![]() |
|
[10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150) +---- Wątek: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda (/showthread.php?tid=3140) |
RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Laurent Prewett - 26.04.2024 Dziwiło go zachowanie tak Victorii jak i Geraldine, bo żadnej z tych kobiet nie poznał od tej strony. Nawet jeśli rzeczy trwały między nimi przemilczane to wydawało mu się, jakby ciężar próbował osiąść na łódkę i chociaż jej nie podtapiał to jednak robiło się bardziej dyskomfortowo. Powiedzenie, że czuł się nowym wobec takich sytuacji byłoby kłamstwem, ale był nowy wobec takiej sytuacji gdy chodziło o wybieranie się na potencjalnie niebezpieczną wyspę, łodzią, ponad czarną wodą, pod którą przepływa coś niebezpiecznego... tak. Elementy składające się na samopoczucie piętrzyły się i mogły stać się bardzo niebezpieczne. W tym wszystkim nawet nie dotarł do niego temat samego ślubu i Vespery. Za dużo było bodźców, żeby ta emocja się przez to przebiła. Przecież mogę im zaufać. Victorii na pewno. Nie jesteś sam, nie jesteś sam, niejesteśsam, niejesteśsam, niejesteśsam, niejesteśsam... - Nie przesadzajmy, Esme nie jest aż takim złym wioślarzem. - Uśmiechnął się delikatnie, ujmując to jako żart, bo nie dało się ukryć, że mężczyzna nazbyt silny nie był. Chciał sam rzucić komplement wobec dwóch dam, z których jedna była wyśmienitą łowczynią, a druga wybitną czarownicą - obie zasługiwały aż nader na komplementy - ale mając na uwadze... uwagę Victorii powstrzymał się. Nie do końca był pewien, czy nie lepiej byłoby w ogóle siedzieć w ciszy, ale nie każdemu napięcie się udzielało, a uparcie trwanie w niej tylko by je pogłębiało dla niego samego. Podziwiał spokój, który promieniował od Esme. Aż miał ochotę do niego przylgnąć i jak pasożyt ciągnąć od niego tę emocję, żeby nie odbierać tego poczucia zdenerwowania. - Delfiny nie posiadają rodzinnych zachowań - są wierne grupom i hiperaktywne, co... - Cooo bardzo chętnie podyskutowałby z Geraldine o tym dalej podłapując temat natychmiastowo - wystarczyło tylko wcisnąć przycisk - ale zobaczył minę Perseusa i... zamknął się. Przez moment chciał tłumaczyć, że to właśnie przez to jak pracują ich umysły, ale to chyba nie był dobry pomysł. Za to zdziwiło go to, że mężczyzna prawie przeklął. Jednocześnie spróbował nie prychnąć śmiechem i delikatnie starał się ukryć swój rozbawiony uśmiech. Tak. Ludzie mieli pojęcie o zwierzętach jako słodkich istotkach. Chociażby koty. Wcale nie były takimi słodkimi istotkami i nawet udomowione zachowywały swój bezwzględny instynkt i umiłowanie do zabijania dla zabawy i ćwiczeń. Laurent od dawna widział, że prawda ludzi nie uszczęśliwia i niszczenie wyobrażeń słodkich zwierzątek tylko psuje im życie. Więc po co? - Na szczęście foki to radosne istoty lubiące tysiąckilometrowe wycieczki... - Wymierające zwierzęta. Przez ludzi. - Victorio..! - Aż mu gula urosła w gardle, kiedy kobieta się podniosła. - Usiądź, proszę. - To było bardzo niebezpieczne - za łatwo wypaść, jeśli cokolwiek uderzy w łódkę. Instynktownie złapał się za jej brzeg. - Tak, zdecydowanie coś tam pływa. - Powędrował wzrokiem za palcem Victorii, kiedy ten cień się wyłonił i spojrzał na Geraldine na chwilę, która pewnie już i tak naprężyła mięśnie w odpowiednim tempie i pośpieszyła z potencjalnymi zagrożeniami. - Gdyby coś się działo, Esme, chciałbym, żebyś zadbał o to, by łódka się nie rozpadła. - Spoważniał, nie mając chwilowo nic do dodania po Geraldine. Podział ról. Każdy powinien wiedzieć, co robić. Albo co było istotne do zrobienia. - Victorio, jeśli to kelpie to trzeba jej nałożyć wędzidło, wtedy staje się potulna jak owieczka. - Spojrzał na Geraldine nie mając wątpliwości, że akurat ona będzie wiedziała, co robić najlepiej. - Zadbam o to, żebyśmy płynęli naprzód. - Zapewnił łowczynię dając jej jednocześnie znać, że zatroszczy się o to, by brońcie bogowie nie stać w miejscu, żeby ta miała pole do działania po swojemu. Takim ludziom trzeba zapewnić swobodę. - Perseusie zostawię ci obserwację wody. Nie ignoruj inteligencji stworzeń, jakie mogą się pojawić. - Wolał to dopowiedzieć, bo czasem ludziom nieobeznanym ze światem magii wydawało się, że bestia jak bestia. Nie. Bestie były niebezpieczne nie tylko dlatego, że miały niezwykłe umiejętności. Miały je. I w dodatku niektóre inteligencją przewyższały większość ludzi. Potem jednak stało się coś... coś. Wybuch Victorii. Nie krzyczała, ale nie musiała krzyczeć, przynajmniej jak dla niego. - Victorio... to mógł być dobry pomysł, żeby upewnić się, że nic nam nie grozi... - Spróbował załagodzić sytuację i ją dla Victorii zracjonalizować. Jednocześnie wyciągnął do niej dłonie, chcąc objąć jej ramię. Na szczęście na razie zupełnie nic się nie działo. Po prostu płynęli, chociaż napięcie w Laurencie mocno wzrosło. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.04.2024 Jej komentarz na temat tego, co tutaj robią wzbudził śmiech chociaż w jednej osobie, gdy Esmé na nią spojrzał mrugnęła do niego jedynie porozumiewawczo. Nie chciała nikomu robić na złość, jednak nie znosiła takich sytuacji. Kiedy na statku widmo przyszło jej współpracować z Erikiem, czy Victorią nikt nie zajmował się takimi pierdołami, jak wyznaczanie osób decydujących, co było zaletą, bo nie znosiła takiego bezsensownego gadania, rozważania, wolała działać, według swoich instynktów. To przynosiło zastanawianie się, które kolejno wiązało się z marnowaniem czasu na myślenie. Przeniosła spojrzenie na Perseusa na jej twarzy malował się uśmiech, wreszcie zobaczyła w nim nieco życia i koloru, wydawał jej się bowiem nieco wycofany. Jak widać delfiny potrafiły obudzić każdego. - Cóż, większość słodkich stworzeń tak wygląda nie bez powodu, mają wabić, a później wygryzać ci się w tętnicę, kiedy im za bardzo zaufasz. - Świat niestety nie był taki piękny, jak się mogło wydawać, a ona przekonała się o tym już wiele razy, wolała więc ostrzec i innych, może wyniosą z tego jakieś wnioski, chociaż nie sądziła, że będą pamiętać o czym gawędzili na tej łódeczce. - A widziałeś ich zęby? - Nie bez powodu miały takie duże, ale to postanowiła zostawić Blackowi do sprawdzenia na własnej skórze, skoro już wybierał się na wycieczkę w jedno z jej ulubionych miejsc. Nie chciała też go jakoś specjalnie straszyć tym, że te morskie zwierzęta tak naprawdę to tylko miały pierwiastek tego, co czai się w amazońskich puszczach, zresztą nie wyglądał jej na osobę, która miałaby się zapuszczać do lasów. - Bez sensu, pomęcz ją chociaż rok. - Niech Vespera też ma coś z życia, czy coś. Dziwne, że każdy jej mąż umierał zupełnie niespodziewanie, przypadki chodziły po ludziach, albo ludzie po przypadkach. - Nie taki Nokturn straszny, jak go malują. - Posłała krótki uśmiech Esmé. Może faktycznie to miejsce mogło się poszczycić bardzo nieprzychylną opinią, jednak bywała w swoim życiu w zdecydowanie gorszych miejscach, gdzie można było spotkać straszniejsze bestie od czarnoksiężników. - Jak to mówią, wąż rzeczny jest niebezpieczny, więc wolałabym, żebyście tego nie sprawdzali. Tak, to może być pływający wąż. - Odpowiedziała Victorii. Mogli sobie gdybać, możliwości było naprawdę sporo. Gdyby była sama, to pewnie już dawno znalazła by się w tym jeziorze, żeby uspokoić swoją ciekawość, ale nie była sama. Nie mogła ryzykować życia innych osób, szczególnie Esmé, który podczas tego krótkiego wyjazdu bardzo wysoko przesunął się na jej liście priorytetów. Nie mogła pozwolić, żeby stała mu się krzywda. Aktualnie nie wyobrażała sobie, że mogłoby go zabraknąć w jej życiu. Przyglądała mu się bardzo uważnie podczas tych rozmyśleń, na całe szczęściw akurat on wydawał się być bardzo spokojny i zdystansowany, nie opuszczał go dobry humor, chociaż jego jednego. Nie skomentowała w żaden sposób wstania Lestrange chociaż nie uważała tego za szczególnie rozsądne, a to przecież niby ona była niedojrzała i zachowywała się, jak dzieciak. Cóż, najwyżej wpadnie do wody, wtedy będą się tym martwić, gorzej, że mogło to zachwiać równowagą tej łódki i wtedy wszyscy mogliby wylądować z jeziorze. Wiosłowała jednak dalej, zaciekle, żeby wreszcie dobili do brzegu. Czuła, że to ograniczenie przestrzeni im nie służy i atmosfera robiła się coraz bardziej gęsta. - Oczywiście mamy wędzidło, bo każdy wziął po jednej sztuce na wypadek spotkania kelpie? - Odpowiedziała jeszcze Laurentowi. Mogło mu się wydawać, że to było takie proste, jednak te stworzenia były naprawdę przebiegłe, nie można było ich lekceważyć, i ona jako łowczyni nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Black postanowił skorzystać ze swoich ukrytych zdolności, już nie do końca ukrytych, bo w sumie im o nich powiedział, jednak nie miała nic do ukrycia, więc jej to zupełnie nie ruszyło. W przeciwieństwie do panny Lestrange, ciekawe dlaczego tak zareagowała, czego nie chciała im powiedzieć? Dobrze się jednak stało, że w tej chwili skupiła swoje niezadowolenie na Blacku, a nie na niej. Może nawet trochę jej go było szkoda, bo od początku nie wyglądał na specjalnie szczęśliwego, bała się, że może pęknąć, prędzej, czy później, bo każdy miał jakieś granice. - Płyńmy po prostu do tego brzegu. - Rzuciła jeszcze w eter, bo póki co nie było sensu panikować, nic nie próbowało ich jeszcze zjeść. Jeśli się pojawi, to wtedy będą się martwić. Hipotetyczne rozmowy o tym, co robić wprowadzały zamieszanie, a problem wydawał się być przez to realnym, co wcale nie musiało mieć racji bytu. Wiosłowała jeszcze silniej niż na początku, żeby mieć to już za sobą. Nie było po niej jednak widać specjalnie zmęczenia, no, może poza rumianymi policzkami, które pojawiały się u niej zawsze, kiedy zaczynała się ruszać. Oddychała przy tym spokojnie. Powoli wyspa wydawała się być coraz większa, co oznaczało, że już niedługo będą mogli zejść na ląd. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Perseus Black - 26.04.2024 Przygryzł wargę i zacisnął palce wolnej ręki na burcie, kiedy zaczęły zalewać go kolory. Nie słyszał już odpowiedzi Geraldine, ani komentarzy Laurenta; widział jedynie plamy fioletu na tle bezkresnej czerni. Wszystkie inne dźwięki stały się jakby przytłumione, zagłuszone przez jego własny przyśpieszony oddech oraz szum pulsującej krwi. Rozglądał się - wyraźnie zaniepokojony - patrzył na swe dłonie, wodził spojrzeniem po twarzach wszystkich zebranych. Jak możecie być tacy beztroscy, karcił ich w myślach. Laurent. Wypowiedział jego imię. Spojrzał na niego i poczuł się tak, jakby ktoś uderzył go obuchem w głowę. Ta czerń nadal wyciągała ku niemu swoje macki; mało tego, zdawała się mocniejsza, bardziej ciemniejsza. Nie!, chciał krzyczeć, wyciągnąć ku niemu swe ramiona, rzucić się na tył łódki i schować go w swoich ramionach, odbić fioletowym światłem czyhającą na niego ciemność. Ale nie umiał się ruszyć z miejsca. Po jego reakcjach nie trudno było dojść do wniosku, że widział coś, co było ukryte przed oczami reszty. I czuł się niezwykle samotny w tym doznaniu. Z dezorientacji wyrwała go strofa Victorii; jakby jej wzburzony głos stanowił most pomiędzy rzeczywistością, a koszmarem, który rozgrywał się wokół niego. Przeszedł po nim - spolegliwy, jak zbesztany uczeń - a kiedy znalazł się po drugiej stronie, coś butnego zaiskrzyło w jego spojrzeniu. — Skąd wiedziałaś, że... — umilkł i wstrzymał oddech, lustrując ją uważnie onyksem tęczówek z niepokojem odciskającym swe piętno na jego licu; wreszcie wypuścił powietrze z płuc, gwałtownie, jakby właśnie zdał sobie z czegoś sprawę, lecz to wcale nie wygładziło jego rysów - wręcz przeciwnie, zgryzota stała się jeszcze bardziej widoczna — Przepraszam, Victorio. Nie miałem w planach... Mój dar jest tutaj inny. Silniejszy, niż kiedykolwiek. Nigdy wcześniej nie przebiłem się przez tarczę oklumenty, wiesz? Nigdy. I tylko kilka razy w życiu udało mi się zobaczyć aurę więcej niż jednej osoby naraz. Chciałem przede wszystkim wiedzieć, czy ta czerń nadal wisi nad Laurentem, a widzę was wszystkich. A potem opanowanie całkowicie go opuściło. Pochylił się do przodu i ukrył twarz w dłoniach, a potem... rozpłakał się. To był szloch udręczonego człowieka, na którego spadło nagle coś, czego dłużej nie był w stanie udźwignąć. I było mu ogromnie wstyd z tego powodu, dlatego nie odważył się spojrzeć na żadne z nich. — Jest gorzej niż myślałem — załkał żałośnie — Jezioro... Ono jest czarne. Pełne nienawiści, destrukcji i wszystkich negatywnych emocji. Takie aury mają źli ludzie. Przepraszam, przepraszam za to, że jestem... taki, ale tego jest tak wiele, to mnie przytłacza i nie mogę dłużej... To ponad moje siły. I ten mrok wiszący nad Laurentem... Stał się wyraźniejszy, jakby nabrał mocy i... wydaje mi się, że to ma związek z tym, że Laurent jest selkie i chyba... — podniósł wreszcie spojrzenie zaczerwienionych oczu na Prewetta — Chyba jesteś w jakimś niebezpieczeństwie. A ja nie wiem jak mam cię chronić. Nie powinieneś wypływać z nami na jezioro. Może jeszcze uda im się zawrócić? Obejrzał się za siebie. Wyspa wydawała się bliżej, ale wcale nie poczuł z tego powodu ulgi. Wytarł mokrą od łez twarz chusteczka żałośnie pomiętą pomiędzy jego palcami i znów zwrócił swe zatroskane spojrzenie ku Laurentowi. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Esmé Rowle - 26.04.2024 Doceniał, że Laurent rozumie w czym tkwi problem ich małej grupki i potrafi odpowiednio go łagodzić. Nie niepowaga, nie komplementy, nie odzywki mogły ich zgubić, a atmosfera niechęci, którą z pasją podtrzymywały obie panie. Mogły mieć wspaniałą przeszłość, nawet bardzo zażyłą, ale to była przeszłość. Teraz było teraz, wystarczyło umieć liczyć do zera. A teraz panie zdecydowanie nie potrafiły znaleźć wspólnego języka co... nie było zaskakujące. Było bardzo ludzkie, naturalne i, dla Esmé, intrygujące. Ukłonił się delikatnie, ale z teatralnym wymachem rękoma, gdy Prewett docenił jego starania przy wiosłowaniu. Tak, był mizernej postury, może nie tak mizernej jak sam Laurent czy Perseus, ale wciąż niezbyt dumnej. To stopniowo się zmieniało, pracował nad sobą odkąd pojawił się plan, że miałby nauczyć się fechtunku. Potrzebował warunków, potrzebował mieć... narzędzia, którymi będzie mógł działać. Niestety, z jego motywacją bywało najczęściej słabo. Słabo łamane na - fatalnie. Dlatego pewnie ten mozolny proces był jeszcze mozolniejszy. - Możesz mi mówić po imieniu. Nie obrażę się, naprawdę. - zwrócił się do Victorii, posyłając jej życzliwy uśmiech. Miał naprawdę dobry humor i chociaż testowano go raz po raz, tak jakiekolwiek przytyki wobec jego osoby nie były w stanie naruszyć tej twierdzy. Ją dało się zburzyć jedynie od wewnątrz. Przy okazji chciał po prostu zakończyć ten temat, bo aurorka naprawdę słabo znosiła wszelkie jego wypowiedzi, ale... przecież nie przestanie być sobą, prawda?Rozmowie na temat wodnych istot przysłuchiwał się teraz już mniej zaciekawiony. Natura zwierząt. Ludzie lubili mówić o nich tak, jakby ich zachowania były zupełnie unikatowe. Jakby ludzi i zwierzęta dzieliła przepaść tak gigantyczna, że niemożliwa do przeskoczenia. Esmé, czy tego chciał czy nie, pochodził z rodziny Rowle, zatem siłą rzeczy musiał liznąć trochę wiedzy na temat magicznych stworzeń. I tych niemagicznych też. Wszelkie szczegóły oczywiście zapomniał, bo nie było to coś, z czego korzystał na co dzień, ale zapamiętał swoje przemyślenia. I pamiętał swoje doświadczenia z ludźmi. Nie trzeba było daleko szukać, by znaleźć kogoś, kto jawił się uroczym i bezbronnym, a wewnątrz tej osoby kłębił się... mrok? Niech będzie i mrok. Nie było to jednak unikatowe. Każdy miał swój własny mrok. Puścił oczko Gerry w odpowiedzi na jej komentarz o Nokturnie. W punkt. Nie taki Nokturn straszny, jak go malują. I nie takie piękne to, co po za nim. Nagłe poderwanie się Victorii sprawiło, że kaletnik, ponownie, posłał jej niezrozumiałe spojrzenie. Czy tak gwałtowne zachowania przystawały aurorom? Czy to wciąż był profesjonalizm? Nie zamierzał się nad tym rozwodzić, bo zaraz Lestrange wskazała powód swej reakcji. Czerń już widział, ale nie był świadomy, że coś rzeczywiście przepłynęło obok nich. Z jego pozycji, a więc znacznie niższej, nic nie widział. Wierzył jednak, bez najmniejszego zawahania, że naprawdę coś tam przepłynęło. Nie miał powodu, by nie ufać Victorii, niezależnie jak dobrze czy źle się dogadywali. I znów wypadał na niepoważnego. Zaśmiał się teraz wesoło, posyłając Laurentowi spojrzenie pełne... czegoś. Zaskoczenia, ekscytacji, a może po prostu rozbawienia? Co go bawiło? Cholera wie, w końcu przecież był szaleńcem. Szybko jednak spoważniał, był to krótki wybuch radości, po którym nastąpiło krótkie kiwnięcie głową. Ponownie "zgoda". Zaraz sięgnął prawą dłonią, gdzieś pod swą koszulę, by wyciągnąć... swą różdżkę. Widok niecodzienny, wszak Esmé, jak na Czarodzieja, wyjątkowo rzadko używał magii. Nie zmieniało to faktu, że swą hebanową różdżkę trzymał pewnie, jakby kontradyktoryjnie do jego swoistej awersji do magii. Wolał... jej nie używać. Jego pewny chwyt oczywiście mógł być poddawany wątpliwościom, gdyż różnił się od tego tradycyjnego - wskazujący palec przylegał wzdłuż prostej, połyskującej czerni, zaś kciuk przylegał do boku, zatem różdżka trzymana była, tak naprawdę, ostatnimi palcami - małym i serdecznym. Niejednokrotnie profesorowie zwracali mu uwagę, a nawet karcili go za jego nadmierną ekstrawagancję, ale koniec końców liczył się efekt. A Esmé rzucał zaklęcia znacznie lepiej właśnie w ten sposób, a nie inny. Taką miał "manierę". A skąd wyciągnął różdżkę? Prawie magicznie - z pod pachy. Jak prawdziwy iluzjonista. A tak naprawdę to nie. Sam sobie stworzył swoistą kaburę, taką jak na broń palną, ale przystosowaną do prostego, jedenastocalowego "kijka". Skórzana, ciemnobrązowa, delikatna i, co istotne, praktycznie nie do zauważenia pod ubraniami. Nawet tak cienkimi jak te, które nosił rzemieślnik. Jego pełne niezrozumienia spojrzenie stawało się już nudne, gdy posyłał je po raz trzeci Victorii. Tym razem wybuchła, oskarżając Perseusa o naruszenie jej prywatności. Początkowo Esmé zwyczajnie przyglądał się tej sytuacji, spoglądając to na Perseusa, to na Victorię. Spokój rzemieślnika jednak nagle prysł, gdy Black rozpłakał się. Gdyby tylko ten siedział bliżej, to teraz najpewniej znalazłby się w jego objęciach, czy tego chciał czy nie - w końcu Rowle wciąż był silniejszy. Ale dzieliło ich kilka osób, zatem nie mógł przytulić go do siebie tak, jak chciał. A chciał tego bardzo, czuł że właśnie to powinien zrobić. Czuł, że to byłoby najodpowiedniejszym zachowaniem. Nawet jeżeli go nie znał. Nie chodziło w końcu o to, żeby go znał. Chodziło o... ciepło drugiego człowieka, o wsparcie. Chciał mu dać to, czego sam pragnął nie raz i nie dwa od nieznajomych. Po prostu bliskość. - Nie wszystko kręci się wokół ciebie, Lestrange. - posłał kobiecie spojrzenie... nadzwyczaj puste. Jego ton głosu również nie wyrażał żadnych emocji, aż do jej nazwiska, które wycedził przez wręcz zaciśnięte zęby. Rozumiał, że to nie ona doprowadziła Perseusa do płaczu, a to, co wyczuł swą nadzwyczajną mocą. Rozumiał to, ale... nie był perfekcyjny. Nie potrafił odsunąć od siebie wrażenia, że Victoria dołożyła do tego swoje trzy grosze. - Siadaj. Jeżeli widziałaś jak coś przepływa, to to coś może teraz obserwować ciebie. - nie słyszała o pustce? Nie należało w nią spoglądać. Stojąc tak nad taflą wody aż prosiła się, by coś wyskoczyło i ją wciągnęło. Te słowa powiedział już spokojniej, nie patrząc na nią, a ze skupieniem obserwując otoczenie, starając się już nie wychylać poza łódkę, by nie ułatwiać dostrzeżenia ich. Może istota widziała łódkę, ale może nie rozumiała, że na niej znajdują się ludzie. I to aż piątka ich. Jeżeli chciała powagi, to Esmé mógł być poważny. Powaga wymagała nie kuszenia losu, nie podejmowania zbędnego ryzyka.Z zaniepokojeniem spojrzał na Laurenta, gdy Black oznajmił, że ten może być zagrożony. Rozchylił usta, by coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął i wrócił do obserwacji otoczenia. Nie musiał nic mówić, wystarczy że będzie miał to w pamięci. Bo zagrożenie wcale nie przemijało tylko dlatego, że właśnie dobijali do brzegu. Zagrożenie właśnie się zaczynało. Dobili do lądu. Esmé obrócił się do tyłu, trzymając różdżkę w gotowości, chociaż zniszczenie łódki było teraz nieszczególnym problemem. Wolał jednak ubezpieczać ich tyły, by cokolwiek czaiło się w wodzie nie postanowiło ich do niej wciągnąć, gdy odetchnęli ulgą, dotykając stałego lądu. Zamierzał zejść z łódki jako ostatni, upewniając się do samego końca, że nic ich nie zaskoczy od tyłu. !3zatruta woda RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Pan Losu - 26.04.2024 Ledwie stawiasz pierwsze kroki na wyspie a od razu zauważasz ślady krwi. Ciemne, czerwone, błyszczą się na słońcu. Towarzyszą im wgłębienia w piasku i w trawie, jakby coś ciężkiego sunęło po ziemi. Między niskimi, skarłowaciałymi drzewami a krzakiem porzeczek dostrzegasz leżącą fokę. Foka sapie ciężko. Jej ciało pokryte jest krwią. Ma poszarpany ogon. Coś ją zaatakowało i próbowało zadźgać. Na wasz widok nawet nie próbuje uciekać. Nie ma sił. Po prostu dyszy i patrzy na was mądrymi, przerażonymi oczkami. Postać selkie może w tym momencie wykonać rzut: !selkiewoda RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Victoria Lestrange - 26.04.2024 To był odruch, instynkt, na szczęście jej ruch nie był na tyle gwałtowny, by miała wpaść do wody ani ona, ani ktokolwiek inny. Swój błąd zrozumiała bardzo prędko, jednak na siedząco trudno byłoby odgonić potwora, gdyby chciał uszkodzić ich łódkę… Ale ten zniknął w toni, pokazując tylko kawałek swojego ciała. Nie trzeba jej było długo powtarzać by usiadła, wystarczyła zresztą tylko prośba Laurenta i już znowu siedziała obok niego, ale różdżkę ściskała w pogotowiu, nie mając zamiaru pozwolić, że by jakieś potworzysko ich zaatakowało. Ale może martwiła się niepotrzebnie? W końcu mugole pływali po tym jeziorze regularnie… I regularnie coś się komuś działo. Jak tamtej biednej Tarze, która podobno popełniła samobójstwo topiąc się w Windermere. Ale Victoria w to nie wierzyła, nie po tym, co widziała, jak to miejsce wpływa na aurowidza… Albo wręcz aurowidzów. Nie skomentowała tego, że Laurent zaczął wydawać im wszystkim jakieś komendy – skoro miał potrzebę i reszta miała się dzięki temu poczuć lepiej, to proszę bardzo. Ona sama niespecjalnie lubiła, gdy ktoś jej mówił jak ma wykonywać swoją pracę, chyba, że był to jej przełożony, ale nie chciała w to ingerować, zresztą jej uwaga była już teraz skupiona na obserwowaniu otoczenia. – Wysłali mnie tutaj ze względu na żywe trupy, a nie kelpie. Nie mam ze sobą wędzidła – odparła Laurentowi, niejako popierając słowa Geraldine, ale w nieco inny sposób. Patrzyła na niego przez moment, nim jej wzrok uciekł znowu na jezioro. Coś tam wiedziała o magicznych stworzeniach, ale nie była żadnym ekspertem, no i jednak nie nosiła ze sobą przedmiotów mogących je ujarzmić. Zresztą nawet nie podejrzewała, ze może tu coś faktycznie mieszkać, skoro był to głównie mugolski ośrodek. – Wystarczyło uprzedzić – …ale nie zgodziłaby się, żeby ktokolwiek oglądał jej aurę. Stuprocentowo ufała naprawdę małej liczbie osób i zwyczajnie nie miała ochoty się przed nikim odsłaniać. Niezależnie od tego, czy był to dobry pomysł, czy nie – chciałaby mieć wybór, a nie być go pozbawiona. Nauczyła się oklumencji, by mieć święty spokój, a nie z fanaberii. Nie odgoniła rąk Laurenta, gdy ten chciał objąć jej ramię, gdy tak siedzieli. Czy miała coś do ukrycia? A i owszem, miała, tak jak te osoby, które nie chciały odpowiadać na proste pytanie, co tu w ogóle robią. I był to ich wybór, by milczeć. Jej wyborem było nie pokazywać swoich myśli i odcieni nastroju tym, kto mógł to zobaczyć. – Całe szczęście, Esme – odparła, gdy wycedził przez zęby jej nazwisko, akcentując jego imię, tak jak chciał, by się do niego zwracać. Nie, świat nie kręcił się wokół niej, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. I nawet uśmiechnęła się gorzko, bo rozbawiło ją to bardziej, niż powinno, jego nagła złość na to, że zarysowywała swoje granice bardzo dokładnie. Poza tym, że nie była psem, by wykonywać komendy, to już zdążyła usiąść ze względu na prośbę Laurenta. „Skąd wiedziałaś, że…”? Było bardzo mało możliwości tego, dlaczego wiedziała, ale Perseus nie był głupi i szybko połączył kropki – nie musiała mu odpowiadać, domyślił się sam, gdy ona po prostu się w niego wpatrywała. I nie przerwała mu, gdy mówił, gdy wylewał z siebie ten potok słów, niemalże poetyckich, gdy ubierał to wszystko w zdania, to co widział, wszystkie wnioski. Słowa Perseusa nie sprawiły, że Victoria się przeraziła, nie w taki sposób właściwie. Nie chciała wierzyć, że Laurenta dotyka jakiś mrok zarezerwowany tylko dla aur złych ludzi, bo on nie był złym człowiekiem. Zacisnęła jedną dłoń w pięść, jeszcze mocniej na swojej różdżce, ale drugą dłonią złapała za rękę Laurenta, o ile ten już jej nie obejmował – na znak tego, że cokolwiek Black gada, ona go samego na pewno nie zostawi. – Nie patrz więcej na te aury. Już jedną osobę musieliśmy stąd ewakuować z tego względu – ze względu na to, że spojrzał na aury i jego mózg… coś dziwnego się stało, przygniotły go wszystkie bodźce… Tak jak mówiła: to, co Perseus powiedział na początku, pokrywało się z jej informacjami, a te nie wzięły się z kosmosu, nie wyczytała ich w ogniu, po prostu widziała to na własne oczy i mówił jej o tym ktoś, komu ufała całym swoim życiem i… teraz już go tutaj nie było, nie czuła tych uczuć tak mocno, ale zmartwienie o jego osobę pozostało. I wnioski, że zaglądanie w te aury jest kurewsko niebezpieczne. Jej spojrzenie było ciągle tak samo mocne, wciąż była zła na to wtargnięcie, nawet jeśli było niezamierzone, na niezrozumienie, dlaczego jej się to nie podobało, na to, że najwyraźniej panują tutaj jakieś podwójne standardy… Ale nie zamierzała robić o to więcej kłótni. Swoje zdanie wyraziła, oni nie musieli się z tym zgadzać, najwyraźniej nie byli oklumentami jak ona (to znaczy, że Laurent nie jest, to wiedziała, ale nie miała pojęcia jak reszta… to już miała, bo też by to poczuli i nie podchodziliby tak spokojnie, tak przynajmniej zakładała). – Nie martw się – to powiedziała już bezpośrednio do Laurenta. – Nie pozwolę, żeby coś ci się stało – czy kiedykolwiek pozwoliła? Nie. Z miłą chęcią opuściła łódkę za Laurentem, rozejrzała się wokół, i wtedy to zobaczyła: krew na piasku, błyszczała w słońcu i trudno ją było pominąć, a ślad ciągnął się w trawę i krzaki. I gdy zobaczyła fokę, żywą, ale mocno ranną, tym bardziej zaczęła się rozglądać. Została zaatakowana w wodzie? Czy może już na lądzie? Jeśli na lądzie, to… I tak musiała się rozglądać za śladami Bagshota, ale cokolwiek zaatakowało fokę – było brutalne. Rzut na Percepcję, rozglądam się za śladami Bagshota i tego, co mogło zaatakować fokę [roll=Z] [roll=Z] RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Laurent Prewett - 26.04.2024 Rozumiał jeszcze, czemu Geraldine może wątpić w wędzidło, ale kiedy Victoria to powiedziała, to na jego twarzy pojawił się moment skonfundowania. Była mistrzynią magii kreacji rzeczy z niczego. Coś, co utrzyma się przez dobrych kilka godzin i co wystarczy żeby pięć razy dopłynąć do brzegu. Albo popływać w wodzie, gdyby ktoś miał fantazję wskoczyć do tej czerni. To była tylko chwila, bo w gruncie rzeczy sam mógł to wędzidło wyczarować. A zrobiłby to. I siłowałby się z kelpie. Jak to zwykle miewał w zwyczaju - przejmując się tym, że było to nazywane głupim, ale unosząc głowę z pewnością, że skoro nikt w niego nie wierzył - on mógł uwierzyć w siebie. Arogancji mu czasami nie brakowało - i to niekoniecznie było dobre, rzecz jasna. Tym nie mniej, brońcie bogowie!, nie zamierzał pań do tego przekonywać. Najważniejsze było bezpieczeństwo wszystkich tutaj, dlatego tylko skinął głową z delikatnym uśmiechem. Zaklaskał z uznaniem kłaniającemu się Esme, bo przecież zasłużył. - Proszę... - Odetchnął. Chciał prosić tak jak prosił wcześniej, żeby zaufać Victorii w kwestii jej osądów - bo tak, nie miał wątpliwości, że skoro gdzieś wysyłają tą zdolną czarownicę to do czarnej magii - tak teraz prosić chciał o to, żeby nie powstawała kłótnia. Ale była kłótnia? To nie była kłótnia, to było napięcie, atmosfera, która łatwo doprowadzała do migreny. Nie bardzo wiedział niestety, co powiedzieć. Aż samego siebie zganił, że brakowało mu słów, kiedy były tak potrzebne. Szum wody powinien być miły. Powinien koić. Powinien sam w sobie przywoływać uśmiech na twarz. Nie robił tego. Czerń, brzydka czerń... Laurent nie miał zbyt bystrych ocząt, żeby dojrzeć pod powierzchnię, ale wydawało mu się, że nie było już żadnego cienia. Nie bał się potworów takich jak kelpia. Co innego z istotami przeklętymi. Bo jakoś nie wierzył, że kelpie, całkowicie zdrowa, mogłaby pływać w zatrutym jeziorze. Zakładanie takiej wędzidła na pewno nie byłoby mądre. Kiepski pomysł... Z opóźnieniem potrafił to stwierdzić. I by się tak wpatrywał w tę czerń, jak oczarowany, gdyby nie zajął się ramieniem Victorii, której nie miał ochoty w tym momencie puszczać, skoro już ją złapał... szczególnie, kiedy Perseus zaczął się tłumaczyć ze swojego zachowania. To dobrze, bardzo dobrze, że ten zdrajca był taki spolegliwy. Bo przecież... wrzucenie go do jeziora nie byłoby takie trudne, prawda? Ta fałszywa myśl prześlizgnęła się przez głowę. Skoro tak bardzo chce mnie wielbić - niech tonie. Niech złoży swoje serce w jeziorze, przecież wszyscy będą... stop. Zatrzymał go ten szloch. Ten wybuch płaczu. Coś, czego zupełnie się nie spodziewał. Przeszedł do dreszcz od usłyszenia po raz kolejny, że otacza go ta czerń. Powinien się bardziej przejąć? Może. - Wiem. Dziękuję. - Może to były proste słowa, ale on potrzebował takich prostych słów, dlatego przez moment oparł głowę na ramieniu Victorii, ale zaraz powoli ją puścił. Uśmiechnął się współczująco, pobłażliwie i bardzo powoli przesunął się do Perseusa, puszczając Victorię, chociaż obejrzał się na nią, żeby się upewnić, że jest, że go pilnuje. Przytulił go. - Shhh... spokojnie, Perseuszu. Nic mi nie będzie. - Zapewnił go łagodnie, przyklękając w zasadzie obok niego, bo nie bardzo było miejsce na przedniej ławeczce. Ścisnął delikatnie jego dłonie i kiedy dopłynęli na brzeg, podniósł się. - Victoria to jedna z najbardziej wybitnych czarownic, Geraldine jest niezastąpioną łowczynią, ty masz swój niezwykły dar, a Esme nie brakuje kreatywnych pomysłów. - Uspakajał Perseusa dalej, chcąc go w zasadzie wyprowadzić na plaże, jeśli tylko na to pozwolił. - Miałem okazję z Geraldine pracować kilka razy i włosy mi z głowy nie spadł. Choć tym razem może mi spadnie, bo pewnie będzie miała mnie dość. - Spróbował to ująć w bardziej dobrotliwym żarcie. Być może nawet zajmowałby się Perseusem dalej, gdyby nie to, co zwróciło uwagę Esme i samej Victorii. - Och nie... - Serce podeszło mu chyba do gardła. Tak, człowiek, który przez chwilę myślał, że mógłby pchnąć kogoś do wody mógł się sam zaraz rozpłakać. Bo zwykła foka? Tutaj? Nie. Przecież to musiała być selkie. I nawet nie pomyślał, że Geraldine powinna to wiedzieć najlepiej - Nie, nie, nie do wody... - Wyciągnął rękę z różdżką, żeby spróbować złapać stworzenie w siatkę, ale nie było takiej potrzeby. - Nic ci nie zrobię, przyjacielu, nie wchodź tam..! - Puścił Perseusa i zrobił najpierw dwa szybsze kroki, a potem podbiegł do selkie, opadając na kolana. - Ciii, oszczędzaj siły, nie mów nic... - Patrzył z przerażeniem na jej ciało, po czym obrócił się w stronę Perseusa. - Jesteś medykiem, tak?! Pomóż mu. - Zażądał, nie poprosił. Zażadał z trwogą w oczach i bladą jak ściana twarzą. On go skrzywdzi..? Nie, nie pozwolę na to... Obrócił się znów w kierunku chłopaka i dotknął foczego futra w miejscu, gdzie nie pokrywała go krew. Biała, świetlista łuna rozjaśniła jego różdżkę, przesyłając odrobinę energii chłopakowi. - To selkie. - Wyjaśnił głosem spokojniejszym i chłodniejszym. Patrzył na ruchy Perseusa i gdyby... gdyby tylko Laurent posiadał jadowe kły to patrzył na niego jak człowiek, który zaraz był gotów je w niego wbić. - W jeziorze są trytony. Jeden z nich, Adria, chce zrobić przewrót przeciwko ich władcy, Ulthowi. - Wiedział, że to nic ich nie obchodzi, bo czemu by miało. Ale Laurent się nie zamierzał stąd ruszyć w tej chwili. Tyle było z tej współpracy Prewetta. Tym nie mniej wiedział, co może ich zainteresować dalej. - Planują zaatakować ludzi. - Może to nie żywe trupy chodziły po Windermere... może to trytony? Albo... albo... nie wiedział, co, przekazał informacje, jego myśli przez tę chwilę były rozedrgane. - Słyszeliśmy, że są tutaj żywe trupy i szukamy historyka, który odwiedził te okolice. Przepraszam, że cię pytam, ale... to ważne. Na nekromancję hihi - enerwate [roll=Z] [roll=Z] !selkiewoda RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Pan Losu - 26.04.2024 Tylko ty widzisz, że to nie jest zwykła foka. Chłopak, niewiele młodszy od ciebie jest tak słaby, że nie ma sił na to by przemienić się w człowieka. Patrzy na ciebie wielkimi szmaragdowozielonymi oczami. - Oni oszaleli – szepcze cicho, tak cicho, że ledwo jesteś w stanie zrozumieć jego słowa. Pozostali widzą popiskującą fokę, ty ciemnowłosego, nagiego, bladego mężczyznę. Ma głęboką ranę w boku i poranione nogi. Nie rusza się, ale czujesz, że gdyby tylko mógł, złapałby cię błagalnie za ręce. – P-próbowałem ich p-p-powstrzymać, próbowałem coś zrobić, ale oszaleli, Adria zbiera trytony by zabić Ultha a potem chce zaatakować ludzi. Trzeba ją powstrzymać… RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.04.2024 Albo jest niebezpieczeństwem Dopowiedziała sobie w duchu przenosząc spojrzenie na Laurenta. Wiedziała, jak działają selkie, że mogą zwodzić ludzi, czarować ich swoim urokiem, Prewett robił to cały czas. Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę, słowa Perseusa spowodowały u niej jeszcze większą czujność, musiała być uważna. Wypuściła głośno powietrze, kiedy zobaczyła, że Black się rozpłakał. W przeciwieństwie do innych brakowało jej ludzkich odruchów, nie przywykła do dzielenia się swoimi emocjami, szczególnie w gronie praktycznie obcych osób, dlatego ten sposób zachowania był dla niej zupełnie niezrozumiały. Uczono ją, że musi być silna, nie może pokazywać swoich emocji, a teraz miała przed sobą płaczącego mężczyznę. Ja pierdole. Powinien wziąć się w garść, przecież jeszcze nic się nie wydarzyło. Przeniosła wzrok w stronę wyspy, żeby nie patrzeć na to żenujące zachowanie. Był to dopiero początek, co będzie później? Czuła, że najprawdopodobniej był ich najsłabszym ogniwem, będą musieli go pilnować, bo inaczej może to się skończyć źle, chociaż najwyżej Vespera zostanie po raz trzeci wdową, z jej doświadczeniem nie powinna nawet jakoś mocno tego przeżywać. Nie rozumiała tej całej dyskusji o wędzile, skoro w ogóle nie mieli pewności tego, że w jeziorze czai się kelpie. W przeciwieństwie do Laurenta nie wierzyła w magicznie transmutowane przedmioty, wiele razy ją zawiodły, wiedziała, jak działa magia, chujowo by było gdyby w trakcie manewru cudownie wróciło do swojej poprzedniej wersji. Szczególnie, że miała świadomość, że to ona musiałaby zająć się stworzeniem. Zresztą ta rozmowa nie miała najmniejszego sensu, było to tylko gdybanie o czymś, co tak naprawdę nie zostało potwierdzone. Liczyły się fakty. Laurent pocieszający Perseusa... znowu słowa rzucane na wiatr. Czarował słowem, jak miał to w zwyczaju. Nie skomentowała jednak tego w żaden sposób. Nadal milczała nie chcąc brać udziału w tej całej farsie, na szczęście powoli dobijali do brzegu. Wyskoczyła z łodzi, gdy tylko znalazła się odpowiednio blisko lądu. Poczuła się lepiej, kiedy znalazła się na wolnej przestrzeni. Esmé zauważył fokę, tylko, że nie była to foka, o czym poinformowały ją jej zmysły. Wiedziała, że to selkie, w końcu potwory nie ukryją się przed żadnym Yaxleyem, nawet kiedy wyglądały tak uroczo. Poczęła się przyglądać śladom krwi, ciekawe, czy był to efekt starcia z żywymi trupami, czy czymś innym. Nie zamierzała jednak pchać się do zwierzęcia, skoro Laurent postanowił zająć się swoim pobratymcem. Jeśli będą potrzebowali jej pomocy, na pewno o to po poproszą. Słuchała tego, co miał im do przekazania, rozglądała się jednak przy tym po okolicy szukając jakichś wskazówek. - Mogą próbować robić przewrót, z tymi swoimi ogonkami i tak nie wyjdą na ląd, nie tak łatwo będzie im zaatakować ludzi. - Mruknęła jeszcze cicho pod nosem, na wieść, którą usłyszała o trytonach. Już wczoraj podejrzewała, że mieszkają w tym jeziorze, nie było więc to dla niej zaskoczeniem, że faktycznie tak jest. Założenie okazało się być słuszne. Wyciągnęła z kieszeni koszuli papierośnicę i wsadziła sobie w usta fajkę. Odpaliła ją swoją mugolską zapalniczką, zaciągnęła się dymem, i zaczęła przyglądać się śladom krwi jeszcze dokładniej. Właściwie to gdzieś miała tę selkie, mogłaby ją dobić, żeby ukrócić jej cierpienie, póki co jednak o tym nie wspomniała, bo mogli od niej wyciągnąć jeszcze trochę informacji, nim zdechnie. Sięgnęła również po swój sztylet, zacisnęła mocniej dłoń na rękojeści, gdyby przypadkiem coś wyskoczyło zza krzaków i zechciało ich zaatakować, gdy tak sobie gawędzili z tym stworzeniem, ktoś musiał dbać o to, żeby nie stała im się krzywda. Rzucam na percepcję, żeby zobaczyć sobie dokładniej ślady, plus rozglądam się po okolicy i szukam wskazówek. [roll=Z] [roll=Z] RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Perseus Black - 27.04.2024 Nie przysłuchiwał się dyskusji o wędzidle i kelpie. Był pomiędzy ludźmi, uwięziony na maleńkiej łódce sunącej bo czarnym jeziorze, a jednak czuł się tak, jakby pomiędzy nim, a resztą jego towarzyszy nagle wzrósł dystans. Jakby ta łódka w jednej chwili nienaturalnie się rozciągnęła, zostawiając ich w tyle. Ponownie ukrył twarz w dłoniach, rozważając rzucenie się w ciemną toń, byle przestać czuć to osamotnienie i wstyd, ale wtedy czyjeś ręce oplotły jego ciało. To był Laurent, nawet nie musiał otwierać oczu. Poznał go po sposobie, w jaki go obejmował - czule, ale jakby z pewną dozą niepewności. Poznał go po zapachu piżma i cedru, tak cudownie pasujących do jego skóry. Wreszcie poznał go po głosie, stanowiącym remedium dla jego postrzępionego umysłu. Wtulił policzek w jego koszulę, ukrył swoje lico przed pozostałymi, wsłuchał się w rytm jego serca (jak zwykle przyśpieszony) i oddychał - na początku nierówno, nieco przerywanie, jakby zaraz szloch miał ponownie nim strząsnąć. Z każdą chwilą jednak stawał się spokojniejszy. Tylko dzięki tobie jakoś się trzymam, chciał mu powiedzieć, ale uznał to zbyt intymne jak na towarzyszącą im publiczność. Mogliby jeszcze pomyśleć, że Perseus zdradza żonę z Laurentem, ale... czy właśnie tego nie pragnął skrycie przez cały wyjazd? Czy to właśnie dlatego nie spędzał czasu z Vesperą, a zamiast tego wypłynął z grupą przypadkowych czarodziejów na środek jeziora w którym niewątpliwie coś mieszkało? Zadrżał, kiedy dno łodzi zaszurało o piasek. Przez moment wydawało mu się, że istota mieszkająca w tych wodach ich zaatakowała, ale Prewett siedział spokojnie, zatem z ulgą doszedł do wniosku, że dobili do brzegu. Tylko jak, u licha wrócą... Później będzie się tym martwił. Pozwolił się wyprowadzić z łódki. Rozluźnienie, które przez chwilę odczuwał, szybko uległo napięciu, jakie narosło w nim widząc ciemnoczerwone ślady na piasku. Ktoś lub coś się tędy czołgało. Mało tego, ten ktoś lub coś krwawi. A później zobaczyli przed sobą fokę (brwi uniosły się w zdumieniu - była ostatnim, czego Perseus się tutaj spodziewał, bowiem czy foki nie żyją w słonych wodach?), a Laurent rzucił się jej na pomoc. Pośpiesznie ruszył za mężczyzną, nie zważając na ból przeszywający schorowaną nogę i dyskomfort spowodowany zapadaniem się laski w miękki piasek. Zwolnił, przyglądając się Prewettowi, a potem stanął jak wryty gdy zdał sobie sprawę z tego, że... rzucał na zwierzę jakieś zaklęcie. Białe światło z jego różdżki było jak policzek wymierzony Perseusowi - właśnie tego potrzebował, by się ocknąć z odrętwienia. Podbiegł do niego, na tyle szybko, na ile pozwolił mu stan własnego zdrowia. — Laurent, zaczekaj! — zawołał, dopadając do Prewetta i zaciskając rękę na jego ramieniu, jakby chciał odsunąć go od foki, ale było za późno. Co to za zaklęcie? Uklęknął obok niego na piasku zrezygnowany.— Dlaczego to zrobiłeś? Wciąż nie wiemy, jakie niebezpieczeństwo nad tobą wisi, a ty jeszcze wystawiasz się w ten sposób... Co jeśli... Co jeśli to byłaby jakaś pułapka? — westchnął smutno, a palce, które wcześniej zacisnęły się na jego ramieniu rozluźniły się i pogładziły je - delikatnie i dyskretnie - zanim szybkim ruchem zabrał rękę i spojrzał na fokę. A właściwie selkie, jak sprostował Laurent po chwili — Postaram się, ale nie wiem, czy nie zrobię jej krzywdy w postaci foki. Czy jest jakiś sposób, aby przywrócić ją do ludzkiej formy? Tymczasowo zignorował fakt o trytonach i planowanym przewrocie wśród nich - nie znał dobrze tych stworzeń, nie pojmował panujących wśród nich zwyczajów i nie wiedział, jak się z nimi obchodzić. Atak na ludzi? To brzmiało problematycznie, ale miał przed sobą — Kto z was zna się na kształtowaniu? — odwrócił się w stronę zebranych — Potrzebuję czystych bandaży. Dobrze byłoby znaleźć coś odkażającego i eliksir na wzmocnienie. Ale chyba nikt z was nie nosi przy sobie apteczki? Sam przeklinał się za to, że jej ze sobą nie zabrał. Nie spodziewał się jednak... No właśnie. Powinien się spodziewać. Może i leczył umysły (choć ze wszystkich na tej przeklętej wysepce, to on wyglądał na tego, kto najbardziej potrzebował pomocy magipsychiatrycznej). Ostrożnie obejrzał rany stworzenia, a potem sięgnął po różdżkę. Ręce mu drżały - nie robił tego... właściwie, od czasu kursów uzdrowicielskich, ale nie miał innego wyjścia. — Rozmawiaj z nią, Laurent. Spróbuj utrzymać jej uwagę, żeby nie traciła przytomności. Rzucam na transmutację, żeby zamknąć rozszarpane naczynia krwionośne w najgłębszej ranie (i zatrzymać krwawienie) [roll=O] [roll=O] |