Secrets of London
[Lato 1972, Sad Abbottów] Złota Jabłoń - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [Lato 1972, Sad Abbottów] Złota Jabłoń (/showthread.php?tid=3338)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7


RE: [Lato 1972, Sad Abbottów] Złota Jabłoń - Mirabella Plunkett - 03.06.2024

Nora, Morpheus, Anthony

- Lisa to moja psaciółka, ale czasem to wredna małpa - odpowiedziała Norze i wykrzywiła usteczka w grymasie, który uplasował się gdzieś pomiędzy tym miłym, a oburzonym. Miłym, bo Nora była miła, tak jak jej przyjaciele, a oburzonym, bo jednak ta wredna małpa Lisa ją popchnęła i to dlatego dziewczynka zdecydowała się podbiec do ojca, tj. Anthony'ego, który okazał się nie jej ojcem, a prawdziwym bezróżdżkowym magikiem. - O, tam jest, przy płocie! LISA! LISA!
Pomachała do niej, jednocześnie wyrywając się Norze. Miała zadziwiająco dużo siły jak na dziecko, ale też korzystała z elementu zaskoczenia, bo kto by się spodziewał, że mała zaraz zacznie się wić jak piskorz na pomoście. Nie przeszkodził jej nawet dźwięk stukającego widelczyka o kieliszek, który słyszeli wszyscy tu.

Pandora, Penny, Isaac, Philip

- Naprawdę są panie aż nazbyt miłe - kobieta wydawała się wstydzić za swojego męża, chociaż słowa Pandory odrobinę ją uspokoiły. Te dwie kobiety były ważne w Dolinie Godryka, tylko skończony kretyn pozwoliłby na zbłaźnienie się przed nimi. Na przybycie Isaaca już nie zareagowała, bo starała się odciągnąć męża od fontanny, na którą ten zaczął ponownie zerkać. Doprawdy, cudowny wynalazek, chyba że stawiało się go obok kogoś, kto kochał zaglądać do kieliszka.

Kobieta-fanka zarumieniła się, gdy Philip złożył tak piękny autograf na serwetce. Lotte będzie wniebowzięta! Ona sama była! Na wszystkich bogów, rozmawiała z Philipem Nottem! Czuła, że kolana jej miękną. Było to nawet zauważalne szczególnie w chwili, gdy Nott przekazał jej serwetkę. Jedna z jej koleżanek musiała ją przytrzymać. Kolejne zaczęły wyciągać pióra i notesy, grzebać po torebkach, gdy do ich uszu, podobnie jak do uszu pozostałych przy fontannie dobiegł dźwięk stukania o kieliszek.

Namiot, głos Abbota słychać wszędzie

Delikatny odgłos widelczyka, uderzającego w szkło, został magicznie wzmocniony tak, by wszyscy obecni w sadzie mogli go usłyszeć. Podobnież jak głos Jamesa Abbotta, który odłożył szkło i poprawił różdżkę, trzymaną przy gardle. Odchrząknął, czekając aż wszystkie rozmowy ucichną, poza oczywiście krzykami dzieci. Na jego sędziwej, lecz stosunkowo żywiołowej wciąż twarzy, wymalowało się rozczulenie, gdy tylko niebieskie oczy podążyły w kierunku jabłonek, przy których bawiły się dzieci. Abbott senior miał słabość do dzieci - uważał, że są przyszłością rodu czarodziejów. Zawsze dbał o to, by w jego rodzinie dzieciakom niczego nie brakowało, chociaż nie oznaczało to, że był skłonnym do rozpuszczania latorośli ojcem czy dziadkiem. Trzymał się zasad i wymagał, by inni również się ich trzymali, lecz nierzadko przymykał oko na niefrasobliwość maluchów. Tak jak teraz.
- Młodość... - zaczął pogodnym tonem, rozglądając się po schodzących się do namiotu osobach. - Rządzi się swoimi prawami, czyż nie?
Jego wzrok szukał Penny, lecz nie jakoś przesadnie. Wiedział, że była tu obecna, sam ją witał. Wiedział, że rodzice dobrze ją wychowali więc na pewno gdzieś tu była. W zasadzie to miał krótką przemowę dla niej, ale jego żona uznała, że będzie to dla rudowłosej zbyt krępujące, więc zrezygnował. Potem jej powie, jak ją złapie.
- Jak wiecie, zebraliśmy się tutaj, by uczcić nas wszystkich. To właśnie dzięki wam, mieszkańcy Doliny i okolic, byliśmy w stanie zebrać wcześniej większość owoców z sadu. Sami zresztą widzicie, że stoły uginają się pod ich ciężarem. Mam wrażenie, że szarlotka to mi niedługo bokiem wyjdzie - przez tłum przeszedł szmer rozbawienia. To była prawda: szarlotek tu było pełno, podobnie jak innych wypieków i dań z jabłkami. Figi i inne również przyciągały wzrok, ale to jabłonie w tym roku oszalały. Abbott odchrząknął, by skupić ponownie na sobie uwagę. - Mimo nieprzyjemności, których mieliśmy nieszczęście doświadczyć wiosną, wszyscy tłumnie ruszyli na pomoc, dzięki czemu nic się nie zmarnuje. Sama Matka ma nas w opiece. Ufamy wszyscy, że tak wyjątkowe obrodzenie naszych sadów to właśnie jej błogosławieństwo. A więc... Za nas!
James Abbott uniósł kieliszek w geście toastu.

A wtedy ziemia na terenie całego sadu zadrżała.

Z początku ludzie patrzyli po sobie niepewnie - niektórzy przepijali do siebie alkohol, który podpłynął do nich na tacach przed toastem, a niektórzy z niepokojem zwracali uwagę na Jamesa, któremu drgnęła powieka. Spojrzał na żonę, dziwnie pobladłą, zaciskającą palce na swoim własnym przedramieniu.
- Kochanie? - Abbott nie zdążył zapytać o nic więcej, bo wstrząs się powtórzył. Był na tyle silny, że stoły zadrżały, a fontanna z alkoholem rozchlapała trunek na wszystkich, którzy przy niej byli i nie chcieli przejść bliżej namiotu. Kieliszki z piramidki z szampanem zadźwięczały, lecz utrzymywane magią - utrzymały się w poprzedniej formacji. - Spokojnie, to tylko... normalne wstrząsy! Prosimy jednak o ustawienie się...
Nie zdążył. Ziemia zadrżała po raz trzeci i zaczęła pękać w okolicy fontanny. Najpierw się wybrzuszyła tak mocno, jakby zaraz miała wybuchnąć, a potem po prostu pękła z głuchym trzaskiem, tworząc sporych rozmiarów szczelinę. Ta pędziła w stronę ogrodzenia, trzeszcząc głośno i nieprzyjemnie, a z jednego miejsca wystrzeliła roślinna macka. Uderzyła w piramidę z kieliszków i roztrzaskała ją w drobny mak. Szkło zmieszane z szampanem rozprysło się na boki, a huk sprawił, że w namiocie wybuchła prawdziwa panika. Ludzie krzyczeli, tłoczyli się i wpadali na siebie, upuszczając wszystko, co do tej pory trzymali w rękach. Przepychali się, nie zważając już na to kto kim jest i kto kogo lubił oraz nie - chcieli jak najszybciej wydostać się z sadu.

Tymczasem ze szczeliny wystrzeliły kolejne macki. Były grube i zielono-brązowe. Przypominały trochę egzotyczne liany, lecz w przeciwieństwie do nich posiadały kwiaty. Jedne żółte, zwinięte w pąki, drugie zaś pomarańczowe, jaskrawe. W mniej niż sekundę dwa z pomarańczowych pąków rozwinęły się i chmurę gęstego, żółtego dymu. Wyrastały z ziemi niczym wściekłe macki krakena - majtały się na prawo i lewo bez ładu oraz składu. Kolejne pomarańczowe pąki zaczynały puchnąć, zwiastując kolejne wypuszczenie chmury.


Od teraz obowiązuje 1 post na turę. Jak odpiszecie, tak uplasuje się kolejka. Czas na odpisy: do 7.06 do godziny 20.



RE: [Lato 1972, Sad Abbottów] Złota Jabłoń - Morpheus Longbottom - 03.06.2024

Słowa płynęły, tak samo jak powitania, toasty, kolejne kęsy jedzenia, słowa płynęły łagodnością wieczornych cykad i jabłek, pachnących słońcem, aż zapach otumaniał i przywodził na myśl kolejne miesiące, gdy pożółkną liście i nadejdzie czas duchów. Nora radziła obie najlepiej z dziećmi, w końcu była matką, a oni z Shafiq'iem tylko dziwnymi wujkami, na szczęście osobno, wobec innych dzieci, bo mogłoby się zrobić nieco niezręcznie, gdyby ktoś zapytał szeptem, czy są parą. Jak wytłumaczyć, że pomimo podobnych upodobać, nigdy nie były one na nich wzajemnie? Widział pryszczatą twarz Anthony'ego i jego omdlewanie na pobliskie ławki, sofy i szezlongi, gdy widział pewnego Gryfona.

Wziął kieliszek szampana, najpierw podając jeden Norze, przecież dama nie będzie sama się obsługiwała, a później dla siebie i Antoniusza. Słuchał toastu z uprzejmą neutralnością. Mało miał wspólnego z pracami w sadzie Abotta, przynajmniej konkretnie fizycznie. Zainteresowanie pojawiło się wraz z pierwszym drżeniem ziemi. Odsunął się o krok od fontanny, czując, że to epicentrum drgań. Głos gospodarza nijak go nie 

Zasłonił sobą Norę i Antoniusza, jakby odruchowo, zdawało mu się, że widzi rozpryskujące się kieliszki na ułamek sekundy przed tym zdarzeniem, ale może to było wychowanie pośród braci i oczekiwania na cios w każdej chwili. Zimny szampan zaczernił głębszą barwą jego ubranie.

Jak doskonale naoliwiona maszyna, pozostawił pałeczkę dyrygenta Antoniuszowi. Wiedział, że tamten ma więcej drygu do dowodzenia niż on sam, ten chłód przewodnika przez ciemną dolinę, który nie klęka przed byle zagrożeniem. W nim płonęła aż nazbyt widoczna ekscytacja, lśniąca w ciemnych oczach, jakby zamiast katastrofy, w powietrzu unosiła się płynna ekstaza. Król i jego lwie serce.

Złapał różdżkę momentalnie, gdy zobaczył kwiecie. Mógł być kiepski z wiedzy o naturze, ale miał za sobą rozmowy o pszczółkach, kwiatkach i zapylaniu. Zdecydowanie nie interesowało go zapylenie morderczym pyłkiem. Dlatego chciał dookoła szczeliny utworzyć pole pulsującej energii, która zamiast odpychać przeciwników, będzie odpychała pył w głąb szczeliny, z daleka od gości. Starał się wypatrzeć inne znajome twarze, czy są bezpieczni? Jeśli nie widział jednymi oczami, to planował patrzeć w przyszłość tym trzecim. Więc rzucał się, jak spadająca gwiazda, ku przyszłości, aby zapobiec tragediom.


Rzut na jasnowidzenie
[roll=PO]
Rzut na stworzenie pulsującego pola, które odepchnie od gości pyłek z Translokacji
[roll=Z]



RE: [Lato 1972, Sad Abbottów] Złota Jabłoń - Anthony Shafiq - 03.06.2024

Na zewnątrz – fontanna a właściwie jej szczątki z alkoholem

Dziecko obchodziło go tyle co zeszłoroczny śnieg, choć oczywiście uśmiechnął się odprowadzając ją wzrokiem, bo to zawsze dobrze wyglądało na zdjęciach. I już w głowie opracował, jak to zrobić z Morpheusem w okolicy, już miał zapytać Norę o preferencje żywieniowe ministerialnych pracowników, ze szczególnym uwzględnieniem, choć oczywiście miękko zaszytym w potoczystej mowie, grupy detektywów, gdy ktoś musiał wznieść toast. Westchnął przewracając oczyma, czego szczęśliwie nie było widać w jego lustrzanych, ciemnych okularkach, ale podniósł się z leżaczka, by toast przyjąć należycie, z szacunkiem (choćby tym na pokaz) do gospodarzy imprezy. Wszak panna Figg nie wydawała się nigdzie uciekać, będzie mógł wrócić do tematu, bo przecież był ciekaw o pączki, którymi osładzają sobie życie dzielni stróże prawa. Ona musiała to wiedzieć, skoro jeden z nich był z nią w tak bliskiej relacji...

Nie słuchał za bardzo słów, ale doskonale wyczuł drżenie ziemi.
I właśnie dlatego tak rzadko jestem w Dolinie! – chciał już powiedzieć do Longbottoma, a wtedy rozpętało się piekło, kamienie poszły w drzazgi a bunt roślin przeklęte chwasty dał im się we znaki z taką dosadnością. Garnitur do śmieci... Odrzucił kieliszek i wyciągnął cisową różdżkę. Oby dzisiaj go nie zawiodła.

– Morpheus widzenie! Isaak koordynuj ewakuacje, żeby ludzie się nie potratowali! Philip zajmij się tym żółtym gównem! Rozwiej to, w przeciwnym kierunku do nas!– natychmiast przejął inicjatywę, w końcu na co dzień zajmował się dowodzeniem. Jego polecenia były wydawane mocnym, szkolonym też do tego głosem. Były krótkie, bo i czasu nie było na głębokie tyrady, zwracał się do tych, których znał, ich osobiście jak i zakres możliwości. – Dzieci! Teleportować dzieci przed warownie! – to było skierowane ogólnie do pozostałych, celowo podał miejsce, by potem można było się wszystkich doliczyć, a warownia... cóż, zakładał cały czas, że jest najbezpieczniejszym miejscem w Dolinie, a jeśli nie i rośłiny oszalały i tam, to na szczęście mieszkają tam kompetentne osoby, by uratować też maluchy.

Finalnie zamierzał odbiec o kilka kroków od epicentrum ataku i roztoczyć nad nimi tarczę, jak parasol ochronny o możliwie szerokim rondzie, mogącym pomieścić jego, Norę i Morpheusa, ale może też i innych, którzy pragnęli jakoś ogarnąć temat, a nie ślepo uciekać za tłumem.

Rozproszenie IV na ochronną tarczę
[roll=PO]
[roll=PO]
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2E8Wz8L.png[/inny avek]


RE: [Lato 1972, Sad Abbottów] Złota Jabłoń - Penny Weasley - 04.06.2024

na zewnątrz – fontanna z alkoholem

Czym się zajmujesz, Penny? Pytanie na temat, o którym mogłaby opowiadać godzinami! Zadając je, Philip nie do końca wiedział w co wdepnął.

- Tworzeniem przedmiotów o specjalnych właściwościach. – odpowiedziała, zaczynając od tej ogólnej informacji. Następnie upiła łyk czerwonego wina. Kiedy tylko była w stanie, kontynuowała wcześniejszą wypowiedź. – Przede wszystkim zajmuje się biżuterią oraz innymi dodatkami. Takimi bardziej… subtelnymi. – potrzebowała chwili, żeby znaleźć odpowiednie słowo. – Chodzi o to, żeby przedmiot spełniał swoją rolę w taki trochę mniej widoczny sposób. Nie rzucał się w oczy. Ostatnimi czasy zajmowałam się dla przykładu guzikami do marynarki, które miały pozwolić poczuć większą pewność siebie? Specjalne zamówienie. – doprecyzowała, choć nie zamierzała przy tym podawać szczegółów. Przecież nie wypadało tak rozpowiadać na prawo i lewo o tym, kto tego rodzaju wsparcia potrzebował. Ludzie prosili o wykonanie takich przedmiotów, licząc na to, iż ich wytwórca zachowa pewną dyskrecje. – W znacznej mierze działam na zamówienie, choć oczywiście w moim sklepie w Londynie posiadam sporo gotowych wyrobów. Naprawdę polecam.

Pewnie byłoby tego więcej, gdyby nie James Blunt oraz fanki, które ich w międzyczasie otoczyły. Albo raczej – dopadły Philipa. Kiedy wreszcie sytuacja się uspokoiła, Penny była już skupiona na Prewettównie.

- Wolałabym Penny. – zareagowała, przedstawiając Pandorze tę wersje imienia, którą posługiwała się od lat. Następnie wysłuchała reszty jej słów, kiwając przy tym głową. Ciężko było nie zgodzić się z Pandorą. – Słyszałam, że był z niego za młodu prawdziwy czaruś. Zmienił się dopiero przy żonie. Sama zresztą widziałaś, że ta potrafi go ustawić.

Dało się wychwycić, że choć wszystko nadal tłumaczyła, to była poniekąd tą sytuacją rozbawiona. Kącik ust rudej zbyt często wyrywał się ku górze. Nawet nie próbowała tego w jakiś sposób ukryć. Zamaskować. Bo i niby z jakiego powodu miałaby się w tym przypadku powstrzymywać?

Przechyliła lekko głowę, słuchając Isaaca. Tego całego wywodu na temat pochodzenia oraz znaczenia imion. Po prawdzie, to nawet było to trochę ciekawe. Zwłaszcza, że sama dotąd nieszczególnie się tym interesowała. Coś tam dzwoniło, ale jeśli miałaby określić, w którym kościele… niewątpliwie miałaby w tym przypadku mały problem.

Najbardziej interesującym był w tym przypadku fakt, że najwyraźniej cała ich trójka korzenie miała greckie. A raczej – takie korzenie zdawały się posiadać ich imiona.

- Dokładnie tak. Penelope. – potwierdziła, następnie skupiając uwagę na imieniu Pandory. Zarazem też na samej Pandorze. – Proszę, proszę. Mam nadzieje, że żadnych nieszczęść tutaj ze sobą nie przyniosłaś. – zaśmiała się, rzecz jasna nie mając przy tym na myśli niczego złego. Niewłaściwego? Oby inni tego nie odebrali na opak.

Nie to, że tego bycia odebraną na opak Penny się obawiała. Prawda była taka, że wcale o tym nie myślała. Po prostu mówiła. Słuchała. Reagowała na to, co akurat padło ze strony jej towarzyszy.

- Też podziękuje. Nie przepadam. – odmówiła papierosa. Nie narzekała przy tym na to, iż Isaac zdecydował się zapalić przy nich. Byli na zewnątrz. Mogła to więc zaakceptować. Co innego niż w przypadku palaczy, którzy bezczelnie sięgali po papierosy w pomieszczeniu zamkniętym. Chociażby taki Aidan… czasami chciało mu się wręcz łeb ukręcić.

Wreszcie ich rozmowę przerwał odgłos widelczyka uderzającego o w szkło, a następnie słowa Jamesa. Dla Penny dziadka. Wyraźny sygnał, aby podejść bliżej namiotu. Grzecznie przeprosiła towarzyszy. Chciała bowiem wysłuchać przemowy. Nie udało jej się jednak dotrzeć na miejsce. Zrobiła ledwie kilka kroków, zanim zadrżała ziemia. Zachwiała się pod jej wpływem. Otwierając szeroko oczy, próbowała utrzymać równowagę. Zamachała nawet rękoma! Po czym wpadła prosto w objęcia najpewniej nie spodziewającego się tego Isaaca. Przy okazji upuszczając kieliszek i oblewając nogawkę spodni mężczyzny czerwonym winem.

Jej spojrzenie zdradzało spore… zaskoczenie. Szok? Strach? Kompletnie nie miała pojęcia, co się właśnie wydarzyło. Aż straciła nagle język w gębie! Podtrzymując się Isaaca, starała się utrzymać pion. Jakoś to wszystko ogarnąć.

- P-przepraszam! – odezwała się po dłuższej chwili, odsuwając się naprawdę nieznacznie. Przecież się tu teraz do niego nie przyklei jak jakiś rzep. To tylko normalne wstrząsy, jak to właśnie powiedział jej dziadek. Nie było więc powodów…

Nie zdołała dokończyć tej myśli. Ziemia ponownie zadrżała. Drugi raz. Trzeci. Wreszcie zaczęła pękać, a z powstałej tym sposobem szczeliny wydobyła się macka, uderzając w piramidę kieliszków. Wszystko działo się naprawdę szybko, zmuszając do podjęcia jakiejś decyzji; jakiś działań. Penny jednak zamiast zareagować, stała niczym słup soli, ograniczając zarówno możliwości jakimi dysponował w tym momencie Isaac. Wciąż bowiem była względem niego bardzo blisko, nawet jeśli nie wspierała się na nim rękoma.

Chyba, że ten ją po prostu bezczelnie i jakże niedelikatnie odepchnie.

Ręką zasłoniła twarz, nie mając dość czasu na to, aby sięgnąć po różdżkę i tym samym uchronić się przed ewentualnymi odłamkami szkła. I całe szczęście, ponieważ już po chwili czuje jak fragment kieliszka zderza się z jej ręką w okolicy łokcia. Krzywi się. Coś przeklina.

Kompletnie nie wie co teraz powinna zrobić.




RE: [Lato 1972, Sad Abbottów] Złota Jabłoń - Nora Figg - 04.06.2024

- Tak to już bywa z przyjaciółkami. - Odparła całkiem rozbawiona komentarzem dziewczynki. Nawet Erik czasem bywał wredną małpą, co wcale nie zmieniało faktu, że nadal był jej najbliższym przyjacielem.

Jak to z dziećmi bywa, nie została przy nich zbyt długo, bo ledwie dostrzegła swoją przyjaciółkę małpę, to wyrwała się pannie Figg i pobiegła w jej stronę. Dopiero wtedy Norka podniosła się do góry, bo chwilę wcześniej była jeszcze nachylona nad dziewczynką, nie, żeby to specjalnie wiele zmieniało w sposobie jaki patrzyła na świat, bo przecież była bardzo drobna.

- Chyba dramat zażegnany. - Rzuciła jeszcze do stojących obok mężczyzn.

Rozległ się dźwięk stukania w kieliszek, najwyraźniej Abbott miał coś do powiedzenia. Przesunęła wzrok w stronę mężczyzny, nie ruszyła się jednak z miejsca, bo wydawało się, że z tej odległości będzie wszystko dobrze słyszeć. Cóż, przemowa była przydatna, na pewno podbuduje morale mieszkańców Doliny Godryka, które ostatnio mocno podupadły. Nie ma się co dziwić, Śmierciożercy mocno namieszali, ich dom się zmienił, do czego musieli się przyzwyczaić. Knieja nie była bezpieczna i nie mieli przecież pewności, że Widma w końcu jej nie opuszczą. Dobrze więc, że James pokusił się o kilka słów.

Uniosła kieliszek w geście toastu, kiedy zakończył swoje przemówienie, a wtedy ziemia zadrżała. Norka przeniosła wzrok na trawę, nie spodziewała się, że anomalie mogą nasilić się dokładnie dzisiaj, cóż natura ma to do siebie, że nie można przewidzieć, kiedy postanowi dać o sobie znać, pokazać ludziom, jacy są malutcy przy tym, co ona potrafi.

James Abbott próbował uspokoić towarzystwo, sugerował, że są to zwykłe wstrząsy, jednak panna Figg zaczęła w to wątpić, kiedy przez ziemię zaczęły się przebijać macki.

Wiedza panny Figg dotycząca roślin była naprawdę ogromna, dlatego też skupiła się na tym, żeby bliżej przyjrzeć się tej roślinie, aby wiedzieć z jakim gatunkiem mają do czynienia.. Dobrze było zidentyfikować roślinę, bo mogło to powiedzieć, czy jest z tych toksycznych, czy nie. Niby wyglądała, jakby chciała ich zabić, tak czy siak, jednak poza tym warto było mieć pewność, czy ten pył był toksyczny.

Nora nie ruszyła się z miejsca, przyglądała się tej macce, która uderzyła w wieżę z kieliszków. Później przeniosła wzrok w stronę, w którą pobiegła Lisa, trochę bała się o dziewczynkę, bo przecież znajdowała się z daleka od matki, to w sumie skłoniło ją do tego, żeby ruszyć w kierunku, w którym tamta pobiegła.


rzucam na wiedzę przyrodniczą, żeby zidentyfikować roślinę
[roll=PO]
[roll=PO]


RE: [Lato 1972, Sad Abbottów] Złota Jabłoń - Philip Nott - 06.06.2024

Na zewnątrz – fontanna z alkoholem

Udział w tego typu przyjęciach znacząco pozwalał zwiększyć sieć swoich kontaktów o osoby spoza śmietanki towarzyskiej magicznego Londynu, a które warto było znać z powodu wykonanego przez nich zawodu. Nigdy nie wiadomo, czy taka znajomość mu się nie przyda. Najwyraźniej nie przyjdzie mu pożałować tego, że zdecydował się zapytać pannę Weasley o to, czym zajmowała się w życiu. W jego przypadku to było oczywiste - tylko nieliczni zdawali się nie wiedzieć, kim jest i czym się zajmuje. W oczekiwaniu na odpowiedź dziewczyny napił się czerwonego wina, którego zaczerpnął z fontanny.

Teraz mnie zaintrygowałaś. Prowadzisz jakiś zakład? Takie przedmioty doskonale sprawdzają się jako oryginalny prezent na każdą okazję... zwłaszcza, gdy cena nie gra roli. — Zdecydował się podtrzymać ich wymianę zdań, tak aby sprowadzić ją do tego momentu, w którym czarownica poda mu dokładny adres swojego zakładu rzemieślniczego, jeśli takowy prowadziła albo chociaż wręczy mi swoją wizytówkę. Niewykluczone, że w niedalekiej przyszłości zostanie jednym z jej klientów. W jego przypadku cena faktycznie nie grała roli. Jeśli złożyłby u niej zamówienie i byłby zadowolony z efektu końcowego to z pewnością poleciłby jej usługi swoim znajomym.

Dostałem w takim razie odpowiedź na swoje poprzednie pytanie. Podasz mi adres swojego sklepu? Ulotkę albo swoją wizytówkę? Zajrzałbym przy najbliższej okazji. — Zwrócił się do dziewczyny z taką właśnie prośbą. Wizytówka albo ulotka byłaby nawet lepsza, gdyż po odpowiednim schowaniu nie zginie i zdoła zawsze ją znaleźć. W natłoku swoich spraw zawodowych i osobistych problemów pewne rzeczy traciły na znaczeniu i zbyt łatwo wypadały z głowy.

Wszystko, co dobre się kiedyś kończy - tak też dobiegł końca czas, który mógł przeznaczyć na wszystkie swoje fanki. Philip, podobnie jak wszyscy uczestniczący w tym wspaniałym przyjęciu czarodzieje zamierzał wysłuchać przemowy gospodarza. Niewykluczone, że potem znajdzie dla nich jeszcze trochę czasu. Podniósł znów kieliszek do ust, upijając niewielki łyk szkarłatnego trunku. Pod względem liczby lat to on młodość ma dawno za sobą. Niedługo skończy trzydzieści pięć lat. Ostatnie wydarzenia w jego życiu sprzyjały refleksji nad nim.

Jeśli o mnie chodzi to nigdy nie odmawiam kawałka szarlotki. I tym razem również nie odmówię, gdyż będzie smakować najlepiej ze wszystkich, jakie do tej pory zjadłem z powodu udziału wszystkich tych osób w powstaniu tego ciasta. — Zwrócił się do gospodarza tuż po tym, jak on zakończył swoją przemowę i wzniósł toast za nich wszystkich. Niegrzecznie było mu wchodzić w słowo, poczekanie parę chwil nie stanowiło dla niego problemu. Wprost przepadał za słodyczami i będzie musiał zdobyć dla siebie kawałek szarlotki. Przechadzając się pomiędzy stołami wydawało mu się, że widział stos nietopiących się gałek lodowych. Wzniósł kieliszek w ramach tego toastu.

Nie zdążył dopełnić tego toastu kolejnym łykiem czerwonego wina, gdy ziemia pod ich stopami zadrżała. Abbotowie mogli przygotować jakieś atrakcje na uświetnienie tego wieczoru. Nie wydawał się być przekonany, żeby to była jedna z nich. Odrobinę go to zaniepokoiło, jednak dopóki nie nastąpi kolejny wstrząs nie zamierzał potraktować tego poważnie. Długo nie musiał czekać na kolejny i to już był powód, aby potraktować to całkowicie poważnie - kolejne trzęsienie ziemi wprawiło w drżenie stoły, na których pyszniła się szarlotka. Lada moment mogło się okazać, że piramida z kieliszków będzie wymagać ratunku. Philip rozumiał podejmowane przez gospodarzy próby nie wzbudzania paniki wśród uczestników. Większość ludzi była za bardzo trzeźwa, aby podejść do tego z typową dla miłośników alkoholu nonszalancją.

Przy trzecim wstrząsie odruchowo spojrzał na ziemię pod swoimi stopami, mogąc ujrzeć jak ona pęka w okolicy fontanny tworząc sporą szczelinę. Fontanna z alkoholem wydawała się być już stracona, jak nic pochłonie ją ziemia, ale on nie zamierzał podzielić jej losu. Widok wystrzeliwującej spod ziemi roślinnej macki, rujnując jeszcze bardziej to przyjęcie - zniszczyła cieszącą oko konstrukcję ze szkła i szampana. Gdyby to on organizował to przyjęcie uznałby to za wystarczający powód do panikowania - w końcu wszystko musiało być idealnie i żadne zielsko nie powinno tego zepsuć. Podchodząc do tego całkowicie poważnie, sam zamierzał zrobić wszystko aby nie wpaść w dziurę albo nie wejść w interakcję z agresywną rośliną. Zamierzał także zapewnić bezpieczeństwo Pandorze, będącej siostrą Laurenta. Nie był to jedyny powód, dla którego nie chciał aby coś jej się stało - polubił ją.

Odrzucił od siebie kieliszek z winem i sięgnął po swoją różdżkę, która może okazać się niezbędna w walce z tymi ukwieconymi lianami.  Powiedziałby, że całkiem ładnie to wyglądało... jednak te rośliny nie były przyjaźnie do nich nastawione i jakby na potwierdzenie tego uwolniły ze swoich pąków chmury gęstego, żółtego dymu. Nie znał się na magicznej botanice, jednak wolał nie przekonać się na własnej skórze, czym grozi kontakt z tym żółtym obłokiem.

Tak jest! — Odkrzyknął do swojego przyjaciela, unosząc swoją różdżkę w stronę tych roślin, tak by wytworzyć potężny podmuch wiatru mający rozwiać ten żółty dym. Wydawało mu się to krótkotrwałym rozwiązaniem, ale od czegoś trzeba zacząć. Należało opanować tę sytuację.


Kształtowanie - wytworzenie podmuchu wiatru
[roll=Z]
[roll=Z]


RE: [Lato 1972, Sad Abbottów] Złota Jabłoń - Isaac Bagshot - 07.06.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=He9j4sv.jpeg[/inny avek]

Isaac bardzo chętnie ciągnąłby temat imion oraz koni, ale gospodarze poprosili o uwagę. Wzniósł toast, uprzednio rozglądając się po innych gościach. I wtedy właśnie ziemia zadrżała. Zdziwiony, złapał w pasie Pandorę, którą miał najbliższej siebie. Nie chciał, żeby dziewczyna się przewróciła i potłukła. Przy kolejnym wstrząsie, wyciągnął różdżkę i postarał się przygarnąć do siebie również Penny. Musiał zadbać o kobiety w swoim otoczeniu, niezależnie od sytuacji.
I wtedy nastąpił trzeci wstrząs, który rozbił kieliszki. Jeśli mógł, to osłonił dziewczęta przed szkłem, i złapał rudzielca który wpadł mu w ręce.
- Nic się nie stało.- Uśmiechnął się, pomimo szkła oraz trzęsienia ziemi.
Wycelował różdżkę w stronę macek i wyczarował tarczę, która powinna odbić od siebie dym oraz pyłki. Jeśli mu się udało, posłuchał Shafiqa i rozpocząć ewakuację w stronę najbezpieczniejszego miejsca, zaczynając od kobiet.

[roll=Z]
[roll=Z]

Przepraszam za ten post, ale ten teatr rozwalił mi cały dzień xD


RE: [Lato 1972, Sad Abbottów] Złota Jabłoń - Mirabella Plunkett - 07.06.2024

Morpheus zareagował jako jeden z pierwszych. Wpierw utworzył magiczną barierę, pole energii, której zadaniem było zepchnięcie istniejącej chmury pyłu z powrotem do szczeliny. Udało mu się to - niewidzialna siła sprawiła, że żółta mgła cofnęła się z powrotem w kierunku pąków, nic im jednak nie robiąc. Pęd powietrza jednak sprawił, że miast w stronę gości, poleciała w drugą stronę i zaczęła się rozwiewać pod wpływem ruchu, nie robiąc nikomu krzywdy.

Morpheus sięgnął po swoje dodatkowe oko. Poczuł, jak żyłki na skroni zaczynają mu pulsować, a normalny wzrok zaczyna się rozmywać, widzenie traci na ostrości. Widział przyszłość, ale niewyraźnie: widział rude włosy, powiewające w powietrzu, gdy jedna z roślinnych macek mknie w kierunku rudej kobiety, która w teraźniejszości rozmawiała z Philipem i Pandorą. Widział, jak pędzi - tak, by trzasnąć w drobne ciało kobiety z całą siłą.

Anthony niemal w tym samym czasie odrzucił kieliszek i wyciągnął różdżkę. Niczym wprawiony dowódca zaczął wydawać rozkazy, a jego głos niósł się ponad krzykami gości i przerażonymi piskami dzieci. Dzieci...
- LISA! ANNA! - matka, którą wcześniej widziała Nora, rozglądała się w panice. Nigdzie nie widziała gromadki maluchów, które oddaliły się od namiotu, absolutnie niezainteresowane toastem. Toasty były wszak dla dorosłych, podobnie jak alkohol. Dla nich była szarlotka i słodkie jabłka: zarówno te soczyste, surowe, jak i te otoczone karmelem. Na szczęście wspomniana już Nora miała więcej oleju w głowie niż matka Anny czy tam Lisy - bo zamiast stać i gapić się na prawo i lewo jak cielę w niemalowane, po prostu zerwała się do biegu w kierunku dzieci. Wiedziała, gdzie są, bo widziała Lisę, gdy ta biegła w kierunku gromadki dzieciaków, okupujących jeden z koszyków przy płocie. Zdążyła jeszcze chwilę wcześniej przyjrzeć się roślinie, ale absolutnie jej nie rozpoznawała. Mimo iż była doskonała z zielarstwa, tak nie miała pojęcia, co to może być. Faktycznie przypominało trochę lianę, ale dokładniejszy rzut oka potwierdził obawy Figg: ta roślina była wypaczona, nie była naturalna. Musiała być magiczna lub zmutowana, chociaż patrząc na to, co ostatnio działo się z roślinnością - a szczególnie w Dolinie Godryka - to coś mówiło Norze, że pierwsza opcja była słuszna. Magicznie wypaczone pnącza lub nawet kłącza, a kwiaty... Kwiaty wyglądały na trujące, podobnie jak chmura dymu - świadczyły o tym jaskrawe kolory, które zwykle w naturze miały albo przyciągać do siebie istoty, albo je odstraszać. Jak było w tym przypadku? Nie wiedziała: ale była prawie pewna, że nikt nie chciałby znaleźć się w chmurze pyłu, który chwilę wcześniej wypluła roślina. Teraz jednak nie było czasu na to, żeby dywagować nad tym, jak bardzo trujące to mogło być: biegła ile sił w nogach w kierunku dzieciaków, które padły na ziemię, skulone i wystraszone, pokazując palcami na przerażającą roślinę. Nie ruszały się na razie z miejsca, ale były przerażone i płakały. Była ich łącznie piątka. Dziewczynka, która pomyliła ją z matką, druga dziewczynka która miała kruczoczarne włosy splecione w dwa długie warkocze oraz trzech chłopców w małych, czarnych szatkach ubrudzonych ziemią.

Przez jej bieg magiczny parasol Anthony'ego nie zdołał objąć Nory: objął jego samego, Morpheusa oraz dwójkę mężczyzn, którzy wcale nie wyglądali na tak lotnych towarzyszy, jacy byli im teraz potrzebni. Byli bladzi, chudzi, wyperfumowani i nie mieli tego odruchu, który mieli pozostali. Jeszcze nie sięgali po swoje różdżki, zamiast tego wpatrując się w przerażeniu w scenę, która rozgrywała się przed nimi. I... nie robili nic więcej.

Philip, który stał obok Penny i Pandory, machnął różdżką raz i drugi, lecz akurat teraz to narzędzie postanowiło być kapryśne i stęknąć z oburzeniem, gdy z jego krańca posypały się białe iskry. Nic się nie stało - dym rozwiewał się powoli, ale nie dzięki jego zaklęciu, a zaklęciu Morpheusa, który jako pierwszy chciał zepchnąć chmurę w szczelinę. Dopiero Isaac dokończył dzieła - po chmurze nie było śladu, a on sam mógł zgarnąć dwie młode czarownice i wskazać im wyjście z sadu Abbottów. Problem był jednak taki, że Isaac był sam, a ludzi było dużo. Większość kotłowała się w namiocie, a on sam zostawił Penny, której na szczęście nic większego się nie stało poza drobnym skaleczeniem w rękę. Być może gdyby nie ludzki odruch i gdyby się nie zasłoniła, to szkło wpadłoby jej w oko, ale tak się tym razem nie stało.

Można byłoby powiedzieć, że jest bezpieczna, ale nie. Kątem oka zauważyła, że jedna z macek z kwiatami wije się coraz szybciej i szybciej, spina się jak wąż gotowy do ataku i z zadziwiającą prędkością mknie ku niej tak szybko, jakby miała zamiar ją opleść i wydusić z niej życie.

Łącznie cztery macki zdołały wychynąć na powierzchnię. Jedna pędziła w kierunku Penny, dwie wiły się i jakby szykowały do ataku, a jedna szarpała się, ewidentnie chcąc ruszyć w kierunku zamkniętej części sadu, tam gdzie nikt poza Abbottami i ich gośćmi specjalnymi nie miał dostępu. Kwiaty na dwóch wijących się pnączach puchły coraz bardziej i bardziej, lecz jeszcze nie wybuchały, jakby potrzebowały czasu. Ale to była kwestia sekund, nie minut.

Tłum w namiocie niestety nie dostrzegł lub miał gdzieś Isaaca, który chciał wskazać im bezpieczne miejsce. Co więcej: nikt poza Norą zdawał się nie przejmować dziećmi. Każdy chciał ratować własną skórę, z tym że robili to bez ładu i składu. Senior Abbott oraz jego małżonka zniknęli gdzieś, nie wiadomo gdzie. Kilka osób się teleportowało, ale znaczna większość po prostu parła do przodu, popychając co wolniejsze osoby. Co najmniej dwie runęły na ziemię, narażając się na stratowanie. Stoły zostały odepchnięte, ktoś wyciągnął różdżkę. Panował tu istny, czysty chaos - jedzenie i alkohol wylądowały na ziemi i ludziach, część wydostała się z namiotu i biegła w kierunku wyjścia. Ktoś zaplątał się w sznurek przytrzymujący namiot. Czary unoszące go nad ziemią słabły, materiał zaczął niebezpiecznie zbliżać się w kierunku ludzi. Jeszcze chwila, a zostaną uwięzieni.

Zachowujemy kolejkę i 1 post na turę, Pandora z racji że nie odpisała na czas będzie ostatnia. Następna moja narracja będzie 12.06 po godzinie 20 - do tej pory proszę o odpisy.

Odkryj wiadomość pozafabularną
[Obrazek: 3a7accab00af17e9beb5b5d1b2b7312d.jpg]



RE: [Lato 1972, Sad Abbottów] Złota Jabłoń - Morpheus Longbottom - 09.06.2024

Wspaniały początek sezonu przyjęć dla niego, musiał przyznać. Liany, dziwny pył, całkowity chaos. I wizja. Zobaczył rude dziewczę, które znał. Zręcznopalca wytwórczyni, u której zamawiał projekty. Nie znał jej dobrze, właściwie nie wiedział, że ma w sobie krew Abottów, nie był zainteresowany drzewami genealogicznymi rodów, jeżeli nie dotyczyły bezpośrednio dziedzictwa jasnowidzenia. Przeoczył tę nitkę, jednak to nie był czas na rozmyślanie. Widzenie przyszło z oporem, jakby wyjątkowo tego wieczoru uznało, że nie może liczyć na jego pomoc. Ostre smagnięcie, krzywda. Gdy tylko obrazy przestały się na siebie nakładać, a spojrzenie powróciło do swojej ostrości, znał rozwiązanie swojego problemu.

Najskuteczniejszym sposobem na pozbycie się roślin był ogień.

Nott! Tarcza na Penny! krzyknął do Philipa, widząc go obok panny Weasley, . Nie mógł stracić tak dobrego rzemieślnika, jakbym była młoda kobieta, pomijając fakt, że nie chciał, aby ktokolwiek jeszcze zginął. Martwił się również, czy coś podobnego nie pojawiło się w Warowni. Tam jednak zdecydowanie było dość kompetentnych osób, aby poradzić sobie z dzikimi mutacjami.

Przyjął swoją standardową pozycję do rzucania zaklęć. Twarz przyjęła marsowy wygląd, brwi ściągnęły się, usta wygięły się w arogancki, zdeterminowany wyraz. Nie będzie mu jakaś roślina psuła przyjęcia i biła jego towarzyszy, bez względu na to, jak bardzo wściekła. Dobrze, że nie było z nimi Samuela McGonagalla, jeszcze próbowałby walczyć o prawa obywatelskie dla tego monstrum.

Morpheus rzucał zaklęcia bojowe z tą samą manierą, z jaką walczył rapierem, jak zapalczywa żmija. Zamierzał spalić paskudztwo, celując w centrum rośliny, aby jak najszybciej ją zabić.



Rzut na Kształtowanie (N) na ogień w centrum i korzenie rośliny
[roll=N]
[roll=N]



RE: [Lato 1972, Sad Abbottów] Złota Jabłoń - Anthony Shafiq - 09.06.2024

Na zewnątrz – fontanna a właściwie jej szczątki z alkoholem, później przy Norze, obok płotu południowego.

Nie wiedząc co dokładnie zobaczył Morpheus, podążył za jego ruchem i spróbował posłać (ku radości i uciesze smoczego włókna w cisowej otoczce) wiązki energii przypominające złociste nici, żyłki azjatyckich asassynów, które w swym zamyśle miały przeciąć roślinne ramię niczym wielki magiczny sekator.

Kształtowanie II na tnące wiązki energii
[roll=N]
[roll=N]

Zaraz potem odwrócił się, by upewnić się do obecności Nory za tarczą ochronną, ale zamiast niej zobaczył dwóch zblazowanych dupków.
– RÓŻDŻKI W DŁOŃ I CIĄĆ TO CHOLERSTWO!ryknął na nich, a potem szybko stalowe oczy, ześlizgnęły się z ich twarzy, szukając charakterystycznej białej sukienki w czarne owoce. Dostrzeżenie jej nie było trudne, zacisnął szczękę mocniej, podejmując decyzję od razu.

– Zabieram tarcze, dzieciaki na szóstej. – rzucił do Morpheusa i ruszył biegiem do Nory w głąb przestrzeni niedawnego przyjęcia wraz z tarczą właśnie, by osłaniać tych, którzy sami osłonić się nie mogli. Idealni wujkowie, niby dwóch panów urzędników, tak... Ale łączyła ich wspólna przeszłość prefektów, którzy lubili mieć wszystko pod kontrolą. Nocami opracowywali plany ewakuacji szkoły hobbystycznie skoro kadra profesorska nie dowoziła w tym zakresie.

Była w tym pewna słodka ironia, że nazwani rodzicami teraz mieli pod opieką nie jedno, a całą gromadkę dzieci. Ustawił tarcze między tą tymczasową "rodziną" a zagrożeniem, obracając się twarzą do sytuacji. Wtedy też zobaczył chwiejący się namiot, który lada moment mógł stać się dla niektórych śmiertelną pułapką.
– Dałabyś radę zmienić namiot w konfetti? Zaraz im spadnie na głowę, ja nas osłaniam.poprosił, licząc na to, że skoro Nora jest rzemieślnikiem, to zna może lepiej od niego sztukę transmutacji, skoro używa jej na co dzień, samemu rozglądając się za możliwością bezpiecznego wyprowadzenia maluchów


[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2E8Wz8L.png[/inny avek]