![]() |
|
[03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=3956) |
RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.09.2024 Wzruszył ramionami. Sądził, że to dosyć jasne i zrozumiałe. Nie był z takiej rodziny, w której załatwiało się trudności małżeńskie przy pomocy pięści. Może miał rodzeństwo, ale na tyle młodsze, że też nie bili się na serio. Wyłącznie ograniczali się do okazjonalnych kuksańców i przyjacielskich szturchnięć. Co innego Mulciberowie. Oni bywali szurnięci, ale w gruncie rzeczy już ją poinformował o tym elemencie swojego charakteru. Był niemal całkowicie szczery odnośnie tej strony, którą też w sobie miał. Mimo to było w nim zdecydowanie więcej z Greengrassa. - Zapewniam cię, moja droga, że jestem mocny nie tylko w gębie. Choć nie wiem czy chciałbyś się o tym przekonać - skwitował z uniesionym kącikiem ust. Znów pił do kilku rzeczy na raz. Nie mógł nic poradzić, że podobało mu się w jakim kierunku szła ich rozmowa. Czerpał taką malutką satysfakcję z niejasności i niedopowiedzeń. Tylko nie wiedział czy swoją. To psuło mu znaczną część zabawy. Zresztą tak jak to, że cokolwiek mówili nie mieli posunąć się dalej. Za słowami nie miały iść zdrożne czyny. Miał taką pewność, bo tak wyglądały niemal całe dwa ostatnie tygodnie. Zawsze zatrzymywali się gdzieś na linii. Niewidocznej, ale zrozumiałej. - Upłynie dużo wody zanim zgodzę się to powtórzyć i potwierdzić lub podważyć - miał na myśli pójście z nią do lasu a także strzelanie do czegokolwiek. Oczywiście. Jasne. Trochę żartował. Nie zakładał, że szybko będą mieć taką okazję. Obecnie większość czasu zajmowały im próby dojścia do sedna sytuacji sprzed dwóch tygodni. To raczej nie był idealny czas na branie kolejnych zleceń. Natomiast Ambroise nie żartował, kiedy podejrzliwie patrzył na zdolności strzeleckie Geraldine. Nie chciał jej umniejszać, ale do tej pory pokazała mu się jako ryzykantka pakująca się w kłopoty. Raz kogoś otruła. Raz sama niemal zginęła. Raz go prawie zastrzeliła. Nie naliczył ani jednej okazji, gdzie mógłby z podziwem zagwizdać na pokaz umiejętności kobiety. - Może odstraszam a może nie - przypomniał sobie z rozbawieniem, unosząc kąciki ust i rozkładając ręce. Okay. Tu go miała. Korzystała z jego własnej broni. - Touché - mógłby z nią dyskutować, ale nie czuł potrzeby. Byli kwita. Ostatnio częściej niż rzadziej potrafił złożyć broń i oddać jej trochę zasłużonej chwały. Nie oznaczało to, że całkiem poddaje ich rozgrywki. Jedynie nie odczuwał już aż takiej potrzeby, by zawsze mieć ostatnie słowo. Jak na niego to było nie lada osiągnięcie. Może nawet swoiste poświęcenie dla dobra tej relacji, której nawet nie planował zanim się nie wywiązała. Zresztą zaraz znajdował się kolejny pretekst do podniesienia rzuconej rękawicy. Właśnie tak jak teraz. - To zależy czy jesteś gotowa mi to wynagradzać co najmniej do końca życia - zasugerował, ponieważ tak w rzeczywistości nie planował wyciągać tego za każdym razem, kiedy będą dyskutować. Wyłącznie od czasu do czasu. Uważał to za swoją nową kartę przetargową. Jeśli mógł przy jej pomocy ugrać coś cokolwiek, to nie mógł odtrącać takiego daru. W końcu Geraldine sama wyładowała mu go w ręce. Nawet, jeśli nigdy nie było najmniejszych wątpliwości, że nie zrobiła tego celowo. Została wykorzystana przez niematerialne siły tak samo jak on. To, że nie rozmawiali o tym zbyt dużo nie znaczyło, że nie domyślał się jak ciężko jej również było. Nie musieli sobie mówić pewnych rzeczy. To było całkiem wygodne. Problem pojawiał się, kiedy Ambroise dochodził do tego, że w niektórych przypadkach zdecydowanie powinni nie korzystać z prawa milczenia i jednak otworzyć usta do siebie. Byłoby im znacznie łatwiej, gdyby rozróżniali te dwie sytuacje. Jeszcze łatwiej, gdyby w pierwszej chwili zebrali się na wypowiedzenie niewypowiedzianego. Zanim zdążą się zatracić w swoich myślach i obawach. Na gorąco może mieliby większe szanse powiedzieć sobie wszystko, co mogłoby skierować ich losy na inny tor. Niestety Ambroise nie był najbardziej skłonnym do uzewnętrznień czarodziejem a sytuacja taka jak ta była dla niego kompletną nowością. Nie do zaprzeczenia. Nie tylko pierwszy raz w życiu go coś opętało, ale również pierwszy raz w życiu coś go opętało. Uczucia, których nie odczuł wcześniej i nie był na nie przygotowany w żadnym wypadku. - Grunt, że my się odczytujemy - skwitował bez przejęcia, spodziewał się tego, że jego dotychczasowe wysiłki nie będą dla niej przydatne. - Poza tym to ułatwia zachowanie tajemnicy lekarskiej - dopowiedział, choć raczej nie z tego powodu przykładali wagę do stylu pisania. Miało być szybko. Przede wszystkim miał wiedzieć, co sam pisze i nie tracić zbędnie czasu. W Mungu nie bywało zbyt wiele wolnych chwil, żeby mógł zastanawiać się nad tym, w jaki sposób kaligrafować szlaczki. Starał się głównie (chyba jedynie) w przypadku adresowania kopert I pisania listów. Wtedy mu zależało, żeby zostać rozczytanym. Te notatki robił dla siebie, bo nie podejrzewał, że temat przejdzie w dłonie Geraldine. - Mogę ci coś rozszyfrować, jeśli chcesz, ale to nie będzie zbyt przydatne - stwierdził. Nie mieli czasu, żeby czytał jej swoje translacje i istotne dla niego podsumowania jak bajki na dobranoc. Może dopiąłby swego. Uśpił by ją tym, bo już widział ziewanie, ale chyba powinien zająć się inną częścią pracy. RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.09.2024 Ona też nie była z takiej rodziny, ale wiedziała, że istnieją podobne. Tak naprawdę to jej matka miała ojca pod pantoflem, chociaż był potężnym łowcą, tyle, że nie w swoim domu. Zresztą nie zawsze to wynikało z pochodzenia, niektórzy po prostu mieli paskudne charaktery i wyładowywali swoją złość na najbliższych. Jej relacja z rodzeństwem była dosyć specyficzna, bo od zawsze szkolono ich razem do walki, ich zabawy polegały głównie na walce najróżniejszą bronią, nieraz któreś zostało draśnięte podczas tych aktywności, oczywiście nie na tyle, żeby było to specjalnie niebezpieczne. Byli wychowywani w specyficzny sposób, nie zmieniało to jednak faktu, że na braciach zależało jej okrutnie, w sumie dzieciństwo mocno ich do siebie zbliżyło. Nigdy też nie narzekała na to, jak wyglądało, wspominała je nawet z ogromnym sentymentem. W jej oczach pojawił się błysk. Lubiła takie wyzwania, ba, był taki pewny siebie, że chciała utrzeć mu nosa i pokazać, że to ona nosiła spodnie. Lata praktyki robiły swoje, miała wrażenie, że zapominał o tym, że ona od dziecka była szkolona do walki, to był jej żywioł i nie zamierzała nawet udawać, że jest inaczej. - Oj, chciałabym, chciała. - Oczywiście, że na myśli miała tylko i wyłącznie walkę, nic innego, gdzie tam. Tak naprawdę to wydawało jej się, że nie zdążyłby nawet podnieść ręki w jej kierunku, gdyby faktycznie mieli się zmierzyć. Przeszywała go wzrokiem kiedy o tym myślała, to mogłoby być całkiem zabawne doświadczenie. Nie umknęło jej to, że nazwał ją swoją drogą, przez to wpatrywała się w niego chwilę dłużej, niż powinna. Co właściwie miał na myśli, pewnie nic takiego, przecież ludzie zwracali się do siebie ciągle. Szybko więc przestała o tym myśleć. Geraldine nie miała problemu z tym, w jaki sposób ze sobą rozmawiali, szczególnie, że przestały im towarzyszyć te faktycznie nieprzyjemne zaczepki. Było lżej, może wieloznacznie, ale to tylko dawało im pole do popisu. Nie miała problemu z prowokowaniem go, on zresztą też robił to samo. Były to tylko słowa, za którymi nie szły żadne czyny, to lawirowanie między półsłówkami i niedopowiedzeniami wydawało jej się być bezpieczne. Przynajmniej jak na razie. Pilnowała się dosyć mocno, aby nie zrobić nic głupiego, co mogłoby niepotrzebnie namieszać, bo przecież i tak ich relacja była skomplikowana, nie do końca przez ich winę. - Nie spodziewałam się Ambroise, że tak łatwo cię do czegoś zrazić. - Och tak, najlepiej uderzyć w jeden z czułych punktów. Mogła dodać coś więcej, na przykład to, że taki z niego duży chłopiec, a się cyka pójść z nią do lasu, ale tego nie zrobiła. Nie chciała przegiąć, ani rzucić czegoś, co wcale nie było potrzebne i mogło tylko zmienić ton tej rozmowy. Było zbyt przyjemnie, żeby chciała to popsuć. Sama Yaxley przez ostatnie dwa tygodnie nieco się wycofała. Nie brała zleceń, nie łaziła po lasach. Skupiła się na ich problemie, bo najważniejsze aktualnie było to, aby ogarnąć umysł. Nie mogła sobie pozwolić na to, aby podobna niedyspozycja ponownie jej się przytrafiła, mogła kogoś przypadkiem skrzywdzić, w tym wypadku zdecydowanie wolała nie ryzykować, bo nie mogła być w pełni odpowiedzialna za swoje czyny. Tak jak wtedy, niby to jej ręka wystrzeliła z kuszy, ale nie do końca czuła, że to było jej dziełem. - Szybko się uczę. - Dodała rozbawiona, w tonie jej wypowiedzi mógł wyczuć nutę dumy. Oczywiście, że zaatakowała go jego własną bronią. Była całkiem bystra i pojętna, chociaż mogło się wydawać, że wcale tak nie jest. Bardzo szybko odnajdywała się w nowych sytuacjach, potrafiła rozmawiać z ludźmi w sposób, który wybierali. To nie było dla niej problematyczne. - Do końca twojego, czy mojego życia? Wiesz jak jest, w moim przypadku śmierć może przyjść dosyć szybko. - Chciała mu przypomnieć, że to wcale nie był najlepszy pomysł. Sama perspektywa tego, że mógłby utrzymywać z nią kontakt do końca jej życia, bez względu jak długie ono by nie było wydawała jej się być całkiem atrakcyjna, nawet jeśli wiązała się z wynagradzaniem mu tego jednorazowego błędu w tylko jemu wiadomo jaki sposób. Problematyczne było to, że nie porozmawiali ze sobą otwarcie na samym początku. Tak naprawdę od tego powinni zacząć, dzięki temu mieliby jaśniejszy obraz na całą sytuację. Teraz? Cóż, zabrnęli w tym naprawdę daleko, najwyraźniej żadne z nich nie zamierzało się przyznać do końca do tego, co ich gryzło. Jasne, widzieli, że działo się coś dziwnego, ale nie mówili o tym. To wcale nie było dobre rozwiązanie, ale byli w tym do siebie bardzo podobni. Woleli dusić to w sobie, niż rozmawiać jawnie o uczuciach i nie do końca jasnych myślach. Póki co nie było dla nich ratunku. Powinni się nauczyć tego, że współpraca polegała przede wszystkim na wzajemnym zaufaniu i szczerości, a tego tutaj trochę brakowało. - No tak, najważniejsze, że sami rozumiecie swój własny język, to ma sens. - Nie zamierzała negować tego argumentu, zrozumiała przekaz. Po co bowiem laicy mieliby czytać te ich lekarskie opinie? Pewnie i tak mało kto byłby w stanie cokolwiek z tego zrozumieć. - Zapomniałam, że taka tajemnica istnieje. - Ciekawe ile skrywał ich Ambroise, dopiero teraz uświadomiła sobie, że musiał wiedzieć naprawdę wiele o różnych czarodziejach, te informacje można było wykorzystać w różny sposób. - Nie, nie trzeba, bez sensu, żebyśmy przeglądali to samo. - Jasne, nie miałaby nic przeciwko temu, żeby jej poczytał, to mogło być całkiem ciekawe doświadczenie, bo nikt nie czytał jej od czasu kiedy była dzieckiem, ale musieli ruszyć te wszystkie książki. Zamiast tego wzięła do rąk jedną z ksiąg, które dla niej wybrał i zaczęła ją wertować, powoli, kartka po kartce. RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.09.2024 Uśmiechnął się pod nosem. Nie klasyfikował tego, co miała na myśli przez swoje chcenie. Coś w nim pragnęło sądzić, że zna odpowiedź. - Moim największym atutem jest nieprzewidywalność - zapewnił ją bez pardonu. Powinna to już wiedzieć. On zakładał to samo w stosunku do niej. Oboje byli nieprzewidywalni. Teraz jeszcze bardziej niż wcześniej. Choć to raczej nie było zaletą. Nie dla niego, bo nie planował nad swoimi reakcjami. Chciał być nieprzewidywalny. Owszem. Ale nie dla siebie. Dla innych ludzi. - Jestem starszy, chory, poza tym mężczyźni żyją krócej. Nie próbuj się ze mną licytować, kto przeżyje krócej - stwierdził, przy czym nawet nie zwrócił uwagi na to, że w jednym zdaniu przyznał się Geraldine do dwóch istotnych rzeczy. Po pierwsze: tego, że w przeciwieństwie do niej był świadomy dzielącej ich różnicy wieku (zakładał, że ona tego nie wiedziała, bo nigdy nie rozmawiali o takich rzeczach a on dowiedział się z papierów). Po drugie: jeden z nielicznych razów w życiu tak banalnie prosto mu przyszło wypowiedzenie na głos tego, że nie był okazem zdrowia. Jasne. Dawno pogodził się ze swoim losem. Medycyna na ten moment była w stanie mu pomóc, ale nie zniwelować i odwrócić skutki choroby. Miał swoje maści i eliksiry. Pilnował tego, żeby dbać o sylwetkę i kondycję fizyczną, ale nie mógł walczyć z takim wrogiem. Mimo to zazwyczaj nie przechwalał się wszem i wobec. Tak właściwie to się zagalopował i nawet nie dostrzegł sensu swych słów, bo najpewniej by tego nie powiedział. Nie wziął się za wyjaśnienia, bo umknęło mu to, że odsłonił przed nią tą część prywatności. Trochę już wypił a wieczór był stosunkowo późny. Poza tym myśli Ambroisa kręciły się wokół innych problemów aniżeli obdzierania się z faktów, które kiedyś sprawiły mu niemożliwy do opisania ból a teraz były głównie związane z dyskomfortem i zniszczonymi marzeniami. W gruncie rzeczy nie mógł narzekać. Robił drugą w kolejności rzecz, którą od zawsze lubił. Leczył ludzi, rozpoznawał zatrucia roślinne, mieszał eliksiry. Spełniał się zawodowo. Tak mocno, że zaniedbywał inne aspekty życia. Nikt nie naciskał go do pilnowania pozostałych przestrzeni. Może dlatego kiedyś prawdopodobnie miał obudzić się samotny i pozbawiony innego celu w życiu niż praca. Być może to stąd zaczynał nieświadomie fascynować się tajemnymi siłami, ale tego nie dostrzegał. Prawdopodobnie z uwagi na to nie widział się w roli głowy rodziny, męża czy ojca. Nie umiał znaleźć równowagi w relacjach uczuciowych. Albo ktoś był jego przyjacielem, albo wrogiem. Pozostali byli mu neutralni, czyli nieznaczący. Jego romanse trwały jedną noc. Miłostki były krótkie. Nie zwracał uwagi na potrzebę emocjonalnej bliskości, bo od tego miał ludzi, którzy go rozumieli. Rodzinę i przyjaciół. Związki wymagały za dużo zachodu. Były nazbyt skomplikowane. Doświadczał tych wniosków nawet teraz, choć nigdy nie zrobili czegoś, co mogłoby ich pchnąć ku sobie. Zachowywali odpowiedni dystans. Milczeli odnośnie swoich odczuć. Łapał się na tym, że chciał zburzyć ten ich pozbawiony sensu spokój, bo tylko tak mogliby przekonać się, co ta druga strona tak naprawdę myśli. Wydawało mu się, że nie był do końca sam ze swoimi odruchami. Zdarzało się, że niemal łapał ją na tym, co on sam robił coraz częściej, ale nigdy nie złapali się na tym oboje. Mogło mu się wydawać. Wybierał twierdzenie, że to coś w nim za bardzo usiłowało układać mu życie. Kobieta taka jak Geraldine nie była dla człowieka takiego jak on. Nie chodziło nawet o to, że by się nie dogadali. W głębi duszy uważał, że mogliby się dotrzeć, jeśliby oboje tego pragnęli. Mieliby pokomplikowane, chaotyczne życie, ale nie mogliby nie być spełnieni. Nie próbował tego dowodzić z uwagi na kilka spraw. Nie tylko na to, że nie wierzył w jasność swych osadów. To było też dużo bardziej skomplikowane i odnosiło się głęboko do tego, co już ustalił. We własnej głowie nie widział swojej daleko idącej przyszłości. Nie chciał zobowiązań, bo jak miałby komuś wyjaśnić, że ich życie nie będzie jak z historii zamieszczonej w egzemplarzu Czarownicy. Nijak. No właśnie. Zamykał mordę. Żył tu i teraz. W kawalerskiej norze, w której nie musiał dbać o to czy psuje komuś dekor. Jego książki miały swoje miejsce choćby pośrodku podłogi. - Co ciekawe: nikt nas tego nie uczy. To naturalny talent - zapewnił wyrwany z chwili zamyślenia, jakie go ogarnęło na widok tego, co zrobił z woluminami. Mimo to ich nie podniósł. Mogły tam leżeć. Dookoła i tak był syf. Może nie brud, ale w środku nocy należało korzystać z różdżki, żeby manewrować między przeszkodami stale zmieniającymi miejsce. - Istnieje. Niektórzy tacy jak ja podchodzą do niej bardziej restrykcyjnie niż inni. Tego możesz być pewna - odpowiedział poważnie, siadając na krześle, bo skoro nie mógł jej pomóc z notatkami to planował zająć się swoimi poszukiwaniami. Wcześniej chciał podkreślić tą jedną informację. Cokolwiek by się działo jej sekrety były u niego bezpieczne. Nawet jeśli nagle znowu przestaną być sobie bliscy. - Zatem do dzieła - skwitował, otwierając nowy tom i próbując wczytać się w treść. RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.09.2024 - Zapamiętam to. - Pewnie sama wymieniłaby coś innego, jako jego największy atut, zresztą miał ich tyle, że byłoby jej trudno wybrać ten największy. Musiałaby się długo zastanowić nad tym, co faktycznie było w nim najbardziej wyjątkowe. Faktycznie ostatnio był jeszcze bardziej nieprzewidywalny niż zazwyczaj, ale raczej w tą przyjemną stronę. Miała świadomość, że pewnie wiązało się to z tym, co się im przydarzyło. Trochę obawiała się, że jego sympatia do niej wynika tylko i wyłącznie z tego, że niedługo się to skończy i wrócą do tego, co było przed. Nie miała pojęcia, czy byłaby w stanie ponownie zaakceptować ten chłód, który między nimi był, zdecydowanie bardziej podobało jej się to, co działo się teraz, tyle, że no właśnie trochę kwestionowała zasadność tego, co się działo. Dlatego też nie pozwalała sobie na więcej, niż tylko wymienianie tymi dwuznacznymi zaczepkami. Zamrugała pospiesznie, dwa razy, przetwarzała to, co jej powiedział. Widać było po niej, że bardzo intensywnie myślała. Nigdy nie wspominał o tym, że był chory, nie miała o tym pojęcia. Miała chęć wypytać go o to, przecież nie powiedział jej nic konkretnego, ale zabrzmiało to całkiem poważnie. Skąd mogła wiedzieć, na ile ta choroba była niebezpieczna? Co jeśli coś stanie mu się w jej obecności, a ona nie będzie mogła mu pomóc? Nie znała nawet podstaw medycyny, tych najbardziej przystępnych, głupiej pierwszej pomocy. Będzie musiała faktycznie zainteresować się tematem, żeby nie daj Merlinie kiedyś nie znaleźć się w chujowej sytuacji. Spodziewała się, że może być od niej starszy, nie miała pojęcia ile lat, ale nie mogła to być zbyt wielka różnica, nie wyglądał jakby się miał niedługo rozsypać. Po chwili dotarło do niej, że skoro wiedział, że jest starszy, ton jego głosu wskazywał na pewność, to oznaczało, że miał świadomość ile ona ma lat. Nigdy mu o tym nie wspominała. Cóż, była też jego pacjentką, jej ojciec był jego klientem, na pewno w tej swojej dokumentacji medycznej mógł znaleźć takie informacje, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Nie zamierzała ciągnąć tej dyskusji na temat tego, kto umrze pierwszy, teraz to jej się zupełnie nie podobało. Nie odrywała od niego spojrzenia nawet na moment po tym jak powiedział jej o tym wszystkim, tyle, że też nie skomentowała tego w żaden sposób. Nie wiedziała, co ma powiedzieć, nie chciała wypytywać, dla niektórych choroba to był bardzo drażliwy temat. Pewnie do tego wróci, kiedyś, kiedy poczuje, że jest na to odpowiedni moment. Nie wiedziała też, czy zaufa jej na tyle, żeby opowiedzieć o chorobie coś więcej. Nie ma się co oszukiwać, ledwie od dwóch tygodni spotykali się regularnie, to co ich łączyło było czymś nowym. Nie mógł mieć pewności, ze za chwilę nie zniknie z jego życia, jaki był sens dzieleniem się swoimi problemami z osobą jak ona, która właściwie ciągle była w drodze. Pojawiała się i znikała, nie umiała się zakotwiczyć, zazwyczaj, bo teraz potulnie siedziała na tyłku przez to, co się wydarzyło. Mało kto chciałby mieć kogoś takiego obok siebie, właściwie to nawet nie obok, po prostu w swoim życiu. Nie była tym, czego szukali normalni ludzie. Była chaosem, który niszczył wszystko wokół siebie. Nie potrafiła działać inaczej, niczym huragan, pojawiała się, brała to, czego chciała i pozostawiała ruinę. Zdawała sobie z tego sprawę, dlatego też próbowała nie zbliżać się do kolejnych osób, nie przynosiło to nic dobrego, przede wszystkim dla nich. Miała świadomość, że to się nie zmieni. Nie umiała żyć inaczej, nic nie było jej w stanie utrzymać w jednym miejscu. Nigdy nie marzyła o księciu z bajki, dzieciach i ładnym domu. To nie było w jej stylu. Ona chciała zdobywać świat, sprawiać, żeby płonął. Kto chciałby budować cokolwiek na zgliszczach mając świadomość, że bardzo szybko znowu się nimi staną? - Talent... - Przeciągnęła to słowo, jakby się nad czymś zastanawiała. - Niech będzie, można to uznać za talent. - Najwyraźniej musiała chwilę pomyśleć, żeby wiedzieć, czy faktycznie może to zaakceptować jako dar. - To dobrze o tobie świadczy. - Skoro restrykcyjnie podchodził do tego tematu, to oznaczałoby, że można mu zaufać, ciekawe, czy w innych sprawach też, czy tylko w tych medycznych. Cóż, powierzyła mu już kilka swoich tajemnic i póki co nikomu ich nie zdradził, co tylko upewniało ją w tych słowach. Geraldine z początku całkiem aktywnie przeglądała kolejne strony tomu, który miała w ręce, tyle, że ułożyła się w tym fotelu tak wygodnie, zwinęła w kłębek niczym kot, a do tego była przykryta kocem, że dosyć szybko zrobiło jej się naprawdę błogo, nawet trochę za bardzo. Po przerzuceniu kilki stron jej głowa stała się bardzo ciężka i opadła na fotel, odruchowo zakopała się wtedy jeszcze bardziej w ten nieszczęsny koc. Cóż, już wiedzieli, kto wygrał te śmieszne przekomarzanki związane ze spaniem. Tak jak zakładała - nie była to ona, ona oddała się w objęcia Morfeusza. RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.09.2024 Momentami wahał się odnośnie tego co powinien sądzić o przebiegu ich rozmowy. Nie tylko tej teraz. Praktycznie każdej od dwóch tygodni, które spędzali w swoim towarzystwie z zadziwiającą intensywnością i zarazem łatwością. To, że tu z nim była przychodziło mu całkiem naturalnie. Nie miał zbyt wielu ludzi, których tak bardzo tolerowałby w swojej przestrzeni. Jasne, nie umiał być przy niej całkiem rozluźniony, ale nie z tego powodu, który mógłby przyjść komuś na myśl, gdyby ta osoba oparła osąd na ich wcześniejszych zachowaniach. Tych sprzed niedawnych wydarzeń. O tamtym czasie można było wiele powiedzieć. Ambroise sprzed dwóch tygodni byłby spięty i gotowy do ataku. Spodziewałby się konieczności jeżenia się i doskakiwania Geraldine do gardła, żeby łapać ją za słówka. Byłby sztywny i oficjalny - to w najlepszym przypadku. Albo zabójczo cięty, co było bardziej prawdopodobne, zważywszy na to, że spotykali się w prywatnej przestrzeni. Ten tutaj taki nie był. Usiłował starannie ważyć słowa oraz kontrolować odruchy. Starał się przewidywać swoje reakcje. Był spięty, choć usiłował wyglądać na rozluźnionego. Alkohol trochę mu w tym pomagał, ale nie zwykł wypijać go dużo na raz. Wtedy mógłby zadziałać wręcz przeciwnie - w drugą stronę, do końca wybijając Greengrassa z rytmu, który usiłował trzymać. Panował nad wypowiedziami, choć w mniejszym stopniu niż by sobie zdawał sprawę. Nie zarejestrował ani, że powiedział Geraldine zbyt wiele odnośnie stanu zdrowia (tak, zgadza się: wspomnienie o samej chorobie było zbyt dużym uzewnętrznieniem według jego standardów) ani że ona to zarejestrowała i poczuła się tym zaskoczona. Starał się jak najmniej patrzeć jej w oczy. Jak najrzadziej nawiązywał kontakt wzrokowy, choć to nie znaczy, że na nią nie patrzył. Wracając zaś do istoty sprawy: był spięty, ale nie z uwagi na zagrożenie atakiem. Spinał się, bo usiłował nie zrobić nic głupiego, czego oboje by żałowali. Wszystko zaś wyłącznie przez to, że w pierwszym momencie nie umiał otworzyć gęby. Teraz też nie potrafił normalnie porozmawiać. Może to i lepiej, że nie był świadomy tego ile przez to tracił? Wolał wmawiać sobie, że źle interpretuje jakiekolwiek sygnały. Zdecydowanie wolał być niemy, głuchy i ślepy w ramach strefy komfortu. Choć to tak naprawdę wcale nie była strefa komfortu. Nie z czymś obcym mieszającym mu w głowie. - Rada Yaxleyów to zatwierdza? Wybitnie - odpowiedział z półuśmiechem - cieszę się, że mamy tu jasność. Na swój sposób chciał jej powiedzieć twoje sekrety są u mnie bezpieczne. Gdyby tylko wypowiedział to na głos... ...najpewniej by się złamał. Siedząc nad książką, której nie czytał, czuł, że zaczyna się łamać. Może to była noc. Atmosfera. Trochę alkoholu. Zmęczenie. Sposób, w który rozmawiali. Czuł, że to nie do końca wystarczało. Czuł, że się łamie. Usilnie nie patrzył w tamtym kierunku, ale nie mógł skupić myśli na rozmywających mu się literach. Bezwiednie rozchylił usta, żeby coś powiedzieć, bo cisza zaczęła robić się przytłaczająca. Natomiast wpierw spojrzał w kierunku kobiety. Przymknął oczy, wypuszczając powietrze przez zęby. Miał rację. Wygrał zakład a ponadto prawdopodobnie uniknął czegoś, co mogłoby źle się skończyć. Jak najciszej wstał z zajmowanego krzesła i powoli zbliżył się do fotela. - Chodź - odezwał się, nie oczekując odpowiedzi, tylko angażując resztę sił, żeby zabrać ją z kocem z fotela. Uniósł Geraldine w zawiniątku, ostrożnie przenosząc ją te dwa kroki na wygodniejsze łóżko i upewniając się, że nic jej nie wadziło. Ani buty, ani paski czy inne zbędne elementy ubioru. Nie był upiorny, nie stał tam nad nią zbyt długo. Przetarł oczy wierzchem dłoni i wrócił do siebie na krzesło, a kiedy powieki zaczęły robić się za ciężkie przeniósł się z książką nie na fotel a na podłogę przy drzwiach balkonowych. Podłożył sobie poduszkę pod kark, oparł się o szybę i pogrążył się w lekturze w słabym świetle różdżki, bo przezornie pogasił świece. Nie był tu sam. Nie robił głupich rzeczy. Odpłynął dopiero nad ranem, pogrążając się w nerwowym, urywanymi śnie nie do końca swoich wspomnień. RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.09.2024 Może tu był ich błąd, zamiast płynąć z prądem zastanawiali się nad wszystkim, analizowali. Nie pozwalali sobie w pełni oddać się temu, co się działo. Z drugiej strony lubili mieć kontrolę, panować nad swoim życiem, więc wcale nie było to takie proste jakby się mogło wydawać. Męczyli się przez to okropnie, ale co innego mieli zrobić? Utknęli między rzeczywistością, a marą, jakby znajdowali się między światami, powątpiewali we własne uczucia, w realność tego na czym zaczęli budować nową relację. Chyba każdy miałby problem, aby odnaleźć się w tej sytuacji. Wbrew pozorom radzili sobie całkiem nieźle, postawili niewidzialne granice, których żadne nie zamierzało przekroczyć. To było bardzo rozsądne, szczególnie jak na Geraldine, która miała w zwyczaju po prostu płynąć, bez zastanawiania się nad tym co robiła, chociaż mogła utonąć. Sporo ją to kosztowało, bo nie przywykła do takiego działania. Musiała naprawdę mocno się postarać, aby nie zrobić czegoś głupiego, nie wziąć tego, na co miała ochotę. Była przyzwyczajona do tego, że zawsze otrzymywała to na co miała ochotę. W tym wypadku jednak było inaczej, gdzieś w tle pojawiała się troska o to, aby go nie skrzywdzić, dziwne, bo nigdy się tym specjalnie nie przejmowała. Nie był też osobą, o której uczucia by się martwiła jeszcze kilka dni temu, nie po tym jak spektakularnie okazywali sobie niechęć. Zdawała sobie sprawę, że raczej nie było możliwe, aby zmienić o kimś zdanie w tak krótkim czasie bez mieszania w to jakiejś siły wyższej, która najprawdopodobniej postanowiła skomplikować im życia. Czuła się w jego towarzystwie na tyle bezpiecznie, że odpłynęła, to też nie było dla niej typowe, bo nie miała w zwyczaju zostawać na noc u ludzi, którzy nie mieli dla niej znaczenia, którym nie ufała. Jasne, zdarzały jej się jednorazowe przygody, zupełnie przypadkowe, ale nigdy nie pozwalała sobie na sen, w towarzystwie osób, którym w pełni nie ufała. Mogła się z kimś przespać, ale nie spać u jego boku, dziwne miała zasady. Nie poczuła, kiedy wziął ją w swoje ramiona i zabrał do łóżka, nie zarejestrowała tego momentu, nie ma się co dziwić, była zmęczona. Spała jak kamień. Mruknęła tylko cicho, przeciągle kiedy znalazła się w wygodniejszym miejscu. Spała spokojnie, nie jak dziecko, bo dzieciaki miały w zwyczaju wybudzać się w czasie snu po kilka razy. Dawno chyba nie udało jej się ciągiem przespać tylu godzin. Było to nawet ciekawe, z racji na to, że zazwyczaj męczyła ją bezsenność. W końcu się obudziła, kiedy pierwsze promienie słońca wdarły się do mieszkania przez szyby. Niemrawo otworzyła oczy, nie poruszyła się przy tym jednak. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w sufit, żeby dotrzeć do tego, gdzie się znajdowała i co właściwie się wczoraj wydarzyło. Nie pamiętała momentu, w którym zasnęła, nie kojarzyła też, jak znalazła się w łóżku. Musiało się tak jak zakładali, jak on zakładał. Odpadła, a później magicznie teleportowała się do łóżka, cóż, zdarzyło jej się to ostatnio w dzieciństwie. Odwróciła się na bok, żeby zlokalizować swojego towarzysza niedoli. Nie miała pojęcia, gdzie spał, wiedziała, że jest tu jedno łóżko, uparł się, żeby ona w nim spała. Bardzo szybko uzsykała odpowiedź, znalazła go na ziemi. Postanowiła póki co się nie ruszać, aby go nie obudzić, zasługiwał na trochę odpoczynku. No i mogła się teraz w niego wgapiać, bo nie było możliwości, żeby ją na tym przyłapał, całkiem przyjemna opcja na spędzenie wczesnego poranka. RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.09.2024 Nie wiedział ile spał ani kiedy odpłynął. Nie miał świadomości bycia obserwowanym. Przynajmniej przez jakiś czas. Również mu nieznany. Jak na kogoś nie przywykłego do czyjegoś towarzystwa, Ambroise również czuł się zaskakująco bezpiecznie. Chyba przespał całkiem długo, choć w marnej pozycji. - Wygrałem - wymamrotał półsennie, nadal praktycznie śpiąco i bez otwierania oczu. Jeszcze nie zaczął się przeciągać. Nie poprawił niezbyt wygodnej pozycji ciała. Nie ułożył się tak, żeby nie mieć teraz problemów z drętwiącym bólem i zastałymi członkami. Pozycja do spania w półsiadzie na podłodze nie była najlepsza, żeby się wyspać. No cóż. Jeśli chodziło o to, czemu w ogóle otworzył usta i chrapliwie się odezwał (ni to mamrotem ni to szeptem, ni to pomrukiem; czymś pośrednim) to w którymś momencie wyłapał zmianę w oddechu Geraldine. To było dziwne, bo wszystkie włoski na ciele stanęły mu dęba, ale nie czuł się nerwowo. Jego czujność nie wynikała z ostrzeżeń przed niebezpieczeństwem wysyłanych przez ciało. Przeciwnie, chodziło o coś po drugiej stronie bieguna. Bezwiednie rejestrował i reagował na zmianę, która powinna być ledwo słyszalna a nie był łowcą tak jak Geraldine. A to niewątpliwie był instynkt łowcy. Słyszał niewyraźną, ale konkretną zmianę w natężeniu oddechu kobiety. Wcześniej przez całą noc oddychała znacznie spokojniej i głębiej. Momentami ze świstem, ale był w tym komfort. Była rozluźniona. Teraz ten oddech przebijający się przez dźwięki budzącego się Londynu był bardziej płytki i wstrzymywany. Nie chciała go budzić. Starała się być cicho a paradoksalnie to wywołało u niego ten alert. Przez nieszczelności w drewnianych oknach dochodził pierwszy gwar Pokątnej. To były już znajome dźwięki. Promienie wschodzącego słońca przyjemnie mu muskały twarz, choć ciało miał raczej półzimne. Opieranie się o szklane drzwi (nawet z poduszką pod głową) nie było zbyt rozsądne o tej porze roku. Trochę skostniał, musiał się rozruszać. Książka już nie leżała mu na kolanach. Puścił ją z rąk na ziemię. Upadła pod dziwnym kątem i zagięła się w połowie. To było pierwsze, co zobaczyć przez na wpół rozchylone powieki. Ziewnął, przetarł je ręką i wydał z siebie nieskładny mamrot. Potrzebował chwili, żeby się poruszyć a gdy się przeciągnął na jego twarzy pojawił się niekomfortowy grymas. Całe szczęście miał swoje zapasy. Wystarczyło wstać i powłóczyć nogami w kierunku mikroskopijnego aneksu kuchennego. Na ten moment ani razu nie spojrzał na swojego gościa. Wpierw otworzył skrzypiące drzwiczki szafki i markotnie wyjął stamtąd jedną z dziesięciu identycznych buteleczek eliksiru, który bez słowa wlał do czajnika i podpalił różdżką kuchenkę. Tak, kuchenkę. Cudowny wynalazek półmagicznego Londynu, bo przez ścianę Ambroise niemal mógł przebić się do Dziurawego Kotła i na mugolską Charing Cross Road. Lokalizacja miała swoje zalety. Z uwagi na konieczność, niektóre poranne czynności mógł dzięki temu zrobić z ułatwieniem. Nie musiał kontrolować stopnia działania zaklęcia podgrzewającego ani ognia w kociołku w kominku (tak, mimo małej powierzchni był tu śmieszny miniaturowy kominek). Czajnik robił to za niego. - Potrzebujesz ręcznik? Coś innego? - Spytał charakterystycznie zaspanym głosem kogoś, kto nie przywykł do takich porannych rozmów. Czajnik zagwizdał niemal błyskawicznie a Ambroise zdjął go z ognia, przelewając obrzydliwie zielonofioletową "herbatkę" do kubka i pociągając duży łyk. Dopiero wtedy skierował głowę w stronę łóżka i pozwolił sobie na markotny uśmiech. Trochę zmieszany, choć starał się pokazywać wyluzowanie. Taki poranek był dla niego nowością. Miał nadzieję, że upłynie im pod znakiem ciszy i wyrozumiałości dla wzajemnych porannych dziwactw. On na przykład miał swoje obrzydliwe eliksiry i maści. Średnio chciał tłumaczyć się z tej konieczności. Niezbyt pamiętał, że poprzedniego wieczoru co nieco do tego nawiązał. - Przepraszam. To kompletny brak kultury - poprawił się z błyskiem w oku, pociągnął kolejny łyk parującej substancji. - Dzień dobry, Geraldine. Potrzebujesz ręcznik? Coś więcej? Masz ochotę na śniadanie? Mniemam, że jest trochę wcześnie, ale to nie powinno nam przeszkadzać. Buty masz obok łóżka na podłodze - uprzedził, po czym dodał ze zmarszczeniem brwi. - Kapcie... ...powinny być dobre... ...obok butów. Tak. Kupił jej kapcie. Sam nie skojarzył, kiedy dokładnie. Bambosze w wyszywane smoki, chyba we właściwym rozmiarze. To było dziwne, ale tego nie kwestionował i ona też nie powinna. RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.09.2024 Trochę jej było głupio, że przez nią spał na podłodze. Musiało mu być kurewsko niewygodnie w takiej pozycji, wolała nie myśleć o bólu pleców, który mógłby się pojawić po takim śnie. Mógł zostawić ją w fotelu, było jej tam całkiem wygodnie, pewnie też by ją trochę poskładało, ale nie tak bardzo jak mógł poskładać sen na podłodze. Tak, miała doświadczenie i w tym i nie wspominała go jako jedno z tych miłych. Parsknęła śmiechem, kiedy usłyszała, co powiedział. Oczywiście, każdy miał swoje priorytety, kolejny raz z nim przegrała, na szczęście o nic się nie założyli. Odwróciła wzrok, póki miał zamknięte oczy, aby nie przyłapał jej na tym, że się w niego wpatrywała. Nie miała pojęcia dlaczego tak bardzo nie chciała zostać na tym przyłapana, jakby co najmniej robiła coś bardzo nieprzyzwoitego. - Gratulacje, na szczęście w tym konkursie nie ma żadnej nagrody. - Znaczy była i to najwyraźniej dla przegranych, bo ona spędziła te noc w całkiem wygodnym łóżku, kiedy on spał na podłodze. Tak to właściwie mogłaby przegrywać za każdym razem, oczywiście nie podzieliła się z nim tą złotą myślą, bo jednak normalnie lubiła wygrywać dla samego poczucia, że zwyciężyła. Nie wydawało jej się, że mogła go obudzić. Jak na siebie zachowywała się wyjątkowo cicho, zakładała więc, że obudziły go promienie słońca, które wdzierały się do mieszkania. Swoją drogą były one całkiem urocze, Yaxleyówna lubiła gwar poranków, często obserwowała ludzi pędzących ulicami do pracy ze swojego balkonu. Tym razem jednak nie była u siebie, aczkolwiek wcale nie czuła się nieswojo. Przywykła do tego miejsca, często tu przecież bywała, nigdy nie zdarzyło jej się jeszcze zostać tutaj na noc, ale spodziewała się, że kiedyś do tego dojdzie. Może nie do końca w takiej formie jak teraz, ale cóż, też wydawało jej się, że to lepiej. Kiedy Ambroise się podniósł i ruszył w stronę aneksu kuchennego wreszcie postanowiła zmienić pozycję z leżącej na siedzącą. Jej ciało było wypoczęte, zresztą umysł też, naprawdę dobrze jej się tutaj spało. Rozejrzała się w poszukiwaniu fajek, dotknęła dłonią kieszeni swojej koszuli, całkiem szybko je zlokalizowała. Wsadziła sobie papierosa do ust i odpaliła go zapalniczką. Wtedy przysunęła też nogi do klatki piersiowej, nadal nie zrzuciła z siebie koca, bo był jej pod nim naprawdę przyjemnie. Przeniosła ponownie wzrok na mężczyznę, to mieszkanie było na tyle mikroskopijne, że nie mogła udawać, że znajdował się daleko. Obserwowała go nie odzywając się przy tym ani słowem, rozkoszowała się dymem papierosowym. Czy czegoś potrzebowała? Musiała się nad tym zastanowić, wydawało się, że powoli powinna się zbierać do wyjścia, nie chciała dłużej zaburzać mu przestrzeni, miała świadomość, że poranki bywają trudne. Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk gotującej się wody, drgnęła nawet zupełnie nieświadomie przez ten odgłos, a ponoź nie tak łatwo było ją wystraszyć, no, tyle, że tym razem nie spodziewała się tego, że przeszkodzi jej to w jakże intensywnym procesie myślowym, który zachodził w jej głowie. Nie miała pojęcia, co tam przygotowywał sobie do picia, wspominał, że jest chory, dalej nie wiedziała na co, więc może musiał łykać jakieś medykamenty? Było to możliwe. Wyłapała, że spojrzał w jej kierunku, przesunęła więc wzrok ku jego twarzy i posłała mu ciepły uśmiech. Zmrużyła lekko oczy kiedy zaczął ją przepraszać za brak kultury. Mrugnęła też trochę szybko, kilka razy, nie, nie przesłyszała się. Nie wydawało jej się to przepraszanie jednak konieczne. - Dzień dobry. - Tak, od tego warto było zacząć. - Czy zasłużyłam na kawę? - O tej porze nie jadała, raczej typowo dla siebie jadła na śniadanie czarną kawę i wypalała papierosa, to drugie miała już prawie za sobą, bo kończyła palić szluga, którego miała w dłoni. Przeniosła wzrok na podłogę, żeby zobaczyć, gdzie faktycznie stały jej buty, musiał je ściągnąć z jej stóp, kiedy ją tu położył. Oczy otworzyły jej się szerzej, kiedy wspomniał o kapciach, wpatrywała się w niego pytająco, ale z jej ust nie padł żaden komentarz. Kupił jej kapcie? Chyba nikt jej nigdy jeszcze nie sprezentował czegoś podobnego, bo nie bywała u nikogo na tyle często, żeby potrzebowała kapci. Zrzuciła nogi z łóżka, aby od razu wsunąć je na stopy. - Pasują. - Rzuciła tylko krótko, chwilę wpatrywała się w smoki na nich wyszyte. Cóż, naprawdę były w jej guście, ciekawe, czy ogarnął je od swojej Rowelowej części rodziny. - Jak się spało? - Spodziewała się, że niezbyt przyjemnie, bo przecież spędził noc na podłodze, ale wypadało zapytać. RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.09.2024 - Wygrałem ból pleców - nie zgodził się z nią. Mógłby wzruszyć ramionami, ale potrzebował wpierw zażyć swoje eliksiry i rozprostować kości. Nie pierwszy raz spał na podłodze. To nie była żadna nowość. Natomiast te okoliczności? One były nowe i nie do końca wiedział jak ma się poruszać w tej sytuacji. Starał się być swobodny i wyluzowany, ale z tyłu głowy ciągle czuł obecność Yaxleyówny. W tak małym mieszkanku nie dało się mieć zbyt wiele prywatnego miejsca. Na jego szczęście postanowiła zostać pod kocem w łóżku. Nie w takich okolicznościach spodziewał się, że tak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś go spytał o pierwsze skojarzenie z obudzeniem się z kobietą zajmującą jego łóżko, miałby jedną bezczelną odpowiedź. W dodatku zaraz potem zaprzeczyłby, że chciałby zostać z kimkolwiek na całą noc. Co tu dopiero mówić o jego następnych pytaniach i zachowaniu, jakby to wszystko było dla nich normalne. - Goniłaś mnie do jedzenia a teraz nie zjesz ze mną śniadania? - podkreślił swoje oburzenie, bo nie odpowiedziała mu na ofertę tylko zajęła się paleniem papierosa. Ambroise znał ten typ zachowania. Sam je uskuteczniał. Papierosy na śniadanie. Może szybka kawa. Nic więcej. Dlatego tym bardziej postanowił uprzeć się przed zaserwowaniem Geraldine czegoś w miarę przyzwoitego. Wedle możliwości. Nie był wybitnym kucharzem, ale przynajmniej nie palił czajników ani nie siekał się po palcach. - Nie otruję cię. Zwykłem leczyć ludzi, nie ich truć - dopowiedział obdarzając blondynkę spojrzeniem, które jasno świadczyło o tym, że miała niewiele do powiedzenia. Chciał, żeby zjadła cokolwiek zanim wyjdzie. Kawałek jajka z pomidorem mógł wystarczyć, ale nie chciał jej stąd wypuścić głodnej. Nie dopuszczał informacji, że może po prostu nie chciał, żeby już zaczęła zbierać się do wyjścia. - A gdyby przeszło ci przez myśl papugować moje podejście: skoro ognista to nie chleb w płynie to papieros nie jest sałatką - wytknął jej w ramach odroczonego zadośćuczynienia za wczorajsze komentarze o bujaniu. Zgadza się. Bywał pamiętliwy, nawet jeśli głównie w przyjaznej uszczypliwości. Nie dopuszczał możliwości, że to on tu będzie osobą, którą należało się opiekować. Albo w ich relacji panowała wzajemność, albo ich relacja opierała się na wzajemności. Dokładnie tak. Jedna opcja. Innej nie dopuszczał. Jeśli próbowali nawiązać coś na kształt przyjaźni to Geraldine powinna po nim oczekiwać przejawów troski. Pewnie trochę pokracznych i okraszonych dawką niezręczności, ale Ambroise usiłował się starać. Dawno nie nawiązał żadnej przyjaźni. Wszystkie miały już swoje lata. Od kilku dekad po kilka lat, ale każda była ugruntowana. Tymczasem z Geraldine poruszał się po grząskim gruncie, który mógł ich wciągnąć, jeśli nie spróbują się jakoś dotrzeć. Znacznie łatwiej byłoby, gdyby ktoś mu dał manuał do tej kobiety. Prawdopodobnie to działało także w drugą stronę, bo Greengrass upierał się, że jest prostym człowiekiem, ale zaraz potem udowadniał coś wręcz przeciwnego. Jego przyjaciele, koledzy i rodzina już to wiedzieli. Mniej więcej orientowali się w tym jak mówić, żeby do niego dotrzeć i co robić, żeby był skłonny ich słuchać. Tutaj było znacznie trudniej, bo oboje mieli silne, nieustępliwe charaktery. Swoje traumy i doświadczenia, wady, zalety, przywary, małe drobnostki. W dodatku nie do końca zachowywali się jak oni, ale jednocześnie Ambroise miał problem z określeniem jak właściwie powinni się zachowywać jacyś oni. Wcześniej żadnych nich nie było. - Jajka i bekon czy bekon i jajka? - spytał z lekkością w głosie, żeby zmienić tor myśli. Nie mógł zaoferować Geraldine nic więcej ponad jajka podane w jednym z trzech różnych sposobów, gotowane lub smażone kiełbaski, bekon, trochę fasolki z puszki, parę przywiędłych pieczarek, pomidory i całkiem świeży... ...nie, nieświeży, więc nie chleb. Wszystko prócz chleba, ale z tego dało się zrobić jakieś śniadanie. Poza tym kawa bez mleka, bo kiedy pochylił się, żeby sięgnąć do małej podblatowej lodówki nie znalazł tam ani mleka ani śmietanki. Cukru również nie miał. - Nie. Jasne, że raczej nie miałaś szans w walce z rumuńskim, ale nawet nie próbowałaś wygrać bitwy - powiedział z początku, bo dała mu możliwość odmówienia zrobienia kawy, więc naturalnie skorzystał. Natomiast nawet nie próbował ukrywać, że to była wyłącznie przekora, nic nadto. - No, dobrze. Już robię. Czarna? Z mlekiem? Śmietanką? Bo nie ma ani tego, ani tego - uprzedził ją, bo to mogli dopisać do listy podstawowych rzeczy, których o sobie nawzajem nie wiedzą. Nie miał pojęcia o typie kawy, który pija Geraldine. Podczas ich ostatnich wspólnych wieczorów raczej pijali alkohol niż coś, co byłoby logiczniejsze, bo zapewniłoby im skok energii. Chyba wszystko robili zupełnie na opak. Zastanawiał się czy tylko z nim tak miała (trochę chciał sądzić, że i owszem) czy każdą znajomość zaczynała od dupy strony. Za to z przytupem. Potem jeszcze z dodatkową dokładką chaosu. Ich relacja była huraganem. Czy ktoś mógł się właściwie dziwić, że Greengrass zaczął robić nietypowe rzeczy? Śmieszna sprawa, bo nigdy nikomu nie kupił bamboszy. - Cieszę się. Są twoje - odpowiedział, układając składniki na krótkim blacie kuchennym i zakasując rękawy. Woda na kawę już się gotowała w przepłukanym, wymytym czajniku. Niezaprzeczalnie próbował skupić się na wszystkim innym tylko nie na analizowaniu swoich lub jej zachowań. Czuł się dziwnie z tym, że byli razem w mieszkaniu w ten sposób. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. No. Może nie do końca tak było. Spodziewał się, że prędzej czy później może do tego dojść, ale okoliczności były dla niego dziwne i nietypowe. Starał się tego nie okazywać tylko zająć ręce, myśli i odwrócić wzrok. Ot mogli mieć miły poranek. - Twardo - odparł z wzruszeniem ramion. Po co miałby ją okłamywać? Nie czuł potrzeby. - Ale na fotelu byłoby znacznie gorzej. To świadomy wybór - uprzedził w razie pytań lub sugestii, że przecież było wygodniejsze miejsce. Otóż nie było. Mimo miękkości fotela nie uważał go za dobry mebel do spania. Wręcz przeciwnie. Pewnie obudziłby się poskładany, bo spałby powyginany bardziej niż na podłodze. To kobiety miały dziwaczny talent do wtulania się w przytulny materiał i dawania wrażenia, że czuły się zwinięte komfortowo. Geraldine to potwierdzała. Ewidentnie czuła się równie dobrze na twardym łóżku co w zbyt miękkim fotelu. Posłał jej ukradkowe spojrzenie kręcąc do siebie głową. Cholera. RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.09.2024 - Nie wiem, czy można nazwać to wygraniem, ale jak lubisz, to spoko. - Zdecydowanie bardziej kojarzyło jej się to z przegraniem, ale no doceniała to, że dał się jej przespać w swoim łóżku. To było całkiem miłe, swoją drogą czuła, że ubrania przesiąknęły jej jego zapachem, co pewnie nieco umili jej dzień gdy stąd wyjdzie, będzie miała wrażenie, że znajduje się obok. Przewróciła oczami słysząc jego pouczający ton. Miał rację. Zdecydowanie, oczywiście nie przyznała mu tego, bo może i ostatnio nie myślała jasno, jednak nie miała w zwyczaju aż tak komuś przytakiwać. Nigdy nie przywiązywała wagi do śniadań, nie wydawały się jej być szczególnie istotne, chociaż wiele razy słyszała, że to ponoć najważniejszy posiłek dnia. Ona zdecydowanie wolała te popołudniowe, po polowaniach bywała głodna jak wilk i to głównie wtedy zaspokajała potrzebę jedzenia. - Zrozumiałam sugestię. - Nie musiał się już tak na niej odgryzać, nie trzeba było. Skoro nalegał, to oczywiście nie mogła mu odmówić. W sumie dawno nie jadła z nikim śniadania. Wcale nie bała się, że ją otruje, a nawet jeśli tak, to byłby w stanie również znaleźć odtrutkę, więc nie było najgorzej. Nie zamierzał jej odpuścić, w sumie widziała w tym analogię do jej wczorajszego zachowania. Troszczyli się o siebie wzajemnie, może faktycznie powoli to zaczynało przypominać przyjaźń? Może nieco pokręconą, nie do końca zrozumiałą dla każdej ze stron, ale jednak przyjaźń? Tak właściwie, czy w ogóle była potrzeba nazywania tej relacji? Wydawało jej się, że przekracza nieco ramy przyjaźni, można więc było nie korzystać z żadnego nazewnictwa i określać to, co się między nimi działo jako coś, bo zdecydowanie nie było niczym. - Jest trzecia opcja? Bekon i bekon? - Och, tego mógł o niej nie wiedzieć, ale Geraldine była prawdziwym mięsożercą, nie przepadała jakoś szczególnie za warzywami, jasne jadła je, bo ponoć tam było najwięcej witamin, czy coś, ale mimo wszystko mięso miało specjalne miejsce na jej podniebieniu, jak przystało na prawdziwą łowczą. Nie była szczególnie wybredna jeśli chodzi o jedzenie, naprawdę nie miała oczekiwań z kosmosu. Bekon wydawał jej się być naprawdę idealnym rozwiązaniem na to śniadanie. Podczas swoich podróży jadała często mniej wyszukane posiłki, jak kawałek mięsa, który smakował jak podeszwa od buta (nie, żeby faktycznie miała pewność jak smakuje podeszwa, bo nigdy żadnej nie jadła, ale gdyby miała sobie wyobrazić jej smak, to właśnie tak by wyglądał). - To już są oszczerstwa, przecież widziałeś, że próbowałam. - Może z bardzo, ale to bardzo słabym skutkiem, ale nawet przejrzała jakieś dziesięć stron, z których niczego nie zapamiętała, ale na szczęście nie sprawdzał wiedzy, jaką udało się jej przyswoić. - Nie przejmuj się, pijam czarną, tak czarną jak czarna jest moja dusza. - Przede wszystkim mocna, pijała kawę po to, aby się rozruszać, potrzebowała do tego sporej dawki kofeiny. Nie wyobrażała sobie rozpoczęcia dnia bez kawy. Kończyła palić fajkę, postanowiła więc podnieść tyłek z łóżka, żeby poszukać popielniczki. Zlokalizowała ją na stole, przy którym wczoraj bawili się w kółko czytelnicze. Przygasiła tam peta, po czym udała się w kierunku aneksu kuchennego. Jasne, chciał jej zrobić śniadanie, nie zamierzała jednak wtedy jak księżniczka siedzieć w łóżku. To nie było do niej podobne. - Dobra, co mam robić? - Zapytała jeszcze opierając sobie ręce na biodrach kiedy przystaneła obok niego. Geraldine nie odnajdywała się w kuchni, to nie było jej miejsce na ziemi, jednak gdy dostanie instrukcje to powinna sobie poradzić z jakimiś podstawowymi czynnościami. Nie miała zamiaru podpalić tej przestrzeni. - Są bardzo urocze. - Dodała jeszcze ponownie rzucając krótkie spojrzenie na swoje stopy, na których znajdowały się smocze kapcie. Ten zakup sugerował, że spodziewał się, że będzie często tu bywać, znaczy już to robiła, ale skoro teraz miała własne kapcie? Cóż, mogła pojawiać się jeszcze częściej (jasne, potrzebowała do tego takiej wymówki). Jego odpowiedź wcale jej nie zdziwiła, no może poza tą częścią związaną z fotelem, jej zdaniem to był zdecydowanie lepszy wybór od podłogi. Wystarczyło umiejętnie się ułożyć, miała wrażenie jednak, że nie wszyscy posiadali takie tajne moce. - Następnym razem śpisz na łóżku. - Dodała bardzo władczym tonem, takim który nie przyjmował sprzeciwu. Zabawne, że już myślała o kolejnym razie, zakładała, że ten nie był jedyny. - Zresztą mogłeś położyć się obok, było wystarczająco miejsca. - Jasne, nie była może zbyt drobna, ale na jej byliby w stanie położyć się tam razem w miarę bezpiecznej odległości, choć czy w ogóle taka istniała patrząc na to, jak na niego reagowała, szczególnie w łóżku? Pewnie nie. Odsunęła od siebie te niemoralne myśli i skupiła się na tym, o co faktycznie jej chodziło. Nie było nic złego w spaniu w jednym łóżku, prawda? Im dłużej jednak na to patrzyła tym była pewniejsza, że w ich przypadku mogłoby się to skończyć nieodpowiednio, przynajmniej z jej strony. |