Secrets of London
[Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise (/showthread.php?tid=3831)

Strony: 1 2 3


RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.09.2024

- Zdecydowanie jeśli miałoby do tego dojść to gdzieś poza naszym kontynentem, ale obawiam się, że wtedy moglibyśmy rozpocząć wojnę. - Nigdy w życiu nie próbowałaby w Wielkiej Brytanii testować swoich zdolności związanych z bimbrownictwem, bała się, że mogłaby skrzywdzić kogoś bliskiego. Miała wielu znajomych w okolicznych miasteczkach, które znajdowały się blisko głuszy. Do tego nie chciała, żeby wszyscy czarodzieje w Wielkiej Brytanii dowiedzieli się, jak bardzo nieporadna jest jeśli chodzi o tworzenie mikstur, musiała sobie oszczędzić wstydu. Miała w sobie jeszcze resztki rozsądku, nikt by jej nie przekonał do postawienia kociołka nad ogniem. Za wiele razy widziała, jakie efekty to przynosiło. Pogodziła się z tym, że musiała korzystać z pomocy znajomych jeśli chodzi o eliksiry, zabawne, że gotować również nie potrafiła, chociaż w sumie te czynności były dosyć mocno podobne. Na szczęście korzystała z pomocy skrzatki rodziców, która podrzucała jej raz w tygodniu zapasy na cały tydzień. Niby taka samodzielna Geraldine, a gdyby nie najbliżsi to pewnie musiałaby się żywić chlebem z masłem.

- Nie, lepiej dla wszystkich, abym nie starała się za bardzo. - Tak było bezpieczniej.

Ta rozmowa nie należała do takich, jakie zazwyczaj odbywała na podobnych przyjęciach, nawet jeśli spożywała odpowiednią ilość alkoholu. Zawsze starała się trzymać pewnych tematów, aby niepotrzebnie nie wzbudzać kontrowersji. Tym razem było zupełnie inaczej, w ogóle nie zastanawiała się nad tym, że zahaczali o naprawdę odbiegłe od siebie myśli. Przychodziło im to całkiem naturalnie, nie, żeby nie podejrzewała, że ognista nieco to ułatwiała, ale wiedziała, że nie jest to tylko jej wpływ.

- Może coś w tym jest. - Miał rację, po raz kolejny trafił w samo sedno. Nie zamierzała jednak powiedzieć tego w głos, bo nie czuła się najlepiej przytakując. Zauważyła jednak, że potrafi wyciągać wnioski, bardzo szybko. Cóż, uzdrowiciele chyba faktycznie byli bardzo bystrymi osobami, przynajmniej niektórzy, a na pewno ten który stał przed nią. Zabawne, że na samym początku traktowała go dosyć lekceważąco, nie powinna.

Zdecydowanie nie miała chęci rozmawiać już dłużej o niezależności, bo czuła, że może się to skończyć zbytnią nostalgią, już i tak jej myśli zmierzały w tym kierunku, a trwający bal temu nie sprzyjał. Miała się tu dobrze bawić, a nie głowić się nad sensem istnienia. Na to przyjdzie czas później, gdy położy się w swoim łóżku i krok po kroku wróci do wszystkich tych tematów, które poruszyli, bo na pewno nie zapomni tej rozmowy. Przynosiła jej wiele emocji, zupełnie różnych, radość, strach, nostalgię. Do tej pory nie wydawało jej się, że można tak wiele wynieść z krótkiej konwersacji. Oby więcej takich.

- Tydzień? Tydzień to mało, nie zdarzyło ci się nigdy zniknąć na tydzień? - Zapytała nieco zbyt głośno, jakby każdy miał takie przepadnięcie nie wiadomo gdzie za sobą. - Prędzej miesiąc, miesiąc to za dużo czasu na pochłonięcie i odnalezienie się po dobrej imprezie. - Była niemalże pewna, że gdyby zniknęła gdzieś na tydzień to nikt by tego nie zauważył, dlatego zareagowała dosyć emocjonalnie. Nie pisała zbyt często listów do rodziców, starała się to robić minimum raz w miesiącu, nie częściej, czasem wręcz rzadziej. Mieszkała sama, odwiedzała ją czasem jedynie skrzatka Triss, która podrzucała jej posiłki, pewnie i ona by się nie zorientowała, gdyby zniknęła tak naprawdę. Trochę w nią to uderzyło. Nie miała w swoim życiu nikogo, kto zauważyłby, że zniknęła, okropnie gorzkie uczucie. Bolało jeszcze bardziej, że czuła, że sama to sobie zrobiła. Przełknęła ślinę dosyć głośno, musiała przestać o tym myśleć, dostrzegła jednak, że nie tylko ona pozwoliła sobie odpłynąć.

- Gdyby to był pracoholizm, to nie wypiłabym z tobą tej butelki ognistej, dzisiaj się bawię. - Wolała to wyjaśnić, chociaż tak naprawdę ciągle czuwała. Nie potrafiła się pozbyć tego nawyku, miała to we krwi. Potwory przecież mogły czaić się wszędzie, może faktycznie na tym balu raczej nikt nie odważyłby się ich zaatakować, ale co jeśli nie? To ona musiałaby im stawić czoła, to ona była mordercą, raczej nikogo innego nie byłoby na to stać. Misja, traktowała swoją pracę jako niekończącą się misję do której została stworzona. Nie miała ustalonych ram, ani godzin pracy, gdy jej potrzebowali po prostu pisali, aby się pojawiła. Zjawiała się ze swoim łukiem, sztyletami gotowa odebrać kolejne życie. Niby nią gardzili, a jednak jej potrzebowali.

Roześmiała się naprawdę rozbawiona, nachyliła się przy tym w jego stronę, tak, żeby znaleźć się jak najbliżej jego twarzy. - Nigdy nie odpuszczam, trafiłeś. - Bardzo szybko odsunęła się na poprzednią odległość. Tu ją miał, im gorsza reputacja przeciwnika, tym większe prawdopodobieństwo, że Geraldine postanowi go dopaść. Kochała wyzwania, żyła tym, uwielbiała przekraczać granice i udowadniać sobie, że jest w stanie sobie poradzić z każdym.

- Po raz kolejny dwa w jednym, nie mogę się nadziwić, jak się z tobą wspaniale negocjuje. - Nie określali jasno swoich zamiarów, podobało jej to, bo przynosiło niepewność, a to wiązało się z niewiadomą, nie miała pojęcia, czego faktycznie powinna się po nim spodziewać.

- Najwyraźniej trafiałeś na kobiety, które nie potrafią dobrze szukać. - Droczyła się z nim znowu, ale sam ją ku temu prowokował. Wiedziała, że nie powinna się tak spoufalać, szczególnie z kimś kogo ledwie znała, jednak nie umiała się powstrzymać. - Pozwól, że sama ocenię, czy faktycznie możliwość wyboru jest taka ograniczona, jak mówisz. - Czuła, że może być w nim więcej, niż sam mógłby się tego spodziewać. Przeczucia rzadko ją myliły.

Zmrużyła lekko oczy, kiedy wspomniał o sowie, właściwie o trochę większym ptaku. Czy wydawało jej się, że słyszy w tym ironię? Niemożliwe, nabijał się z jastrzębi. To był cios w jej łowcze serce. - Zdajesz sobie sprawę, że posiadam swojego własnego jastrzębia pocztowego i nie zawaham się go użyć? - Floret służył jej już od kilku lat, jako dziecko poprosiła ojca o takiego ptaka, bo nie chciała zwykłej sowy, jaką mogli mieć wszyscy. Jej ptak musiał wzbudzać zachwyt. Najwyraźniej nie wszyscy doceniali piękno tego gatunku.

Nie miałaby oporu przed tym, żeby pójść z praktycznie nieznajomym do lasu. Było to jej królestwo, nigdzie nie czuła się tak pewnie jak tam. Nie sądziła zresztą, że Greengrass byłby w stanie sobie z nią poradzić, nie żeby chciała zrobić mu krzywdę, albo spodziewała się, że on może chcieć ją skrzywdzić. Zaufała mu w tej chwili. Jeśli tylko postanowi faktycznie wysłać do niej sowę, jastrzębia, czy innego ptaka to zapewne z przyjemnością zgodzi się na wspólne polowanie, czy tam obserwację memrotków z tanim winem w dłoni. Nie była wybredna, jeśli chodzi o alkohol, najważniejsze było, aby rozgrzewał podczas chłodnych nocy.

Przyjęcie trwało w najlepsze. Yaxley miała wrażenie, że ludzie coraz mniej interesują się tym, co dzieje się wokół nich, a bardziej skupiają na sobie. Na każdym balu przychodził taki moment, chociaż mogły to być tylko i wyłącznie pozory, zawsze z boku znajdował się ktoś kto patrzył i widział więcej od całej reszty, która zatracała się w najróżniejszych przyjemnościach. Tak jak oni teraz. Alkohol, taniec - nie różnili się niczym od większości czarodziejów, która znajdowała się na przyjęciu Macmillanów, chociaż może, może wcale nie ukrywali przed sobą swoich zamiarów. Geraldine faktycznie chciała się tylko dobrze bawić, a obecność obok niej Ambroisea jej to zapewniła. Chyba trochę wygrała, zważając na to, że to ona pojawiła się tutaj dzisiaj sama. Jakie to wszystko potrafiło być przewrotne, jeszcze chwilę temu chciała wyjść stąd jak najszybciej, teraz w ogóle nie myślała o powrocie do domu.

Taniec nie okazał się być dla nich specjalnie trudnym wyzwaniem, rodziny czystokrwiste dbały o to, aby kolejne pokolenia nie utraciły tej umiejętności, która mogła się wydawać do niczego niepotrzebna. W tej chwili była nawet wdzięczna Jennifer, że kazała jej uczestniczyć w lekcjach tańca, bo nie musiała się przejmować tym, że nie potrafi tego robić. Płynęła w rytm muzyki, nie przejmowała się specjalnie krokami, po prostu dała się ponieść i poprowadzić.

Ciepło, które biło od jej partnera było całkiem przyjemne. Wiedziała, że znajduje się zbyt blisko niego, jednak teraz już nie przejmowała się tym, czy pani Rosier będzie zamierzała o tym komuś opowiedzieć. Geraldine przymknęła na moment oczy, jakby chciała, żeby ta chwila trwała jak najdłużej, chociaż zdawała sobie sprawę, że gdy melodia ucichnie to wszystko się skończy, wrócą do rzeczywistości.




RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.09.2024

Po paru szklankach alkoholu rozpoczęcie wojny na innym kontynencie brzmiało jak szokująco dobry sposób na spędzenie wolnego czasu. Może trochę za bardzo jak wakacje od ich codzienności. Miało posmak dobrej zabawy, pogrywania sobie ze sztywnością systemu, o której rozmawiali przed chwilą. Atrakcji lepszej od jakiegokolwiek nudnego czystokrwistego balu. Ponoć Amerykanie potrafili się bawić. Ich próby pokazania Wielkiej Brytanii, że nie są już od niej zależni były bardzo spektakularne. Wiedział to nawet ze swoją nikłą wiedzą na temat mugolskiego świata. Może Geraldine tego nie wiedziała, ale jej słowa nie zabrzmiały jak ostrzeżenie.
- Zastanów się - doradził z uśmiechem - byłabyś jedną z pierwszych pięknych pań, które same z siebie wywołały wojnę a nie tych, o które wywołali je mężczyźni - zasugerował, mając na uwadze to, że najprawdopodobniej nie powinien tego robić w tym stanie upojenia. Mimo to nie mógł się powstrzymać.
Jakaż szkoda, że postanowiła być rozsądniejsza. Ambroise pokręcił głową pełen dezaprobaty.
- Naprawdę nie rozumiem, czemu tłumisz naturalne talenty - odrzekł. Nawet, jeśli nie potrafiła warzyć eliksirów, najprawdopodobniej nie miałaby żadnego problemu z wytwarzaniem niestabilnych, wybuchowych substancji. Od tego biegła prosta droga do prawdziwej kariery. Był prostym mężczyzną, który już stawiał pierwsze kroki w półświatku. Ze wszystkiego umiałby zrobić biznes. Przynajmniej w swoich oczach, bo przyszłość miała to zweryfikować.
Tak właściwie, miała zweryfikować wiele przekonań na różne tematy. Wznieść go na wyżyny, żeby wcisnąć go głęboko w ziemię. Aż niemal posłać do piachu. Tego, w którym też miał pragnąć znaleźć wytchnienie, ale go nie otrzymać. Może teraz tego nie wiedział (skąd miałby, nie był przecież jasnowidzem), ale ten wieczór miał zapisać się w jego pamięci, będąc tym gorzko-słodkim wspomnieniem na ciemne, bezsenne noce. Ale, ale, ale! Teraz znakomicie się bawił i nie próbował wybiegać w przyszłości. Dla niego nadal malowała się w pięknych kolorach. Była jasna, ale zamglona. Całe szczęście.
Ten nagły zalew pytań ze strony Geraldine rozbawił go bardziej niż powinien. Nie wiedział, że to było tak istotne, żeby zareagować równie emocjonalnym szokiem. Nie mógł nic poradzić, że aprobował wyobrazić sobie, co się działo w jej głowie. Jak często znikała na całe tygodnie? Czy to było normalne w jej towarzystwie?
- Pamiętaj, że ona jest jego cieniem - zauważył po chwili z naprawdę głupim uśmieszkiem. - Zauważyłby, że nikt nie chodzi mu po piętach, ale nie jest tak światły, żeby zrobił to od razu. Dlatego daję mu tydzień - odrzekł w próbie wyjaśnienia Geraldine, jak wyglądał jego tok myślowy.
Nie kontrolował tego, gdy patrzył na nią z zauważalnym naukowym zainteresowaniem. Oto stała przed nim czystokrwista panna, którą bardziej szokowało, że tygodniowe zniknięcie może zostać zauważone i odebrane jako coś złego niż to, że można chcieć zniknąć na tydzień i nie dać znaku życia. Yaxleyowie musieli być dziwniejszym rodem niż mówiono.
- Poniosło mnie na dwa, góra trzy dni - odpowiedział szczerze, unosząc ręce jak podczas przesłuchania. - W przeciwieństwie do ciebie, moja Pani, mam pełnoetatową pracę według ścisłych grafików. Jeśli ich nie przestrzegam to raczej w stronę nadgodzin - zauważył.
W żadnym razie nie chciał sugerować, że jej praca nie była istotną. Prawdopodobnie przeznaczała więcej godzin na polowania niż on regularnie spędzał w Mungu. Chodziło mu wyłącznie o to, że miała większą swobodę zawodową. Czasami wręcz zazdrościł tego poszukiwaczom wrażeń. To była drobina niezależności, o której rozmawiali kilka chwil wcześniej. Mogła być pracoholiczką. Widział to po niej, ale sama ustalała sobie część ruchów zawodowych.
- Cieszę się, że tak to ujmujesz - zapewnił, choć nadal miał w tym swoje zdanie.
Widział jak lustrowała salę swoim czujnym spojrzeniem. Może była podpita, ale nie pijana. Był pewien, że gdyby nadeszła taka okazja, Geraldine byłaby pierwsza do reakcji na nagłe wydarzenia. Nawet jej rozluźnione ciało było specyficznie spięte, gotowe do akcji w każdej chwili. Widział to, bo cóż...
... miał parę oczu o dobrym wzroku, które od czasu do czasu zawieszał na towarzyszce. Miał nadzieję, że całkiem dyskretnie. Nie chciał popsuć ich znajomości tylko dlatego, że oko omsknęło mu się nie tam, gdzie powinno a o to było całkiem nietrudno w wypadku takiej kobiety. W tej sukni wyglądała niemal lepiej niż w pierwszym stroju, w jakim poznał ją w Mungu.
Ale tylko niemal, bo w tamtym ubiorze było coś, czego tu brakowało. Czuła się w nim zdecydowanie bardziej naturalnie. Ta suknia była piękna, ale nie pasowała do niej jak wyświechtana kurtka i ubłocone buty.
- Niewiele minęłaś się z prawdą - stwierdził z uniesioną brwią - dużą część moich relacji można streścić w bo to zła kobieta była - przyznał jej rację, po czym równie szybko wzruszył ramionami i uśmiechnął się do Geraldine w porozumiewawczy sposób. - Nie, żebym też nie miał wiele za uszami. Jeśli coś umiem, to pakować się w kłopoty - nie uściślał, jakie one były.
Mimo języka rozplatanego przez alkohol, wciąż uważał, żeby nie powiedzieć za dużo. Miał swoje sekrety, które powinny pozostać tylko jego sprawą. Nawet rodzina nie wiedziała o nim zbyt wiele. Jasne. Otaczał ich troską i dopuszczał do różnych cech osobowości, otwierał się przed nimi, ale też chronił ich dla ich własnego dobra. O ironio. Często przed demonami, które sam wywołał. Dlatego bardzo uważał, kogo do siebie dopuszczał i co mu mówił. Mogło wydawać się, że był bardzo swobodny w towarzystwie Geraldine, ale pewne kwestie wciąż pozostały niewypowiedziane. Takie miały zostać.
- Co mogę powiedzieć? Jeśli odkryjesz we mnie drogocenne talenty, na pewno nie będę żałować naszego spotkania - zapewnił z błyskiem w oku i uśmiechem na ustach. - Nawet jeśli zaraz po tym wyśsiesz mnie do cna i przejmiesz te dary... czy co tam robicie - był zaszczycony, jeżeli miał się przysłużyć rozwojowi wampirzego społeczeństwa. W końcu był naukowcem, co nie?
Nauka naprawdę bywała dla niego wszystkim. To w zielarstwie eliksirach odnajdował spokój i zapomnienie. Jeżeli te talenty miał przejąć ktoś, kto był w nie fatalny, najpewniej nie miało być to aż tak złe. Bawiło go, że mogła nagle obudzić się (o ile wampiry spały) jako ktoś, kto nie widziałby świata poza eliksirami. Szczególnie, że tak bardzo gardziła sztuką ich warzenia.
- Wyślesz mi list z pogróżkami czy coś? - spytał bez pardonu, unosząc kącik ust. Nawet, jeśli na początku zaskoczyła go tym, że miała jastrzębia, teraz uważał to za zabawny zbieg okoliczności. Tak. Drwił z tego. Tak. Robił to, żeby podtrzymać atmosferę przekory i jeszcze bardziej zmniejszyć dystans.
Wszystkie ruchy prowadziły właśnie do tego. Gdyby o tym myślał, mógłby podziękować Evelyn za to, że tak wytrwale zmuszała go do bycia młodym arystokratą. Wymuszała na nim uczestnictwo w zajęciach, które uważał za głupie. Przepytywała go z regułek, choć nie musiała. Mogła porzucić dziecko męża i nie próbować wychować go jak (niemal) swojego, ale włożyła wiele ciężkiego wkładu w to, żeby wyszedł na człowieka.
Na jego szczęście, miał też partnerkę, która taniec traktowała niemal tak lekko jak oddychanie. Miał okazję tańczyć z wieloma pannami i nie pamiętał chwili, kiedy ktoś tak gładko podążał za krokami. Nie musieli tańczyć wyuczonych układów. Ani razu nie podeptali sobie po piętach. Płynęli a tłum zdawał się falować wokół nich, naturalnie robiąc im miejsce na parkiecie.
Może to był alkohol. Może upojenie towarzystwem i tym ciepłym, piżmowym zapachem. Albo właśnie dostawał gorączki od duchoty panującej na sali. Nie dociekał, stanowczo zbyt zatrzymany w chwili.
- Raz, dwa, trzy, Rosierowa pa - mruknął nagle do ucha partnerki, gładkim ruchem obracając Geraldine i nachylając ją ku podłodze - trzy - a potem znów przyciągnął ją do siebie w górę, bez większego zastanowienia kończąc to tym, co wydawało się równie neutralne, co teatralne. Jednym pocałunkiem.
Czyż nie mówił, że nieważne, co się dzieje, przedstawienie musi trwać?
Melodia ucichła.


RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.09.2024

Na pewno rozpoczęcie wojny na innym kontynencie mogło by być całkiem ładnym dopiskiem do życiorysu panny Yaxley. Powód do dumy, kto zna kogoś kto rozpoczął wojnę? To było naprawdę dosyć wyjątkowe. Tylko czy faktycznie na rękę komuś takiemu jak ona? Wolała nie rzucać się w oczy, a wtedy najprawdopodobniej każdy poznałby jej imię. Rozpocząć wojnę przez nieudolną próbę pędzenia bimbru, niesamowite. Godne jej osoby, to na pewno. Nie było to jednak do końca to, dzięki czemu chciała zostać sławna. Nie, żeby zależało jej na jakimś specjalnym rozgłosie, jednak jednym z jej małych marzeń było pozostanie zapamiętaną. Najlepiej jako najbardziej wprawiony łowca w historii świata czarodziejów. Jak mierzyć, to wysoko, czyż nie? Wtedy można skręcić kark przy upadku i go nie poczuć.

- Nie kuś mnie, bo jeszcze zacznę rozważać taką możliwość. - Był niczym diabeł, który siedział na jej ramieniu i szeptem namawiał do złego. - Niestety nie mam armii, więc niestety póki co to nie ma racji bytu. - Do wojny przecież była potrzebna armia, która powinna ją  wesprzeć. Sama nie mogła zdziałać zbyt wiele, chociaż chaos który mógłby pogrążyć świat nieco ją kusił. Rzucić małą bombę i patrzeć jak świat płonie, było to nawet w jej stylu. Mieli jednak i bez tego dosyć różne nastroje wśród czarodziejów.

- Zrozumiałbyś, gdybyś zobaczył jakie ogromne są to talenty. - Tak naprawdę lepiej dla całego świata, aby Geraldine nie zbliżała się do żadnego kociołka. Gdyby chciała zrobić biznes na tych swoich wspaniałych, niestabilnych substancjach musiałaby przeżyć ich tworzenie, a aktualnie była raczej pewna tego, że w ogóle nie było to możliwe. Zabiłaby się najprawdopodobniej przy pierwszej próbie, zupełnie przypadkowo. Bezpieczniej więc było się trzymać od tego z daleka, bo nie zamierzała umierać, przynajmniej jak na razie, a na pewno nie na własne życzenie. Nie zapominała nigdy o tym, że w jej przypadku śmierć czai się gdzieś za rogiem, gotowa ją zabrać ze sobą na drugą stronę. Świadoma była ryzyka, które niosło jej życie, nawet niespecjalnie martwiło ją to, że może przedwcześnie odejść, oczywiście tylko i wyłącznie wtedy, gdy w grę wchodziło polowanie, albo bójki, czy inne takie. Wystarczająco miała niebezpieczeństw w swoim życiu i bez wytwarzania eliksirów.

Alkohol trochę spotęgował jej reakcję. Nie spodziewała się, że to w nią, aż tak uderzy. Najwyraźniej faktycznie zmartwiło ją to, że po tygodniu nieobecności można uznać kogoś za martwego. Tydzień to tak mało czasu, przeniosła wzrok ponownie na małżeństwo, o którym tak żywnie tutaj dyskutowali. Greengrass miał rację. Ona była jego cieniem, nie dało się nie zauważyć jej zniknięcia, była wszędzie tam, gdzie pojawiał się jej mąż. Dosyć szybko więc dotarłoby do niego, że jego wspaniała małżonka przepadła. Kamień z serca, ona nie była niczyim cieniem, nie znalazłaby swojego nazwiska wśród nekrologów, bo nikt by się o nią nie martwił.

Aktualnie jednak nie do końca wiedziała, czy to źle, czy dobrze, bo co jeśli faktycznie coś by się jej stało, czy w ogóle ktoś by jej szukał? Co jeśli minąłby miesiąc, dwa, a nawet pół roku? Wolała zdecydowanie przestać się nakręcać, bo jeszcze chwila i zacznie panikować. Bardzo niewygodny temat im się trafił, sprawiał, że jej myśli naprawdę zaczęły gnać w dziwne miejsca.

- Dwa, czy trzy dni to tyle co nic. - Przeniosła wzrok ponownie na swojego towarzysza. Powinna się tego spodziewać, miał normalną pracę, w której się musiał pojawiać, to zdecydowanie ograniczało takie wybryki. - Czasem zapominam o tym, że ludzie tak pracują. - Powiedziała nieco cicho na swoje usprawiedliwienie.

Ona sama mogła robić to, na co miała ochotę w danej chwili. Zlecenia spływały, wybierała te najciekawsze, realizowała gdy miała na to ochotę, kiedy chciała mogła sobie pozwolić na tydzień wolnego, ale też na dłużej. To była ta wolność na której jej tak bardzo zależało i niezależność, o której już dzisiaj dyskutowali.

- Pakowanie się w kłopoty brzmi jak spory atut. - Odparła z rozbawieniem. Bardzo doceniała tę umiejętność, bo bez niej życie byłoby przewidywalne i nudne, a takiego zdecydowanie wieść nie chciała. Zresztą sama robiła to samo, co chwila wpadała przez swoją niewyparzoną gębę w coraz to większe bagno z którego musiała jakoś wyjść, na szczęście póki co udawało jej się to robić niewielkim kosztem. Miała więcej szczęścia niż rozumu, i wcale się tego nie wstydziła. Pewnie kiedyś się skończy szczęście, wtedy będzie musiała myśleć, póki co był to problem panny Yaxley z przyszłości.

- Myślę, że i tak nie będziesz go żałował. - Rzekła spokojnie, aczkolwiek bardzo pewnym tonem głosu, jakby w ogóle nie zakładała, że może być inaczej. Ta rozmowa jemu również musiała się podobać, inaczej nie staliby przy tym barze i nie wypili niemalże całej butelki ognistej. - Najpierw okradnę z talentów, a później zabiję, brzmi jak całkiem niezła zabawa. - Nadal mówiła lekko, jakby zabijanie było czymś do czego przywykła, co robiła codziennie. Musiała przecież grać krwiożerczą wampirzycę, one chyba tak do tego podchodziły.

- Nie sięgam po pogróżki, uważam je za zupełnie niepotrzebne. - Jastrząb był całkiem sporym stworzeniem i potrafił uszkodzić kogoś, kiedy Yaxley go o to poprosiła. Niby tylko narzędzie do przynoszenia listów, a jednak coś więcej. Nie rozumiała dlaczego tego nie doceniał. Te ptaki były naprawdę oddane, no i co najważniejsze trudniej im było ukraść korespondencję niż sowom. Wzbudzały respekt, a w czasach jak te chyba dość istotnym nawykiem było dbanie o to, aby prywatne listy nie trafiły w nieodpowiednie ręce. Przezorność też była ważną cechą, którą warto było pielęgnować.

To zapewne nie była jedynie zasługa lekcji tańca, w których od dziecka musiała brać udział. Szermierka, której uczył jej ojciec wyglądała podobnie. Musiała ruszać się lekko, kiedy wirowała ze szpadą w ręku. Ger wydawało się nawet, że dzięki temu mogła pozwolić sobie podczas tańca na więcej swobody. Nie skupiała się na krokach, a jedynie na ruchu, chciała płynąć przed siebie, bez większego celu. Mało kto przyglądał się pracy stóp podczas bali. Dostrzegła jednak i to, że jej partner też wyśmienicie sobie radzi. Mimo, że na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że jednak nie będzie im to szło najlepiej, jedno i drugie było sporych gabarytów, przynajmniej jeśli chodzi o wzrost.

Nie zdążyła zareagować, kiedy usłyszała jego głos. Jednym ruchem obrócił ją, a później nachylił w stronę parkietu. Mógł przy tym dostrzec zaskoczenie w jej oczach, nie wyrwała mu się jednak, nie ruszyła za swoim łowczym instynktem tylko pozwoliła zrobić to na co miał ochotę, mimo, że się tego nie spodziewała. Serce zabiło jej szybciej, ale zupełnie nad tym nie panowała, nawet jej towarzyszyły ludzkie reakcje, gdy pojawiało się coś czego nie zakładała.

Trwało to ledwie chwilę, bo nim się obejrzała ponownie znajdowała się w górze, tuż przed nim. Znowu w przeciągu kilku sekund ją zaskoczył, tym razem pocałunkiem. Alkohol, który wypiła zdecydowanie nie służył jej refleksowi, bo po raz kolejny nie zdążyła zareagować. Poczuła przyjemne ciepło, gdy przyłożył swoje usta do jej, przymknęła na moment oczy nawet dała się ponieść chwili tyle że, muzyka ucichła, co skutecznie przywróciło ją do rzeczywistości.

Odsunęła się od niego o krok, przypatrywała się jego twarzy dłuższą chwilę, aż wreszcie się odezwała, a raczej wysyczała cicho przez zęby tak, aby nikt jej nie usłyszał. - Niezłe przedstawienie im urządziłeś. - Mogła go uderzyć, mogła spróbować sięgnąć po więcej, ale nie do końca miała pewność, co nim kierowało. W końcu dyskutowali o tym, że inni zaczną o nich plotkować, skąd mogła wiedzieć, że nie chciał bardziej podsycić tych plotek? Nie miała pewności co do tego, dlaczego to zrobił. Przeszywała go wzrokiem, jakby chciała się dowiedzieć, jakie miał intencje.




RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.09.2024

- Patrząc na twoje dotychczasowe dokonania, mógłbym pokusić się, żeby powiedzieć, że robisz wszystko, żeby pozbyć się tej armii - zasugerował bez pardonu, patrząc na nią z pijanym rozbawieniem.
Zgadza się. W dalszym ciągu nawiązywał do tego jak próbowała ocalić kuzyna a zamiast tego udało jej się biedaka podtruć i posłać do szpitala. Szczególnie po jakimś czasie wydawało się to zabawniejsze. Najwidoczniej rzeczywiście była jakimś wyjątkowym antytalentem w zakresie eliksirów. Te psuły się nie tylko w jej rękach, ale na samo wspomnienie o niej. To wyjaśniałoby wiele kwestii.
- Muszę to kiedyś zobaczyć, jeśli tak przedstawiasz sprawę - mrugnął do niej porozumiewawczo.
Nie obawiał się towarzyszyć Geraldine w jej przebojach z eliksirami, jeśli kiedyś chciałaby spróbować swoich sił. Wręcz przeciwnie. Uważał, że mógłby być całkiem pomocny i że był w stanie zażegnać ewentualne niebezpieczeństwo. Kto wie, ile byłaby w stanie się nauczyć pod jego okiem. Ciekawiło go to, co by z tego było, gdyby zdecydowała się przezwyciężyć awersję wobec takich rzeczy. Być może walka z obawą przed szpitalem byłaby kolejnym krokiem?
- Sama widzisz. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - wzruszył ramionami.
Nie kwestionował tego, że dwa czy trzy dni były dla niej niczym. Zapewne dużo więcej czasu spędzała na raz w głuszy podczas bardziej wymagających polowań. Natomiast w Mungu ten sam czas mógł decydować o życiu lub śmierci. Czasem liczyli każde minuty, nawet nie godziny czy dni.
Jako osoba częstokroć pakująca się w kłopoty, coś o tym wiedział.
- Bo będę martwy? - Spytał bezczelnie, patrząc wprost w oczy Geraldine. Usiłował wyczytać z nich coś więcej niż pokazywała światu. - Martwi na ogół nie są niezadowoleni - skwitował.
Od tej reguły były pewne wyjątki, ale nieliczne. Raczej wszyscy zgadzali się z tym, że po śmierci można było odpocząć. Mógł zaznać świętego spokoju, którego mu czasami brakło. Nie planował wracać jako mściwy duch. Miał mieć swój magiczny portret w rodzinnej posiadłości, ale to nie byłby całkiem on. Jedynie żywy malunek okazujący uczucia, ale najprawdopodobniej ich nie odczuwający. Nie analizował tego pod innym kątem. Śmierć uważał za zamknięcie książki. Nieważne, po ilu rozdziałach i czy była krótka. On jej nie miał czytać.
- Uważaj, żeby nie dostać gratisów do tych talentów - pogroził, nie mówiąc dokładnie, o jakich niechcianych dodatkach myślał.
Z tonu głosu Greengrassa mogła domyślić się, że miał ich co najmniej kilka w zanadrzu. Zaiste. Od małych upierdliwości jak zestaw wytrawnego podróżnika: zgaga i dobry humor. Po sztywności i bóle mięśniowe rzucające wyzwanie najstarszym ludziom. Ich drętwienia były trudne? To to chuj. JEGO były TRUDNIEJSZE. Nie. Nawet z tym nie dyskutował. Trzymał to w tajemnicy. Niewiele osób musiało wiedzieć o jego zdrowotnych przypadłościach. Im mniej, tym lepiej. Nie potrzebował taryfy ulgowej ani specjalnego traktowania. Było mu dobrze z tym jak to teraz wyglądało.
- Dobrze wiedzieć, że z nas dwojga jesteś większym człowiekiem - skomentował. Nawet jeśli dawał jej tym do zrozumienia, że w jego przypadku pogróżki bywały na porządku dziennym.
To jasne. Czasami groził ludziom dla żartów. Czasami chciał ich zmotywować do zmiany albo trzymania się zaleceń. Czasem chodziło o powagę lub zagniewanie. Niejednokrotnie groził stażystom, że zamieni ich w dodatkowe długopisy albo w łóżka dla pacjentów. Miewał też groźniejszą stronę, o której nie lubił mówić. Bywało, że te groźby miały naprawdę solidne podstawy i rozmówca musiał wiedzieć, że nie powinien robić dalszych głupot, żeby się nie spełniły. Takie nie były czcze. Były zapowiedzią bardzo nieprzyjemnych rzeczy, które mogły się stać.
Z jakiegoś powodu w jego życiu bywało zdecydowanie więcej trudnych i nieprzyjaznych chwil niż tych momentów zapomnienia. Gładkiej, ciepłej skóry i grzejącego oddechu otulającego mu szyję. Włosów muskających skórę. Subtelnego, lecz zauważalnego zapachu perfum. Szelestu materiału i dźwięku obcasów sunących na parkiecie. To, co zrobił było dziełem chwili. To był wpływ momentu. Nieważne w jakie słowa by to ubrał. W gruncie rzeczy wcale nie chodziło o zapewnienie komukolwiek powodów do plotek. Zatracił się w chwili, czując, że ona też to zrobiła. Cała reszta była marną wymówką. A potem muzyka ucichła i wypuścił Geraldine z ramion, jakby spodziewał się, że zaraz poniesie konsekwencje swojego czynu.
- Co? - Zmarszczył brwi, jakby wcale nie dodał tamtego komentarza do tego, co zrobił przed chwilą. - A. Tak - jasne, po chwili zrozumiał, do czego nawiązywała i pokiwał głową, wykrzywił usta w uśmiechu. - Mieliśmy dać im przedstawienie, prawda? Teraz mają o czym plotkować.
Jeśli cokolwiek innego za tym stało (a stało, bez wątpienia) to był na to teraz tak obojętny, pohamowując jakikolwiek niewygodny wyraz twarzy, że wręcz ziało od niego nagłym chłodem. A może był to powiew powietrza z nagle otwartego balkonu? No, właśnie.
Potrzebował zapalić.


RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.09.2024

- Widziałeś tylko moje jedno potknięcie, ale może dobrze, że mnie nie doceniasz, element zaskoczenia chyba również jest dość istotny podczas wojny. - Wrócił znowu do tego jej nieszczęsnego potknięcia związanego z podaniem przeterminowanego eliksiru. Zazwyczaj jej pomoc nie kończyła się w ten sposób, raczej nie miała problemu z tym, aby dbać o swoich towarzyszy, to był tylko jeden raz kiedy nic nie poszło po jej myśli. Może i lepiej, że sądził, że tak jest zazwyczaj, dzięki temu nie do końca mógł się spodziewać tego, jak jest naprawdę. Lubiła mieć jakiś element zaskoczenia. Tak naprawdę, jeśli chodziło o swoich towarzyszy panna Yaxley była skłonna zrobić naprawdę wiele, aby zapewnić im bezpieczeństwo, pewnie sama wzięłaby śmierć na siebie, gdyby miało to uratować kogoś z jej bliskich. Bez żadnego zająknięcia, dlatego też starała się nie mieć zbyt wielu osób wokół siebie. Wiedziała, że każda bliższa znajomość przynosiła jej kolejną słabość. Wolała więc budować wokół siebie mur i utrudniać nawiązanie ze sobą jakiejkolwiek relacji, tak było bezpieczniej i dla niej i dla drugiej strony.

- Na pewno będzie na co popatrzeć. - Zapewniłaby mu pewnie pełne wybuchów przedstawienie, oj tego była pewna. Mogła więc obiecywać, że będzie to spektakularne, może nie do końca bezpieczne, ale na pewno będzie warte zapamiętania, o ile w ogóle ktoś przeżyje te próby warzenia przez nią eliksirów.

Jako medyk miał na pewno dużo większe doświadczenie niż ona w tworzeniu mikstur. Pewnie nie dopuściłby do tego, aby komukolwiek stała się krzywda, tyle, że nad Geraldine i jej chaosem wcale nie tak łatwo było zapanować, nie była więc pewna, czy mężczyzna by sobie z nią poradził, raczej wydawało jej się, że nie miałby specjalnego wpływu na jej działanie. Reagowała bowiem zbyt pospiesznie na wszystkie komunikaty, co było często bardzo zwodnicze.

- Prawda, żadna sytuacja nie jest bliźniacza. - Po raz kolejny tego wieczora się z nim zgodziła, strasznie łatwo przychodziło jej utwierdzanie go w tym, że ma rację. Nawet trochę nie poznawała siebie, bo zazwyczaj negowała myśli innych osób nawet po to, aby zasiać ziarno niepewności. Przyjemność sprawiało jej wprowadzenie chociaż odrobiny chaosu, zmuszanie ich do faktycznego rozpatrywania problemów, tym razem jednak tego nie robiła.

Zaśmiała się perliście, jej policzki rumieniły się uroczo w świetle, które rzucały lampiony wiszące nad nimi. - Nie od razu, nie pozwoliłabym ci szybko umrzeć, nie lubię kończyć zabawy zbyt wcześnie. - Śmierć wbrew pozorom nie była najgorszą opcją, miała cały wachlarz innych rzeczy, które mogły być od niej zdecydowanie gorsze. - Czy ja wiem, patrząc na to ile duchów kręci się po świecie to chyba nie wszyscy martwi zaznają spokoju i są zadowoleni. - Dosyć często wpadała na nieszczęśliwe dusze, które nie mogły przejść na drugą stronę, nadal wędrowały po świecie szukając sensu istnienia. Ta opcja wydawała się jej być zdecydowanie gorsza.

- Gratisy chyba powinny być pozytywne? - Uniosła brew, jakby chciała upewnić się, że ma rację. Kojarzyły jej się bowiem z profitami. - Chyba, że chcesz mnie postraszyć, abym zrezygnowała z kradnięcia ci talentów, miej świadomość, że wcale nie tak łatwo to zrobić, jak się uprę to nie ma zmiłuj. - Zazwyczaj dostawała dokładnie to, na co miała ochotę. Dążyła do celu po trupach, bez względu na konsekwencje.

- Tego nie byłabym taka pewna, nie jestem dobrym człowiekiem Ambroise. - Najwyraźniej chciała go ostrzec, bo miała świadomość, że jest w stanie sprowadzać innych na złe ścieżki. Jej moralność była wątpliwa, niby istniała, ale łatwo było nią manipulować, kiedy sakiewka odpowiednio się zatrzęsła.

Nie musiała sięgać po pogróżki, wybierała inne opcje. Potrafiła demonstrować swoją siłę, pokazywać innym, że nie są w stanie sobie z nią poradzić, mogła zatruć ich życia tak, że prosili ją o to, aby przestawała. Nie musiała im grozić, wybierała czyny, które uprzykrzały egzystencję na tym świecie, uderzały głęboko.

Nie zdarzało jej się to często. Odrywanie od rzeczywistości przy tak wielu twarzach skierowanych w jej kierunku. Gdzieś z boku, z dala od ciekawskich oczu pozwalała sobie na chwilę zapomnienia, nigdy jednak nie tak jak teraz. Wiedziała, że pozwoliła sobie na więcej niż zazwyczaj, miała też świadomość, że nie było to spowodowane tylko i wyłącznie chęcią wzbudzenia plotek na ich temat. To był moment, krótka chwila, kiedy do końca nie panowała nad tym, co się działo. Właściwie to nawet jej się to podobało, magia chwili, czy coś.

Kiedy muzyka zamilkła nadszedł koniec, powrót, który mógł okazać się dosyć bolesny. Nie chciała dać po sobie poznać, że nie do końca rozumiała to, co się wydarzyło, nie wydawała się też być speszona. Yaxleyówna nie miała problemu z tym, aby brać odpowiedzialność za swoje czyny, czy zachcianki, gdyby nie chciała odepchnęłaby go od siebie i nie dopuściła do pocałunku, zdecydowanie więc akceptowała to, co się wydarzyło.

- Tak, mają o czym plotkować, zadanie wykonane wybitnie. - Dostali zakończenie, którego pewnie się spodziewali, chociaż czy na pewno? Musnęła jeszcze delikatnie policzek Greengrassa nim zniknęła w tłumie, najwyraźniej nie oczekiwała już nic więcej od tego wieczoru. - Dziękuję za dobrą zabawę. - Rzuciła jeszcze do niego i dygnęła w oddali, jak przystało na pannę z dobrego domu.


Koniec sesji