Secrets of London
[7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie (/showthread.php?tid=3207)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10


RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Basilius Prewett - 11.05.2024

Rozmawiam z Patrickiem i jem ciastko.

Basilius zerknął na Patricka również zastanawiając się, czy Walet Kier będzie tego żałować, jeśli zje to ciastko, ale najwyraźniej czarodziej postanowił jednak zaryzykować i spróbować podejrzanego wypieku. Zmarszczył brwi. Czy to on miał coś z oczami, czy to jego rozmówca nagle zrobił się niższy? Tak. Zdecydowanie zrobił się niższy.
W tym wypadku chyba jedynie kota zmniejszyła – zauważył, nieco rozbawiony tym widokiem, nawet jeśli dalej nie ufał do końca tym ciasteczkom. – Nie widzisz podwójnie? Żadnych dziwnych omamów słuchowych?– spytał jeszcze, by upewnić się, czy urodziny Millie na pewno nie skończą się jednym wielkim zatruciem podejrzanymi eliksirami zmniejszającymi, ale chyba jednak na to się nie zapowiadało. Zresztą to nie tak, że nie ufał Millie. Po prostu ufał jej w innych sprawach, tych znacznie ważniejszych, niż substancje na organizowanej przez nią imprezie.
No i nie potrzebowali w sumie niczego brać, skoro chyba właśnie wszyscy widzieli jak nad Brenną i Morpheusem przeleciał gigantyczny nietoperz krzycząc coś o kotach i nietoperzach. I o dziwo nie była to wina Brenny.
Zerknął na ciastko na swoim talerzyku. No dobrze. Najwyżej umrze. Przynajmniej na urlopie a nie w pracy.
Nie wiem, jak ty, ale ja chyba jednak wolę ciastka od nietoperzy. Życz mi powodzenia – powiedział jeszcze tylko do Patricka i ugryzł ciastko.

!eatme


RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Pan Losu - 11.05.2024

Na czas trzech postów stajesz się o dwie stopy niższy. Zjedzenie kolejnego ciastka przed upływem tego czasu może powiększyć lub zmniejszyć ten efekt.


RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Isaac Bagshot - 11.05.2024

Isaac pali papierosa, kuca obok Erika i rozmawiają. W międzyczasie obserwuje, co robią inni goście. Samopiszące pióro notuje jak szalone!


-Tak, nazwisko zobowiązuje. To bardzo częste w rodzinach czarodziejów, a zwłaszcza czystokrwistych. Nie jesteśmy wyjątkami, Eryczku. - Westchnął pod nosem i zaciągnął się papierosem.- Uważam jednak, że to trochę krzywdzące. Wiesz, ile razy usłyszałem, że nie wyglądam na historyka? W odpowiedzi zawsze pytam, jak więc powinien wyglądać prawdziwy historyk? Niski, łysiejący, jak mój ojciec? Albo stary, z długą brodą? - Wzruszył ramionami.- Znowuż jakbym nim nie był, to by pytano, dlaczego nim nie jestem, skoro mam na nazwisko Bagshot. Ale no nieważne, taka dygresja. Mógłbym kiedyś napisać o utartych stereotypach wśród czarodziejskich rodów, i jak to wpływa na rozwój dzieci żyjących w takich rodzinach. Dobre, dzięki za inspirację Eryczku.- Wyciągnął dłoń w stronę lewitującego notatnika i postukał go lekko palcem. Jedna z kartek sama wyrwała się z notesu, obróciła w powietrzu i zniknęła, pozostawiając po sobie kłębek zielonego dymu. Samopiszące pióro wróciło do notowania.
- No tak, to było trochę głupie pytanie z mojej strony, przepraszam. A cyrk Bellów brzmi jak kłopoty.- Zmarszczył lekko brwi, kiedy Eryk powiedział, że jest ciężko. Dla niego to w końcu nie było zabawne. W każdym momencie mógł zostać wezwany i stracić życie, albo zostać wplątany w naprawdę nieciekawą sytuację. Tak samo Ziemniaczek. Isaac nie wiedział, jakby czuł się z tym, że jego siostra ryzykuje własnym życiem. Ale dobra, koniec z tym. Bagshot miał tysiące pytań do Longbottoma, jednak powstrzymał się przed zadaniem ich. Dzisiaj były urodziny Milly i na tym powinien się skupić. Z Erikiem spotka się w pubie, albo zaprosi go do siebie, żeby mogli się porządnie napić i porozmawiać w spokoju. Spojrzał na lewitujący notatnik i uśmiechnął się kącikiem ust. Oczy mu lekko rozbłysły.
- Tak, jak będziemy pijani, to może być bardzo zabawnie. Chociaż już się robi ciekawie. Widzę, że chłopcy skosztowali ciasteczek. - Zaśmiał się cicho pod nosem, widząc kolejne efekty skonsumowanie magicznych wypieków.- Odważysz się? Ja sobie chyba daruję. Mam jeszcze dla Milly mały prezent. - Zgasił papierosa i przeniósł spojrzenie na solenizantkę.- CZARNA FURIO, WIESZ, ŻE JESZCZE ROK I OFICJALNIE ZOSTANIESZ STARĄ PANNĄ?.- Powiedział to na tyle głośno, żeby Milly na pewno go usłyszała. Musiał jej dokuczyć. W szkole albo ją drażnił, albo ignorował, co drażniło ją jeszcze bardziej. Spojrzał na Erika i uśmiechnął się.


RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Alastor Moody - 12.05.2024

Dissuję kuzyna, tańczę z siostrą.

Chciał wyciągnąć papierosa, ostatecznie słysząc tę opowieść, napił się łyka wódki. Każdy miał swoje słabości. Słabością Alastora nie była wódka, słabością Alastora była jego siostra, z całym tym arsenałem pojebanych słów. Głęboka miłość i uznanie nie pomagały jednak w tym, że czasami za nią zwyczajnie nie nadążał.

- I dopiero te urodziny zrobiłaś w klimacie Alicji? - Parsknął. Nie było chuja we wsi, że by to przeczytał, pewnie by to tylko położył na biurku w biurze i poszedł na tym spać. Ale gdyby nagrali kiedyś wersję kinową, to poszedłby z nią na to do kina.

Kuzynowi zdołał odpowiedzieć na zaczepkę tylko dlatego, że Mills zapchała się żarciem. Czyli jednak coś ich wszystkich łączyło poza tym, że byli permanentnie smutni i niezbyt dobrze dogadywali się z rodzicami.

- Nazywasz urodziny mojej siostry stypą? Wezmę wolne w Yule tylko po to, żeby zapytać cię przy stole kiedy przyprowadzisz do domu dziewczynę.

Poprzepychałby się z nim jeszcze, chociaż niekoniecznie leżało to w jego naturze. Nie z baku sympatii, tylko ot tak, dla sportu, skoro się tu przypałętał i dźgał kijem akurat ją. Ostatnio coraz częściej odnajdywał w sobie skłonności do takiego zachowania, bo... cóż, coraz częściej (o czym Mills na szczęście nie wiedziała - to dopiero byłby najgorszy prezent na urodziny w życiu) myślał o Eden, a rozmowy z nią potrafiły przybrać różne formy - często tą formą była nieustanna walka. No, w  każdym razie - przestrzeni na więcej słów tam nie było, bo najmłodsza Moody działała szybko. Alastor powiedziałby nawet, że za szybko, wszak gdyby nie obsesja na punkcie bycia na wszystko przygotowanym, pewnie by się z tym ceramicznym imbrykiem wypieprzył na twarz.

- Ej wiesz, że to zabrzmiało cholernie dwuznacznie? - Gdyby wiedział o tym minutę wcześniej, dopierdoliłby Cainowi tekstem, żeby wziął sobie ciasteczko. Nawet chciał coś o tym dodać, ale zamiast tego parsknął z tego, jak ją od tego jednego gryza pieprznął piorun. - Wyglądasz wspaniale, jakby ci uczniowie piątej klasy rzucili Erecto na włosy. - Nawet tafione - ciasteczko tematycznie. - Zapraszam piękną pannę. - Ukłonił się jej jak książę proszący do tańca najpiękniejszą damę tegoż balu (i była to prawda, ktokolwiek by temu dzisiaj zaprzeczył dostałby w gębę), po czym nie zważając na paskudne uwagi, z którymi być może zechce rozliczyć się za chwilę, zatańczył z nią.

Alastor nie tańczył dobrze. Był pijanym wujkiem tańczącym na twoim weselu - śmiesznym, podejrzanie w tym zdolnym jak na kogoś, kto prawie w ogóle nie wychodził z pracy, przyciągającym uwagę (hej, miał prawie dwa metry), ale jednocześnie depczącym partnerkom po piętach i czasami decydującym się na tak durne ruchy, aby zamaskować niedoświadczenie byciem wesołkiem. O jedno zakręcenie za dużo, o dwa podrzucenia partnerką do góry więcej niż się tego spodziewały - ale zawsze z szerokim uśmiechem i czystą intencją, jaką była zabawa. Piątkowe wieczory lubił spędzać w klubie, gdzie tańczyło się swing. Coraz częściej zamiast pić tam piwo, decydował się dołączać do reszty.


RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Erik Longbottom - 12.05.2024

Rozmawiam z Isaaciem i razem palimy papierosy.
Unoszę rękę w kierunku Millie.
Sięgam po ciastko.


Nie tylko stary, ale też przygarbiony. Z widocznymi zmarszczkami, przymglonymi oczami i z zapuszczoną z braku zainteresowania swoim wyglądem brodą — przyznał bez zająknięcia Erik, uśmiechając się coraz szerzej do kolegi ze szkolnych lat. — Obawiam się, że nawet przy rozszerzonej wersji tego stereotypu dalej nie pasujesz do tej szufladki, Isaacu. Może za dwadzieścia lub trzydzieści lat. — Zmrużył oczy, jakby próbował dostrzec na jego twarzy jakieś oznaki starzenia. — Myślę, że poszłoby ci lepiej, gdybyś odwiedził Hogwart. W oczach pierwszorocznych studenci siódmego roku są dorośli. W porównaniu z nimi będziesz aż nader dojrzały.

Pod wpływem ostatnich zdarzeń nawet pozytywna perspektywa Erika na toczące się wokół jego bliskich wydarzenia zaczynała szarzeć. Pod wpływem idei wpajanych mu od dziecka przez krewnych, jak i przez pracę w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów oraz ''wolontariat'' na rzecz Zakonu Feniksa, faktycznie uległ przeświadczeni, że byli tymi dobrymi. Że walczyli o sprawiedliwość. A stąd było rzut beretem do stwierdzenia, że byli bohaterami. A to już niosło ze sobą spore niebezpieczeństwo. W niektórych opowiastkach dzielni herosi wychodzili cało z każdej opresji, nawet jeśli przy każdym starciu groziło im potworne niebezpieczeństwo. Inne zaś wskazywały, że nikt tak nie cierpiał w konflikcie, jak właśnie bohaterowie.

Przez długi czas sądził, że pomimo ryzyka będą w stanie zwalczyć każde bezpośrednie niebezpieczeństwo. Że bez względu na wszystko wyjdą cało z tej wojny domowej. A mimo to coraz częściej przy każdej takiej myśli zaczynały nim targać wątpliwości. Ukrywający się w Warowni Charlie Rookwood był dobrym człowiekiem, a jednak stracił brata i narzeczoną, zanim zdołał znaleźć azyl w Dolinie Godryka. Derwin stracił życie podczas Beltane, chociaż był uosobieniem wszystkiego, co dobre w czarodzieju. Co dobre w Longbottomach. Coraz częściej było ignorować te przypadki i ślepo iść przed siebie z nadzieją na lepsze jutro. Może dlatego coraz mocniej martwił się o Brennę i starał się zrobić co w jego mocy, aby zachowywała się bardziej odpowiedzialnie?

Okazało się, że nie było tak źle — mruknął bez większego zaangażowania. — Porozmawiałem chwilę z ich przedstawicielami. Poprosiłem o ważne papiery i zwróciłem uwagę, żeby zachowywali się trochę ciszej po zmroku i poprawili magiczne bariery wokół swojego obozowiska. — Wzruszył lekko ramionami. — Nawet gdybym na wszelki wypadek wlepił im mandat, to pewnie by nie zapłacili. A tak... Liczę, że zapamiętają, że mają u mnie mały dług. Kiedyś może nadejść okazja do odebrania go.

To nie było wyrachowanie. Nie udał się do obozu cyrkowców z przeświadczeniem, że wyjdzie stamtąd z ciekawymi informacjami, plotkami czy doniesieniami na temat ich gości, czy interesów w Londynie. Wychodził jednak z założenia, że nawet w tych mrocznych czasach, w jakich przyszło im żyć, odrobina empatii potrafiła bardzo pomóc. Nie zagroził im, a jedynie wytłumaczył sytuację. Zaproponował, że przymknie oko na nocne zgłoszenia. Układ, który obu stronom mógł wyjść tylko na dobre. Czy organizacja Bellów to uszanuje, to już była inna kwestia, ale zrobił wówczas, co mógł, aby nie wylądować na ich czarnej liście. Kto wie, może kiedyś będą potrzebować ich zeznań w jakiejś toczącej się sprawie?

Nie jesteśmy starzy — skomentował tylko na słowa Bagshota wykrzyczane w kierunku panny Moody. Uniósł dłoń w ramach gestu pozdrowienia dziewczyny, po czym uniósł się z miejsca, aby sięgnąć po jedno z ciasteczek.

!eatme
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=5yWrj12.jpg[/inny avek]


RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Pan Losu - 12.05.2024

Na czas trzech postów stajesz się o dwie stopy niższy. Zjedzenie kolejnego ciastka przed upływem tego czasu może powiększyć lub zmniejszyć ten efekt.


RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Millie Moody - 13.05.2024

Tańczę z bratem, potem głośno odpowiadam Isaac'owi i zagaduje przy stole Erika, wpychając się między niego a Thomasa

– Zabrzmiało?– zdziwiła się tylko na moment, słowa piosenki zbyt ją rozkojarzały, jak i brat, który tak łatwo dał się namówić (od kiedy tańczenie nie było gejowe?) na to by "z" lub "obok" rytmu pobujać się z nią na wydzielonej stołem i pufami piknikowej polanie. Szybko jednak przyszło zrozumienie i parsknięcie śmiechem. – Też zmniejszają, więc nie wiem czy byłby to taki dobry deal dla Caina. Myślisz, że on aż tak lubi ryzyko jak my? – powinien, był Moodym. Optimum pobudzenia w ich żyłach było na bardzo wysokim poziomie.

Jej ciastko było felerne, od razu poczuła zawroty głowy, jakby ktoś wziął ją za nogi i podwiesił pod sufitem. Stała się jebanym wisielcem, tylko w drugą stronę, jak w tarocie, gdy to wyglądało absurdalnie przy układzie w odwróceniu właśnie, że koleś co wisi to nie wisi, ale jednak wisi. Odwrócone karty miały to do siebie, że ich znaczenie nie było takie oczywiste i zawsze ją to wkurwiało. Zwykły wisielec był męczeńsko bierny, ale odwrócony? Wezwanie do akcji? Rusz w końcu dupę? Lęk przed stagnacją? Śpiaczką? Zamknięciem? Tym, że to mogłaby być stypa, gdyby Alastor się poddał, gdyby nie kazał jej wrócić, gdyby nie wlał soku z cytryny w zamknięte powieki... Żołądek Mildred zawinął się w nieprzyjemny supeł, ale uśmiech nie schodził jej z ust, bo wszelkie złe myśli momentalnie odpłynęły przy pierwszym obrocie. Tak po prawdzie, to odpłynęły wszystkie myśli, zostało tylko czucie. Chichotała zachwycona, w głowie jej się kręciło i już sama nie wiedziała, czy to kwestia ciastka i tego dziwnego "wisielczego" stanu, czy obrotów, czy samego faktu, że nie mogła sobie przypomnieć kiedy ostatnio tańczyła z Alastorem. Pytanie o to, czy kiedykolwiek znów będzie to możliwe nie zaistniało. Było tylko tu i teraz i nikt i nic nie było w stanie tego zepsuć, rozproszyć, odebrać.

I pewnie dlatego komentarz Isaaca trafił w pustkę, jak kartki i listy, które wysyłał jej przed laty w czasie ferii i wakacji – zignorowane, pozbawione odpowiedzi, zapomniane. Dopiero gdy piosenka zmieniła się, a Alik postanowił iść zapalić, zakołysała się niepewnie na trawie i wrzasnęła w kierunku gramofonu:
– I TAK NIE PRZYJMĘ TWOICH OŚWIADCZYN BAGSHOT, odmówiłam już Erikowi, a Ty mu do pięt nawet nie... – zakołysała się, by znaleźć Longbottoma, jej złociste oczy pobłądziły przez moment na właściwej wysokości, a potem zjechały do tej obecnej. [u]Parsknęła i wbiła się do stolika między niego a Thomasa, opierając łokieć o blat, chociaż ręce cały czas ciążyły jej w dół, znaczy w górę, chcąc zwisać, znaczy unosić podobnie jak włosy.
– Witam w klubie mały, ale wariat. – zarechotała, rozkoszując się tym unikatowym momentem nie bycia najmniejszą w grupie.


RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Morpheus Longbottom - 13.05.2024

Siedzę z Brenną i Thomasem, czytam z fusów.

Parsknął rozbawiony komentarzem Thomasa.

Jeszcze nie zacząłem czytać, ale Thomas ma rację. Nie wiem, czy chcę, ale dłonie same rozłożyły krzyż —  postukał lekko bokiem talii w ostatnią kartę rozkładu przed nim.

Zazwyczaj Morpheus nie wróżył z filiżanki i fusów. Preferował karty, o znacznie bardziej złożonych znaczeniach i kompozycji, mogącej opowiedzieć zwartą i sensowną historię, wyznaczyć problemy, których sobie nie uświadamiamy, te, które stoją na czele, o wpływach i energiach, które zarządzają życiem. Fusy stanowiły ślepy strzał, zanurzenie się w losowym miejscu w wodzie, aby odszukać skarb, bez wcześniejszych wytycznych czy nawet wiedzy, czy ten skarb istnieje. Fusy miały swój urok i, po prawdzie, stanowiły piękny most do przodków, wróżących z halucynogennych i psychoaktywnych ziół.

Przyjął filiżankę od Brenny bez słowa; karty nadal odwrócone koszulkami na kocu przed nim. Ułożył kubek uszkiem w stronę swojego serca i obrócił trzykrotnie zgodnie ze wskazówkami zegara, a następnie wywrócił filiżankę do góry dnem i wysypał fusy na spodek.

Wszechmocny Apollo, źródło światła i wiedzy, przewodniku dusz przez mroki niepoznane, o Wszechmądry, czcimy Cię, modlitwą wznosimy. Wysłuchaj naszych wołań, o Olimpijski Strażniku, Twoje światło rozjaśnia zaciemnione umysły, Twój dar mądrości w sercu mym wybiera mieszkać. Zaśpiewaj naszą modlitwę w nieskończoność, niech Twe strzały prawdy sięgają naszych wrogów, o Apollo, Królu Prognoz, odsłaniaj tajemnice wszechświata. Przewodź nam w ciemnościach, prowadź ku jasności, niechaj Twoja lira wiecznie nam gra w rytmie harmonii kosmosu, o patronie Światła, błogosław naszej wędrówce. Niech Twe promienie rozświetlają drogę, niech Twoja łaska otoczy nasze życie, Apollo, Panie Przewodniku, bądź z nami na zawsze.

Wpatrywał się w fusy z rozmytym spojrzeniem i nieobecnością Trzeciego Oka.


Rzut na wróżenie z fusów. K3 aby ocenić czy jest 1 - górna część filiżanki, 2 - środkowa, 3 - dolna.
[roll=Symbol]
[roll=1d3]

Gdy ujrzał szkielet w górnej części spodka, najbliżej brzegu, zmarszczył brwi i uniósł spojrzenie na solenizantkę. Drgnął przestraszony, słysząc nietoperza, chyba atrakcję tego przyjęcia. Naczynko wypadło mu prawie z dłoni, złapał je w ostatnim momencie, a fusy znów przypominały rozmokłą pulpę, a nie coś, co można rozczytać.

— [b]Widzę w najbliższym czasie coś związanego z chorobą. Lub utratą pieniędzy. Nie lubię tego symbolu, bo jest bardzo... nieintuicyjny. Kości zmarłych. Szkoda dla ciała. 

Spojrzał na Brennę i nie musiał nic mówić. Następnego dnia mieli iść na Wyspę.




RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Cain Bletchley - 13.05.2024

Stojem.*

W tym świecie może się skończyć wszystko, ale na pewno nie więź między Alastorem i Millie. Brzydkie i paskudne żarty nie sprzyjały budowaniu sobie relacji, chociaż (wyjątkowo) w przypadku tej dwójki celem nie było psucie relacji w tym trójkącie. Wyjątkowo, tak. Co innego pogłaskanie kuzyna pod włos (bo to gejowe nie było) żeby się z nim trochę podrażnić. Tylko trochę. Drugi raz by nie powtórzył tego samego żartu, bo skończyłby ze złamanym nosem, a dopiero co sam opuścił szpital.

- Oo, czy to prowokacja na niewygodne pytania? - Cain uśmiechnął się szerzej i niby ten uśmiech był bardzo sympatyczny i miły, ale drzemało w nim podjęcie rękawicy. I brak zlęknięcia się przed groźbą o zmowę na temat potencjalnej panienki sprowadzonej do domu.

Dźganie kijem działało na Millie idealnie i nie rozumiał w zasadzie, dlaczego Alastor tego nie widział. Gdyby sądził, że ją taki żart zaboli to nie wystosowałby go. Choć ludzie potrafili naprawdę zadziwiająco reagować na rzeczy, szczególnie, kiedy mieli styczność ze Śmiercią. I może właśnie dlatego, że sam ledwo jej umknął i potem obrzucał się z nią szpinakiem na stołówce w Lecznicy Dusz to czuł pełne przyzwolenie na bycie chamem. Nie to, żeby specjalnie takiego przyzwolenia potrzebował.

Obejrzał się za Millie i Alastorem, zostając w swoim miejscu. Obrócił ciasteczko w dłoni. Przesunął się bardziej pod drzewo.


*

Popatrzył w kierunku Brenny zastanawiając się, czy jej też nie wyciągać na parkiet. Ale tak poza tym - dzielnie sobie stał i paczał na okolice.




RE: [7.08 | Warownia Longbottomów] Złote popołudnie - Brenna Longbottom - 13.05.2024

Odpowiadam Thomasowi, zanim odbiegnie po whiskey i Morpheusowi, staję obok koca, żeby parę zdjęć, a potem gadam do Caina (ale nie odchodzę od kocyka i wujka).

- Mniej głodna? Ja? Ja zawsze jestem głodna, Thomas – roześmiała się Brenna, ale nie zdołała powiedzieć do Figga nic więcej.
Dwie rzeczy bowiem wydarzyły się jednocześnie, gdy uraczyli się ciastkami.
On poderwał się i rzucił do stołu, jakby od tego zależało jego życie, a Brenna... Brenna rozciągnęła się dziwnie. Zamarła na moment, a potem nieco niepewnie poruszyła rękami, dotknęła twarzy, jakby chcąc upewnić się, że wszystko w porządku.
– Przysięgam, tym razem te ciastka to nie mój pomysł! – zapewniła solennie, po trochu rozbawiona, po trochu zaskoczona efektem. Odłożyła talerzyk, bo jakoś dziwnie teraz leżał w dłoniach i pochyliła się przez ramię Morpheusa, by zerknąć w filiżankę.
Ale widziała tam tylko fusy, nic więcej.
– Och, ta wróżba spełni się na pewno prędzej czy później – powiedziała, a kąciki ust drgnęły jej lekko, choć był to raczej uśmiech porozumiewawczy niż prawdziwie wesoły. Odnotowała jednak, by prosić Dorę o zabranianie kilku eliksirów tak na wszelki wypadek.
Zaraz wyprostowała się – nawet siedząc była teraz imponującego wzrostu, bo przecież Brenna była wysoka i bez magicznych ciasteczek – nie chcąc już rozmyślać o tym teraz. Kiedy siedzieli tutaj w całej grupie, Millie tańczyła z Alkiem, i wydawali się przez chwilę szczęśliwi i beztroscy. A gdy dostrzegła, że tak jak urosła, tak ludzie wokół zaczęli maleć, najpierw Basilius, potem Patrick, a wreszcie także Erik, zachichotała całkiem szczerze.
[u]Brenna dźwignęła się z koca, dość powoli, bo nowe rozmiary inaczej rozkładały środek ciężkości i nie chciała o coś wyrżnąć.
Sięgnęła po aparat, leżący wcześniej obok niej, by najpierw nacisnąć migawkę wycelowaną w Millie (z tymi opadającymi włosami) i Alastora, a potem uwiecznić całą „zmalałą” trójkę.
Zwłaszcza swojego brata.
On doczekał się trzech zdjęć, z różnych perspektyw.
– Cain! Zupełnie inaczej wyglądasz tej z perspektywy. Nowa fryzura? – zawołała do Bletchleya, kiedy zbliżył się do jego z drzew. W tej chwili przerastała go o prawie dwie stopy, a jednak przywykła że ten jest pół głowy wyższy...