![]() |
|
[wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent (/showthread.php?tid=3647) |
RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 30.07.2024 Coś w tej nocy sprawiało, że ludzie wydawali się bardziej miękcy. To przez ten olejek? Palce aż ślizgały się po jedwabiu skóry, przyjemny aromat działał na zmysły. Zapach - zapach człowieka bardzo łatwo ginął w parze. Czy to pomagało? Odprężysz się bardziej, jeśli pokusa nie będzie prowadziła prosto do Piekła, z którego wyciągaliśmy ślamazarne i niechętne wnioski o tym, że bezsens tego wydarzenia powinien nas skłonić do refleksji. Bezsens tego, że wampir - łowca - leży tutaj z selkie. Chce mieć przyjaciela, ale czy to na pewno tak działa, że "chcieć" znaczy "mieć"? Żeby chociażby znaczyło, że da się "móc", a niekiedy nawet tyle nie dostawaliśmy z inwestycji zwrotnej, jaka była przekładana na codzienność Astarotha. Chciałeś zapełnić jakąś lukę w sercu - i to w porządku. Naprawdę okej. W końcu bezinteresowność nie wpisywała się teraz w zaplątany liniami wysokiego napięcia życia Laurenta. On też czegoś chciał. Czegoś nieobjętego słowem, co było niczym konkretnym, a konkretnym zarazem. Gdzieś w swojej części chciał uwagi i bliskości, w drugiej udowodnienia samemu sobie, że słodycz już nie istnieje - wszystko jest gorzkie, albo przynajmniej goryczą zaprawione. Para wiele kryła - zaczynała też skrywać jog myśli w magii odprężenia. Spojrzał na niego z lekką konsternacją po tym okrzyku o dzikim człowieku z Azji. Niekoniecznie połączył to ze swoimi wcale nie do końca zgrabnymi wygibasami. Odpowiedź, jakiej szukał w jego oczach, szybko umknęła przez pojawienie się Migotka, który przyniósł tacę z herbatą i położył ją na półce przy wannie. Ukłonił się, patrząc jednym okiem na Astarotha tylko przez ułamek sekundy. Jego drugie oko było zakryte opaską. Zeskoczył na dół i pozbierał ciuchy obu mężczyzn, żeby znowu zniknąć z cichym kliknięciem teleportacji. - Tylko że Duma tresowany był do tego, by zabijać. - Laurent go tak tresował. Tak, by gotów był polować na ludzi, jeśli sytuacja będzie tego wymagała. Jeszcze nigdy nie miał tak niebezpiecznej sytuacji jak ta, kiedy napadł na Astarotha. - Instynkt... to instynkt. Zawsze będzie wodził za nos. Mantykora jest niebezpieczna dlatego, że jest inteligentniejsza od większości ludzi, ale nie chce walczyć ze swoimi instynktami i naturą. To dlatego została zakwalifikowana do grupy zwierząt, a nie istot. Ponieważ zawsze wybiera brutalność. - Czy to miało drugie dno? Laurent rozpatrywał to na płaszczyźnie wampiryzmu, wokół którego kręcił się temat. Ale może niepotrzebnie do tego wracali ciągle i wciąż? Może dobrze byłoby zapomnieć - na chwilę, dwie? Zająć się czymś innym. Wrócić do wspominek i porozmawiać dalej o rodzinie, ale, och, moment... tu też było o krwi i jej rozlewie. Przemocy. - Zupełnie jakby śmierć cię uwrażliwiła. Nie sądzisz, że to tragedia? - Bo gdyby tylko wyłączył te wszystkie emocje, wątpliwości, gdyby oswoił się z samym sobą i pogodził ze swoją naturą, ukochał ją jak ta mantykora... w zasadzie to opowiadał mu o niej, a pewnie dobrze wiedział. Ach, już za późno... może się nie zirytował, że należał do tych osób pieprzących rzeczy zupełnie oczywiste. Większość jego przyjaciół i znajomych nie miało szerokiej wiedzy z zakresu istot magicznych. - Niektórym wydaje się, że są nieśmiertelni, bo nie zaznali śmierci. I to sprawia, że króluje ich lekkomyślność. - Albo było jeszcze więcej powodów, dla których Astaroth właśnie tak postrzegał swoje rodzeństwo. To było ciekawe - odkrywać jego świat od drugiej strony. - Podchodzisz rozsądnie do swojego pragnienia. Nie ma się czego wstydzić. - Wspomniał jeszcze apropo tego, że niekoniecznie był z siebie zadowolony, że "wykorzystywał dobroć Kim". Czymś się pożywiać musiał, tak? Laurentowi brakowało złotego środka. Chciał go ciągle zapytać jak tam mikstury z Victorią, czy coś się udało osiągnąć, ale ciągle coś innego łapało jego uwagę już i tak rozpływającą się przez zmęczenie. - Nie bij się. - Odpowiedział na ten żarcik tak, jakby wydawał jakiś nienachalny i oczywisty rozkaz, a ta wesołość wpłynęła do jego świadomości dopiero po chwili. - Taaak... - Mruknął na to pytanie o przysypianie. Tak i nie zarazem. Coś kryło się pod tymi powiekami. Coś strasznego, co sprawiło, że znowu zadrżał i złapał głębszy wdech. Nie potrafił tego zapomnieć - widoku głowy odrywanej od ciała. - To zadbaj, żeby nie była zimna. - To wydawało się bardzo proste. Ale mimo swoich słów odsunął się ze zmęczeniem od wampira, żeby sięgnąć po filiżankę z herbatą. Uśmiechnął ulotnie od tego ruchu jego biodra, który był zachęcający do podniesienia się. Nieco mu drżała dłoń. Ale chciało mu się pić - dopóki nie zanurzył ust w ciepłym naparze nie był tego świadom. - - Nie mogę pozbyć się tego widoku. Tych ciał. Tej brudnej wody. - Wyznał cicho, wpatrując się przez moment w swoje odbicie w herbacie. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 30.07.2024 Wpatrywałem się w Laurenta i miałem bardzo niedobre myśli. Nie tak niedobre, jakbyśmy oboje chcieli. Miałem mroczne myśli, kruszące moją duszę i silną wolę, bo... Co, gdybym jednak stał się taką mantykorą? Może nie aż tak inteligentną mantykorą, ale powierzającą swój los instynktowi i naturze? Może tak naprawdę nie byłem już człowiekiem ani istotą, tylko stworzeniem mroku. Może to wszystko, co robiłem, to nie człowieczeństwo, tylko maska w jakimś stopniu inteligentnej bestii? Może polowałem? Może wciąż trwałem na jednym wielkim polowaniu? Instynkt... Czułem go. Czułem tę potrzebę. Pamiętałem wizytę Laurenta u Geraldine. Nie byłem sobą, nie byłem sobą, tylko potworem chcącym zagarnąć dla siebie jak najwięcej krwi. A jednak siedziałem tu i nie żarłem. Na co czekałem? Na przyjaźń? Na miłość? Na darmową herbatkę? - To ogromna tragedia - wyszeptałem prawie bezgłośnie. Nie chciałem tego akceptować, siebie takim, taką bestią, zwierzęciem, potworem. To nie było zgodne z moją naturą. Chciałem to odrzucić, nie zamierzałem tego przyjmować. A jednak CHUJ. Masz to i masz tak żyć, Astarothcie. Ale ja nie chcę... Ale musisz. Koniec, kropka. - To było konieczne - odezwałem się w końcu, wpatrując się w jego postać popijającą herbatę. Równie dobrze mógł jej teraz nie pić, gdyby Adria wygrała. Ja może byłbym jej sługą, zapatrzony w boginię jezior. Straciłbym rozum, zjadł siostrę... A może ona urwałaby mi łeb? - Gdyby nie to, może już by nas nie było - powiedziałem to głośno, tę okrutną myśl. - Mógłbym cię pocieszać, że to w końcu zniknie, że pójdzie w zapomnienie, ale... tak naprawdę zawsze będzie już częścią ciebie. Ale, jeśli cię to pocieszy, to z każdym kolejnym razem będzie to dla ciebie coraz mniej bolesne, aż w końcu będzie nikłe albo wcale... Nie będziesz czuł już nic. Jak ta mantykora zapewne. I teraz pytanie - czy do gryzienia innych również miałem przywyknąć? Przywyknąć do bycia wampirem? Przywyknąć do wiecznej nocy? Przywyknąć do zadawania bólu bliskim? Zanurzyłem się na chwilę pod wodę, zostawiając z tym wszystkim samego Laurenta. Spłukiwałem rytualnie te wszystkie negatywne myśli. Miałem być siłą. Miałem być orężem. Miałem być oparciem. Przynajmniej dziś. Czy miałem przywyknąć do tego, że wcale nie potrzebowałem oddychać pod wodą...? Spłukiwałem to wszystko co złe, wyrzucałem to z głowy. Wynurzyłem się. - Życie złożone jest z chwil. Teraz potrzebujesz przejść żałobę, ale potem... potem skup się na tym, co daje ci szczęście - poradziłem, czując jak woda spływa mi po twarzy, jak mokre włosy przykleiły mi się do twarzy. Człowiek? Czy wampir? Czy to i to? - Przez Adrię chciałem dziś rozszarpać Geraldine. Tak naprawdę. Nie wiem, co się stało, że tego nie zrobiłem. Chyba się ocknąłem, ale... chciałem to zrobić. Widziałem to wyobraźnią. Nienawidziłem ją za to, że jest przeciwko Adrii. Niezależnie od tego, kto zadał ostateczne ciosy, całe to zamieszanie było przez nią. To była jej wina - wyznałem. Dopiero teraz przetarłem twarz, usiadłem z powrotem na swoim miejscu. Poważny. Już nie było mi do śmiechu. Dekapitacja może fajna rzecz, ale Laurent widział to z innej perspektywy. Nie epickiej akcji, tylko brutalnej rzezi... Żałowałem, że to nie ja ubiłem Adrię, ale bardziej żałowałem tych morderczych myśli względem siostry. - I to straszne jaką bronią mogę być w czyichś rękach - zauważyłem, zagryzając wargę. Nie podobała mi się taka wizja. Nie chciałem być marionetką w niczyich rękach. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 02.08.2024 Wtedy byłeś potworem, dziś jesteś potworem, który odnajduje w sobie człowieka. I to jakiego! Kogo! Nieprzeciętnego - takiego, który zwie siebie samego księciem i rozważa o swojej szlachetności. Wzbrania się przed tym, że coś może brzmieć godnie. Wada? Skąd. To były cechy, które nawet nie można nazwać skromnością. Były tak boleśnie ludzkie, że Laurent zapatrywał się na to przez firanę swoich rzęs i widział piękniejszą wersję niż nagość dobrze wyrzeźbionego ciała, które zbadał swoimi palcami. Do którego przylegał. Myślał, że gdyby dostał szansę, zacząłby się uczyć zagięć tych mięśni. Bo to było przyjemne, tak? Kiedy coś jest przyjemne - pragniesz tego. Gorzej, kiedy odwzajemnienie pragnienia może ze sobą przynieść coś, na co niekoniecznie jest się gotowym. Na cokolwiek ta bestia czekała - była zasypywana pytaniami przez człowieka. Cóż za tragiczna koegzystencja... W której formie tej zawiłości rodził się Jeckyll i Hyde? I pocieszał go. Siedział tutaj, w cieplutkiej wannie i pocieszał go. Mówił brutalną prawdę, której Laurent słuchać nie miał ochoty. Chciał usłyszeć kłamstwo. Chciał słuchać, że to przejdzie, że przeminie, że to wszystko straci na znaczeniu i że naprawdę uda się z tym zasnąć. Zakrztusił się łykiem tej herbaty, ale tylko trochę. Na tyle, że parę kaszlnięć później i z dłonią na klatce piersiowej, z łzami w kącikach oczu, było po wszystkim. To nie przeminie, to się nie skończy, po prostu przeminie i przejdzie do obojętności. Laurent zaczął płakać. Opuścił głowę z pierwszymi kroplami na policzkach, starając się trzymać trzęsące się na nowo dłonie w stabilności, ale nie próbował nawet tego płaczu powstrzymywać. Płakał. Ponieważ mógł, ponieważ nie wiedział, jak ma inaczej radzić sobie z tymi wszystkimi obietnicami, z tym, że nic nigdy nie jest lepiej - jest tylko coraz gorzej. Brakowało mu już sił na utrzymanie siebie na powierzchni. Był selkie, a wrażenie tonięcia było wszechogarniające. Nie radził sobie z bezpieczeństwem swoim, New Forest, z relacjami z ludźmi, z tym swoim ułomnym ciałem, które go zdradzało, bo ciągle potrzebował bliskości jak szalony, inaczej nie potrafił funkcjonować. Już było mu niemal obojętnie, kto go obejmie w nocy, byle objął. Żeby tylko nie budzić się znów samemu w tym przeklętym domu, który inni nazywali Rajem. Dla tego Anioła był Piekłem. - Czyli na czym... na czym mam się skupić. - Zmusił się do tego, żeby odstawić tę herbatę - trochę ją rozlał, ale nie przejął się tym zanadto. To tylko herbata. Oparł się brzegu wanny. - Ty chciałeś ją ugryźć, a ja ugryzłem. Ugryzłem rękę Blacka. - A ich krew była trująca i halucynogenna, ale to nie miało nawet znaczenia. To była łagodna i dobra osoba - nie powinien go krzywdzić. Cokolwiek by się nie działo nie miał takiego prawa. Oparł czoło na przedramieniu, płacząc rzewnie, aż drżały jego wątłe ramiona. Pokręcił lekko tą głową, nie potrafiąc się zdobyć na jakieś wielkie, mądre słowa dla Astarotha - to za każdym było straszne, kiedy człowiek stawał się marionetką w rękach drugiego człowieka. Mimo to legilimencja była zakazana, a jej groźniejsza wersja - hipnoza - nie. - Przepraszam, Astaro-thcie. - Zachłysnął się powietrzem i w końcu uniósł głowę, przecierając przekrwione, przemęczone oczy. Zaczął wycierać sobie twarz ze słonych łez, zastępując je różaną wodą z wanny. - Mam już dość. Jestem zmęczony tym światem. - Tym bólem, który zadrą tkwił w ranie świata. Chciał się ewidentnie podnieść i wyjść z wanny. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 03.08.2024 Poderwałem się ze swojego miejsca, kiedy Laurent się zakrztusił. Z mojej perspektywy wyglądało to naprawdę poważnie, a wiedziałem, że z takimi rzeczami nie było żartów. Byłem pewien, że to w dodatku przez moje słowa, brutalnie szczere, do czego Laurent raczej nie przywykł. Zapewne jego życie ubrane było w idealne słówka. Wszystko dotychczas mogło działać jak w zegarku, pozornie mogło tak działać..., ale nic nie było tak perfekcyjnie, tak idealne. Nawet zegarki się psuły, potrzebowały, naprawy, wymiany pewnych części albo wyrzucenia na śmieci. - Nie masz mnie za co przepraszać - odpowiedziałem mu zaraz. Tak trwałem w jego pobliżu, za bardzo nie wiedząc, co będzie najodpowiedniejszym w tym położeniu. Przydałby się prędzej ktoś ciepły o bardzo dobrym sercu, ktoś, kto nie miał krwi na rękach, kto się nią nie żywił, ktoś o delikatnym głosie, kto mógł nim koić, topić serca, a może nawet ktoś, kto mógł wyśliznąć z tej głowy troski...? Chociaż jeśli o mnie chodziło, uważałem, że ból hartował. Pewnie gdybym bliżej przyjrzał się swojemu położeniu, gdybym mógł usłyszeć przemyślenia Laurenta, to doszedłbym do wniosku, że ból i cierpienie hartowało, że robiło prawdziwego człowieka z człowieka. A może tak naprawdę niczego nie zmieniało? Może błądziliśmy, próbując jakoś to wszystko usprawiedliwić, nadać krzywdom jakiegoś sensu, którego tak naprawdę nie miały? - Myślę, że z dwojga złego lepiej, kiedy ty gryziesz niż ja - odparłem jak najdelikatniej potrafiłem. Położyłem dłoń na jego ramieniu, jakbym chciał mu dodać otuchy. Chciałem. - Gdybym to ja ugryzł Blacka, to miałbyś dwóch znajomych mniej... Prawdopodobnie - dodałem, zastanawiając się, czy to go pocieszy, czy raczej nie. Mnie z kolei zastanawiała ta sytuacja od jakiegoś czasu. Oni - Blackowie - mieli trującą krew. Zastanawiałem się, czy bym coś poczuł z jej czarnej magii, czy jakoś by mi zaszkodziła, może odurzyła albo zabiła, czy nie poczułbym nic, bo krew dodawała mi przede wszystkim życia, wręcz uskrzydlała. Nie miałem odwagi mówić teraz o tym Laurentowi. Nie było to na miejscu. - Chcesz się położyć spać? Jesteś po prostu zmęczony. Było zbyt dużo wrażeń - zaproponowałem, łapiąc za jeden z ręczników i wstając niespiesznie. - Ja z reguły chodzę spać w takich momentach, kiedy myśli jest już zbyt dużo, kiedy potrzebuję odetchnąć, odświeżyć głowę. I to pomaga, o ile nie śnią się koszmary... Ale mogę z tobą zostać. Będę ci szeptał do ucha słodkie słówka, żeby śniły ci się bajki o księżniczkach i książętach - zaproponowałem, podając mu dłoń, żeby wstał. Zamierzałem go otulić ręcznikiem. - Przed snem napij się mocnego alkoholu. Szklankę czy dwie. To rozrzedza myśli... Robi je kosmatymi. Brakuje mi tego uczucia, haha. Kosmate - to nie mój wymysł, tylko od znajomych hipisów. Mugoli, w sensie. Takich o luźnym podejściu do świata i społeczeństwa - wyjaśniłem zaraz z delikatnym, nikłym uśmiechem, bo to przywoływało dobre wspomnienia. Między innymi jedną z moich największych miłości - Janis Joplin, której nawet nie zdążyłem ucałować. Świat bywał podły. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 03.08.2024 Ideały były fundamentami światów, na które Laurenta było stać. I jednocześnie nie mógł sobie na nie pozwolić. Nie powinien sobie na nie pozwalać. Dzieląc świat i życie na bajki i fakty, mity i historie, musiał szukać złotego środka, który pozwoli nie oszaleć. Więc starał się spoglądać na świat trzeźwo, a jednocześnie pływał w złoconych rzekach i oglądał tęczę z kwiecistych pól, nad którymi górowały białe zamki i dumne proporce łopotały na wietrze. To był świat dnia. Był jak róża z ogrodu Małego Księcia - potrzebował czystej wody, potrzebował ciepła słońca, potrzebował komplementów i uwagi. Jego arogancja i narcyzm przecież dorównywały tej róży - ta, którą Astaroth słusznie zauważył, ale które były ledwo kropelką w tym, jak Laurent potrafił funkcjonować. Na zmianę zalewać się łzami i nienawidząc swojego ciała, jak i oglądając się w lustrze, żeby stwierdzać, że jest piękny. Tu nie było żadnego sensu. Ale nie było też sensu w dzieleniu myśli na "chcę mu pomóc" i "chcę go zjeść". Miał za co przepraszać. W tej swojej głowie wiedział, że powinien poświęcić mu więcej uwagi, ale nie potrafił, nie chciał, nie mógł. To wszystko - to było już za dużo. Za wiele. Tragiczna historia i tragiczne uczucia błąkające się na dnie przeklętego jeziora, w której wziął udział wampir, powinna zostać pogrzebana wraz z mułem - ale nie zostanie. Nie zostanie, bo przecież to nie byłoby sprawiedliwe - Adria i trytony, które za nią wędrowały, miało takie samo prawo do trwania jak każda inna osoba. Miały prawo, żeby nie zostali zapomniani I pewnie nie zostaną. Ulth będzie pielęgnować historię kobiety, która miała być jego następczynią i nie zapomni o nich też Cyril - selkie, którego spotkali. Więc - miał za co przepraszać. Za siebie, za swoją niemoc, egoizm, słabość, jaką się wykazywał, bo chociaż chciał to nie potrafił się już zmusić do mentalnego wysiłku i pozwolić Astarothowi na emocjonalnym oparciu się o niego. Cierpienie więc hartowało, ale im mocniej hartujesz stal, tym bardziej jest podatna na złamania. Tak samo było z człowiekiem. Niektóre złamania leczyły się dobrze, inne nigdy nie mogły wygoić się do końca. Bolały, przeszkadzały, ludzie nie byli w stanie dalej trenować, ćwiczyć, niektórzy tracili większą władność w nodze czy ręce. Potem okazywało się, że to nie jest tylko jedno złamanie. Ich było kilka. W różnych częściach ciała, w różnych miejscach. I ciągle boli. Jak blizny, które zadane zbyt głęboko bolały w deszczowe i burzowe dni. Astaroth znał smak złamania, które próbowało sparaliżować. Znał smak blizny, która ciągle doskwierała. - Już... już i tak po wszystkim. - Spróbował się uśmiechnąć między innymi próbami - tymi powstrzymywania łez i wycierania ich. Zatrzymał się jednak w swoim podnoszeniu się - poczekał, aż Astaroth wstanie pierwszy i dopiero wtedy się wygramolił. Mimo ego, jak ważył swoje gesty, jakiej staranności dokładał do swoich kroków, teraz były one wręcz pokraczne. Nawet nie próbował się kryć, - A t-teraz potrzebujesz sp-spać? - Przytrzymał ręcznik wokół siebie i skierował się wolno do wieszaka, gdzie wisiał jego szlafrok. Drugi wyciągnął dla Astarotha - cienki kaszmir, bo w końcu było lato. Podał świeży ręcznik ze szlafrokiem wampirowi. Co prawda proponowany szlafrok był za mały - jak na szlafrok, który powinien oferować dużą swobodę. I nawet nie chodziło o wzrost - 10cm robiło różnicę, ale nie aż tak diametralną. Raczej chodziło o różnicę ich budowy ciała. Szerokości ramion Astarotha - chociażby. Pokiwał znowu twierdząco głową, kiedy powiedział, że zostanie i będzie mu słodko szeptał do uszka. - Tak, zostań, proszę... proszę... - Przytrzymał jego dłoń. - Kosmate... myśli? - Powtórzył trochę nie rozumiejąc o co chodzi. - Hipisów? - Oj, trudne się wylosowało. - Przeprasza, że przeszkadza... - Migotek pojawił się znów. - Migotek przygotował Pana ubrania. Migotek je wyczyścił i wyprał, wysuszył i złożył. Czy panu ma Migotek przynieść? RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 03.08.2024 Bajka trwała, a ja ryzykowałem trochę za bardzo, za bardzo sobie ufałem, za blisko, zbyt intymnie spędzałem czas z Laurentem. Co prawda, mój umysł był w tej chwili odwrócony od flirtów, od pieszczot, skupiony bardziej na jego bólu i troskach, na jego rozpaczy. Może to właśnie pomagało? O zgrozo! Smutek mógł pomagać? Najwyraźniej. Ta taktowność, którą w sobie miałem. Ta wrażliwość, która nakazywała mi wspierać, zamiast wykorzystywać sytuację. A miałem taką możliwość, miałem taka możliwość, ale jej nie wykorzystałem. Pozwoliłem Laurentowi podjąć decyzję i tyle. Nie było więcej myśli, więcej pokus. Dobrze. A teraz obejmowałem go. Pozornie ciepłymi ramionami. Obawiałem się o niego. Dziwiło mnie to, że nie było tu rzeszy ludzi gotowych go pocieszać, wspierać... Czy to dlatego, że pozostał ze mną w wodzie? Wszyscy się po prostu rozpierzchli? Czy tak naprawdę był samotny i za bardzo nie miał lepszych wariantów na tę noc niż moje towarzystwo? A może pomimo wampiryzmu wciąż pozostawałem zjadliwym towarzystwem...? Byłoby super tak myśleć, że byli jeszcze ze mnie ludzie, że jeszcze mogłem mieć przyjaciół, że mogłem wieść... normalne życie...? Może bez przesady. - Płacz. Bez obaw - wyszeptałem do niego, pochylając się nieco by ucałować jedną z tych łez, a może jeden z tych policzków, po którym śmiała spłynąć. - Taki również jesteś piękny - dodałem szeptem, z lekkim uśmiechem. Delikatnym. Pokrzepiającym. Byłem tak blisko, za blisko, a jednak tak całkowicie normalnie. Jak gdybym wcale nie był trupem. Nawet byłem jeszcze przyjemnie ciepły... Jeszcze. - Trochę... Ale nie muszę spać, ewentualnie mogę - odpowiedziałem, puszczając go niepewnie, ale chyba już czuł się na siłach stać. Przyjąłem od niego ręcznik. Tak, ręcznik. Matko Najświętsza, zdążyłem zapomnieć, że istniało coś takiego jak suchość. Zapewne będę się czuł teraz dziwnie, jakbym znalazł się w kompletnie innym świecie, ale i tak wytarłem się czym prędzej. Tak, potrzebowałem tego. A tego ciasnego szlafroka niekoniecznie, ale zarzuciłem go na siebie i modliłem w duchu, żeby go nie rozerwać w barkach. - Jak wyglądam?! - zapytałem, rzecz jasna pozwalając sobie na drobną pozę godną modelki. Zrobiłem to by zrobić z siebie głupka, wywołać chociaż drobny uśmiech na ustach Laurenta. Ścisnąłem jego dłoń dla oznaki wsparcia, potwierdzenia, że tu jestem, że nigdzie się nie wybieram i nieco się zmieszałem, kiedy z dupy strony pojawił się skrzat. Migotek. Bohater mój, ale mógł mnie nie zaskakiwać w takim stanie. - Te ubrania się nadają jeszcze do czegokolwiek? - zapytałem zaskoczony, bo nie spodziewałem się, że po tej zbyt długiej kąpieli w jeziorze i szarpaninie były jeszcze użyteczne. A te plamy krwi? Były tam jakieś plamy krwi?! Miałem nadzieję, że ten Migotek nie był taki w ciemię bity i nie przyniesie tu Laurentowi pod nos ubrań w czerwone łaciate plamki. - Bardziej przydałaby mi się piżama, żebym nie kusił cię do... niczego - zaproponowałem, patrząc już na Laurenta. I przy okazji żeby nie czuł mojego zimna, kiedy już nie będę oddawał ciepła wody. To było zdecydowanie strategiczne posunięcie. - I cztery szklanki szkockiej. Trzeba wypić za gorące kąpiele i za bohaterskość Migotka. Niezaprzeczalnie. A hipisi... A precz! Kysz! Jednak nie pasowali do tej bajki. Janis zostawimy. Wróci do nas z zaświatów, żeby śpiewać na królewskim ślubie. Ale to z kolei dopiero za kilkanaście odcinków może. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 08.08.2024 Niewinność była kłamstwem. Nie istniały istoty niewinne. Istniały tylko istoty, które bardzo ładnie wyglądały w opakowaniu niewinności. W ich pozorze. Biel materiału i urocze falbanki. Kilka wstążek i platynowe włosy. Niewinność miała jeden uśmiech i duże oczy. Pozór. Ułuda. Laurent nie myślał teraz o tym, że może stać się ofiarą i dołączyć do ciał, które leżały w tamtym miejscu i sprzątano je jak śmierci - pet wyrzucony na drogę, przygnieciony butem, żeby już nie płonął i dogasnął dym. Nie myślał o tym, że przecież to nieodpowiedzialne, że powinien poprosić Astarotha, żeby stąd poszedł i nie narażał ich obu na konsekwencje tej głupoty, na którą blondyn gotowy nie był. Może nawet nigdy nie będzie. Myślał głównie o tym, że nie chciał zostać sam. Gdzieś tam w sobie wiedział, że to odpowiedzialne nie było, ale świadomie rezygnował z ostrożności. Z paskudną myślą wykorzystania, że skoro tak tańczył ten świat to Astaroth mógł równie dobrze wydrenować jego krew, pozbawić go jej - może wtedy lepiej uśnie? Już na zawsze - niech Bóg błogosławi chwile, w której dobry sen się nie kończył. Miał ochotę nad tym płakać - że jednak otworzyć te powieki przyjdzie i kurtyna rzęs znów odsłoni świat. A wampir? Czy wampiry w ogóle sypiały..? Schował twarz, wstydliwie, pochylając głowę w dół, przyciskając ją do barku Astarotha po dotyku jego ust na swoim policzku. Pociągnął nosem. W płaczu nie było niczego eleganckiego, ludzie wcale nie byli wtedy piękni. Byli brzydcy. Słabi, o czerwonych oczach, z nosa ciekło. Tacy niedoskonali, tacy... tylko niektóre z płaczy miały znamiona werterowskiego pociągnięcia piórem. Ten nie był jednym z nich. Niepotrzebne kłamstwo ze strony Astarotha - a jednak było na nie zapotrzebowanie. Bo Laurent przestał próbować go w sobie dusić i pozwolił sobie na kolejne pociągnięcie nosem i łkanie. Przyłapani na złym, dramatycznym śnie rozegranym w rzeczywistości mieli czasami tylko to - kilka łez i jeden pocałunek. Łowca jednak nie płakał. Nie płakał nawet wtedy, nad Tamizą. Mało Laurent wiedział jeszcze o tym, że wampiry płakać nie mogły. - Lepiej... bez niego. - Kiwnął głową, spoglądając na wampira - wyglądał dość śmiesznie, bo ewidentnie ten szlafrok się na nim za bardzo opinał i pewnie jakby mu przyszło do jakichś gwałtowniejszych ruchów to byłby z tego problem pękających szwów. Na razie ten problem (na szczęście) nie istniał. Istniały za to jego mięśnie, po których jeszcze płynęła woda. Na których Laurent opierał palca przed paroma chwilami. Po których sunął. Istniała myśl, że wzięcie go między swoje nogi byłoby dokładnie tym, czego potrzebował - nie ważne, jakby się to skończyło. Tak jak egoistycznie myślał, że nie ważne, jak dla niego mogłaby się skończyć ta noc. Chciał tylko, żeby się już skończyła. - Migotek zrobił, co mógł dla Pana ubrań. - Skrzat się skulił, spoglądając z pokorą jednym okiem na Astarotha. - Ubrania zniszczone. Ale Pan prosił, żeby przygotować. Migotek przygotował świeże ubrania i wyczyścił stare. - Podniósł swoje nietoperzowe uszy, licząc na to, że ta odpowiedź była zadowalająca. Tak jak i poczynione starania w celu ubrania gościa jego Pana. - Migotek przygotuje. - Zniknął, a Laurent przestał na niego spoglądając, zerknął na Astarotha i obrócił się powoli w kierunku drzwi po osuszeniu się i wciągnięcia ramion w szlafrok. - Za bohaterstwo twoje i Geraldine na pewno warto wypić. Pokonaliście złą królową. - Zmęczony głos w połączeniu z jego słabością i brakiem nuty rozbawienia, brakiem dźwięku kawału, mógł zabrzmieć sceptyczne, sarkastycznie, ale nie myślał tak o tym wcale, kiedy już otwierał te drzwi. Mówił to szczerze - nawet jeśli nie było chwilowo w jego sercu miejsca na admirację tej walki. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 10.08.2024 Migotek to był skromny skrzat. Zresztą, jak i wszystkie skrzaty. Nie znałem skrzata, który by się wybijał z tego schematu. Tak zostały wychowane, do tego może stworzone by służyć z pokorą. Można było je docenić, coś rzucić z podziwem, ale skrzat pozostawał skrzatem. Nigdy nie zastąpi brakującego członka rodziny ani nie zostanie twoim przyjacielem. Będzie skrzatem do końca swoich dni tak, jak ja pozostanę wampirem do końca swoich dni. - Dziękuję - odparłem po prostu, poddając się w walce o dobre relacje z Migotkiem. Dobre, czyli lepsze niż można by się było spodziewać. Głupi ja. Szukałem aprobaty wszędzie, a powinienem jej szukać w kompletnie innym miejscu - w swoim martwym sercu. Smak nieśmiertelności był paskudny. Ale nieistotne, wciąż nieistotne. Moje spojrzenie skrzyżowało się na drobną chwilę ze spojrzeniem Laurenta. Nie wiedziałem, co walczyło o uwagę w jego głowie, ale mogłem się tego domyślać, szczególnie mogłem być blisko tych domysłów, kiedy odwrócił się do mnie plecami by otworzyć drzwi. Padły słowa... Gorzkie słowa, choć mówiły słodką prawdę. Półsłodką, bo przecież nie za wiele pomogłem w pokonaniu Adrii. Tylko ją ugryzłem. To było ugryzienie, którego właściwie prawie nie poczuła. - Czasami się zastanawiam, czy lepiej ci z moim towarzystwem, czy raczej gorzej - odparłem w zamyśleniu, zatrzymując się w półkroku, jakby zastanawiając się, czy powinienem tu być. Nic bardziej mylnego! Wiedziałem, że nie powinienem! Powinienem w tej chwili szukać Daisy. Upewnić się jeszcze przed świtem, że nic jej nie jest, a potem zapytać o Geraldine, czy ktoś wie, w jakim jest stanie. Nie chciałem jej widzieć w obawie, że... Więc może umyślnie unikałem powrotu do domu, nie chcąc być tam potworem, którego nie chciałem widzieć, a tym bardziej czuć? A do domu rodzinnego nie chciałem wracać. I wiadomo, że gorzej. Gorzej niż lepiej było Laurentowi ze mną. Pytanie więc, czemu to sobie robił? Z litości do mnie? Z ciekawości? Byłem seksownym obiektem badawczym? Czy to jakaś forma ukarania siebie...? Chciałem go nawet o to zapytać, ale nie byliśmy aż tak blisko... Chociaż biorąc pod uwagę wszystkie nasze spotkania, była w każdym z nich bliskość. Za każdym razem inna, za każdym razem na swój sposób potworna. Dziwne to było. Zrządzenie losu? - Ale wiesz... Jeśli szukasz kłopotów, to ja mogę zaserwować wiele - odparłem z szerokim uśmiechem, kompletnie zmieniając narrację. Z zamyślenia i nostalgii przeszedłem w pozorną lekkość, przesadną brawurowość i zdecydowaną pewność siebie. Niecny błysk w oku z pewnością się pojawił... Może nawet błysk światła w kłach, o czym kompletnie nie pomyślałem. Zrobiłem krok i zamknąłem za sobą drzwi. Straciłem rachubę, gdzie pozostała moja różdżka, zapewne z pełnym szacunkiem odłożona gdzieś z ubraniami przez Migotka, ale najwyraźniej nie potrzebna mi była do szczęścia. Nawet jeśli wparowałoby tu kilku Śmierciożerców żeby zatańczyć z nami danse macabre. Naiwność świeżaka łowiectwa. Z niektórych rzeczy nawet śmierć miała mnie nie wyrosnąć, najwyraźniej niczego nie nauczyć. Podobnie jak tego, że nadmierna pewność siebie również mogła być zgubna. Dlaczego stałem tu? Za nim? Dlaczego właśnie nosem zapach domu Laurenta, w tym zapach jego samego? Aż ślinka mogłaby pocieknąć, kiedy tak stałem dumnie wyprostowany, dumny i skory do zabawy, z dłońmi w pogotowiu żeby łapać. Ale w jakim celu łapać? I kogo? Tonącego? Czy soczystego? RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 10.08.2024 Prawdę mówiąc Laurent niewiele widział z tego, co się dzieje. A może raczej - widział, ale nie do końca rejestrował. Jego oczy widziały te ciała poruszające się w rytmie fal, ale nie widział czyje ręce zniszczyły kogo. Czyje zęby ugryzły kogo. Po tym, jak ugryzł Perseusa, widział jeszcze mniej. Nie był wcale pewien, czy to wszystkich zniszczyła Geraldine, czy może większą partię odegrał Astaroth. Zdobył się na słowa, które były szczere, ale jednocześnie brzmiały pusto w jego własnej głowie. Tak samo pusto, jak pusty i głupi był fakt, że gościł wampira w domu. Tak samo puste jak to, że chciał spać, a jednocześnie chciał spać tak głęboko, żeby się nie obudzić. Chciał, żeby Astaroth trzymał swoje kły z daleka i jednocześnie eksplorował nimi jego ciało. Wiele rzeczy sprzecznych ze sobą mogło być upragnionymi chwilami. Czasem obie były tak samo grzeszne i tak samo nie powinny mieć miejsca w świecie, w którym żyjemy. Nie myślał nawet o tym, jak kroki stawia. Były inne niż zazwyczaj, ale dla kogoś, kogo dopiero poznajesz - czy to w ogóle było zauważalne? Nie stawiał kroków jak zazwyczaj - jakby był na wybiegu. Wyuczone ruchy, które dopracowywał latami, prostując plecy, uśmiechając się niewinnie, przeciągając po ludziach spojrzeniami jakby jego oczy mogły być kremem dla spieczonej, popękanej skóry. Teraz spojrzenie było mętne, czerwone, nijakie. Astaroth zaś w ogóle wydawał się zmęczony nie być. Jak to działało? Jak krew napędzała wampiry, czy po tak intensywnym dniu, po nocy, był zmęczony? Co się w ogóle u niego działo, jak trafił do Windermere? Okazanie ludziom zaufania było często doceniane, tym bardziej kiedy akceptacja była tak mocno poszukiwana. A ten mężczyzna jej poszukiwał. Było coś akceptującego w fakcie, że potencjalne zagrożenie zostawił za plecami, prawda? Była w tym jakaś ufność, musiała być! Ufność lub ignorancja. Ignorancja lub... przyzwolenie sobie na obojętność. Zatrzymał się na chwilę przy komodzie, żeby sięgnąć po chustkę z szuflady i otrzeć swoje łzy, otrzeć nos. To chyba nie była żadna magia, ten pocałunek na policzkach, ale magicznie te policzki mu wyschły. Olejny zapach róż ciągnął się za Laurentem, wsiąknął w jego włosy, teraz wilgotne, skapujące krople na ręcznik na jego ramionach były oznaczone tym zapachem. Wstążka dla nosa łowcy, dla którego zawsze człowiek będzie ofiarą. Ta myśl zawsze będzie kręciła się w kącikach myśli. Zawsze będzie zapisana w mięśniach. - Jestem narcystyczną, egoistyczną kreaturą. - Odłożył chustkę na blat stołu i podszedł do blatu kuchennego, na którym Migotek właśnie lał ostatnią szklanicę alkoholu, o którą poprosił Astaroth. Skrzat stał na blacie, dyrygując magią - idealnie schłodzone drinki, z których jeden skończył w palcach Laurenta. A zmartwione oko Migotka strzeliło w kierunku jego Pana. - Pomyślałeś, że trzymam cię jak egzotyczny gatunek psa w swoim domu? - Jednocześnie wcale tak o tym nie myślał, z drugiej strony właśnie o to siebie samego oskarżał. Wypił szklankę na raz, dobrze wiedząc, że nie powinien. Duszkiem. Zakaszlał parę razy, kiedy alkohol zapalił w gardle, skrzywił się, wzdrygnął i odstawił szklankę na stół. Nie zerknął na wampira tylko dlatego, że czuł na sobie jego wzrok. Był jeszcze cieplejszy niż alkohol. - Nie chcę być sam. Nie lubię być sam. Co za tragedia... - Złapał drugą szklankę. - W końcu ktoś, kto nie myśli o tym, żeby mnie zerżnąć, ale za to myśli o tym, żeby mnie pożreć. - To było wręcz śmieszne, ale nie było w nim siły na śmiech. Dopiero propozycja Astarotha sprawiła, że obrócił się w jego kierunku, podpierając ciężko o kuchenną wyspę. - A ty, Astaroth? Czego szukasz u selkie, odmieńcem nie należącym do świata ludzi, którą gardzisz i chciałeś zabić? Czemu ciągle przepraszasz? Czemu trzymasz mnie w ramionach w wannie? Czy to jakaś forma manipulacji, czy poszukiwanie ludzkiego ciepła? - Tego, które powoli będzie schodzić z Astarotha poza wanną. RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 10.08.2024 Zabawne. Gorzko zabawne. Kiedyś bym tak pomyślał, że to egoista i narcyzm, tak patrząc na Laurenta i znając jedynie jego nazwisko. Teraz? Teraz do delikatnego narcyzmu może bym go przypisał, ale z pewnością nie do narcyza w pełnym tego słowa znaczeniu. Z egoistą, cóż, miałem wrażenie, że kompletnie nie ma nic wspólnego. Skąd więc takie przeświadczenie? Inni Astarothowie tak o nim mówili? A może nawet ja? Wtedy nad wodą?! Niewiele pamiętałem ze słów, które wtedy padły, ale z kolei doskonale pamiętałem ten śpiew. Ta szklanka nie mogła dać mi ukojenia, ale chętnie za nią złapałem i wypiłem do dna. Lód wypił lód. Przemknęło przez moje ciało zapewne sprawniej niż woda, szczególnie ta z jeziora. - Coś w tym stylu... Nie znam się na psach, ale po naszym pierwszym spotkaniu z Dumą obstawiam, że jesteśmy do siebie bardzo podobni - zauważyłem powoli, opierając się o blat niby w lekkim wyluzowaniu, ale tak naprawdę obserwowałem Laurenta. Miał rację, mój wzrok na nim był i jeszcze dokładnie nie wiedziałem, co na nim robił. - Ale ja nie mam nikogo, kto mi wyda komendę żebym był grzeczny - przyznałem z niegrzecznym błyskiem w oku. Mogłem być bestią spuszczoną ze smyczy. Mogłem w tej chwili wyrwać się z tego domu i wymordować najbliższą wioskę. Kto by mnie powstrzymał? Zanim ktokolwiek cokolwiek by zrobił, ja bym już tam był i rozsmakował się we krwi nawet niewinnych dzieci. To mnie prześladowało. I obawiałem się, że te zakazy, które sobie nadawałem, kiedyś sprawią, że pęknę, że zrobię krok, zrobię coś, z czego nie będzie odwrotu. Nie będzie odwrotu. I potem mnie zamkną w miejscu, gdzie nie będzie krwi. Może za to będą pierwsze i ostatnie promienie słońca? Mi z kolei uśmiech spełznął z twarzy. Padły mocne słowa. Szczerość za szczerość. Ale co, jeśli ja jeszcze nie wiedziałem, co tu robiłem?! - Widzę, że każdy coś od ciebie chce - zauważyłem na początek, nie chcąc stać jak ten kołek. Chwyciłem za drugą szklankę. Równie zimną, równie lodowatą. Mi się wydawała nieco chłodna. Nie wypiłem jej. Trzymałem na blacie, trzymałem na niej dłoń, zastanawiając się nad sobą. - Też bym cię zerżnął, gdybym mógł. Ale fakt... Gdybym miał prawo wyboru, to wolałbym cię zeżreć - przyznałem szczerze i to było straszne. Lepsza od seksu, od orgazmu, od poczucia bliskości, połączenia czy miłości była ta przeklęta krew. Wolna dłoń mi zadrżała, oczy zamknęły. Tak, wizja krwi przemknęła po moich dziąsłach niczym leniwe palce po harfie. Kilka dźwięków. Piękne te dźwięki. Otworzyłem oczy, wbijając je w Laurenta. Były głodne, były pełne głodu i bólu. - Nie gardzę już tobą. Gardzę sobą. I szukam ciepła. Faktycznie szukam ciepła, bo wtedy mam wrażenie, że sam żyję, że nie jestem tylko martwym ciałem... Nie ma dla mnie nic gorszego od położenia się spać w pustym łóżku. Mam wrażenie, że mnie tam nie ma, że nie ma tam nikogo, szczególnie kiedy wstrzymam oddech. Nic nie bije, nic się nie rusza, nie oddycha. - Bezbrzeżna pustka. Jakby położył tam trupa bez ducha. Mógłbym się nawet nie obracać we śnie. To już w ogóle byłoby przerażające. Chyba zresztą robię to podświadomie. - I niewiele osób wie o tym czym się stałem. Mogę ich policzyć na palcach dłoni, a większość z nich to rodzina, więc... też jestem samotny. Nie chcę być sam. A jednocześnie wiem, że nie powinno mnie tu być i stąd przeprosiny, bo wciąż robię coś, czego nie chcę robić. Tak jak teraz nie chcę cię gryźć, a jednocześnie chciałbym. Bardzo. Czasami sam nie wiem, czy jestem tu z dobrych pobudek, czy tylko nas manipuluję, ale chcę wierzyć, że chcę dobrze, ale... to coś we mnie... ten instynkt tam jest. Potwór. Miewam takie wizje w swojej głowie, że te sceny pod wodą z Adrią... To było nic - wyznałem, to ostatnie już szepcząc. Nie chciałem się do tego przyznawać, ale wyrzuciłem to z siebie. Powiedziałem to głośno. Poszło sobie w świat. - Nie chciałem również żebyś był tu sam. Bałem się, że to... mogłoby źle na ciebie wpłynąć. I byłeś tam ze mną... cały dzień. Pod wodą - dodałem, bo jednocześnie za wizją urwania głowy bestii, był też cały dłużący się dzień spędzony pod wodą, gdzie resztę dnia spędził ze mną LAURENT. Nikt inny. Po prostu będąc, tuląc się do mnie. - Myślałem, że wszyscy o mnie zapomnieli. Dziękuję - wyznałem jeszcze, zaciskając zęby. Wyrzuciłem to z siebie, może nieco zrobiło się lżej, ale teraz może warto byłoby to wszystko cofnąć, zatrzymać, może lepiej nie powiedzieć nic? Przemilczeć sprawę. Wciąż wychodziłem na bestię, a chciałem mieć dobry wizerunek, przyjazny. Tylko że nawet tam, w wodzie, wciąż przewijał się ten temat. Był ze mną nierozerwalnie. Obróciłem się bokiem do niego. Nie chciałem już patrzeć w te zaczerwienione oczy. Nie, nie odrażały mnie. Były naprawdę piękne. Po prostu będąc na ich drodze czułem się jeszcze gorszy. Jakby dzienne niebo na mnie patrzyło i mną pogardzało, potwierdzało, że nie powinno mnie tu być. Tak, poczułem za ulgą pełen wachlarz dyskomfortu. Odsłoniłem karty. Jednocześnie sam nie byłem pewien tych kart, niczego. Miałem mętlik w głowie. Chciałem odrzucić wampiryzm. Zostawić za sobą, ale zamiast tego byłem łowcą z instynktem bestii. To samo prosiło się o szybki THE END. - I tylko ty miałeś nieszczęście widzieć mój obraz nędzy i rozpaczy. Przed innymi zgrywam względnie opanowanego - wyszeptałem, wznosząc szklankę do góry. Wypiłem w końcu ten trzymany alkohol i odstawiłem szkło na blat. Prawą dłoń teraz musiałem mieć dogłębnie lodowatą. Ale może jak dobrze pójdzie, po tych dwóch szklankach mocnego alkoholu, Laurent jutro nic nie będzie pamiętał...? |