![]() |
|
[27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24) +--- Wątek: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' (/showthread.php?tid=3744) |
RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Brenna Longbottom - 30.08.2024 Skutki tajemniczej, owocowej herbatki – Może wysuwaniem w moją stronę oskarżeń bez zgromadzenia należytego materiału dowodowego? Przed Wizengamotem przegrasz z kretesem – oświadczyła, chociaż przecież wcale nie chciała rzucać w niego dżemem, i wcale nie dotykały ją jego żarty. Ot pociągnęła temat. Chociaż myśląc o tym całym dżemie, zastanawiała się mimowolnie, ile w tej wizji było fantazji barda, ile wzięto od nich: niektóre rzeczy musiały pochodzić z ich głów, chyba że Jaskier w istocie był metamorfomagiem, pozostającym stałe w ich otoczeniu, znającym nie tylko Brennę i Atreusa, ale też przyjaciół i krewnych. A z tej myśli przeszła płynnie do kolejnej, czy na tej plaży nie pocałował ją po prostu z rozpędu po wizji. Zaraz uznała jednak po pierwsze, że pewnie i tak by to zrobił prędzej czy później, choćby z ciekawości, po drugie, że naprawdę nie chciała teraz tego analizować i rozkładać na czynniki pierwsze. Za łatwo było dojść do zupełnie chybionych wniosków. Była gliną, ta praca uczyła jednak przynajmniej próbować nie ulegać złudzeniom na podstawie za małej ilości danych. – Duchem i koleżanką ze szkolnej ławy naszych babć? – podsunęła, żeby przypadkiem o tym szczególe nie zapomniał. Kiedyś czytała jedną powieść, o romansie z ghulem, i cisnęła ją w połowie, powracając do mugolskiej literatury, bo pomijając, że nie była pewna co myśleć o ghulach, to jak tu uznać to za romantyczne, skoro on był w wieku jej dziadka?! – Taka wersja wydarzeń, że to jednak nie ja, a masz ogromnego, kosmicznego pecha. Przyciągasz kłopoty i będzie tylko gorzej - stwierdziła, upijając jeszcze łyk, i tak sobie myśląc, że od razu wiadomo, że on i Basilius to rodzina. Mogliby sobie siąść we dwóch, a może we trzech, zapraszając jeszcze Sebastiana i zacząć dyskutować, jak to wszystko, co złe to wina Brenny. Uśmiechnęła się nawet lekko na to wyobrażenie, bo oczyma wyobraźni prawie widziała minę, jaką mógłby zrobić Macmillan. - Ja nie choruję - odparła odruchowo, bo faktycznie nie pamiętała, kiedy ostatni raz była chora. Całe lata temu i to gdy jesienią przemokła do suchej nitki. Zaraz jednak zawahała się i uniosła dłoń, dotykając jej wierzchem czoła, bo może... Miał rację? Ale mogłaby przysiąc, że było równie chłodne jak jej dłonie, zimniejsze nawet niż zwykle. Żadnych oznak gorączki. Nie bolało ją gardło, nie miała kataru, nie czuła się nawet bardziej zmęczona niż powinna, było jej tylko okropnie, okropnie zimno. W jej włosach wciąż było trochę pyłku samotniczek, który wciągnięty w płuca pozostawał w organizmie. I miał jeszcze jakiś czas tam pozostać. A ona nawet nie pamiętała momentu, w którym pył tych kwiatów ją otoczył. - Słowo, nic specjalnego. Normalna praca. Przesłuchiwałam jedną osobę, ale nie miał nawet różdżki, niczym nie mógłby we mnie rzucić, potem nadrabiałam papiery, piłam tylko kawę, którą sama sobie zrobiłam, nikt nie miał jak mnie przekląć, otruć czy coś takiego i wszystko było w porządku. Za dzieciakiem wysłano nas już nad ranem, jak miałam skończyć służbę. Znalazłam ją w lesie. Nic nie widziałam, na nikogo nie wpadłam, ale tak biorąc pod uwagę, że kiedyś na przykład jakaś wiedźma z lelkiem w okolicy oświadczyła mi, że zaraz zginę, a potem omal nie spadło na mnie drzewo i nie rozjechało mnie auto... to nic mnie nie zdziwi. Chociaż... ta mała strasznie panikowała, ale myślałam, że przestraszyła się, bo została sama w lesie... Czy była uprzedzona do Little Hangleton? Oczywiście, że tak. Ale jakoś zdawało się jej, że to do licha zawsze z jakichś powodów jest Little Hangleton właśnie. Coś zastukało w okno. Brenna odruchowo uniosła głowę, spoglądając w tamtą stronę. Zdało się jej, że widzi za szybką dłoń, która znikła zaraz za ramą. Może to było złudzenie. Albo jakieś dzieciaki robiły sobie żarty. Albo… …stukanie się powtórzyło. – Słyszałeś to? RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Atreus Bulstrode - 06.09.2024 - Bez...! Bez należytego materiału dowodowego? Jak możesz, a co ze stratami moralnymi? To dla ciebie za mały dowód? - uniósł ręce ku górze, w teatralnie przerysowanym geście wołając w tym momencie o pomstę do boga czy kogokolwiek innego, kto mógł z góry na nich patrzeć. Jego przede wszystkim bawiła ta cała sytuacja i seria zdarzeń, która zdawała się potwierdzać to jak niefortunną była osobą i jak zarażała ludzi swoją klątwą. I dobrze było widzieć, że ją też te głupie przekomarzanki bawiły, bo przecież nie chciał w tym momencie sprawić jej przykrości. Nie rozkładał wizji na części pierwsze aż tak jak ona. Przynajmniej nie próbując jej rozdzielić na to, co mogło stanowić o inwencji twórczej tajemniczego barda, a co mogło przyjść od nich samych, jako głównych postaci całego utworu. Zdążył się jednak poprzedniego dnia zastanowić nad tym, czy na pewno pocałował ją z sam siebie. To był chyba motyw przewodni ich relacji; co właściwie w niej było ich własną inwencją, a co wynikało chociażby z wymuszonej początkowej sympatii i czy na pewno teraz pozostała już tylko ta prawdziwa, nieprzymuszona żadną magią. Doszedł jednak do wniosku, że nawet jeśli mógł ją pocałować niesiony jakimiś oparami snu i jego klimatem, ich relacją którą mieli w wizji, to nie było to coś czego żałował. Wziął to co czuł w tamtej chwili i stwierdził, że nie miałby nic przeciwko temu gdyby było to tylko i wyłącznie jego. Teraz jednak, kiedy siedzieli przy kuchennym stoliku i sączyli podejrzaną herbatę, ten owocowy dżem nie prowadził go aż tak jak jej. Nie wracał dzięki niemu do momentu zakończenia wizji i wybudzenia się z niej. Z resztą, nawet jeśli by chciał, to nie mógł. - Nie! Nie, nie, nie. Wypluj to. Przestań. Takie słowa w tym domu są całkowicie zakazane. Obłożę je klątwą, przysięgam - pogroził jej palcem, na ten jeden moment przyjmując nieco groźniejszą minę, bo mogli sobie żartować z tego wszystkiego, ale mimo wszystko jego umysł nie był w stanie nie dopuszczać do siebie tej możliwości, że Flosie faktycznie siedziała w ławce z jego drogą babunią. A to z kolei wywracało mu żołądek do góry nogami bo przecież dziewczyna była taka miła i słodka, kiedy siedzieli w posiadłości jej rodziny. - Taka wersja, jest niedopuszczalna i nie istnieje, bo jest zbyt wielu świadków, których z resztą samych wskazała, gotowych poświadczyć że to ty jesteś magnesem na kłopoty. Na przykład Basilius - brzmiał trochę, jakby w tym momencie chciał już postawić kropkę, ale stwierdził że to jednak za mało. - I ja, rzecz jasna. To wystarczy. - Gdzie ja to słyszałem - mruknął, bardziej do siebie niż do niej, gdzieś pomiędzy jednym a drugim chuchnięciem na gorącą herbatę w swoim kubku. Bo przecież mówił dokładnie to samo. On nie chorował. Jemu nigdy nic nie było. A potem umierał prawie naprawdę od gorączki, już nie tak jak wszyscy mówili że umierają faceci przy katarku, albo przychodził do Florence z przestawionymi kończynami albo dziwnymi klątwami który zmieniały jego stan skupienia albo sprawiały że rzygał ślimakami. Ale kiedy już upił herbaty, a ona sama pomacała się po głowie, zrobił to samo, przykładając na moment dłoń do jej czoła. Diagnoza była jasna - nie miał bladego pojęcia co jej dolega, nawet jeśli w obliczu kuzynostwa i siostry był ekspertem światowej klasy we wszystkim czego mogło doznać ludzkie ciało. - Chce tylko zauważyć, że przekląć to można kogoś też na odległość. W sumie zabawne, ale któregoś razu mnie też tutaj zaczepiła jakaś wiedźma z ptaszyskiem. A zaraz po tym zobaczyłem gwiazdy bo mi gównażeria okoliczna zaserwowała cegłówkę na głowę - potarł czoło, krzywiąc się nieco na wspomnienie tego incydentu. - Czyli myślisz, że... - nie dokończył, podnosząc głowę na jej podobieństwo, kiedy coś zastukało w okno. Przywołanie wspomnienia lelka chyba poruszyło pewną strunę, bo pierwsze co mu przyszło do głowy, to że jakieś dzieci robią sobie jakieś żarty. - To pewnie te cholerne dzieciaki - rzucił wyraźnie zirytowany, podnosząc się z krzesła i zaraz podchodząc do okna, gdzie dało się przed chwilą słyszeć stukanie. Atreus był przekonany, że kiedy był jeszcze krok od szyby, coś znowu w nią zastukało, ale kiedy odsunął firankę zastał go tylko ponury pejzaż Little Hangleton. Stukanie rozległo się znowu, ale tym razem po przeciwległej stronie kuchni, zza drugiego okna. Ciche i krótkie, bo nie powtórzyło się. Ale kiedy Bulstrode spojrzał na Brennę, tym nieco bardziej zamyślonym spojrzeniem człowieka, który właśnie próbuje wyłapać najmniejszy nawet szelest, znowu coś wydało dźwięk. Ale tym razem nie było to stukanie, a chrobotanie jakby ktoś jeździł paznokciem po zewnętrznej stronie drzwi frontowych. RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Brenna Longbottom - 06.09.2024 – Straty moralne? Taką linię oskarżenia to bardzo łatwo się obali, wyciągając sprawę Philipa Notta i jego rozbity nos – zakpiła odrobinę, a były przecież też inne ciekawe przypadki, jak bicie się na czarnym weselu, ale wyciąganie tego byłoby chyba trochę wredniejsze nawet niż przypominanie o Flosie, zważywszy na to, jak daleko krążyły plotki na ten temat i na ile mogło to ruszyć jego rodzinę. Bo jeśli szło o Notta, to po rozmowie na ten temat była niemal pewna, że Atreus czuł się raczej dumny niż zakłopotany, że dał Philipowi tą świeczką w twarz. Oburzenie na samo wspomnienie Binnsów za to sprawiło, że uśmiechnęła się z odrobiną satysfakcji, ale nie ciągnęła już tematu, bo tak naprawdę to nie chciałaby go wkurzyć. Nawet jeżeli czasem chyba oboje celowo robili sobie trochę na złość, to teraz wolała tego nie robić. Nie kiedy miała wrażenie, że jeśli zostanie sama, to chyba zamieni się w wilka tylko po to, by powyć do niewidocznego księżyca, a potem iść pod jakiś krzak dramatycznie zdechnąć. – Basilius się nie liczy. Nie chce przyznać, że to on jest przeklęty. Dla mnie nie ma wielkiej różnicy, poza tym, że on się zawsze pojawia. I zwykle nie jest tak źle. Poza tym razem, kiedy zepsułam mu obrus, ale mu odkupiłam i dostał bon na trzydzieści porcji naleśników za te, które mu zjadłam – zaprotestowała, zakładając może mylnie, że skoro o nim wspominał, to Prewett poskarżył się na te piątki trzynastego i że jego zdaniem Brenna była klątwą. Jej czoło było chłodne. Nie aż tak jak jego ręka, ale z całą pewnością nie tylko nie miała gorączki, ale też przemarzła w tym lesie – albo był to rezultat owej dziwnej klątwy, której istnienie zaczynała podejrzewać. Przez moment miała ochotę za tę rękę zresztą po prostu go złapać, nie po to, by powstrzymać gest, a ją zwyczajnie przytrzymać: zamiast tego jednak tylko mocniej zacisnęła palce na gorącym kubku. – Naprawdę nie choruję - burknęła buńczucznie na jego stwierdzenie, trochę powątpiewające. Czasem tylko była połamana, albo ranna, albo przeklęta, ale to nie podpadało pod chorowanie, i zapewniała, że nic jej nie jest tylko kiedy naprawdę nie umierała, prawda? Za to na słowa o klątwach rzucanych z odległości mina jakby jej zrzedła. - Cholera… może masz rację? Tylko kto miałby… – zaczęła, a potem urwała i upiła kolejny łyk tej herbaty, takiej ciepłej, chociaż trochę dziwnie smakującej. Bo przypomniała sobie o stosie anonimów, piętrzących się w pudełeczku w biurku. Jasne, jako glina zalazła za skórę całkiem sporej ilości osób, ale Borgin bez wątpienia był kimś, kto żywił wobec niej zapiekłą urazę, i sądząc po treści ostatniego liściku, to właśnie z powodu Atreusa w dużej mierze. I na pewno miał dostęp do odpowiednich komponentów. Nie zdążyła jednak się nad tym zastanowić ani pomyśleć, do którego klątwołamacza ostatecznie pobiec, ani nawet drążyć tej historii o trafieniu w głowę cegłą, bo najwyraźniej on też słyszał coś dziwnego. Brenna nie była pewna, czy odczuwać ulgę, bo to ostatecznie jednak nie był kolejny objaw tej paskudnej paniki, do której dołączyłyby halucynacje, czy się zmartwić, bo jednak coś się działo. Też wstała, odruchowo sięgając po różdżkę i skierowała się do drugiego okna, gdzie znowu coś jej mignęło. Zamierzała w pierwszej chwili je otworzyć – ale zaraz gwałtownie cofnęła rękę, gdy najpierw usłyszała dziwne zgrzyty od strony drzwi wejściowych, a potem zdała sobie sprawę, że tam, gdzie zbliżała się jej dłoń, znalazł się po drugiej stronie… cień. Też dłoni. Tyle że nie jej. Znacznie większej. – Mówiłeś, że słychać tutaj było jakieś zgrzyty i huki? – spytała bardzo spokojnie, przekrzywiając lekko głowę, obserwując szybę raczej z zaintrygowaniem niż ze strachem. Było to paradoksalne, ale chyba bardziej w tej chwili bała się zostania samej niż tego, co zdawało się próbować dostać do domu. Poza tym… ostatnio już miała aż za wiele do czynienia z różnymi przeklętymi miejscami. Stonehange i wizje przed oczyma, szalejący Sebastian. Księżycowy Staw i jego mroczna historia: martwy Julius, nie mącący wprawdzie zmysłów ludzi, ale wciąż przemierzający korytarze i niosący ze sobą podmuchy chłodu. Poltergeist, uwięziony chwilowo na strychu, z którym Brenna nie miała pojęcia, co zrobią, bo nie miała na podorędziu żadnego naprawdę zaufanego egzorcysty. – Sądzisz, że w domu mogą siedzieć jakieś duchy? Albo poltergeisty? To znaczy… w sumie to Little Hangleton, nie jestem pewna, czy jest tu chociaż jeden dom bez ducha. Chyba że jednak naprawdę była bardzo, bardzo przeklęta i coś próbowało tu wejść i ich zjeść. RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Atreus Bulstrode - 06.09.2024 Na jej słowa prychnął tylko nieco kpiąco. Oczywiście, że Atreus czuł satysfakcję czy nawet dumę z tego, jak ładnie potraktował Philipa podczas Lammas. Nie powinien tego robić, owszem, ale zadowolenie było tym większe, że Florence pozwoliła mu to wtedy zrobić, a Laurent też nie wydawał się mieć aż tak wiele przeciwko, kiedy wspomnieli mu potem o tym w kamienicy. Flosie natomiast... to nie tak że aż tak mu to przeszkadzało, bo gdzieś w głębi podchodził do tego rozbawieniem, ale takim które miało poczuć się pewniej gdzieś w dalszej przyszłości, zgodnie z zasadą, że kiedyś będziemy się z tego śmiali. - O nie nie nie. Basilius się liczy i definitywnie nie jest przeklęty. Gdyby był, to bym o tym przecież wiedział, biorąc pod uwagę ile czasu z nim spędziłem w swoim życiu - oświadczył, gotowy kuzyna bronić, albo raczej walczyć o to, żeby to była jednak jej wina. Co zaś się tyczyło samych piątków trzynastego, które zdawały się łączyć Brennę i Prewetta, to o tym Atreus chyba nie wiedział. Chyba, bo brzmiało to jak coś, co z niezwykłą łatwością mogło mu wpaść do głowy jednym uchem, a drugim wypaść, jeśli Basilius kiedykolwiek podjął próbę pożalenia się na to. Szczególnie, kiedy wcześniej Brenna go w ogóle nie interesowała. Kto miałby rzucić na nią klątwę, było natomiast naprawdę niemądrym pytaniem w jego mniemaniu. Nie chodziło tutaj nawet o Borgina, bo nawet jeśli Atreus zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo zawsze był niechętny wobec Brenny, to nie posądzał go o coś takiego. O pozostawianych w poczcie Longbottom liścikach nie wiedział, nie mówiąc już o tym że wciąż posiadał jakieś resztki złudzeń, które posądzały Stanleya o odrobinę przyzwoitości. Chodziło o to, że była detektywem Brygady Uderzeniowej. Zawsze miał gdzieś z tyłu głowy, że ta akurat profesja, nawet jeśli nie tak niebezpieczna jak bycie aurorem, była w stanie skutecznie zaskarbić sobie antypatię niektórych członków społeczeństwa. Ci których złapała, spisała, albo chociażby ich rodziny, mogli być niezwykle niezadowoleni z jej poczynań i w pewnym momencie wziąć sprawy we własne ręce, nakładając na nią jakaś niemiłą klątwę. Takich przykładów było chyba na pęczki, bo Bulstrode sam mógł zrobić listę tych momentów, kiedy padł ofiarą jakiejś niewybrednej klątwy, nawet jeśli on sam miał styczność z ludźmi, którzy rzucali takim syfem na porządku dziennym. - W piwnicy. Albo na strychu? - powiedział, samemu nie będąc w tym momencie pewnym, gdzie te dźwięki słyszał. Może jednak coś mu się pomyliło i wcale nie była to piwnica, tylko właśnie gdzieś dookoła domu? A może coś z tej piwnicy wylazło, bo w sumie to huk wie co ta ciotka tutaj trzymała, nie zagłębiał się w to jakoś bardzo. Atreus nie miał aż takich dylematów jak ona, jeśli chodzi o otwieranie różnych rzeczy bez zastanowienia się nad tym, czy w ogóle powinien. Przystanął za nią, przez moment przypatrując się i oknu i jej wyciągniętej dłoni, oczekując że zrobi cokolwiek, ale w tym czasie skrobanie w drzwi tylko się wzmogło, drażniąc jego uszy. - Nie wiem. Nic co by mi przeszkadzało na tyle, żeby to bardziej badać - rzucił tylko przelotnie, odsuwając się od niej szybko i zaraz znajdując przy drzwiach. W przeciwieństwie do niektórych nie miał problemu z tym by otwierać różne rzeczy bez uprzedniego zastanowienia się, czy w ogóle powinien to robić. Dźwięki drażniły, napawały odrobiną niepokoju, ale też zaciekawieniem. Obijały się też o wspomnienie nieznośnych dzieciaków i Atreus był teraz nieco przekonany, że to wszystko to wina dzieciarni z sąsiedztwa, której się nudziło w wakacje. - A może to jakiś trup spadł z okolicznego drzewa, bo przypomniał sobie, że jest nieumarły - sarknął jeszcze, a potem szarpnął za klamkę otwierając drzwi niemal na oścież. Nie było tam trupa, całe szczęście z resztą, ale w tym momencie dźwięki ucichły, ucięte nagle i zapadła dziwna, nieprzyjemna cisza. Obydwoje mieli wrażenie, że zmienia się ona w dzwonienie, które zabrzmiało im w uszach, narastające powoli aż w pewnym momencie zniknęło gwałtownie. Brenna mrugnęła i cień na szybie rozmył się, tak jakby nigdy wcześniej go tam nie było, Atreus natomiast też z rozczarowaniem zauważył, że przed wejściem nic na niego nie czekało. Little Hangleton prezentowało się jak zawsze - cicho i ponuro, zamknięte w swojej szarej bańce. Cofnął się więc, zamykając drzwi i wtedy oboje usłyszeli skrzypnięcie drewnianej podłogi, dochodzące z pokoju obok, tam gdzie były poustawiane meble. RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Brenna Longbottom - 06.09.2024 - Bo ta klątwa objawia się tylko w specyficznych okolicznościach. I to on mówi, że ona istnieje. Jest klątwiłamaczem, tak? W każdym razie, to jemu się przytafiają rzeczy, które nie zdarzyłyby się normalnie, więc nie jest wiarygodnym świadkiem, o. Tylko twierdził, że to była klątwa Brenny albo że sama Brenna była klątwą, ale tego nie zamierzała dodawać. Biorąc pod uwagę, że od ładnych paru lat nie zajmowała się złym parkowaniem mioteł ani przypadkami grafitti, to tak, ktoś mógłby postanowić trzasnąć ją klątwą. Kiedyś przecież nawet Basilius dwie takie z niej zdejmował, i istniała szansa, że jedna z nich została rzucona na odległość. Ale ostatnio ci, których sprawy prowadziła, trafiali za kratki jak czarnoksiężnicy z Londynu czy ginęli, jak ten z mokradeł, a śmierciożercy po Beltane z pewnością mieli znacznie ciekawsze cele niż ona. Jej myśli biegły uparcie ku Borginowi, bo ta rodzina na pewno mogłaby rzucić klątwę, która działałby w ten sposób: że było jej cholernie zimno, cholernie źle i gdyby auror się nie pojawił, chyba wpadłaby w panikę, co nie zdarzyło się jej nigdy w życiu. Karteczki zaś potwierdzały zapiekłą urazę - choć Atreus oczywiście nic o nich nie wiedział. Nawet nie dlatego, że miałaby problem mu o nich wspomnieć, ale że nie była przecież przedszkolakiem, który przybiegnie do niego skarżyć się na jego kolegę. Nie otworzyła okna. Cień obcej dłoni skutecznie ją ku temu zniechęcił. Odwróciła się do Atreusa, chcąc spytać, czy też to widział, czy może to jednak jej prywatne omamy - ale już szedł do drzwi wejściowych i... - Widziałam na szybie jakiś cień. Dłoni, ale raczej nie mojej. Ja nie mam pazurów - powiedziała, bo to nie wyglądało na dzieciaki z sąsiedztwa ani nawet wisielca, który pofatygował się do wioski osobiście. Cisza, a potem jakby dosłownie dzwonienie w uszach, i Brenna nie była pewna, czy teraz chłód rozlewający się po ciele, okruchy paniki, tłumione, ale wciąż obecne, wynikają z tego, jak się wcześniej czuła, czy że... Atreus coś wpuścił do domu. - Może masz jednak rację - stwierdziła, wyciągając różdżkę, gdy z innego pomieszczenia dobiegły jakieś dźwięki. - Może faktycznie to ja przynoszę kłopoty i właśnie weszło tu przez drzwi coś, co tu za mną przyszło? Bo pomyślała, że może jednak to nie klątwa, i że w domu nie było duchów. Może coś niewidzialnego wzięło ją na cel w lesie, i dlatego czuła się tak paskudnie? A teraz przyszło tu za ofiarą, grzecznie zapukało, poczekało aż zostanie wpuszczone? Brenna nie zamierzała czekać - tym razem to ona przemieściła się bez pytania o zgodę do tego pomieszczenia, z którego dobiegały skrzypnięcia, a chwilę potem też stukanie, jakby ktoś pukał w ścianę. Ledwo jednak pchnęła drzwi, wpadając do środka, dźwięki umilkły jak ucięte nożem. Przez chwilę panowała absolutna cisza: Brenna tkwiła w bezruchu, nawet nie nabierając głębiej powietrza, i mogłaby przysiąc, że słyszy w tej ciszy bicie własnego serca. Nasłuchiwała. Przesuwała spojrzeniem po meblach, trzymanych w pokoju, szukając czegokolwiek, co mogłoby być źródłem hałasów. A potem gdzieś z dołu dobiegł trzask. I tak samo jak wcześniej ku pokojowi, tak teraz rzuciła się tam, z cichym przekleństwem na ustach, bo to coś, co tu siedziało, czymkolwiek było, zaczynało okropnie działać jej na nerwy. RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Atreus Bulstrode - 06.09.2024 Mogli się w sumie kłócić o tę klątwę w nieskończoność, dlatego wreszcie na jej temat się zamknął, darując sobie dalsze ciągnięcie teraz tego tematu. Bo był też absolutnie przekonany, że jeszcze nie raz wywlecze ten temat na światło dzienne, ot chociażby właśnie dlatego, żeby się z nią odrobinę podroczyć. Albo bo wreszcie dowie się, jak okropne życie wiódł Basilius w cieniu Brenny. Bulstrode chyba nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wielu rzeczy nie wie o Borginach i ich rodzinie, głównie dlatego że Stanley trzymał wszystko dla siebie, a Anthony o wielu rzeczach nie wiedział. W głowie aurora brakowało informacji na przykład o Crawleyach, a co za tym idzie, morderstwie Susane Borgin, która wyrzekła się swojej rodziny i została za to przykładnie ukarana. Tak samo umykała mu presja pod jaką znajdował się Anthony jako następca w kolejce do zarządzania rodziną, albo tatuaże skrywane pod rękawami. Może gdyby było inaczej to sam w tym momencie podpowiedziałby Brennie to, co w sumie jej samej plątało się po głowie. Że to właśnie Stanley postanowił wziąć wreszcie sprawy w swoje ręce. - Pazurów? - zmarszczył brwi, czując jak owiewa go ciepłe, sierpniowe powietrze, kiedy na moment zrobił się przeciąg przy otwieraniu i zamykaniu drzwi. Potrząsnął głową, kiedy zadzwoniło mu w uszach, ale nie zwrócił na to zbyt dużej uwagi, bo przecież takie rzeczy się zdarzały i zwykle nie miały nic wspólnego z niepokojącymi dźwiękami wydobywającymi się zza okien i drzwi. W sumie do tego też był chyba odrobinę przyzwyczajony - do tych dziwnych odgłosów, bo kamienica Bulstrode'ów czasami żyła własnym życiem, a kiedy ktoś był nieostrożny dało się usłyszeć przytłumione kroki w ukrytych przejściach. - Myślisz, że to jakieś stworzenie? - podchwycił jeszcze leniwie jej myśl, samemu nie kwapiąc się by wyjść z lepszym pomysłem, ale zaraz zrewidował swoje słowa bo w salonie rozległo się skrzypnięcie. Wyprostował się automatycznie, marszcząc brwi i odwracając w kierunku z którego dochodził dźwięk. - Jeśli tak, to nie jesteś po prostu przeklęta, a jesteś klątwą wcieloną. W przeciwieństwie do niej, jego pierwszym odruchem nie było złapanie za różdżkę. Może zbyt pewnie czuł się w tym miejscu, a może jeszcze nie dowierzał że mieli do czynienia z czymś poważnym. Z czymś, co wymagałoby czarów. Niemniej jednak, kiedy Brenna ruszyła do przodu, podążając za dźwiękiem, ruszył zaraz za nią. Ale w pomieszczeniu wszystko wyglądało dla niego dokładnie tak jak powinno; meble zostały zebrane na środku, przykryte prześcieradłami. Leżały tu jakieś pozostawione narzędzia, w kącie stały rolki tapety, którą została pokryta dopiero jedna ze ścian. Kiedy zaczął kwestionować, czy może im się nie wydawało, bo przecież nie widział niczego co by przelazło przez te drzwi, doszedł ich kolejny dźwięk z kolejnego pomieszczenia. Coś powoli przemieszczało się dalej, w dół do piwnicy. Po otworzeniu drzwi przywitała ich ciemność; pstryknięcie światła nic nie dało, a włącznik kliknął tylko parę razy głucho, kiedy idący za Brenną Atreus spróbował go użyć. - Wiesz, jak byłem mały to niechcący zatrzasnąłem się w tej piwnicy. I prawdę powiedziawszy od tamtej pory w niej nie bywałem - mruknął, spoglądając w znajdującą się przed nimi ciemność. Gęstą i lepką, która wydawała się o wiele intensywniejsza niż powinna przy świetle dnia, które wpadało im zza pleców. Przez moment znowu była tylko cisza, a potem usłyszeli pstryknięcie i na dole zapaliło się słabe, migotliwe światło w ciepłym odcieniu. A kiedy zaczęli schodzić w dół, schody zaczęły wydawać im się o wiele dłuższe, niż początkowo mogli zakładać czy to przez wzgląd na architekturę takich domków, czy przez samo światełko, które migotało u ich podnóża. RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Brenna Longbottom - 06.09.2024 - Może? Może chciało mnie zeżreć w tym lesie. Albo na tych schodach. Albo chciało dzieciaka, a ja go zabrałam. A może jednak siedziało tutaj, jak coś słyszałeś... Nie mam pojęcia. Ja chyba teraz w ogóle nie myślę jasno - przyznała, bo skoro w domu było COŚ nie mogła udawać, że jest w pełni sił fizczynych i umysłowych. Przy większości osób robiłaby dobrą minę do złej gry, ale w tamtych przypadkach... byłoby to pewnie podyktowane trochę tym, że niektórzy mogliby sami wpaść w panikę, gdyby przyznała, że nie jest w porządku, albo zaczęliby się nad nią trząść, a tu nie spodziewała się takich reakcji. Zresztą ma ile takie udawanie miało sens, skoro Atreus i tak mógłby zobaczyć jej aurę, gdyby tylko zechciał? Nie było tak źle, jak wtedy, gdy siedziała na schodach, ale i gorzej niż kiedy szli razem przez wioskę - i nie miała szans wyłapać w tym wzoru, zwalając to we własnej głowie na to, że działy się... dziwne rzeczy. Ale to nie przeszkadzało jej rzucać się przodem najpierw za źródłem hałasu, potem w ślad za nim, do piwnicy. Może w innych okolicznościach uśmiechnęlaby się nawet na tę klątwę wcieloną: a może zaczęłaby się zastanawiać, czy jednak czegoś w tym nie ma. Czy to nie ona sprowadza ludziom pecha na głowy, i to nie tylko złymi decyzjami, ale w jakiś mistyczny sposób. W tej chwili jednak za bardzo skupiała się na otoczeniu. - To pewnie będziesz musiał wezwać klątwołamacza. Jak uzna, że pozbyć się mnie nie da rady, może odklątwi chociaż dom, bo chyba coś z nim nie tak... - stwierdziła, gdy wyszli na te schody i ktoś, coś, rozpaliło na dole światło, a kiedy pokonała parę stopni zaczęła mieć wrażenie, że wcale, ale to wcale ich nie ubywa. Każdy rozsądny człowiek wzywałby na tym etapie wsparcie. Ale oni oboje czasem zapominali o rozsądku, a poza tym... to oni też byliby normalnie tym wzywanym wsparciem - przecież właśnie w takich sytuacjach fiukało się przez sieć Fiuu czy teleportowało do ich Departamentu. Gdzieś z ciemności dobiegł taki dźwięk, jakby coś ostrzyło sobie pazury o ścianę. Nieprzyjemny, wwiercający się w uszy. A przynajmniej usłyszała go Brenna i tym razem szepnęła cicho inkantację lumos, przywołując więcej światła, unosząc różdżkę. Wydobyła z kieszeni lewą ręką jakiegoś cukierka i rzuciła go w dół, po schodach: ot tak, chcąc sprawdzić, czy faktycznie coś z nimi nie tak, czy ona znowu wariuje albo ma omamy. Zaczynała mieć paskudne wrażenie, że coś ich do tej piwnicy ściąga. RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Atreus Bulstrode - 06.09.2024 Może. Może miała rację, z resztą sam tę myśl podsunął, ale kiedy słyszał ją zaaranżowaną w taki scenariusz, to zaczął nieco wątpić. Zdążyli się nieco już przespacerować po tym miasteczku, kiedy szli w kierunku jego domku, więc czemu akurat teraz zwróciłby na to uwagę? Miał wrażenie, że jeśli coś miało na nią dybać i było to to samo, co jeszcze przez chwilą stukało w okna i chrobotało w drzwi, to może i wcześniej sam powinien coś usłyszeć. Albo poczuć. No chyba, ze faktycznie mieli tu jakąś zjawę albo inne widmo, skoncentrowane tylko i wyłącznie na niej. - Powiedziałbym, że poślę po Basiliusa, ale jak cię zobaczy to pewnie sam cię przeklnie - w innych warunkach te słowa pewnie wybrzmiałyby jako żart o wiele lepiej, ale teraz były suche, bo Atreus zbyt skoncentrowany był na tym co działo się dookoła. I pierwszym jego odruchem było zerknięcie na aury, coś co zaczął robić po czerwcowej wizycie na pokładzie Perły Morza, ale nie ważne jak wysilał wzrok, widział tylko białawe ściany i plecy Brenny. Na nią też zerknął kontrolnie, ale stwierdziwszy że niewiele się zmieniło w tańczących dookoła niej barwach, darował sobie dalsze wysiłki. Wciąż ciągnęły się za nią znamiona paniki, teraz znajdującej się gdzieś pośrodku skali tego co już dzisiaj u niej zaobserwował i tak jak w innych warunkach by go to zaniepokoiło, to teraz przyjął to ze spokojem. Bo nie panikowała w odniesieniu do tego, co właśnie działo się dookoła nich. Po paru stopniach, drzwi prowadzące do piwnicy skrzypnęły i zanim zdążyli zrobić cokolwiek, zamknęły się za nimi. Bulstrode na moment zawahał się, niepewny czy powinien cofnąć się i spróbować je otworzyć, ale szybko sobie darował. Schodki zdawały się wydłużać i mnożyć im pod stopami, przez co nasunęła mu się myśl czy w ogóle by do tych drzwi doszedł w tym momencie. Światło różdżki zamigotało i to jakoś wybudziło chyba Atreusa z przeświadczenia, że cokolwiek czaiło się w piwnicy, można było pokonać pięściami. Sięgnął po swoją, ale trzymał ją nisko, w pogotowiu, bo jedno światło zdecydowanie wystarczało na ich dwoje. Kiedy Brenna rzuciła cukierkiem, ten potoczył się po stopniach i wylądował u ich podnóża. Niby nic specjalnego i tak samo jak przed chwilą kobieta miała wrażenie, że wycieczka po schodach dłuży się okropnie, tak droga samego cukierka wydała jej się... właściwa. To nie było dużo stopni, może zostało im z siedem? Dziesięć? Kiedy spróbowała odwrócić się i sprawdzić ile było ich w drugą stronę, to oprócz tego że stał za nią Bulstrode i miała ograniczony ogląd, wydało jej się że są mniej więcej w połowie. A przynajmniej tego mogła się dopatrzyć w świetle różdżki, bo obręb światła który rzucała, jakimś cudem nie sięgał samych drzwi. Była tylko ciemność. - Policzyłaś je? - zapytał cicho Atreus, tonem który zdradzał lekki dyskomfort. Rzucała cukierkiem, trzymała różdżkę, więc może wpadła na to żeby chociaż zidentyfikować liczbę schodków. Sam zerknął znowu do tyłu, ale widok wciąż był ten sam - schody niknące w ciemności. Po prawdzie to bardziej martwiło go właśnie to niż dźwięk ostrzonych pazurów. I poczucie, że powinien pamiętać tę piwnicę o wiele lepiej. Raz, dwa, trzy... osiem. Było ich osiem i mimo tego, że wydawało mu się to odrobinę głupie, to każdy schodek liczył pod nosem kiedy zaczęli na nowo swoją wędrówkę. Może był to rzucony przez Brennę cukierek, może fakt że zamknęły się za nimi drzwi do piwnicy, a może to że nagle stali się świadomi tego, ile właściwie mieli do pokonania. W każdym razie teraz droga wydała się odpowiednia. Migotliwe światło pochodziło z rozpalonych płomieni, które żarzyły się w czterech kątach niewielkiego pomieszczenia w którym się znaleźli. Wyglądało trochę jak składzik, bo były tu jakieś stare meble, książki i obrazy, ale co przyciągało wzrok już na wejściu to umieszczony na samym środku kubik, gdzie ułożono zwinięty w rulon zwój. Brenna, po zejściu ze schodków zauważyła krótki i bardzo szybki błysk chłodnego światła, który przebiegł dookoła pomieszczenia, pod jego ścianą, a kiedy przyjrzała się nieco uważniej uświadomiła sobie że było to rząd drobnych run, które właśnie zostały aktywowane. Atreus natomiast nie miał jakichkolwiek wątpliwości, bo pokój na pierwszy rzut oka wydawał się bezpieczny, nawet jeśli trochę dziwaczny. Na przeciwko od wejścia znajdowały się kolejne drzwi, oczywiście zamknięte, ale noszące ślady zadrapań no i co ważniejsze, mężczyzna zwrócił swoją uwagę przede wszystkim na wyeksponowaną kartkę papieru. Złapał za nią, marszcząc brwi, przyjrzał się najpierw temu co na nim się znajdowało, a potem przeczytał tę informację na głos. - Jak możliwe jest mnie znać, skoro nie wiesz o co pytać? Przeczytaj uważnie to pytanie, bo odpowiedź to rozwiązanie. Kim jestem? - zamilkł na moment, przeczytał to jeszcze raz, ale bardzo szybko i pod nosem, a potem zwinął zwój i spojrzał na Longbottom poważnie. - Pamiętasz jak ci mówiłem o fanatykach zagadek i ukrytych pomieszczeniach? - rzucił tylko, pozwalając tym słowom wybrzmieć. RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Brenna Longbottom - 06.09.2024 Nie odpowiedziała już – przekomarzałaby się może dalej, ale wszystko robiło się trochę zbyt poważne i horrorowate, a ona nie była aż tak pewna siebie czy elokwentna, aby w momentach potencjalnego zagrożenia potrafiła sypać z rękawa złośliwymi ripostami… a i Atreus zdawał się już koncentrować bardziej na dźwiękach i rzeczach, dziejących się w jego domu. – Nie – przyznała bez oporów. – Miałam wrażenie, że mnożą mi się w oczach. Nie była nawet pewna, czy on też miał to dziwne wrażenie, co ona – że nagle jakby ich przybywało, że idą jakoś podejrzanie długo. Znów było jej zimno, i też nie była pewna, czy dlatego, że w piwnicy było chłodniej, czy że równowaga, którą prawie już odzyskała na górze, teraz przepadała. Zaczynała mieć wrażenie, że cały ten dzień jest tak przedziwny, że może to był kolejny sen, następna wizja. Może obudzi się zaraz w Warowni, albo na jakimś przeklętym statku lub na plaży. Może nic z tego się nie wydarzyło. Przystanęła u podnóża schodów i jej spojrzenie przesunęło się po piwnicy. W pierwszej chwili przypatrywała się jego zawartości z kompletnym niezrozumieniem: wyglądało i jak zwykły składzik i… i zupełnie nie, bo ten zwój mógłby chyba równie dobrze spoczywać w podziemiach jakiegoś nawiedzonego zamczyska. Wzdrygnęła się lekko, wyłapując błękitne błyski. – Poczekaj… – zaczęła, ale Atreus już pomaszerował ku zwojowi, już brał go do ręki, a ona powstrzymała westchnienie. Mogłaby powiedzieć, że pod pewnymi względami przypominał Hadesa McKinnona, i że to chyba Gryfoni mieli biec do przodu na łapu capu, ale w gruncie rzeczy mogła zrozumieć, że on czuł się tutaj znacznie pewniej niż ona. To był dom należący do jego rodziny. Nie spodziewał się pewnie tutaj niczego niebezpiecznego. Sama nie spodziewałaby się czegoś takiego w Warowni. – Em, jesteś pewny, że to tutaj cię zamknięto? I jak bardzo… jak bardzo dziwna jest twoja ciotka? Słowa Brenny mogły brzmieć dziwacznie, ale gdy podeszła do ściany i przykucnęła, upewniła się, że faktycznie są tutaj runy lub pieczęcie. Nie był to dla niej nowy widok – Morpheus interesował się runami, Thomas pieczętowaniem – ale nie potrafiła ich odczytać ani dezaktywować uruchomionego kręgu. – Bo wspomniała wam, że ma w piwnicy jakiś dziwny, runiczny krąg, aktywujący się, jak się tu wejdzie, zanim uznała, że możecie tu zamieszkać? – spytała i podniosła się. Kto o zdrowych zmysłach chronił w ten sposób składzik? Jeśli nawet był tu jakiś duch albo potwór, przecież nie zdążyłby postawić pieczęci. I zdawało się jej, że coś przesunęło pazurem po tych drugich drzwiach, alternatywnym wyjściu z piwnicy… a może przejściu dalej. Skrzywiła się aż lekko, bo dźwięk był nieprzyjemny, z gatunku takich, od których zaczynały boleć zęby. I może też trochę dlatego, że najwyraźniej byli uwięzieni w piwnicy, potencjalnie z jakimś potworem. – A zawsze miałam Bulstrodów za taką normalną rodzinę – stwierdziła, obracając się do niego. Fanatycy zagadek, ukrytych przejść, trzeba przyznać, że gdy o tym opowiadał, myślała raczej o tajnych pokojach czy tunelach w ścianach, jak w Hogwarcie. Teraz dotarło do niej, że mogła być w tym trochę naiwna – w końcu byli rodem czystej krwi i na pewno zazdrośnie strzegli swoich tajemnic. Zagadka brzmiała absurdalnie. Ale Brenna też lubiła zagadki. I przede wszystkim lubiła Tolkiena, i teraz natychmiast w jej głowie rozbrzmiało: powiedz „Przyjacielu”… – Bardzo durnie zabrzmię, jak powiem, że może rozwiązanie to faktycznie odpowiedź? Znaczy się… jestem odpowiedzią? – zasugerowała niepewnie, podchodząc bliżej. RE: [27.08.72, ranek] Who'd'ya think you're kiddin' - Atreus Bulstrode - 07.09.2024 W piwnicy owszem, było chłodniej, ale nie była to aż tak wyraźna zmiana. Bardziej wyczuwało się panującą tutaj wilgoć i zapach starych mebli; drewna, zwiniętych w rulon dywanów czy ustawionych w kącie obrazów. Nic nadzwyczajnego, oczywiście pomijając fakt, że właśnie zostali zamknięci w jakimś magicznym lochu, gdzie torturą były zagadki, a przynajmniej tak to nieco widział Atreus, kiedy dotarło do niego co trzyma w rękach. Ale przecież mógł się tego spodziewać, bo rzeczona cioteczka, która to wszystko w spadku zostawiła, nie była jakąś szaloną spowinowaconą, a panią Bulstrode z krwi i kości. Poczekaj, natomiast, nie znajdowało się w słowniku Atreusa jako słowo, na które reagował bezwarunkowo. Mógł co najwyżej się na nią obejrzeć nieco przez ramię, robiąc kolejne kroki i tylko dlatego że miała dookoła siebie tę charakterystyczną aurę, a nie dlatego że uważał że nie powinien iść do przodu z jakiegoś innego powodu. Dla niego sprawa była prosta - skoro nie mogli się cofnąć, to pozostawała jedna droga. Bo co mogło im się tutaj stać? Umrą? - Nie pamiętam - odparł nieco ponuro, czując że coś mu umyka. Że jest to podobne uczucie, jakie miał jeszcze na plaży, ale też nie dokładnie takie samo. To było jak wspomnienie wspomnienia; tego momentu kiedy wspomnienie miało do niego przyjść, ale je odrzucił. Wiedział, że był w tej piwnicy tylko dlatego, bo był w stanie przywołać anegdotkę, którą czasem przytaczał jego jego ojciec. Ale jak się w niej znalazł ale co tam było? Już nie. - Ma na nazwisko Bulstrode - odpowiedział jej tylko, spoglądając to na nią wymownie, jakby miało to wytłumaczyć wszystko, co mogło ich spotkać w tej piwniczce i jakby zapominając że tym jednym zdaniem podsumowywał właśnie siebie. W sumie po nim można się było spodziewać jeszcze gorszych rzeczy, bo dochodziła do tego krew Prewettów. Atreus bardzo chciał w tym momencie, by jego krewna wykazała przynajmniej odrobinę dobrej woli i komukolwiek powiedziała o tej małej niespodziance, ale niestety - absolutnie nic o tym nie wiedział. I nie chodziło o to, że nie pamiętał swojego pobytu w piwniczce, a o fakt że nikt o tym przy nim ostatnio nie rozmawiał. Wątpił, żeby matka mu o tym nie powiedziała chociaż... jak się tak zaczął nad tym zastanawiać, to równie dobrze mogła się założyć czy stąd w ogóle uda mu się wyjść bez wzywania pomocy. Skrzywił się jak na komendę, kiedy znajomy dźwięk znowu się odezwał, i tym razem poza zasięgiem ich wzroku. Coś czaiło się w cieniu, za drzwiami, umykało im a jednocześnie czekało na nich nieustannie. Drażniło i jednocześnie prowokowało, a mimo tego jak wyraźnie brzmiały te dźwięki, jak bardzo bolały od nich zęby, to był absolutnie pewien że po drugiej stronie drzwi znowu nic nie będzie. O ile w ogóle uda im się je otworzyć. Rozłożył ręce, trochę jakby ją właśnie przepraszał, że Bulstrode'owie nie spełniają pewnych oczekiwań, albo i prezentował jej że oto właśnie jest on, wpisany w ten cały obrazek zagadek, rodzinnej dziwności i no niestety, nie zmieni tego nawet jakby chciał. Mógłby jej jakoś wymownie zasugerować, że jeszcze mogła się wycofać z tego co mogło między nimi być, ale no niestety - z zamkniętymi na głucho drzwiami do piwnicy i runicznym kręgiem nawet nie próbował o tym żartować. - Wiesz co...? - zaczął, trochę się wahając, kiedy usłyszał jej odpowiedź, ale wtedy znowu rozległo się pstryknięcie, dokładnie takie samo jak kiedy zaczęli schodzić po schodach. Drzwi prowadzące z pomieszczenia zgrzytnęły i uchyliły się nieco, a blade światło run zamigało. Część z nich wygasiła się - akurat te, które prowadziły do drzwi w głąb piwnicy. - To akurat bardzo dobra odpowiedź, ale chyba muszę cię ostrzec, że te zagadki to są zazwyczaj jednej próby. Znaczy, znając moją rodzinę... - skrzywił się nieco, zwinął zwój na ciasno, a potem rzucił go w kierunku jednego ze zwiniętych niedbale dywanów. Zwój odbił się od ściany i wsunął do środka. Uśmiechnął się do niej blado, spoglądając jeszcze na moment w stronę z której weszli do piwnicy, a potem przesunął się tam, do samych runicznych znaków. Nie znał ich i nawet nie próbował ich odczytać, ale co zrobił to wyciągnął rękę w kierunku schodów. Runy zasyczały ostrzegawczo, a kiedy jego dłoń znalazła się w punkcie równoległym do krawędzi ściany, magia trzepnęła go niewinnie, jasno jednak ostrzegając że przejścia w tamtą stronę faktycznie nie było. Westchnął i wrócił do Longbottom, ujmując ją za dłoń i ciągnąc za sobą w stronę drzwi. - Droga jest jedna, czyli do przodu. Rozwiążemy je, czy nie, pewnie i tak uda nam się stąd wyjść. Ale wolę wiesz... w jednym kawałku - uprzedził tylko, otwierając drzwi i przekraczając ich próg. Schemat powtórzył się; runy zamigotały, a drzwi za nimi zatrzasnęły się, kiedy znaleźli się parę kroków za nimi. To pomieszczenie było niemal całkowicie puste; przed nimi znajdował się pas niezagospodarowanej podłogi, ale dalej mieli przed sobą planszę. Składała się z kwadratów ustawionych w pięciu rzędach i kolumnach, na których znajdowały się poszczególne litery alfabetu, rozrzucone bez ładu i składu. Po chwili przyglądania się kafelkom, oboje mogli zauważyć, że nie przylegały one ciasno do podłogi; odstawały od niej ledwo zauważalnie, a między nimi znajdowały się niewielkie przestrzenie, sugerujące że mógł być to jakiś rodzaj mechanizmu. Przed nimi natomiast, po drugiej stronie planszy, znajdowały się kolejne drzwi nad którymi widniał napis; Przejdą tylko ci, którzy ten przybytek wznieśli. |