Secrets of London
[jesień 1964] nerwowe szeleszczenie gałązek || Ambroise & Brenna - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [jesień 1964] nerwowe szeleszczenie gałązek || Ambroise & Brenna (/showthread.php?tid=3952)

Strony: 1 2 3


RE: [jesień 1964] nerwowe szeleszczenie gałązek || Ambroise & Brenna - Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.10.2024

Dostrzeżenie, że posłana mu funkcjonariuszka rzeczywiście radzi sobie całkiem sprawnie i przyzwoicie było pocieszające. Być może rzeczywiście Ministerstwo nie wysyłało w takie miejsca swoich bezradnych stażystów. Nie to, żeby Ambroise zamierzał chwalić dziewczynę. Tak właściwie to nie kiwnął głową z uznaniem ani nie zrobił nic, co mogłoby świadczyć o tym, że odczuł ulgę z powodu tego, że poradziła sobie z nagłym atakiem.
Tak jak ona nie uważał, że jest na to czas. Wdawanie się w czcze dyskusje było raczej ostatnim, co zrobiłby w ich obecnym położeniu. Nie mieli nawet możliwości uzgodnienia jakiegoś dalszego planu postępowania.
Szczególnie, że choć zneutralizował jednego drwala a Longbottom sprawnie poradziła sobie z kolejnym to całe starcie było dalekie końca. W lesie nadal mogli być ukryci sprzymierzeńcy ludzi, którzy raczej nie chcieli spokojnie się poddać i zacząć rozmawiać.
Prócz tego w namiocie wciąż wiercił się jeszcze jeden drwal gotowy do wyjścia i zapewne ataku w tej samej chwili.
Jeden?
Greengrass nie był tego taki pewny. Nie słyszał żadnego charakterystycznego dźwięku mogącego świadczyć o tym, że ktoś jeszcze był przed chwilą razem z nimi a teraz teleportował się z trzaśnięciem. Nie. Nic. Co prawda nie miał wybitnego słuchu (a wręcz kilka osób zarzucało mu głuchotę, choć głównie na logiczne argumenty), ale to było co najmniej osobliwe, bo wydawało mu się, że widział tam w połach materiału kogoś, kogo w istocie nie było.
Gdyby nie jego założenia dotyczące tego, że mają do czynienia z pozaziemskimi istotami, zapewne mógłby uznać, że mogą tu mieć jakiegoś drugiego animaga. Z tym, że już raczej nie oficjalnie zarejestrowanego wilka z Ministerstwa a na przykład polną mysz. Chciałoby się rzec: szczura, ale szczury były znacznie bardziej zauważalne ze względu na swoje rozmiary. Tu mogłoby chodzić o coś znacznie mniejszego. Natomiast nie wziął tego pod uwagę, kiedy zmarszczył czoło nie do końca pewien, czy mu się nie przywidziało.
Nie zamierzał stać tak w miejscu i zastanawiać się nad tym zbyt wiele. Szczególnie, że w przeciwieństwie do Brenny to on miał teraz wolne ręce, z których jedną dłoń zacisnął na różdżce wycelowanej w złożony i poplątany namiot. W przeciwieństwie do funkcjonariuszki nie pokusił się o wyciąganie rudzielca na zewnątrz. W zgodzie z poprzednim starciem postanowił pozostać przy Drętwocie. Profilaktycznie znów dwukrotnej, gdyby jakimś cudem nie powiodło mu się za pierwszym razem. Był prostym człowiekiem. Jeśli rozwiązanie działało to po co je zmieniać?

Trafiam?
[roll=N]
[roll=N]

Cóż. Ambroise ewidentnie tym razem się pomylił, bo pozostały w namiocie drwal włożył wszystkie starania w to, żeby wygrzebać się i odturlać w bok w niekontrolowany, nieprzewidywalny sposób. Piekielnik był dobry, bo niemal równocześnie z tym posłał wiązankę zaklęć na oślep. Nie zwracając uwagi nawet na to, w kogo celuje i trafiając w skutego kolegę, z którego piersi gwałtownie uszło powietrze. Nie skrzywdził go śmiertelnie, ale sprawił, że niedawny kompan zaczął się dusić i ewidentnie nic sobie z tego nie zrobił. Zamiast zostać i pomóc rzucił się w las za plecami.
Co natomiast tyczyło się dziwnego ruchu pomiędzy warstwami materiału, nie było czasu na rzucanie profilaktycznego Revelio, które Greengrass miał w planach. Z jednej strony mieli uciekiniera, z drugiej czerwono-siniejącego jeńca. Sytuacja wyglądała nieciekawie.


RE: [jesień 1964] nerwowe szeleszczenie gałązek || Ambroise & Brenna - Brenna Longbottom - 08.10.2024

kostki
Brenna nie miała jeszcze w Brygadzie dostatecznie wielu lat doświadczenia, aby w pełni przyswoić sobie prawdę, że jeśli coś może pójść nie tak, to prawdopodobnie pójdzie. Chaotyczne sytuacje się jej już zdarzały – barowe bójki, jakieś drobne zamieszki, pojedyncza akcja, podczas której pojawiły się nieprzewidziane okoliczności, ten raz, gdy pilnując po prostu terenu przez przypadek odkryła ukryte przejście – ale jednak do tej pory sama w takiej sytuacji jak tutaj skończyła może ze dwa czy trzy razy.
Brakowało jej jeszcze doświadczenia, które pozwoliłoby zareagować na uciekającego drwala dostatecznie szybko. Spóźniła się niestety, o ułamki sekund. Puściła skutego już mężczyznę, przypadając do ziemi i uniknęła czaru, który świsnął jej nad głową… ale niestety, kolejny czar trafił człowieka, którego właśnie unieruchomiła. (Nie aresztowała, albowiem Procedury, i aresztowania to dokona dopiero, jak wypowie odpowiednie formułki, wiedziała, że inaczej zaraz go wypuszczą za błędy proceduralne, peszek.) Brenna zaklęła, unosząc różdżkę. Bardzo miło byłoby móc powiedzieć, że jej zachowanie wynikało z chłodnej kalkulacji – że pomyślała, że musi zająć się tym przeciwnikiem, zanim udzieli pomocy, bo jeżeli tego nie zrobi, to ten wpadnie pomiędzy drzewa i stamtąd zasypie ich dalszym gradem zaklęć.
Prawda była jednak taka, że zareagowała po prostu instynktownie. Ktoś uciekał, znaczy się trzeba spróbować go złapać. Machnęła więc różdżką, usiłując spętać uciekiniera łańcuchami.

kształtowanie, wyczarowanie łańcuchów
[roll=PO]

Zaklęcie trafiło i grube ogniwa oplotły zarówno nogi, jak i tułów człowieka. Brenna nie patrzyła już, jak przewracał się pomiędzy krzewy, znikając im z oczu. Wiedziała, że powinna go dopaść i dopilnować, aby przypadkiem nie miał okazji zrobić czegoś głupiego, problem polegał jednak na tym, że w tej chwili to drugi mężczyzna się jej tu dusił. Pochwyciła go, by nie leżał twarzą do ziemi i spróbowała rozproszyć zaklęcie, którym go trafiono. Wiedziała, że w namiocie mógł być ktoś jeszcze, ale... no nie śledziła dokładnie płachty, zajęta skuwaniem tego tutaj, nie spojrzała więc w tamtą stronę, zbyt skupiona na tym, że ten człowiek zaraz mógł wyzionąć ducha.

rozproszenie
[roll=Z]

W chwili, w której Brenna zapobiegała uduszeniu swojego przyszłego aresztowanego, Greengrass mógł dostrzec, że... chyba miał rację, podejrzewając obecność animaga. Mężczyzna zauważył bowiem, że spod obalonego namiotu wybiegł szczur, bardzo duży, widoczny mimo wysokiej trawy, z powodu jasnego umaszczenia. Śmignął pośród roślin, ewidentnie z zamiarem zniknięcia w pobliskich krzakach - tych samych, w które runął spętany łańcuchami przez Brennę drwal. Może ten czwarty, ostatni przeciwnik chciał się tam schronić i poczekać na dogodną okazję do ucieczki, a może liczył, że pod osłoną roślin przemieni się z powrotem i zdoła w jakiś sposób pomóc związanemu czarem koledze?


RE: [jesień 1964] nerwowe szeleszczenie gałązek || Ambroise & Brenna - Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.10.2024

Teoria, którą wziął praktycznie za pewnik teraz sama wzięła... ...wzięła w łeb wraz z zaklęciem uderzającym w aresztowanego (tak, Greengrass nie znał procedur obowiązujących w takich przypadkach - dla niego to było jawne aresztowanie) czarodzieja, który okazał się być dokładnie tym. Nie Diabłem z Kosmosu. Jedynie nierozważnym idiotą o niezbyt dużym ilorazie inteligencji, zważywszy na to, że atakowanie skłonnego do negocjacji funkcjonariusza publicznego na służbie nie było czymś zbyt światłym.
Zważywszy na to, że reszta drwali również wyglądała na ćwierćinteligentów, można było przyjąć za pewnik, że działali dla kogoś. Dla osoby lub osób znacznie bardziej sprytnych, których najpewniej tu nie było. Obracając się w różnych kręgach i bywając w naprawdę wielu skrajnych miejscach, Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, jak to zazwyczaj wyglądało.
Prawdziwi sprawcy w większości przypadków załatwiali wszystko w białych rękawiczkach. Mieli swoich pośredników, którzy czasami również korzystali z własnych pośredników i tak dalej. Czasami stosowano wielokrotny blef, żeby uzyskać gwarancję powodzenia. Taką w postaci powodzenia w tym wypadku kradzieży albo taką trochę mniej satysfakcjonującą - zapewnieniu sobie anonimowości w przypadku złapania kogoś z łańcucha pomniejszych zleceniobiorców.
Raczej była niewielka szansa na to, żeby otrzymać nieprzefiltrowane, pełne informacje od któregoś z tych porywczych, całkowicie przeciętnych fałszywych rudzielców, więc Ambroise nie od razu zareagował na widok czerwonej gęby człowieka trafionego zaklęciem. Wręcz przeciwnie.
Choć jako uzdrowiciel powinien nieść pomoc to jego specjalizacją nie były urazy pozaklęciowe - to po pierwsze, lecz trochę do podważenia, bo umiał pomóc również w tym wypadku. Po drugie dostrzegł to kątem oka skupiając się wpierw na pierwszym uciekającym delikwencie, który pruł do nich z zaklęć - własne zdrowie i życie było ważniejsze. Po trzecie, kiedy Brenna Longbottom wprawnie unieszkodliwiła i tego agresora, oczom mężczyzny ukazał się widok, który odwiódł go od prób rzucenia się na pomoc duszącemu się człowiekowi.
Ot priorytety. Gdyby nie spostrzegł jednocześnie, że jego towarzyszka zaczęła zajmować się ratunkiem. Jasne. To wszystko działo się na tyle szybko, że mógł szybko naprawić swoje niedopatrzenie i dotrzeć do tamtej dwójki. Był tego całkiem świadomy, stąd zareagował instynktownie. W tym wypadku silniejszym instynktem było wyprucie z zaklęcia do uciekającego szczura.
Planował zrobić coś na kształt tego, co uczyniła Brygadzistka, ale w mniejszym (bo szczurzym) zakresie. W pierwszej chwili zrezygnował z nieskutecznej Drętwoty, starając się stworzyć miniaturowe łańcuchy dla animaga. Nie byle jakie, bo z okolicznych jeżyn. Takie, z których nie tak łatwo byłoby mu wyślizgnąć się po przybraniu ludzkiej postaci a jeszcze dodatkowo wbiłyby mu się nieprzyjemnie w skórę. Ludzką czy zwierzęcą - najlepiej obie.
Kiedy niedoszły uciekinier został już spętany, Greengrass jeszcze w kilku ruchach różdżki skierowanych na krzaki stworzył coś na kształt miniaturowej klatki z pozaplatanych gałązek, która na ten moment zamknęła się wokół jednego z drwali. Nie było to długotrwałe rozwiązanie, ale na tyle dogodne, że Ambroise mógł zwrócić się na chwilę w stronę towarzyszki, dostrzegając, że ta zdążyła poradzić sobie z rozproszeniem duszącego zaklęcia.
No cóż.
- To chyba wszyscy - zakomunikował, rozglądając się i powoli ruszając w kierunku namiotu bez pytania, czy mógł to zrobić.
Niespecjalnie obchodziło go teraz naruszanie dowodów. Po prostu przesunął nogą materiał, żeby upewnić się, że to było faktycznie wszystko i żaden szczurek nie miał wybiec spod płachty. W razie czego nadal trzymał gardę, ale nie - kiwnął głową ni to do Brenny, ni to do siebie. Nie było więcej Diabłów z Kosmosu. Debili z Ziemi również nie.
- Wybitni negocjatorzy nam się trafili - stwierdził z uniesionymi brwiami, nie mógł powstrzymać tego komentarza. - Co teraz, Pani Funkcjonariusz?

Czy łańcuchy łapią animaga?
[roll=N]
Czy udaje się go dodatkowo spętać klatką z pnączy i gałązek?
[roll=N]


RE: [jesień 1964] nerwowe szeleszczenie gałązek || Ambroise & Brenna - Brenna Longbottom - 17.10.2024

Czerwień i fiolet nie od razu ustąpiły z twarzy schwytanego rudzielca, ale przestał się szarpać w uścisku i opadł na trawę, spazmatycznie chwytając powietrze, a Brenna odetchnęła z ulgą. Do tego momentu w jej życiu, gdy coraz częściej myślała, że wolałaby nie brać zatrzymanego żywcem – że najlepiej byłoby, gdyby tego spotkał wypadek po drodze – było jeszcze bardzo daleko. Była młoda, a ten człowiek wycinał nielegalnie drzewa Greengrassów, nie mordował niewinnych ludzi. Tak jak on usiłował pochwycić oddech, tak ona przestała go wstrzymywać, pozwoliła, by powietrze wydostało się z jej płuc i dopiero teraz podniosła głowę.
Nie zauważyła tego szczura, nie była nawet pewna, czy w namiocie była kolejna osoba, więc zwiałby z pewnością, gdyby nie powstrzymał go Greengrass. A kto wie, może by i zaatakował z krzaków albo uwolnił swojego kolegę, co mogłoby skończyć się różnie.
– Nieźle – skwitowała więc to krótko, puszczając swojego zatrzymanego, teraz i tak skutego, nie mogącego się teleportować i ledwo żywego po zaklęciu, którym potraktował go kolega. – Czarna magia. Ten się nie wywinie – dodała beznamiętnym tonem, jednocześnie grzebiąc po kieszeniach w poszukiwaniu drugiej pary kajdanek. O ile trzech mogli oskarżyć o nielegalną wycinkę, kradzież i dorzucić z dobrego serca zarzut oporu przy aresztowaniu i ataku na funkcjonariuszkę na służbie, to ten, który omal nie udusił swojego kolegi, na pewno dostanie dodatkowy zarzut. I jak reszta miała szansę trafić do tego „zwykłego” więzienia, tak on miał sporą szansę zarobić Azkaban.
– Muszę zacząć nosić więcej kajdanek – powiedziała, zabierając swojej ofierze różdżkę, bardziej do siebie niż do Ambroise’a, z pewną irytacją, bo na rzucone do niej słowa „idź, sprawdź, kto tam ukradł las” nie wpadła na to, aby zabierać ze sobą kilka par takowych. Standardowo nosiło się przy sobie jedną parę, dwie, jeśli ktoś był ostrożny albo szedł w teren sam, jak teraz ona. Dwie pary, trzech... nie, zaraz, czterech? Do aresztowania!
Zawahała się, spoglądając ku drzewom, spomiędzy których chwilę wcześniej wyszedł Greengrass, a skąd chyba słyszała wcześniej jakieś przekleństwa i świst zaklęć – ale nie za bardzo mogła zareagować, kiedy przy namiocie zaczęła się wymiana ognia. Jeżeli kogoś się tam pozbył, to te czary były rzucone najdawniej, a więc ich ofiara miała największą szansę na uwolnienie się…
– Ktoś tam leży? Dobrze słyszałam, że z kimś walczyłeś? Jak tak, to go skuj? – zasugerowała, gdy zapytał, co teraz, rzucając mu kajdanki. Absolutnie niezgodnie z procedurą, ale teraz to trzeba było zrobić pięć rzeczy na raz, czyli skuć jednego gościa, zabezpieczyć przed ucieczką animaga, skuć trzeciego gościa, gdy nie miała już trzecich kajdanek, wyrecytować im wszystkim formułkę aresztowania, sprawdzić ten namiot, wezwać pomoc, przetransportować ich do Ministerstwa i tak dalej… i Brenna bardzo chciałaby się móc rozdwoić, ale chociaż myślała o tym wyjątkowo intensywnie, to jakoś nie wychodziło. Może dobrze, świat zdecydowanie nie był gotowy na kolejną Brennę.
Sama ruszyła więc ku krzewom, gdzie szarpał się mężczyzna, który użył czarnej magii.
– Ty kurwo ty!!! – wrzasnął, gdy przy nim przyklękła.
– Pańskie nazwisko, proszę? – poprosiła Brenna, jednocześnie zabierając różdżkę. Tę szczęśliwie upuścił, gdy się przewrócił, opleciony więzami.
– Pierdol się!!!
– Dobrze, panie Pierdol Się, jest pan aresztowany pod zarzutem nielegalnej wycinki, stawiania oporu podczas aresztowania, użycia czarnomagicznego zaklęcia… – zaczęła recytować stosowne formułki i przepisy, bardzo monotonnym głosem, jednocześnie kolejnym zaklęciem wzmacniając więzy, by chwilę wytrzymały i zerkając na animaga, co by przypadkiem nie spierdolił, gdyby zaklęcie rzucone przez Greengrassa zaczęło tracić moc.


RE: [jesień 1964] nerwowe szeleszczenie gałązek || Ambroise & Brenna - Ambroise Greengrass-Yaxley - 22.10.2024

No cóż.
To było do przewidzenia. Wszystkie akcje niosły konsekwencje. W tym wypadku szczególnie negatywne dla tego jednego drwala, ale Ambroise nie czuł wobec niego żadnej sympatii, więc szczerze mu zwisało, jak głęboko do Azkabanu trafi ten człowiek. To powinno być skalkulowane ryzyko. Nie wyglądało, aby było w praktyce, jednakże każda decyzja przynosiła swoje pokłosie. Takie było życie.
- Liczę, że cała reszta również - zaznaczył swoje podejście, komentarz odnośnie niezłego efektu przyjmując bez słowa.
Robili swoje, tak? Oboje.
- Z pewnością będzie to przydatne - skwitował neutralnie, całkiem z kulturą i bez niepotrzebnego komentarza, że raczej Ministerstwo mogło spodziewać się konieczności przysłania kilku osób albo przynajmniej jednej osoby z kilkoma parami kajdanek, skoro od samego początku była mowa o złodziejach w liczbie mnogiej.
Mimo to nie pokusił się o wypowiedzenie tego na głos. Uznał swój oszczędny komentarz oraz następującą po nim ciszę za dostatecznie wymowne. Ich system prawny był całkowicie niewydolny. Wybierano wysyłanie licznych patroli w miejsca, które zdecydowanie poradziłyby sobie bez nich a wręcz prawdopodobnie rozkwitłyby bez tej pomocy.
Tymczasem w przypadku naprawdę wymagającym interwencji posyłano jedną osobę bez odpowiedniego ekwipunku, żeby sama poradziła sobie ze wszystkimi problemami. Rzecz jasna ryzykując przy tym zdrowiem i życiem, ale Ambroise jakoś nie był przekonany o tym, by Ministerstwo w ogóle brało pod uwagę takie szczególiki.
Słysząc pytanie dotyczące pierwszego czarodzieja, z którym miał nieprzyjemność się zetknąć, odruchowo uniósł kącik ust w grymasie na kształt uśmiechu i skinął głową, przyjmując kajdanki.
- Z przyjemnością - zapewnił, obracając kółeczko na palcu i kierując wzrok w stronę linii drzew. - I tak - jeden z drwali. Równie głupi a przy okazji jeszcze wyjątkowa menda strzelająca z zaskoczenia w plecy - nie miał żadnego szacunku do przeciwników robiących takie rzeczy z ukrycia.
Hipokryzja? W najczystszej postaci, bo pewnie gdyby sam znalazł się w sytuacji zagrożenia i mógłby wybrać to albo ucieczkę, również wybrałby atak z zaskoczenia. Natomiast przez większość czasu nie musiał stawać przed takim wyborem. Zazwyczaj w grę wchodziły świadome konfrontacje twarzą w twarz, czyli coś, co ogólnie pokrętnie lubił. Nie było w tym przejawów tchórzostwa.
No. Przynajmniej zazwyczaj, bo u drwali z namiotu jak najbardziej się pojawiły. Widząc jak wyśmienicie radzi sobie towarzyszka, zgodnie z ustaleniami skierował kroki w stronę drwala porzuconego w krzakach. Zdecydowanie umiał posługiwać się kajdankami, choć raczej nie przy czynnościach prawnych. Nie pokusił się również o wypowiadanie nieznanych formułek czy wymyślanie własnych.
Zrobił swoje, stając nad zesztywniałym mężczyzną, mierząc go spojrzeniem, a potem oddychając cicho i z irytacją, gdy uświadomił sobie, że musi znowu dobyć różdżki. Tym razem rzucając stosunkowo proste zaklęcie unoszące, żeby przetransportować aresztanta na główną polanę.
Raczej nie baczył na to czy tamten zarywa o coś głową, ciągnie ręką po trawie, bo jest zbyt nisko. Nic z tych rzeczy. Opuścił go również bez delikatności. Byleby stosunkowo blisko kolegi. Nie pokusił się tu o żaden błyskotliwy komentarz a wyłącznie obdarzył Longbottom badawczym spojrzeniem, gdy przez głowę przeleciała mu jeszcze jedna myśl.
- Wszystko w porządku? - odniósł się do zaklęć latających chwilę temu dosłownie we wszystkich możliwych kierunkach; nietrudno było czymś dostać i być może nie odczuć tego od razu pod wpływem adrenaliny buzującej w żyłach.
Na jego oko nic się Brennie nie stało. No, może poza irytacją, ale tę sam także podzielał. Natomiast po zażegnaniu kryzysu to pytanie nasuwało się samo z siebie. Ambroise miał daleko gdzieś drwala, który niemalże się udusił. Prawdę mówiąc nie byłoby mu go szkoda, gdyby faktycznie dokonał tu swego żywota. Aresztowany mężczyzna podejmował ryzyko zawodowe. Powinien mieć świadomość, że może przy tym nawet zginąć. Greengrass co nieco wiedział na ten temat.
- Jestem uzdrowicielem - czuł się w obowiązku napomknąć zaledwie kilka sekund po wcześniejszych słowach, przenosząc spojrzenie z aresztanta na funkcjonariuszkę i w żaden sposób nie komentując, czemu wobec tego jeszcze nie pomagał drwalowi, przywracając mu wszystkie utracone siły.
Bo dopóki znowu się nie dusił, ewidentnie nie potrzebował głaskania po główce.
- Co prawda urazy pozaklęciowe to nie moja bajka, ale w razie potrzeby jestem w stanie pomóc - wyjaśnił zamiast tego, zawieszając na niej pytające spojrzenie.
Jak już stwierdził, raczej wszystko było w całkowitym porządku, ale wolał upewnić się ustnie zanim przejdzie do orientowania się w stratach i oceny skali zniszczeń lasu. Ta była już co najmniej zatrważająca.


RE: [jesień 1964] nerwowe szeleszczenie gałązek || Ambroise & Brenna - Brenna Longbottom - 22.10.2024

– To już Wizengamot. Ja mam ich złapać, wrąbać do aresztu, zadbać, żeby po drodze nie naruszyć procedur, przez które mogliby ich wypuścić i napisać raport. Temu będzie się ciężej wykręcić.
Czy drwale – złodzieje drzew mieli szansę się wywinąć? Brenna podejrzewała, że wycinanie drzew z Kniei nie będzie mile widziane, i że okradanie Greengrassów, którzy byli rodem przecież znanym i dość w pewnych kręgach wpływowym, nie będzie mile widziane tym bardziej. Ale dobry prawnik umiał czynić cuda, a tutaj… no wchodziła biurokracja. Chociaż stawianie oporu przy aresztowaniu i prawdopodobnie nielegalna animagia nie działały na korzyść grupy rudych złodziejaszków/diabłów z kosmosu/Weasleyów/Irlandczyków (niepotrzebne skreślić).
Uśmiechnęła się tylko lekko na jego komentarz, ani myśląc odpowiadać, bo pomyślała, że sama to też waliłaby w plecy bez zastanowienia. Nie bez powodu nie należała do Srebrnych Różdżek, które prowadził jej dziadek, i członkostwo w których uważano go za zaszczyt. Nie bez powodu nigdy nie nauczyła się więzić przeciwnika w magicznym kręgu, a zamiast tego studiowała z matką sztukę zmienienia twarzy.
Na ulicy – albo w lesie, sytuacji w takiej jak ta – nie było dla niej miejsca na honorową walkę. Zwłaszcza gdy wrogowie mieli przewagę liczebną. A tu… cóż. Nie miała więcej kajdanek, bo miała przyjąć zgłoszenie, nie spodziewała, że ci będą na tyle głupi, by tkwić w pobliżu miejsca zbrodni… i głupoty i geniuszu po przestępcach to dopiero uczyła się spodziewać. Teraz to już, odnawiając zaklęcie na klatce, a potem jeszcze raz na trzecim z mężczyzn, była pewna, że musi skombinować sobie skądś trzecią parę, nawet jak wydawali standardowo dwie.
Zgarnęła dwie różdżki. Trzeciej nie mogła, bo animag pewnie miał ją w kieszeni, w tej chwili nieistniejącej. Trzy razy wypowiedziała standardową formułkę, głośno i wyraźnie, tak żeby drwal nie mógł twierdzić, że jako szczur to on zupełnie nie słyszał, co takiego mówiła. Musiała wyglądać wyjątkowo głupio, kiedy tak klęczała i monotonnym głosem recytowała zwierzęciu wszystkie niezbędne informacje.
– Hm? – spytała, unosząc głowę i spoglądając najpierw na Ambroise’a, a później na przelewitowanego przez niego drwala, wciąż nieprzytomnego pod wpływem drętwoty. Idealnie, się nie będzie szarpał przy transporcie, a aresztowania można dokonać w bardziej sprzyjających warunkach! – Nie, nie, wszystko absolutnie wspaniale – zapewniła, bardzo szybko, trochę w odruchu bezwarunkowym, który wykształciła w sobie, gdy Cedric i Dani trafili do Akademii Munga i przy każdej okazji, gdy Brenna rozbiła sobie głowę, kolano, nos albo oberwała jakimś paskudnym zaklęciem patrzyli na nią w ten specyficzny, pełen wyrzutu sposób, jakby robiła im osobiście krzywdę. To nie tak, że nie lubiła uzdrowicieli, ani że ich nie doceniała, ale nie lubiła jak tak na nią patrzyli. Albo podejrzliwie, jakby podejrzewali, że coś jest nie tak, a ona nie chce się do tego przyznać. Ambroise nie miał żadnych powodów, żeby zachowywać się w ten sposób, ale pewne odruchy już się zaczęły w Brennie zakorzeniać i nawet nie zdążyła przed udzieleniem odpowiedzi pomyśleć, że tutaj sytuacja była przecież zupełnie inna. – Ale jak możesz zerknąć, czy oni nadają się do transportu… musimy lecieć z nimi do Ministerstwa.
Ambroise musiał w końcu złożyć zeznania, bo to już nie był raport o kradzieży, a całkiem spora nawalanka, tutaj trzeba było szybko ściągnąć ekipę, by zajrzała do tego namiotu i zabezpieczyła dowody, w dodatku Brenna zwyczajnie nie była w stanie przetransportować się na raz z czterema podejrzanymi do ministerialnego atrium. A miała takie nieładne przeczucie, że nawet jak zostawi tu kogoś skutego i nieprzytomnego, to ten jakimś cudem wyparuje, bo okaże się na przykład, że w namiocie był piąty drwal albo coś takiego.


RE: [jesień 1964] nerwowe szeleszczenie gałązek || Ambroise & Brenna - Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.10.2024

Kiwnął głową na tak wyczerpujące rozwinięcie tematu. Oficjalnie nie miał powodu, aby podważać słuszność pozostawienia tego Wizengamotowi. Nieoficjalnie musiał ugryźć się w język (tym razem rzeczywiście to zrobił), żeby nie stwierdzić, że ich system prawny był naprawdę ułomny, skoro nawet drobne naruszenie procedur mogło zostać potraktowane jako powód do puszczenia złodziei wolno nawet po tym, co właśnie odstawili.
Zresztą nie wątpił w prawdziwość słów dziewczyny. Parokrotnie przekonał się, że sprawiedliwość była głównie pojęciem zawartym w słowniku. Nie istniała w realnym świecie a przynajmniej nie w takiej formie, w jakiej podchodzili do niej młodzi i nadambitni czarodzieje. Uświadomienie sobie tego mogło być druzgocące, lecz czasem również uwalniające. Luki prawne z powodzeniem dało się wykorzystać na własną korzyść. Wystarczyło wiedzieć, gdzie tkwiły i na co można było sobie pozwolić.
Nawet nie próbował żywić złudnej nadziei, że drwale (jakkolwiek bezmyślni byli) mogli wiedzieć jak się prześlizgnąć albo mieć po swojej stronie kogoś kto pomoże im to zrobić.
Ta sprawa śmierdziała już z daleka. Niemal tak samo jak aresztant, którego dostarczył Brennie. Ci mężczyźni musieli stacjonować tu całkiem długo i raczej nie opuszczali lasu ani nie mieli dostępu do bieżącej wody. Po prostu jebali. Prócz próby znokautowania przeciwników zaklęciami, teraz atakowali kwaśną wonią ich nosy. Roise skrzywił się wyraźnie, przy czym przeniósł wzrok na Longbottom starając się odwrócić uwagę od tego, że zaraz będą zmuszeni do jeszcze bliższej interakcji - teleportacji w niemal widocznej trującej chmurze.
- Mhm - nie miał zamiaru z tym dyskutować, bo nie wyglądała, jakby potrzebowała pomocy medycznej. - Gdyby coś się zmieniło to daj znać - dodał całkiem uprzejmie, bo uprzedzenie go o mdleniu albo czymś takim na pewno mogłoby być przydatne.
Nie wątpił, że Longbottom była twarda. Przynajmniej we własnych oczach, co było znacznie ważniejsze od opinii publicznej, na którą przez większość czasu należało patrzeć z dystansem, bo była zmienna i wahała się od dnia. Sam jeszcze chwilę wcześniej raczej nie pałał entuzjazmem do współpracy. Obecnie raczej też nie cieszyła go konieczność udania się z nią do Ministerstwa, ale przynajmniej trochę zweryfikował to pierwsze wrażenie. Nie było najgorsze. Ani najlepsze, prawdę mówiąc. Było neutralne, czyli dobre.
Nie znali się, ale kojarzył ten typ ludzi. Gdyby się nad tym mocniej zastanowił pewnie znalazłby z nią jakieś wspólne elementy. Również unikał cackania się ze sobą i dawania ujścia emocjom, przynajmniej na zewnątrz. Całkiem miłą odmianą była rozmowa z kimś, kto nie panikował po niespodziewanym ataku tylko od razu przechodził do rzeczy i wchodził w tryb zawodowego profesjonalizmu.
Dopóki nie wyglądało, że mogłaby nagle dostrzec, że tak właściwie to chyba dostała, ale adrenalina pozwoliła jej przeciągnąć się jeszcze przez kilka koniecznych chwil to Ambroise nie zamierzał naciskać. Niby z drugiej strony nie sprawiała również wrażenia, że wszystko jest absolutnie wspaniale, ale postanowił przyjąć tę wersję, ponieważ był całkowicie świadomy, że mieli mieć jeszcze sporo zajęć.
Niestety od strony formalności Ministerstwo Magii i ogólnie cały czarodziejski system bezprawny były mu znane. Jeszcze nigdy nie zajmował się składaniem zeznań w sprawie międzywymiarowych całkowicie normalnych złodziei drzew, ale w przeszłości wielokrotnie współpracował z Biurem przy innych burdach, awanturach i tym podobnych. Biurokracja była mu aż za dobrze znana.
Zdecydowanie wolałby tego uniknąć, ale nie było takiej możliwości. Szczególnie, że wszystkich delikwentów było zbyt wielu, żeby funkcjonariuszka mogła się z nimi zabrać całkowicie sama. Zostawienie ich tutaj nie wchodziło w grę. Zaczekanie na wsparcie byłoby idiotyczne, bo ta cała część sprawy właśnie dobiegła końca.
- Ten mój i ten z krzaków z pewnością - zawyrokował bez konieczności zbliżania się do żadnego ze wspomnianych mężczyzn, obdarzając szczura spojrzeniem i marszcząc brwi. - Potraktowanego zaklęciem będę monitorować. Animagowi też nic nie będzie. Klatka wytrzyma, jak mniemam? - Nie widział momentu, w którym Brenna wzmacniała zaklęcie, ale uplot został zmieniony.
Zacieśnił się jeszcze bardziej, nie brakowało w nim kreatywnej ręki kogoś najpewniej całkiem nieźle zaznajomionego z zabezpieczaniem aresztantów. Ambroise nie zamierzał zadawać zbędnych pytań o to czy Ministerstwo zaczęło przykładać większą wagę do szkolenia swoich pracowników, czy to było doświadczenie nabyte pozazawodowo. Miał swoją opinię na ten temat i nie potrzebował weryfikować tych informacji. Wystarczyła świadomość, że zabezpieczenie zostało wzmocnione.
Mógł jeszcze szybko rzucić okiem na drewno zgromadzone przy namiocie, odnotowując (mniej więcej) straty i kiwając głową na znak, że mogą odbyć swoją śmierdzącą podróż do Ministerstwa, podczas gdy zawezwana ekipa zajmie się całą resztą. To miał być cholernie długi dzień.

Koniec sesji