o zdrowych zmysłach nie ma ochoty oglądać. RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Rodolphus Lestrange - 22.02.2024 Zaklęcie zza jego pleców nie poleciało - nie miał jednak czasu na to, by się obejrzeć i zorientować, czy Longbottom zaspał, czy zgubił różdżkę. Słyszał szelest materiału i przesuwanie nóg po panelach, drugi Niewymowny więc żył i wciąż znajdował się za ich plecami. Póki nie usłyszy huku, który zwiastowałby bliskie spotkanie z podłogą, nie miał zamiaru tracić z oczu ich wspólnego celu. Przed oczami jednak mignęła mu Brenna, przemieniająca się w wilka. Ta forma animaga była zdecydowanie bardziej przydatna, niż jego własna. Być może kobieta nie mogła w tej postaci rzucać zaklęć, ale po co komu zaklęcia, skoro miała pysk pełen zębów? Mignęło mu tylko przez myśl, że nie chciałby teraz za żadne skarby świata zamienić się z czarodziejem, którego chcieli dopaść. Lestrange ruszył do przodu, bo już widział masę luk w ich planie. Pierwszą, najpoważniejszą, był fakt że w ludzkiej postaci był zbyt wolny, by osłaniać Brennę, szczególnie że ta w tej chwili prędkością biła go nie o głowę, a co najmniej dwie. Drugą był fakt, że skoro drugi Longbottom nie był w stanie czarować, to coś dziwnego musiało się z nie-rzeczywistością dziać. Nie wierzył, że mężczyzna z tak dużym stażem i doświadczeniem po prostu chybił, zignorował polecenie lub był zbyt wolny. Rodolphus przeskakiwał o dwa stopnie, nie wspomagając się jednak lewą ręką, co zwykle robił za dzieciaka, biegnąc w górę schodów. Nie chciał dotykać niczego bardziej, niż to było konieczne. Zarejestrował to, co mówił do niego Morpheus. Być może Brenna nie była w stanie go usłyszeć, a być może usłyszała: ale nie chciał ryzykować, że jej wilcze kły zatopią się w szyi nieszczęśnika. Brenna stała mu na drodze, zasłaniała czysty strzał, którym mógłby unieruchomić przeciwnika, do którego właśnie dopadała. Mężczyzna, odziany w czarną, spraną szatę, która lata świetności miała już dawno za sobą, uniósł rękę z różdżką, chcąc bronić się przed wilczycą. Brenna więc z łatwością kłapnęła zębami i pochwyciła jego dłoń. Mężczyzna wrzasnął przeraźliwie, wypuszczając różdżkę. - Nie zabij go tylko - podniósł głos, by przebił się przez krzyk pełen bólu. Sam nigdy praktycznie nie krzyczał, jego gardło nie było przyzwyczajone do tak wysokich, głośnych tonów. Już nie czuł irytacji, a złość: nie mógł wesprzeć brygadzistki zaklęciem, nie zdąży podbiec, by odkopnąć różdżkę. Machnął więc swoją, chcąc przyciągnąć własność przeciwnika do siebie. Różdżka czarownika potoczyła się odrobinę poza zasięg drugiej dłoni, którą ten już chciał ją chwycić. W pomieszczeniu, w którym się znaleźli, iskrzyło. Słychać było głośniejsze i cichsze trzaski, a niebieskie iskry przebiegały wokół ramy lustra, na której wyryto klepsydrę, na samej górze. Gdy Morpheus do nich dobiegł, zdawało mu się, że ta odrobinę się ruszyła w prawo. unik przeciwnika translokacja RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Morpheus Longbottom - 23.02.2024 Podeszwy butów Morpheusa były ze skórzane, bo nie kupował gotowego obuwia, każde zostały uszyte przez szewca specjalnie dla niego, na miarę. Zarówno niewysoki obcas, jak i cała reszta wykonana z cielęcej, licowej skóry, sprawiała, że jego kroki nie piszczały na deskach podłogi i w przeciwieństwie do niektórych modeli wieszcza, z drewnem, nie stukały. Nie znosił dźwięku, jaki wydawały na obsydianowych posadzkach Departamentu Tajemnic, więc do pracy ich nigdy nie nosił, tylko na potańcówki, jak widać całkiem słusznie. Poirytowany działaniem swojej magii, czy raczej jego brakiem, szedł dokładnie za Rodolphusem, zmuszając się do widzenia, a im bardziej się zmuszał, tym gorzej się czuł. Z zadyszką dotarł do miejsca, gdzie Brenna szczerzyła swoje kły — Zabierz mu różdżkę — rzucił do Rodolphusa, właściwie w tym samym momencie, gdy drugi Niewymowny się nią zajął, czując, że coś spływa mu po policzku. Wytarł to i spojrzał na swoją rękę, na której pojawił się kolejny krwawy ślad. Nie, nie, nie. — Lustro, wszystko jest odwrócone — próbował jeszcze coś dojrzeć, zarówno w rzeczywistości, jak i w niciach przyszłości, ale jego wzrok rozmywał się, napływała na niego karmazynowa ciemność, a po policzkach spływały kolejne krople krwi. Trzecie oko nie chciało czytać dla niego świata, a jego twarz przyjęła groteskowy obraz świętych chrześcijańskich. W ustach czuł też smak krwi, która spływała z jego nosa do ust. Po omacku znalazł ścianę i oparł o nią ciężko, łapiąc oddech, nie tylko dlatego, że schodach pokonały jego płuca, ale też z narastającej paniki. Przeciążył się, zwłaszcza po ostatnim... Jego dar był operowany przez inną duszę w jego ciele, co nieco rozstroiło samego Longbottoma po powrocie, gdy sam pławił się w ciszy i normalności. Normalność skończyła się. Nawet jakby miał walczyć na ślepo, zrobi to. RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Brenna Longbottom - 23.02.2024 Brenna przemieniła się z powrotem w tym samym momencie, w którym Lestrange przywołał do siebie różdżkę. Wprawdzie nie ugryzła mocno - ledwo zarysowała zębami skórę mężczyzny - ale w ustach i tak czuła smak krwi. - No co ty nie powiesz, Lestrange, a właśnie zamierzałam go zeżreć na śniadanie - oświadczyła, wydobywając jednocześnie z kieszeni marynarki magiczne kajdanki, bo wprawdzie nie usłyszała wuja, ale ona po prostu... chyba nie mogłaby ot tak kogoś zabić z zimną krwią i to nie tylko dlatego, że pewnie czekałyby ją z tego powodu konsekwencje w pracy. W ogniu walki: być może. Gdyby ten ktoś właśnie zamordował bliską jej osobę... z dużym prawdopodobieństwem. Ale w tej chwili nawet nie przyszło jej do głowy. Mężczyzna próbował się wyrywać, ale jak większość czarodziei, polegających bardziej na magii niż aktywności fizycznej, osiłek był z niego żaden, a skuwanie innych było dla niej rutyną. Zimna stal zacisnęła się na nadgarstkach, a Brenna dźwignęła się na nogi, ciągnąc go za sobą. Gdy kątem oka dojrzała wujka, zataczającego się na ścianę, zadrżały jej ręce, ale nie puściła. Miała chęć rzucić się ku Morpheusowi, ale cholera wiedziała, gdzie byli. To mógł być zwykły dom, z magicznym przejściem, w jakiś sposób ukryty i pełen pułapek. A może wuj jednak miał rację i tkwili gdzieś poza czasem, każda sekunda była cenna, oni zaś stracili ze dwie minuty na kłótnię, kto pójdzie przodem i dlaczego. Lepiej było jak najszybciej stąd Longbottoma wyprowadzić i zająć się nim w bezpiecznym miejscu. - Jesteś aresztowany, a twoje prawa odczytam ci, kiedy tylko stąd wyjdziemy - warknęła, a potem popchnęła go ku lustru. Skoro wujek tak twierdził... I tak nie mieli innego wyjścia, prawda? - To wyjście? Wrócimy tędy do tego samego miejsca, z którego wyszliśmy? I na twoim miejscu powiedziałabym prawdę, bo pójdziemy we dwoje przodem. RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Rodolphus Lestrange - 25.02.2024 Niewymowny nie musiał nic mówić, bo przecież Lestrange sam doskonale wiedział, jak wielkim zagrożeniem mogła być różdżka w zasięgu dłoni przeciwnika. Nawet jeżeli ten miał nad sobą Brennę w wilczej formie. Kobieta właśnie się przemieniała i zaczynała gadać swoje formułki, wracać do siebie samej również pod kątem drobnych uszczypliwości. Odpowiedziałby jej, gdyby nie fakt, że wciąż skanował otoczenie, szukając jakiejkolwiek anomalii. Z początku nie zwrócił uwagi na lustro, dopiero gdy Morpheus się nie odezwał, było dla niego kolejnym, zwykłym przedmiotem. Rodolphus odwrócił się w stronę Niewymownego, by o coś dopytać, skoro Brenna doskonale radziła sobie sama, ale powieka mu drgnęła. Nie spodziewał się takiego widoku, bo przecież gdy Longbottom używał przy nim swoich umiejętności, te nigdy nie odciskały na nim aż takiego piętna. Nie to, żeby współpracowali codziennie, ale przecież znali się jako-tako, a krwawienie z oczu to nigdy nie był dobry objaw. Różdżka była poza zasięgiem skutego czarodzieja, którego przejęła Brenna - on sam więc zdecydowanym krokiem podszedł do Morpheusa, pomny tego, że mijali pułapkę na schodach i tutaj też może czekać na nich niespodzianka. Dlatego niczego nie dotykał i wracał dokładnie tą samą ścieżką, którą przyszedł. - Chodź - mocno chwycił Longbottoma za rękę i przewiesił ją sobie przez ramię, w zasadzie wydając mu polecenie, a nie prosząc czy łaskawy Niewymowny zechce się na nim wesprzeć. Przez myśl tylko mu przemknęło, że chyba musi zacząć ubierać się cały na czarno, bo to już - kurwa - kolejna sytuacja, w której jego biała koszula jest zagrożona kontaktem z krwią. A pomyślałby kto, że w Departamencie Tajemnic zagrożonym jest się tylko z poziomu szaleństwa. - Wyjdziemy lustrem? Powtórzył po Brennie, mając zamiar ostrożnie, krok po kroku, doprowadzić Morpheusa do lustra, wcześniej skanując zaklęciem pomieszczenie w poszukiwaniu ewentualnych pułapek. On pytał Brenny, a Brenna... W zasadzie mogłaby mówić do ściany, bo mężczyzna którego skuła, zacisnął usta i odwrócił głowę. Ani myślał odpowiadać na jej pytanie. RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Morpheus Longbottom - 26.02.2024 Na szczęście nie ważył aż tyle, aby Rodolphus sobie z nim nie poradził. Czasami żartował, że większą część jego wagi stanowią ubrania, chociaż nie była to do końca prawda, bo nie należał do smukłych osób. Siła młodości i determinacji, tak sądził Morpheus, gdyby miał ocenić tężyznę fizyczną Lestrange. Dawał mu raczej wrażenie, kogoś, kto spędza więcej czasu przy biurku, niż goniąc za błotnymi potworami, trollami czy innymi paskudami, a większość wysiłku to przenoszenie wielkich tomiszczy oraz słoików z parafiną. Dodałby do tego zapewne jakieś ćwiczenia tańców towarzyskich, aby nie wyjść na ostatnią gapę i to tyle. Zaskoczyła go za to sama oferta pomocy, bardzo miła, więc bez protestów oparł się na Niewymownym, licząc, że nie pochlapie mu ubrania swoją juchą. Byłoby to niefortunne. — Albo znajdziemy tam klucz — powiedział Morpheus, wspierając się na Rodolphusie. — Możesz mnie puścić. Tylko daj mi swój łokieć, żebym wyczuwał, gdzie idziesz. To nie pierwszy raz — powiedział, dodając końcówkę, jakby chciał podnieść resztę na duchu, stając pewniej na nogach po kilku krokach. Krew dalej płynęła, powolutku, ale słabość całego ciała odeszła, gdy zorientował się w sytuacji. — Brenno, musisz nas wyprowadzić. Uśmiechnął się do bratanicy, chociaż wyglądało to raczej groteskowo, bo krew z nosa zabarwiła jego zęby, a oczy, nieruchome, były pokryte cieniutką zasłoną krwi. Jak na dłoni widziała, że przebywanie w pułapce czasoprzestrzennej nadwyrężyło, lekko mówiąc, wujka. Musiał zdać się na nią w kwestii rozwiązania całego galimatiasu. Cóż, dwójka czarodziejów oraz dwa bagaże, jeden bardziej chętny do współpracy, drugi mniej. — Panie przodem — jeszcze dodał, jakby ból wcale nie rozsadzał mu czaszki. W tym momencie bardzo mocno miał ochotę, aby Lestrange otworzył mu głowę, wyjął z niej jego mózg, naprawił, a później wyrzucił daleko za okno tego przeklętego budynku, aby nie musiał stresować się więcej tym, że świat, w którym istniał, był odmienny od tego, jak widziała reszta. Mógłby go oddać później, bo jednak lubił go, pozbierać te roztrzaskane kawałki, może coś poprawić. Morpheus jednak lubił życie, a ktoś w tej rodzinie musiał myśleć. RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Brenna Longbottom - 26.02.2024 Brenna zamarła na moment, niezdecydowana, oglądając się na wujka. W głowie w ciągu tych kilkunastu sekund obróciła kilka scenariuszy. Jeden. Zmusza schwytanego do mówienia. Do zrealizowania, ale mógł ich okłamać. Tracą czas. Dwa. Przenosi obrażenia na siebie: starała się ćwiczyć ostatnio to zaklęcie, tak na wszelki wypadek... i wuj sprawdza ich przyszłość. Sensowne, ale był tutaj Lestrange, a zdecydowanie nie znała go na tyle, by na jego oczach tak bezceremonialnie łamać prawo bez zastanowienia. Czy było warto to zrobić, by uratować im życie? Jasne. Ale... Trzy. Przejść przez lustro, skoro wiele wskazywało na to, że to faktycznie jest wyjście, a wujek mówił, by poszła przodem. Cóż, w takich sytuacjach Brennie zdarzało się go słuchać. Kobieta odetchnęła, a potem mało delikatnie popchnęła aresztowanego w stronę lustra. Powierzchnia ustapiła przed nim, tak jak zaklęte lustro wiodące do gabinetu Bletchleyów, a Brenna przeszła zaraz w ślad za mężczyzną. Szarpnęło. Nie zdołała utrzymać równowagi: runęła na ziemię, wprost na podłogę, przy okazji przewracając się razem ze schwytanym mężczyzną. Była w korytarzu, który wyglądał zupełnie normalnie, za plecami natomiast miała lustro – zwykłe lustro, odbijające ją samą i ścianę. Nic nie rozerwało jej na kawałki, nie wylądowała w jakimś przedziwnym miejscu, a chyba… chyba wróciła do punktu wyjścia… – Apollo?!!! – BRENNA?! GDZIE WAS KURWA WYWIAŁO?!!! Odetchnęła z ulgą, kiedy z dołu dobiegł najpierw wrzask Brygadzisty, a potem zadudniło na schodach: mężczyzna wbiegał na górę. Może wcale nie byli gdzieś poza czasem, poza przestrzenią, po prostu trafili do jakiejś kopii tego budynku, stworzonej lub ukrytej za pomocą magii. Odepchnęła schwytanego człowieka nieco na bok, sama podrywając się na nogi i obracając w stronę lustra, bo serce wciąż podchodziło jej do gardła: czy na pewno tamta dwójka przejdzie za nią…? RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Rodolphus Lestrange - 26.02.2024 Rodolphus był przeciętny, jeśli chodziło o sylwetkę. Faktycznie nie był atletą, ale był młodszy, sprawniejszy i dbał o ciało w takim stopniu, by służyło mu w sytuacjach nie tylko kryzysowych. A ta sytuacja, w której się znaleźli, zdecydowanie do kryzysowych należała. Być może nie był tak sprawny, jak by mógł, gdyby poświęcił część tego czasu, który poświęcał na książki, na przykład aktywności fizycznej w większym zakresie. Ale był sprawny, młody i silny - czuć to było w jego uścisku, który wzmocnił, nie pozwalając Morpheusowi się odsunąć od siebie. - Nie mam zamiaru - odpowiedział po prostu, nie siląc się na wkładanie w swój ton czegokolwiek, jakichkolwiek podszeptów czy sugestii, że być może to była groźba przyszłości. Weszli tu we trójkę i musieli we trójkę wyjść. Miał rację co do siebie: nikt by nie zapłakał, lecz gdyby zdarzyło się, że wyjdzie stąd bez któregoś z Longbottomów... To byłby koniec. Cała misternie tkana peleryna kłamstwa, cieniutka siateczka pozorów, poszłaby z dymem. Rodolphus poprawił się lekko i ostrożnie ruszył do przodu, w stronę lustra, prowadząc Morpheusa jak ślepą kukłę, którą w tej chwili był. Trzymał go za nadgarstek przerzuconej przez ramiona ręki jedną dłonią, a drugą owinął wokół jego talii, by lepiej korygować jego kroki, które wciąż musieli stawiać nad wyraz ostrożnie. Widział, jak Brenna popycha skrępowanego czarodzieja, a ten znika w tafli lustra, która zafalowała gwałtownie i trzasnęła, jakby ktoś odpalił zapałkę. A następnie zostali w pomieszczeniu tylko we dwójkę. Rodolphus westchnął, czując, że tego pożałuje. - Złap się mnie mocno, przechodzimy - powiedział, wbijając palce w jego bok - gdzieś na granicy bólu a mocnego uścisku. Czyżby się denerwował? Przecież zawsze zachowywał pokerową twarz, nigdy nie okazywał zdenerwowania. Zawsze był spokojny i rzadko kiedy ktokolwiek był w stanie wyprowadzić go z równowagi. Czy coś się zmieniło? A być może to aura tego miejsca, odwrócona czasoprzestrzeń i sam czas, tak na niego działały? Musiałby o to zapytać, a przecież to nie była odpowiednia chwila, bo właśnie Morpheus poczuł szarpnięcie, gdy przechodzili przez przejście. To było nieprzyjemne uczucie, trochę podobne do teleportacji, jeżeli chodzi o wywracanie żołądka. Z drugiej jednak strony było zupełnie inne, niż jakiekolwiek formy podróżowania, które znali. Lestrange poleciał jako pierwszy na ziemię, również nie utrzymując równowagi. Nie puścił jednak drugiego Niewymownego - obrócił swoje ciało tak, by to on sam rąbnął plecami o ziemię, chroniąc oślepionego Morpheusa przed brutalnym zderzeniem ze znaną im rzeczywistością. - Kurwa... - syknął, pozwalając sobie na tę chwilę, w której przeklinał, a przecież robił to cholernie rzadko. Praktycznie wcale. Ale zabolało. Jeszcze miał kilka wulgaryzmów w zanadrzu, ale zwyczajnie zabrakło mu powietrza w płucach, by móc wypuścić je na wolność. RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Morpheus Longbottom - 28.02.2024 Przejdź przez lustro, usłyszał chichot losu w uchu, ale nie wiedział, czy mu się przesłyszało, czy to instrukcja od Rodolphusa, czy może jeszcze coś innego. Skąd miał wiedzieć, że to świat, wyczuwał, że powraca do odpowiedniej linii rzeczywistości, wyrywa się z innego snu, aby przynieść mu przedwcześnie ostatnie znane słowa Charona, którego jeszcze nie poznał. Tak proste zdanie, tak adekwatne w obecnej sytuacji, zupełnie umykało percepcji, gdy krew płynęła po policzkach, skapując mu po szyi, wsiąkając w czarny kołnierzyk koszuli. Kadzidlany zapach Morpheusa i jego wody kolońskiej zmieszał się z krwią i wsiąkał w materię ubrania Lestrange, tak samo jak do niego przylegały wonie tamtego, wraz z wdzięcznym uściskiem, gdy wsparł się na młodszym czarodzieju. Musiał wyglądać gorzej, niż się czuł, skoro słyszał pauzę przed wyborem, jakiego dokonała Brenna, brzmiącą dla niego wątpliwościami, całkowicie zrozumiałymi. Biedna Brenna, filar, liderka, usposobienie ognia i wolnej woli, przeznaczona do podejmowania trudnych decyzji, nawet jeśli tego nie chciała. Nikt, kto jest stworzony do dowództwa, nie pragnie go, lecz jest do niego wezwany. Wyczuwał to wołanie w przyszłości Brenny. Jej karty urodzeniowe były nieoczywiste, bo pozornie zupełnie niepasujące do czarodziejki, Umiarkowanie i Papież. Razem jednak tworzyły ścieżkę odziedziczonych tradycji i zachowania ich. Darami jej drogi było otwarcie na innych, dogłębne zrozumienie i synteza większych rzeczy z małych (chociaż czasami to były również problemy). Największe wyzwanie na takiej ścieżce? Osoby nią kroczące miały tendencję do nadmiernego poświęcania się dla innych. Córka swojego ojca. Miękkie poczucie przenikania, błony rozchodzącej się po twarzy, jakby zbyt gęstej wody, zniknęło ze znajomym wirowaniem teleportacji, gdy powietrze zmieniło smak i znów wydawało się takie, jak być powinno. Ułamek sekundy oddechu i upadek. [roll=O][roll=PO] Na całe szczęście dla niego i dla Rodolphusa, Morpheus miał duże doświadczenie w upadaniu, zwłaszcza jak ćwiczył z braćmi i zostawał powalony przez nich w pierwszych sekundach, bo był wiotki jak trzcina i zdecydowanie nieprzeznaczony do bójek. Ułożył się tak, że chronił odruchowo głowę i przestrzeń miękkiego brzucha, minimalizując swoje obrażenia oraz dodatkowe urazy, które mogli sobie zrobić wzajemnie z drugim Niewymownym. Nie podnosił się jednak, bo wraz z przekroczeniem granicy, jego głowę zalały wizje. Przebłyski miejsc, osób, krwi, iskrzących się zaklęć, okrzyków, które miały dopiero nadejść, Rodolphus staje w płomieniach, chyba komuś na złość, Rodolphus czyści sobie koszulę, Rodolphus... Brenna krwawi w jakimś domu, Brenna gdzieś idzie, Brenna... Apollo wzywa klątwołamaczy, Apollo kupuje kawę i robi błąd w imieniu Morpheusa pisząc raport... Kolejne wizje samochodów, pieszych dookoła domu zalewały jego myśli. Widział czarownika, jak próbuje ugryźć Brennę i zostaje spacyfikowany przez Apollo, widzi czarownika przed sądem... Nadal widział tylko Trzecim Okiem. — Wezwijcie kogoś z Komnaty Czasu — wychrypiał, chwiejnie wstając. — Potrzebuję medyka. Nic nie widzę. Brzmiał, jakby wcale się tym nie przejmował, jakby to była kolejna, nudna robota, którą trzeba odbębnić, ale w rzeczywistości obawa pożerała go od środka, nigdy tak długo nie zamgliło mu wzmysłu wzroku, Bogowie zwykle karali go jedynie na kilka chwil ciemnością, jakby Atena zasłaniała mu dłonią oczy i szeptała żartobliwie: Nie podglądaj, nie psuj niespodzianki. Teraz nie było tego pieszczotliwego pstryczka w nos, a ostre ostrzeżenie Bogini Łowów, aby nie nadużywać błogosławieństw od jej brata. |