![]() |
|
[17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery (/showthread.php?tid=3202) |
RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Leonard Mulciber - 11.05.2024 - Jakiś ty troskliwy - niemal wyśpiewał, rzucając ciasteczku krótkie spojrzenie. Charlie dobrze wiedział, że nie pijał kawy i że nie przepadał za zapachem cynamonu. Mały drań. Brewka dodatkowo drgnęła w nerwowym tiku nad lewym okiem Leonarda, gdy brat złapał go za język, przekręcając w bardzo paskudny sposób ich znaczenie. Gdyby nie obecność osób trzecich (przede wszystkim ojca), poszedłby o krok dalej niż zwykłe przekomarzanki. Umiał jednak zachować się na tyle, aby nie dać ponieść się nadmiarowi emocji. - Nie bądź niemądry, Charlie. Oczywiście, że nie porównuję wysiłku ojca i wuja z twoim własnym. Nie oszukujmy się, mógłbyś poświęcić nieco z czasu, jaki wciąż ci zostaje, na znalezienie czegoś dodatkowego. Dla dobra rodziny, ma się rozumieć. Jedną ręką przysłonił usta tak, aby tylko brat widział, jak porusza ustami, przekazując mu bezgłośne: "Zabiję cię". RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Robert Mulciber - 11.05.2024 Co powinien zrobić skrzat domowy, kiedy dwóch domowników wydaje sprzeczne ze sobą polecenia? Selar była naprawdę przerażona. Gdyby tylko nie pojawiła się w jadalni, gdyby tylko posłuchała! Oj, panienka Sophie znów będzie się na nią nieszczęsną gniewała. Tak bardzo się starała, żeby tę słodką dziewczynę udobruchać i znów nic jej się nie udała! Zasłużyła, żeby dostać po rękach. Naprawdę zasłużyła. Nie mając wyboru teleportowała się z powrotem do jadalni. Tym razem jednak zjawiła się bez talerza z ciastkami. Zmaterializowała się tuż przy pani domu, gotowa wysłuchać tego, co ta miała jej do powiedzenia. Żyła wszak, żeby służyć tej rodzinie. Była tej rodzinie szczerze oddana - od wielu lat. Wyłupiaste oczy skrzatki spoczęły na niewysokiej, ciemnowłosej kobiecie. - Selar słucha. Selar zrobi wszystko, co pani Lorien sobie zażyczy. - odezwała się. Może nie było to do końca prawdą, ale z grubsza oddawało to, jak miały się sprawy. Bo wciąż skrzatka była skłonna zrobić dla Lorien bardzo dużo. Tak samo jak i dla innych domowników. W zasadzie, to zrobiłaby dla nich wszystko, na co tylko pozwoliłby jej pan domu. Bo to on, Robert, grał tutaj pierwsze skrzypce. ***
Tak. Powinien być spokojny. Oczywiście. Tyle tylko, że usłyszenie tego od kogoś znacznie młodszego, a na dokładkę będącego jego synem - to nie pomagało. Potrzebował chwili, żeby kiwnąć głową. Zgodzić się. Zarazem jednak nie był w stanie skutecznie ukryć swojego niezadowolenia. Tej aż nadto bijącej od niego irytacji - widocznej dla osób, które miały możliwość go lepiej poznać. Bo przecież Robert miał czym być zirytowany. Miał ku temu solidny powód. Zwłaszcza w momencie, kiedy zamiast opuścić kamienice, Stanley postanowił przyjąć zaproszenie i dołączyć do nich wszystkich podczas wspólnego śniadania. W jaki sposób miał na to teraz zareagować? Jego spojrzenie zdawało się teraz mówić: mam nadzieje, że jesteś z siebie zadowolona, Sophie. Nie wypowiedział jednak tych słów na głos. Pokiwał jedynie głową. Wiedział, że Stanleya wyrzucić nie mógł. Bo to nie było tak proste. - Skoro więc to nie problem, przejdźmy do jadalni. - jakimś cudem przeszło mu to przez gardło. - Miejsca wystarczy dla nas wszystkich. Przynajmniej to ostatnie było prawdą. Jadalnia, w której jeszcze do niedawna posiłki spożywał sam, ewentualnie w towarzystwie Lorien, była w stanie pomieścić całkiem sporą liczbę domowników. Podobnie jak cała kamienica. Cóż. Przynajmniej wciąż to im pozostało, jako pamiątka po czasach, kiedy finansowo stali całkiem nieźle. A i wśród rodzin czarodziejów ich nazwisko znaczyło więcej niż obecnie. - Pan Borgin to jeden z naszych klientów. Od lat prowadzimy interesy z jego rodziną. - wyprowadził córkę z błędu, gestem zarazem wskazując, żeby udali się w kierunku drzwi wyjściowych. Nie było potrzeby przeciągania wszystkiego dłużej. Zresztą, sam Robert potrzebował czym prędzej napić się herbaty. ***
Tym też sposobem dotarli wreszcie do jadalni. Zanim Robert zajął swoje standardowe miejsce, przywołał jeszcze do siebie Selar. Wcześniej zajęta Lorien, skrzatka znajdywała się wciąż na miejscu. Była tym samym pod ręką. - Selar. Przygotuj nakrycie dla pana Borgina. - wskazał na jedno z kilku wolnych miejsc. W zasadzie było mu obojętne, które konkretnie Stanley dla siebie wybierze. Byle tylko nie było to te zlokalizowane u szczytu stołu. O ile dało się w tym przypadku popełnić aż tak duże faux pas. Zwłaszcza, że ledwie tylko Selar otrzymała swoje kolejne zadanie, Robert udał się właśnie w tym kierunku. Usiadł. Nie śpieszył się z tym, aby przywitać się z pozostałymi. Słownie. Pierw zlustrował ich wszystkich uważnym spojrzeniem. - Widzę, że nasze angielskie zwyczaje, nadal stanowią dla was nowość. - kiedy ponownie zabrał głos, na dłuższy moment skupił się na Leonardzie. Nie wypomniał mu jednak wprost tego, iż wypadałoby zaczekać aż zjawią się wszyscy domownicy. Aczkolwiek nie było to czymś, czego chłopak nie mógł się domyślić. Przekaz wydawał się jasny. - Wybaczcie nam spóźnienie. Miałem gościa. Pan Borgin dołączy zresztą do nas przy śniadaniu. Mam nadzieję, że to dla was nie problem. Nawet jeśli dla kogoś byłoby to problemem, to Robert nie był typem człowieka, który się takimi sprawami szczególnie przejmował. On decydował, a to co do powiedzenia mieli ewentualnie pozostali domownicy... mógł od czasu do czasu wziąć pod uwagę. O ile uważał, że należało tak zrobić. Możliwe, że miał całkiem sporo z despoty, ale czy to coś, o czym powinniśmy mówić teraz? Skupmy się może jednak na śniadaniu. kolejna tura do 14.05 RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Lorien Mulciber - 12.05.2024 Gdyby tylko Richard podzielił się z nią własnymi podejrzewaniami jakoby pani Mulciber ukrywała wielką tajemnicę, Lorien z pewnością przyznałaby mu rację. Ukrywała narastającą irytację byciem przesłuchiwaną przy własnym stole i wywołany tym wszystkim miarodajny ból głowy. W dodatku, dzbanek wypełniony do pełna kawą okazał się dla osłabionej czarownicy po prostu zbyt ciężki, co dodatkowo ją frustrowało. Dlatego mimo wszystko na jej twarzy pojawił się wyraz szczerej wdzięczności, gdy szwagier to zauważył i postanowił zabrać naczynie. Niespecjalnie długo była w stanie udawać, że jest w pełni zdrowia. Upiła łyk kawy, przytrzymując filiżankę przy ustach, gdy padło pytanie o Sophie. Nad tym musiała zastanowić się nieco dłuższej. - A to już wróciła do domu?- Odpowiedziała unosząc lekko brwi. Kiedy teraz dzieciaki kończyły rok szkolny? Nie miała żadnych innych planów na wakacje tylko musiała siedzieć w domu? Nie była już w wieku, w którym wypadałoby iść do pracy albo chociaż wyjść za mąż? Wiele pytań zostało wciśniętych w to jedno, które ostatecznie zostało wypowiedziane. Czując za nie zaspokoi tym ciekawości Richarda, westchnęła ciężko. Odstawiła filiżankę na spodeczek może nieco zbyt mocno, bo porcelana zgrzytnęła nieprzyjemnie, a kawa zakołysała się niebezpiecznie blisko krawędzi.- Wróciliśmy z Robertem w nocy. Naprawdę nie przyszło mi do głowy, że będziemy mieli tylu… gości.- W tym momencie brzmiała już na bardziej zrezygnowaną. I zmęczoną.- Jeśli Sophie jest w domu, na pewno przyj… Och, Selar. Pojawienie się skrzatki skutecznie odwróciło uwagę Lorien od szwagra. Wręczyła służącej swoją filiżankę wciąż do polowy wypełnioną kawą. - Duszko, zrób nową. I tym razem się postaraj, dobrze?- Miała coś jeszcze dodać, ale przerwało jej pojawienie się reszty domowników. Wraz z towarzystwem. Rzuciła tylko wymowne spojrzenie Richardowi, gdy Robert stanął w drzwiach. Cały i zdrowy i nie porwany przez nikogo! Szok i niedowierzanie! A wraz z nim Sophie! Kolejna poszukiwana! Wychyliła się lekko na krześle, żeby zobaczyć ostatniego z przybyłych. - Kogo moje oczy widzą. Stanley Borgin we własnej osobie.- Uśmiechnęła się niemal serdecznie. Pierwszy i jedyny gość, którego rzeczywiście byłaby w stanie tolerować przy śniadaniu. Nikogo innego nie mogła wypytywać o sytuacje w Ministerstwie, prawda? Jeśli Lorien dodała dwa do dwóch i skojarzyła co usłyszała pod gabinetem z niezapowiedzianą wizytą Borgina - nie dała tego po sobie poznać. Nie kiedy w Richardzie obudził się emerytowany auror. Odprowadziła jednak spojrzeniem nie Stanley’a, gdy zasiadł przy stole, a swojego męża. Zerknęła tylko przelotnie na Leonarda, który najwyraźniej stał się obiektem oczywistej reprymendy. Cień milczącej satysfakcji pojawił się przez moment na twarzy kobiety. Może gdyby Richard bardziej się skupił na pilnowaniu własnych synów zamiast na przesłuchiwaniu jej… No cóż. Wsparła nadgarstki o blat stołu postukując bezwiednie długimi pomalowanymi na czerwono pazurkami i cierpliwie czekając na powrót skrzatki ze świeżą kawą. RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Charles Mulciber - 12.05.2024 Leo i Charlie nie byli niczym więcej, aniżeli braćmi, chłopcami, którzy nie wyrośli jeszcze z przepychanek. Jeden zabiegał o względy ojca, drugi zaś skupiał się na swojej karierze, lecz to w niczym nie wadziło, by byli wciąż w stanie kłócić się jak małe dzieci. Charles zupełnie nie przejmował się rozmową między ojcem i ciocią Lorien, nie wyłapał niewypowiedzianych pytań i uwag. - Uważaj, bo uznam, że nie zasłużyłeś na ciastko. - Pogroził braciszkowi. Prawdą było, że nie miał pojęcia, iż akurat te ciasta przyprawione były cynamonem. - Twierdzisz, że się lenię, Leo? W takim razie tata też? - Brnął w temat, niewiele robiąc sobie z gróźb! - Według ciebie nigdy nie będziemy dość zajęci, o ile nie będziemy mieć wygodnego etatu, tak jak ty? Nie mogli jednak ciągnąć dyskusji, bo nadeszły kolejne osoby. Wuj, nieznany mężczyzna i... Och, Sophie! Charlie ledwie powstrzymał uśmiech na widok kuzynki. Dziewczyna wydawała się promykiem słońca w tym ciemnym jak dno grobowca świecie Mulciberów. Dobrze było ją widzieć. - Dzień dobry, wuju, panie Borgin. - Przywitał się grzecznie z mężczyznami. Uwaga wrzucona w kierunku brata aż zabolała również Charliego. Zerknął na ojca, starając się ocenić, czy ten stanie w obronie Leonarda, lecz nie czekał długo. - Proszę mu wybaczyć, wuju. - Odezwał się pierwszy. - Poranna przebieżka pobudza apetyt. RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Richard Mulciber - 13.05.2024 Złośliwe przekomarzanie się chłopaków, zaczynało być coraz bardziej denerwujące, pomijając zwróconą uwagę Leonardo, za nie poczekanie na obecność pozostałych członków rodziny. Być może pojawienie się Lorien w kamienicy, trochę wyprowadziło go z standardowej rutyny każdego dnia w tej posiadłości. Zauważając, iż z kobietą jednak nadal nie było dobrze, choć próbowała to ukryć, próbami samo obsłużenia się kawą, Richard odebrał od niej naczynie. - Wróciła. Parę dni temu.Odpowiedział na jej pytanie, dość uważnie się jej przyglądając. Skoro pytaniem mu odpowiadała, to znaczy, że jeszcze z córką swojego męża się nie widziała. Tym samym wyjaśniła, że z Robertem wrócili w nocy. Szybko jednak ucięła temat, uwagę kierując do Selar, którą wcześniej zawołała. A skoro tak, Richard skierował surowe spojrzenie na chłopaków, aby przywołać ich do porządku. - Chłopcy. Skończcie już tę dyskusję. Rzucił dość stanowczo, poważnie do Charlesa i Leonarda, kierując na nich swój niezadowolony ojcowski wzrok, oceniający ich zachowanie. Dorośli, a nie umieją się przy stole zachować. Zirytował się. Jeżeli poskutkowało, nalał sobie kawy do kubka i odstawił dzbanek. Po chwili usłyszał znajomy głos. Skierował wzrok w kierunku wejścia do pomieszczenia. Do jadalni na śniadanie, które dawno powinno się zacząć w rodzinnym komplecie, pojawił się wielce oczekiwany Robert. Tak. Richardowi ulżyło, widząc go całego, zdrowego w jednym kawałku. Choć nie okazał tego po obie, to jednak porozumiewawcze spojrzenie wymienił z Lorien, nic już nie mówiąc. Niespodzianek nie było końca. Gdyż informacja o gościnności Stanleya przy stole rodzinnym, zaskoczyła Richarda, że spojrzał na brata pytająco "Co tu się odwala?", który zajął swoje miejsce u szczytu stołu. Pomimo upomnienia Leonarda, Robert wyjaśnił z przeprosinami obecność Borgina. Richarda zaczęło zastanawiać, czy coś się stało, że Stanley tutaj jest tak wcześnie z rana? Obecność Sophie Richard także zarejestrował. Czyli wstała, ale chyba długo ociągała się z przyjściem od razu do jadalni, skoro pojawiła się ze swoim rodzicem i… najpewniej nieświadoma tego, że i z przybranym bratem. Richard, stojący wciąż przy swoim miejscu, jakie zawsze zajmował przy stole, obok brata, a obok jednego ze swoich synów (zapewne Charlesa), mając na przeciwko siebie szwagierkę, ruszył z miejsca, aby uściskiem dłoni przywitać się z gościem. Skoro tak Robert zaczął ”grę”, Richard ją pociągnął. - Miło Pana widzieć.Kącik ust uniósł się ku górze w lekkim uśmiechu. Z jednej strony, dobrze było widzieć Stanleya w dobrym stanie, co znaczyło, że mimo sytuacji w Ministerstwie, daje sobie radę. Ale z drugiej, co on tutaj tak właściwie robił tak wcześnie? Skoro Lorien go znała, podejrzewał, że i Sophie także został przedstawiony. Bratane nie znał jego synów. Wskazał mu wolne miejsca, aby wybrał gdzie spocząć, po czym wracając na swoje, zatrzymał się za zajmowanymi miejscami swoich dzieci, siedzących obok siebie. - Leonard i Charles. Moi synowie. Nie miał Pan okazji ich jeszcze poznać.Przedstawił swoich chłopaków, przy wypowiadaniu każdego z ich imion, kładł dłoń na ich barku. Jakby chciał w ten sposób wskazać, że ten jest Leonard, a ten drugi Charles. Uświadomił właśnie Stanleya, że przedstawił mu jego kuzynów. Jak i to miał za sobą, wrócił na swoje miejsce i tym razem usiadł na krześle. Miał nadzieję, że już nikogo więcej się nie spodziewają i mogą w końcu zjeść to śniadanie. Jako że Selar biedna usługiwała Lorien i zaraz też Robertowi, Belenos z tacą ciastek, ruszył za pozostałymi domownikami do jadalni, aby ów tacę z ciasteczkami wykonanymi przez Sophie, postawić na odosobnionym pod ścianą stoliku. Pozostał na uboczu, gdyby ktoś potrzebował jego usług. Biorąc pod uwagę liczebność lokatorów i gości przy stole, która w ostatnich dniach powiększała się. RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Stanley Andrew Borgin - 13.05.2024 "Nie chcę siedzieć sama z wujem Richardem..." Te słowa utknęły na dłuższą chwilę w głowie Stanleya. Co takiego musiał przekrobać poczciwy wujas albo co musiała przeskrobać młoda Sophie, że tak bardzo się go bała? Unikała? Coś musiało być na rzeczy. Tylko dlaczego, skoro Rick był bardzo w porządku człowiekiem - oddanym sprawie, godnym zaufania, a przede wszystkim jedną ze stron paktu, która zawiązała się za plecami wszystkich. Kolejnych słów odnośnie "wymówki" dotyczącej ich spotkania nie skomentował, pozwalając Robertowi, aby to on wytłumaczył swojej córce jak się sprawy mają. Odpowiedź nie była całkowitym kłamstwem, a jedynie połowicznym, może nawet w jednej czwartej. W końcu nestor rodu Borginów nie raz, ani nie dwa zamawiał różnego rodzaju świece czy kadzidła - samodzielnie czy to z odgórnego polecenia, które wydał swoim krewniakom. Zapewne też zdarzyło się, że ów zamówienie trafiło do "Olibanum", a następnie zostało zrealizowane. Jak to się mówiło - jaki ten świat jest mały. Naturalną koleją rzeczy było to, że zjawili się w salonie, a Borgin omiótł wzrokiem całe pomieszczenie i ludzi którzy się tam znajdowali. A więc miłe rodzinne śniadanko, huh? wydawał się pytać samego siebie, nie oczekując odpowiedzi od nikogo. - Pani Lorien? - odparł, kierując swoje słowa do kobiety o takim imieniu - Niezmiernie mi miło - kiwnął głową w jej kierunku i młodego chłopaka na przywitanie. Kultura osobista wymagałaby pewnie, aby podszedł i ucałował ją w dłoń czy coś w ten deseń ale wspólne ślęczenie nad dokumentami czy sprawami zbliżało ludzi, a pewnie granice musiały zostać zburzone. Oczywiście była to relacja czysto koleżeńska na szczeblu pracowniczo-Ministerialnym. W końcu nie raz było im dane współpracować z wieloma sprawami gdzie wymagana była kooperacja między ich dwoma Departamentami. Prawdę mówiąc to Stanley stał trochę jak ten kołek, obserwując stół i jego okolice. Trochę jakby badał relacje panujące pomiędzy uczestnikami tego spotkania, próbując zyskać cenne informacje, które mogłyby zapewnić mu daleko idącą przewagę. Kiedy Richard podszedł i wymienili gesty grzecznościowe, Borgin uśmiechnął się odrobinę pod nosem, przymknął odrobinę oczy i lekko kiwnął głową - trochę jakby chciał dać znak, że wszystko w porządku. Teraz wychodził jednak brak umiejętności fal, które mogłyby wiele pomóc w trakcie takich sytuacji. Niestety musieli sobie poradzić w jakiś inny sposób. - Mi równie miło - zapewnił - Dobrze widzieć, że zdrowie dopisuje jak mniemam - dodał od siebie w geście zwykłej sympatii. Ot, krótka wymiana formułek i grzeczności, kolejny akt szopki, której przyszło im rozgrywać podczas tego poranka. Który z nich był reżyserem tego przedstawienia? Robert? A może nieświadoma Sophie? Czym prędzej udał się na wskazane miejsce - tak było dużo lepiej, wszak nie stał już na środku. W końcu mógł się chociaż trochę "wpasować" w "swoją rodzinę", chociaż było to bardzo dziwne i nadal trochę obce stwierdzenie dla Borgina. Zanim usiadł, wysłuchał tego co chciał jeszcze powiedzieć Richard - Miło mi poznać - przeniósł wzrok ze starszego Mulcibera na jego synów - Stanley Andrew Borgin - przedstawił się młodzieży, a następnie usiadł. Dłoni nie podał, ponieważ nie wypadało tak biegać po sali albo - co gorsza - machać przez blat, powodując jeszcze większą irytację u Roberta. Zaraz jednak też ugasił swojego papierosa o wewnętrzną część papierośnicy. Nie każdemu mógł w końcu odpowiadać dym papiersowy, który był znakiem nierozłącznym Borgina. Stanley rozejrzał się następnie po stole, nie komentując niczego, a może trochę nie wiedząc co powinien powiedzieć. Nie pozostało mu nic innego jak czekać na rozwój wydarzeń. RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Sophie Mulciber - 14.05.2024 Biedny Robert! Jego własne dzieci, zagrały nim jak chciały! Jeśli Sophie dowie się, że Stanley jest jej bratem, to może rodzeństwo zawiąże jakąś wspólną komitywę? -Rozumiem tato.- Odpowiedziała, starając się zapamiętać na przyszłość to, co usłyszała. W końcu wuj Richard będzie szkolił ją w kontaktach z klientami. Dobrze żeby wiedziała, że handlują świecami oraz kadzidłami z Borginami. Mulciberówna ruszyła do jadalni wraz z ojcem oraz "panem" Borginem". Wiedziała, że rodzic wybaczy jej całe to przedstawienie. W końcu była jego córką, prawda? Złość mu przejdzie, a Sophie po prostu postara się go unikać przez najbliższe kilka godzin. Kiedy weszła do jadalni, zrobiła wielkie oczy. Co tu się działo? O co chodziło? Skąd wszyscy się tutaj wzięli? Macocha, kuzyni...? Kuzyni! Sophie wyszczerzyła zęby do Charlie'go, z którym pierwszym złapała kontakt wzrokowy. Zrobiła trzy szybkie kroki w jego stronę, tym samym wyprzedzając ojca oraz Stanley'a. W połowie czwartego kroku zwolniła jednak, ponieważ przypomniała sobie, że w domu nie wolno biegać, a ona była przecież dorosła. Kątem oka zerknęła, czy ojciec to widział. - Dzień dobry. - Powiedziała więc do wszystkich żeby się przywitać. Nie potrafiła powstrzymać szerokiego uśmiechu, kiedy usiadła obok macochy, na przeciwko młodszego z kuzynów. - Dzień dobry.- Przywitała się z nią cicho, nie chcąc przeszkadzać wujowi kiedy przedstawiał członków rodziny. - Cześć Charlie, witaj Leonardzie. - Powiedziała, żeby zwrócić na siebie ich uwagę. Niby to poprawiając się na krześle, wysunęła nogę żeby kopnąć Charlesa w kostkę/piszczel. W międzyczasie poprawiała sobie grzywkę, pokazując Leonowi środkowy palec. Tak, żeby tylko on zauważył ten "znak". Dla reszty nieświadomych gości, było to niezauważalne. W końcu palce różnie się układają, kiedy poprawia się włosy, prawda? Kiedy tak się wierciła, trąciła lekko łokciem pana Borgina. - Och, przepraszam panie Borgin... - Zmieszała się lekko, jednak na widok kuzynów, nie potrafiła przestać się uśmiechać. To dopiero będzie zabawa! Nie zaczepiała macochy, ponieważ nie miała pojęcia, jak powinna z nią rozmawiać. To było skomplikowane. Dodatkowo, całą jej atencja została skierowana na Charlesa oraz Leona. Zapomniała nawet, że upiekła ciasteczka. RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Leonard Mulciber - 14.05.2024 Choć Leonard z natury był raczej cierpliwym człowiekiem, do brata jakoś zawsze mu jej brakowało. Po głowie od razu zaczęły mu chodzić rozmaite sposoby na zrewanżowanie się w najbliższych dniach. Byłby jeszcze skontrował wypowiedzieć Charliego, ale pech chciał, że do jadalni wkroczył pan domu. Leonard odchrząknął na widok wuja i udał, że za dłonią, którą akurat przysłonił usta, wcale nie przełknął w pośpiechu kawałka mięsa. - Moje najszczersze przeprosiny - uśmiechnął się przepraszająco do wuja. - Rzeczywiście zapachy nieco mnie pokonały po dzisiejszym maratonie. Nie był pewien, czy brat go w tym momencie bronił, czy też podkładał jeszcze bardziej, ale nie miało to dla niego aż tak wielkiego znaczenia. Jeśli miał być szczery, całe to wyczekiwanie, aż cała familia zbierze się do kupy, było stratą czasu i niepotrzebnym nikomu zwyczajem. Nie przepadał za bezczynnym siedzeniem przy stole i wymienianiem sztucznych uprzejmości. Przedstawionego 'Pana Borgina' staksował od góry do dołu czujnym spojrzeniem. Obecność obcej osoby przy stole była tu rzadkością, ale jeśli mogła nieco rozładować nastroje albo skierować zainteresowanie obecnych na coś innego, niż jego napoczętą kiełbaskę, to nie miał temu absolutnie nic do zarzucenia! - Dzień dobry - skinął głową Borginowi. - Mnie również miło - dodał dla świętego spokoju. Chętnie wróciłby na spokojnie do swoich kiełbasek i jajek, ale oczywiście tegoż spokoju nie dało się zaznać, gdy przy stole pojawiła się również Shophie. Lewy kącik ust Leonarda drgnął w kolejnym tiku. - Hmm, zaskakująco dobrze dziś wyglądać, Sophie. Robiłaś coś z włosami? Wydają się... Jeszcze bardziej rude, niż zazwyczaj - rzucił sucho. RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Robert Mulciber - 15.05.2024 Selar zdziwiła się, kiedy Lorien poprosiła ją o nową kawę. A do tego jeszcze kazała bardziej się postarać. Przecież robiła najlepszą kawę na świecie! Od lat w ten sam sposób i do tej pory nie zdarzyło jej się usłyszeć, żeby cokolwiek było z nią nie tak. Skoro jednak tym razem popełniła jakiś błąd, panią domu należało odpowiednio przeprosić. - Selar bardzo panią Lorien przeprasza. Selar przygotuje dobrą kawę. – zapewniła kobietę. Zabrała też od niej filiżankę. I już chciała zniknąć, uciec do kuchni, kiedy na miejscu pojawili się Robert, Sophie oraz nieznany jej mężczyzna. Oczywiście mowa o Stanleyu. Słowa wypowiedziane przez Roberta zatrzymały ją chwilę dłużej w jadalni. - Selar zaraz wszystko przyniesie. Pan Borgin zajmie miejsce. – potaknęła, dając tym samym do zrozumienia, że usłyszała; że zamierzała wykonać również i to polecenie. Dopiero po tych słowach teleportowała się do kuchni. Będąc pewną, że nie zamierzali zrzucić jej na głowę niczego więcej. Nie, żeby skrzatka miała z tym jakiś problem. ***
Zajął wolne miejsce u szczytu stołu, po czym – w pierwszej kolejności – sięgnął po kubek z kawą. Nalał odpowiednią ilość do białej filiżanki. Odstawił naczynie we wcześniejsze miejsce. Zlustrował stół uważnym spojrzeniem. Ignorując słowa, jakie w jego kierunku wypowiedzieli Charles i Leonard, odstawił filiżankę na spodek i tak po prostu zajął się nakładaniem jedzenia na talerz. Najwyraźniej nie uznał za stosowne odczekania tych kilku kolejnych minut, potrzebnych na to, żeby Selar dostarczyła Stanleyowi talerz, sztućce, filiżankę. Całe szczęście skrzatce nie zajęło to zbyt wiele czasu. Ledwie zniknęła, tak i wróciła do jadalni ze wszystkim tym, czego pan Borgin mógł potrzebować. Nie miała natomiast jeszcze kawy dla Lorien – ta rzecz miała zająć jej dłuższą chwilę. Kilka kolejnych minut. Bez słowa zniknęła, pozostawiając domowników i ich gościach samych. - A więc znacie się z panem Borginem? – zainteresował się, kiedy Lorien w niemal serdeczny sposób przywitała się ze Stanleyem. Ot, zapytał żony, sięgając jednocześnie po gazetę, którą starannie sobie rozłożył. Ot, kolejny z rytuałów. Poranna lektura, od czasu do czasu przerywana po to, żeby zamienić z kimś tych kilka słów. Robert starał się uważnie śledzić to, co działo się w całym kraju. Nie tylko w samym Londynie. – Zakładam, że zapewne z miejsca pracy? – dorzucił, wyglądając zza gazety. Spoglądając już nie tylko na żonę, ale wędrując spojrzeniem także w kierunku Stanleya. Czy ten zdawał sobie sprawę z sytuacji? Jadł właśnie śniadanie z przedstawicielką Departamentu Przestrzegania Prawa. Będzie trzeba mieć to na uwadze. Miał już wracać do gazety, ukryć się za nią ponownie, kiedy zarejestrował zachowanie Sophie. Całe te jej wiercenie się na krześle. I cóż, nie byłby sobą, gdyby w żaden sposób na to nie zareagował. Nie odezwał się choćby jednym słowem. - Sophie. – ton głosu musiał być tutaj wystarczający. Nie było potrzeby wypowiadania konkretnych słów. W połączeniu ze spojrzeniem, powinien zostać należycie zinterpretowany. Dlatego też całe to: zachowuj się, z jego ust tym razem nie padło. ***
Wreszcie wróciła Selar. Z filiżanką kawy, teleportowała do jadalni. Pojawiła się tuż obok Lorien, blisko Roberta. Postawiła filiżankę na spodku, który przez cały czas czekał. Miała nadzieje, że tym razem pani domu będzie zadowolona. Nie chciała jej zezłościć. Ani rozczarować. - Selar przygotowała kawę. Selar sama zmieliła ziarna. Kawa powinna być dobra. – zadeklarowała. I zamiast z miejsca opuścić pomieszczenie, czekała. Na co? Nie, nie na to aż Lorien ją odeśle. Czekała aż pani Mulciber spróbuje przygotowanej specjalnie dla niej kawy. Chciała mieć pewność, że tym razem odpowiednio się postarała. tura do 17.05 RE: [17 lipca 1972] Pełna chata, to mnóstwo problemów | Mulcibery - Lorien Mulciber - 16.05.2024 Fakt, że Selar parzyła taką samą kawę od lat w rodzinnym domu Mulciberów działał tylko i wyłącznie na niekorzyść biednej skrzatki, bo ta w żaden sposób nie trafiała w gusta Lorien. Czarownica uznała jednak, że nie zniży się do poziomu stwierdzenia “sama sobie zrobię, skoro cię to przerasta”. Dlatego po prostu oddała służącej naczynie, nie komentując już dalej całej sprawy. Posłała wyjątkowo uprzejmy uśmiech w stronę pasierbicy, gdy ta się z nią po cichu przywitała. Ot skinęła nawet głową na znak, że zakodowała jej obecność przy stole. Nie odezwała się natomiast ani słowem, pozwalając Borginowi wymieniać uprzejmości z resztą rodziny. Zupełnie jakby był jej członkiem. Zamarła na sekundę z dłonią nad koszykiem z pieczywem. Synu. Dla każdego nieważne czy mniej czy bardziej skupionego na pani Mulciber to wyglądało po prostu jakby kobieta miała lekki problem z podjęciem decyzji co i czy w ogóle chce zjeść. Ostatecznie sięgnęła po jeden z rogalików leżących w koszyku pod ręką. - Och tak.- Przerwała na moment rozrywanie (choć w tym przypadku lepszym określeniem byłoby “masakrowanie”) suchego rogalika na drobniejsze kawałeczki i bez większego zastanowienia odpowiedziała Robertowi. Zwykłe pytanie - zwykła odpowiedź.- Co my byśmy zrobili bez naszej Brygady Uderzeniowej? Nie każdy z nas nadaje się do biegania za półświatkiem.- Otrzepała palce z okruszków. Niewiedzo, błoga przyjaciółko. Odcięta od większości informacji z kraju i świata, Lorien żyła od dłuższego czasu w swojej własnej rzeczywistości - takiej, gdzie Stanley nie był poszukiwany, a życie toczyło się wciąż normalne. A przynajmniej na tyle normalnie na ile się dało w tych niepewnych czasach. Chciała jeszcze dodać coś więcej, ale Sophie zaczęła się nieporadnie kręcić na swoim krześle, poprawiać włosy i na dodatek chyba jeszcze trąciła Borgina, bo zaraz potem przyszła fala przeprosin. Lorien nie chciała być następną, która zarobi łokciem pod żebra, więc przesunęła się razem z krzesłem bliżej męża. Ten przynajmniej nie machał gazetą jakby się opędzał od upartej muchy. - Podobno wróciłaś parę dni temu...- Powiedziała łagodnie do pasierbicy, próbując odwrócić jej uwagę od tego suchego “Sophie”, które padło zza Proroka Codziennego. Zaczęła podejrzewać, że każde z dzieciaków pomyliło świeczkę zapaloną na noc. Jak nie dyskusje i docinki, to zaczynanie śniadania bez poczekania na resztę, albo wiercenie się na miejscu. I to cała trójka!- Jak szkoła? Egzaminy? Powinni jej przyznać tytuł Macochy Roku - nieważne, że nie zainteresowała się nigdy nawet ile dziewczę ma lat. Przynajmniej zapamiętała jej imię! Jej uwagę od Sophie skutecznie odwróciła niedługo później Selar, która przyniosła świeżą kawę, więc cokolwiek rudowłosa odpowiedziała nie miało większego znaczenia. Parujący, gęsty jak smoła płyn o wiele bardziej przypominał to czym Lorien raczyła się w domu czy nawet w Szkocji. Wzięła filiżankę, upiła trochę, parząc usta. Idealnie. - Dziękuję Selar, to wszystko.- Powiedziała tylko. Zero pochwał, zero krytyki. Ale filiżanki nie oddała, więc najwyraźniej kawa została zaakceptowana. |