Secrets of London
[05.08.1972r.] Bardzo mnie zawiodłeś. | Richard, Charles, Robert - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [05.08.1972r.] Bardzo mnie zawiodłeś. | Richard, Charles, Robert (/showthread.php?tid=3614)

Strony: 1 2 3 4


RE: [05.08.1972r.] Bardzo mnie zawiodłeś. | Richard & Charles - Richard Mulciber - 26.07.2024

Nie był taki? Jak własny ojciec? Tego wyznania, zaprzeczenia ze strony Charlesa się nie spodziewał. Ale przecież syn znał go tylko od tej strony, tej dobrej. W takiej; jaką Richard chciał, aby pamiętał. Nie poznał nigdy jego drugiej strony, drugiego oblicza. Jego słowa po prostu przyjął do wiadomości. Dał mu wskazówki, gdzie poszukiwać pracy. Charles od razu się zgodził. Czy to znaczyło, że potrzebował jasnych poleceń, aby cokolwiek zrobić w swoim życiu, skoro samodzielnie nic mu nie wychodziło?

Pytanie Lorien o pracę, w tym przypadku, w tym czasie, nie było według Richarda dobrym pomysłem. Zwłaszcza, że to od niej dowiedział się o wywiadzie, że to ona sugerowała wydziedziczenie.

- Na razie skup się na samodzielnym szukaniu. Lorien zapytasz w ostateczności, jeżeli nic nie znajdziesz.
Zasugerował, spojrzeniem mówiąc "na razie lepiej sobie odpuść". Dla dobra ich obojga. Ten dzień psychicznie ich wykańczał jednym artykułem.

Wstrzyma się z produkcją tych jebanych świeczek. Doskonale. Richard liczył na to, że syn dosłownie porzuci ten pomysł, lecz temu trzeba jednak dać czas. Skoro miał zainteresowanych kupnem klientów, niech się wywiąże ze zleceń, aby uniknąć kar.

Wiele spraw mieli już wyjaśnione. Richard przedstawił synowi zalecenia, co powinien zrobić, aby oczyścić swoje imię i rodzinne nazwisko. Niestety będzie musiał działać pod dyktando rodzica. A także być z tego niejako rozliczanym. I choć Charles nie chciał mieszkania a pokój, Richardowi nie do końca to się podobało. Jak już sam wcześniej wspomniał, wolałby go mieć na oku, tu w kamienicy. Niżeli na nie wiadomo, jaką odległość w dzielnicach. Lecz z drugiej strony, Charles zacząłby się uczyć już prawdziwej samodzielności i odpowiedzialności.

Spoliczkowanie syna, miało zmusić go do zapamiętana dzisiejszej rozmowy. Mniejszy ból, ale pamiętliwy. W tym przypadku Richard się nie zastanawiał. Działał jakby, intuicyjnie? Kiedy Charles wstał i niespodziewanie go objął, do Richarda dotarło co zrobił.

Uderzył syna.

Składana obietnica. Zapewnienie, że już go więcej nie zwiedzie. To jedno hasło było tutaj przecież najważniejsze. Rodzina. Zrozumiał? Zapamięta?

Niepewnie, ale uniósł ponownie dłoń, którą wcześniej spoliczkował Charlesa. Położył ją na jego włosach, jakby miał przy sobie niesforne duże dziecko. Dał przed chwilą upust swojej sile, teraz na nowo ładował swoją cierpliwość.

- Nikomu nie ufaj. Nie daj się wykorzystywać. Nie pozwól się zastraszać. Bądź mężczyzną, nie mazgajem. Z naszej linii od strony mojego ojca, tylko ja mam synów, którzy mogą przedłużyć nasze nazwisko. Naprawdę postaraj się.
Przypomniał mu przy tym podstawowe zasady ostrożności podczas zawierania znajomości. Mając nadzieję, że na nowo sobie je zakoduje. A przecież wspominany dziennikarz, działał na niekorzyść młodego chłopaka.

Richard poczochrał go po włosach, zabierając po chwili rękę. Poklepał go po plecach, jakby chciał zakomunikować "dobra, dobra, dość tych czułości".

Jeżeli Charles się odsunął, Richard spojrzał na jego twarz dość poważnie.
- Mam jeszcze jedno pytanie. Odpowiedz szczerze.
Czekał na zapewnienie, po czym kontynuował.
- Czy to prawda, że Leonard podsunął ci ten pomysł z tymi świecami?



RE: [05.08.1972r.] Bardzo mnie zawiodłeś. | Richard & Charles - Charles Mulciber - 26.07.2024

Charles wierzył nie tylko w dobroć ojca, ale również w jego nieomylność. Wszystko, co powiedział Richard, musiało się spełnić tak, jak tego chciał, dlatego też Charlie z miejsca odrzucił swój wcześniejszy pomysł.

- Dobrze... na razie zostawię ciocię Lorien poza tym. - Zgodził się, rozumiejąc, że sprawa świeczek i wywiadu odbiła się na każdym, również na miłej, wyrozumiałej cioci.

To było to, czego potrzebował. Ojcowska dłoń na włosach, która szybko zsunęła się na plecy i poklepała je, dając znak, że dość czułości. Charles nie był już przecież małym chłopcem. Jeśli potrzebował bliskości, powinien zacząć szukać jej u płci przeciwnej!

- Teraz będę ostrożniejszy, tato. - Obiecał po raz kolejny. Na jego jasnej skórze policzek odcinał się ciemniejszą plamą czerwieni, nawet jeśli sam Mulciber nie odczuwał w związku z uderzeniem już żadnych niedogodności. Pieczenie szybko się pojawiło, ale też szybko zniknęło. - Będę się starał. Nie zawiodę cię.

I chociaż miał naprawdę szczere intencje, to brakowało mu jeszcze wiele, by zmężniał. Ochronny parasol ojca był tak błogosławieństwem, jak i przekleństwem.

Odsunął się od Richarda na krok, nie zajmował już jednak krzesła. I choć chciał wykręcić się z rozmowy o bracie, wiedział, że nie mógł teraz tego zrobić. Sam mógł iść na dno, tym razem musiał pociągnąć Leo za sobą.

- Tak, to wyszło przy rozmowie. - Odpowiedział szczerze na pytania ojca. - Leonard wiedział o tych świeczkach od początku, i o tym że mam je na Lammas. To jednak wyłącznie moja odpowiedzialność, ojcze. On niczym nie zawinił.


RE: [05.08.1972r.] Bardzo mnie zawiodłeś. | Richard & Charles - Richard Mulciber - 26.07.2024

Nie bez powodu Richard wspomniał o Lorien, jak ten wywiad mógł, lub może wpłynąć na jej pracę. Stanowisko jakie zajmowała. Nosiła ich rodzinne nazwisko. Była żoną jego brata. Dobrze że Charles odszedł od tego pomysłu, kiedy Richard zasugerował aby dał jej na razie spokój. Lepiej będzie, jeżeli chłopak samodzielnie rozejrzy się za pracą sobie odpowiadającą, a pytanie znajomych czy po rodzinie, zostawi swojemu ojcu. Nie wiadomo jak oni mogą podejść do tematu po przeczytaniu wywiadu w Czarownicy. Jeżeli dostali go na swoje ręce.

Znając dobrze swojego syna, Richard wiedział, jakie gesty go uspokajały. Choć dla niego, jako rodzica było to męczące, musiał wciąż być takim, jakim pamiętają go dzieci. Skoro jakoś mu się udało.

Obietnice. Oby tylko Charles ich dotrzymał. I nie wywinął kolejnego numeru, za który może zostać ostatecznie wydziedziczony. Lepiej niech się bardziej pilnuje.

Pytanie o Leonarda było ważne, istotne. Aby wiedzieć, jak dalej postępować z tym drugim, starszym synem, który również przysporzył mu sporego problemu.

Charles przyznał prawdę. Tak jak wyznał w wywiadzie. Leonard o wszystkim wiedział i nie przestrzegł brata przed konsekwencjami.
- Rozumiem.
Przyjął do wiadomości odpowiedź młodszego syna.
- Porozmawiam z nim również.
Zaznaczył, że tej sprawy nie odpuści także Leonardowi.
Mieli wszystko już omówione. Charles dostał solidny wykład, ostrzeżenie, prawie groźbę z wydziedziczeniem. Zastraszenie paskiem i wymuszenie posłuszeństwa. Dostał instrukcje, co ma zrobić, jeżeli chce pozostać w rodzinie i wyjść w przyszłości na porządnego czarodzieja.
- Skoro wiesz już jak wygląda Twoja sytuacja i wiesz co masz robić. Możesz odejść i zająć się realizacją obietnic.
Nie było co już ciągnąć rozmowy, skoro mieli wszystko wyjaśnione. Chyba, że Charles miał jakieś pytania, chciał coś jeszcze omówić. Mógł pytać.
- A i jak już wyjdziesz, sprowadź mi tutaj jednego skrzata.
Polecił, przy okazji. Nie planował jeszcze opuszczać gabinetu, potrzebując chwili dla siebie. Może i tej koniecznej, aby jeszcze poinformować swojego brata o podjętych decyzjach.



RE: [05.08.1972r.] Bardzo mnie zawiodłeś. | Richard & Charles - Charles Mulciber - 27.07.2024

Z ust Charlesa wyrwało się westchnienie, gdy zrozumiał, że rozmowa z ojcem ma się ku końcowi. Nie tylko przetrwał tyradę ze strony Richarda, ale też dostał wyjaśnienie sytuacji, w której się znalazł, a także porady na przyszłość. I chociaż nie wszystkie słowa taty mu się podobały, musiał wziąć sobie co serca najcenniejszą radę: musiał skończyć być mazgajem i stać się mężczyzną. Drugiej szansy nie mógł zaprzepaścić.

- Wszystko, co się wydarzyło, to moja wina i moja odpowiedzialność. - Przypomniał jeszcze, chcąc chronić brata. Leo nie zasłużył na gniew ojca. - Uzupełnię mój życiorys niezwłocznie, a później dam ci go do sprawdzenia. Dzięki, tato!

Charles nie czekał nawet na potwierdzenie, że ojciec jest chętny na czytanie dokonań synka na papierze, bo jeśli zostanie mu przedstawiony ten dokument, to jakie będzie miał wyjście, jak tylko zaakceptować zadanie? Charlie pożegnał ojca lekkim uśmiechem i skierował się do wyjścia, gotów zasiąść z piórem i pergaminem od razu po dotarciu do zajmowanego przez siebie pokoju, napełniony nową nadzieją. Po drodze zawołał też Selar i skierował ją do gabinetu. Nie była może Pierdkiem, ale też się nada.

To jednak nie był taki zły dzień.

Postać opuszcza sesję



RE: [05.08.1972r.] Bardzo mnie zawiodłeś. | Richard & Charles - Richard Mulciber - 27.07.2024

Jeżeli Charles chciał zadowolić ojca, chciał, aby był z niego dumny, powinien wziąć się do pracy, bardziej nad sobą. Swoim zachowaniem i działaniami. Dając mu wolną rękę do prowadzenia życia według uznania, Charles w tym się zagubił. Robił coś, co najpewniej nie było jego decyzją. Głupi żart, zaproponowany przez brata, jako wskazówka na zarabianie, dało odwrotny efekt. Richard zrozumiał, że młodszy syn nadal potrzebuje ręki, która go będzie prowadzić. Może kiedy wskaże mu odpowiedni kierunek rozwoju, chłopak wyjdzie na porządnego czarodzieja? Czas pokaże.

Bronił brata. Doceniał to. Szanował. Wziął te słowa pod uwagę. I choć sobie dokuczali, widocznie jakaś więź wsparcia ich łączyła.

- Dlatego dostałeś ostatnie ostrzeżenie.
Przypomniał mu, że właśnie to jego ukarał. Z Leonardem porozmawia inaczej, poza tym, że miał z nim także nierozwiązany jeszcze problem. Dopiero co wysłał list do Guldbrandsena i czekał na odpowiedź.

Skinął głową w zgodzie, że przeczyta jego rozpisany życiorys. Lepiej jak sprawdzi, czy będzie dobrze napisany i da jakąś szansę, że chłopak będzie gdziekolwiek do pracy przyjęty. Może nie dosłownie jakiejkolwiek, bo raczej nie chciałby, aby Charles dostał się do jakiegoś burdelu czy innego Noctuńskiego interesu. To zbyt grzeczny chłopak jak córka Roberta.

Odprowadził wzrokiem syna, ale nie uśmiechał się. Ten dzień go zmęczył. Kiedy drzwi od gabinetu się zamknęły, westchnął ciężko. Przeczesał dłonią włosy, polożył pasek na blat biurka i zrobił oględziny tylnej ściany mebla, czy nie ucierpiała. Stary, wiekowy mebel ojca. Nie było mu żal, ale nie chciał teraz od brata oberwać.

Gdy usłyszał wejście, automatycznie się wyprostował, jakby go ktoś na czymś przyłapał i przeniósł zaskoczony wzrok w osobę, jaka się pojawiła.

- Na Odyna… Selar.
To tylko Selar. Odetchnął z ulgą. Widocznie to ją, Charles miał po drodze, aby poinformować, że Richard jej potrzebuje. Tym razem już wysławiał się w języku angielskim.
- Panicz Charles powiedział Selar, że Pan Richard jej potrzebuje. Selar przyszła wykonać polecenie.
Skrzatka wyjaśniła swoje przybycie, ostrożnie obserwując Mulcibera.
- Tak… Powiedz Robertowi, że skończyłem rozmawiać z Charlesem. Może przyjść do gabinetu.
Wydał proste polecenie, gestem dłoni odprawiając skrzatkę z gabinetu. Ta odeszła, aby wykonać polecenie.

Znów został sam w tej ciszy. Oparł się tyłkiem o blat biurka, podparł rękoma i spuścił głowę. Gapił się w podłogę. Zrobił to, czego nie chciał. Uderzył syna. Nie paskiem, a spoliczkował go. To i tak dopuścił się przemocy. Nie miał po prostu wyboru. Musiał ostrzej dotrzeć do chłopaka.

Musiał się uspokoić. Wyjął papierośnicę a z niej papierosa i zapalniczkę. Odpalił sobie i mocno zaciągnął. Przedmiot odłożył na blat biurka. Wypuścił dym i wsadził papierosa do ust, odwracając się do biurka profilem, aby spojrzeć na swój pasek od spodni. Część odzieżowa, której zawsze przypominała mu tamte dni. Zgarnął go i przewlekał przez uchwyty w spodniach aby znów go zapiąć. Czekał ogólnie na brata.




RE: [05.08.1972r.] Bardzo mnie zawiodłeś. | Richard & Charles - Robert Mulciber - 27.07.2024

Nie umknęło mu to, co wydarzyło się tego dnia.

Mimo próby odcięcia się od reszty rodziny, od rodzinnego biznesu, wywiad udzielony przez Charlesa, nie przeszedł bez echa. Okazał się bronią, którą bratanek zupełnym przypadkiem wycelował we własnych bliskich. Nie myślał o konsekwencjach. Nie myślał o tym, ile ta jedna głupia decyzja będzie kosztować pozostałych.

Robert był tym wszystkim cholernie mocno rozczarowany.

Tym, co uświadomiło go odnośnie artykułu były... ściany Olibanum. Jakiś śmieszek, zapewne dobrze zorientowany w tym, do kogo należał ten konkretny sklep w Podziemnych Ścieżkach, postanowił okleić go z zewnątrz kilkoma kopiami artykułu. Płomień kontrowersji?Czy w Twojej sypialni brakuje iskry? I do tego jeszcze te cholerne, koszmarne, ruchome zdjęcia. W pierwszym momencie Mulciber myślał, że zaraz tutaj, na miejscu, trafi go jakaś cholera. W drugim zaczął to wszystko zrywać ze ścian.

Nawet nie pomyślał, że znacznie lepiej sprawdziłoby się w tym przypadku jakieś proste zaklęcie. Wkurwiony jak nigdy wcześniej, nie był bowiem w stanie myśleć w ogóle. Nie tylko logicznie, ale... po prostu wcale.

Zamiast - zgodnie ze swoimi wcześniejszymi planami - zająć się sklepem, wrócił do kamienicy ledwie tylko ze wszystkim zdążył się uporać. Względnie uporać. Nie był bowiem naiwny. I nie sądził, żeby miało się skończyć na jednym tylko takim przypadku. Zarazem nie miał jednak sił, aby zastanawiać się nad tym, w jaki sposób powinien to wszystko ogarnąć.


Wróciwszy do kamienicy, chciał porozmawiać z bratem od razu. Bez zwłoki. Selar poinformowała go jednak, że Richarda w domu nie było. Musiał więc zaczekać. I to też zrobił. Zamknął się w gabinecie. Nalał sobie whisky. Zadbał o to, żeby nikt poza bliźniakiem mu nie przeszkadzał. Czekał aż ten wróci.

Czekał aż ten mu wszystko wytłumaczy.

Bo przecież powinien mieć świadomość tego, co wyprawiał jego syn, prawda?

Kiedy Richard, zamiast rozmowy na ten temat, poprosił go o udostępnienie gabinetu i poinformował, że chciałby pierw załatwić wszystko z synem, Robert jednak nie oponował. Zgodził się. Zabrał szklankę. Zabrał papierosy. Na odchodnym poprosił, żeby po wszystkim, brat dał mu znać. Poinformował, że jest już wolny.

Nie zamierzał odpuszczać. Nie zamierzał zachowywać się, jakby tym razem znów nic się nie stało. Zwłaszcza, że było wręcz przeciwnie. A jego cierpliwość, cierpliwość Roberta, miała swoje granice. I granice te zostały przekroczone.


Do gabinetu wrócił chwilę po tym, jak poinformowany został przez Selar. W między czasie zdążył nieco ochłonąć. Zdążył też wypalić kilka papierosów. Opróżnić dwie szklanki whisky. Nie były to oczywiście szklanki pełne. Tradycyjnie - zaledwie na niecałe dwa palce. Był do tego przyzwyczajony. Z tego też względu, nawet pod wpływem tegoż wypitego alkoholu trzymał się całkiem nieźle.

Kiedy otworzył drzwi, nie skierował się w kierunku komody, na której stały różne butelki. Karafki. Nie zamierzał dolewać sobie więcej, uznając, że mu na chwilę obecną wystarczy. Zamiast tego spojrzał od razu na brata.

Spojrzenie było bez wyrazu.

Nastrój? Łatwy do odczytania. Po prostu spierdolony.

- Załatwiłeś to? - zapytał, odnosząc się do tego, co ustalili wcześniej. Mocno wstępnie. Teraz czekał na wyjaśnienia. Na informacje zwrotną. Na gwarancje, że to się nie powtórzy. Sam nie zamierzał dawać dzieciakowi kolejnych szans. Do trzech razy sztuka. Tyle razy nawalił. Kiedyś trzeba było powiedzieć pas.

Obszedł biurko, zajmując swoje miejsce. Swój fotel. Rzucił na blat własną paczkę fajek i zapalniczkę. Na razie nie potrzebował sięgać po kolejnego papierosa, ale cholera jedna wie, co będzie miało miejsce za chwilę. Nie był jasnowidzem. Nie mógł więc tego przewidzieć. Możliwe, że nawet nie chciał próbować.




RE: [05.08.1972r.] Bardzo mnie zawiodłeś. | Richard, Charles, Robert - Richard Mulciber - 28.07.2024

Dzisiejszego dnia, Richard mało wypalił papierosów, dając upust swoim nerwom. Alkoholem został poczęstowany u Lorien w biurze. Potrzebował tego, nawet w małej ilości, aby jakoś ogarnąć zaistniały, poważniejszy problem, wywołany zachowaniem jego syna.

Gdy zapiął pasek, zgarnął popielniczkę bliżej siebie i zajął wolny fotel przed biurkiem. Prawą ręką opierał się łokciem o podłokietnik, palcami dłoni masując sobie skroń, czasami całe czoło. Lewą dłonią operował papierosem. Siedział w zamyśleniu nad sytuacją chłopaków i swoją w przeszłości.

Robert nie kazał zbyt długo na siebie czekać. Kiedy się pojawił, Richard tylko rzucił na niego spojrzenie, wyczerpanego rodzica zachowaniem swoich pociech. Wiedział, że musi mu powiedzieć o decyzjach, ale wewnętrznie odczuwał obawy, lęk. Widział nastrój brata. Rozmowa może nie być prosta. Ale może choć wyrozumiała?

Na zadane pytanie, Richard nie od razu odpowiedział. Lecz po krótkiej chwili.
- Ostrzegłem go ostatni raz. Groźbą wydziedziczenia. Pokazując mu siłę... paska.
Zaczął. Przy ostatnim słownie po prostu chowając czoło w dłoni, jakby je masował. Ostanie słowo nie przyszło mu wypowiedzieć łatwo.
- Uderzyłem go... Spoliczkowałem.
Przyznał się, że sięgnął po przemoc. Że uderzył syna, ale nie drastycznie jak robił z nim to ojciec.
- Jak znajdzie pokój, czy zgodzi się na mieszkanie, wyprowadzi się. Wie, że nie chcesz go widzieć.
Dodał kolejną informcję. Zabrał rękę z głowy i w końcu spojrzał na Roberta. Zaciągnął się papierosem.
- Charles uwierzył, że padł ofiarą Isaaca Bagshota, który wykorzystał sobie jego niewinność i naiwność do swojego sukcesu zawodowego. Kosztem jego osoby. Może dzięki temu przestanie się słuchać tego cholernego dziennikarza.
"Usunąłbym go z tego świata..." – dokończył w myślach. Pragnienie, którego nie spełni. Pozbyć się Isaaca Bagshota.



RE: [05.08.1972r.] Bardzo mnie zawiodłeś. | Richard, Charles, Robert - Robert Mulciber - 28.07.2024

Cierpliwość. Wyrozumiałość. Pewna tolerancja na młodzieńczą głupotę. To wszystko już było. Towarzyszyło Robertowi odkąd Charles pojawił się w Londynie wraz z początkiem lipca. Stopniowo wyczerpywało się jednak wraz z każdym kolejnym tygodniem. Kolejne wyskoki bratanka w niczym nie pomagały. Ostatni natomiast... ten ostatni zdawał się stanowić już nie mniej i nie więcej, jak gwóźdź do jego trumny. Tej trumny, którą sam sobie powolutku zbijał - po trosze każdego dnia.

Nie był jego synem. Całe szczęście w tym, że chłopak nie był jego synem. To nie jego obowiązkiem było w tym przypadku uświadomienie go odnośnie tego, co zrobił. Na co naraził rodzinę. Swoich bliskich. Nie on musiał też wyciągać w kierunku tego smarkacza odpowiednie konsekwencje. Bo tego, że konsekwencje należało wyciągnąć - tego Robert był absolutnie pewny. Nie miał nawet cienia wątpliwości.

Obserwując brata, po prostu czekał. Na konkretne informacje. Na przedstawienie tego, jak wyglądała sytuacja. Choć przychodziło mu to z trudem, nie wyciągnął ręki. Nie zdecydował się go pocieszyć. Okazać wsparcia. Wsparcia, którego bliźniak być może potrzebował. Na pewno potrzebował? A przecież rozumiał. Robert jak nikt inny rozumiał ile musiało go to kosztować. I dlaczego kosztowało to Richarda tak wiele.

- Nie chce go widzieć. Masz racje. Jedynie to, że ten smarkacz jest Twoim synem, powstrzymuje mnie przed tym, żeby wystawić go za drzwi już teraz. W tym momencie. - postawił sprawę jasno. Równie jasno, co wcześniej. Kiedy nie miał zbyt wiele czasu na przedstawienie swoich własnych oczekiwań odnośnie tej sytuacji. Tego problemu, który należało rozwiązać. Odpowiednio się nim zająć. - Nie liczyłbym na to, że ten cholerny dzieciak czegokolwiek się nauczy. Przykro mi to mówić, Rick, ale wygląda na to, że na rozum zamienił się z olbrzymem. Ewentualnie jakimś trollem.

Odchylił się w swoim fotelu, spoglądając przez moment prosto na sufit. Gdyby było inaczej, gdyby dzieciak nie był tak beznadziejnym przypadkiem - przynajmniej w odczuciu Roberta - dałoby się cokolwiek temu zaradzić. Trochę dyscypliny. Więcej obowiązków. Regularne meldowanie się. Stała kontrola. Znalezienie mu odpowiedniego zajęcia, które wybiłoby z głowy te wszystkie bzdury.

Kusiło go, cholernie go kusiło, żeby podejść do komody. Sięgnąć po szklankę oraz odpowiednią karafkę. Z jakąś dobrą whisky. Nalać sobie. Napić się. No dalej. Przecież tego potrzebujesz. Szeptał cichy głosik. Przecież tego chcesz. Uparcie namawiał, sprawiając że Robert musiał aż na moment zamknąć oczy. Spróbować się wyciszyć. Jakoś ogarnąć. Jakby to było proste. Jakby to dało się osiągnąć łatwo.

Wreszcie kolejny raz spojrzał na brata.

- Ile dałeś mu czasu? - konkrety. Musiał skupić się na konkretach. To właśnie one były w stanie pomóc mu utrzymać pion. Jakoś z tym wszystkim się uporać. Przynajmniej pozornie uporać. Tak na pierwszy rzut oka. Bo że wszystko będzie w nim siedzieć jeszcze przez pewien czas - to było pewne. To było pewne absolutnie.




RE: [05.08.1972r.] Bardzo mnie zawiodłeś. | Richard, Charles, Robert - Richard Mulciber - 29.07.2024

Nie oczekiwał, że brat okaże mu jakieś wsparcie. Temat był dla niego trudny, gdyż wyskoki Charlesa, przynosiły wstyd. Nie tylko rodzinie ale i swojemu rodzicielowi. Richard miał powody aby wstydzić się swojego syna. Tego, co zrobił a nie powinien. Tego, czego się po nim nie spodziewał, a poszło w świat magiczny. Próbował zebrać myśli, aby cokolwiek z ustaleń przekazać Robertowi. Musiał to zrobić.

Przedstawiając w końcu najważniejsze ustalone sprawy, jak groźba i zapewnienie o wyprowadzce Charlesa, wysłuchał potwierdzenia brata, że nie chce widzieć tutaj jego syna. Było to zrozumiałe.

- Wierz mi, że sam nie czuję się z tym dobrze. Narobił mi cholernego wstydu, że ledwo powstrzymałem się od zlania go paskiem. Wiem, że ta metoda nie podziała.
"Nie podziałało odpowiednio na mnie." – dokończył w myślach, przypominając sobie sytuację z przeszłości. Gdyby Richard chciał, aby syn się go bał, odczuwał lęk, być może nie hamował by się z przemocą. Lecz to nie było żadne rozwiązanie problemu.
- Obiecał poprawę. Tym razem jednak będzie robił wszystko co mu powiem. Bez samowolki. Ma mi się meldować, pisać i pytać. Próbuję wybić mu durnowaty pomysł z chujowymi świecami. Potwierdził mi, że złożył odpowiednie dokumenty na założenie swojej działalności... Być może popełniłem błąd, dając dzieciakom wolność z samodzielnego ułożenia sobie życia...  albo… nie nadaję się na ojca.
Choć sam był na wojennej ścieżce z własnym ojcem. Postawił na swoim, ale też otrzymywał groźby. Francis musiał mieć duże pokłady cierpliwości. Czy może decyzje ojca wynikały z czegoś innego?

Richard brzmiał trochę tak, jakby nie tylko z Charlesem miał problem, odnosząc się ogólnie do swoich dzieci. Zaczynał mieć obawy o pozostawienie córki samej w Norwegii, czy i ona nie odwali mu czegoś nieodpowiedzialnego.
Dopalił papierosa, gasząc w popielniczce. Nie miał dzisiaj za bardzo czasu na inne sprawy, swoje plany. Nie miał głowy zając się innymi sprawami, gdyż rodzinne były priorytetem.

- Tydzień.
Odpowiedział na pytanie brata. Wstając i zabierając swoją papierośnicę, aby wyjąć kolejnego papierosa. Nie odmawiał sobie tytoniowego nałogu. Potrzebował teraz tego więcej niż podczas rozmowy z synem. Teraz, podczas rozmowy z bratem, aby uciszyć, uspokoić w sobie nerwy, agresję.
Po odpaleniu papierosa i zaciągnięcia się, spojrzał na Roberta.
- W jeden dzień nie załatwi wszystkiego.
Dodał informacyjnie, co było w sumie wiadome. Uważając, że tydzień powinien chłopakowi wystarczyć. To i tak dużo czasu, jako że miał jeszcze gdzie mieszkać i zapewnione wsparcie finansowe. To jednak może się szybko skończyć. Bardzo, szybko.

Richardowi przeszło prze myśl, aby zapytać o kontakty, ale to był problem, jaki sam powinien rozwiązać z synem. Szukanie mieszkania czy też pokoju nie powinno być trudne, patrząc po wystawianych ogłoszeniach. Dobrze byłoby jednak mieć pewność, że Charles nie pójdzie mieszkać do kogoś, kto poszukuje współlokatora i jest dziennikarzem czy też szlamą czy szlamolubcą. Tego by jeszcze im brakowało.




RE: [05.08.1972r.] Bardzo mnie zawiodłeś. | Richard, Charles, Robert - Robert Mulciber - 31.07.2024

Zgadzali się w tej kwestii. Własne doświadczenia sprawiły, że żaden z nich po tego rodzaju rozwiązania nie sięgnąłby chętnie. Robert nie sięgnął po nie nigdy. I nie zazdrościł bratu tego, że syn go... po prostu do tej reakcji zmusił. Swoją głupotą. Swoim jakże nieodpowiedzialnym zachowaniem. Zarazem nie był na ten moment skory do tego, żeby okazać wsparcie. Choćby trochę zrozumienia. Wszystko było bowiem zbyt świeże. Za bardzo pozostawał tym wszystkim... po prostu wkurwiony.

- Zamiast nauczyć go odpowiedzialności, coraz bardziej uzależniasz go od siebie. Naprawdę sądzisz, że to właściwe rozwiązanie? - zadanie tego pytania zajęło mu chwilę. Tę chwilę, która potrzebna była na przyswojenie słów bliźniaka. Dlaczego znów się wtrącał? Dlaczego zasiewał tę wątpliwość? Dlaczego nie potrafił tak po prostu się od tego odciąć?

Richard. Imię stanowiące odpowiedź. Stanowiące odpowiedź na wszystko. O ile bowiem odcięcie się od bratanka problemu nigdy nie stanowiło, tak zawsze pozostawał brat. Richard był ojcem tego pożal się smarkacza i nie dało się tego tak po prostu wymazać. To zaś sprawiało, że cała ta sytuacja, Roberta wkurwiała jeszcze bardziej.

Bo to nie powinno być jego problemem.

Bo to nie powinno być czymś, co on będzie starał się naprawić.

Tylko czy potrafił trzymać się od tego bagna na dystans? Patrząc w sufit myślał. Zastanawiał się. Rozważał różne opcje. Tylko czy był w stanie uzyskać na to odpowiedź? Odpowiedź jednoznaczną? Albo chociaż jakąkolwiek?

Nie musiał czekać długo na odpowiedź na pytanie o to, ile czasu dzieciak dostał. Richard odpowiedział na nie szybko. Sięgając zarazem po kolejnego papierosa. A następnie uzasadniając swoją decyzje. Tłumacząc ją. A więc mowa była o tygodniu...

- Oby ten tydzień mu wystarczył. - skomentował. Czy tymi słowy chciał dać do zrozumienia, że Charles nie dostanie nawet jednego dnia więcej? Cóż. Prawda była taka, że choć był cholernie wkurwiony, takiego kroku by nie wykonał. Przynajmniej tak długo, jak długo ten smarkacz nie zjebałby czegoś jeszcze. Tylko czy... czy to nie było pewne? Robert przestał w Charlesa wierzyć całkowicie. Nie miał podstaw do tego, aby widzieć go inaczej.

Nie chciał tych podstaw znaleźć. Nie chciał tak po prostu dać mu kolejnej szansy. Przede wszystkim z tego względu, że tych szans było już zbyt wiele. Jak to się mówiło? Do trzech razy sztuka. Swoje trzy razy bratanek miał już za sobą.

Sięgnął do szuflady, skąd wyjął kopertę. Kopertę, którą nie tak dawno temu dostał od dzieciaka. Czym to było? Próbą przeprosin? Robert żadnych przeprosin przyjmować nie zamierzał. Nie kiedy ta druga osoba nie była w tym szczera. I zamierzała raz jeszcze postąpić w ten sam, niedopuszczalny sposób. Położył ją na biurku, przesunął w kierunku brata. Listu, który tej kopercie towarzyszył natomiast nie dołączył.

- Zrób z tym, co uważasz. Charles zostawił kopertę na biurku, informując o przyjętym zamówieniu. Nie zamierzałem wyciągać względem niego żadnych konsekwencji, niczego mu utrudniać. Ten artykuł jednak wszystko zmienił. Nie chce widzieć tutaj niczego, co wiąże się z tymi świeczkami. Absolutnie niczego. - wyjaśnił, zwracając pieniądze. Pieniądze, co do których od początku nie miał pewności, co powinien był z nimi właściwie zrobić. Cóż. Teraz się tego problemu pozbył. Tego ciężaru. Wiążących się z nim wątpliwości. Przemyśleń. To Richard powinien o wszystkim zdecydować. Wszystkim się zająć.