Secrets of London
[12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge (/showthread.php?tid=2903)

Strony: 1 2 3 4


RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 08.04.2024

Wysokie mniemanie o sobie samym. Nie była to myśl krytyczna, która nawiedziła go po usłyszeniu, że Flynn uważa siebie za coś boleśnie autentycznego w nieznośnie zakłamanym życiu. Właściwie tak było. Co za różnica, w co zechcesz się z nim pobawić, co zechcesz zrobić, skoro w jego głodnym ciała spojrzeniu nie było słowa "nie"? Warte było grzechu poczuć jego palce na swojej szyi, nawet jeśli teraz bolała, bo wyniósł orgazm na zupełnie inny stopień doświadczeń. Dokładnie ten, za którym połamany umysł Laurenta zatęsknił. Tam, gdzie chciał się znaleźć, gdzie świętości się niszczyło i poniewierało po kątach. I tak bał się bólu i go nie chciał, a jednak go pożądał. W jakiej dawce? Najlepiej tej kontrolowanej. Najlepiej przy takim człowieku, który nie przekroczy granic. Granic... jakichś... granic. Tak, jakichś granic. Więc rzeczywiście - można być sobą przy Crowie... jak na niego w cyrku mówili? The Edge? Tak, tak to było. Rzeczywiście bardzo pasujący pseudonim go kogoś, kto rzucał nożami. Laurent nie mógł na to patrzeć, fatalna wizja tego, jak zaraz mogła zostać ta kruszyna, którą nazywał siostrą, skrzywdzona, bo akurat coś by źle poszło... Ludzie lubią uważać, że skoro tysiąc razy to zrobił i się udało to na pewno nic się już nie stanie. Nieprawda. Akurat za 1001 razem zdarzy się wypadek, którego wszyscy będą żałowali.

- Jesteś nienormalny. - Nie to, żeby zdarzało mu się obrażać ludzi - bo nie zdarzało. Niedowierzanie zabarwiło jego głos w pełni, to też odbiło się w jego oczach. Flynn był chyba tym rozbawiony, chyba żartował, ale wcale nie był pewien, jak i gdzie układała się granica jego postrzegania rzeczywistości, gdzie była linia tego, co brał za pewniki, gdzie czuł się pewny siebie, a gdzie już trzęsły nim niepewności i gdzie te żarty się kończyły, a zostawała tylko całkowicie poważna fasada. Dlatego jednak, że miał ten wyraz rozbawienia to Laurent lekko pokręcił głową z tego niedowierzania. Sam do siebie, nie do słów ciemnowłosego. - Zaciągnąłem cię tutaj, bo potrzebowałeś pomocy. - Tyle. Chcianej, niechcianej... już nie ważne. Nawet z perspektywą tego, że Fleamont po prostu nie potrafił utrzymać pozycji, w której nie zdzierał paznokciami z człowieka skóry, nie zmieniłby swojej decyzji. - Ależ to by było wielkie odkrycie... - Uśmiechnął się sam pod nosem. Że on? Okropnie zboczony? Ha... I Flynn tiwnkiem? Może bardziej fuck boy, bo określenie twinka by mu nie nadał. Pasowało jednak idealnie do całego kontekstu tych zdań, do tego pytania, do sytuacji. Choć kim był ten Widzący nie pytał. Pewnie jedna z tych genetycznych zmian w stylu aurowidzenia czy jasnowidzenia, z może okreslenie na ich zbiór. Nie skupił na tym skrawka myśli, bo te były za bardzo zajęte powrotem do słów, że przecież Crow ze swoimi skrzydłami, szponami i piórami był tą osobą, do której można było skierować słowa "duś mnie, bij mnie, rozszarp na strzępy", a on spełniłby chyba każdą... fantazję. Niemalże chciało się szukać granic tego człowieka i szukać nowych doznań, których sam jeszcze nie poznał. Przekonać się, czy w ogóle takie istniały. Laurent za mocno przesuwał swoją własną granicę, ale odczucie niebezpieczeństwa z tego płynące wcale go nie zatrzymywało. Odnajdywał w tym za mocny dreszcz emocji.

- Wystarczy tylko ruszyć głową, żeby to zauważyć. - Mało osób to robiło, a jeśli już zrobili to Laurent zwykł przepraszać i tłumaczyć się ze swoich małych manipulacji. Tłumaczył się w końcu przed samym sobą, usprawiedliwiał tym, że chciał dla innych dobrze, ale jeszcze lepiej wiedział, że chciał dobrze dla siebie. Że chciał karmić swoją próżność, swoją miłość do własnego ciała, żeby potem nienawidzić siebie i tego ciała jeszcze mocniej. Dlatego chciał, żeby traktowali go jak księżniczkę, jak najdroższą porcelanę, perłę wyciągniętą z morskich pian i chciał też, żeby przemocą doprowadzono jego ciało do drżenia. Chciał tego wszystkiego, a najlepiej - chciał tego wszystkiego pomiędzy. Miejsca, gdzie już nie musiałby tak mocno kochać, żeby potem nie musieć tak intensywnie nienawidzić. Pierwsza podniecenia przeszła i przez jego ciało wraz z naciskiem palców Flynna na jego nodze i przesunięciem jej. Ale teraz temu nie ufał. Nie ufał jego spojrzeniu. Nie ufał temu tonowi. Nie odrywał oczu od tego ciepłego brązu - i analizował. - Szczerze wątpię. - Czy nie byłoby jednak lepiej? Mógłby sobie znowu wybaczyć tak grzeszną pokusę i zadowolenie z tak wulgarnego doznania, jakiego tu doświadczył. Co za różnica jednak? Już i tak był zepsuty.

Zaskoczenie zadrżało w jego oczach, a oddech zmienił normę. Nie, nie spodziewał się tego, że ostre szpony wrony znowu wbiją się w jego skórę i przejdą do mięsa. Że dźwięk tego głosu znowu wtłoczy truciznę do jego serca. Bo tak, to brzmiałoby, tylko innymi słowami, jak coś, co chciałby usłyszeć, ale jednocześnie nie chciałby wcale. Co jest złego w tym, że się ślinią. Niech to robią. Niech podziwiają, bo z tym jednym by się zgodził. Był pieprzonym dziełem sztuki, więc NIECH PODZIWIAJĄ. Może to ton jego głosu, może to ten dotyk jego ust, a może poruszone szpilki wbite poprzedniego dnia. Bardzo felernego dnia, który miał być wspaniałą przygodą, a był osobistym dramatem. Wezbrała w nim fala ciepła, a mieszała ona okrutną gorycz podbijającą łzy w jego oczach z potrzebą tej bliskości. Przesunął nogę wyżej, żeby spleść ją z nogą Flynna, docisnąć się do niego jeszcze bardziej, jeszcze mocniej. Serce znowu uderzało mu rytmicznej wypełnione smutkiem i konkretną potrzebą. Słyszał wręcz ten tercet mięśnia sercowego przelewającego krew przez żyły w swoich uszach. Proszę... Zamknął oczy, spod powiek popłynęły mu łzy, a on zatopił się w tym pocałunku. Zabij mnie, zniszcz, utop, tylko nie zostawiaj w tej pustce. Uniósł na ramionach i naparł na ciało Flynna tak, żeby usiąść na nim i swoim ciężarem ciała (niewielkim) docisnąć go do łóżka. To nie było dobre, wcale nie było zdrowe. Chyba rzeczywiście było temu bliżej do koszmaru, albo... właśnie byli w rzeczywistości. Najprawdziwszej rzeczywistości, gdzie słodycz zawsze mieszała się z goryczą i nikt nie miał wyczucia zdrowej mieszanki w tym wszystkim. Zrób cokolwiek. Ujął jego twarz w swoje dłonie przyglądając mu się z góry, zatrzepotał rzęsami, żeby odzyskać ostrość widzenia od łez zbierających się pod powiekami, które zdobiły jego rumiane na nowo policzki. Przesunął czule kciukiem po kości policzkowej mężczyzny. Miał piękną twarz. Zniszczoną, ale piękną.

- Szkoda mi ciebie, Edge. - Może od początku było mu pisane to powiedzieć, żeby się nie udusił, kiedy teraz musiał nabrać nierównego wdechu od mieszanki emocji, która ściskała niebezpiecznie swoje szpony na jego sercu w znajomy i alarmujący sposób. Zamiast się jednak od Edga odsunąć i dać sobie przestrzeń - pochylił się do niego, żeby znów połączyć ich usta.




RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 08.04.2024

- Nie musisz obchodzić się ze mną tak delikatnie, użyj słowa pierdolnięty. - Nienormalne to były anomalie pogodowe, jego wszechświat zniszczył doszczętnie już lata temu - zasłużył sobie na ten wulgaryzm. Szorstkie ręce, jeszcze chwile temu zaciskające się na szyi Laurenta, żeby dać mu przyjemność, nawet jeżeli zasłoniło się uszy i powtarzało w kółko jakieś słowo, wciąż były rękoma mordercy. Zrobił to z lekkością, bo wiedział jak. Wiedział, gdzie nacisnąć, żeby odebrać komuś tchu. Wiedział, jak trzymać szyję, kiedy druga osoba zaczynała się wierzgać. Kiedyś nie odwrócił twarzy, chociaż powinien i to wspomnienie w nim już zostało - wspomnienie dłoni panicznie zaciśniętych na jego nadgarstkach, nóg przesuwających się po podłodze, sinej skóry i oczu zachodzących łzami. Oczu, w których gasło życie.

Oczy Laurenta też były pełne łez. Wyglądał na bardziej roztrzęsionego, niż kiedy znajdował się w realnym niebezpieczeństwie i to chyba było najlepsze podsumowanie tego, dlaczego Flynn tak bardzo bał się słów. Mogli rozstać się na tej plaży i trwaliby w takiej samej relacji jak wcześniej. Mogli rozstać się tutaj, rano. Albo po tym jak spuścił się w nim pierwszy raz. Ale on brnął w to dalej, naciskał na niego celowo, prowokował i doczekał się wreszcie czegoś, co prawdziwie go nakarmiło. Leżeli w łóżku, w którym przed chwilą mu się oddał, nie powinien odczuć tak drastycznej zmiany, ale i tak poczuł, jak atmosfera wokół się zmienia, a po jego ciele pulsuje prąd. Szkoda mu go było. Nic nowego. Wszystkim było go szkoda. Zaśmiał się więc gorzko, całkowicie świadomy, że taki rechot przecinający ciszę tego miejsca musiał brzmieć o wiele bardziej złowieszczo, niż chciał, ale chuj z tym - ta jego fantazja sama na niego weszła. Sam nie słyszał już nic poza szumem.

Tak naprawdę, to nie wiedział, czy jakkolwiek trafił, ale musiał zagrać mu jakoś na emocjach, skoro to robił. Wciskając mu teraz swój język do ust... wiedział, że tym razem wcale nie chciał go spopielić, nie w takim sensie jak w Fantasmagorii. Jeżeli chciał go spalić to tylko po to, żeby Prewett odrodził się na nowo - przeżył swoje Katharsis. Po co innego byłby mu Crow? Mógł mieć tutaj tak dużo ludzi głodnych władzy, wariatów chętnych do dociśnięcia go do materaca w imię miłości, w którą musieli wpadać po kilku minutach przebywania z nim w jednym pomieszczeniu. Ale on ubrał się tak dla niego. Też był pierdolnięty. Flynn założył więc, że prosi się o coś, czego nie mogli dać mu wypucowani chłoptasie z salonów - prawdziwej ulgi - ulgi niezwiązanej z tym, do czego był przyzwyczajony. Ulgi niezwiązanej ze zbliżeniami, w których grał główne skrzypce. Takiej, w jakiej mógłby odpocząć od myśli zaprzątających mu głowę. Po prostu czuć. Prewett dumał o tym, że nie chciał zostać porzucony w tej pustce. Bell chciał go w pustkę wrzucić - zanurzyć jego głowę w nicości i dać mu się w niej utopić, patrzeć jak jego wnętrzności topią się jak kapiący miód. Zapisać się w nim już na zawsze.

Pocałował go jeszcze raz. Jeszcze raz i jeszcze raz. Ostatni raz coś przeleciało przez jego mimikę - jego rysy stwardniały, kiedy podjął decyzję. Leżąc pod nim, podniósł się na łokciu, a drugą rękę położył na jego biodrze. I posłał mu takie dziwne spojrzenie, jakby chciał o coś zapytać, ale sam sobie na to odpowiedział. Laurent wyglądałby ślicznie związany, ale nie miał jak go tutaj związać. Mógł jedynie odtworzyć dotykiem i pieszczotami to konkretne uczucie, kiedy oddajesz się bólowi i wysuwasz biodra do przodu, szukając czegokolwiek, o co możesz się otrzeć, ale nie natrafiasz na żaden opór. Bo było łatwo nacisnąć na skórę w taki sposób, żeby zostawić na niej ślad. Każdy idiota potrafił uderzyć kogoś w twarz lub w tyłek. Jeżeli robiło się to chociaż trochę, to wcale nie było trudne, aby rozpalić kogoś tak, żeby zapominał jak to jest myśleć logicznie. Prawdziwą sztuką było sprawić, aby człowiek czuł, że jego umysł jest miękki na brzegach, zanurzyć go w tej pustce, w której nie było żadnych myśli, tylko bezradne dyszenie, desperacja, łzy i ta pełna gorąca przestrzeń słów tak dobrze, że aż boli, tak bardzo boli, że momentami nie chcesz się temu oddać, próbujesz odepchnąć od siebie to uczucie, ale dostajesz więcej i więcej. W ten właśnie sposób chciał się w nim zakorzenić. Torturą przyjemności.

Wszystko to z czystego, prostego kaprysu - nie mógł się już powstrzymać, żeby nie sprawdzić, czy potrafił sprawić, aby Laurent był rozjarzony jak neonowe światło. Bo chciał zobaczyć, jak chłopak znowu otwiera oczy i zaczyna wracać - i czuje się naćpany, odurzony. Jak orientuje się, że owinięte wokół niego ramiona to wciąż ramiona Crowa i pierwsze jego myśli po powrocie to pytanie, czy nie przeżył tu jakiegoś załamania.

- Cześć - mruknął do niego, przejeżdżając palcem po nieco bolesnej szramie z boku jego biodra. Przez sekundę przemknęła mu myśl, że mógł przesadzić, ale znowu - typ hodował tu sobie feniksa.


RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 09.04.2024

Kim byli, co robili i jaką mieli przyszłość nie miało znaczenia. To, co mogli mu zapewnić mu mężczyźni, za którymi się oglądał, też nie. Zazwyczaj dawali mu dokładnie tego, czego potrzebował. Czasem bywał zawiedziony, czasem przygoda okazywała się nieprzygodą, czasem było to za bardzo pracochłonne i męczące naprowadzać drugą stronę na właściwe punkty, żeby zyskać spełnienie, które nie sprawi, że właściwie to... będziesz musiał je zatkać papierosem, bo jeszcze nawiedzi cię myśl, że więcej było pracy, niż to było warte. Przemoc. Ach, ta przemoc..! Przecież jej należało się przestrzegać. Uważać na nią. Nikomu nie zaufał do tego stopnia, żeby wcisnąć mu tę możliwość w dłonie i niemal samemu wepchnąć potem jego ręce na swoje ciało. Skoro istniały granice, to musiały być wyraźnie pokazane, nie mogły opływać wodą, żeby w zmarzlinie zamieniać się w ostre sople lodu, o które jeszcze się poparzysz. Nie ufał, bał się, uważał. Wcale nie chciał być traktowany przedmiotowo i wcale nie chciał, żeby na co dzień obnoszono się z nim w sposób bolesny. Jak na księżniczkę przystało, aż chciałoby się powiedzieć, każda miewała swoje zachciewajki. I nagle z traktowania jak królewny, z chuchania i całowania każdego centymetra ciała, któremu lubił się przyglądać, przechodziło się gdzieś... do tego punktu. Siadało się na człowieku, od którego chciało się wyciągnąć nawet nie najwięcej, jak się da, ale wszystko. Żeby wydostać się z pustki, albo zostać w niej zatrzymanym. Ostatecznie stawało na tym samym - żeby wyciągnęli cię z pustki, w której byłeś sam i wtrącili do takiej, gdzie już nawet samotność nie istniała.

Tak się rozpływał. Rozmywał na granicach. W miejscu, gdzie już nie istniała żadna myśl i nawet ruchy stawały się bardziej mechaniczne, niemal nieporadne w ich impulsywności. Traciło się zupełnie kontrolę nad sobą, nad tym, jak trzeba wypadać, gdzie całować, gdzie dotykać, jak chce się być dotykanym, albo w jakim punkcie zabawę zakończyć. Malowany bezwład był żywy i jednocześnie wcale nie był bezwładny - bo był pełen ruchu. Przebodźcowany uczuciami i doznaniami, aż z gardła nie wydobywały się tylko jęknięcia, ale i krzyki. Nie o to, żeby przestać. O więcej.

Katharsis.

Zatopić się w czerni i wygrać z Otchłanią - o tym, zdaje się, pisano książki. Jednego sławnego filozofia z teorią otchłani znał dobrze, a jeszcze lepiej znał człowieka, który usłyszał historię, że nie nachyla się nad studnią dlatego, że można tam wpaść. Nie nachyla się nad nią, bo otchłań tej studni może wciągnąć ciebie. Tak pochłonąć grzechem siebie same mogło to dobre serce z nadmiarem miłości do ludzi, do ludzkości, do wszystkiego co ciepłe, pełne uczucia, pasji. Wynurzenie się z tego ogłuszającego świata czerni było rzeczywiście katharsis. Część ciebie tam zostawała - w pozorze nieistnienia, którego chciał zaznać. Nie, nie, to nie był pozór i to nie pozorów szukał. Rzeczywiście... coś bardzo boleśnie realnego. Otchłań nie odpowiadała mu spojrzeniem. Otchłań była obojętna. O wiele bardziej obojętna od Fleamonta, który ciągle tutaj był - dawała i brał dla siebie, spełniał swoje fantazje i karmił swojego własnego potwora hodowanego tuż pod żebrami. Odpłynięcie w niebyt, który całkowicie wygładzał anielską twarz, teraz przez wynurzenie się z niego poznaczył skórę zmarszczkami, bruzdami, niedoskonałością. Ale i w niedoskonałości było piękno. Jak w całej istocie Flynna. Laurent nabrał trochę głębszego oddechu w płuca, rozchylił wargi - tak, to było dobre porównanie: jakby był naćpany. Jakby wynurzał się z jakiegoś narkotycznego snu, który przecież nie miał prawa bytu, no bo nigdy by sobie na coś takiego nie pozwolił. Pozwolił. I to jeszcze jak pozwolił. Rozchylił powieki, chociaż były napuchnięte, bolały go nawet oczy od łez. I być może płakałby dalej zaraz po przebudzeniu, gdyby już nie wylał ich zbyt wiele. Był z nich zbyt osuszony. Zbyt wydrylowany ze wszystkiego. Syknął z bólu i od razu sięgnął ręką do dłoni Flynna, żeby go w nią pacnąć, złapać ją, odsunąć. Dokładnie w tej kolejności. Obrócił się ostrożnie, poruszył ciałem - to był zły pomysł. Tak, zdecydowanie bardzo zły pomysł. Przestał mieć ochotę na poruszanie, a mimo to zmienił pozycję, żeby spojrzeć nieprzytomnymi oczami na Flynna, a potem na samego siebie. Wrażenie, że widział siebie samego po raz pierwszy było na pewien sposób bardzo odkrywcze. Na drugi - całkiem druzgocące.

- Boże. - Wyrzucił z siebie na wydechu z nieszczęśliwą, cierpiętniczą miną. Opadł znowu na poduszki, chociaż chciał się podnieść. Przesunął dłońmi po twarzy i zamrugał parokrotnie, żeby potem znowu się ostrożnie poprawić na łóżku - cel był prosty: znaleźć pozycję, w której ciało będzie boleć jak najmniej. Przekręcił się i znowu zamknął oczy. - Cześć. Tak... - Wymruczał. Bo na pewno nie "dzień dobry". Już nie. To będzie zły dzień. Bo będzie musiał wstać z łóżka i zająć się poważnymi, dorosłymi rzeczami, a chciał w nim przespać i przeleżeć cały dzień. - I dobranoc. - Pomruczał dalej.




RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 11.04.2024

Prewett faktycznie rozbłysł. Flynn nie wiedział, czy dał mu dokładnie to, czego ten szukał, ale zakładał przynajmniej częściowy sukces. Zabrakło mu sensownych słów - Boże - pod żadnym względem nie czuł się jego Bogiem. Nie było też sensu ściągać tutaj innych bogów - nie byli zaproszeni. To był po prostu bełkot. Udało mu się sprawić, że w jego głowie nie było nic. Chciałby być na jego miejscu. Miejscu, w którym poczułby się spełniony, a nie zagubiony. Fala spokoju, jaka zalała go po pierwszym orgazmie, była ciszą, jaka narasta przed czymś większym. Przed punktem kulminacyjnym, ostatecznym rozwiązaniem tajemnicy tego, dlaczego nie potrafił wrócić do domu, w którym czekał na niego jego chłopak.

Bo Laurent smakował jak nostalgia. Był powiewem najgorszych wspomnień, dobijającej zmysły melancholii - dzięki niemu mógł się nie tylko nimi najeść, on mógł się nimi przejeść. Miejsce, w którym dzisiaj spał było piękne, pachniało tu świeżością i czystym, nadmorskim powietrzem, ale dla niego było tutaj dokładnie tak duszno, jak na Ścieżkach. Laurent smakował jak ostatnia działka smacka, jak martwe powietrze w katakumbach, jak jego wewnętrzna zgnilizna i świadectwo największej, moralnej upadłości - to wszystko ubierał w najlepszy z możliwych widoków dla kogoś, kto uwielbiał określać się najgorszymi z przychodzących do głowy epitetów. Był piękny, idealny, był kimś, kogo każdy chciał mieć i kogo Flynn też chciał mieć - mógłby grać w jego grę i dawać mu co chciał za każdym razem, bo to tak wspaniale karało go za wszystko, co w życiu zrobił źle. Był idealnym dopełnieniem najciemniejszych zakamarków jego duszy - tych, które były szczęśliwe, kiedy ktoś nazywał go psem na smyczy. No bo przecież... to nie była zła dynamika, prawda? Ta chwila, w jakiej lojalność stawała się tragicznym oddaniem na dobre i na złe, była czymś pięknym - jak przełom w jego życiu, nadawała niebywałą wartość temu, w jaki sposób konstruował swoją egzystencję. Honor, racjonalność? Nie, to było dla normalnych, on jak już wszyscy w tym pomieszczeniu zauważyli normalny nie był - on nie chciał wiary i zaufania, on chciał współzależności, on chciał braku możliwości oddychania, kiedy nie miało się na kim polegać i kogoś, kto polegał na tobie. Jeżeli to miało być bestialskie i instynktowne - niech takie będzie, nada to lepszy wyraz temu jak beznadziejnie gotowy był do położenia się u czyichś stóp i się temu oddać - obeldze - oczywiście, że „pies na smyczy” to była obelga. Ale on nawet kiedy mówił nie, tak naprawdę uwielbiał obelgi. Pielęgnowały jego szaleństwo tak samo jak wmawianie sobie, że Prewett miał ten wieczór zapamiętać w wyjątkowy sposób, jakby nie mógł dać mu tego każdy, a poranek z Crowem miał być choćby o gram lepszy od jego typowych kochanków, których tak zgniatał, degradował w swojej głowie. Nie był od nich lepszy, ale zbijał tę myśl na bok, żeby kiedyś móc się na tym piekielnie zawieść i utonąć w tej beznadziejności. To mogłoby być lepsze dla ciernia rosnącego mu teraz w klatce piersiowej, gdyby kazał mu za to zapłacić i spojrzał na niego tym samym wzrokiem, jakie robiły wszystkie prostytutki wychodzące z pomieszczenia - tym mówiącym, że odegrały to co miały odegrać, a wszystko, co dopowiedziałeś sobie w głowie na ich temat, było tylko objawem desperacji. Wyniósł dzisiaj Laurenta na wyżyny, siebie chyba też, ale nie czuł się dobrze, bo nie to nie było to...

Czuł, jak nasila się w nim stres.

Ta scena była obfita w przemoc. W myśli o zanurzeniu opuszek palca w ranie, od której Laurent skutecznie go odtrącił, bo kiedy badał ją dotykiem, dosyć szybko zrozumiał, że chciał nadać tu sobie inną rolę. Odsunął więc rękę i zaczął bawić się nożem. Jeszcze przed chwilą jeździł mu nim po skórze, teraz obracał go w palcach, jakby nie był piekielnie ostrym narzędziem zbrodni, tylko długopisem. I milczał. Milczał, nie pozostając przy tym bezczynnym. Chciał mieć go blisko. Zachęcał jego ciało do tego, żeby tę bezpieczną pozycję znalazło przy nim, w jego delikatnym objęciu, zasypany kolejnymi pocałunkami na włosach i skroni, gładzony tam, gdzie nie zawędrowały brudne paznokcie i ostrze noża. Bezpiecznych strefach nie sprawiających mu już fizycznego bólu. To był dobry dotyk. Taki, jakim chętnie obdarowywał osoby, które o niego dbały, tylko że nie był tak samo namiętny jak wcześniej. Flynn gdzieś odpłynął, chociaż sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Przetarł oczy wolną dłonią, a później zadarł podbródek Laurenta do góry, znów zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy. Albo do trzymania ich zamkniętych. Nie miało to większego znaczenia - po prostu miał nie patrzeć na jego nogi, żeby znów nie odtrącić jego ręki w bok, kiedy przyciskał ten nóż do swojego uda i rozcinał kolejny rząd łusek piekielnie starego tatuażu, a jego twarz zdradziła go w doświadczeniu zalewającego ciało, kłującym uczuciu dyskomfortu.


RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 11.04.2024

Nie, nie było tu bogów, ale nawet gdyby któryś z nich zajrzał do środka to musiałby się wstydzić. Niech się wstydzi ten, co widzi. Laurent też to zobaczy - i też będzie mu wstyd. Teraz był tak zmęczony, że nawet podniesienie ręki było wyzwaniem, a co dopiero mówić o denerwowaniu się, stresowaniu, zajmowaniu swojego umysłu tego, jakie to było brzydkie, brudne, wulgarne do cna - to, co zdarzyło się tu między nimi. Zupełnie się tym upił. Zdradliwe bąbelki uderzyły do głowy i przysłoniły wejrzenie na rzeczywistość. Niektórych rzeczy przecież nie tyle, że nie wolno - nie powinno się. Ktoś cię potem zobaczy, a nawet jeśli nie to widziałeś siebie samego, więc wstydzić się mogłeś. Potem rozpłynie się to po ciele, wypełznie mackami z umysłu i złapie za każdy wrażliwy kawałek ciała, wciskając się w zadane rany i wspomnienia dotyku, miejsca otarcia ciała, wędrówka ostrza po alabastrze skóry. Ile Flynn mógł z tego zapamiętać i ile mógł z tego wyciągnąć? Prawie jakby został wykorzystany... Po twojej głowie przeszła myśl, że mógłbyś teraz kazać mu spadać, jak pierwszej lepszej dziwce ściągniętej z ulicy, że mógłbyś poszczuć go psem, niech się wynosi, nie miałeś przecież siły na interakcje, ochoty na jego kolejny głupi wyrzyg słów, który na pewno się znów stanie. Teraz wypadałoby coś odnośnie tego świńskiego seksu, prawda? Kim właściwie czuł się w tym wszystkim Fleamont? Nie to, kim był w twoich oczach, bo to było przecież jasne - nieznajomym, który wybierał za każdym razem destrukcję i zniszczenie, bo tak jego spaczony żywot musiał nabierać większego sensu i oszukiwał siebie samego, że tak było prościej. Whatever. Mógłby się poczuć lepiej, jako ktoś wyjątkowy, jako jedyna osoba, dzięki której naprawdę sięgnąłeś w końu boskości. Więc wróć - nie było tu Boga? Teraz nie, zgoda. Teraz był tylko anioł wykończony wyniesieniem do progów boskości. Nigdy nie miał na tyle silnych skrzydeł, żeby się na niej zatrzymać. Tymczasem wszystko tutaj brnęło w zupełnie nie takim kierunku, w jakim popychać chciał to Laurent. Albo nie? Może to po prostu w nim tkwiło, ta brzydota? Destrukcja taka silna, żeby sponiewierzyć wszystko co dobre i piękne w swoich dłoniach?

Przylgnął do niego chętnie, kiedy dłoń nie dotykała przewrażliwionych miejsc, kiedy była chłodniejsza od ciepłego ciała i chłodziła wręcz zagrzane zakamarki skóry. Będąc tak blisko musnął wargami jego ramię, jego szyję, tak samo delikatnie jak delikatnie musiały latać motyle. Jego ciepły oddech rozbijał się na poznaczonej bliznami skórze Fleamonta. I wszystko było w porządku. Tak, w fizycznym nieporządku, w chaosie, w tej degradacji, która godna była potępienia, ale jednocześnie było w porządku, bo żadnego potępienia nie było. Bo był dotyk, bo była cisza, która teraz szumiała sama w sobie w uszach Laurenta i była ciągle osoba obok, która niekoniecznie chciała cokolwiek więcej. Szkoda, bo przecież chciałby mu coś dać. Coś lepszego. Nie mógł. Nieświadomie otwierał coś brutalnego i starego, zgniłego i zgorzkniałego, co powinno śmierdzieć na odległość. Smród mogła przynieść tylko woń papierosów we włosach Flynna, ale w tym momencie ten zapach był wręcz nęcący.

Uniósł głowę i rozchylił zmęczone powieki. Nie było teraz w tym wcale niczego ładnego - w twarzy Flynna, jakiejś zamyślonej, albo nieobecnej, ani w jego własnej z zaczerwienionymi od łez, suchymi oczami. Trzymał dłonie przy nim, na jego klatce piersiowej, teraz palce przesunął łagodnie na bok. Chciałbyś coś zobaczyć? Nie zadał tego pytania na głos. Po czymś takim nie można było już mówić o tajemnicach ciała między sobą. Oj nie... zdecydowanie się nie dało. Brak chęci do odzywania się sprzyjał tej chwili. Brak złości, brak miłości, brak żalu, skruchy. Miałeś poczucie, że mógłbyś teraz powiedzieć wszystko i zawyrokować o wszystkim - w końcu, W KOŃCU bez żadnego problemu. Bez pokory, bez strachu, bez złości i bez bezsilności. Dziwne ile siły można było odnaleźć w stanie, który przypominał bezsilność. Mogłoby to tak trwać, gdyby Flynn pierwszy tego nie przerwał grymasem bólu, który sprawił, że Laurent automatycznie cofnął swoje dłonie sądząc, że to jego ruch powoduje ten ból. Ale to nie było to. Odsunął twarz z jego dłoni, żeby spojrzeć na jego tors, przez moment wątpiąc w to, co sam mógł zrobić przy tej absolutnej ekstazie, która go opętała.

- Coś cię boli? - Zapytał nieco obcym sobie, trochę zachrypniętym głosem. Aż odchrząknął, przymykając oczy znów na krótką chwilę. Wciąż nie wszystko do niego nie docierało. Odsunął się trochę od Flynna, żeby na niego spojrzeć, kiedy ten wyraz twarzy wcale nie wydawał się polepszyć mimo cofniętych dłoni. Ten widok noża też nie dotarł do niego od razu. Patrzył. Spoglądał, jak człowiek tuż przy nim rozcina sobie nogę, jak grzesznik chcący wykrwawić się na ołtarz swego Pana. I w tym ciężkim, wrzuconym w tą pustkę umyśle Laurenta wydawało się to w tym ułamku chwili tylko poprawne. Prawidłowe w swojej nieprawidłowości. W tej krótkiej sekundzie... zanim mdłość uderzyła w jego podbrzusze, wykrzywiła jego twarz i on sam zerwał się, żeby złapać jego dłoń i położyć palce przy ranie, jakby chciał ją zszyć, zasklepić własnymi palcami. Poczucie bólu własnego ciała go przyćmiło, więc oparł się ciężej na biodrze Flynna. - Co ty robisz, Flynn... - Chciał zabrać ten nóż z jego palców i wyrzucić go na ziemię.




RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 12.04.2024

Zaśmiał się lekko, ale wciąż nieobecnie - nie wpatrywał się w Laurenta, tylko w bliżej nieokreśloną przestrzeń. A może nie wpatrywał się w nic - może puste oczy były wlepione w jakiś punkt, ale sam Flynn nie widział tego, co próbowały zarejestrować. Leżał w takim otępiałym bezruchu, aż Prewett nie nacisnął mu na tę ranę. Sięgnął po jego rękę, ale wcale nie po to, żeby ją odtrącić - zamiast tego przycisnął ją mocniej, dając jednemu z palców zatopić się bezpośrednio w rozcięciu. Działanie to zwieńczył kolejnym z rzędu stęknięciem pełnym bólu. Nawet to nie przywróciło go do normalności. Edge w tym bólu po prostu utonął - nie pozostawiał jasną tylko jednej kwestii - czy dźgnięcie samego siebie było przyczyną, czy efektem tego zagubienia we własnej, zamglonej głowie.

W przeciwieństwie do tej Prewetta, nie była spokojna i pełna ciszy. Była głośna, pełna rozmów i szumu, zalana potrzebą upokorzenia samego siebie za kolejny zawód. Nowa szrama na nodze - idealne ucieleśnienie tego, że któryś już raz spierdolił coś po całości i nie wytrzymał. Nawet jeżeli ucieknie słowami lub wzrokiem, albo jakimś cudem nikt go o to nie zapyta - zostanie po tym ślad. Pierwszy od trzech lat.

- Przestań, Laurent - wyszeptał jakby zdezorientowany, kiedy chłopak próbował wytrącić mu z dłoni nóż. - Pokaleczysz się - dodał. Z troską w głosie. Złapał go mocniej za rękę ale tylko po to, żeby odsunąć go od ostrza na kilka sekund, a później obrócił je w swoich palcach, żeby to on trzymał za ostry koniec, a Prwettowi wsunął pomiędzy palce uchwyt. Gdyby blondyn za niego pociągnął, prawdopodobnie nieumyślnie rozciąłby go tak, że przez dobry miesiąc musiałby zrezygnować z treningów na trapezie, ale po nim spodziewał się do najwyżej trzęsących się rąk. - Już - puścił to ostrze - masz - puścił je, spojrzał na niego trochę, jakby miało być już na zawsze jego. Jakby kłócili się o łopatkę w piaskownicy i Flynn postanowił ją odpuścić. - Jest dobrze? - Pytając brzmiał tak, jakby dopiero budził się z głębokiego snu i nie zdawał sobie sprawy, dlaczego chłopak tak panikował i napierał całym ciężarem ciała na jego bok. Nie zrzucił go z siebie, bo to przecież było przyjemne. - Nie oczekuję, że to zrozumiesz - dodał jednak. Jakieś myśli musiałby jednak przepływać przez jego głowę - ale mógłbyś chociaż poudawać.

Nie podniósł się do siadu, ale chyba tylko dlatego, że nie miał już siły. Był przemęczony. Tym co działo się wczoraj, tym co stało się dzisiaj - w pionie znowu zacznie kręcić mu się w głowie. Leżał więc, mrużąc oczy i wpatrując się w niego zza tafli posklejanych, gęstych rzęs.

- Jest mi bez niej - miał tu na myśli heroinę - i bez ciebie cholernie zimno - to mówiąc wysunął do niego czystszą rękę, żeby poprawić mu roztrzepane włosy. - Chodź tu, to zdradzę ci coś, czego się kiedyś dowiedziałem - zaproponował, zupełnie jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Jakby przed chwilą nie zrobił sobie krzywdy na jego oczach i to było normalne aby prosić go o to, aby wrócił do leżenia u jego boku. - Podobno pomiędzy snem i jawą jest takie miejsce... - zaczął, ale dokończył tylko jeżeli Laurent uległ naciskowi jego palców i wrócił na pościel.

- Miejsce, w którym mogą spotkać się połączone dusze. - Ton jego głosu znów zniżył się wtedy do szeptu. Gładził go po twarzy, przyciskając do siebie, wpatrując się w niego wzrokiem, jakim nie obdarował go nigdy wcześniej. Ciepłym. Nie potrafiłby ukarać kogoś za brak chęci do gry w jego autodestrukcję. - Ma nazwę. Dormiveglia.


RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 12.04.2024

Czerń łatwo wkradała się pod powieki, kiedy koszmary powstawały z ziemi. Wypełzały spod łóżka i wpełzały pod pierzynę, wsuwały się na nogi i wrzynały pod skórę. Zakrywały świat czernią. Przez ułamek sekundy czuł tylko tą ciepłą, lepką maź, rozciętą skórę, w którą wsunął się jego palec. Był bliski wymiotów, wszystko zatrzymało się na poziomie jego gardła, kiedy żołądek wykręcony został jak szmata po praniu. Jeśli nawet mógł czymś rzygać to zawartość tego żołądka wróciła na swoje miejsce, a gdy czerń ustąpiła miejsca zamazanej rzeczywistości odkrył, że nadal siedzi, tylko podpierając się na Flynnie. Mógł się na nim oprzeć, prawda? Mógł wszystko, z nim, z Esme, pewnie z wieloma innymi, którzy oddaliby mu nóż w dłoń, żeby otworzył im żyły - dlaczego nie, mogliby się wykrwawić właśnie dla tego. Już słyszał te słowa i fantazjował nad nimi. Fantazjował również nad bólem, chociaż przeczył, że chce go zaznawać. Będzie też głośno przeczyć, gdy się ocknie, że chciał dać się tak potraktować. Ogłupienie emocjami prowadziło do wyborów, które niekoniecznie zostałyby podjęte na trzeźwo. Czy to oznaczało, że prawdziwie ich pragnęliśmy? Musiało. Zabrakło ci tylko wiary, że tak samo musiało znaczyć, że tego właśnie chciałeś.

Ręce mu się trzęsły, kiedy próbował nieporadnymi palcami zabrać ostre narzędzie, które raniło. Próbowałeś kiedyś zaakceptować to, co się dzieje? W trosce o mój zdrowy rozsądek. Ten dom nie pachniał teraz kwiatami ani morskim powietrzem, ukochanymi piżmowymi perfumami ani sosnami, bo przecież ich zagajnik był wręcz przytulony do tego domu i niektóre gałęzie czuwały nad dachem budynku. Teraz cuchnął krwią. Krwią, która tak samo barwiła skórę i białą pościel jak tamtego dnia, kiedy leżał tu sam i wiedział, że umiera. Tu i teraz to nie Śmierć, spokojnie, to tylko... Tylko co? Flynn spodziewał się trzęsących rąk i tak, takie dokładnie były. Nawet uścisk na rękojeści wydawał się tak słaby, że chyba prędzej to on straciłby ten nóż niż wyszarpnął go z dłoni Flynna. Trzymał go. Narzędzie zbrodni i rozkoszy. Coś, co dawało pozorną władzę nad ludzkim być albo nie być. Trzęsły mu się bardziej dłonie czy trzęsły się jego niepozbierane myśli, które tonęły w otchłani tworzonej przez lepkie przyjemności? Oddech przyśpieszył, klatka piersiowa unosiła się w głębszych wdechach. Już, dobrze? Pokiwał głową. Mógłbyś chociaż poudawać. Zwrócił powoli mętny wzrok z ostrza na Flynna. Mógłbyś poudawać, że rozumiesz. Nie wiem, czy potrafię udawać. Czasem nie trzeba udawać zrozumienia, czasem wystarczy zaakceptować. Uspakajał oddech. Rozmazał krew na jego ciele kolejnym ruchem dłoni. Zakręciło mu się znowu w głowie. To musi być koszmar. Albo fantazja?

- Pomóż mi zrozumieć. - Chciał spróbować. Co go napędzało do tego? Jaka kara? Co go napędzało ku temu, żeby z taką przyjemnością służyć Madame? Dlaczego wysuwał swoje ręce, by były przypalane papierosami? Uzależnienie od bólu? Tylko te słowa mieszające się z realiami snu zatrzymały go w miejscu, chociaż gotów był biec na drżących nogach po apteczkę, maść, miksturę, żeby mu pomóc. Powinien. Więc jakim pojebanym wyborem było w ogóle, wbrew sobie, zostanie w tym łóżku? TO miało mu pomóc? Bogowie... Trzymając ten nóż, jakby był tylko łopatką, a nie nożem, pochylił się, żeby się położyć. Nie przysuwając do siebie dłoni, która cuchnęła rdzą. Oszalał on, albo Flynn. Fleamont mógł być już wcześniej szalony. Albo to ty szalony byłeś, tylko lepiej udawałeś, lepiej się trzymałeś. Te ciepłe spojrzenie, te gesty... Sen? Jawa? Co gdzie było? Padły słowa, które zamieniły oczy Laurenta w dwa galeony.

Pamiętał to słowo.

- Przypomnę ci o jeszcze jednym słowie. Mizpah. - To również pamiętał. Skąd to uczucie, że ten człowiek chciał, żeby ktoś był świadkiem jego własnej destrukcji? Że potrzebował zniszczenia, upodlenia się? Tylko czemu miałby na to pozwolić? Dlaczego miałby uczestniczyć w tej chorej grze? Uniósł się, ale nie po to, żeby się szczególnie odsunąć. Dłonią z nożem oparł się o pościel po drugiej stronie Flynna, pochylając nad nim, drugą sięgnął do szuflady, żeby wyciągnąć z niej swój skarb. Był dziedzicznie obciążony krwią swoich przodków i choć mówiło się, że to smoki spały na złocie, to Laurent uważał, że robiły to prędzej selkie. Chyba nie było teraz niczego cenniejszego w jego kolekcji poza tym kamieniem. I to nie tylko dlatego, że był taki piękny. Laurent za mocno go ściskał w swoich dłoniach modląc się o cokolwiek lepszego na tym świecie. Wrócił na swoje miejsce i wyciągnął otworzoną dłoń z nim do Flynna. Kamień sam w sobie był jak skradziona gwiazdka z nieba.




RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 12.04.2024

Jak można było pomóc komuś to zrozumieć? Wytłumaczyć komuś tak kruchemu coś takiego jak agresja? Nie oczekiwał, że to zrozumie, bo tak naprawdę to nie wierzył w taką możliwość. Laurent? Ten człowiek, któremu od trzymania ostrza tak mocno drżały dłonie, miałby pojąć swoją małą, ciasną główką jak wiele walki kosztowało go pozostanie tak delikatnym i zdolnym do czułości mimo tego jak często kipiał od emocji? Z tak bezbarwnym i okrutnym życiorysem?

Nie dało się dusić takich rzeczy w sobie, zawsze musiały znaleźć jakieś ujście.

- T-to jest coś... - co wyżera mnie od środka jak pasożyt, co nie daje mi spać, przez co tułam się przez kolejne pary rąk i nie potrafię w nich pozostać, co nigdy nie pozwoliło mi pogodzić się z brakiem dzieciństwa i żadnych perspektyw lepszych niż bycie częścią mniejszych i większych przestępczych ugrupowań... - c-co za-awsze jest w środku mnie. - Przecież by mu tego wszystkiego nie powiedział. Nigdy w życiu. Autentycznie bałby się otworzyć przed tym człowiekiem, to nie zmieniało się w żadnym stanie upojenia, ekscytacji, ani kiedy wpadał w tak głęboką derealizację. - D-d.. dusi mnie, kiedy nie pozwalam się temu wydostać. - Pozostawił tę agresję jednym, wielkim niedopowiedzeniem. Bo...

Bo...

- Też lubisz dziwne słowa? - Wyglądał na tak zbitego z tropu. Nabrał powietrza w płuca i wyglądał na trochę spanikowanego, nie rozumiał przecież, dlaczego Prewett zdawał się nagle wiedzieć o nim tak dużo. Dlaczego nagle wydawało się, jakby łączyło ich dużo więcej niż seks, za który Fontaine mu pewnie zapłaciła i pobicie dla niego kilku typów. To był jakiś żart? Skąd miał kurwa wiedzieć, że nie - to pozostawało czymś pomiędzy nim i Bletchleyem, po prostu nauczył go tego słowa sam w tym pieprzonym półśnie. - ...p-przypomnisz? - Przetarł palcami oczy i na moment zamarł, bo wciąż spragniony bliskości myślał, że Prewett mimo wszystko chciał go po prostu przytulić. Wyglądało to nawet w jego percepcji odrobinę żałośnie - myślisz „ktoś sięga, żeby mnie objąć”, a on przesuwa dłoń dalej i łapie nią za uchwyt szuflady. Trochę jak uśmiechnięcie się do nieznajomego, który wcale nie uśmiechał się do ciebie. Okazało się jednak, że wcale takim nie było - chłopak sięgał po coś, co sprawiło, że na kilka długich sekund zapomniał, jak się oddycha. Leżał w bezruchu, absolutnym - nie mrugał, nie unosiła się też jego klatka piersiowa - a później odrobinę zbyt gwałtownie chwycił po tę gwiazdę i zacisnął na niej brudne od krwi palce.

Jakim cudem jakaś się uratowała? Nie miał pojęcia. Pamiętał, jak Fontaine go wyśmiała, jak rozbijała jedną za drugą, karząc go za kolejne kłamstwo mające zakryć to, że Crow wcale nie chciał wywiązywać się z wydawanych mu poleceń. Wtedy wydawało mu to dobrą ceną - rozbicie zbudowanego przez niego sklepienia, jedna gwiazda miała być jednym życiem uratowanym poprzez przytaknięcie jej, ale ostatecznie rozwiązanie sprawy po swojemu. Po ludzku. Bez znamion czarnej magii przeszywającej resztki mózgu pod kruczoczarną czupryną. Ale później, kiedy znowu czołgał się w ciemnościach i zapomniał, jak wygląda księżyc, zastanawiał się, czy nie powinien żałować...

Zacisnął te palce jeszcze mocniej.

- Byłem pewny, że zniszczyła wszystkie.

I znowu wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć. Podniósł się do siadu, przycisnął do siebie Laurenta jedną ręką i... z całej siły rzucił tym kamieniem o sufit. Rozbił się tak, jak rozbija się szkło, ale nie spadł na ziemię - pokruszył się na setki kawałków, które pokryły sklepienie sypialni Prewetta i oto była odpowiedź na jego zagadkę - niebo. Niedokładne. Przypominało nieco to z Wielkiej Sali w Hogwarcie, ale posiadało wiele mankamentów - bo Crow nie znał się na astronomii, znał się na fizyce i miał swoje ulubione gwiazdozbiory, ale nie był w tym w ogóle precyzyjny. To było jego niebo. Niedoskonałe, ale jednocześnie piękne - bo nie chodząc do szkoły, tak naprawdę nie miał jak zainspirować się wspomnieniem większości czarodziejskich dzieci. Miało być jak lampa. Rozbłyskać, kiedy tego potrzebują i gasnąć, kiedy ktoś pociągnął za srebrny sznurek wiszący gdzieś z boku. Pociągnięty zbierał wszystkie świecące okruchy w całość. Zaprojektował to, wykonał mechanizm, znalazł rzemieślnika, który mógł mu to zakląć. Stworzył to z potrzeby swojego smutnego serca tęskniącego za powierzchnią - to było coś stworzonego dla siebie i dla innych szczurów.

Miało dawać im nadzieję.

Opadł na te poduszki jeszcze raz, tym razem w ogóle nie dając mu wyboru - musiał opaść na nie razem z nim, znów do niego przyklejony. A później Crow znów pocałował go w czubek głowy.


RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 12.04.2024

On krwawi. Głowa nie pozwalała zapomnieć, skoro już mogła rodzić myśli. Potrzebuje pomocy. Potrzebował akceptacji. Zrozumienia? Czy zrozumienie był w stanie mu dać? Musiałby stworzyć całą mapę myśli złożoną z zachowań Flynna - jego gesty, szorstkie słowa, gwałtowny dotyk zaraz obok tego cudownego, ciepłego. Byłbym w stanie go skrzywdzić? Gdyby to właśnie tego potrzebował. Naturalne wydawałoby się postawić tutaj podważenie, że przecież nikt nie mógłby chcieć swojej własnej krzywdy! Nikt... a na pewno nie ten, który siada na kimś, żeby zanurzyć się w kolejnej ekstazie i szukający w tej przyjemności i bólu omdlenia. Nieee, no przecież to całkiem normalne, że nikt by tego nie chciał. Realizacja tego była wstrząsająca. Tak jak druzgocące było to pomieszanie, że to, co wyśnił... to chyba jednak naprawdę nie była tylko Piękna Fantazja i miała w sobie o wiele za dużo Crowa niż śmiałby przypuszczać. Wszystko, co słyszał, traktował przez palce - jak zupełnie inną istotę o tej samej twarzy. O skrzydłach prawdziwych, bo Flynn miał "tylko" tatuaż. O prawdziwej potrzebie uczucia, bo przecież Flynn nigdy by z tym nie przyszedł do niego. Owszem, na seks, jakoś w to nie wątpił, ale z uczuciem? Takim, jakie teraz lśniło w jego oczach z jakiegoś powodu i całkowicie już nakładało mu się na Fantazję. Takim, które kazało mu zranić siebie samego.

- Ból pomaga? Na oddech. - Mógł udawać, tak, starać się przynajmniej, mógł to dla niego zrobić. Włożył wysiłek w to, żeby jego głos brzmiał spokojniej, kiedy leżał z nim znów ciało przy ciele i czule i uspakajająco dotykał jego policzka, zagarnął jego kosmyki włosów za uszy, żeby nie przeszkadzały, nie wpadały do tych ślicznych, smutnych oczu. Ból to odpowiedź na smutek? Nie. Na pewno istniało inne rozwiązanie. Przejmowanie się tym przez kogoś takiego jak ty było nierzeczywiste, żeby nie powiedzieć: pierdolnięte. Przecież nie powinno się chcieć pomagać osobie, która szukała tylko sposobu na wbicie szpilek pod skórę. Chciał go czule jeszcze pogłaskać, ale spojrzał na te swoje umazane palce, krew zaczynała na nich zasychać i chociaż nie trzęsły się tak mocno to ciągle drżały. Ta, w której trzymał nóż i nie chciał go puścić, również. - Wiem, że lubisz nowe słowa, bo angielski nie jest w stanie wyrazić wszystkiego, co chciałbyś powiedzieć. - Mówił wolno i spokojnie. Zmusił się do tego, żeby mimo tego, jak poznaczona krwią była jego dłoń pogładzić go uspakajająco po tej twarz. Shhh... nic się nie dzieje. Myśl o tym, że to nie on powinien go uspakajać i rozmawiać z nim o tym wszystkim całkowicie zniknęła. - Uczysz się ich na pamięć. - Tak? Tak było? Bo jeśli tak... ale jakoś strach tym przestał go łapać za serce. Tak mocno skupił się na Flynnie, jego rozstrojeniu i strachu, że przeskoczył swój brak zrozumienia do tego, gdzie się znajduje i czemu się znajduje w sytuacji, w której nigdy by siebie samego nie wyobraził poza Rose Noire, bez narkotyków. - Ładne słowa. Tak, lubię. - Ponieważ jedno słowo potrafiło mieć tyle znaczeń. - Mizpah. Z języka hebrajskiego. To określenie dla osób, które zostały rozdzielone ze sobą, czasem rozdzielone śmiercią. Były ze sobą wcześniej mocno złączone.- Te dwa słowa, jak kłódka i klucz. Flynn podał mu kłódkę, więc on wsunął w nią kluczyk. Gdyby nie ta kłódka to chyba wspomnienie klucza rozmyłoby mu się w klepsydrze upływającej codzienności.

Nie wiedział, czego się spodziewać dając mu ten kamień, ale jeśli tak wiele rzeczy składało się w jedną całość to mógł być dla niego ważny, prawda? Albo chociaż dałby jakąś wskazówkę. To, co zobaczył na twarzy Flynna przerosło jednak jego oczekiwania. Może tak wyglądała jego własna mimika, kiedy wpatrywał się w tą gwiazdkę z nieba, kiedy spoczęła na jego dłoni. Chciał zapytać, kto właściwie je zniszczył, ale chyba nie musiał. Objął Flynna ostrożnie, rozluźniając w końcu palce na tym nożu, a potem on...

- NIE! - Wyciągnął ręce w górę chcąc złapać ten kamień, który poleciał w górę i aż serce przestało mu bić w momencie, gdy ten kamień się rozprysnął. Zabiło tylko dlatego, że rozprysnął się na coś wspaniałego. Olśniewającego, coś, za czym absolutnie tęsknił z czasów dzieciństwa. Jedyną w sumie rzeczą, bo naprawdę nie lubił Hogwartu, który był jak szkoła przetrwania. Pierwsze szeptanie, jakim jesteś aniołkiem, pierwsze siniaki i pierwsze poniżenia. Ale niebo takie jak to... opuścił ręce, opadając na łóżko z Flynnem. I całe szczęście, bo ten gwałtowny ruch znów wzbudził ból w jego ciele. - Nie zepsułeś go, prawda? - Zapytał błagalnie. Byłby bliski do wpadnięcia w płacz, a ten zmieniłby się w histeryczny, gdyby nie czułość rąk Flynna i ten pocałunek. Za wszystko, co się tu stało, za całe niezrozumienie tych snów i tego, co się dzieje między nim i Fleaontem. I czy cokolwiek się w ogóle dzieje, czy to nie kolejna wizja. Objął go, przylegając do niego. Zostawiając ten nóż na pościeli po swojej drugiej stronie. Spoglądał na niebo przez moment, ale w gruncie rzeczy bardziej od niego interesowała go twarz Flynna. - Piękne...




RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 13.04.2024

Ból nie pomagał. Pomagało mu cierpienie. Ale nie odpowiedział. Nie pokręcił nawet głową. Zamarł. Nie potwierdził też kolejnych jego słów - właśnie dlatego, że miał rację. Angielski nie pozwalał mu powiedzieć wszystkiego. Język... generalnie język był tak skomplikowaną sprawą, jego problem z mową był zbyt złożony, żeby go jednym zdaniem rozłożyć na czynniki pierwsze. Od zawsze miał wrażenie, jakby niektórych rzeczy nie powinno się opisywać, tylko pokazywać. Bo ich się nie wypowiadało, tylko czuło. Tylko i wyłącznie samotność czyniła go kimś, kto potrafił to charakteryzować - leżąc na dachach wozu Alexandra, śpiąc w zatęchłych korytarzach, budząc się w łóżkach ludzi, których tak naprawdę nie znał - zawsze myślał o tym, jak mogłyby potoczyć się jakieś rozmowy, gdyby jednak miał odwagę się odezwać. Gdyby powiedział prawdę. Teraz coś niby cisnęło się na usta - obelgi, próby odepchnięcia go najdalej jak tylko potrafił, żeby nie czuć już przerażenia i bezsilności wobec wiedzy, jaką Prewett posiadł jakby bez żadnego powodu. No bo skąd?

Zamiast tego sam zadrżał. Jakim prawem? Skąd, do cholery? Znał jego pseudonim - no dobrze, plakaty reklamujące przedstawienie wisiały rozwieszone po całym Londynie. Jego imię - czy padło podczas ich ostatniego spotkania? Opowiedziała mu to jego siostra? Ale nawet jeśli - ona nie znała takich detali, była młodziutką, słodką dziewczynką, której opowiadał kompletne bzdury i nie zauważył kiedy dorosła i zorientowała się, że to bajki. Ale wciąż - nie znała go takim. Nie potrafiłaby przekazać Prewettowi tylu informacji, żeby zaczął gadać słowami jakby wyjętymi mu z gardła. To było... okropne. Kompletnie nie obchodziła go nagość - to były tylko ciała. Ale to... Czuł się, jakby Laurent podkradał sobie fragmenty jego jestestwa, które oddał zupełnie innym od niego ludziom. Już nie kim, tylko czym on kurwa był? To nie on powinien się o niego martwić, narzekać na to, że nic nie zjadł, robić jakieś durne zakłady tylko po to, żeby nie wyszedł na zewnątrz głodny. To nie on powinien poprawiać go kiedy mówił bzdury, albo nie rozumiał słowa, którego sam użył. To nie on powinien mu je tłumaczyć. To nie jego powinien wynosić na szczyt i błogosławić jego ciało, żeby przynieść mu ulgę, której tak bardzo potrzebował. To nie jemu powinien budować rzeczy. Obiecywać cholerne miasta. Podzielił to przecież pomiędzy innych, całkiem sprawiedliwie. Jakoś musiał radzić sobie psychicznie z tym, że było ich dwóch. Prewett był tutaj złodziejem.

Nawet tak zmęczony, z rozciętą nogą, na absolutnym skraju wyczerpania, był pewien jednego - to nie było możliwe, żeby ta tleniona dziwka była jakimś mistycznym kurwa bytem. Bycie muśniętym przez morskie fale nie czyniło go nagle kimś ponad wszystkimi - jeżeli nie wierzył w przeznaczenie, to zawiedzie się szybko, bo wszystkim urodzonym, przeznaczone było zdechnąć od dnia, w którym odważyli się zaistnieć na tym świecie. Laurent Prewett też będzie kiedyś gryzł piach - był tak samo żałosny jak wszyscy chcąc poczuć, że żyje w rozpadającym się ciele mającym zgnić, przeistoczyć się w coś innego, co nie będzie pamiętało, ile dziur wydrążył w sercach podążających za nim, pragnących go jak czegoś świętego. Miał tylko jeden, maleńki problem - każde, nawet najdelikatniejsze muśnięcie skóry, jakie mu teraz ofiarował, wprawiało go w osłupienie. Sprezentował mu nawet gorszą karę, niż on sam sobie stworzył, rozcinając własne udo. Nie był już falą wciągającą go w głąb morskiej toni, tylko wrzątkiem spływającym po jego ciele. Jego ciepło przyprawiało go o mdłości, a jednocześnie był go głodny. Albo go nienawidził, albo się w nim zakochiwał i nie potrafił sobie tego przyznać. Niezależnie od prawdy - mógł buntować się i płakać, ale i tak miał wrażenie, że decyzja znajdowała się poza zasięgiem jego dłoni.

Piękne...

Zakręciło mu się w głowie. Ból rany stał się najmniejszym z jego problemów. Największym nie było to jak wielu chciało jego śmierci - stało się nim to, jak mocno zabiło mu teraz serce, a przylegający do niego Laurent musiał to poczuć.

- Jest... - nie odzywał się już tak długo, aby dźwięk jego głosu wybrzmiał w tym miejscu jakoś obco. Nie odpowiedział na żadne z zadanych mu pytań. Kiedyś przecież odkryje ten srebrny sznurek i za niego pociągnie. - Jest jakakolwiek szansa na to, że mógłbyś mnie kiedyś pokochać? - Wszystko w jego ciele wydało z siebie teraz potworny jazgot, a on, chociaż z każdym kolejnym akapitem starał się zbijać tę jego boskość, teraz naprawdę modlił się w duszy do tej pary jasnoszarych oczu. Modlił się o to, żeby Laurent odpowiedział: nie i pozwolił mu na odetchnięcie ulgi. Panicznie wręcz nie chciał, żeby cokolwiek co się tutaj zadziało, stało się prawdą.