![]() |
|
[10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150) +---- Wątek: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca (/showthread.php?tid=3145) |
RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Leon Bletchley - 27.04.2024 Zdaniem Leona cała ta wymiana zdań nie miałaby w ogóle miejsca, gdyby mąż Ambrosii nie postanowił otworzyć ust po tym jak zakomunikował wszystkim tu zebranym osobom, że jeśli będzie wymagać tego sytuacja to jako ministerialny egzorcysta zamierzał wykonywać swoje obowiązki. — Taki, że komuś najwyraźniej nie odpowiada, że jako pracownik Ministerstwa chcę wykonywać swoje obowiązki z ramienia tego organu, jeśli będzie wymagać tego sytuacja oraz taki, że nie opowiadam o swojej chorobie każdej napotkanej osobie a ty właśnie wyjawiłaś to naszym towarzyszom. Dobrze, że nie wykrzyczałaś tego na cały ośrodek. — Odpowiadając na pytanie swojej krewkiej kuzynki, której nawet nie zamierzał obrazić, miał na myśli to, że głównie to jej mężowi nie odpowiada, że zamierza wykonywać swoje obowiązki. Życie z tą chorobą genetyczną było dla niego wystarczająco trudne i dlatego nie opowiadał każdemu o tym, że jest tak poważnie chory - za każdym razem, jak to wychodziło na jaw, wszyscy ludzie w jego otoczeniu zaczynali patrzeć na niego przez pryzmat włochatości serca, jakby obawiali się, że będzie potrzebować ich pomocy albo, że ta choroba go wykończy go tu i teraz. On też zamierzał zakończyć tę dyskusję tu i teraz. On też potrzebował świętego spokoju, o który teraz było trudno. Nie dało się żyć ze wszystkimi w zgodzie i nie dawało się wszystkim dogodzić. Niech idą. Leon nie zamierzał ich zatrzymywać. W dalszym ciągu zamierzał robić swoje, starając się uczestniczyć w przeprowadzanych przez nich poszukiwaniach i w ewentualnym przeprowadzeniu egzorcyzmów z ramienia Ministerstwa Magii. Może się okazać, że te będą potrzebne szybciej, niż myślał. Jego uszu, jak i uszu wszystkich tutaj zgromadzonych, dotarły podniesione kobiece głosy. W pewnym sensie obie kobiety można było uznać za opętane, niekoniecznie przez jakiekolwiek duchy. Podczas obserwowanej przez niego sceny wzbierało w nim niedowierzanie i zażenowanie. Nie pośpieszy rozdzielać ścierających się ze sobą kobiet, tym bardziej, że do tego doprowadziło podejrzenie o odbicie narzeczonego. Wpadnięcie z impetem w krzaki przekwitłego bzu wydawało mu się dobrym powodem do zaprzestania szarpaniny. Najwyraźniej tylko on tak to postrzegał. Wydany przez jedną z kobiet zduszony dźwięk oraz kolejny krzyk świadczył o tym, że sprawy zaszły zdecydowanie za daleko. Chciały się pozabijać, przynajmniej wydawało się tak w pierwszej chwili. Na całe szczęście się rozeszły. W tym czasie zdążył zauważyć, że bezimienna kobieta miała zniszczoną podkoszulkę, za co odpowiadał przekwitły bez. — To nienaturalne, że roślina atakuje kogoś, kto w nią wpadnie. Krzak Bzu to nie wierzba bijąca. — Stwierdził po chwili milczenia, przeznaczonego na zanalizowanie tamtej sytuacji. Dla wierzby bijącej atakowanie każdego, kto znajdzie się w zasięgu jej gałęzi było naturalne, gdyż to stanowiło cechę rodzajową tego drzewa. Konkluzja była taka, że otaczająca ten ośrodek wypoczynkowy roślinność prezentowała się naprawdę doskonale i zdawała się mieć własną wolę, jak kilka rodzajów magicznych roślin. — Zauważyliście jakiekolwiek odstępstwo od normy w przypadku waszego zachowania? — Decydując się zadać to pytanie, podobnie jak Mulciber, spoglądał po swoich towarzyszach. Z tą różnicą, że nie zatrzymał spojrzenia na kimkolwiek z nich. Jako empiryczny dowód wpływu tego miejsca na samego siebie mógłby przywołać to, jaką irytację wzbudziła w nim Sophie. Problematyczne było jednak to, że przyczyn swojego zachowania mógł upatrywać w osobie dziewczyny, w samym sobie zamiast w wpływie wywieranym przez ten ośrodek na odwiedzających go. Za to z prawdziwą uwagą wsłuchiwał się w głos swojej kuzynki, z którą łączyła go luźna, zielona nić powiązań. Taka sama łączyła go z Ambrosią, nawet jak czasem dochodziło pomiędzy nimi do spięć na tle zawodowym. Z pozostałymi nie łączyły go wyraźne nici powiązań - te dopiero mogły powstać. Z Alexandrem będzie mieć znikome albo niezbyt pozytywne relacje. Jeśli chodzi o Morpheusa to trudno powiedzieć - z wyraźnym zaskoczeniem przyjął to, że ten czarodziej nałożył mu na głowę wianek. — Nie chcesz go zatrzymać? — To pytanie skierował do tego mężczyzny, który w tak bezpośredni sposób podarował mu ten wianek. Niewykluczone, że doszło do jakieś pomyłki. To wszystko na moment straciło na znaczeniu. W tym momencie doświadczył wizji, przychodzącej jak zawsze niespodziewanie. Uciekające do góry oczy, odmawiające posłuszeństwa i zderzające się z twardym podłożem kolana, z których trudno będzie mu wstać o własnych siłach. Od uderzającego w nozdrza zapachu dymu zrobiło mu się niedobrze. Od tych płomieni nie było ucieczki. Niemożność zaczerpnięcia powietrza stanowiła bardzo niekorzystne połączenie ze słabymi płucami i krwią płynącą z nosa. Unosząca się w powietrza sylwetka nieznanego mu mężczyzny, rozbrzmiewający w jego głowie głos i drzewa wyciągające ku niemu swoje gałęzie niczym dłonie i wzbijające się ku górze korzenie. Będąca esencją wszelkiego życia krew... tak dużo krwi, dla niego za dużo. Za dużo połamanych kości. Krąg życia, którego motyw często do niego powraca. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Ambrosia McKinnon - 27.04.2024 Leon to miał szczęście, że cała ta sytuacja w Windermere zdążyła się zagęścić i latali po nim teraz pracownicy różnych departamentów, szukając odpowiedzi na przeróżne pytania, bo inaczej Rosie już dawno darłaby się na całe gardło, że panie i panowie, Leon Bletchey ma włochatość serca. A potem, głównie dlatego że byli tutaj aktualnie w 5 i nie było widać nikogo innego na horyzoncie, pokazałaby mu jak mało to kogokolwiek obchodzi. Ale nie było to nic dziwnego, rozdrażniona bardzo chętnie wbijała szpile tam, gdzie wiedziała że mogło zaboleć, a kuzyn przed chwilą nadepnął jej na odcisk. - Czy to musi być świeża ingerencja? - zastanowiła się za słowami Morpheusa, przyglądając się mu przez chwilę, a potem i reszcie grupy. - Weźmy za przykład Beltane. To co się wtedy stało było faktycznie świeżą ingerencją, ale żeby ludzie zauważyli wzór, potrzeba było na to jakiegoś miesiąca. Artykuły na ten temat pojawiły się chyba dopiero w czerwcu. No i było to wyraźne, dla każdego działało tak samo. Ale co jeśli wzorce tutaj są tak nieregularne, że wcześniej nie zwrócono na nie uwagi? - uniosła delikatnie brwi, jakby podsuwając im w ten sposób myśl, a potem spojrzała znowu na Longbottoma. - One próbowały się pozabijać, twój znajomy był nieufny, ale my zachowujemy się chyba tak samo? Przynajmniej tak mi się wydaje - na moment tylko spojrzała na Alexandra, znowu powracając spojrzeniem do Niewymownego. - Powiedziałeś, że ten twój znajomy oklumenta dopiero po powrocie do domu zdał sobie sprawę z tego, że coś zostało mu podsunięte. Ten twój aurowidz Millie, mówił o fioletowej aurze, tak? Nie znam się na aurach, ale czy to nie jest trochę nietypowe, żeby samo miejsce miało aurę? Jeśli to ze sobą połączyć, można by poszukać granicy tego fenomenu. Jeśli byłaby stała, można by próbować założyć - i bardzo skłaniała się teraz właśnie do tego próbowania. - Że źródło problemu znajduje się gdzieś w centrum. O ile nie chodzi o... Morpheusie? - zamrugała, kiedy upadł na kolana, a w ślad za nim poszedł Leon. Mimowolnie odwróciła się do Alexandra, na moment mocniej zaciskając palce na jego ramieniu, jakby bojąc się że ten zaraz dołączy do klęczących mężczyzn, ale ten wydawał się stać mocno na nogach. Poczuła ulgę, ale tylko na moment, bo zaraz oswobodziła go ze swojego uścisku, by znaleźć się przy Longbottomie, trochę zmartwiona. Rym bardziej, kiedy zaczęła mu kapać z nosa krew. Sięgnęła szybko po chusteczkę, podstawiając mu ją pod ręce, kiedy tylko zrobił się nieco przytomniejszy. Alexander mógł z łatwością zobaczyć rozpościerające się od niej nici. Wątła, ale w intensywnym kolorze zieleni, biegła w stronę Leona, od jej strony przetykana wątłymi pobłyskami zazdrosnej żółci. Ta wiążąca ją z Millie, świadczyła o zaufaniu, jakim darzyła kuzynkę. Mogły w swoim towarzystwie stanowić momentami istne apogeum chaosu, ale mimo wszystko w stosunku do siebie zachowywały harmonię. Tak samo jednak jak po stronie Moody pobłyskiwała czerwień, tak samo robiła to od Ambrosii. Delikatnie, niby to niepozornie przewijając się na całej długości. W końcu też Mulciber mógł wychwycić krwioobieg barwny łączący ją z Morpheusem. Łączyły ich wspólne lata spędzone na wspólnym zgłębianiu wiedzy i tajemnic wróżbiarstwa, które pobłyskiwały fioletem. Pewnie gdyby Axel mógł widzieć nie tylko nici, ale także aury, doszedłby do wniosku że ich struktura barwna przypomina halo, które otaczało na co dzień samą Ambrosię. Tym bardziej, że w tej plątaninie błyszczała także intensywna czerwień, będąca pozostałością z czerwca. Na samym końcu wreszcie, to co łączyło jego i Rosie pozostawało niezmienne; spod ochraniającej jej fioletu, mrugała do niego perliście, zapewniając o stałości jej uczuć. - Nic wam nie jest? - rzuciła z troską, przyglądając się to Morpheusowi, przy którym kucnęła, to Leonowi. !2energiawindermere RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Pan Losu - 27.04.2024 Twoją uwagę przykuwają podniesione głosy. Jeden z brygadzistów klnie jak szewc i trzyma się kurczowo za rękę. Towarzysząca mu uzdrowicielka próbuje sprawdzić, co się właściwie stało, ale mężczyzna odskakuje od niej jak poparzony. - Wiem, że zrobiłaś to specjalnie! – syczy wściekle. – Wiem, że próbowałaś połamać mi palce! - Niby po co miałabym to zrobić? Wściekłeś się i uderzyłeś pięścią w drzewo. Dziwisz się, że cię teraz boli? Odkąd się tutaj pojawiliśmy, zachowujesz się jak wariat! - SAMA JESTEŚ WARIATKĄ! – Jego krzyk niesie się echem między domkami letniskowymi. Widzisz jak ze złości znowu uderza pięścią w drzewo. Aż łamie jedną z młodziutkich gałęzi. A potem niespodziewanie upada na ziemię. Uzdrowicielka kręci głową. Próbuje pomóc mu wstać, ale brygadzista podnosi się sam i odchodzi od niej, przeklinając głośno. Kiedy podnosisz wzrok na drzewo, które zaatakował, dostrzegasz, że gałązka jednak nie została złamana. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Alexander Mulciber - 28.04.2024 Wystarczyło mrugnięcie okiem. To niemożliwe. Nie zwracał uwagi na natarczywe pytania Mildred ani na marudzenie Leona. Słowa Morpheusa i Ambrosii, skupionych na analizowaniu zaburzeń w przepływie energii, były tylko tłem dla nadprzyrodzonej feerii barw... I czerni, pochłaniającej nici nieznajomych kobiet. Gdyby Windermere próbowało omamić jego zmysły, zawsze mógł zerknąć na nici łączące go z Rosie, powtarzał sobie, bo te od prawie dwudziestu lat wyglądały tak samo. Ale teraz mógł tylko milczeć, zapatrzony w przestrzeń, nie dowierzając temu, co widzi. Jeden z aksjomatów, na których opierał się jego wszechświat, właśnie został naruszony. Mrugnął. Nici się zmieniły. Fiolet. Fiolet chroni, mówiła Moody, ale to wcale go nie pocieszało. Patrzył gdzieś w przestrzeń. Na początku wydawał się zdziwiony. A Alexander Mulciber rzadko się czemukolwiek dziwił. Większość nieoczekiwanych rewolucji w życiu swoim i innych ludzi przyjmował ze spokojem, jakby wszystko było dla niego fatum. Chwilę potem, chmurną, zwykle zblazowanie obojętną twarz, wykrzywił gniewny grymas niezadowolenia. To można było zaobserwować u Mulcibera zdecydowanie częściej. Ale złość szybko ustąpiła miejsca czemuś innemu. Czemuś, co na twarzy Alexa widział dotąd tylko jego brat. Lęk. Mrugnął. Spojrzenie przeraźliwie niebieskich oczu - zwykle równie mętne, co topiel Windermere - skrystalizowało się nagle niczym lód na tafli jeziora. Przez fiolet, oplatający ciasno nici łączące jego i Ambrosię, wciąż przebłyskiwały bazowe kolory powiązania. Mrugnął trzy razy. Dalej to samo. Twarz Mulcibera znów przybrała normalny wyraz, kiedy ten zaczął na powrót analizować nici pary nieznajomych kobiet. - Windermere manipuluje ich emocjami. - potwierdził chłodno. - Te kobiety... Czerń oblepia ich bazowe nici. Pożera inne barwy. Jak pasożyt. Nigdy nie lubił patrzeć na nici. Nie na jawie. Nici były domeną snów. "Pomyśl, że to sen", powtarzał od dziecka Mulciber: wtedy rodowa dywiza nie była dlań pretekstem do ucieczki przed rzeczywistością, tylko wyrazem dumy; przekonaniem, że może wszystko, tak jak w snach. Sny Alexandra - kiedy już udało mu się zasnąć - były równie gwałtowne, co jego profetyczne wizje. Ale kiedyś miały też w sobie dużo piękna. Nici powiązań - czasem przypominające mordercze korzenie diabelskich sideł, czasem zaś równie ulotne, co babie lato niesione wiatrem - łączyły się wówczas ze sobą w fantastyczne wzory. W snach mógł ich dotknąć. Smużyste wstęgi oplatały jego ramiona, tak jak teraz robiła to ręka Ambrosii. Jego nici były niemalże identyczne z tymi, które biegły w jego stronę od reszty zgromadzonych. Ta czarna, podążająca w stronę Moody, pobłyskiwała wieloma różnymi kolorami. Wiedział, co znaczą, choć długo uczył się nazywać te emocje. Ciekawość. Zazdrość. Obawa. Ale i poniekąd... zrozumienie? Wszystkie przytłoczone przez głęboką, zadawnioną niechęć. Mrugnął. Leon... Był jak większość ludzi w jego życiu. Obcy i obojętny. Kompletnym przeciwieństwem była bazowa nić Ambrosii: szeroka, pulsująca w rytm bicia serca Alexandra. Niepowtarzalna. Zwykle patrzył na nią z dumą, często z ulgą, ale najczęściej z przedziwną satysfakcją - że kobieta tak doskonała, dalej obdarzała go swymi względami - i długo sycił się widokiem nici, nie mogąc oderwać od niej oczu, tak jak nie potrafił nie śledzić głodnym spojrzeniem jej właścicielki. Nie chciał zaś nawet patrzeć na nić łączącą go z Morpheusem. Intensywna a zarazem krucha, większość czasu wiła się pokrętnie, nieprzewidywalnie, i nie sposób zaprzeczyć, że było coś uwodzicielskiego w tych serpentynowych pląsach. Mulciber miał jednak nieodparte wrażenie, że ta nić może się przeistoczyć w wisielczy sznur: zaciskający się na jego szyi niczym stryczek. Alexander nie zareagował, kiedy dwójka mężczyzn padła na kolana: może dlatego, że doskonale znał z autopsji uczucie, jakiego musiała doświadczać dwójka pozostałych jasnowidzów. Pierwszy raz, panowie? Nie znał możliwości dywinacyjnych Bletchleya, ale z Longbottomem, akurat, zdążyli już całkiem nieźle poznać kaprysy daru, bo zdarzało im wieszczyć w swojej obecności. Wizje Mulcibera były zazwyczaj gwałtowne, rzucały go na kolana, na ziemię, wyciskały z piersi głuche rzężenie, targały ciałem, dopóki nasilone drgawki nie pozbawiły go przytomności. Wieszczenie było dla niego przekleństwem i darem zarazem. Przyzwyczaił się. Nie było z czego robić wielkiej sprawy. Przejdzie im. Alex kopnął leciutko Bletchleya w bok, żeby sprawdzić, czy ten - biorąc jego słabe serce pod uwagę - nie wyzionął ducha przy okazji jasnowidzenia. Akurat byłaby robota dla egzorcysty - a przecież sam Leon prosił go, by rozglądał się za oznakami opętania, czyż nie? - Pochyl się do przodu i uciśnij skrzydełka nosa - rzucił litościwie, bo, bądź co bądź, to był wciąż kuzyn Rosie. A że Mulciber skopał jużleżącego klęczącego, to niewiele więcej mógł zrobić, poza klepnięciem go w plecy. - Morpheus - powiedział, głośno, ostro, odwracając się od Leona. Tak, jak gdyby chciał osadzić starszego jasnowidza na powrót w rzeczywistości - tak, jak to często praktykowali w Departamencie Tajemnic, kiedy oddawali się eksperymentom na trzecim oku. Imiona miały w sobie moc. Zwłaszcza takie, które kradło się bogom. podszedł bliżej, gotów podać mu rękę, gdyby ten chciał stanąć na nogi. Fiolet, który łączył jego i Rosie wzmocnił się, kiedy się zbliżył. - Koszulę sobie upierdoliłeś. - W stanowczym głosie Alexa słychać było delikatne rozbawienie... Ale też oczekiwanie: co zobaczyli?. Krew Morpheusa była czerwona. Czerwone było też pożądanie, obecne w niciach łączących starszego mężczyznę z Rosie... I vice versa. Mrugnął. Nienawidził czasem tych pierdolonych nici. Popierdoli mnie, skonstatował z zadziwiającym spokojem Alex, bładząc wzrokiem po twarzy Rosie. Żałował, że nie zesłano mu wizji. Że nie mógł zatracić się w przyszłości, by zapomnieć o teraźniejszości. Zwykle pragnął, by było na odwrót. Zmusił się do spojrzenia w stronę kolejnej awantury. Na percepcję, na widzenie nici powiązań między brygadzistą i uzdrowicielką.
[roll=PO] [roll=PO] RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Millie Moody - 29.04.2024 Pokiwała przecząco głową na pytanie Leona odnośnie odstępstw od zachowania. Mildred czuła zazwyczaj wszystko w swojej ostrości i zaborczym pragnieniu doświadczania. Skrajnie. Miłość i nienawiść, ogień i lód. Nic po środku. Czarne nici nie miały nad nią władzy, albo miały nad nią władzę cały czas, zależy od perspektywy. Podobnie jak dla Alexandra Amrosia, tak dla niej Alastor był wyznacznikiem normy, dopiero różnica zdań między nimi dałaby jej ostateczne potwierdzenie tej tezy. Ale nie było go tutaj. Zapatrzyła się na twarz Alexandra szarpaną skrajnymi emocjonalnymi stanami. Upajała się jego słabością, marząc o tym by zjeść jego oczy i móc widzieć to samo. Przyjmowała jego słowa, próbując się skupić na zadaniu, znajdując w nich potwierdzenie tego co mówił jej Atreus. Kiwnęła głową na znak, że rozumie i cieszy się z wieści o czarnych niciach, bo to oznaczało jakiś trop, a potem jej uszy skłoniły się ku kłótni bumowca i uzdrowicielki. Kurwa Czy Atreus mógł nie przekazać wieści dalej i przysłali tu ekipę bez wiedzy, amuletów, tokenów i innych eliksirów na głowę? Nie zdziwiła się. Brygada uderzeniowa traktowana jak krawężniki do sprzątania magicznych śmieci z ulicy, dowiadywali się o takich anomaliach zazwyczaj wtedy, gdy te spuszczały im sromotny łomot. Jebane armatnie mięso. Wkurwiało ją to bardziej niż chciała przyznać. Na tym etapie była przekonana, że obie kłócące się osoby oblepia czerń, która przebiła się przez fioletową mgiełkę. Millie sięgnęła pod kant czerwonego swetra i wyciągnęła z obrzydliwie wąskiej kieszeni swój niewielki notes, który obecnie pełnił rolę szkicownika. Jej myśli przypominały bulgoczącą, żarzącą się bezlitośnie lawę, w której pływały błękitne i fioletowe bąble różnych pomysłów. Nieuporządkowane, chaotyczne, hipnotyzujące. Była na urlopie na poratowanie zdrowia, chwilę temu wyszła kurwa ze śpiączki, dwa miesiące trzymali ją w zamknięciu sprawdzając czy się nie zajebie. Ale widocznie i na urlopie trzeba było być w pracy. "Prowadź nas tak, żebyś ominęli twoich kolegów" Jebane jasnowidzkie ścierwa. Zaczęła notować. drzewa napierdalają trawa świeża brak wydeptania bunt żywiołów? Jest Brenna na miejscu pilny kontakt
– Jak będziecie widzieć zombiaka, to nie palcie mu ciuchów. – rzuciła ignorując krwawiących, każdy miał swój krzyż do niesienia w robocie. Jebać ich, niech się wykrwawią i nakarmią sobą robaki. czarne atakuje fioletowe chroni nici zagrożone jaki zasieg patrol z miotły? Atreus? Patrick? Czy przysłali tu aurora?
– Nie wiem jaki jest zasięg aurowidzenia, ale też nie wiem czy epicentrum to będzie to, w ogóle nad jeziorem widziałam masę martwych ryb, a rośliny czują się zajebiście. Może fiolet chroni to co należy do ziemi, a czerń atakuje biomasę zwierząt i ludzi wpływa na ich emocje, chęć walki i dominacji, aktywuje atawistyczne instynkty? Ciekawi mnie to, czy to jest to samo źródło, czy ochrona i – myślała głośno dalej notując i energicznie przerzucając zabazgraną ciągiem myśli kartkę. sprawdzić aure na miotle Brenna będzie wiedzieć kto jest w zasięgu może z góry będzie widać zombiaki może
– Ej a co powiecie na teorię, że te zombiaki to byli ludzie, do których dostała się ta czerń na stałe? Albo osoby, które przyzwały tu tą nieudolną klątwę. Jebać jezioro, chodźmy do lasu gdzie są te trupy do egzorcyzmów. A właśnie... – odwróciła się nagle do podnoszących się z kolan mężczyzn – Coś ciekawego? – zagadnęła z ołówkiem zawieszonym nad kartką, z otwartym zamiarem spisania ich słów. [inny avek]https://images.fashionmodeldirectory.com/images/models/14509/antonina-vasylchenko-400507-fit.jpg[/inny avek] RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Morpheus Longbottom - 29.04.2024 Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem! Buczało w głowie, a ciało zjadało robactwo. Krew obmywała i powracała do gleby, aby nakarmić ją życiodajnymi składnikami. Był powód, dla którego rzeźnicy mają miękkie dłonie. Nie czuł zupełnie momentu, gdy opadł na miękką trawę. Na kolanach, z widocznymi jedynie białkami, resztką płatków kwiecia we włosach, z twarzą w stronę słońca, wyglądał jak święty podczas objawienia. Krew skapywała mu na koszulę i tak jak kwitło całe Windermere, tak kwitła jego koszula, czerwonymi kameliami, — Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem! — wykrzyknął, jak echo, krzykiem czystym, co zaskoczyło jego samego. Myślał, że gardło będzie miał rozdarte bzem, witkami brzozy i oplątane wiotkim listowiem płaczących wierzb. Opuścił głowę, równie gwałtownie, dotykając czołem trawy. Kostki jego kręgosłupa wystawały przez cienki len, wskazując dokładnie, gdzie uderzyć, aby przerwać rdzeń kręgowy. Zbudził się z transu, podniósł zdezorientowany wzrok rannego jelenia na resztę. Ujął chusteczkę od Ambrosii, nie wiedząc chwilę, o co jej chodzi, aż poczuł kroplę żelaznej wilgoci na ustach. Wytarł kawałkiem tkaniny nos. — Pierwszy raz z wizją czy miałeś już wcześniej? — zapytał Leona. Z jasnowidzeniem nigdy nic nie wiadomo. Byli tacy, którzy wypluwali widzenia z siebie, mając grube księgi w Departamencie Tajemnic, z zapiskami ich wizji, byli też tacy, który wypowiadali jedną całe życie i miała ona zmienić bieg historii. On sam uważał, że leży gdzieś pośrodku. — Wypowiedziałem przepowiednię? — zapytał w pierwszej kolejności, podnosząc się z ziemi i nieelegancko otrzepując kolana, na których zostały zielone ślady roślinności. Poszukał wzrokiem Alexandra, sprawdzając czy i on został porażony proroctwem i czy dobrze się trzyma. Nie dojrzał na jego twarzy jednak smug krwi. Może dzięki niciom nie musiał tego przeżywać. Dobrze. Poklepał Leona pocieszająco po ramieniu. Każdy zasługiwał na troskę i opiekę w swoim życiu, zwłaszcza po wizjach tego kalibru. Gdy Bogowie mówili, świat obecny nie miał znaczenia, a jedynie epifania. W tej chwili wizji czas zmieniał znaczenie. Czas był najwyższym Bogiem. Był wszędzie, lecz swoimi łaskami obdarzał skromnie. — Widziałem mężczyznę, który był z czegoś zadowolony i las przyjmował mnie w ofierze. A ty, Leonie? — powiedział ogólnikowo, trzymając głowę w dół i tamując krwawienie, a przez to mówiąc śmiesznie. — Mam myślodsiewnię w kabinie, mogę wam pokazać wspomnienie. Zauważył, że ludzie stronili od tej formy przekazywania informacji, stanowiła raczej tabu. Nie dla niego. Była mu intymna, ale traktował ją trochę jak seks. Bliskość fizyczna, która nie musiała oznaczać emocjonalnej koneksji. Tutaj było mentalne połączenie, spojrzenie na świat dokładnie tak jak on na niego patrzy, jedynie bez wewnętrznego narratora. Kontrolował dokładnie, co im pokazywał. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Leon Bletchley - 30.04.2024 Pozyskany i omawiany przez nich ogrom informacji zdaniem Leona wymagał odpowiedniego uporządkowania. Wszystko wydawało mu się chaotyczne. Zdawał sobie z tego sprawę, że uporządkowanie tego wszystkiego może nie być takie łatwe. Jak to mówią, co dwie głowy to nie jedna. A ich była tutaj piątka. — Zwykle ludzie chcą otrzymać najprostsze rozwiązania, zamiast doszukiwać się skomplikowanych wzorców w mających miejsce wydarzeniach. — Leon pozostawał przekonany co do słuszności swoich słów, jednocześnie zgadzając się ze swoją przedmówczynią. Wysnuwanie rozmaitych teorii i szukanie dla nich uzasadnienia było domeną wszelkich badaczy, których to mogłoby zainteresować. Dalej byli Brygadziści i Aurorzy, choć do ich obowiązków należało przede wszystkim praktyczne działanie. — Wszystko na to wskazuje, na całe szczęście. Myślicie, że możemy zacząć się zachowywać tak jak oni? Nie chciałbym tego, choć biorąc pod uwagę to, że to miejsce skutecznie manipuluje emocjami, to rozsądnie będzie wziąć pod uwagę. — Zastanawiał się na głos, mając nadzieję, że nie zaczną zachowywać się względem siebie jak te dwie kobiety. Nawiązał do wypowiedzi Alexandra. Przejawianie nieufności wobec innych przy czymś takim wydawało się być czymś niekoniecznie istotnym. Niekiedy mogło być uzasadnione. W opinii Leona ekspertem od postrzegania aur jest jego kuzyn, Cain, będący przy okazji Aurorem. Choć nie wątpił w umiejętności bojowe obecnych tu czarodziejów, tak w starciu z ożywieńcami Cain mógłby okazać się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Niewykluczone, że odnalazłby się w ich rozważeniach odnośnie aury tego miejsca. — Jesteśmy czarodziejami i z tego względu nie powinniśmy wykluczać jakiegoś zjawiska tylko dlatego, że uchodzi za nietypowe. Przyjmuję ten pomysł. — Podzielił się z zebranymi tu osobami swoim poglądem na tę właśnie sprawę. Nawet jak potrafili dokonywać rzeczy niezwykłych, wręcz przeczących prawom fizyki, tak z pewnością nie odkryli wszystkich aspektów magii czy konkretnych granic zdolności. Nie zaprotestował przeciwko pomysłowi, jaki został w tym momencie zaproponowany przez Rosie. Decyzja nie należała wyłącznie do niego. Dotarł do niego głos Ambrosii, pytającej o to czy nic im nie jest. Z powodu swojej choroby pozostawał przyzwyczajony do spontanicznych krwotoków z nosa. Po ustąpieniu wizji zabrakło mu tchu, zupełnie tak jakby słabe płuca odmówiły mu na parę chwil posłuszeństwa. To wrażenie ostatecznie go opuściło. Trawione chorobą serc w tym momencie się nie poddało. Za to kręciło mu się w głowie. — Będę żył. To było intensywne... doświadczenie. — Wymruczał niewyraźnie w swojej kuzynki. — Kopnąłeś mnie. — Skierował następny niewyraźny pomruk w stronę Alexandra, odczuwając to leciutkie kopnięcie, które zostało wymierzone w jego bok. Nieznacznie zmieniając swoją pozycję na stabilniejszą, pochylił się do przodu i ucisnął skrzydełka nosa. Drugą dłonią szukał materiałowej chusteczki do otarcia nosa albo oczyszczenia go z pozostałości krwi. Nie może tak chodzić po terenie ośrodka. Minie jeszcze parę chwil, zanim zdecyduje się podnieść z ziemi i ruszyć dalej na poszukiwanie wyjaśnienia tego, co miało miejsce w tym ośrodku. Słowa, jakie wypowiedziała Millie, przepłynęły przez jego głowę bezwiednie. Tak jak odgłosy awantury między brygadzistą, a uzdrowicielką. Wydawało się to zbyt odległe i będzie wymagać dodatkowego omówienia. — Miałem... nie powiedziałbym aby były szczególnie znaczące i tak intensywne, jak ta. — Odpowiedział na pytanie starszego mężczyzny, który podarował mu ten wianek. Odpowiedni czas i miejsce miały niebagatelne znaczenie - tutaj znalazł się w samym sercu niezwykłych i niepokojących wydarzeń, jak widać mając do odegrania w nich jakąś rolę. Nie było to proroctwo zmieniające losy świata, jednak wizja była nad wyraz istotna. Poklepanie go po ramieniu odebrał znacznie bardziej pozytywnie, niż tego bardzo lekkiego kopniaka, którego wymierzył mu mąż jednej z jego kuzynek. — Widziałem... czułem płomienie liżące moją twarz, brakowało mi tchu. Też widziałem mężczyznę, poderwanego w powietrze, sięgające po mnie konary i dużo... czerwieni. Słyszałem głos... — Wypowiedział te słowa bezbarwnym głosem, starając się powstrzymać jego drżenie. Do pewnych rzeczy nie dało się przywyknąć. To nie były wizje niosące pozytywny ładunek emocji. On nie był pewien, czy chce oglądać to wspomnienie oczami tego starszego mężczyzny, jednak zdawał sobie z tego sprawę, że to może pomóc. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Ambrosia McKinnon - 30.04.2024 Większą uwagę poświęcała Morpheusowi, kiedy czekała aż wróci w pełni do rzeczywistości, co chwila tylko zerkając na Alexandra, jakby kontrolując czy faktycznie dalej trzymał się pewnie na nogach, czy może zaraz sam padnie pokotem. Wszystko wydawało się dobrze - do czasu, aż wreszcie coś dziwnego nie ścisnęło ją za serce, kiedy patrzyła jak wyraz twarzy ukochanego zmienia się. Bo przecież Alexander nigdy się nie bał. Mogła widzieć, jak każda jedna osoba w jej życiu traciła umysł, oddając się szaleństwu albo absolutnemu strachowi, ale kiedy widziała lęk na twarzy Alexandra, sama zaczynała się bać. Zawsze był jej siłą i ostoją; często odnosiła się do innych z należytą sobie bezczelnością tylko dlatego że mogła. Dlatego, że była pewna tego, że cokolwiek się nie stanie, przynajmniej on nie będzie się bał. Przez dłuższą chwilę zwyczajnie się na niego patrzyła, chociaż ciężko było powiedzieć co właściwie myśli, bo twarz zmartwiała jej w czujnym wyrazie. Wiedziała, że kłamał. Albo raczej nie mówił całej prawdy. Alexandra nie obchodziło to, co działo się z innymi ludźmi. Gdyby któreś z nici łączących ich towarzyszy były felerne, też by to zakomunikował. Musiało więc chodzić o tę, którą łączyła ich konkretnie. Dobrze, że Millie pierdoliła swoje, bo zrobiło się jej niedobrze i mogła skoncentrować się właśnie na gadaniu kuzynki. Wywróciła nawet oczami, na jej pierwszą uwagę. - I co właściwie mamy z nimi zrobić, Mills? Poprosić, żeby najpierw zrobiły dla nas striptiz? - żachnęła się, rzucając jej bombastic side eye. - Czy ty kiedykolwiek widziałaś nieumarłego na oczy? - zapytała i w jej głosie dało się wyczuć jakąś napiętą nutę protekcjonalności, która pojawiła się chyba tylko dlatego, że musiała jakość dać upust niepokojowi, który zasiał w niej Alex. - Dobra, ale może w takim razie... Nie wszyscy chyba rzucają się sobie do gardeł, tak? Co jeśli fiolet też oddziałuje na ludzi, ale skoro jest ochronny, to przynosi ze sobą dobre rzeczy? - sięgnęła dłonią do Alexandra, przy jego pomocy podnosząc się, kiedy Longbottom sam uniósł się z kolan. Zamiast jednak zawisnąć znowu na jego ramieniu, skrzyżowała ręce przed sobą na moment tylko posyłając mu krótki uśmiech, potem uwagę w większości kierując najpierw na Moody, szukając w niej chyba jakiegoś potwierdzenia na jej słowa, a potem przenosząc ją na Morpheusa. - Myślodsiewnia brzmi dobrze. Na pewno będzie to trafniejsze niż próba wytłumaczenia tego - zgodziła się na jego pomysł bez większego problemu. - To co mówiłaś o zombiakach i czerni - zaczęli przesuwać się dalej, podążając w stronę lasu. - To brzmi... prawdopodobnie? O ile w ogóle są tu jacyś nieumarli, a nie jest to czyjaś wyobraźnia. Zombie? Wątpliwe, pewnie to inferiusy, jeśli nad Windermere ciąży klątwa. Drzewa zaczęły ich powoli otaczać, tworząc wejście do lasu. Szła obok Alexa, ale myślami błądziła gdzieś indziej, a spojrzeniem nurkując między pniami i ich korzeniami, aż wreszcie zatrzymała się. W pół kroku, marszcząc przy tym brwi i w końcu sięgając w trawę, skąd wyciągnęła skrawek papieru. - Cóż... - skrzywiła się lekko, przeczytawszy zawartą w notatce informację. - Ja bym założyła, że mugolska krew to za mało i to urocze miejsce niedługo upomni się o krew czarodzieja - odwróciła kartkę w dłoniach, prezentując jej treść reszcie. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Alexander Mulciber - 04.05.2024 - Powtarzałeś jedno słowo: "mówiłem!" - odpowiedział krótko Morpheusowi, samemu mimowolnie przybierając chłodny, profesjonalny ton naukowca pogrążonego w pracy. Tak było łatwiej - skierować rozpędzone myśli w inną stronę, skupić się na analizowaniu znanych im faktów, i, nade wszystko, nie patrzeć na nici - Mulciber szybko opanował twarz i odsunął na bok emocje: zaskoczenie, strach... I gniew. Te pierdolone nici. Czerń i fiolet, fiolet i czerń... Więc dlaczego nagle widział tylko czerwień? Zacisnął pięści. "Atawistyczne instynkty" budziło w Alexie nie Windermere, tylko skrzypienie ołówka pierdolonej Mildred. Miał ochotę wyrwać jej z rąk ten zasrany notes, zapełniony bezsensownymi gryzmołami, i użyć go jako podpałki pod ogień, który wypaliłby Windermere do zgliszczy. Gdyby i ona rzuciła się za swym skarbem w płomienie, jedno licho mniej nawiedzałoby ten przeklęty las, pomyślał ponuro. Może w ten sposób rozładowałby swoją złość. Przemocą. Ta zawsze była dla niego najlepszym lekarstwem na wszystko. Zawsze wybierał przemoc. Tak było łatwiej. Przemoc była czymś, co dobrze rozumiał. Myślał wtedy jakoś bardziej trzeźwo. Podobał mu się pomysł wybrania się na umarlaków, ale nie z Rosie u boku: choć sama McKinnon utrzymywała, że oswoiła się z rodzinnym darem, Mulciber wciąż pamiętał, jak tragiczne piętno wizje tego innego świata potrafiły odcisnąć na jej psychice. Co, gdyby zimne szpony nieumarłych naprawdę zamknęły się na jej sercu? Opiekuńczo objął ramieniem stojącą obok Ambrosię. Przy niej - dla niej? - starał się pohamować buzującą w nim agresję, choć normalnie rzuciłby się pierwszy w stronę zagrożenia, niepomny na konsekwencje. Musiał mrugnąć jeszcze kilka razy, by pozbyć się sprzed oczu kolorowych miraży. Choć czerwień, goszcząca w tak wielu spośród łączących całe towarzystwo nici, zniknęła, wątpliwości pozostały. Przynajmniej mógł znowu swobodnie patrzeć na Morpheusa. Starał się wejść w swoją służbową personę, ale zbytnio swędziały go pięści, słońce wybitnie uderzało do głowy, a jedynym, co powstrzymywało go przed kompletnym pogrążeniem się w paranoi, był szybki uśmiech Rosie. Teraz to na niej była skupiona jego uwaga, dlatego wzruszył tylko ramionami na propozycję użycia myślodsiewni. Było mu wszystko jedno, dopóki to nie w jego wspomnieniach grzebali. Nie powiedział przecież innym o fiolecie, który spowijał serpentyny powiązań między nim a Ambrosią. Może to właśnie próbowała mu powiedzieć odwrócona Trójka mieczy, zanim cisnął ją gniewnie w toń jeziora tuż przed wschodem słońca: "myślisz, że czekają cię same nieszczęścia - może chcesz, żeby tak było, bo tak jest łatwiej? - zakładasz najgorsze, chociaż szczęście jest na wyciagnięcie ręki". Wcześniej, karta raziła Alexandra swym fałszywym optymizmem; szalenie irytowało go, że tarot kolejny raz każe mu poszukiwać duchowej równowagi, leczyć przeszłe traumy, odpuścić i wybaczać - sobie i innym - błędy przeszłości. Miał, kurwa, dosyć tego pierdolenia o uzdrawianiu duszy. ziękował gnanym wiatrem i wędrującym pośród wrzosowisk duchom swych przodków, że tym razem karta była przynajmniej odwrócona, a nie prosta. Prosta oznaczała złamane serce. Odwrócona, zaś, szeptała niewinnie: to nie tak, jak myślisz. Rzeczywiście, choć nici łączące go z Rosie wyglądały inaczej, może nie było w tym powodu do paniki? Może odwrócona Trójka mieczy chciała przestrzec go, że ten ból, który przeszywał jego pierś z każdym kolejnym uderzeniem serca, ta bezsilność i pełna zgrozy rozpacz były bezcelowe. Fiolet chroni, powtarzał w duchu. Może karta chciała powiedzieć, że strach, jaki poczuł na widok zmienionych nici, był czymś naturalnym - bo przecież szalenie zależało mu na Ambrosii - ale nie powinien mu się tak łatwo poddawać; bo choć na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało źle, ta zmiana to początek czegoś lepszego. Coś się kończy, coś się zaczyna, pomyślał Alex. To miejsce wypaczało oba te pojęcia. - Tylko czy może być "dobra" i "zła" energia? Czy to tylko sztuczka, a obie przenikają się wzajemnie, czerpiąc jedna z drugiej? - pociągnął dalej myśl Rosie, licząc na to, że ta zaprzeczy, że powie mu: "absolutnie, nie wymyślaj", jak zawsze kiedy dywagowali na tematy naukowe, a on rozpraszał się i zafiksowywał na punkcie dziwnych wyjątków i odchyleń od normy, tracąc z oczu pełen obraz sprawy. Bardzo chciał wierzyć, że kobieta ma rację. - Czerń atakowała z wody, a fiolet pożerał resztę - przywołał wcześniejsze słowa Moody. - Z jednej strony: dlaczego więc epicentrum miałoby leżeć w lesie, a nie w jeziornej toni. Widzieliście, tamten facet złamał gałąź, a ona chwilę potem odrosła, jak gdyby nigdy nic. Rośliny ewidentnie spowija jakaś ochronna magia. "Fiolet chroni"? - Pokręcił głową. - Z drugiej strony: wy mieliście wizję o byciu złożonym w ofierze leśnej gęstwinie. O żyjących konarach, które sięgały w waszą stronę - odniósł się do słów Morpheusa i Leona. - A te kobiety zaatakował krzak bzu. "Czerń atakuje"? W takim razie, dlaczego wszystkiego nie spowija czerń, tak jak nici nieznajomych? - myślał głośno. - Może ci nieumarli-- Inferiusy - podchwycił zaraz słowa Rosie, absolutnie ufny w jej osąd sytuacji: w końcu nikt nie znał się na tym lepiej niż ona. - Może inferiusy wyszły z wody. Dzisiaj ludzie gadali, że już wcześniej znikali stąd turyści. Może nigdy nie opuścili Windermere. Może las próbuje się przed nimi bronić... A może wręcz przeciwnie, może żywi się energią tych ludzi? Może jezioro to tylko ołtarz ofiarny - martwe ryby, martwi ludzie, martwa woda - a wszystko, co umiera w jego toni, zasila potem las, który buja życiem. - Nigdy nie był zbytnio elokwentny, kiedy tłumaczył swoje ciągi myślowe innym ludziom, ale przez ćpanie stał się jeszcze mniej wymowny. To Rosie potrafiła się zawsze ładnie wysłowić, to na natchnionego erudycją Morpehusa patrzył z podziwem, ale sam zbytnio skakał z tematu na temat, potrzebował czasu, by uporządkować myśli i wyrazić je tak, by wszyscy zrozumieli. - Odwrócony as denarów. Destrukcja jest formą kreacji - podsumował sztywno. Przechodzili akurat blisko wejścia do lasu, więc mimowolnie chciał przyciągnąć Ambrosię jeszcze bliżej, ale ona nagle schyliła się, wyplątując się spod jego ramienia. Skurwysyn. Ona nie była czarownicą. Złożył ofiarę z mugolki. - Kurwa - syknął wściekle, a jego dłoń powróciła z powrotem na rękojeść tkwiącej w kiezzeni spodni różdzki. Spojrzenie utkwił w znalezionej przez Rosie kartce. "Czy złożyć tu jakąś ofiarę?", rzucił wcześniej, jeszcze na początku ich ekspedycji, próbując zinterpretować przesłanie odwróconego Asa denarów. - No to zaraz zlecą się zasrani stróże prawa i porządku - sarknął, poirytowany. Obrzucił zaraz Moody niechętnym spojrzeniem. - Jakby jedna nie wystarczyła. No, Mildred, jako aspirujący auror masz okazję się wykazać - dodał, z okrutnym uśmieszkiem czającym się w kacikach ust. - Albo przynajmniej zaimponować rodzinie. Myślisz, że dopuszczą cię z powrotem do służby? - zapytał, niby to przyjaźnie, oddalając się nieco, by zajrzeć na ścieżkę wiodącą w las. Miał serdecznie dosyć tego dnia. Windermere... Pokaż, dokąd mam iść. Powiedz, czego od nas chcesz, zażądał. Oparł dłoń o jedno z młodych drzew porastających skraj lasu. Pozwól mi być twoimi oczami. !3windermerejasnowidz RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Energia tego miejsca - Pan Losu - 04.05.2024 Wizja nadchodzi niespodziewanie. Oczy uciekają ci do góry. Nie możesz oddychać. Świat traci na ostrości, obserwujesz go jakby z wody. Rozmyte kształty na które patrzysz to drzewa i domki letniskowe. Rzęsa wodna muska twoje stopy. Nieznośny ból rozrywa twoje błagające o łyk powietrza płuca. I wtedy go widzisz: mężczyznę, mniej więcej trzydziestoparoletniego. Jest w jakimś ciemnym miejscu. Gałęzie ciasno oplatają jego ciało. Głowę ma pochyloną do przodu i wygląda jakby spał. Woda przez którą patrzysz zabarwia się krwią. Przez brak tlenu, oczy zasnuwa ci mgła. Coś strasznego dzieje się za twoimi plecami. Inaczej tu nie byłoby tyle krwi. Śpiący podnosi głowę. Kaszlesz, gdy dochodzisz do siebie po wizji. Znowu jesteś na świeżym powietrzu w Ośrodku Windermere. Woda nie zalewa twoich płuc, ale w ustach czujesz posmak krwi. |