Secrets of London
[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele (/showthread.php?tid=3340)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Laurent Prewett - 28.05.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BBl9HB4.png[/inny avek]

Ogrody

Odetchnął po wydostaniu się ze środka i wzrok automatycznie skierował na miejsca cyrkowców. Miejsce, gdzie był bardzo niemile widziany. Tylko nie rozumiał dlaczego. A raczej - rozumiał, tylko nie chciał tego zaakceptować. W tłumie było źle, a kiedy chłód nocy pełzał po eleganckim garniturze i efektem był powstały na skórze dreszcz to okazywało się, że w samotności również nie było lepiej. Dreszcz był przyjemny, bo ta letnia noc zapowiadała się przepięknie. Była tylko trochę brzydsza od całego piękna, jakie Blackowie zgromadzili, żeby to przyjęcie wystawić.

Rodolphus Lestrange wcale nie wyróżniał się wśród gości. Z elegancką czernią i marmurową postawą, gdyby Laurent minął go wśród tych niesamowitych osobistości, mógłby zagubić tego charyzmatycznego człowieka. Mimika wykuta z kamienia, zdystansowane spojrzenie, wyprostowane plecy. Tutaj się wyróżniał. A wyróżnił się w jego oczach głównie tym, że z pewnej odległości Laurent go pomylił. Sądził, że zobaczył Louvaina. Przez chwilę na niego spoglądał - samotną sylwetkę wsadzoną tutaj dla kontrastu ze zwiewną wilą. Osadzono demona do pilnowania anioła i wszystko było z tym w porządku. Byli w końcu dzisiaj na bardzo miłym, ciepłym przyjęciu, który wiązał dwie dusze ze sobą małżeństwem, a tymczasem nosili czerń, jakby ktoś umarł. Laurent nie lubił czerni. To znaczy - lubił, bo była pięknie elegancka, klasyczna, pasowała do wszystkiego i wszystko pasowało do niej. Natomiast nie lubił jej w takiej przesadzie, a na pewno wprawiała go w jeszcze bardziej depresyjny nastrój swoim natłokiem. Potrzebuję alkoholu. Dużej ilości alkoholu, ale może najpierw - ukojenie. Takim sposobem wyrwał się z zastoju i skierował swoje kroki ku niedoszłego Louvaina... a kiedy zobaczył, że to wcale nie on to nieco zwolnił... i zaraz wrócił do poprzedniego tempa. Skoro już te kroki postawił to nie wypadało mu się zatrzymać, nagle zawrócić - to byłoby niegrzeczne.

- Dobry wieczór. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? - Wyciągnął do mężczyzny delikatną dłoń, starając się wykrzesać ze swojego wnętrza jakiś uśmiech. Jakikolwiek. - Laurent Prewett. - Przedstawił się mężczyźnie dopiero, jeśli ta odpowiedź zwrotna była twierdząca... i nie odpychająca przy okazji. Już i tak wystarczyło, że intuicja mu podpowiadała: ten mężczyzna nie ma ochoty na towarzystwo. Z drugiej strony wybranie się na wesele i tkwienie na nim na siłę, jeśli się ochoty na to towarzystwo nie miało..? Może po prostu na kogoś czekał. A może chciał zapalić.




RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Lorraine Malfoy - 28.05.2024

Stoimy z Eden Lestrange i Ambrosią McKinnon blisko stołu z deserami, rozmawiamy. Eden zaraz od nas zmyka.

- Zastanawiało mnie, czy będzie miał wystarczający tupet, by wysłać zaproszenie Eunice - wyszeptała Lorraine, dyskretnie nachylając się w stronę Eden Lestrange, tak, że jej usta, sączące słodki jad obmowy, znalazły się tuż przy uchu kuzynki. Nie chciała, by ktokolwiek podchwycił ich rozmowę - kobiety z rodu Malfoy skrywały bazyliszkowate spojrzenia pod niewinnie spuszczonymi rzęsami, zaś wijące się teraz wściekle, tchnące zjadliwością wężowe języki (dziwne, że nie rozwidlone na końcach) chowały za pociągniętymi delikatną pomadką wargami, które w przypadku Lorraine rozciągał delikatny, acz obezwładniający uśmiech wili - od dłuższej chwili dyskutowały na tematy okołorodzinne, nieprzeznaczone dla uszu osób postronnych. - Ale widać więcej kurażu wymaga konfrontacja z byłą żoną niż odprawienie egzorcyzmów za dusze zmarłych mężów. Czy on do reszty oszalał? - westchnęła z ewidentnie pozorowaną troską.
- Myśli, że jak zamiast podróży poślubnej... - bo przecież od lat krążyły plotki, że mężowie panny Rookwood ginęli daleko od domu, w trakcie podróży właśnie - ...zorganizuje w ramach miesiąca miodowego terapię małżeńską, to Vespera odejdzie od starych nawyków?

W jej głosie zabrzmiało pełne wyższości rozbawienie. Och, bynajmniej nie życzyła Perseusowi ani Vesperze źle: po prostu była produktem swojego środowiska, a nic nie elektryzowało elit bardziej niż delikatna atmosfera skandalu, choć wszyscy udawali, że pozostają idealnie obojętni, a wręcz znudzeni całą aferą.

Lorraine tęskniła za tym życiem. Było proste, prostsze niż to, z czym musiała się mierzyć na Nokturnie.

Nie należała w pełni do żadnego z tych światów: do ciemności Podziemnych Ścieżek, do światła kryształowych kandelabrów arystokratycznych rezydencji. Była kimś pomiędzy - wiecznie rozdarta, ale przecież nie zagubiona - nawet teraz, kiedy stała między Eden a Rosie.

Wsunęła zgrabnie swoją rączkę pod ramię stojącej obok Ambrosii McKinnon, obdarzając przyjaciółkę figlarnym uśmieszkiem. Zniżyła głos, tak, że jej słowa mogły dotrzeć do uszu obu kobiet.

- Jak tak dalej pójdzie, stary Rookwood zbankrutuje przed końcem kwartału. Kolejne wesele, zaraz kolejny pogrzeb... Dobrze, że wybrali czarny motyw, oszczędzi. Na jutrzejszej stypie dzisiejszego zięcia - bawiło ją to sformułowanie: dzisiejszy zięć - będzie pewnie podawał resztki z wczorajszego wesela. - Zmrużyła nagle oczy. - Rosie, kochana, tasuj te swoje karty, pięknie proszę: wywróż mi, jak wiele zarobi na tym Necronomicon.

Zawsze źle wyglądała w czerni - jak duch, jak śmierć, przywołała mimowolnie słowa starej mugolki ze Zmarzłoci - czerń była kolorem żałoby, nie wesela, i uważała za złą wróżbę przywdziewanie tej barwy w tak symboliczny dzień. Nie zamierzała dzielić się podobnymi zabobonami ze stojącymi obok kobietami, ale to, co pomyślała, to jej. Nie zamierzała też przywdziewać kurewskiej czerwieni, która kojarzyła jej się tylko i wyłącznie z oknami tanich lupanarów: gdyby chciała prezentować się jak dziwka, nie przyszłaby tutaj z przyzwoitką w osobie Ambrosii, tylko z bluszczową posesywnością oplatałaby silne ramię Degenhardta.

Sukienka Lorraine była efektowna, choć raczej prosta w kroju: otulała figurę kobiety niczym druga skóra - połyskliwe, ciemnoszmaragdowe łuski zdobione złotą nitką, mieniły się w świetle świec, przyjmując barwy od zielonej do niebieskiej, upodobniając kobietę do egzotycznego węża - miała w sobie jednak eteryczną zwiewność, która tuszowała chorobliwą chudość Malfoyówny. Atreus dobrze znał jej gust.

- Chcę wróżbę, ale nie chcę ciastka - rzuciła do Rosie tonem rozkapryszonego dziecka, nachylając się nad talerzem. Wyłuskała karteczkę z przepowiednią, zostawiając wybebeszoną babeczkę na talerzu kobiety. - ...Och, Eden, najmilsza, znowu migrena? - Popatrzyła z niepokojem na zmienioną nagle twarz kuzynki, podnosłszy wreszcie głowę.


!ciastkazwróżbą





RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Pan Losu - 28.05.2024

Marzenia są na wyciągnięcie ręki.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Rodolphus Lestrange - 28.05.2024

[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/2a/90/29/2a9029bbee43640e5f4edc056f54e00b.jpg[/inny avek]
Ogrody

Młody Niewymowny również na dłużej zatrzymał wzrok na namiocie cyrkowym. W przeciwieństwie jednak do Laurenta, on nie był tam niemile widziany. Patrzył na to miejsce raczej z zastanowieniem - próbował ulokować część klaunów, która mu mignęła w środku, dopasować ich do namiotu i wyobrazić sobie, co mają do zaoferowania. Pławienie się we własnych myślach, szczególnie tak złośliwych, pozwalało mu utrzymać pion i zachować swoje emocje dla siebie. Dzięki temu był w stanie spojrzeć w oczy tym, którzy błaznowali w chwilach, w których trzeba było zachować powagę. Nie żeby mu samemu nigdy się to nie zdarzyło - kto go znał, wiedział że w każdym drzemie iskra pajaca, po prostu niektórzy potrafią ją skuteczniej ukrywać.

Gdyby dostawał sykla za każdą sytuację, w której ktoś pomylił go ze starszym kuzynem, to byłby jeszcze bogatszy, niż był. Zdążył się w sumie do tego przyzwyczaić - i nawet gdyby Laurent na głos wykrzyczał błędne imię, zapewne nie wywołałoby to w Rodolphusie nawet skrzywienia. Akceptował fakt, że oni wszyscy wyglądali jak z jednego odlewu zrobieni, a pojedyncze jednostki różniły się szczegółami, które z daleka mogły być trudne do wychwycenia. To podobieństwo widać było niezależnie od płci, jeśli chodzi nie tylko o twarz, ale i ogólną prezencję, postawę i początkowy chłód w kontaktach z obcymi. Ach, ta niegrzeczność i niezręczność, zasrane konwenanse i podteksty przez które on sam musiał się tu znaleźć, a Laurent musiał dopełnić swych kroków, by nie wyjść na nieuprzejmego. To było okropnie męczące, szczególnie dla kogoś, kto nawet w rodzinie był określany jako odludek.
- Skądże. Rodolphus Lestrange - to było poniekąd zabawne i ironiczne, że promienny zwykle Laurent, światełko w ciemnym tunelu, próbował wykrzesać z siebie uśmiech i trafił akurat na osobę, dla której uśmiechanie się wiązało się niemal z fizycznym bólem. Niewymowny uniósł więc kącik ust nieznacznie, nie czując się zbyt dobrze w tym otoczeniu, chociaż trzeba było przyznać, że zawsze mógł trafić gorzej. Z całego tego towarzystwa lepszy był Laurent niż inne osoby, przed którymi ewidentnie… Może nie tyle co się chował, ale starał się pozostać niezauważony. Być może i dlatego nie miał tym razem miny srającego na pustyni kota - wyglądał po prostu na okropnie spiętego, jakby nie do końca potrafił odnaleźć się podczas tego przyjęcia. To by częściowo tłumaczyło, czemu stał sam w ogrodzie. - Właściciel rezerwatu w New Forest i hodowli abraksanów, zgadza się?
Kojarzył Laurenta ze szkoły, chociaż ich ścieżki nie przecięły się ani razu. Prewett był starszy, na dodatek sam Rodolphus trzymał się ze zgoła innym towarzystwem niż Laurent. Miał rację, twierdząc w rozmowie z Nicholasem, że nie należało odcinać oficjalnie neutralnych rodów od siebie. Najwyraźniej Perseus lub też Vespera, bo przecież nie miał pojęcia od której strony przyszło zaproszenie, byli tego samego zdania.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Rowena Ravenclaw - 28.05.2024

Nie byłyście same przy stoliku z deserami; jedna z sędziwych dam - jakaś kuzynka matki pana młodego, której sam zainteresowany nie widział zapewne od dnia swojego chrztu - również nabrała ochoty na słodką przekąskę. Była to jednak kobieta nader wszystko miłująca plotki, a słuch miała całkiem wyostrzony jak na jej wiek; stała więc obok Eden i udając, że dywaguje nad tym, czy lepiej wybrać muffinkę, czy galaretkę, przysłuchiwała się waszej rozmowie z wyraźnym zainteresowaniem.

Wreszcie nie wytrzymała napięcia i przemówiła do Lorraine znad ramienia jej kuzynki. A chociaż była całkiem rozeznana w sprawach Blacków, tak niewystarczająco dobrze, by rozpoznać w Eden siostrę byłej żony Perseusa.

Och, a czy nie wydaje się paniom podejrzany ten pośpiech? Podobno widziano Vesperę i Perseusa na początku kwietnia w pubie przy Horyzontalnej, jeszcze w tym samym, albo następnym tygodniu rozwiódł się z Malfoyówną, a za dwa miesiące nowa narzeczona — pokręciła głową z dezaprobatą — Kto to widział, żeby rezygnować z tak świetnej partii, jaką jest córka samego byłego Ministra, dla jakiejś czarnej wdowy? Eunice też chyba uniosła się dumą, żeby rozwodzić się z samym Blackiem przez zdradę. Który mężczyzna w tych czasach nie zdradza? Na Beltane też podobno wszedł z Vesperą w Knieję - a jakie rzeczy robi się w Kniei w trakcie sabatów? Zupełnie nie myśli ten Perseus. Stary Rookwood dowiedział się, że kolejny raz zostanie dziadkiem i kazał mu się z nią ożenić. Dobrze, że chociaż na tyle jest porządny. Ale proszę spojrzeć na suknię panny młodej, jak sprytnie odcięta jest pod biustem, żeby ukryć rosnący brzuszek. Najdalej na Samhain będzie już wiadomo...

Po tych słowach odeszła bez żadnego deseru. Widocznie była zbyt nakręcona tematem (rzekomej) ciąży Vespery, że musiała natychmiast podzielić się swoimi teoriami z pozostałymi krewniaczkami...





RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Imogen Rookwood - 28.05.2024

Stoję niedaleko muzyki, zaczepiam Isaaca oraz The Edge Serduszko

Na jej weselu z Augustusem nie było tylu gości. Jej sala weselna nie została tak wspaniale udekorowana jak sala dla Vespery i Perseusa. Na jej weselu nikt nie pomyślał o wynajęciu cyrkowców do umilania czasu (przecież większość z nich to mugolaki, którymi jej szanowny teść się brzydził - jak widać Black wytoczył ciężkie działa, by przekonać Chestera, a może w ogóle nie liczył się ze zdaniem ojca swej żony, co dla niej było... całkiem zrozumiałe, im dłużej mieszkała z nim pod jednym dachem). Podczas jej wesela nie było małej orkiestry i fontanny czekolady, zaprzęgów ciągniętych abraksanami i tak dużych stroików na stołach, miała na sobie tradycyjną białą suknię i nie zwracała na siebie uwagi tak jak Vespera i zdawało się, że Augustus też nie patrzył na nią w ten pełen uwielbienia sposób, w jaki Perseus patrzy na jej szwagierkę (przecież mąż nie wybrał jej z miłości, a z woli ojca i dopiero w trakcie ich małżeństwa nauczył się ją kochać). A do tego Blackowie mieszkali w Londynie, do którego tak bardzo chciała się przeprowadzić...

Imogen była sfrustrowana, jednak jak zwykle robiła dobrą minę do złej gry. Zresztą nie była aż taka suką, żeby robić sceny podczas ślubu swojej przyjaciółki. Nawet postawiła na prostą czarną suknię wieczorową podkreślającą jej talię, długie rękawiczki (w których było jej piekielnie gorąco i z wytęsknieniem czekała na zachód słońca, aby we wiejskiej posiadłości się ochłodziło) oraz otrzymaną przed laty diamentową kolię i pasujące do niej kolczyki, by nie przyćmiewać swym blaskiem panny młodej. Długie ciemne włosy opadły swobodnie na plecy pani Rookwood.

Właśnie pożegnała jedną z kuzynek w ogrodzie i weszła do przyjemnie chłodnego wnętrza rezydencji w poszukiwaniu czegoś do picia; jej wzrok spoczął nie tylko na kelnerze z tacą pełną drinków, lecz także stojącym obok niego Isaacu, zatem pośpiesznie skierowała swe kroki w ich stronę z perlistym uśmiechem, choć wewnątrz się gotowała - nie tylko ze względu na temperaturę.

Ach, Isaac! Cóż za spotkanie! — zawołała radośnie, przy czym rozchyliła ramiona, by objąć go na powitanie i nawet prawie pocałowała go w policzek (cmoknęła powietrze obok niego, by nie zostawiać na jego skórze śladu swojej szminki) — Cieszę się, że naczelna wybrała właśnie ciebie do relacjonowania ślubu!

Wcale się nie cieszyła. Właściwie, to sama chciała to zrobić, ale odmówiono jej - jako szwagierka panny młodej mogłaby być mało obiektywna. Phi! Czy któryś z redaktorów Czarownicy kiedykolwiek był obiektywny? Gdyby nie słodzili wszystkim nowożeńcom, nikt nie wpuszczałby ich na śluby...

Mam do ciebie małą prośbę...zniżyła głos, choć stojący obok Edge i tak mógł ją usłyszeć; nie przejmowała się tym szczególnie, to przecież tylko kelner, któremu zapłacono nie tylko za obsługę, ale też zapewne za dyskrecję, jak to bywało na podobnych wydarzeniach i w tamtym momencie nieszczególnie obdarzała go swoją uwagą — Możesz tego wieczora usłyszeć mnóstwo plotek o okolicznościach zwarcia tego małżeństwa, zwłaszcza tych o ciąży i Vespery i choć jako koleżanka z pracy mogę... mogę zapewnić, że jest w nich ziarnko prawdy, tak jako żona jej brata proszę cię, abyś żadnej z nich nie umieszczał w artykule. Ogłoszą to z Perseusem w swoim czasie, zwłaszcza, że do końca lata nie będzie się dało już niczego ukryć; po co zatem dokładać jej zbędnego stresu?

Poklepała go koleżeńsko po ramieniu, a potem odwróciła się do kelnera, by sięgnąć po jeden z drinków i... na moment zamarła. Ten człowiek wydawał się jej w jakiś sposób znajomy - widziała go już raz, ale nie połączyła tego elegancko ubranego mężczyzny z cyrkowcem, którego akrobacje przed kilkoma tygodniami podziwiali jej synowie.

Przepraszam, ale... Czy my się nie znamy?


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Charlotte Kelly - 28.05.2024

Charlotte Kelly nie dostała zaproszenia. Nic zaskakującego - nie była mile widziana na salonach konserwatywnych rodów czystej krwi, mimo pochodzenia z rodziny Crouchów.
Charlotte Kelly mimo to pojawiła się na weselu. To też nie było zaskakujące - po pierwsze, zdawało się, że czasem czerpała wręcz radość z lekkiego prowokowania swoich krewnych, po drugie, przyszła jako osoba towarzysząca Jonathana Selwyna. Który przejmował się tym, co wypada i nie wypada równie mocno, jak ona, czyli mniej niż opadami śniegu sprzed piętnastu lat.
Czarna suknia opinała ciało, wciąż całkiem gibkie, dzięki regularnym spacerom oraz specyfikom Potterów. Strój odsłaniał ramiona i miał głęboko wycięty dekolt: Charlotte uważała, że skoro ma co pokazywać, powinna to robić przy każdej okazji. Ubranie w niczym nie odstawało na tle innych, jakie nosili bogacze, do których grona Charlotte już nie należała, głównie dlatego, że absolutnie bezwstydnie pozwoliła, aby zapłacił za nie Anthony. Naszyjnik też nie ustępował biżuterii innych, bo był to ten, który ponad dwie dekady temu miała założyć na własny ślub, wykonany specjalnie na tamtą okazję.
- Johny, jak sądzisz, czy będzie moja matka? Nie widziałam jej w kaplicy, ale może siedziała w dalszych rzędach. Mam nadzieję, że tak. Nie mogę się doczekać, żeby przeparadować przed nią kilka razy z rzędu, by musiała bardzo się postarać z udawaniem, że nie istnieję. Może niechcący wyleję na nią szampana? - powiedziała Charlotte, rozglądając się po pomieszczeniu i usiłując wypatrzyć matkę, a także Anthony'ego oraz Morpheusa. – Wspominałam, że dobrze wyglądasz? Prawie tak dobrze, jak ja – dodała. – Powinniśmy ratować Anthony’ego? – zastanowiła się. Wiedziała, że dzisiaj przyszedł tutaj z ambasadorką, która oczywiście nie mogła być nawet w połowie tak ciekawym towarzystwem jak oni, ale pewnie nie wypadało porzucić ją tak od razu po pierwszym tańcu.
Być może powinni też podejść złożyć życzenia Vesperze oraz Perseusowi, ale nawet na cudzym weselu Charlotte była najbardziej zainteresowana po pierwsze sobą, po drugie sobą, po trzecie trójką swoich przyjaciół. Cała reszta mogłaby zniknąć. Bez zbędnych efektów specjalnych, byleby zostawili po sobie alkohol.
– Mam ochotę na drinka. Poza tym chyba widzę moją matkę – powiedziała, a na jej twarzy na moment pojawił się bardzo słodki i niewinny uśmiech, który oznaczał, że Charlotte Kelly knuła coś wyjątkowego paskudnego.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=EdZVLfD.png[/inny avek]


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Anastasia Dolohov-Burke - 28.05.2024

Stoimy razem z Dianą przed lustrem zlokalizowanym na uboczu sali bankietowej, i rozmawiamy szeptem. Podchodzi do nas kelner, pijemy drineczki.

- Mogłaś raz w życiu postarać się zrobić coś dobrze, i zabić tego swojego bezużytecznego współmałżonka, zamiast posyłać go w limbo lecznicy dusz - skonstatowała chłodno Anastazja, wyglądająca na całkowicie pochłoniętą oględzinami swych idealnie wypielęgnowanych paznokci - niezależnie od okazji pomalowanych lakierem w kolorze ciemnego wina - przez dostojną twarz kobiety przemknął jednak ledwie zauważalny cień obrzydzenia, który na chwilę wydobył z linii ust czarownicy jakieś głęboko tajone okrucieństwo, by zaraz odejść w niepamięć, tak, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Większość arystokratów mogłoby poczytać to za wyraz znudzonego zblazowania, jednak stojąca tuż obok Diana, dobrze zaznajomiona z humorami macochy, powinna wiedzieć lepiej: łatwo mogła się domyślić, że Anastazja po prostu udaje, że kogoś nie widzi, ze zwykłym sobie, pełnym wyższości wystudiowaniem osoby nawykłej do trybu życia sławnych i bogatych.

Tylko spróbuj podejść, i podzielić się wrażeniami na temat wesela, ty pomarszczona zdziro, pomyślała nienawistnie, jednym ramieniem otoczywszy opiekuńczo plecy córki - którą pociągnęła lekko za ramię, tak, by razem z nią odwróciła się w stronę przeciwną do nadchodzącej damy - drugą ręką chwyciła natomiast za kieliszek z musującym szampanem, który zaoferował im kelner, ostatecznie odcinający drogę zbliżającej się podstarzałej matronie z rodu Parkinsonów. Lico przypominające zasuszoną mumię, gust także masz antyczny, więc przewiduję, że twoje przemyślenia muszą być równie świeże, co włosy Chestera Rookwooda. Swoją drogą, gdzie jest jego brat...? Był tu dziś...? Będzie...? Spojrzenie Anastazji pomknęło w stronę najbliższego ciemnego kąta - jakby właśnie pośród cieni spodziewała się dostrzec tak intrygującą ją postać Eryka Rookwooda - niemal natychmiast przypomniała sobie jednak, że powinna czuć do niego tylko i wyłącznie pogardę, więc tylko zahaczyła spojrzeniem o jakiś połyskujący bibelocik, i zepchnęła te nieprzystojne myśli na boczny tor.

- Nie możemy nawet wyprawić pogrzebu, Diano - syknęła ostro, upijając nieco z trzymanego w ręku kieliszka. Nie pierwszy raz wracały do tej rozmowy. - Nie dziw się, że spotyka cię towarzyski ostracyzm, skoro samodzielnie wykluczyłaś się z obchodów ważnych rodzinnych kamieni milowych... - Czarne ślepia Anastazji błysnęły groźnie. - Po prostu wypadłaś z obiegu.

Uśmiechnęła się krótko do swojego odbicia widocznego w jednym z zawieszonych w sali bankietowej luster. Z lubością ślizgała się spojrzeniem po doskonale ułożonych włosach ozdobionych kokardą, eleganckiej, doskonale przylegającej do jej wciąż jędrnego ciała sukni, czarnej jak żałobny kir - z niejaką czułością wspomniała aż swego świętej pamięci męża, pochowanego kilka dobrych lat temu, czując na żołądku kojący ciężar pożartych z pożądliwą łapczywością rodowych sygnetów Burke'ów, które ściągnęła naprędce z jego martwych, napuchłych już palców, dosłownie na chwilę przed zamknięciem wieka trumny - czarne ślepia Anastazji popieściły też zdobiącą jej doskonałą szyję (bo wcale niemal niepomarszczoną i niesflaczałą) bogatą kolię, wysadzaną diamentami, i wiszące kolczyki do kompletu. Najdłużej jednak zatrzymała wzrok na dłoniach.

Po dłoniach zawsze najdobitniej widać przecież nieubłagalny upływ czasu.

Dwie kobiety, tak różne, a jednak tak podobne. Mogliby nas wziąć za siostry, na pewno nie wyglądam starzej, pomyślała, porównując swoją ciemną skórę do niemal białej przez kontrast skóry Diany, z pewnym niesmakiem przypominając sobie, że dzieli je aż osiem lat, oczywiście, na jej niekorzyść. Wyglądały jak dwie gwiazdy zawieszone na firmanencie - jedna ciemna, druga jasna - i w interesie Anastazji było, by mrugały z wyżyn sklepienia niebieskiego jak najdłużej, bowiem nigdy nie wierzyła w to, że spadające gwiazdy przynoszą szczęście.

W jej mniemaniu były zwiastunami śmierci.

- Popatrz, taka Vespera: zabiła swojego męża - pardon, dwóch - i już znalazła sobie kolejnego... A wyglądałabyś przecież tak pięknie we wdowiej woalce, a potem w welonie, na pewno lepiej niż ona. - szeptała nad uchem córki, patrząc przy tym prosto w brązowe oczy Diany, odbijające się w tafli lustra.

!weselnedrinki





RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Pan Losu - 28.05.2024

Czy osoba obok zawsze zachowywała się w ten sposób? Och, jakże naiwnym byłeś, wybaczając jej wszystkie przewinienia - a przecież wyrządziła ci tak wiele krzywd! Gorycz wzbiera w tobie i chyba tylko obecność licznych świadków nie pozwala ci jej wylać.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Morpheus Longbottom - 28.05.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0NjUBg3.png[/inny avek]

Tańczę z Florence

Lubię nazywać cię per pani, ale niech ci będzie, Florence — przypieczętował nową umowę, układając w ramę klasycznego walca ich dwójkę. Powłóczyste skrzypce nadały moment rozpoczęcia tańca, raczej dostojnego walca, odpowiedniego dla wszystkich starszych gości, który pragnęli jeszcze poużywać na parkiecie, bez względu na okazję i tych, którym brakowało tchu po przejściu jednego piętra schodów.

Pewnie dlatego, że nie bywałem na tych wcześniejszych przyjęciach. Muszę odnaleźć lepszą metaforę, bowiem okupacją Troi bym tego nie nazwał. Dziwne...— wprawił Florence w wirowanie, pozwalając jej sukni rozwinąć się, jak kwiat róży, z jej pięknym trenem i wyraźną inspiracją XIX wiekiem. — Nie ma Mulciberów. Spodziewałbym się bardziej, że nie pojawią się żadni Malfoyowie. Są skłóceni? Z tego co pamiętam przedstawiają podobnie... Konserwatywne poglądy.

Nawet liberalni Longbottomowie zjawili się, co prawda jedynie w delegacji dwójki, co na liczną dziatwę Godryka było niewiele, ale na pewno ich obecność nie ujdzie nieodnotowana. Morpheus układał w głowie nowe siły, zmiany stron i wiodących nurtów w brytyjskiej socjecie. Pomagało mu to, aby nie myśleć o Dolohovie.

Gdy jedli posiłek, bardzo cieszył się, że siedzi do niego tyłem, a i teraz absolutnie go nie widział, wzrok nie uciekał od partnerki. Zresztą, nie powinien. Florence była przepiękną kobietą.

Szalenie podobały mu się blade piegi, które pojawiały się latem.

Partnerce Rosiera brakuje tylko welonu — parsknął, odwracając Florence w tańcu, tak aby mogła zobaczyć ponad ramieniem to samo, co on przed chwilą nad jej. Przy tym, robiąc eleganckie okrążenia dookoła parkietu, pozwalając błyszczeć się swojej tiarze i pięknie układać krwawym ogonem szałowi, wypatrywał innych znajomych twarzy. Wiedział, że Anthony gdzieś tam jest, bo słyszał jego partnerkę, ale przecież nie lubili się aż tak bardzo. Patrzył też za Charlotte i Jonathanem, aby prędko przewidzieć, cóż też knuli pod nosem. Bo to, że knuli, było więcej niż pewne. A to niby Shafiq był honorowym ślizgonem. Kalumnie.