Secrets of London
[31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21)
+--- Wątek: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles (/showthread.php?tid=3463)

Strony: 1 2 3


RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Laurent Prewett - 01.07.2024

Lubił zapach opium. Korzenny, z drobiną owocowej nuty. Można było pomylić je nawet z kadzidłem, ale nos, który raz je poczuł, pewnie nigdy więcej go nie pomyli z niczym innym. Wszystko się już uspakajało. Robiło wręcz sennie. Jaką głupotą było w ogóle sięganie po to opium tu i teraz, z nieznajomym mężczyzną dotarło do niego dopiero teraz, a ponieważ opóźnienie zmęczonego umysłu zostało ulokowane na moment, w którym już wiele rzeczy stawało się błahych, gdzie nawet strach zamierał w nicości, to nie poczuł żadnej emocji z tym płynącej. Żadnej ostrej samokrytyki, żadnego wniosku. Stało się. Było miło, przyjemnie. Tylko chyba tego opium będzie mu wystarczyło, żeby czasem nie zasnął na tym krześle. Jeszcze musiał przecież dotrzeć razem z Dumą do domu.

- Aaach... nie pomyślałbym. Masz takie piękne, ciemne oczy i włosy. - Malfoyowe ze swoimi blond włosami... Laurent prędzej wyglądał jak dziecię Malfoyów ze swoimi platynowymi włosami, ale to nie po nich odziedziczył urodę. Więc Mulciber i Malfoy. Nie to, żeby mógł coś zrobić z tą wiadomością - nie znał zbyt wielu przedstawicieli domu Malfoy. - Nie jestem ani znawcą, ani się nią nie zajmuje. Jestem ledwie ignorantom, który lubi ją podziwiać... chyba że mowa o pięknie ludzkim. Wtedy nazwałbym siebie... koneserem. - Delikatnie go rozbawił własny dobór słów co do tego. Śpiew niby też był sztuką... - Lubię śpiewać. - Gdyby miał wybrać dla siebie drugą drogę kariery to byłby to śpiew. A może nawet byłby to jego pierwszy wybór..? Gdyby tylko nie zafiksował się na punkcie tego, że musiał sprostać oczekiwaniom ojca?

- Nie? - Uśmiech Laurent się poszerzył, gładko wszedł na zmysłowe tony, kiedy powoooli, jakby ktoś puścił kliszę w zwolnionym tempie, zsunął nogę z nogi, pochyyylił się w kierunku Charlesa... i tym razem naprawdę dotknął palcami jego policzka. Delikatnie, jakby jego skóra była motylimi skrzydłami, z których nie wolno strącić ani grama magicznego pyłu, by motyl mógł dalej latać w powietrzu. Przesunął tymi palcami po jego skórze - jeśli tylko Charles się nie cofnął. Nie gustuję w mężczyznach, ale... - Ale we mnie już tak. - Arogancja, może wręcz bezczelność, bo Laurent nawet nie zapytał, tylko położył fakt między nimi. Zsunął spojrzenie na poduszki warg Charlesa. Spodziewał się nawet cofnięcia, nawet by się nie zdziwił, gdyby młodzieniec uderzył go w twarz. Pewnie nie byłby sobą, gdyby nie przesuwał jego granicy.




RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Charles Mulciber - 02.07.2024

Coś było nie tak. Wiele było nie tak, ale jednocześnie... Wszystko było w porządku. Spokój we wnętrzu Charliego nie pozwalał mu na przejęcie się tym, co dostrzegła. Umysł i ciało opuszczały stres i spięcie, z każdym wdechem opiumowego dymu ulatywały ku sufitowi w jasnym obłoku.

- Naprawdę uważasz, że jestem taki piękny? - Dopytał, bo podobało mu się to zainteresowanie. Słowa Laurenta były niewymuszone, ale też zupełnie nowe. Charles chyba nigdy wcześniej nie słyszał tylu komplementów, nie z ust kobiety, z pewnością nie z ust mężczyzny. - Wart twojego zainteresowania? Wart, żebyś... Zaśpiewał dla mnie, skoro potradisz?

Ten stan różnił się od upojenia alkoholowego i podobał się Charlesowi o wiele, o wiele bardziej. Nie bał się odłożyć fajki, oprzeć ramion o blat stolika i nachylić się w stronę nowego znajomego, odpowiadając na jego gest identycznym, niemal lustrzanym, gdy mieli spotkać się w lustrze zwierciadła. To, co mówili, nie było istotne. Zabawniejsze były słowne przekomarzanki, niedokończone obietnice i pokusa.

Drgnął, gdy palce Laurenta dotknęły jego twarzy, ale nie odsunął się. Poczuł się zaskoczony, nieco osaczony, gdy pewna granica została przekroczona. Zamiast uciec, sam uniósł dłoń i z większą stanowczością dotknął dolnej wargi mężczyzny, chcąc go uciszyć. Nie odpowiedział wprost na jego zarzut.

- Jesteś niesamowicie pewny siebie. - Zarzucił mu, przesuwając palec na brodę, a następnie złapał ją i przekręcił na bok, z dala od własnej twarzy. Dopiero wtedy wyprostował się, uciekając również przez dotykiem na swoim policzku. - Masz w sobie coś magicznego i sądzisz, że mnie zaczarujesz? Co może być takiego w tych niesamowitych oczach?


RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Laurent Prewett - 03.07.2024

Były niewymuszone, bo mówił to, o czym pomyślał. Bo wpleceniu paru tak prostych komplementów nie było problemem, kiedy komplementujesz to, co naprawdę ci się podoba. Kogoś, kto naprawdę ci się podoba. Może zacząłby oskarżać Roberta Mulcibera o to, że gustujesz w młodych, pięknych mężczyznach, gdyby nie to, że tutaj mówiliśmy o członku rodziny... ha, nie takie rzeczy już Laurent widział. Tym nie mniej nie posądzał ich o takie... ekscesy.

Podobało mu się lustrzane odbicie samego siebie i jednocześnie niemal krzywe zwierciadło. Charles był jak księżyc srebrzystym blaskiem pieszczący nocne fale, a przecież Laurent wiedział, że jemu samemu bliżej było do słońca, co skrzy pomiędzy nimi. Wszystko to w spokoju, bo delikatność rysów, wysublimowane pociągnięcia palca rzeźbiarza w glinie ich twarzy łączyła ich podobieństwem. ALe nie chodziło nawet o sam wygląd. Chodziło o responsywność. O czar. Przyciąganie. Kiedy porzucałeś wszystkie wątpliwości za siwymi oparami opium łatwo było się temu poddać całkowicie.

- Naprawdę uważam, że jesteś tak piękny. - Jeśli potrzebował to usłyszeć tak dosadnie, to nie widział żadnego powodu, żeby tego nie zrobić. Wręcz przeciwnie - mógł mu to powtórzyć jeszcze ze 20 razy. Przecież nic go to nie kosztowało. Cichy, krótki, spokojny śmiech wydobył się z jego strun głosowych na następny pytania. - Wart mojego zainteresowania i warto moich strun głosowych. - Zapewnił, zastanawiając się, co mógłby mu zaśpiewać... i nawet wiedział. Jedną ze swoich ulubionych piosenek.

Poddał się w pełni temu dotykowi. Lekko rozchylił wargi, kiedy pojawił się nacisk na dolnej wardze, zamilknął. Grzecznie i usłużnie, ciekawe, czego uświadczy zaraz. Czy Charles granicę przesunie jeszcze mocniej, zaciekawiony, czy może ucieknie? Ale nie przesunął granicy ani nie uciekł. Obrócił posłusznie głowę, kiedy Charles go na to naprowadził. Musiałby skłamać, żeby powiedzieć, że nie podobała mu się ta zmiana w manierze gestów - ta nagła stanowczość, która się w nich pojawiła, chociaż wcale nie były przez to nieprzyjemne czy mniej delikatne. Dopiero kiedy Charles sam się wycofał to i on z powrotem usiadł swobodnie na krześle i założył nogę na nogę.

- To nie jest żadna magia, Charles. - Wypowiedział jego imię jak zaklęcie. Lubił imiona, lubił je ważyć na swoim języku i smakować je. - Chyba że jakiś na mnie rzuciłeś, bo czuję się oczarowany. - Odbił piłeczkę, uśmiechając się zmysłowo. Zupełnie nie tego się spodziewał, kiedy tutaj przyszedł - że będzie się tak dobrze bawić. I teraz, choć już dalej nie palił, zamiast zapłacić za swoje rzeczy, wziąć to opium i wrócić spać do domu to... siedział tutaj z Charlesem. Gdyby ktoś teraz wszedł do sklepu byłoby to co najmniej niekomfortowe. Usiadł jeszcze wygodniej, bardzo wolnym gestem upił trochę herbaty, odstawił filiżankę na spodek. Obrócił się znów przodem do Charles i zaczął śpiewać.

Wysoki głos Laurenta brzmiał bez większego wysiłku, wynoszony nawet w sopran. Rzeczywistość wokół stawała się plasteliną do wyrobienia - Laurent chciał pokazać wiele obrazów ze swojej głowy, ale ledwo delikatnie zmanipulował obrazem. Pokój stał się jakby nieco ciemniejszy, świece bardziej intensywne, przestrzeń nieco powiększyła - jakby byli sami na bezludnej wyspie, choć pozostawali w tym jednym pokoju. Bajeczny, syreni głos brzmiał razem ze swoim akompaniamentem w tle - Charles mógł go doskonale usłyszeć, choć nie było tu orkiestry, zaczarowanego instrumentu ani drugiego głosu do śpiewu. Ten czar, to złudzenie, skończyło się wraz z ostatnim słowem piosenki.

Laurent uśmiechnął się, jak zawsze po swoich występach - oczekując reakcji odbiorcy.




RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Charles Mulciber - 10.07.2024

Charles uśmiechnął się, nie wiedząc, co sądzić o kolejnych komplementach. Piękne mogły być dziewczęta, zachody słońca, konie wyścigowe, może nawet ornamenty starożytnych budowli. Mężczyzna zaś? Mógł być urodziwy, przystojny, lecz nie piękny. A jednak to to słowo wybrał Laurent i powtarzał je po raz kolejny.

- Jesteś niesamowity. - Uśmiechnął się Charlie, jednak nie było to zwykłe pochlebstwo na temat tych jasnych włosów i niecodziennych oczu, a komentarz odnośnie łatwości, z jaką tamten operował słowem i używał swoich zalet.

Dość już mu było opium. Choć zaciągnął się ledwie parę razy, teraz wiedział, że to wystarczyło jak na pierwsze zderzenie z narkotykiem. Odurzał go sam dym, który unosił się między nimi, gdy kryształki tliły się w fajce. Będzie musiał przewietrzyć nim wróci wuj. Miał na to przynajmniej dwa dni, zważając na fakt, że Robert spędzi Lammas na Pokątnej.

A następnie wsłuchał się w pieśń Laurenta. Nie wiedział, czego się spodziewać, ale nie... tego. Wpatrzył się w istotę przed sobą, chłonąc dźwięki dochodzące z jej ust. Czy to przez narkotyk wydawało się, iż śpiewa cały chór? Czy to one sprawiły, że rzeczywistość zmieniła się, dostosowując do pieśni?

Reakcja odbiorcy z pewnością nie była dla syreny nowa. Charlie uchylił lekko usta, przyglądając się rozmówcy, jakby nie chcąc stracić ani jednego szczegółu, ani jednej wskazówki, która mogłaby odpowiedzieć mu na pytanie:

- Kim ty jesteś? - Zapytał ostrożnie, nie kryjąc swojego zachwytu.


RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Laurent Prewett - 10.07.2024

Zaśmiałby się perliście, gdyby tylko miał lepszą noc. Lepszy wieczór. Nie miał. Noc była tragiczna i niewiele spał, a teraz czuł się tak wyzwolony od zmartwień, jak i zmęczenia, obudzony obecnością Charlesa i jednocześnie - usypiany opium. Wszystko kolidowało ze sobą, a to kolidowanie nie wysypywało systemu, na którym napisano ten świat. Przeciwne strony wkraczały na swoje terytorium - i co? Między bielą i czernią powstawała szarość. Starożytność dobrze znała to porównanie, tylko nie w naszej Europie. Ying i Yang. Laurent nie był takim światłym człowiekiem, nie znał aż tak egzotycznych zakamarków wszechświata, ale nawet do niego potrafiły dotrzeć niektóre dziwa. Świat czarodziei był bardziej połączony od świata mugoli. Więc nie było śmiechu na przeuroczą minę, jaką zrobił Charles i jego pytanie, ale był uśmiech. Łagodny i wyrozumiały. Pytanie: kim jestem było tym, które potrafiło poważnie zamieszać w ludzkim życiu. Wątpliwość co do tego, kim jesteś, jak się identyfikujesz, czy twoje różne strony pokazywane przy różnych okazjach i różnym ludziom nadal tworzyły całego ciebie... Laurent nie miał tych problemów. Wiedział, kim jest i wiedział, kim nigdy nie będzie. Rozumiał, jak był słaby i wiedział, jaka siła drzemała w jego pragnieniu przetrwania. W potrzebie godnego życia. Ale przecież to nie były słowa, jakie miał dla młodego mężczyzny, który przed nim siedział z tymi bajecznymi oczami wpatrzonymi tylko w niego. Tak, patrz na mnie. Tym spojrzeniem, z tym wyrazem twarzy. Jakie to było próżne - sam wiedział najlepiej. I nie potrafił niczego na to poradzić. Nie potrafił się ogrzać samemu, w zaciszu własnego domu. Tylko inni mogli go ogrzać. Nawet jeśli to było wyłącznie spojrzenie.

Odpowiedział dopiero po chwili, znów powoli pochylając się w stronę Charlesa, spoglądając przez moment na jego usta, nim wrócił do kontaktu wzrokowego.

- Twoim słodkim snem. - Wyszeptał zanim się podniósł. - Ile płacę? - Sięgnął leniwym ruchem po przygotowany pakunek i dorzucił do niego resztę opium, które Charles wyciągnął. Przysunął do siebie po blacie i sięgnął do kieszeni po galeony, żeby odliczyć ich odpowiednią ilość. - Mam nadzieję - do zobaczenia, panie Mulciber. - Obdarzył go słodkim uśmiechem.




RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Charles Mulciber - 10.07.2024

Był słodkim snem.

Laurent wydawał się snem. Wpadł do sklepu jak cień i odwrócił życie Charlesa do góry nogami. Przedstawił go opium, opowiedział o cudach i na domiar złego, nie chciał zdradzić swojej prawdziwej tożsamości. Cokolwiek zrobił, rzucił czar.

On był syreną, zaś Charles żeglarzem.


Nie sposób było oderwać wzroku od tych ust, które wyśpiewały tak niesamowitą pieśń, od tych oczu, tak niecodziennych, tak magicznych. Charles nie miał pociągu do mężczyzn, nigdy nie myślał o nich w sposób taki, w jaki pomyślał o Laurencie. On był wyjątkowy.

On był sztormem, zaś Charles jedynie łódką na jego łasce.


Płatność. Rzecz tak przyziemna kazała wrócić odurzonemu Mulciberowi do rzeczywistości. Wyrwać się z tego przyciemnionego światła, porzucić cienie nieistniejących fal na ścianach, wpatrzeć się znów w płomienie świec. Znów byli w Olibanum.

- Tak, płatność. - Wymamrotał, nie do końca obudzony, nie do końca śpiący. Chwilę zajęło mu podniesienie się z miejsca, owinięcie opium w odpowiedni pakunek, przeliczenie ceny w stosunku do wagi i ilości. - Dziękuję za zakupy. Do zobaczenia.

Postacie opuszczają sesję