Secrets of London
[24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus (/showthread.php?tid=2775)

Strony: 1 2 3


RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 25.02.2024

A jednak go zaskoczył. Spodziewał się kolejnych pytań, kolejnych słów wychodzących z jego ust. Kolejnych ostrzeżeń, które doprowadziłyby go do szału. Tak się jednak nie stało, co przyjął poniekąd z ulgą, bo przecież wcale nie chciał słyszeć od niego nic więcej. Słowa nie były potrzebne, bo przecież obydwoje wiedzieli, że nie powinni tego robić i że to będzie mieć swoje konsekwencje. Każdy kolejny ruch i każdy kolejny rozpięty guzik, każda mijająca sekunda to było odciskające się piętno na wspomnieniach, które właśnie tworzyły. Czy było tu miejsce na miłość? Absolutnie. Serce Rodolphusa zamknęło się na tę emocję kilka dni temu - i raczej nieprędko się na nią otworzy, o ile w ogóle. On po prostu... Dawał upust pewnym pragnieniom, które się obudziły. Igrał z losem, bawił się ogniem próbując go złapać gołymi rękami tak, by się nie poparzyć. Czy jednak to w ogóle było możliwe? Zabawy z ogniem były cholernie niebezpieczne, bo przecież wystarczył jeden nieostrożny ruch, by stanąć w płomieniach. Czy to właśnie robił? Pozwalał, by płomienie powoli oplątywały jego ciało, wdzierały się do wnętrza i spalały go od środka?

Te niby przypadkowe muśnięcia doprowadzały go do szaleństwa. Bo przecież oboje wiedzieli, że nie były przypadkowe. Były celowe, zamierzone i wyważone, a jednak na tyle subtelne, by pozostać gdzieś na krawędzi domysłów. I być może doczekałyby się bardziej zdecydowanej reakcji z jego strony, gdyby nie pchnięcie na biurko, które wcale do subtelnych nie należało. Podobnie jak kolejny pocałunek, który Lestrange pogłębił, dociskając gwałtownie Roberta do siebie, wzmacniając uścisk na jego plecach. Odruchowo cofnął dłoń, błądzącą do tej pory gdzieś w okolicy jego brzucha, by podeprzeć się o blat i nie spowodować zbyt wielkich szkód. Bo przecież nie chodziło o to, by rozwalili gabinet w drobny mak, a o to, by powoli delektowali się sobą nawzajem. Rodolphus trącił szklankę ręką, lecz nie przewrócił jej. Co innego dokumenty, które z cichym szelestem osunęły się na podłogę pod wpływem nagłego ruchu tuż obok nich. Lestrange powolnym ruchem wyswobodził dłoń spod koszulki Roberta i przy pomocy drugiej chwycił krawędź ubrania. Nie wahał się, byli w tej chwili w nierównej pozycji, bo wystarczył jeden ruch, by jego koszula wylądowała na ziemi. Nie mógł pozwolić na to, by nie byli chociaż odrobinę kwita, i chociaż z zaskakująco wyraźnym, odczuwalnym bólem przerywał pocałunek, to musiał to zrobić, by ściągnąć koszulkę z Roberta. W stalowych tęczówkach mieszały się różne emocje. Niecierpliwość, pożądanie, fascynacja. Widać było, że Rodolphus stracił kontrolę nad sobą - w zasadzie Robert nigdy nie był świadkiem, jak to się działo. To był pierwszy raz, kiedy widać było gołym okiem, że Lestrange nie myślał logicznie. Oto, co fascynacja potrafi zrobić z człowiekiem, gdy wyczuje się odpowiedni moment i pozwoli na zbyt dużo.


RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Richard Mulciber - 26.02.2024

Tak jak Robertowi wspomniał, Richard planował na ostatni tydzień miesiąca, choćby te kilka dni, wrócić do siebie, aby pozamykać kilka spraw i zwolnić z pracy w Ministerstwie, ze względu na przeprowadzkę. Powrót do Londynu na stare śmieci, aby móc być pomocą dla brata na miejscu. Nie musząc kombinować z czasem swojej pracy i żeby odległość nie stanowiła dla nich już problemu. Dzieci mieli odchowane, dorosłe. Mogły iść w swoim kierunku kariery. Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, był przekonany, że nie może brata zostawić samego. Nie z klątwą, jakiej się dorobił przez swoją nieostrożność. Jego bezpieczeństwo było zagrożone. I choć Richard długo wahał się z powrotem do Oslo, tak teraz mógł tego dokonać, nim Norweskie Ministerstwo samo wyśle my list z pilnym stawieniem się w celu swojej pracy, lub samo zwolni go nie wyjaśniwszy powodu. Jak miał odejść z pracy, to na ugodowych warunkach, aby nie zmykać sobie w razie czego drogi powrotu.

Powrót do siebie Richard wstępnie zaplanował na jutro. Nie miał zbyt wiele rzeczy do spakowania, jak choćby ten sam plecak, jaki zabrał ponad miesiąc temu. Mógł udać się w podróż świstoklikiem w każdej chwili. Czy to dzisiaj czy jutro. Może i pojutrze. Miał jednak pewne obawy, czy dobrze postąpi zostawiając brata bez ochrony. Od ostatniej rozmowy z bratankiem, rozważał opcję poproszenia go o ”przypilnowanie” Roberta. Wiedząc, że chłopak należy do organizacji śmierciożerców, nie miał powodów do obaw. W dodatku Stanley, był brygadzistą. Rozumieli się wzajemnie pod względem tego zawodu. Mieli opanowane więcej umiejętności. Co więcej, młodemu Borginowi także zależało na bezpieczeństwie jego ojca.

Ubrany w białą koszulę, rozpiętą pod szyją, mając podwinięte rękawy do łokci i granatowe spodnie, skierował się do gabinetu. Jedynego pomieszczenia w tej kamienicy, gdzie najczęściej mógł zastać brata o każdej porze dnia i nocy. Nie pukał. Jest przecież u siebie. Również niejednokrotnie korzystał z tego pomieszczenia, kiedy potrzebował. Otworzył drzwi i kiedy jego wzrok powędrował w kierunku biurka. Zamarł. Przez parę sekund patrzył na scenę odbywającą się przed biurkiem. Nie odezwał się. Powoli zamknął drzwi za sobą. Najpewniej skupieni na sobie, nie zarejestrowali faktu, że ktoś wszedł?

”Bezpieczeństwo twojego brata jest dla mnie priorytetem” – czy w taki sposób, jaki teraz przed sobą widział Richard, zapewnienie bezpieczeństwa Robertowi, miał zapewnić Lestrange? Młodszy o kilka minut od swojego brata Mulciber, patrzył na nich pierw z zaskoczeniem, ale zarazem także wzrokiem chłodnym, poważnym, być może trudnym do określenia, nieprzewidywalnym?

Powoli wyjął różdżkę, rzucił zaklęcie wyciszające pomieszczenie, skrzyżował ręce na klatce piersiowej, wciąż w lewej dłoni trzymając swoją magiczną broń. Powoli stawiał kroki, aby zbliżyć się do nich, a może zarejestrują jego obecność? Może nadepnie na którąś z trzeszczących na podłodze desek parkietowych?

- Nie przypominam sobie, abym wiązał was przysięgą małżeńską.
Odezwał się w końcu. Jakby nie wytrzymał swojego milczenia, widząc przed sobą to, co widział. Robert na Merlina, miał dzieci. Córka mieszka jeszcze w tej kamienicy. Czy on do jasnej cholery myślał co robił? Jakim też cudem Rodolphus jest w ich posiadłości? Nie słyszał pukania, czy nawet walenia w drzwi. Żaden ze skrzatów nie powiadomił o jego przybyciu. Czy Robert go wezwał? Ten dzień, nie był też terminem ich spotkań, w sprawie składania raportów.
- Tak wygląda wasza tajna praca nad badaniami? A potem kobieta Cię rzuca, bo COŚ widziała?
Zakpił sobie teraz z Rodolphusa, patrząc tak jakby chciał to zaraz posiekać. Mimo iż Richard wiedział, czego mogły dotyczyć ich tajne badania, pozwolił sobie na złośliwość w jego kierunku. Bo przecież, nie ufał mu od samego początku. A teraz, miał potwierdzenie swoich domysłów? Czy może zrodziło to nowe obawy? Czy Lestrange, planował owinąć sobie wokół siebie Roberta i wykorzystać? Młody a głupi. Najgorsze w tym, że widziane nici powiązań mogły wciąż pokazywać to samo - ich relację pozytywną. To było naprawdę niepokojące.

Richard nie spuszczał wzroku z Rodolphusa. Na Roberta na razie nie spoglądał. Z boku można było mieć wrażenie, jakby młodszy, teraz stał się starszym. Karcącym starszym bratem, jak nie ojcem. Robert, zdecydowanie źle dobierał sobie partnerów do współpracy. O ile Richard był tolerancyjny względem związków różnej i tej samej płci, w tym przypadku nie mógł pozwolić bratu na popełnienie kolejnych błędów. Jak było z Henriettą.




RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 26.02.2024

Faktycznie nie zarejstrował faktu, że ktoś wszedł do gabinetu. Jak już było wspomniane wcześniej - podobnie jak Robert, Lestrange miał w głowie absolutną pustkę. Ciężko jednak było zignorować ciężkie słowa, przecinające gęstą atmosferę niczym ostry, zimny miecz. Na chwilę zamarł i pewnie by odsunął się gwałtownie od Mulcibera, gdyby nie jeden problem: Rodolphus nie miał wstydu. Praktycznie nie dało się go zawstydzić, a fakt, że zostali przyłapani z Robertem w tak... niecodziennej sytuacji nic dla niego nie znaczył. Owszem, Lestrange nie wyglądał na zachwyconego podobnym obrotem spraw, ale zamiast się burzyć czy czerwienic jak dziewica, po prostu puścił stojącego przed nim mężczyznę i leniwym ruchem obrócił głowę w kierunku drugiego z bliźniaków. Ostrożnie, powoli uniósł prawą dłoń do swoich ust i przejechał po nich kciukiem, niemal wyzywająco, patrząc Richardowi w oczy. Tym gestom towarzyszył bezczelny, nikły uśmiech.
- Ciebie również miło widzieć, Richardzie, jak zawsze zresztą - odpowiedział jadowicie, a jego rysy twarzy stężały. Szaleństwo i rozkosz, która kryła się do tej pory w jego oczach, błyskawicznie zniknęła, gdy tylko drugi z Mulciberów zaczął kierować w jego stronę złośliwości. Powrócił chłód i bystrość umysłu, choć być może nie w takim stopniu, jak zawsze, gdy rozmawiał z osobami, którym nie ufał.

Och, oczywiście widział ten wzrok. Jakby Richard miał ochotę go pochlastać. Skłamałby, gdyby powiedział, że nie sprawiało mu to ogromnej przyjemności, być może nawet podobnej do tej, którą odczuwał jeszcze przed chwilą.
- Nie wiedziałem, że jesteś w domu, bym się przywitał - nie miał zamiaru na razie zapinać koszuli, dawać mu znak że w jakimś stopniu ich zaskoczył i sprawił, że poczuli się niekomfortowo. Być może nie powinien prowokować drugiego bliźniaka, szczególnie gdy tylko z jednym z nich łączyła go przysięga, ale - no właśnie. Młody i głupi. Nie lubił Richarda już od samego początku, także nie uważał, by należały mu się jakiekolwiek wyjaśnienia. Zwłaszcza że o żadne na razie nie prosił.


RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Robert Mulciber - 26.02.2024

Nie zwrócił uwagi na papiery, które wylądowały na podłodze. W ogóle tego faktu nie zarejestrował. Skupiony na Rodolphusie, na tym co właśnie rozgrywało się w gabinecie, nie zwracał uwagi na otoczenie. Nie był czujny, a przecież praktycznie nigdy nie zdarzało się, aby opuścił gardę. Robert znany był wręcz z paranoicznej ostrożności. Tylko czy przy młodym Lestrange'u nadal musiał być równie ostrożny, co wcześniej? Może to właśnie ta niedawna przysięga, sprawiła że pozwalał sobie na więcej.

Na to, żeby zabrnąć dalej.

Stracić tak zwyczajną dla siebie czujność.

Uniósł ku górze ręce, pozwalając żeby Rodolphus pozbył się białego podkoszulka. Podciągnął go za krawędź ku górze. Odsłonił ciało. Co stało się później z ubraniem? Nie zwrócił uwagi. Zaraz bowiem wrócił do młodego chłopaka. W odpowiedzi na jego działania, sam wykonał kolejny krok. Nie dotyczył on jednak rozpiętej koszuli. Ręce powędrowały w kierunku spodni. Chwilę błądziły w tych okolicach, sunąc w kierunku rozporka.

Zamierzał rozpiąć spodnie.

I właśnie za to się zabierał, kiedy na miejscu pojawiła się osoba trzecia. Niepożądana osoba trzecia, jeśli pod uwagę wziąć, to co działo się w gabinecie; to co właśnie zostało niespodziewanie przerwane. Przymknąwszy na moment oczy, pozwolił aby Rodolphus się odsunął. Pozwolił sobie zaczerpnąć powietrza.

Powoli wracała poczytalność. Powoli wracał rozsądek, który cholera wie kiedy postanowił wyrzucić za okno. Pojawiła się też świadomość tego, co przed chwilą się wydarzyło. Zupełnie inna świadomość niż wcześniej. Taka, dla której miało znaczenie to, iż zostali przyłapani. Bo o ile Rodolphus nie miał wstydu, Robert był pod tym względem inny.

I nie chodziło o samo to, że został przyłapany.

Chwilę trwało zanim był w stanie zareagować. Podjąć się jakichkolwiek działań. Cokolwiek zrobić. Wreszcie jednak rozejrzał się za koszulką, którą wypadało ponownie założyć. Podniósł ją z podłogi.

- Zabieraj stąd swoją dupę, Lestrange. - padło z jego strony. Nagle? Niespodziewanie? Nawet nie patrzył w stronę dzieciaka. Po prostu zajął się doprowadzaniem samego siebie do ładu. Odbudową tego, co zostało kilka oddechów temu zburzone. Typowych dla siebie murów. Wyznaczanych granic. - Nie zamierzam się powtarzać.

Te drugie słowa wypowiedziane zostały już innym tonem głosu. Bardziej stanowczym. Chłodnym. Był to zupełnie inny Robert od tego, którego miał możliwość poznać. Czy kiedykolwiek zdarzyło się, aby odnosił się do niego w taki sposób? Aby w taki sposób go traktował? Zapewne ciężko byłoby to sobie przypomnieć.

Kogoś trzeba było obarczyć winą. Na kogoś skierować gniew. Gniew wywołany tym, że do czegoś takiego w ogóle doszło.




RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Richard Mulciber - 26.02.2024

Przerywając tę ich romantyczną chwilę, Richard w swoim tonie starał się brzmieć zwyczajnie, z opanowaniem. Ale kiedy ten smarkacz postanowił niczym się nie przejmować i jeszcze zachowywać tak, jakby był u siebie, Richard zmarszczył brwi, nie ukrywając swojego niezadowolenia z jego zachowania. Widać, że dobrze zrobił wchodząc niespodziewanie, nie wiedząc co zastanie i im przerywając czynności. Nie przeszkadzał mu widok brata półnagiego. Mieli to samo ciało, choć Richarda było bardziej naznaczone bliznami niż Roberta.

- Pragnę Ci przypomnieć, że nie jesteś u siebie szczeniaku.
Odgryzł mu się w podobnym tonie. Miło widzieć? Niekoniecznie. Richard opuścił ręce, mocniej palce zaciskając na różdżce.

Robert odsunął się od swojego współpracownika, odzyskując widocznie kontrolę nad sobą. Dobrze zrobił, że kazał Rodolphusowi się wynosić. Jeśli Lestrange, chciał wyjść stąd w jednym kawałku. Czy przez młodszego bliźniaka, przemawiał jakiś rodzaj zazdrości? Trudno powiedzieć. Bardziej opiekuńczości, tryb ochronny. Bardziej chodziło o zapewnienie bezpieczeństwa bratu. To co widział przed chwilą, wyglądało mu jak podstęp. Próba manipulacji? Jak długo Robert dawał się złapać w takie pułapki? Nawet się nie tłumaczył.

Słysząc wydane polecenie Rodolphusowi, Richard tylko na sekundę zerknął na brata. Po czym znów, spojrzał na Lestrange’a. Wolałby nie myśleć, jak daleko by to zaszło, gdyby nie wszedł w tym momencie.

- Wykonałeś swoje zdanie, skoro tutaj jesteś? Czy mam Ci pomóc?
Rzucił w niego pytaniami w ostrym tonie, ignorując jego zaczepki czy zmiany tematu. Richard nawet uniósł różdżkę ostrzegawczo w kierunku Lestrange’a. Mogło zacząć robić się niebezpiecznie, jeżeli młody nie posłucha starszego Mulcibera. Richard panował jeszcze nad gniewem, ale musiał pokazać dzieciakowi gdzie są granice. Nie jest u siebie.
- Wzywałeś go, czy zjawił się bez zapowiedzi?
Pytanie skierował do brata. Chcąc wiedzieć, jakim cudem Rodolphus znalazł się w gabinecie. Od sytuacji z Chesterem, Richard był uczulony na jakąkolwiek obecność osób mu podejrzanych w otoczeniu Roberta. Jeden groził mu, drugi go uwodzi. Przez klątwę i złą opinię wśród kilku osób w organizacji, trzeba było być bardzo ostrożnym.

Richard nie był pewny, czy zadziałała tutaj jakaś nieznana mu umiejętność Rodolphusa, czy obaj ponieśli się jakiejś chorej fantazji. Oddanie Lestrange'a, już wcześniej interpretował, jakby ten się w nim zakochał. Teraz, mógłby przyznać, że jego gra aktorska też jest niczego sobie. Jeżeli faktycznie grał i próbował "opętać" słówkami jego brata.




RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 26.02.2024

Westchnął ciężko, sięgając palcami do pojedynczych guzików swojej koszuli. Zapiął ją niedbale, na trzy, bo przecież Robert dał mu jasno do zrozumienia, że ma spierdalać. Gdyby tak powiedział od razu, już dawno by go tu nie było. Dobrze chociaż, że w poszukiwaniu koszuli nie musiał tarzać się po całym gabinecie, bo przecież Mulciber nie zdążył mu jej zdjąć, a jedynie rozpiąć. Również nie wyglądało na to, by nagła zmiana tonu głosu Roberta w jakikolwiek sposób go dotknęła czy uraziła. Ot, piękna chwila się skończyła, Robert odzyskał zdrowy rozsądek. Nie mógł się doczekać, co będzie za kilka dni, gdy planowo spotkają się w tym samym miejscu we trójkę, tak jak ustalili wcześniej. Ach, czy będzie niezręcznie? Czy Robert będzie unikał jego spojrzenia? Rodolphus zmarszczył nieco brwi na tę niespodziewaną myśl. Czy to były pierwsze oznaki szaleństwa? Nie, przecież pracował w Departamencie Tajemnic zbyt krótko. To był objaw nudy, cholernej goryczy, którą czuł za każdym razem, gdy przełykał ślinę. Jej smak mogła zabić tylko adrenalina.

Na pyskówkę Richarda odpowiedział tylko spojrzeniem. Długim, dziwnym, tym którym obdarzył go ostatnio, gdy odprowadzał go do wyjścia. Ale coś w jego tęczówkach zatańczyło. Na sekundę, może nawet krócej. Doprowadził do wścieku nie jednego, a dwóch Mulciberów. Wszyscy najświętsi bogowie, żaden orgazm tego nigdy nie przebije. Coś pięknego.
- Odprowadzę się, wedle życzenia - stwierdził, unosząc dłonie w obronnym geście. Być może tańczył na krawędzi miecza, przecinającego szaleństwo z racjonalnością, ale nie był skończonym debilem. Wiedział, kiedy zejść ze sceny. Wyszedł, zostawiając braci samych. Mieli o czym rozmawiać, szczęśliwie bez jego udziału.

Postać opuszcza sesję



RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Robert Mulciber - 03.03.2024

Skupił się na sobie. Na doprowadzaniu się do porządku. Do ładu. Na przejściu nad tym wszystkim dalej. Na zostawieniu za sobą tego, co miało miejsce ledwie chwilę temu. Nie zwracał w tym czasie uwagi na to, co działo się pomiędzy bratem i Rodolphusem. Najpewniej nie zareagowałby nawet gdyby rzucili się sobie nagle do gardła. Na szczęście do niczego takiego nie doszło. A przynajmniej - niczego takiego Robert nie miał wątpliwej przyjemności nagle zarejestrować.

Skupił uwagę na bratu kiedy ten zapytał o to czy wzywał do siebie Rodolphusa.

- Nie tym razem. Sam skorzystał ze spinki. Bez zapowiedzi. - poinformował go, przypominając przy okazji o świstokliku, który przekazał Rodolphusowi podczas spotkania w Olibanum. Nie było to czymś co planował. Faktycznie zamierzał zrobić. Ale zrobił. To co miało miejsce przed chwilą w gabinecie, zdawało się być tego bezpośrednim następstwem.

Sięgnął po szklankę. Po alkohol. Zawahał się. Czy chciał wracać za biurko? Do wcześniejszego zajęcia? Czy może lepiej było chwilowo przenieść się w inne miejsce. Znaleźć sobie inne zajęcie? Nie brał pod uwagę, że Rick może nagle zechcieć przeprowadzić z nim tutaj poważną rozmowę. Ostatecznie obydwoje przecież byli dorosłymi ludźmi. Jeden drugiemu nie będzie mówił o tym, co powinien robić ze swoim życiem.

Sam Robert zawsze akceptował każdy jeden wybór Richarda.

- Szukałeś mnie w jakimś konkretnym celu? - zapytał, interesując się powodem, który sprowadził brata do gabinetu. Nie musiało to być nic konkretnego. Mogło chodzić nawet o chęć wspólnego wypicia herbaty. Kawy. Nawet tej cholernej whisky. Robert jednak wolał się upewnić, zanim zdecyduje się wyjść. Ruszyć do pracowni. Może do biblioteki? Jedno oraz drugie brzmiało nieźle, choć to pierwsze wymagało więcej uwagi. Precyzji. Dokładności. Powinno pozwolić na to, żeby pewne rzeczy wyrzucić ze swojej głowy.




RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Richard Mulciber - 03.03.2024

Również Richard, nie odrywał spojrzenia od Rodolphusa, kiedy wyzwał go od szczeniaka. Przez pewien moment, można było pomyśleć, że Ci dwaj walczyli ze sobą na spojrzenia. W umyśle. Oczami wyobraźni widząc najpewniej pokonaną przeciwnika. Długa to może być droga do pogodzenia się, gdyby ktoś im kazał to zrobić. Tak. Lestrange był skłonny wyprowadzić z równowagi młodszego Mulcibera. Że nawet wyciągnął różdżkę. Gdyby nie to, że Robert kazał młodemu wypierdalać, mogło dojść do rękoczynów.
Richard przepuścił nieproszonego gościa, bez słowa. Odprowadzając go do wyjścia. Jeżeli znał drogę. Jeżeli nie. Mogli wezwać skrzata, aby to uczynił.

Robert zdawał się być obojętny na sytuację. Może i nieobecny? Richard schował różdżkę kiedy drzwi za Lestrange’m się zamknęły. Wtedy dostał odpowiedź.

- Idiotyzmem było mu dawać te spinki.
Stwierdził. Dopiero teraz. Kto jednak przypuszczał, że Lestrange ich użyje wcześniej niż powinien? Richard skrzyżował ręce na klatce piersiowej, oparł się tyłkiem o blat starego biurka. Może i wcześniej nie ukrywał, że ten pomysł mu się nie podoba, ale co mogli zrobić? Robert nie chciał poważnych spraw, omawiać w Olibanów. Wolał u siebie, w gabinecie. Jeżeli Rodolphus nie umiał odpowiednio używać świstoklików, to znaczy, że nie powinien ich w ogóle dostawać.
- Nie możesz pozwalać na to, aby Tobą manipulował. Nie tutaj. Chwila nie ostrożności i Cię wykorzysta. Macie szczęście, że to ja wszedłem a nie Margaret.
Zwrócił bratu uwagę. Przenosząc dość poważne spojrzenie w jego kierunku. Byli dorośli. To prawda. Richard nie miał prawa mówić bratu z kim co powinien robić, jeżeli chodzi o taką bliskość. Coś jednak Richardowi nie podobało się w tym, że tym "wybranym" był akurat Rodolphus. Wiek może nie ma znaczenia, ale co mogą powiedzieć na to jego dzieci? Wziął to pod uwagę? O ile by się dowiedziały. Richard zachowa to dla siebie. O to Robert mógł być spokojny. Jednakże, tego obrazu nie wyrzuci z głowy tak po prostu. Trzymało go to w środku, że nawet teraz mógłby udać się za Lestrangem i wjebać mu w ryj. Może wtedy odechce mu się dotykać jego brata? Dlaczego w ogóle tak reagował? Wiedział tylko on sam.
- Chciałem tylko powiedzieć, że jestem gotowy do wyjazdu. Potrzebujesz czegoś ze Skandynawii?
Odpowiedział na zadane pytanie. Nieco uspokojonym już tonem. Dopytując dla pewności, czy faktycznie niczego nie potrzebował. A może na ostatnią chwilę mu się przypomniało. Najwyżej wyśle list. W końcu ustalili, że gdyby coś się udało albo nie załatwić, mieli się informować. Richard zamierzał dotrzymać słowa. Musiał przecież ogarnąć swój pomysł z odznaką. Odwiedzić znajomego, który w kilka dni, w ekspresowym tempie powinien mu wyrobić duplikat.

Możliwe, że podczas swojego powrotu, ogarnie coś jeszcze. Ale co ważniejsze, czekał też na decyzję brata, czy jeżeli nie osobiste prośby, to chociaż wróciłby z pewnymi zapasami do ich sklepu.




RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Robert Mulciber - 03.03.2024

Richard mądry po szkodzie. Nie oponował w chwili, kiedy Robert dawał spinkę Rodolphusowi. Tak po prostu to zaakceptował. A teraz określał to mianem idiotyzmu. Nie miał jednak ochoty na to, żeby sprzeczać się bratem. Zwłaszcza z powodu tego osobnika, który dopiero co opuścił gabinet. Nie było warto robić czegoś takiego z powodu smarkacza. Nawet jeśli z tym konkretnym smarkaczem wiązała go przysięga wieczysta.

- Poradzę sobie z nim, Rick. Nie będziemy teraz o tym rozmawiać. - odpowiedział. Nie zamierzał się kajać. Tłumaczyć. Przyznawać do tego, że o niczym nie myślał. Pozwolił na to, żeby jego mózg wyjechał sobie na krótkie wakacje. Spakował się i zniknął. Tak po prostu. Bez wcześniejszego ostrzeżenia. - Dziękuje za troskę.

Mimo wszystko doceniał to, że brak się tym przejmował. Interesował. Był po jego stronie. U jego boku. To sprawiało, że czuł się po prostu pewniej. Czuł, że miał to wsparcie, którego najzwyczajniej w świecie potrzebował.

Zapytany o to czy potrzebuje czegoś ze Skandynawi, Norwegi, chwilę się zawahał. Nie był to dobry moment na poruszanie takich kwestii. Zastanawianie się nad tym czy coś mogło mu się przydać. Może warto było uzupełnić stany magazynowe w kontekście konkretnych produktów bądź półproduktów?

- Dasz mi czas do wieczora? Dam Ci znać co będzie potrzebne. Nie miałem dotąd czasu się tym zająć.

Aż prosiło się skomentować, że na inne rzeczy - zdecydowanie mniej ważne, a do tego wątpliwe moralnie - czas miał. Sam przecież Richard widział. Miał przyjemność zobaczyć to na własne oczy i chyba niekoniecznie mu się to podobało. No cóż. Prawda była taka, że nie wszystko podobać mu się musiało. Byli przecież dorośli. Obydwaj.

Dogadali się. Porozumieli. Wystarczyła na to chwila.

- Będę w bibliotece, gdybyś czegoś przypadkiem potrzebował... - poinformował brata. Zaraz po tych słowach opuścił gabinet.

Koniec sesji