![]() |
|
[11.08.1972] The Kiss of Dawn | Sauriel & Victoria - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [11.08.1972] The Kiss of Dawn | Sauriel & Victoria (/showthread.php?tid=3880) |
RE: [11.08.1972] The Kiss of Dawn | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 03.10.2024 Nie umiałaby podnieść różdżkę na Sauriela. Zmuszona do tego – broniłaby się, ale sama miałaby zaatakować? I wierzyła, że w jego przypadku było podobnie, że nie zrobiłby jej krzywdy. Te różdżki nie były więc potrzebne. Ba, Sauriel w ogóle swojej nie potrzebował, miał przecież swoje dłonie, które co najwyżej zaciskał z irytacji, ale w jej obecności nigdy żadne iskry w nią skierowane nie leciały – co najwyżej ogrzewał swoje ciało, by było jej przyjemniej… kiedyś. Bo teraz nie było takiej potrzeby. Różdżki można było więc odłożyć na szafkę, a później pomylić się przy zabieraniu swojej – takie były do siebie podobne… – Wiem, jaka w tym jest ironia. Ale między innymi dlatego zaczęłam się uczyć oklumencji, bo znam to od drugiej strony… – a że zaczęła pracę w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym zaraz po szkole, to miała naprawdę dużo czasu, by tę umiejętność opanować… A że nie wyglądała na swój wiek? Bezsenność odcisnęła swoje piętno, „upiększając” ją cieniami pod oczami, które maskowała kosmetykami i makijażem, a jak wiadomo – ten siłą rzeczy trochę postarzał. To, plus fakt, że nieczęsto się uśmiechała, a od maja było o to jeszcze trudniej, gdy do chłodu w obyciu doszedł jeszcze chłód ciała i możliwość, że niedługo umrze… zmartwienie z powodu Sauriela, który próbował się zabić, niepokój w domu, u Laurenta, Windermere ii… człowiek wyglądał jakby miał na karku więcej niż 27 lat. Nie pomagało też to, że Victoria schudła od czasu, w którym poznała się z Saurielem o kilka dobrych kilogramów, a wszystko to ze stresu. Teraz co prawda nie miała na sobie żadnej tapety, ale na jej twarzy widoczne było zmęczenie, które z pewnością nie odejmowało lat. Chociaż jak patrzyła na swoje odbicie w lustrze, to nigdy nie powiedziałaby, że wygląda staro. Najgorszy nie był sam fakt tego, że coś zmusiło ją do działania wbrew własnej woli. To znaczy – to było okropne i czuła się wewnętrznie brudna, bo miała wrażenie, że zrobiła coś złego, coś co zbrukało jej dobre intencje i uczucia do innej osoby, tej samej, która teraz siedziała obok niej. Gorsza była jednak świadomość, że lata nauki oklumencji iii… nic. Nawet nie poczuła wtargnięcia. Jej umiejętności były więc na poziomie gówna, po raz kolejny, czuła się bezużyteczna, bo to nie tak miało być. Przyglądał się jej, ona uniosła spojrzenie na niego, ale po chwili zrozumiała… I pokręciła głową. Wyrażenie „NAD Nokturnem” ją po prostu zmyliło, zaciekawiło, ale miał rację, że lepiej żeby nie wiedziała niektórych rzeczy. Nie to, że wykorzystałaby je przeciwko niemu, ale gdyby ktoś jednak włamał się do jej umysłu… Chociaż nie zamierzała na to pozwolić. Kiedy robili to ludzie, to czuła, nawet zwykłe skanowanie aury było przez nią wyczuwalne. A dobranie się do właściwego wspomnienia tez nie było takie proste, bo trzeba było wiedzieć co i kiedy w ogóle szukać. Przesunęła lekko rękę, szukając drugiej dłoni Sauriela. Chciała go dotknąć, lekko ścisnąć palce, dając znać, że rozumie i że jest w porządku, że nie musi nic mówić. Nie do końca była po drugiej stronie barykady – nawet nie wiedziała o jej istnieniu. Była po swojej stronie. Polując na jednych i pomagając drugim. – Aaach… nie wiem. Szlajasz się po babeczkach z kotami? – a jednak się uśmiechnęła, bo doskonale wiedziała, że mówił o niej. Być może była to jego najbardziej uczciwa w życiu prawda i to taka, do której przychodziło się z ochotą. A mówiąc o kotach – Kwiatuszek wskoczył w końcu na fotel, a Luna krążyła dookoła, nie wiedząc do końca jak ma wskoczyć na tych swoich krótkich nóżkach i co rusz spadała i piszczała, bo chciała się znaleźć na górze. W końcu wykombinowała, że przecież może spróbować wskoczyć do doniczki, która stała na podłodze i stamtąd… Victoria obserwowała te zmagania bez komentarza. Drugi typ babeczek z kotami, to była Nora z Nory Nory. Do niej już nie chodził? Uniosła wyżej brwi – nie odmówił? A to nowość. Ale to dobrze, dobrze. Wychodzenie do ludzi dobrze mu robiło, tak przynajmniej uważała. – Widzisz? Powinieneś w siebie wierzyć – bo ileż to razy słyszała, że jest beznadziejny, i taki, śmaki i owaki. Nie był i przedstawiał sobą mnóstwo wartości, których nie dostrzegał, widząc tylko to, co złe. – Dobrze, więc czekam, instruktorze Rookwoodzie – dodała i zachichotała cicho. Poduszka nie wylądowała na jego twarzy, odgonił jej rękę w bok, co skończyło się tym, że upuściła ją, a ta spadła na podłogę i miała teraz wolne obie ręce, i klęczała blisko niego. Mogła więc z powodzeniem przenieść dłonie na jego szyję i je zacisnąć… tyle że w głowie nie miała żadnego duszenia (które i tak by nie podziałało); po prostu gwałtownie objęła go w pasie i się mocno przytuliła, jakby brakowało jej tego, by poczuć, że ten zły sen już się skończył, że jest w domu i wszystko jest dobrze… – Są momenty, które są naprawdę interesujące – te sprawy. Jak tropienie kłusowników współpracujących z czarnoksiężnikami, jak ucieczka przed smokiem, jak badanie sprawy mglistych mokradeł, jak topienie tych, którzy dopuścili do loterii z okazji Lammas czarnomagiczne przedmioty… Ale były tez takie, jak Beltane, jak Windermere, które kompletnie wywalało ją z kapci. Jak Perła Morza… choć to może dlatego, że tamtego dnia była w naprawdę okropnej kondycji psychicznej. Już jakiś czas temu zakiełkowała w niej myśl, że może jednak powinna zmienić departament na taki, który bardziej by odpowiadał jej potrzebom i w którym bardziej by się spełniała… – Kiedyś trafię z zawodem dla siebie. Może trzeba było posłuchać babci i pójść na ten staż do Munga – westchnęła, chociaż uzdrowicielstwo akurat ją nie kręciło. RE: [11.08.1972] The Kiss of Dawn | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 05.10.2024 Stres niszczył człowieka, ale Sauriel był za mało zorientowany i zainteresowany kwestią biologii i światem natury, żeby nad tym myśleć. Nie miał ważnych danych, a nawet gdyby nie był takim nieukiem z dziedzin przyrodniczych to zdecydowanie daleko mu było do osoby stricte zainteresowanej psychologią. Gdyby tak ciągnął swoje dzieciństwo, w którym uwrażliwienie na istoty żywe było realne to dzisiaj byłoby z tym prościej. A może wcale nie? Człowieka potrafił stawać się niezwykle nieczułym wraz z upływem lat - a wszystko przez to, że świat potrafił za mocno kopać leżącego. Więc tak - wyglądała starzej, a to nie był miły widok. Wyglądała mizerniej, a to wcale nie dawało przyjemnych odczuć. Wyglądała na zmęczoną, strudzoną - więc miałby przytaknąć, że marnowała się tam, gdzie pracowała? Nie była Atreusem, który sobie ulżył przypierdalając komuś w mordę i otrząsał się po większości doznanych wstrząsów. Gdyby jej jednak powiedział, że wygląda staro, to tylko po to, żeby ja pozaczepiać. Słowo "staro" niekoniecznie oddawało to, że ktoś wyglądał na "starszego niż jego wiek". Oddawało tylko wtedy, kiedy chciałeś komuś przykrość, a już na pewno kiedy mówimy tu o kobietach. Do jej umysłu nie było trudno się dobrać - ale do jego już tak. I była taka osoba, która lubiła wręcz to robić. Więc niektóre rzeczy między nimi po prostu nie mogły paść. Nigdy. To "nigdy" zaś miało taki termin, dopóki Czarny Pan tworzył realne zagrożenie dla samej Victorii. Sauriel brał to na klatę - był transparentny w tym, na czym mu zależało, skoro rzecz i tak wyszła na jaw. Dalsze ukrywanie się nie miało żadnego sensu, tworzyło tylko niepotrzebny pozór konieczności utajniania spraw. Za zniewagi były kary, ale Sauriel nie miał teraz w planach żadnej. No, może poza zabiciem Chestera, ale o tym już Czarny Pan wiedział... a Sauriel pod tym kątem starał się być cierpliwy. Nie mógł zabić Chestera, bo wtedy pewne rzeczy stałyby się oczywiste. PEWNE... Ha... Wyszedłby wtedy na najsprytniejszego zabójcę, jakiego zrodził ten świat. - Po babeczkach szlajam się tylko do babeczki z kotami. - Tak, dokładnie, była jeszcze Nora. Nora, z którą miał trudną relację przez moment, ale chyba to trochę... skleił? Bez chyba, trochę to skleił. Nora była bardzo wyrozumiała. Nie znaczyło to, że był jak dawniej stałym klientem. Jak... przez chwilę w zasadzie. Ta sielanka nie trwała na tyle długo, jakby sobie tego życzył. A zaraz potem nadął policzki i wydobyło się z jego ust pierdnięcie, które było wynikiem próby powstrzymania wybuchu śmiechu. Co i tak finalnie się nie udało i zarechotał od tego INSTRUKTORA ROOKWOODA. Doprawdy, jak dumnie to brzmiało! Ale oto była - jego iskra, jego światło w ciemnościach. Nawet zmarnowana i zdruzgotana swoim doznaniem. Dla niego nie gasła nigdy. Mogła tylko przyćmiewać ją chwilowa ciemność. Zaskoczenie nagłym przytuleniem się spowodowało, że nie od razu ją objął. To "nie od razu" mierzone było ledwo w paru sekundach, bo zaraz się uśmiechnął i objął ją czule. Tak, to był zły sen. Tylko zły sen. Oprzyj się na mnie, zamknij oczy - możemy tak trwać. Twoje bijące serce ułożona na martwej klatce piersiowej. Martwe, nie martwe - tutaj, między nimi, wszystko było żywe, bo prawdziwe. Wszystkie niedopowiedzenia teraz nie były istotne, a chłód... chłód dla niego na chwilę przestał istnieć. Miał wrażenie, że Victoria otula go swoim ciepłem. Przechylił się powoli w tył, uginając nogi, żeby pozwolić jej się na sobie położyć. Poprawił się tylko, żeby i ona mogła przyjąć wygodniejszą pozycję, która zaraz nie połamie im gnatów i kości. - Lubisz eliksiry. Każdy do ciebie lata z tym. Czemu temu się nie poświęcisz? Jakiś taki... medyko-eliksi...ziarz... (?)w terenie. - Był pewien, że taki zawód nie istniał, ale był też pewien, że istniał w Mungu taki, który spełniał dokładnie te kryteria - po prostu nazwali to jakoś ładnie. Jak wtedy ktoś użył słowotwórstwa to uznali, że mądre, a to pewnie by skrytykowali! Banda nudziarzy... RE: [11.08.1972] The Kiss of Dawn | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 07.10.2024 Ludzie różnie reagowali na stres, ale Victoria niestety zapominała wtedy o jedzeniu. Tak jak zapomniała o tym dzisiaj, kiedy cały dzień przeleżała w łóżku, a potem na kanapie. Dalekie to było od dbania o siebie, ale kiedy nawet nie liczysz, ile czasu przelatuje ci przez palce... Otulona bezsennością od lat, potrafiła zapadać w taki „letarg”, kiedy sekundy zamieniały się w minuty, a minuty w godziny, a ona nie mogła zasnąć i kręciła się po posłaniu. Dzisiaj nie było inaczej. Stres był tez złym doradcą, a w połączeniu z bezsennością… Nie, nie dodawało to jej urody; trudno co prawda było powiedzieć, że jest brzydka, ale biorąc pod uwagę jak mogło być, a jak jest… Wiadomo, rzecz gustu. I zdecydowanie nie chciałaby usłyszeć, że patrzeć na nią nie jest miło, ani przyjemnie. Czasami zresztą, człowiek mówi coś, by „pozaczepiać”, ale ta opinia i tak gdzieś się zapisuje w mózgu i zaczyna się dostrzegać cos, czego nie ma. Tak rodziły się kompleksy. Sauriel na całe szczęście niczego takiego nie powiedział i pozostawało to tylko w gorzkich rozmyślaniach, daleko jednak leżących od rzeczywistości. Tym bardziej, że pomimo tego, co działo się w głowie Victorii, wystarczyło chwilę spędzić z nią czas i porozmawiać, a ona rozchmurzyła się wyraźnie, a kiedy już skończyła te Przytulanki i przeszła do ofensywy poduszkowej, to nawet przestała uciekać wzrokiem. – Ach tak? To jakiś maraton? – maraton łażenia do babeczek z kotami, rzecz jasna. Zaliczanie jednej za drugą. Droczyła się, oczywiście, choć może w tym babskim stylu, by tylko zaprzeczył, albo potwierdził – że przecież nie ma innej takiej, bla bla bla. To było głupie, ale czasami na pewne rzeczy nie miało się wpływu, tym bardziej, jeśli nie zdawano sobie z nich sprawy, a mózg głupiał, bo znajdywał się obok osoby, przy której wszystko stawało się… inne, lepsze – mimo tego, że dotychczas zaprzeczał, stawał okoniem i mówił o sobie same złe rzeczy. Zresztą zaraz wybuch śmiechu Sauriela odgonił wszelkie negatywne myśli, które mogły zacząć krążyć wokół głowy – bo był tka głośny i tak szczery, jak chyba… nigdy nie słyszała w jego wykonaniu. Zaraźliwy wręcz, bo Victoria lekko zmrużyła oczy w uśmiechu i uniosła kąciki ust, co dodało jej jakiegoś takiego blasku, i odrobinę spuściła wzrok, wpatrując się w oparcie fotela obok. Tak, objęła go z zaskoczenia. Ta cała walka podjazdowa przecież taki miała cel (nieprawda, ta ochota przyszła jej dopiero po chwili), by zmusić do pełnoprawnego objęcia, a nie po prostu przytulania się do ramienia na kanapie w trakcie opowieści. Tak naprawdę, to ta potrzeba, by się przytulić, przylgnąć do drugiej osoby, przyszła nagle; wtedy gdy te złe emocje już zaczęły gdzieś z niej ulatywnać, kiedy jej serce ogrzało się obecnością kochanej osoby, poczuciem, że nie jest z tym całkowicie sama (ze sobą), gdy po prostu sobie porozmawiali na ter mniej czy bardziej poważne tematy… Poczuła się tym wrażliwsza, i ta potrzeba, by wtulić się w te silne ramiona jakoś sama pojawiła się, choć alarm i ostrzeżenie przyszło za późno – że przecież może zostać odrzucona i co wtedy…? Ale niepotrzebnie, bo chwila zawahania przerodziła się w to, czego szukała i czego potrzebowała: w ręce ciasno platające się na jej wąskich ramionach. W czułość, o której marzyła, a której się nie spodziewała. Czego jednak nie przewidziała to tego, że Sauriel zaraz przechyli się do tyłu – powoli, jakby bał się, że może uderzyć w oparcie, a ona razem z nim. Nie puścił jej, a w którymś momencie ona wczepiła się palcami mocniej w jego plecy, by po chwili poczuć, że… leżą sobie na tej kanapie razem, ona na nim, pleceni ramionami. Victoria zaraz zresztą wyciągnęła swoje dłonie spod Sauriela i ułożyła je na jego klatce piersiowej – kiedy on się poprawił, ona też to zrobiła, wpasowując się w niego tak, żeby im obojgu było wygodnie. Przymknęła oczy. Nie, nie czuła bicia jego serca, bo było to niemożliwe, ale i tak czuła się na miejscu. Nie powiedziała nic, tak jak on nie mówił nic – czasami słowa naprawdę nie były potrzebne, tym bardziej, jeśli jego dłonie delikatnie i niespiesznie tańczyły po jej odkrytej skórze ramienia czy barku. Tak było dobrze, prawda? Tak. Tak było dobrze. Tak było na miejscu. Tak mogłaby zasnąć, otulona znajomym zapachem i dotykiem, który był jednocześnie znany i dopiero poznawany. Nie miało to nic wspólnego z zimnem, bo to nie ono było teraz ważne, a to ciepełko na sercu. – Mmm… Mogłabym, ale eliksirów nie bardzo da się warzyć w terenie. Potrzebują bardzo kontrolowanych warunków, wiesz… Odpowiedniej temperatury, raz stałej, raz zmiennej, w terenie w warunkach polowych jest to praktycznie nie do uzyskania, nie mówiąc już o tym, jak wiele czasu potrzeba na niektóre. Pewnie mogłabym się poświęcić tylko eliksirom, ale jeśli już to na własny rachunek, a nie dla kogoś – mruczała mu w klatkę piersiową, cały czas z zamkniętymi oczami. Być może tylko jej dłonie czasami sobie błądziły po jego koszuli. Miała tylko nadzieję, że nie było to dla niego nieprzyjemne, biorąc pod uwagę, że powiedział jej kiedyś, że zmysł dotyku ma bardzo wyczulony. – Może powinnam się ubiegać o posadę w Departamencie Tajemnic? To jednak bardziej statyczna praca, raczej nie mniej ciekawa… Pewnie za samo to, że wlazłam do Limbo, wzięliby mnie do Komnaty Śmierci z pocałowaniem ręki – parsknęła, bo uważała to za całkiem zabawne, ale właściwie… czemu nie? A może badać coś innego, nie zajmować się śmiercią… chociaż biorąc pod uwagę jakie zainteresowania i myśli ciągnęły ją do dalszego pogłębiania wiedzy eliksirologicznej, to mogło się to okazać nie takie głupie. RE: [11.08.1972] The Kiss of Dawn | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 10.10.2024 Miał aż zbyt często niewyparzoną gębę i głupie komentarze, ale przy Victorii naprawdę się starał. Zakładał większy filtr. No, może nie od początku ich znajomości, ale im dalej tym starania te rosły. Mówiła mu - związek budują dwie osoby, nie jedna. Skoro mamy być razem, to czemu mamy być nieszczęśliwi? Wtedy to miało sens. Złączeni węzłem małżeńskim soon-to-be, nie mający na tyle siły, żeby powiedzieć "NIE"... tak, logika tych argumentów płynęła z rozsądku. I oczywiście, co najważniejsze w jego przypadku - to był JEGO wybór, żeby tak się zachowywać. To, że to nie był jego wybór, żeby połączyło ich wspólne życie... cóż. To dopiero dalsza opowieść, prawda? Dziś zaś kwestią wyboru było spotykanie się, był pocałunek, był to, że patrzeć na nią chciał, a kiedy nie chciał to nie dlatego, że sama była brzydka, tylko dlatego, że chciał, by zawsze mogła się uśmiechać. - Maraton miłości. - Jakże dramatycznym ruchem zagarnął dłonią kosmyki swoich włosów i zaciągnął je w tył. Uniósł głowę, przymknął oczy, wygiął się jak jakiś przereklamowany aktorzyna na deskach teatru, któremu kazano grać dramat tak, żeby wyszła z tego komedia. W jego celu było wykonanie tego gestu poważnie, ale że daleko mu było do bycia mistrzem na deskach teatralnych to wyszło jak wyszło. Nie od dzisiaj wiemy, że parodie najlepiej wychodzą wtedy, kiedy nie wiesz, że robisz parodię. - Tej kociej na pewno. - Wyszczerzył kły w uśmiechu, kiedy już rękę opuścił. Zresztą nie miał wyboru! Bo jakiś słodki ciężar postanowił być... dla niego nie-ciężarem. Tego się spodziewał idąc tutaj? Myślał, że kiedy tu przyjdzie, to pewnie pogadają i może będzie miło, ale przecież gdzie to mogło zabrnąć? Myślał, że jak będzie w kiepskim stanie, to pewnie się zacznie irytować, denerwować, albo będzie już chciał mniej niż zero od samej Victorii, byleby tylko jak najszybciej się ulotnić. A czemu? Ha... żeby to on jeszcze wiedział, czemu się tak zaczynał denerwować, kiedy ona miała różne dołki i doliny, kiedy przechodziła przez gorsze etapy i potrzebowała wtedy więcej... wszystkiego. Uwagi, czułości, dobrych słów. Nie chciał jej tego dawać? To nie była przecież prawda. Mimo to uciekał od tego, żeby jej to wręczyć. Leżą. Leżąc tutaj nie było takich obaw i nie było chęci uciekania. Była chęć, żeby tak zostać - było miło, przytulnie, brakowało tylko... - Ej... kiedy ty masz urodziny? - Mówiła mu już, no oczywiście. Ale nie pamiętał. Równie dobrze mogła mieć wczoraj, jutro, mogła mieć 5 razy w ciągu roku. Czy urodziny to nie była sztuczna data, wyimaginowany pretekst robienia imprez - nic więcej? Oczywiście, że tak nie było, ale mądrzejsi od niego wiedzieli to lepiej. Jego wiedza pochodziła na ten temat z bardzo niewiarygodnych źródeł, a postrzeganie prawdy i sensowności potrafiło być u niego mocno zachwiane. Niby potem było "no wiem, że to fake", ale z jakim pomrukiem niezadowolenia... - Trzeba ci kupić gramofon. - I całą kolekcję płyt... a w tym przemyciłby swoje cudeńka. - Aha. - Przytaknął mądrze, dowiadując się czegoś nie nowego. Nowego dla niego, ale jednocześnie nie była to żadna nowość świata objawionego. Gdyby bardziej uważał na zajęciach to by to zapamiętał. Że zazwyczaj na zajęciach nie był - to i nie pamiętał. - Jacyś rzeczoznawcy czy podawacze eliksirów na pewno też są. - Skoro nie można ich warzyć w terenie, to na pewno przydają się osoby, które sprawdzają jakieś super tajne pola uprawne mandragor... czy innych ogórków. Cokolwiek tam banglało w tym magicznym świecie przyrody. - O kurwa. - Wymsknęło mu się i uśmiechnął się pod nosem, słysząc o Departamencie Tajemnic. - Brzmi nudno. Czyli w sam raz dla ciebie. - Droczył się z nią, bo myślał o tym w zupełnie innej kategorii - że to całkiem stabilna praca, w których rzeczy potencjalnie nie wybuchały ci w twarz i nikt ci nie próbował jebnąć avadą w mordę. - No... tak serio to pewnie tak. Byłabyś ich truskawkowym króliczkiem doświadcalnym. RE: [11.08.1972] The Kiss of Dawn | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 13.10.2024 A te starania nie pozostawały niedostrzeżone, bo Victoria doskonale zdawała sobie z nich sprawę nawet, jeśli nagle następował błąd w kodzie i Sauriel postanawiał zagrać wbrew wszystkiemu, względem czego się starał – i wbrew sobie również. Lecz odkąd te wybory były w pełni ich… było lepiej, prawda? Kiedy mogli po swojemu, w swoim tempie kuć tę relację w stronę, którą sami wybiorą – i to pomimo tego, że gdy Sauriel odwiedził ją pod koniec lipca, to mówił coś o odcinaniu się, że nie chciał powtórki i tak dalej… Dlatego sądziła, że on nic od niej nie chce, a po prostu lubi jej towarzystwo, a kilka dni później spędzili ze sobą Lammas, potem wesele Blacków, potem… wycieczkę do nawiedzonego zamku, a potem pocałunek. Jeśli to nie tworzyło mętliku w głowie, skoro w pamięci było jego zachowanie i zdystansowanie, to co miałoby go robić? Minęły dwa tygodnie i był obrót o 180 stopni, bo teraz leżeli razem na jej kanapie, przytuleni do siebie, i nie było mowy o żadnym dystansowaniu się. I to pozwalało jej ściągnąć z barków pewien ciężar, przymknąć oczy i się zrelaksować. Być może dla Sauriela to wszystko też było zaskakujące. Jego zachowanie, to, co właśnie razem robili… Chyba też nie było tak źle spędzać ze sobą czas, kiedy jednemu z nich było gorzej. Wszystkie czarne myśli co prawda przelatywały przez głowę przed, ale ostatecznie… Co złego było w dotrzymaniu wtedy towarzystwa? Udowodnieniu, że można kogoś wesprzeć, poprawić humor? Zwłaszcza, że Sauriel wcale nie był tutaj niechciany, to po prostu ona była w parszywym nastroju, ale w takim, który trzymała w sobie, a nie wylewała na innych. Ale też nie myślała, że Sauriel przyjdzie – to po pierwsze. A po drugie – że będą tak leżeć… wymieniając się chłodem swoich ciał. – Hmm? – wymruczała, leżąc tak z zamkniętymi oczami, sycąc się bliskością Rookwooda. – Jedenastego stycznia. Równiutkie pięć miesięcy – odparła, nie myśląc wcale, że „mógłbyś już pamiętać” i tak dalej. Nawet nie była pewna, czy przeprowadzili taką rozmowę. To znaczy ona się go na pewno pytała kiedy ma urodziny i bardzo dokładnie to zapamiętała – przecież aparat miał dostać właśnie wtedy. Aż uznała, że chyba jednak bardziej mu się przyda teraz a nie za te kilka miesięcy. – Gramofon? – powtórzyła za nim i otwarła oczy, ale poza tym się nie poruszyła, może za wyjątkiem dłoni, która robiła to dość bezwiednie. – No w sumie… – faktycznie, było trochę cicho. Tak cicho, że słychać było ciche stukanie Luny, która robiła w tej swojej kociej, małej główne masę dziwnych obliczeń, ale wyniki chyba nie wychodziły jeszcze zbyt dobrze i co rusz dochodził do ich uszu dźwięk jakiegoś stukania, tuptania, wdrapywania i tak dalej. Spójrzmy prawdzie w oczy: mogłaby o eliksirach mówić długo, bo to naprawdę była jej pasja, hobby, które wykonywała w czasie wolnym, bo sprawiało jej mnóstwo przyjemności i satysfakcji. I przede wszystkim chciała i umiała to wytłumaczyć laikowi prosto, podając jakieś przykłady, a nie skomplikowanie książkowo. – Rzeczoznawca? Może… To by się dobrze wpasowywało w specjalność zatruć eliksiralnych w Mungu, ale uzdrowicielstwo nigdy mnie nie kręciło, wiesz. Zawsze bardziej eliksiry, połączenia. Sam fakt, że kilka składników o mocnym potencjale magicznym złączonych razem w odpowiedni sposób daje bardzo trwały efekt, w przeciwieństwie do zaklęć. Ale samo leczenie ludzi z tego to tak… hym. Mniej – mówiła dalej, po czym wzięła głębszy oddech i ponownie zamknęła oczy, by za chwilę otworzyć je gwałtownie i spróbować uszczypnąć Sauriela pod żebrami za tę jawną zniewagę! Nudno więc w sam raz dla niej, ha! W sumie to nie wiedziała, czy w Departamencie Tajemnic jest nudno… Ale chyba… nie? – Opowiadałam ci o tym? Że któregoś razu Brenna pisała do mnie karteczki znad swoich raportów, bo właśnie widziała typa z Departamentu Tajemnic, jak po naszym piętrze biegał bez gaci? Biedna nie wiedziała, co ma z nim zrobić – Victoria zachichotała cicho. Cokolwiek tam badali, kompletnie mu siadło na… mózg. – Ooo ja im dam króliczka. Byłabym ich największym koszmarem, jakby próbowali mnie badać bez zgody. Zresztą już badali, na początku maja, ale konkluzji żadnej się nie doczekałam – może powinien to robić ktoś, komu na tym zależało: ktoś taki jak ona. Ale tymczasem czekała ją za kilka dni upragniona „wycieczka” do Afryki. – Za dwa dni mam tej wyjazd do Egiptu… Ciekawe czy to coś da – podjęła ten temat, ale nie dlatego, że chciała znowu nawiązywać do tego, że może niedługo umrze. Pokładała w tym wyjeździe spore nadzieje – że dowiedzą się czegokolwiek przydatnego. – Nie będzie mnie cztery dni. Zajrzysz do kotków? – podpytała jeszcze. Bo co prawda mogłaby na przykład poprosić swoją młodszą siostrę, była jeszcze na miejscu… Albo porozmawiać z matką i poprosić, żeby Strzałka do nich zaglądała. Ale Sauriel był… Jemu za to płaciła… Ale co najważniejsze: jemu to sprawiało przyjemność. RE: [11.08.1972] The Kiss of Dawn | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 18.10.2024 Chciał rzucić jakimś niewybrednym tekstem na temat tego, że przecież to ona już stara będzie, że ile to lat - PIĘĆDZIESIĄT? Żarty z wieku u kobiet prawie zawsze były tak samo śmieszne, bo większość z nich tak samo nerwowo potrafiła reagować. Sęk w tym, że on nie chciał teraz wzbudzać w niej nieprzyjemnych odczuć. Miał taką potrzebę, żeby ją... otulić. Robił to - swoimi zimnym ramieniem - ale myślał o tym otuleniu psychicznym. Żeby jej pomóc. Niech tylko sobie nie myśli, że on jest taki miły i... i... że tak będzie zawsze, o! Nie, nie! To... to tylko jednorazowe! Tak! A potem wszystko wróci do norm. Pomińmy punkt, w których normy były zmienne, chimeryczne i potrafiły przesuwać tak samo gwałtownie jak burzowe chmury po angielskim niebie. Tak, pominiemy to. Albo raczej - jednogłośnie, bo głosem własnym, pominie to Sauriel. - Czego ty w ogóle słuchasz. Nie mów tylko, że klasyki. - Pasowały mu do niej te ckliwe utwory, które teraz potrafiły powstawać. Ciekawe, czy miałaby tutaj jego własne płyty, gdyby je wydawał? Gdyby grał? Pewnie tak. Dlatego przecież trzymała Władcę Pierścieni i go czytała. Nie zdziwiłby się, gdyby jej się nawet nie podobał, ale czytała tylko po to, żeby go poznać. Bo takim typem człowieka była Victoria. Myśl o tym rozczulała i pieściła. O, to było właśnie to otulenie, którego szukał, tylko że to nie ona miała być dzisiaj jego otuleniem, tylko on jej. Uśmiechnął się lekko do siebie samego. Widział ją wręcz z tą głupią książką, słuchającą brzmienia gitary z jakiejś taniej piosenki. Sauriel pisać i tworzyć nie do końca potrafił, to ten brak wyobraźni, dlatego nawet nie dodawał temu przydomka: słuchając HITU. Nie, to pewnie byłaby jakaś szmira. Chyba że ktoś napisałby coś tylko po to, żeby on to następnie zagrał. Ale i on chciałby posłuchać tego, co słuchała ona, o ile jeszcze tego nie znał. - Słuchaj no, to ja mam dla ciebie fuchę na Nokturniej, reflektujesz? - Zerknął na nią, błyskając zębami w wilczym uśmiechu. Nie pytał poważnie, bo nie chciał jej bardziej na nokturnie niż proponował jej odejście od aurorów. Już lepiej było być aurorem - przynajmniej stałeś po odpowiedniej stronie. - To nie mają ludzi od badania eliksirów, trucizn, czy innych takich i tworzeniu jakichś... e... lekarstw na to? No kurwa, zdziwiłbym się, jakby nie było takiej fuchy. - No tak, bo leczenie leczeniem, ale tworzenie tego wszystkiego brzmiało jak robota na pełen etat. Ale może po prostu potrzebny i tak był kontakt z pacjentem? A u arurów nie mieli czegoś takiego? Zadziwiające, jak wiele było na tym świecie jeszcze do odkrycia. - Hahaha, co ty pierdolisz? - Prychnął, bo prawie stanęła mu ta wizja przed oczami - randomowy człowiek bez majtek biegający po Ministerstwie. Z Departamentu Tajemnic. - To jednak kiepska praca, nie idź tam. - Zażartował. - Trzymam kciuki, przywieź mi jakąś spierdoloną pamiątkę. Nie wiem, skarpetkę. Mają w Afryce skarpetki? - Pytał jej, ale w zasadzie to bardziej robił to, co zazwyczaj pryz Stanleyu - to był przelew ciągowy myśli. Bo pytanie wybrzmiewało na głos, a tymczasem sam już w głowie sobie na to odpowiadał. - Nie mają tam skarpetek, za gorąco. Nie chcę żadnej bambusowej spódnicy ani korony z patyków. Nie wiem, coś fajowaśnego, żebym mógł komuś wydłubać tym oko. - Nie, z tym wydłubaniem oka nie mówił poważnie. - No kurwa, jasne, że przypilnuje. Albo one mnie przypilnują. Sytuacja bywa rozwojowa. Wiesz, tylko ja, dwie panie... RE: [11.08.1972] The Kiss of Dawn | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 21.10.2024 Ale przecież Sauriel był miły i to więcej niż raz. Więcej niż dwa razy. Niż trzy. Gdyby nie był miły i gdyby nie dostrzegła w nim tych wszystkich starań, to nigdy nawet nie pomyślałaby, że pomiędzy nimi może się coś udać, że układ w jaki zostali wmanewrowani przez rodzinę może w ogóle wypalić. Sauriel był miły i potrafił być też czuły, potrafił się martwić o kogoś, na kim mu zależało. Nie był tak, heh, zimny i zły jak o sobie mówił i myślał. Było w nim światełko – małe, dające niedużo światła, migoczące jak światło świecy, bo zły wiatr targał nim i w każdej chwili mógłby zgasnąć, ale było. I to światełko warte było wszystkiego, by spróbować je zachować, by trwało. Czy ten ogień dało się powiększyć? Tego Victoria nie wiedziała, ale cholernie pewne, że chciałby spróbować. I tak, jego ręce ją otulały – jej ciało, jej duszę, jej psyche. Uspokoiła się w tych ramionach, przytulona do niego, z uśmiechem błąkającym się na twarzy, całkowicie pewna, że gdyby przykrył ich teraz kocem, to mogłaby zasnąć i to pomimo trawiącej jej ciało bezsenności. Nie dlatego, że koc by ją ogrzał, a dlatego że koc oznaczał, że można iść spać. Chciała, by tak było częściej, ale nie śmiała o to pytać i prosić, teraz już jednak wiedziała, że uczucia Sauriela były tak samo skomplikowane, jak ich relacja. A może raczej ta relacja nie należała już wcale do skomplikowanych? Była w tym jakaś prostota i jasność, dwustronna intencja, której nie potrafili nazwać, lecz bardzo dobrze ją okazywali tą troską, którą sobie przekazywali w tych wszystkich gestach do siebie wykonywanych. – Niee, nie. Wiesz co, może to głupie, ale całkiem lubię to mugolskie hmm… disco – odezwała się nieco przytłumionym głosem, ciągle przytulona do klatki piersiowej Sauriela. – I trochę rock’n’rolla – muzyka klasyczna więc to nie była. Ale poniekąd trafił z ckliwymi utworami, poniekąd. Pewne było też to, że gdyby swoje płyty wydawał, to miałaby je wszystkie. Co prawda tylko raz słyszała jak grał… dwa jeśli wliczyć zaklęcie gitary, by robiła to sama. Ale wiedziała, że to dla niego coś bardzo ważnego, z czego się nie żartuje. I chyba nigdy nie powiedziałaby, że Sauriel nie ma w sobie czegoś z artysty. Miał. Te humory, niezdecydowanie, pewną emocjonalność, która bardzo chował przed światem… i przed sobą samym. – U mugoli w domach słyszałam Elvisa Presleya, to mi się podobało – przyznała po chwili zawahania, ale komu mogła o tym opowiedzieć jak nie jemu? Komuś, kto podsunął jej niewątpliwe mugolskie dzieło pisarskie, które stało tu gdzieś na półce, bo ciągle nie było okazji by oddać. Przeczytała całość, oczywiście że nie dla własnej przyjemności, a dla niego bo – dobrze zgadł – chciała go poznać, ale skłamałabym mówiąc, że w którymś momencie się nie wkręciła, bo czytała to z ciekawością. Tak jak słuchałaby jego utworów i nigdy w życiu nie ośmieliłaby się ich nazwać szmirą. Tak jak on kompletnie nie znając się na kwiatkach sprezentował jej psiankę, która stała na szafce w salonie i wręczył własnoręcznie zebrany bukiet, bo słuchał jej i wiedział, że to lubi i jest dla niej ważne. – No dawaj – co to niby za fucha na Nokturnie? Wymruczała to i wtuliła się bardziej, poprawiając głowę. – W Mungu? Jasne że mają. Magimedycy rzadko kiedy potrafią sami uwarzyć leki, mój tata to wyjątek – był Lestrange, nic dziwnego, że to potrafił… poniekąd nazwisko zobowiązywało. Ale czasami, gdy miał urwanie głowy, to ona dla niego robiła mikstury. – W sensie… co innego wiedzieć co przepisać i w jakich dawkach, a co innego to wykonać, to dwie różne sprawy. Albo wiedzieć jak działa dany składnik, a w jaki sposób dodać go do wywaru, żeby nie stracił swojej mocy – mogłaby o tym gadać pewnie długo, ale nie chciała tym zanudzić Sauriela. Ale mówiła, bo pytał, znaczy, że go to interesowało, tak? – Nic nie pierdole! – zaperzyła się i przesunęła dłoń, chcąc uszczypnąć czarnowłosego w bok. – Myślisz, że też bym biegała po Ministerstwie bez ubrania? – co za cholerny… owszem, u Niewymownych sporo było takich, którzy postradali zmysły, ale wiele miało wspólnego z tym, czym się zajmowali… a ją żadne mózgi absolutnie nie interesowały. – Przywiozę ci coś ładnego, przestań – tak, droczył się, ona też i to jej „przestań” wcale nie brzmiało ostrzegawczo, ani jakby faktycznie chciała, żeby przestał, a przynajmniej miała nadzieję, że tak to nie brzmiało. – Przywiozę ci majtki. Chcesz majtki? – skoro już byli w tematyce bielizny, to aż żal było nie pociągnąć tego dalej. – Na pewno można tam dostać gacie – dodała jeszcze. Skoro skarpetek nie… – Co dwie panie, jakie dwie panie… Kwiatuszek to pan. Nie spraszaj tu żadnych bab – dodała jeszcze, jakby to nie było jasne i oczywiste od początku. Nie chciała tu żadnych obcych kobiet, a już zwłaszcza takich przyprowadzanych przez niego… RE: [11.08.1972] The Kiss of Dawn | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 03.11.2024 Czasem proste rzeczy najciężej było ubrać w pasujące do nie szaty. Nie przejaskrawione, nie ukrywające ich wartości. Proste. Zwyczajne. Pokazujące to, co liczy się najbardziej. Ludzie przyzwyczajeni byli do udawania, ładnych opakowań i do prezentowania się perfekcyjnie na zdjęciach. Uśmiechnij się do kamery, przytul brata, pokaż, co jest dla ciebie najważniejsze. Co się liczy. Żyjemy w świecie fikcji i wmawiają nam, że to jest odpowiednie. Jesteś tym lepszy, im lepsze kłamstwa tkasz. Potem spotykasz taką Victorie, która przekonuje cię, że nie wszystko musi nosić takie znamiona i nie wszystko jest takie okrutne, fałszywe i czarne. Szarości, a nawet biel, na którą wkrada się słońce - to wszystko jest możliwe. Do uchwycenia, do zobaczenia. Jeśli tylko chcesz... I nie musisz tego ujmować w żadne szaty. Może być nagie - tylko na tę nagość jeszcze trzeba być gotowym. Zabawne, jak człowiek może być dzielny i hardy, a potem polega w najprostszej rzeczy. Spotkać się ze śmiercią? Och tak, bez problemu. Spotkać się z miłością? Och nie, nie... Ty się boisz. - Zajebista jest ta moda. Kolorowo, wszyscy skaczą po parkiecie. - Może niekoniecznie wszystkie utwory były w jego typie, zdecydowanie bliżej mu było rocka, ale nadal - tak, to było fajne. Fajniejsze niż te wszystkie płaczliwe utwory fortepianowe. To, co było na weselu Blacków. - Ooo tak, kurwa... ten to ma styl... no... - Zerknął na nią, mogła poczuć, jak jego broda przy tym ruchu przesuwa się po czubku jej głowy. - Jednak masz jakiś gust. Szkoda, nie będzie krytyki. - Nie śmiał się, ale ten śmiesz wpleciony był w ton jego wypowiedzi. Nie skrytykowałby jej gustu, gdyby powiedziała, że jednak woli muzykę klasyczną - rozumiał, dlaczego ludzie ją lubili. Po prostu sam za nią nie przepadał i wywracał oczami. Gdzie się nie ruszysz to każdy niemal ci powie, że tak, Bethoveen! Och tak, tak! Tak wypada, to w końcu kolejne śliczne ubranko. Prawda nic nie znaczyła. To Kłamstwo ubierało się u Prady. - No - robiłabyś eliksiry tym wszystkim śmierdzącym obdartusom. - Medyk na Ścieżkach był bezcenny. To jak samica u delfinów - no zabijasz się o niego. Tak samo bezcenni byli ci, co ważyli eliksiry i byli tak zdolni, jak Victoria. Bo szarlatanów to nie brakowało, oj nie! Tych było co nie miara, a każdy potrafił stworzyć kamień filozoficzny... który tutaj był bardzo niebezpiecznym tematem. - Słuchaj... jeśli ci zależy na znalezieniu tego wisiorka twojej babki... mogę za nim powęszyć na Nokturnie. - Albo na Ścieżkach. Coś takiego musiało zostać naprawdę dobrze skryte i zabezpieczone, być może nawet nie znajdowało się w niczyich rękach. Ale może jakieś sekrety o tym przetrwały. - Eeej..! - Lekko drgnął na to podszczypnięcie. - Nie chcę majtek. Mam majtki. Chcę... tygrysa. - Kiciusia, o. Takiego dużego. - Czy w Afryce żyją tygrysy? - Tego nie wiedział, aż tyle nie wyniósł ze swojej wizyty w zoo. - Może i pan, ale wygląda jak pedał. To równie dobrze może być panią. - Uniósł jeden kącik ust. - Też może sprawie se kota, jak się przeprowadzę. Wypierdalam z tej spierdoliny domu Rookwoodów. Nie mogę patrzeć na te gęby. Chyba Joseph już też nie. Ale serio, kiedyś też zainwestuje w jakieś mieszkanie... albo w dziurę na Ścieżkach... RE: [11.08.1972] The Kiss of Dawn | Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 03.11.2024 Ściągnięcie maski wcale nie było łatwe, ale gdy spotykasz odpowiednią osobę, to wszystko staje się jakby… łatwiejsze. Było wiele rzeczy, których Victoria nie chciała pokazywać, ani o których mówić, a potem spotkała takiego Sauriela Rookwooda i musiała przewartościować bardzo wiele rzeczy w swojej głowie. Och, jak on ją wkurwiał… Był nieznośnym dupkiem, a jednak coś pchało do przodu i sprawiło, że chciała się otworzyć, poznać i zrozumieć. Jego. Siebie. Nawet nie potrafiła wskazać tego jednego momentu przełomowego, może wcale takiego nie było? Może to zawsze było takie proste, że po prostu otwierasz buzię i mówisz… Zaufanie to bardzo dziwna i krucha rzecz, a jednak obdarzyła nim właśnie jego. I on jeden miał klucz do jej domu, nie jej rodzina, nie siostry, nie przyjaciele – on. I chyba… Chyba to był klucz nie tylko do domu… Przekazywała mu go wylękniona, ale z ufnością. – Prawda? Lubię tańczyć – ale przecież już od dawna o tym wiedział. Lubiła te wszystkie bale tylko dlatego, że można było pokręcić się po parkiecie, zresztą… Chyba sam widział nie tak dawno temu na weselu – i chyba wcale nie było tak źle? Nie było chyba tak sztywno, a jak już go dorwała, to wcale nie chciała tak łatwo z tego parkietu wypuścić (chyba, że po wino i truskawki w czekoladzie). – A to koniecznie potrzebowałeś krytykować? – słowa może i były srogie, ale uśmiech, z jakim to mówiła, musiał się gdzieś przebić, bo jej ciało wcale się nie napięło, jedynie poruszyła się, by obrócić się bardziej bokiem, wciskając pomiędzy oparcie kanapy, a Sauriela. Jedna z jej zgrabnych nóżek leżała na jego, a głowę i jedną rękę nadal opierała na jego klatce piersiowej. – Uważam, że mam całkiem zajebisty gust, dziękuję bardzo – i poniekąd był to komplement, bo on też się w ten gust wpasowywał. – Mogę robić, tak długo jak będą płacić – bo nie była żadną organizacją charytatywną. A obecny stan jej pasował, bo mogła te eliksiry i maści robić dla tych, komu chciała i nie robić komuś, komu nie chciała. Nie była sklepem, do którego można sobie wziąć i poprosić co się chce. Ręczyła za to umiejętnościami, czy te musiała udowadniać? Poradziła sobie z czarnymi zębami Stanleya i dała radę sprawić, że wampir wyszedł na słońce. A to był dopiero początek… Uważała, że ogranicza ją tylko jej własna głowa, która nie produkuje tych wszystkich genialnych pomysłów – a i tak szło jej całkiem nieźle (mówiąc nieskromnie). – Jakiego wisiorka babci? – tu ją miał – akurat rzeczywiście nie zrozumiała, o co mu chodzi, bo po pierwsze, nigdy o żadnym wisiorku nie rozmawiali, a po drugie… że cokolwiek na temat babci szukała… Wspomniała o tym Stanleyowi na początku miesiąca w ramach odwdzięczenia się za pastę, bo rzeczywiście wiązało się to z Borginami. Wypaplał Saurielowi? Myśląc, że ten wie o sprawie? Łatwo było tak założyć, ale prawda była taka, że z Saurielem o tym nie rozmawiali… Nie było na to miejsca, po ich burzliwym… rozstaniu i chwilowym ograniczeniu kontaktu. – W Afryce? No pewnie. I lwy. Pantery… Dużo kotów. To może gacie w tygrysa? Takich na pewno nie masz – o nie wątpiła, że miał majtki… Ale nie miał majtek z Egiptu. I przede wszystkim nie miał majtek od niej. – Hej! – tak się obruszyła, że aż się podniosła na drugiej ręce, tej, na której leżała, i z góry spojrzała na Sauriela. – Bo co, bo lubi kwiatuszki? Roślinki? To nie jest wcale damskie zajęcie. Nie mów tak na Kwiatuszka, bandyto! – będzie jej tu kota od pedałów wyzywać… No był niebieski, świecił w ciemności jak gwiazdeczka i był skrzywdzony przez ludzi, nie znaczyło to, że trzeba się tu z niego nabijać. – Jeszcze ci mało? Chcesz znowu dostać poduszką? – co prawda nie miała żadnej pod ręką, ale to nieważne, nieważne! – Dziura to średni dom dla kota, wiesz? – kitki jednak potrzebowały mieć dostęp do słońca, choćby jego plam, gdzie mogły się wygrzewać. – Lunę wzięłam z Magicznej Menażerii na Pokątnej, Kwiatuszek jest z Kociego Azylu… Jak chcesz to mogę się z tobą wybrać tu i tu i poszukamy dla ciebie mruczka? – sama chęć wyprowadzki… Nie zdziwiła ją, bo już jej o tym napomknął jakiś czas temu. RE: [11.08.1972] The Kiss of Dawn | Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 04.11.2024 Liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić. Liczy się tylko to, że chcesz. Powiedz słowo, a będę płonął przez dziesięć dni. Uśmiechnął się z zadowoleniem słysząc o tym, że lubi tańczyć. Och tak, on też lubił! Nawet bardzo! Niekoniecznie te nudne tańce do muzyki klasycznej... ale nawet i te! Wszystko to miało w sobie jakąś... jakiś szyk, jakąś magię. Może dlatego, że było związane z muzyką, a on muzykę uwielbiał? Nawet jeśli czasami na nią narzekał. Z drugiej strony na co Rookwood NIE narzekał? To był jego standardowy sposób komunikacji, razem z cynizmem. Przy Victorii się to zmieniało. Może dlatego, że to właśnie JEJ dał klucz? Nie do swojego domu, ale do swojego małego świata. Tego wylęknionego, tego ciemnego, w którym ona widziała malutkie światełko. I on je w sobie też czuł i widział. Wszystko dzięki niej. Otwierała drzwi, a przecież było na niej wiele kluczy. Czy liczy się tylko to, że chcesz mnie skrzywdzić? - Nigdy nie zadała tego pytania, a przecież powinna. Albo..? Wybrzmiało ono, tylko w zupełnie inny sposób. Była odrobina obrażania się, kreślenia granic, pokazywania, że Victoria Lestrange jest delikatną kobietą, ale zarazem kobietą, która nie pozwoli sobie na to, by destrukcja zawładnęła jej... nie. No przecież, że nie. Gdyby nie pragnęła Destrukcji, nie pragnęłaby Sauriela Rookwooda. Liczy się tylko to, że chcesz. Byli sobie wzajem, do siebie wzajem, przeciw sobie wzajem. Poplątana historia z niepewnym zakończeniem. Boże, dałeś nam nieszczęśliwy początek, wróżysz haniebny koniec - więc nie będę prosił o lepsze zakończenie. Proszę tylko o choć trochę wesoły środek. Powiedz słowo, a będę płonął przez dziesięć dni. - Znasz mnie. Nie mogę się obejść bez marudzenia i chociaż tyyyci krytyki. - Przymrużył oko i zgiął palce, pokazując mikroskopijną wartość - taką, że niby palce się nie stykały jeszcze ze sobą, ale niewiele im do tego brakowało. - Ayy... czy tam innej obrączki czy broszki. - Cofnął rękę i wsunął ją pod swoją głowę. - Stanley mówił, że szukasz błyskotek po babci? Czy coś takiego. Nie żebym go nie słuchał, ale - nie słuchałem. - Też bardziej żart, niż rzeczywistość, bo akurat kto jak kto - Stanleyowi Sauriel poświęcał bardzo dużo uwagi. Pewnie dlatego, że ich poziom iq zniżał się do wspólnego jeden. Musieli się tym jakoś dzielić, to wymagało uwagi. - Nie chcę gaci z tygrysa, co ja z tym zrobię. Manelarstwo. - Ale podusia? KOCYK? DYWAN?! Aż błysnęły martwe, czarne oczy. - Wiem. Chcę skórę z tygrysa. - Zabrzmiała duma w jego głosie. Duma z samego siebie, że zdołał tak skomplikowanym ciągiem skojarzeń dotrzeć do takiej myśli. Czy sądził, że Victoria mu tego nie przywiezie? O, wręcz przeciwnie. W zasadzie to nie wiedział tylko, czy można takie rzeczy przewoz... zmrużył oczy i zmarszczył brwi. - Ciekawe, jakie jest prawo przewozu materiałów zwierzęcych między kontynentami. - Cóż, zawsze to lepsza ciekawość niż to, co za bzdury ostatnio napisali w Czarownicy. - Kwiatki to nie babskie zajęcie? Pff... a myślisz, że czemu Staszek się zajmuje ogórkami. - Prychnął. - No to mój musi być wampirzym kotem. Myślisz, że można zrobić kota-wampira? - Spojrzał złowieszczo w kierunku Kwiatuszka, jakby rozważał na nim eksperymenty. - Ay, spooko. Jak będę miał pewność, że mogę mieć takiego chodzącego boczka u siebie i Joseph mu nie połamie łapek. |