Secrets of London
[Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=4033)

Strony: 1 2 3 4


RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.10.2024

- Nie zamierzam usilnie zmierzać do ich poznania. - Wolała mu to wyjaśnić. Nie miała w zwyczaju włazić tam, gdzie nie powinna. Skoro mówił, że miała się od nich trzymać z daleka to z pewnością zamierzała zostawić to gdzieś z tyłu głowy i o tym nie zapomnieć. Może nawet odrzucić okazję, jeśli kiedyś by się nadarzyła. Mogła decydować o tym z kim współpracowała, nie była szczególnie zdesperowana. To nie tak, że nie miała zamiaru brać pod uwagę jego zastrzeżeń, musiała jednak zaznaczyć, że nie mogło to wyglądać tak, że nagle będzie musiała odmawiać każdej współpracy, bo nie będą mu się podobały osóby, które będą potrzebowały jej usług. To nie mogło się zdarzać nagminnie.

- Jasne, będę się od nich trzymać z daleka, szczególnie, jeśli dzięki temu masz być spokojniejszy. - Tak, zamierzała podkreślić, że robi to dla niego, nie widziała w tym nic złego, mogła przystać na takie pojedyncze prośby, które się pojawiały. Nie miała za tym większego problemu, chociaż początkowo zareagowała dość nerwowo, bo nie spodziewała się tego, że dzisiaj wejdą na ten nie do końca wygodny temat.

Wiedziała, że Ambroise miał swoje tajemnice, ona póki co wolała w nie nie ingerować, wystarczało jej to, że wiedziała, że też lawiruje na granicy prawa. Łączyło ich to, powinni więc rozumieć siebie wzajemnie jeśli chodzi o tę część ich życia. Zauważyła, że ostatnio mniej wychodził, ale też nie wspominał jej o tym, że zamierza z tego rezygnować i nie wymagał tego od niej, więc musiała jakoś wywarzyć na ile faktycznie powinna sobie pozwalać.

Nie podobało jej się, że tak lekceważąco ją potraktował. Nie była pannicą, wiele razy musiała udowadniać swoją wartość, zachował się teraz jak jedna z wielu osób, która nie do końca doceniała jej umiejętności. Nie spodobało jej się to lekkie podejście. Miał przecież świadomość, że od lat pracowała na to, aby mieć to wszystko. Nie tak łatwo było dorobić się szacunku w tej części Londynu o której rozmawiali. - Mam nadzieję, że naprawdę tak myślisz. - Wolała powiedzieć to na głos, żeby upewnić się, że odebrała to opacznie, nie chciała wątpić w to, że traktuje ją poważnie, bardzo. Raczej zazwyczaj czuła od niego wsparcie, teraz jednak pojawiły się wątpliwości, pewnie zupełnie niepotrzebne, ale zbyt wiele razy kwestionowano jej zdanie. Właściwie nadal nie była specjalnie pewnym siebie człowiekiem, stąd się to brało.

- Rozumiem, próbuję ci tylko powiedzieć, że nie zawsze to jest możliwe, czasem przecież nawet nie wiem dla kogo realizuję zlecenia. - Nie chciała mydlić mu oczu, nie zamierzała teraz obiecywać, że nie będzie tego robić, bo nie była w stanie mu tego zapewnić. Nie miała zamiaru go okłamywać, jasne, zastanowi się nad tym, spróbuje znaleźć jakieś rozwiązanie, może jeszcze bardziej się odsunie na bok, ale no nie miała do końca pojęcia, jak to będzie wyglądało.

- Tak, tak będzie lepiej. - Miała nawet cichą nadzieję, że nie wrócą do tego tematu, że może jakimś cudem uda im się zapomnieć o tej nieprzyjemnej wymianie zdań. Wiedziała, że warto by było uporządkować te sprawy, ale aktualnie nawet nie miała pojęcia, jak mogliby to zrobić. To nie było dla niej proste. Powinna bardziej wszystko przemyśleć i może określić swoje priorytety. Ambroise znajdował się na samej górze hierarchii, jednak nie oznaczało to, że wszystko inne nie miało dla niej znaczenia. Trudno jej było się póki co odnaleźć w tym wszystkim. Chciała spełnić jego oczekiwania, bo zależało jej na nim i na tym, co razem budowali, na pewno jakoś się w tym wszystkim odnajdzie.

- Próbuję. - Może za słabo się starała? Mogło tak być. Powinna sobie zrobić rachunek sumienia i zastanowić nad tym, co mogłaby robić inaczej, to nie był głupi pomysł. Nie chciała spieprzyć tego, co ich łączyło, a że była chodzącym chaosem to miała świadomość, że to była jedna z możliwości, chociaż bardzo nie chciała do niej dopuścić. Poczęstowała go szlugiem, chyba nie do końca mu podpasował, bo bardzo szybko się go pozbył. Nie miała zamiaru się teraz jeszcze tłumaczyć z tego, że najwyraźniej co do tego też nie miała gustu. Wszystko dzisiaj nie szło po jej myśli.

Westchnęła ciężko. Gubiła się w tej rozmowie. Ona również nie miało jasno określonej jednej strony, nie umiała trzymać się przy nim swojego zdania. Próbowała negować swoje decyzje, próbowała się dostosować, a później wracała do punktu wyjścia, bo on też to robił. Starali się najwyraźniej do siebie docierać, patrzeć na sprawy inaczej niż zazwyczaj, ale to też nie było takie łatwe.

- Nie chciałam, żebyś to tak odebrał, po prostu jestem uprzedzona do wróżbitów, tutaj nie chodzi o ciebie, zupełnie. - Nadal próbowała mu to wyjaśnić, nie chciała, aby potraktował to personalnie, zresztą gdyby tylko wiedziała, że tak mu na tym zależało, to pewnie by z nim poszła do tego wieszcza, aby nie prowokować kolejnej niesnaski. To nie było nic wielkiego, to nie powinien być powód do tego, aby znowu zaczęli się ze sobą kłócić. Nie miała problemu z tym, aby naginać swoje zwyczajowe zachowania po to, żeby zrobić mu drobną przyjemność, szczególnie, że przecież akurat to jej nic nie kosztowało.

- Mhm. - Powiedziała jeszcze oglądając swoje buty. Miał rację, jego słowa do niej docierały, nie była ścianą o którą się odbijały. Wystarczyło jej tylko odpowiednio przedstawić swój punkt widzenia, a potrafiła zejść z tonu, dotyczyło to oczywiście tylko jego. Nikogo innego pewnie nie miałaby ochoty słuchać.

Ulżyło jej, raptownie pozbyła się wszystkich negatywnych emocji, które się w niej wzbierały. Wystarczyło po prostu, żeby jej dotknął, posiadał dziwną umiejętność panowania nad jej emocjami. Nikt tak na nią nie działał. Z początku była spięta, kiedy jego usta dotknęły jej dłoni, wystarczyło jednak, że ją objął, a wszystko z niej zeszło. Cała złość wyparowała. Wtuliła się w niego mocno, kiedy przysunął ją do siebie, tego potrzebowała w tej chwili. Może jednak ten wieczór nie był jeszcze stracony? Pocałunek przyniósł rozejm, właściwie to skutecznie dzięki niemu zapomniała o tym co ich poróżniło. Miała gdzieś to, że mieli trzymać ręce przy sobie. Docierało do niej, że z każdym, kolejnym pocałunkiem uzależaniała się od niego coraz bardziej, z każdym dotykiem jeszcze bardziej łaknęła jego ciała. Nie mogła nic z tym zrobić, tak po prostu miało być.

Nie miała zamiaru się od niego teraz dystansować, nadal stała bardzo blisko, patrzyła mu w oczy. - Nie chcę się z tobą więcej kłócić. - Powiedziała zupełnie szczerze, bo nie podobało jej się to, co się przed chwilą wydarzyło.

- To dobry pomysł, możemy też kupić sobie jakieś amulety, tutaj zawsze jest spory wybór, a może akurat coś się nam przyda. - Wsunęła swoją rękę ponownie pod jego ramię, bo nie miała zamiaru iść znowu krok przed nim, chciała mieć go blisko siebie.




RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.10.2024

- To dobrze - bardzo powoli odwrócił spojrzenie od grupy, w kierunku której mimowolnie przeniósł wzrok, sam nie wiedział, kiedy dokładnie.
Teraz znowu patrzył wprost na swoją dziewczynę, usiłując zachować stoicki spokój, w który wkładał całą swoją siłę woli. Nawet nie zauważając, że przez to zaczyna stawiać się chłodny i zdystansowany. W sporach miał zazwyczaj dwie twarze, których sam nie dostrzegał, podejmując podświadomy wybór, który przełącznik powinien nacisnąć. Potrafił być w gorącej wodzie kąpany, żarliwy i porywczy, ciskać gromy i zgrzytać zębami, kłapiąc nimi jak wściekły pies. W swojej drugiej i jedynej innej odsłonie być przesadnie kulturalny, pełen rezerwy, może nawet antypatyczny w nazbyt wyrachowany sposób.
Nie chciał używać tego w stosunku do kobiety, którą darzył silnymi uczuciami, jednakże z dwojga złego instynktownie zaczął wybierać ten drugi schemat, żeby nie wybuchnąć pośrodku spędu towarzyskiego. Zwłaszcza z takiego powodu.
- Mam - odpowiedział krótko, ale zdecydowanie.
Bezsprzecznie miał być spokojniejszy, jeśli faktycznie mówiła prawdę i nie zamierzała mydlić mu tym oczu, faktycznie trzymając się z dala od tamtego towarzystwa. Jak do tej pory nie dała mu żadnych przesłanek ku temu, aby jej nie wierzył, więc mimo podskórnych wątpliwości postanowił powoli skinąć głową. Powinien jej ufać - to było oczywiste. Oboje chcieli budować tę relację na stabilniejszych fundamentach niż tylko puste słowa bez pokrycia i krzyżowanie palców za plecami. Dawał jej rozumiejące się same przez siebie wotum zaufania przez ostatnie miesiące, więc byle niedorzeczna kłótnia nie powinna być w stanie tego zmienić. To źle by o nich świadczyło. A do tego Ambroise nie chciał dopuścić.
- Myślę - zaczął, powoli wciągając i wypuszczając powietrze przy jednoczesnym czujnym wpatrywaniu się w dziewczynę - że oboje jesteśmy świadomi tego, że dajemy sobie radę sami, ale nie o to w tym chodzi - nie spytał Prawda?, bo to powinno być obligatoryjne - baczenie na to, że to teraz uległo zmianie. - Cieszę się, że mam samodzielną, myślącą dziewczynę, ale oczekuję, że od czasu do czasu pozwoli mi wtrącić swoje trzy knuty - w normalnych okolicznościach zapewne posłałby jej uśmiech, jednakże teraz był poważny.
Starał się mówić jasno i wprost, przekazując myśli w taki sposób, żeby nie dało się tego w żaden sposób wykrzywić. Być może nadal nie mówił jej o wielu rzeczach. W dalszym ciągu instynktownie wzbraniał się przed wypowiedzeniem wszystkiego, co leżało mu na wątrobie albo co miał w sercu. Niektórzy ludzie na długo wcześniej potrafili składać znacznie głębsze, słodsze deklaracje. W piękny sposób mówiąc o uczuciach, dając ujście emocjom.
On taki nie był. Żywił nadzieję, że o tym pamiętała, naprawdę biorąc to pod uwagę. Nie chciał, żeby spodziewała się czegoś, czego nie był w stanie jej dać w tym momencie. Był słownym człowiekiem pewnym swoich intencji, wkładał wysiłek w to, żeby nie musieć o tym przez cały czas mówić i przypominać. Była dla niego ważna. Prawdopodobnie ważniejsza niż sądziła. Naprawdę istotna. Z całą resztą miał nadzieję, że mogą jeszcze poczekać. 
- Wyobrażam sobie jak to może wyglądać - zapewnił cicho, starając się nie zwracać na nich więcej niepotrzebnej uwagi. - Wiem, że ten typ zleceń nie jest tak klarowny. Rozumiem to - na swój sposób Greengrassowi nie trzeba było dwukrotnie o tym mówić.
Miał wręcz niezmąconą pewność, że to jemu można byłoby spróbować (ale tylko spróbować) zarzucić pchanie się w znacznie bardziej świadomie mętne interesy. Kontrowersyjne lub nie, on zazwyczaj wiedział, z kim będzie mieć do czynienia a nawet, jeśli na początku szedł bez tej wiedzy to mógł się domyślać i szybko weryfikować podejrzenia. Zazwyczaj leczył tych ludzi - tu nie było możliwości bycia neutralnym i niepoinformowanym.
Z drugiej strony czasami przygotowywał eliksiry, odtrutki... ...trucizny również zdarzało mu się dostarczać. Wtedy też nie robił tego całkowicie niepewny tego, do czego posłużą, bo zazwyczaj wskazywał dawki na podstawie otrzymanych opisów, więc orientacyjnie wiedział, do czego miała być wykorzystywana jego praca. I zazwyczaj nie odmawiał. Jego ręce nie były brudne. Morale znacznie bardziej, ale był w stanie uciszyć głosik w głowie, gdy chodziło o korzyści.
- Kiedyś powinniśmy - odmruknął bez przekonania, wyczuwając równie niechętny ton w głosie Yaxleyówny.
Nie mogli tego odkładać wiecznie na potem. To było niemożliwe. Jasne, nie musieli tego poruszać jutro ani nawet w tym tygodniu, ale skoro milczenie przestawało być czymś dogodnym to następnym rozsądnym krokiem było skonfrontowanie się z rzeczywistością - najchętniej nie ze sobą nawzajem, tylko z realiami ich prywatnych interesów. Szczególnie, że po sprawie z Rosierem i tamtej wyprawie ratunkowej nie mogli udawać, że nie widzą swoich dodatkowych źródeł zarobku. To byłoby żenujące.
- Nie jesteśmy najnormalniejsi - zadziwiające słowa padały z jego ust, ale miał w tym konkretny zamysł dający mu możliwość przyznania na głos, że ich relacja była ze wszech miar daleka od typowej; tak samo jak oni z osobna. - Chciałbym czasem poudawać, że jest inaczej - to było naprawdę nieoczekiwanie szczere i wylewne, bo odsłaniało go bardziej niż by się spodziewał, że to teraz zrobi.
W całej swojej postawie mimowolnie prezentował dyskomfort, jaki u niego wywoływała ta nagła kruchość, szczególnie że nie był na to do końca gotowy. Te słowa same z siebie opuściły usta Ambroisa. Myśli przyszły dopiero po nich, ale tak: to było całkowicie szczere. Chciał być z nią po prostu jedną z tych zakochanych, rozbawionych, nie przejmujących się niczym par szalejących wokół ogniska.
Nawet jeśli nie zamierzali publicznie okazywać sobie czegoś, co mogłoby zostać odebrane jako gorszące to chyba w dalszym ciągu chciał skorzystać z sabatu, żeby na chwilę zapomnieć o trudności i wynagrodzić im niektóre doświadczenia. Zabawa w normalność? Nie uważał, żeby był bądź byli nienormalni, a jeśli już to raczej w dobrym znaczeniu tego słowa, ale przez chwilę mógłby przymknąć oko na idiotyzmy i pobyć z nią otwarcie pogrążonym w zakochaniu. Nie musiał tego udawać.
Przyciągnięcie Geraldine z powrotem do siebie przyszło mu całkiem naturalnie. Chciał, żeby było między nimi w porządku. Miała swoje miejsce w jego ramionach, chciał ją obejmować, dając jej kłaść mu głowę na ramieniu. Tak było zdecydowanie lepiej. Bardzo powoli kiwnął głową wpatrzony w niebieskie oczy, przyciskając jej czoło do swojego i biorąc głębszy oddech.
- Przepraszam - równie dobrze mógłby bezgłośnie poruszyć wargami, zwalając ten niemal niesłyszalny dźwięk na świst wiatru, ale tak - przepraszał za uniesienie się.
Jakimś cudem przeszło mu to przez usta i go nie udusiło, choć szybko poczuł się zmieszany, robiąc pół kroku w tył i ochoczo przyjmując to, że Geraldine chwyciła go pod ramię, jak również to, że płynnie zmieniła temat. Był jej za to na swój sposób wdzięczny.
- Chyba faktycznie przyda nam się wszystko, co mają, żeby przeżyć ten wieczór - skwitował tym razem żartobliwiej. - No i coś do chatki. Musimy mieć coś do chatki... ...i przy okazji może pomyśleć o jakiejś ciekawszej nazwie? - Zasugerował, bo cóż - chatka brzmiała zbyt prosto, mało kreatywnie.


RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.10.2024

Próbowali ze sobą rozmawiać, to chyba dobrze. Przestali unosić głosy, zdenerwowanie jakby opadło, aczkolwiek miała wrażenie, że Ambroise zrobił się dosyć chłodny. Właściwie to chyba wolała kiedy na siebie krzyczeli, przynajmniej było widać unoszące się w powietrzu emocje, trudniej było je zidentyfikować, gdy podchodzili do siebie z obojętnością.

Geraldine nie miała w zwyczaju szybko się zatrzymywać, kiedy zaczynała demonstrować swoje zdanie, jednak sytuacja nie była najlepsza, znajdowali się wśród tłumu ludzi, niedaleko stali mężczyźni, którzy spowodowali tę rozmowę, wiedziała, że to nie był na to ani odpowiedni czas, ani miejsce. Powinni faktycznie przerwać tę dyskusję, póki nie posunęła się za bardzo i jeszcze można było nad nią zapanować. To było najodpowiedniejsze wyjście. Ciekawe, nigdy raczej nie myślała o tym w ten sposób, nie zastanawiała się nad tym co wypada. Jak widać to też się w niej zmieniło, nie chciała, aby ludzie sobie używali na tym, że pojawili się razem pierwszy raz i już doszło między nimi do spięcia. W sumie idealny moment sobie na to wybrali, nie da się ukryć.

- Dobrze, to tak będzie. - Zapewniła go jeszcze. Nie zamierzała niepotrzebnie mieszać się w sprawy, w które nie powinna. Nie miała w zwyczaju szukać kontaktów wśród czarnoksiężników. Nie celowo. Nie robiła tego, żeby poczuć adrenalinę.

Lubiła niebezpieczeństwo i ryzyko, co do tego nie mógł mieć wątpliwości. Potrafiła jednak stawiać sobie granice, iść wyznaczoną ścieżką, nie zmieniać drogi przez swoje widzimisię. Miała jasno określony cel, czasem trochę zbaczała z drogi, ale były to raczej jednorazowe sytuacje, których nie planowała. Trzymała się swoich kilku pewnych kontaktów, oni zapewniali jej zlecenia, to wystarczało na dodatkowy zarobek, który ją satysfakcjonował. Tak naprawdę obeszłaby się i bez tego, bo była obrzydliwe bogata, ale ten kto zaznał bogactwa zawsze chciał więcej. Nie robiła zresztą tego tylko dla pieniędzy, zlecenia z Nokturnu często bywały dużo bardziej ciekawe od tych, z którymi przychodzili na co dzień zwyczajni czarodzieje. Ileż można było łapać muchy siatkoskrzydłe, czy łapać sklątki. Od czasu do czasu lubiła przyjmować nieco bardziej skomplikowane zlecenia, ale niestety częściej zdarzały się one wśród tych czarodziejów z wątpliwą opinią.

- Razem możemy być jeszcze silniejsi. - Tak, miał rację. Powinna o tym pamiętać. To było lepsze wyjście, traktować go jako swoje wsparcie, a nie przeszkodę. Nie powinna była o tym zapominać, szczególnie, że przecież i Ambroise nie należał do tych osób, które bardzo mocno przestrzegały prawa. Wiedziała o tym, to zdecydowanie ułatwiało im wspólne życie, bo rozumieli jak wygląda ten świat do którego przynależeli.

W sumie im dłużej dyskutowali tym bardziej rozjaśniało jej się to wszystko. Faktycznie nie miał nic złego na myśli, tylko, że z początku zareagowali nieco nerwowo. Nie powinna do tego dopuścić, ale nie była przyzwyczajona, że ktokolwiek jej czegokolwiek zabraniał, albo przynajmniej sugerował, że czegoś nie powinna robić, szczególnie jeśli chodzi o interesy. W tych była zawsze sama i polegała na swoim własnym osądzie, może faktycznie był to odpowiedni moment, aby trochę to zmienić. Zamierzała dotrzymać słowa, zawsze to robiła. Na pewno nie chciała go okłamywać, wolała się dzielić nawet najgorszą prawdą, tak to przynajmniej będzie mogła sobie później spojrzeć w twarz w lustrze. Nie chciała też, żeby stracił do niej zaufanie, wiedziała, że jest bardzo cenne i trudno będzie je odbudować.

- Tak, to nie wygląda jak u ciebie. - On wiedział kogo leczy, z kim ma do czynienia, mógł odmówić zlecenia, jeśli coś mu się nie spodobało. Geraldine działała bardziej po omacku, trafiała do swoich zleceniobiorców zazwyczaj po tym jak zrealizowała misję, w większości przypadków tak to wyglądało, często nawet nie wtedy. Było jej to na rękę, bo też raczej niewiele osób wiedziało o tej jej małej działalności, którą zaczęła sobie prowadzić na Nokturnie, tak było lepiej. Szczególnie z nazwiskiem jak jej. Nie należała do ich świata, była z arystokracji, musiała nieco się chować, bo mogłaby zostać wykluczona z tego właściwego. Niby spora część czystokrwistych zajmowała się różnymi rzeczami w czasie wolnym, przymykali na to oko, udawali, że tego nie widzą, dużo gorzej jednak kiedy ktoś ich oficjalnie na tym przyłapał. Wtedy wszyscy byli gotowi się odwrócić od tych jednostek. Miała tego świadomość, dlatego też była ostrożna.

- Wiem. - Zdawała sobie sprawę, że powinni wrócić do tego tematu, przegadać do na wszystkie możliwe sposoby, znaleźć jakieś rozwiązanie i kompromisy, to było im potrzebne aby oczyścić atmosferę i wiedzieć na czym stoją. Nie była jednak pewna, czy faktycznie jutro będzie na to odpowiedni moment. Musiała sobie wszystko ułożyć w głowie i dopiero wtedy będzie w stanie o tym dyskutować.

- Zdecydowanie nie. - Byli bardzo specyficzni, przynajmniej na tle większości znanych jej czarodziejów, ale czy właściwie było to coś złego? Nie chciała w to wierzyć. - Jesteśmy wyjątkowi. - Dodała, bo łatwiej się jej o tym myślało, kiedy określała to jakimś słowem o pozytywnym znaczeniu. - Możemy poudawać, jeśli masz taką chęć. - Nie wydawało jej się to takie trudne, nawet trochę to przecież robili. Nieraz grali kogoś kim nie byli podczas tych oficjalnych spędów arystokracji. To było oderwanie od rzeczywistości po której się poruszali.

Byli zaangażowani w różne sprawy, które nieco komplikowały im aktualną sytuację, bo mogły nieść ze sobą niebezpieczeństwo. Wiedziała, że to dosyć spore obciążenie. Nie potrafiła ich sobie jednak wyobrazić jako jedną z tych całkiem normalnych par. Szybko by im się znudziło takie życie, nie przywykliby do niego. Mogli jednak od czasu do czasu zatracić się po prostu w teraźniejszości, chwili która trwała i nie myśleć o tym wszystkim, co robili. To mogłoby zadziałać.

Wyjaśnili sobie sporo, wiedziała, że jeszcze nie wszystko, ale to był całkiem niezły początek, jak na to, że jeszcze przed chwilą wcale nie byli bliscy ku końcowi tej niewygodnej rozmowy.

- Ja też cię przepraszam. - Musnęła delikatnie jego usta swoimi. Zdecydowanie lepiej się czuła po tym, kiedy w końcu znowu się do siebie zbliżyli. Potrzebowała go przy sobie, nie mogła dopuszczać do tego, aby takie sytuacje zdarzały się zbyt często.

- Mamy dużo możliwości, możemy skorzystać ze wszystkich. - Tak, zatracić się w tym, co miał do zaoferowania sabat, to nie był najgorszy pomysł, na pewno odsunąłby od nich te ponure myśli. - Musimy kupić do niej całą masę pierdół, dzięki temu wreszcie będzie bardziej nasza - Tak, to był naprawdę doskonały pomysł. - Inna nazwa? - Próbowała poszukać czegoś, co by się nadawało, szło jej to jednak dosyć ciężko. - Piaskownica? - Odparła nie do końca przekonana, czy ten pomysł należy do tych najlepszych.




RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.10.2024

Z niespiesznym wahaniem pokiwał głową. Przez cały czas wpatrywał się przy tym w dziewczynę, jakby chcąc wyłapać wszystkie rzeczy, które nie padły z jej ust, ale były widoczne w zachowaniu. To sprawiało, że był bardziej analityczny i zesztywniały niż zazwyczaj, ale z początku wcale tego nie zauważał.
- Słuszna decyzja - dopiero kiedy te słowa opuściły usta Greengrassa, mężczyzna jakby zreflektował się, że stoi niczym słup soli.
Bezwiednie potrząsnął głową, starając się rozluźnić ramiona. Wziął kilka głębokich oddechów z powolnym wypuszczaniem ich przez zęby, po czym przywołał nieznaczny uśmiech na twarz. Jeszcze wciąż napięty i bez przekonania, ale kłótnia chyba powoli dobiegała końca. Zarówno z jego, jak i jej strony.
- Już jesteśmy - odezwał się nawet przytakująco, pozwalając sobie na spokojniejszy niemal żart. - Rozgromimy ich wszystkich w poszukiwaniach.
Rzeczywiście byli razem silniejsi. Stawiając przeciwko sobie angażowali zbyt wiele energii, czasu i sił, które mogli z powodzeniem spożytkować na sięgnięcie po to, czego oboje chcieli. Wspólnie.
Już raz popełnili ten kardynalny i karygodny błąd. Pozwolili sobie na to, żeby unieść się honorem i to niemal pogrążyło ich relację. Niemalże doprowadziło do czegoś złego. Po czasie wydawało mu się, że ktoś musiał nad nimi czuwać, bo nawet po tych wszystkich przebojach zadziwiająco zgrabnie udało im się wkroczyć na właściwą ścieżkę. Nie mógł powiedzieć, że z łatwością - z tym również mieli przeboje, ale skoro nie skopali tego wtedy, teraz też nie powinni. Razem byli lepsi - nie miał co do tego wątpliwości. Musieli wyłącznie wyjaśnić najpotrzebniejsze kwestie.
- Nie zawsze to u mnie tak wygląda - uprzedził zgodnie z prawdą i choć raczej nie powinni zagłębiać się w ten temat w publicznym miejscu to w dalszym ciągu wolał podkreślić ten fakt. - Gdyby to było wyłącznie uzdrowicielstwo to ten temat nie byłby tak dyskretny - zauważył, uprzednio rozglądając się, żeby sprawdzić czy nikt nie znalazł się zbyt blisko nich i nie słuchał tej wymiany zdań, która z pewnością przedtem zwróciła uwagę.
Niepotrzebnie się spierali.
Jeśli dobrze by się nad tym zastanowił i poznałby kilka głębszych faktów, odnosił wrażenie, że mogliby natrafić na znacznie więcej powiązań między świadczonymi przez siebie niezależnymi usługami niż sądzili. Szczególnie, że nie znał zakresu usług oferowanych przez Yaxleyównę. Z tego, co wynikało czasami z kontekstu i spomiędzy przelotnie wypowiedzianych słów, mógł domyślać się przynajmniej części świadczeń, a półświatek wbrew pozorom był całkiem mały.
Z pewnością mieli wspólnych znajomych a gdyby trochę pogrzebali, pewnie przekonaliby się, że brali kiedyś udział na różnych etapach tej samej sprawy. To mogło być równie pomocne i ułatwiające wzajemne zrozumienie, co nie będące im zbytnio po drodze. Chciał mieć z nią bliską relację opartą na uczuciach i zaufaniu, ale niekoniecznie na tworzeniu wspólnego imperium w szarej strefie.
Miał świadomość, że nie dało się uniknąć kolejnego wspólnego angażu. Jeden już razem zaliczyli i nie wyszedł im na złe, ale mógł skończyć się zupełnie inaczej. Chyba oboje mieli tę świadomość. Ambroise chciał ją wyłącznie uprzedzić, że być może kiedyś mogą trafić na siebie w zupełnie innych okolicznościach niż sądziła. Te okoliczności mogły nie być korzystne ani łatwe, ale raczej nie dało się tego całkowicie uniknąć.
- Tak będzie najlepiej - kiwnął głową.
Powinni porozmawiać. Żywił przeczucie i wątłą nadzieję, że nie jutro. Rzucił ten termin pochopnie w nerwach, najlepszym wyjściem byłoby mieć mimo wszystko trochę czasu na przemyślenie wszystkich potrzebnych słów. Z drugiej strony to nie był pierwszy raz, kiedy Greengrass rozważał to, że wreszcie muszą porozmawiać. Z trzeciej strony, choć pójście na żywioł mogło poskutkować znacznie większą (acz prywatną, to była ta nikła zaleta) wymianą zdań, chyba nie należało tego w dalszym ciągu odwlec. Szczególnie, że atmosfera już była niepotrzebnie napięta, nawet jeśli oboje robili teraz wszystko co w ich mocy, żeby ją na nowo rozluźnić.
- Chyba nie - nieznacznie zmarszczył brwi zastanawiając się przez ułamek sekundy nad tym, czy nadal ma ochotę na takie wygłupy. Odpowiedź była jedna. - Prawdopodobnie masz rację. Na pewno ją masz. Nie jesteśmy innymi. Nie ma sensu udawać, że jest inaczej, skoro tak jest najlepiej - już nie miał tej chęci.
To nie znaczyło, że chciał się stąd ewakuować. Zgodnie z założeniami mieli tu zostać aż do późnej nocy, pokazać się wspólnie (świetnie im to wyszło - naprawdę) jak najbardziej znacząco, wziąć udział w tej ostatecznej rywalizacji, na którą Ambroise nadal miał ochotę. Reszta wygłupów trochę mu minęła. Mogła wrócić wraz z poprawą nastroju, jasne. W tym momencie było mu to średnio po drodze.
- Przyjęte - szepnął odwzajemniając delikatny, bardzo słodki pocałunek, tym razem angażując w to oczy i rozluźniając ciało.
Zadziwiające, ale w jednej chwili doprowadzała go do złości a w kolejnej czuł się przy niej spokojnie, właściwie, dobrze - jak odpowiedni człowiek na swoim należnym miejscu, jakby mieli coś jeszcze bardziej organicznego pod warstwą skomplikowania i zawiłości.
- A z resztą trochę poczekamy na werdykt - stwierdził, muskając palcem jej wargę i wyciągając ramię ku Geraldine, bo i tak zbyt długo tu stali.
Zaczęło robić mu się zbyt ciepło od pobliskiego ogniska. Nietypowy mdląco słodki zapach docierający z pobliskiego namiociku również nie zachęcał do pozostania w tym miejscu, a roztoczona przez kobietę wizja oddalenia się w znacznie lepszym celu była naprawdę kusząca. Szczególnie, że nie trzeba mu było dwa razy powtarzać. Chciał, żeby ich miejsce faktycznie było bardziej ich.
- Nie ograniczaj się zatem - stwierdził bezpośrednio, wzruszając ramionami, bo naprawdę nie sądził, żeby można było przegiąć z takimi dodatkami.
Głównie dlatego, że sam nigdy ich nie kupował. Jego dotychczasowe własności nie były zbyt skrzętnie wyposażone i ozdobione dużą liczbą drobnych detali. To również miała być całkowita nowość. Mogli mieć coś równie uroczego (a nawet bardziej, bo w ich własnym stylu wyłącznie dla nich) co niektóre ze znanych mu par czy osób z małymi, przytulnymi domami.
- No, może trochę, bo chciałbym choć raz z tobą zatańczyć a z zajętymi rękami to będzie trudne - rzucił po chwili namysłu, po czym niemal od razu ponownie skwitował to wzruszeniem ramionami. - W innym wypadku dla dobra sprawy mogę zostać tym tragarzem - tak, to było całkiem proste. - Szczególnie, że lepiej nie używać Leviosy przy tylu pijanych czarodziejach. Już mamy kandydata do upadku w ognisko. Nie musimy mieć kolejnych - skwitował porozumiewawczo w odrobinę szelmowskim uśmiechu. - To byłaby zbyteczna strata wielu niezłych zdobyczy do - bezgłośnie wypróbował słowo w ustach zanim wypowiedział je na głos. - Piaskownicy... ...tak. Tak, to dobrze tam pasuje - leżało dobrze, bardzo dobrze. - Niech będzie Piaskownica.
A więc mieli to. Kolejny detal do budowanej rzeczywistości.


RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.10.2024

- Niekiedy potrzebuję trochę czasu, żeby dokładnie przeanalizować wszystkie możliwości. - Tak, próbowała przyznać się do błędu, nieco pokracznie. Niepotrzebnie tak zareagowała, mogła do tego podejść zupełnie inaczej, zdawała sobie z tego sprawę. Dlatego próbowała to wyjaśnić. Nie powinna się, aż tak unosić, ale jej temperament się odezwał, jak zawsze zresztą.

Na szczęście to już było za nimi, przynajmniej tak się jej wydawało. Miała bardzo krótki lont, ale też łatwo się uspokajała i dosyć szybko zapomniała o sprzeczkach, nie była szczególnie pamiętliwa.

- Tak, co do tego nie mam nawet najmniejszych wątpliwości. - Tyle, że w tym co mówiła niekoniecznie chodziło jej o te dzisiejsze poszukiwania kwiatu paproci. Bardziej myślała o tym, że razem mogliby może coś zdziałać też na tym mniej popularnym rynku, gdzie prowadzili swoje interesy, ale może faktycznie w tej chwili lepiej się było skupić na tym, co wydawało się być mniej skomplikowane?

Zdecydowanie korzystniejszą opcją wydawała jej się być współpraca. Nie musieli tracić czasu i sił na kłótnie, które ich do niczego nie prowadziły. Ich dwójka mogła naprawdę wiele zdziałać, jeśli połączyłaby siły, zresztą zdarzyło im się już współpracować, może nie wyszło to jakoś spektakularnie, ale przeżyli, a mogli nie, to chyba można było zaliczyć do sukcesu, na pewno jeśli zmrużyłoby się oczy.

Wiedziała już, nauczona doświadczeniem, że najprościej jest mówić o tym, co leżało na sercu, wyjaśniać problemy od razu, nie dusić tego w sobie, bo zdecydowanie im to nie służyło. Nie mogli przed sobą ukrywać swoich myśli, doprowadzało to raczej do katastrof, niżeli im służyło. Zresztą obiecała mu, że zawsze będą mówić wprost o wszystkim. Miała zamiar się tego trzymać, tak, to był zdecydowanie najlepszy pomysł. Była pewna, że przyniesie oczekiwanie skutki.

- Rozumiem. - Nigdy nie zastanawiała się na czym dokładnie polegały jego interesy na Nokturnie, nie wypytywała o to. Nawet ją nieco zdziwiło, że sam rozpoczął ten temat, właściwie wiele to dla niej znaczyło, bo potwierdzało to, że są ze sobą coraz bardziej szczerzy i nie potrzebowała żadnych konkretów, wystarczało jej to, że uchylił jej chociaż rąbka tajemnicy. - Jeśli miałbyś kiedyś ochotę powiedzieć coś więcej, to chętnie tego wysłucham. - Nie teraz, bo to nie był dobry moment na dzielenie się takimi tajemnicami, ale chciała, żeby wiedział, że gdyby coś to była w tym z nim. Mogła mu pomóc, jeśli by tego potrzebował, w końcu mieli być partnerami, równymi sobie, czyż nie?

Zastanawiała się, czy nie powinni połączyć sił jeśli chodzi o te nielegalne interesy, ale to mogłoby być zbyt wiele i niepotrzebnie ich poróżnić. Zresztą ktoś też mógł wykorzystać ich relację do tego, aby zdobyć jakieś profity. Nokturnowe mendy nie powinny wiedzieć o tym, co ich łączyło, bo to się mogło źle skończyć. Wiedziała, że korzystali z różnych metod i mogliby się skłonić po te najgorsze, aby zdobyć to na czym im zależało. Lepiej, aby pozostało tak, jak jest. Przynajmniej jak na razie. Tak było bezpieczniej.

- Zdecydowanie. - Wiedziała, że czeka ich ta rozmowa. Najlepiej, żeby odbyli ją za zamkniętymi drzwiami, gdzie nie będą musieli się ograniczać, wiedziała bowiem, że może się ona skończyć różnie. Byli narwani i potrafili demonstrować swoje zdanie w bardzo agresywny sposób. Lepiej, żeby nikt nie widział tych kłótni. Prędzej, czy później musieli to zrobić, aby pozbyć się tej niepewności i napięcia. Im szybciej oczyszczą atmosferę między nimi tym lepiej. Tak, wierzyła, że doprowadzi to do tego, że te wszystkie negatywne myśli znikną, kiedy wreszcie sobie wyjaśnią te sprawy.

- Tak, tak jest najlepiej. - Cieszyło ją to, że się z nią zgodził. Nie chciała wieść życia, jak inni. Wiedziała, że prędzej, czy później ta normalność zaczęłaby ją dusić. Nie była nauczona takiego życia, w końcu od zawsze nieco odstawała od większości społeczeństwa, zresztą Ambroise miał podobnie. Nie było sensu udawać, że było inaczej. Powinni po prostu dostosować się do tego co mieli, tyle, że teraz razem, znaleźć wspólny front i cel. Wtedy to wszystko powinno zacząć działać.

Może na tym właśnie polegała miłość? Nie miała pojęcia, przed chwilą miała ochotę mu oczy wydrapać, a teraz najchętniej nie wypuszczałaby go z rąk, potrafił w kilka sekund obrócić emocje, które ją wypełniały o sto osiemdziesiąt stopni, to było dla niej czymś zupełnie nowym. Cieszyła się jednak, że udało im się wrócić do odpowiedniego nastroju. Irytacja minęła naprawdę szybko. Złagodnieli, zdecydowanie, kiedyś ich kłótnie wydawały się trwać bez końca, teraz było zupełnie inaczej.

- Pewnie tak. - Mogli wreszcie udać się dalej, po wyjaśnieniu tych drobnych niesnasek.

- Nie zamierzam, wręcz przeciwnie, musimy zadbać o to, aby nasz dom wreszcie wyglądał jak powinien. - Tak, zależało im na tym, aby to było ich miejsce. Wypełnione bibelotami, które kupowaliby na podobnych wydarzeniach, bo to było przecież dopiero ich pierwsze, oficjalne wyjście na sabat, w wierzyła, że będzie ich całkiem sporo. Będą mogli za każdym razem dokupywać kolejne pierdoły, aby ich dom wreszcie zaczął mieć duszę. Ta perspektywa jej się podobała, mogli w końcu skupić się na czymś miłym.

- Jeśli zależy ci na tańcu, to możemy to zrobić najpierw. - Jak widać zaczęła się uczyć sztuki kompromisu, mogli obkupić się później, a zacząć od tego na czym mu zależało, nie miała nic przeciwko temu, stoiska przecież im nie uciekną, miały być otwarte niemalże przez całą noc. Na pewno zdążą zakupić to, na czym im zależało.

- Później będziesz mógł zostać moim osobistym tragarzem. - Wydawała się być nawet całkiem zadowolona z takiej możliwości. Nie zamierzała przesadzić z zakupami, bo czekało ich jeszcze przecież wyjście do lasu, wolałaby nie zgubić tych skarbów, które zamierzali sobie sprawić do domu. - Cieszy mnie to, że ci się spodobało. - Trochę bała się, że jej pomysł nie okaże się szczególnie chwytliwy, a jednak przeszło. Cóż, może ten dzień nie miał być jednak spisany na straty?




RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.10.2024

- Wiem - tym razem w jego odpowiedzi kryło się trochę więcej dwuznacznej niepokory i drobnej uszczypliwości niż wcześniejszej frustracji. - Byle to nie było pół roku ani dłużej. Nie chcemy powtórki z rozrywki, nie? - Spytał porozumiewawczo, powoli zaczynał uspokajać wcześniejsze nerwy.
Jeśli o niego chodziło, zdecydowanie nie chciał wracać do obracania się wokół niepewności i domysłów. Wolał szczerość i jasność, choć jeśli miały przynieść im zbędne kłótnie to był w stanie chwilę poczekać aż oboje nabiorą odpowiedniego dystansu do konieczności przeprowadzenia rozmowy. Natomiast nie wiedział, czy to w ogóle było możliwe. Prawdopodobnie nie? Nie przy ich podobieństwie i wybuchowych temperamentach. Chyba powinni załatwić to po prostu jak najszybciej, mając ten etap również za sobą.
- Wiem, że musimy o tym porozmawiać - przyznał po raz kolejny w odpowiedzi na te ciche słowa o tym, że mógł jej opowiedzieć o swoich sprawach. - Obiecuję powiedzieć ci wszystko, co będziesz chciała wiedzieć - odpowiedział w zamyśleniu wywołanym przez myśl, że być może nie powinien składać aż takiej deklaracji, ale było na to za późno już w chwili, w której Geraldine otworzyła usta.
Słysząc jej deklarację, Ambroise poczuł konieczność zrewanżowania się czymś równie znaczącym. Chciał w ten sposób załagodzić całą sytuację, dając dziewczynie do zrozumienia, że w żadnym momencie nie chodziło mu o to, żeby ta kontrola działała wyłącznie w jej stronę. Może nie lubił być od nikogo zależny, przyjmowanie uwag przychodziło mu do najwyżej średnio, dostosowanie posunięć w szarej strefie do nowego życia nie było niczym łatwym, ale był w stanie to zrobić. Przynajmniej tak sądził. Praktyka szła mu przyzwoicie, ale dopiero zaczynał uwzględniać wszelkie prawdopodobnie konieczne zmiany.
- Jeśli będziesz mówić o nim w taki sposób, jeszcze sprawisz, że wyniosę się tam z tobą na stałe - ni to pogroził, ni to zasugerował - sam do końca nie wiedział, jak powinna odebrać te jego słowa, bo to była dla niego zupełna nowość.
Kolejna z rzędu. Jeszcze jedna wprowadzona przez Geraldine w jego życie. Znowu mimowolnie zaakceptował tę zmianę, dochodząc do całkiem przyjemnego wniosku, że te słowa brzmią naprawdę dobrze. Nasz dom, powoli skłaniał się ku temu, aby nie był wyłącznie miejscem do krótkotrwałego pobytu raz na jakiś czas. Być może za jakiś czas mogli podejść do tego inaczej. Wraz z meblowaniem go swoimi rzeczami nabytymi podczas sabatów i innych wydarzeń, mogli spróbować dostosować go do całorocznego przebywania w tych pomieszczeniach. Do zamieszkania tam za jakiś czas.
Oczywiście raczej nie zrezygnowałby całkowicie z Londynu. Lubił tam pomieszkiwać. Szczególnie teraz, kiedy mieli tak blisko we wszystkie miejsca, żyjąc sobie coraz bardziej wygodnie i już bardziej razem niż osobno. Chodziło mu głównie o możliwość zamiany własnej rodzinnej posiadłości na domek w Whitby. Przeniesienie tam znacznej części swoich roślin, szklarni, ogrodu. Prywatnych rzeczy i zrobienie z tego bardziej własnego miejsca niż kiedykolwiek z rezydencji w Dolinie, która w teorii powinna być w przyszłości jego (w końcu był najstarszym męskim uznanym potomkiem, a więc również dziedzicem), ale na której niespecjalnie mu zależało.
Lubił stąd wyłącznie Knieję, w której czuł się jak w tym pierwszym domu. Drugi powoli zaczynał budować sobie również tutaj, ale w innym metaforycznym sensie - tutaj, bo teraz tu przebywali, ale również dobrze tutaj mogło być również Whitby lub Londynem. Bowiem powoli docierało do niego, czym było to tutaj.
Nią. Jej spojrzeniem, nawet tym wściekłym i rzucającym gromy. Uśmiechem na różanych ustach. Miękkimi, pachnącymi dymem włosami. Ciepłymi ramionami, ciałem wciśniętym w niego. To zaczynało być tym drugim domem. Wybranym, przyjętym, zaakceptowanym. To mogło być jego tutaj - dla tego warto było przełykać dumę, próbując zrozumieć niezrozumiałe. To było dziwne uczucie.
- A zależy - przyznał bez zawahania, jednakże nie miał zamiaru dawać Geraldine do zrozumienia, że chodziło o jakieś przesadne upodobanie do tego typu rozrywek. - Bo widzisz, kochanie, w takim tańcu jak te tutaj nie trzeba trzymać przyzwoitego dystansu - dopowiedział całkiem zaczepnie i beztrosko, szczególnie z kolejnym mimochodem rzuconym kochaniem jak na to, że jeszcze chwilę wcześniej prawdopodobnie chciała mu wydrapać oczy a on furkał na nią jak poirytowana wiewiórka z gatunku tych, które przeskakiwały z drzewa na drzewo na granicy lasu spłoszone nagła ilością ludzi na dotychczas spokojnej polanie.
- W takim razie przyjmę tę rolę z godnością - obiecał, choć brakowało w tym zbyt dużej powagi, szczególnie kiedy ścisnął ją za rękę, na chwilę znów ją do siebie przyciągając, jakby już obracał nią w tańcu. - Jest świetne - zapewnił, obejmując ją i lekko kołysząc ich w czymś na kształt podrygiwania w ton coraz bardziej słyszalnej muzyki.
Może jednak miał w sobie trochę z tych rozbawionych, pozbawionych trosk ludzi? Zadziwiające, ale chyba trochę mu ulżyło.


RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024

- Zdecydowanie nie. - Na samą myśl o tym, że mogliby wrócić do tych niejasności ściskało ją w żołądku. Wolała to, co mieli teraz i nie zamierzała wracać do tego co powinno zostać zapomniane, no, może nie całkowicie, bo dzięki temu mieli szansę poznać się bardzo blisko, jednak nie czuła, aby tamten czas był tym, co powinno być im pisane. Dużo bardziej odpowiadało jej to, co próbowali tworzyć teraz.

Nie brakowało jej niedopowiedzeń i domysłów, pamiętała, jak się męczyła, kiedy bała się powiedzieć mu o tym wszystkim, co zaczęło się z nią dziać. Gdyby nie pękła tego malowniczego, majowego dnia, pewnie nadal by tkwili w tej dziwnej, przyjacielskiej relacji, która ich wcześniej łączyła. Wolała nawet nie myśleć o tym, do czego mogłoby ją to doprowadzić.

Szczerość nie zawsze była prosta, szczególnie kiedy drugiej stronie nie do końca podobało się podejście tej pierwszej, ale na pewno była lepsza od ukrywania faktów. W końcu wszystko kiedyś wychodziło na wierzch, takie nagromadzone, drobne kłamstwa mogły spowodować ogromne szkody.

- Dziękuję. - Nie był to odpowiedni moment do ciągnięcia go za język, zdawała sobie z tego sprawę, tak właściwie to uznała, że opowie jej to, co będzie uważał za istotne, nie miała zamiaru wymagać od niego, aby powiedział jej wszystko od razu. Miała co do tego sporo tolerancji, nie chciała też wychodzić na za bardzo wścibską.

Rozumiała, że to będzie długa droga, powoli zaczną się przed sobą otwierać, nauczą się pełnego zaufania i w końcu będą pewni, że co by się nie działo to faktycznie mogą na sobie polegać. Na pewno kiedys dojdą do takiego poziomu zrozumienia. Szczególnie, że było widać, że im zależy, nie mieli zamiaru udawać, że ten temat nie istnieje. To wróżyło, że będzie tylko lepiej. Czas na pewno zrobi swoje.

- To mogłoby być ciekawe doświadczenie, może warto tego spróbować. - Wiedziała, że może całkowita przeprowadzka nie wchodziła w grę, bo jednak ich życie toczyło się w dużej mierze wokół Londynu, ale częściowo mogliby spróbować się tam przenieść na trochę dłużej. Urządzić sobie gniazdko, w którym mogliby tworzyć swoje nowe życie - razem. Ta perspektywa bardzo się jej podobała. Nigdy jeszcze nie budowała z nikim niczego od podstaw. Jej mieszkanie było, w sumie nic więcej. To ściany, które tak naprawdę nie miały w sobie ducha. Kojarzyły jej się raczej z samotnymi wieczorami i niczym więcej. Ostatnio może nie tak bardzo, bo zaczął tam pomieszkiwać, ale to nie był ich wspólny dom.

Londyn nie był jednak miejscem, w którym chciałaby osiąść na stałe, stworzyć coś trwałego. Nie chciałaby spędzić całego życia w tym tłocznym miejscu. Wolała te mniej zamieszkałe tereny, gdzie dużo łatwiej było o prywatność, gdzie ulice nie były pełne czarodziejów. Do tego zależało jej na tym, aby mieszkać bliżej natury. Tak, żeby w pełni móc się nacieszyć tym, co miała do zaoferowania. Jej rodzinna posiadłość znajdowała się górach, lubiła ją, jednak nie chciałaby tam wracać na stałe. To był dom jej rodziców, a ona zamierzała mieć swoją własną rodzinę, coraz częściej łapała się na tym, że zaczęła uważać Ambroisa za członka stada, które chciała stworzyć. Może dosyć szybko sobie to uzmysłowiła, bo przecież byli razem ledwie od kilku miesięcy, ale nie potrafiła sobie wyobrazić swojego życia bez jego osoby. To było nawet trochę przerażające, ale wiedziała, że nie chciała go stracić. Nigdy jeszcze się do nikogo tak nie przywiązała, kiedyś bała się, że będzie to jej słabością, a w tej chwili czuła, że stało się to jej siłą. Jak wiele się mogło zmienić wraz z nabytym doświadczeniem.

Uśmiechnęła się, oczy ponownie jej błysnęły, ależ oczywiście, że chodziło o to, żeby móc się do siebie zbliżyć, to był bardzo dobry argument za tym, żeby faktycznie skorzystać z tej możliwości. Niby nie musieli się silić na przesadną przyzwoitość, jednak ustalili pewną granicę podczas tego publicznego prezentowania się u swojego boku, nadarzyła się idealna okazja, aby ją przekroczyć.

- W takim wypadku nie widzę innej opcji. - Tak, bardzo chętnie przystała na ten pomysł. Yaxleyówna właściwie to nawet lubiła tańczyć, taniec kojarzył jej się trochę z szermierką, którą ćwiczyła od dziecka. Nie najgorzej sobie więc z nim radziła. Miała świadomość, że tańce rytualne różnią się od tych standardowych, bywała przecież na sabatach, ale jeszcze nigdy nie tańczyła na takim wydarzeniu z nim. Wierzyła, że to będzie naprawdę ciekawe doświadczenie, ich kolejny pierwszy raz razem.

- No to mamy już jakiś plan. - Bardzo szybko przyszło im ustalenie dalszych działań, jakby w ogóle się przed chwilą nie kłócili, cóż, grunt to nie żywić do siebie urazy.

Roześmiała się promiennie, kiedy przyciągnął ją do siebie. Zdecydowanie humor znowu jej dopisywał. Nie mogła się doczekać, aż wmieszają się w tańczący tłum, tam powinni móc pozwolić sobie na więcej. Nie zamierzała zwlekać, pociągnęła go za rekę między ludzi, czas najwyższy zacząć ten taniec.




RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.10.2024

- Ja też - odpowiedział z równą niechęcią wobec takiej możliwości.
Nawet nie chciał tego rozważać. Niepotrzebnie poruszyli ten temat podczas tego wydarzenia. W dodatku publicznie i w parszywy sposób, poróżniając się o coś, co w tym momencie nie miało znaczenia.
Normalnie pewnie próbowałby dalej usprawiedliwiać swoje intencje, upierać się przy tym, że miało im to wyjść na dobre, bo wreszcie poruszą trudne tematy trzymające ich przed wejściem na inny wyższy poziom związku, ale nie tym razem. Teraz nawet przed samym sobą nazwałby to stertą smoczego łajna. W rzeczywistości chciał zakończyć ten temat i poruszyć go dopiero, kiedy będą na to gotowi. Z ulgą przyjął, że ona również.
- Wystarczy słowo - wbił w nią spojrzenie zielonych oczu znów przyjemnie ciepłych i odbijających światła ognisk - a spróbujemy poza Londynem. Nawet doraźnie - kiwnął głową, dając jej do zrozumienia, że to również było plastyczne, ale wymagało trochę więcej zachodu i czasu.
Szczególnie, że obecnie oboje byli mocno związani z tym dużym miastem, ale to nie było niewykonalne. W świecie magii wystarczyło mieć kominek podłączony do Sieci Fiuu, miotłę, świstoklik lub wprawnie korzystać z teleportacji. Greengrass nie wątpił, że wszystkie te możliwości są w zasięgu ich rąk, nawet jeśli wobec miotły miał obecnie pewne (raczej niestety wymuszone) obiekcje a ich kominek w Whitby pozostawał poza połączeniem i rejestracją z uwagi na to, że sami o tym zdecydowali. Umówili się na jak najcichsze i dyskretne życie na obrzeżach tamtej społeczności poza światem czarodziejów, ale to był w stanie poddać dyskusji, jeżeli zmieniłaby zdanie.
Tak właściwie to nie chciał o żadnej z tych rzeczy wyrokować z taką twardością jak w przypadku głównej przyczyny ich kłótni. Te tematy były lżejsze i luźniejsze. Dotyczyły naprawdę przyjemnych, bo wspólnych aspektów ich przyszłości. Próba przeniesienia znacznej części życia na ubocze należała do całkiem poważnych decyzji. Greengrass zdawał sobie sprawę z tego, że co poniektórzy czarodzieje nie robili tego aż do oficjalnego zawiązania związku małżeńskiego, ale oni przecież nie byli zwykłym przypadkiem. Był w stanie wyobrazić sobie jak to mogło wyglądać.
Co więcej ta wizja napawała go dużym optymizmem. Ten wieczór na powrót zaczął stawać się przyjemną zapowiedzią dobrej przyszłości. Udało im się zażegnać chwilowy kryzys prawdopodobnie w najlepszy możliwy sposób, a kiedy Geraldine pociągnęła go bardziej w kierunku obiecanych tańców, roześmiał się całkiem radośnie. Czuł się pijany, upojony tym klimatem, choć zdecydowanie nic jeszcze nie pili.
Zespół muzyczny wybrany na ten wieczór ewidentnie dopiero się rozkręcał. Z początku po prowizorycznym parkiecie na mocno uklepanej trawie niemrawo błąkały się jakieś niedobitki, które nie mogły sobie znaleźć miejsca nigdzie indziej i najwidoczniej sądziły, że najłatwiej im będzie nawiązać z kimś kontakt właśnie w tym miejscu. Pierwsze takty muzyki zdecydowanie nie przyciągały żadnych normalnych par, które w dalszym ciągu wolały zajmować się rozmowami i kręceniem się gdzieś indziej. Z dala od niezbyt rozrywkowego repertuaru granego przez jeszcze mniej zadowolonych z publiki muzyków. Obie strony zdecydowanie nie czuły wspólnego klimatu, było to nie tylko bardzo zauważalne, lecz również wprost niepodważalne.
Prawdopodobnie pojawili się tam w jednym z lepszych momentów, bo wraz z alkoholem wypijanym mniej lub bardziej otwarcie przez artystów rytm zaczynał zmieniać się na znacznie weselszy i lżejszy. Już nie tak oficjalny, a po prostu przyjemny dla ucha - zamiast powagi i przesadnej eteryczności dźwięków, o które zapewne wnioskowali napuszeni organizatorzy, zaczynały się pojawiać bardziej skoczne, ludowe brzmienia typowe dla okolic Doliny Godryka. Dokładnie te, które Ambroise doskonale znał z młodości, którą spędził przecież rzut beretem stąd.
Nieistotne jak bardzo nieeleganckie podrygi były jedynym sensownym sposobem wkroczenia na parkiet, w tym momencie czuł się całkiem w swoim żywiole. Jasne, doskonale znał również znacznie bardziej dystyngowane tańce, ale nie o nie mu chodziło, kiedy zabierał Geraldine między coraz gęściej zbierających się ludzi. Tym razem klimat wprost idealnie zbiegł się z założeniami. Ambroise mógł bez ceregieli złapać ją w pasie, przyciągając Geraldine do siebie i dając nura między innych czarodziejów.
- Widzisz? Nie jest ze mną aż tak najgorzej - mruknął jej z rozbawieniem do ucha, obracając ją nieoczekiwanie i kończąc to nachyleniem dziewczyny w dół z niemal jednoczesnym szybkim, całkiem płynnym, bo zaledwie w ułamek sekundy później pociągnięciem jej z powrotem w górę. - Po prostu staraj się podążać za mną. Świetnie ci idzie - zapewnił, bo domyślał się, że mogła nie być z tym specjalnie zaznajomiona.
Nie miał tej pewności, ale nigdy nie widział jej w tym miejscu na żadnym z sabatów (choć też nigdy specjalnie nie rozglądał się za nią, bo do niedawna byli sobie niemalże obcy), więc raczej wolał uprzedzić ją, że tu liczyła się wyłącznie skoczna nuta i odrobiną wyczucia rytmu. Wszystko inne miało przyjść naturalnie, choć bardzo niechętnie puścił ją w pewnym momencie z ramion, żeby na moment wymienić się partnerkami w przelotnym układzie, znowu uśmiechając się do dziewczyny szeroko, kiedy wróciła w jego objęcia.
Dym - drzewny, ale słodki i otumaniający, jakby trochę narkotyczny. Światła, ciepło, blask ognisk, muzyka i śmiechy. W tym momencie niemalże zapomniał o tym, co było przed chwilą. Teraz faktycznie bawili się tak jak przystało. Jak nigdy.
To był jeszcze ten moment błogiej zabawy. Wstęp między początkiem zabawy a przejściem do bardziej oficjalnej, rytualnej części tańców, o którą z pewnością mieli zabiegać organizatorzy, których zresztą już dało się dostrzec zmierzających w kierunku prowizorycznej sceny. Zespół nadal grał, ale zapewne już niedługo, widząc tamte rozgniewane spojrzenia.


RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024

- Najważniejsze, że się zgadzamy. - Przynajmniej co do tego. Właściwie to rzadko się poróżniali, ale nie dało się być przecież zgodnym we wszystkim. Istotne, że w takich sprawach mieli jasność. Nie służył im tamten czas, to teraz dopiero zaczeli w pełni rozkwitać i mogli w pełni czerpać z siebie dokładnie to, czego potrzebowali, bez żadnych ograniczeń. Tak, było zdecydowanie lepiej.

Zdarzały się niewygodne tematy, nie mogli tego uniknąć, szczególnie, że nie byli najprostszymi ludźmi, wręcz przeciwnie, prowadzili dosyć skomplikowane życia, ale i z tym powinni sobie jakoś poradzić, na pewno uda im się to przegadać i wszystko wyjaśnić, ale wszystko w swoim czasie, odpowiednim. Nie teraz, nie kiedy mieli sie cieszyć swoją obecnością, to powinno zaczekać.

- Słowo. - Rzuciła cicho, najwyraźniej ona również chciała spróbować. Mieli dużo możliwości, tamta chatka nie ograniczała ich jakoś specjalnie, mogli spędzać w niej więcej czasu. Nie byli przecież mugolami, którzy musieli się przejmować tym, że trzeba dostać się z miejsca na miejsce. Teleportacja była bardzo wygodną umiejętnością. Oczywiście codzienne dostawanie się z miejsca na miejsce nawet z jej pomocą mogło być nieco męczące, jednak nie musieli przecież od razu rzucać wszystkiego i zostać tam na stałe. Mogli sobie pozwolić na dłuższe lub krótsze próby, sprawdzenie, jak właściwie im by im było w Piaskownicy na dłużej. Wydawało jej się to być całkiem dobrym pomysłem, który zaakceptowała. Chciała spróbować.

Uważała to za całkiem rozsądne, mogli sprawdzić, jakby im było razem, to nie tak, że teraz nie spędzali ze sobą wiele czasu, pomieszkiwali przecież u siebie, widywali się niemalże codziennie, ale tworzenie wspolnego domu wydawało jej się być ponad to. To był wyższy poziom relacji, i nie, nie przeszkadzało jej to, że niektórzy krzywo spoglądali na takie praktyki jak zamieszkanie razem przed ślubem, to zupełnie jej nie ruszało, nie sądziła też, żeby jej rodzice mieli z tym jakikolwiek problem. Dla nich najważniejsze było to, że u swego boku miała odpowiednią osobę i nie musieli się martwić o to, czy prowadza się z kimś należytym. To już było za nimi.

Zabawne, że po dosyć niespodziewanej kłótni, która pojawiła się przed nimi niczym chmury burzowe już znajdowało się nad nimi słońce. Powietrze było lżejsze, pełne świeżości i nowych perspektyw. To napawało optymizmem, zapowiadało lepsze jutro. Opadły te nieprzyjemne emocje, które się w nich kłębiły, zastąpili je czymś dobrym. To naprawdę bardzo przydatna umiejętność.

Nie do końca tego się spodziewała, kiedy zmierzali na parkiet, ale nie zamierzała się przejmować niedobitkami. Nie przeszkadzałoby jej nawet gdyby byli jedyną parą, która miałaby tańczyć. Chciała to zrobić, chciała się do niego zbliżyć i tylko to się liczyło, okoliczności i tak nie były najgorsze. Spodziewała się może, że inni będą nieco bardziej rozrywkowi, ale na nich nie miała wpływu.

Zespół chyba nie do końca trafiła w gusta zgromadzonych tutaj czarodziejów. Zdarzało się to czasami, mogło potrważ dłuższą chwilę niż w pełni się do siebie dopasują, mogli też wcale tego nie zrobić, ale wtedy ta Litha najpewniej zostałaby zapamiętana jako nie do końca udany sabat. Pozostawało więc jednak mieć nadzieję, że jednak to było tylko chwilowe.

Fortuna jednak im sprzyjała, bo gdy tylko wgramolili się na parkiet zespół zaczął nieco zmieniać rytmy. Zdecydowanie bardziej podobała się jej żwawsza muzyka, i chyba nie tylko jej, bo coraz więcej czarodziejów dołączało do nich na parkiecie. To zapowiadało, że szykowała się coraz lepsza zabawa, nie mogli przecież wszyscy się w tym mylić.

Uśmiech nie schodził jej z twarzy, kiedy do jej uszu dochodziła przyjemna, całkiem skoczna muzyka, a Am,brois przyciągnął ją do siebie, właśnie dlatego się tutaj znaleźli, wszystko zaczęło się znowu układać i zmierzać w dobrym kierunku.

Może i nie było zaznajomiona z tymi tańcami nie pozwoliła jednak, aby to ją ograniczało. Chociaż nie miała tego w zwyczaju dała się poprowadzić Greengrassowi, bo wyglądał jakby wiedział co robi. Powinna się tego spodziewać, w końcu to było jego miejsce na ziemi, na pewno nie był to jego pierwszy raz jeśli chodzi o lokalny taniec. Jedyne co mogła zrobić to szybko się przystosować - z tym też nie miewała problemu, więc wyszło im to całkiem znośnie, właściwie to mogłaby rzec, że dużo lepiej niż znośnie, ale nie lubiła się przechwalać.

- Jest z tobą całkiem dobrze. - Wolała używać tych pozytywnie nacechowanych słów, miała wrażenie, że mimo, że mówiły o tym samym, to jednak brzmiały dużo lepiej.

- Z tym nie powinnam mieć problemu. - Tak i w tańcu i w życiu zamierzała za nim nadążać, powinien wiedzieć o tym, że była raczej równym towarzyszem, bez względu na to, co mieli robić. Nie miała problemu z tym, aby się do niego dostosować.

Całkiem wprawnie ją podrzucał i obracał, a nawet zdążył się nią wymienić na parkiecie, co nie do końca jej się podobało, ale widziała, że niektóre tańce tego wymagają (nie zmieniało to faktu, że wolałaby być w jego ramionach). Była szczęśliwa, zupełnie beztroska, niczym się nie przejmowała (nawet tymi krokami, ktorych nie znała), to był naprawdę świetny pomysł, aby się tutaj znaleźć.

Muzycy jednak zaczęli nieco się wycofywać, czuła, że melodia robi się coraz cichsza, wiedziała, że zwiastuje to zmianę nastroju i repertuaru. Wpadła jeszcze w ramiona Ambroisa, postanowiła skorzystać z nadażającej się okazji i ukraść mu jeden, krótki pocałunek, póki jeszcze znajdowali się na parkiecie, pośród innych ludzi. Nie do końca wiedziała, czy część rytualna jest dla niej, zresztą obiecała mu tylko jeden taniec, czyż nie? To nie tak, że jej się nie podobało, ale wiedziała, że to dalsze świętowanie będzie się mocno różniło od tego, co działo się tutaj przed chwilą.




RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.10.2024

Mimowolnie uniósł kącik ust i posłał usatysfakcjonowane spojrzenie w kierunku Yaxleyówny, kiwając głową.
- A więc tak - stwierdził, odnotowując to w głowie jako podjętą wspólnie decyzję, którą należało wcielić w życie.
Nie od dziś. Dzisiaj mieli tu inne sprawy do załatwienia, korzystając z nowoodkrytych zalet spędzania sabatu z kimś, z kim chciało się go celebrować. Od jutra - tego był pewien robiąc śmiałe założenia, że nie obudzą się zbyt upojeni, żeby móc coś robić. Dopuszczał do siebie myśl, że być może wcale nie wyjdą z łóżka, spędzając tam cały wtorek, ale to też mogło być częścią planu spróbowania życia poza Londynem. Mogli porozmawiać... ...lub nie. No. Nie sądził, żeby w takich warunkach dało się zbyt długo dyskutować o przenoszeniu mebli czy ozdobach. Ale na to też mieli znaleźć czas, skoro jednomyślnie tego chcieli.
- Całkiem? - Spytał łapiąc ją za słówka, nawet jeśli to on sam nadał tej wymianie uwag podobny ton, a ona złagodziła słowa włożeniem w nie bardziej pozytywnego brzmienia. - Liczyłem na wyśmienicie, przy takim podejściu moje ego może nie przeżyć tego wieczoru - jego ego raczej miało się całkowicie i niezaprzeczalnie dobrze, prawdopodobnie dużo lepiej od poczucia własnej wartości u wielu innych ludzi, ale czuł się całkiem skory do żartów.
Nie potrzebował zbyt wiele czasu, żeby odsunąć od siebie tamte nieporozumienie. To nie tak, że nie był pamiętliwy - ależ wręcz przeciwnie: potrafił żywić chłodną urazę, kolekcjonując kolejne powody do wybuchu gniewu, który później wypływał z niego lawinowo. Gwałtownie, bez powstrzymania zasypywał nim wszystkich, którzy byli częścią odwlekanych konfrontacji.
W takich momentach nie czuł poczucia winy. W żadnym wypadku, bo jeśli od razu nie wybuchł (a miał ten swój krótki lont) to raczej zazwyczaj odpowiednio wcześniej parokrotnie dawał do zrozumienia, że należy przestać go rozdrażniać, bo zrobi się niemiło. Wszystkie następstwa były konsekwencjami czyjegoś braku rozsądku a nie jego trudnego charakteru.
Nie był z gruntu kłótliwym człowiekiem. A przynajmniej nie miał się za takiego. Nie był furiatem bez powodu. Był bardziej konfrontacyjny od większości innych osób, ale to szło również w parze z bezpośredniością i z całkiem sporą dozą szczerości. Nie we wszystkim mógł taki być. Nie chciał mieszać innych w swoje sprawy, z których jednocześnie nie był skłonny rezygnować, bo odpowiadały mu korzyści wynikające z nich.
Natomiast teraz miał świadomość tego, że to także musi się zmienić. Nie wiedział czy na dobre, czy wręcz przeciwnie. Nie mógł o tym wyrokować, bo nigdy nie był w podobnej sytuacji. Mimo to zaczął odczuwać coś na kształt ulgi mającej swoje podłoże w tym przelotnym spięciu sprzed kilku chwil. O ironio. Atmosfera nawarstwiająca się gdzieś ukradkiem poza ich świadomością dzięki temu zaczęła się rozluźniać.
Nie tylko sam wieczór Lithy zyskał nową lekkość. Podenerwowanie wynikające koniecznością przygotowania się na poważną rozmowę o poważnych rzeczach, które robili na poważnie z poważnymi graczami półświatka było nadal na horyzoncie, ale Ambroise nie chciał się tym stresować na zapas. Wystarczyło mu to, że w ogóle zgodzili się co do konieczności poruszenia tego tematu a nie zamiatania go pod dywan jak to było do tej pory. To był całkiem przyzwoity punkt wyjścia.
Najbardziej ochoczo przyzwoita rzecz tego wieczoru. Wszystko inne zaczynało się rozmywać wraz z tańcem, wirowaniem pośród ludzi, ciepłem bijącym od ognisk, słodkim dymem zawiewającym w ich stronę i unoszącym się okręgami w górę. Organizatorzy jak zwykle byli w stanie zapewnić odpowiednio mistyczny klimat, choć w tym roku wszystko bardzo wcześnie zaczęło wymykać się spod kontroli wraz z niepokornym zespołem grającym te skoczne, ludowe melodie zamiast podkładu do rytualnych tańców.
To nie miało potrwać długo. Prawdopodobnie większość ludzi na parkiecie zdawała sobie sprawę z zaburzonej kolejności, czerpiąc z niej garściami póki to było możliwe. Było cieplej, weselej, jeszcze bardziej wirująco, skocznie, ale też gorąco...
...bardzo otumaniająco gorąco, szczególnie gdy Geraldine znajdowała się blisko w jego ramionach. Tak, że mógł przesunąć dłonie trochę zbyt nisko po jej odkrytych plecach na znacznie dłuższą chwilę niż to było konieczne, żeby utrzymać ją w tańcu po pochyleniu jej czy tym roześmianym obrocie. Nie znał Lithy od tej strony.
Jasne, wielokrotnie brał udział w takich zabawach. Bywał partnerem w tańcu wielu dziewcząt. Miał w tym doświadczenie, teraz podświadomie wykorzystując je do tego, żeby żwawością nie odbiegali od innych tancerzy. Miał niezłą kondycję, szczególnie jak na swoje przypadłości, dbając o jej stałą poprawę. Jego dziewczyna również posiadała naturalną grację, niewymuszoność w tańcu. Dzięki temu nie mieli najmniejszych problemów z nadążaniem za rytmem i zmianami w całkiem skomplikowanych układach. Znał je, pozwoliła mu się prowadzić - ku jego zadowoleniu, może trochę zaskoczeniu.
Nie była to jego pierwsza celebracja Lithy. Jeszcze z nikim nie odbywał jej w tym sensie wspólnie, ale zdarzało mu się czynić starania, żeby zakończyć go z kimś razem. Teraz poniekąd także to robił. Też miał jasne zamiary doprowadzić to do drzwi chatki w Whitby, teraz już po prostu Piaskownicy. Może nawet tylko za drzwi. Nie dalej. To mogło im wystarczyć. Nie przeczył, że jest możliwość, że nie uda im się pociągnąć tego gdzieś znacznie dalej i choć teraz w tańcu trafiali niemal we wszystkie kroki to później mogło im tych kroków zabraknąć, aby dotrzeć na kanapę lub łóżko. Wykorzystywali je teraz.
Nie mógł nie czuć się inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Z pozoru zamiary były jednoznaczne. Typowe dla większości par dookoła nich, a jednak pod spodem kryło się dla niego coś więcej - intencja uczynienia z tego sabatu wyłącznie jednego z wielu. Kto wie? Może nawet mogli je polubić? Możliwe, że właśnie odkrywali to, co sprawiało, że niektórzy tak bardzo wyczekiwali celebracji. To była osobliwa myśl, która zaraz wyleciała z głowy Ambroisa na widok dekoltu wirującej kobiety, na który mimowolnie rozszerzyły mu się oczy a oddech pogłębił.
A potem muzyka ucichła. Nagle, gwałtownie ku niezadowoleniu części ludzi. Jego również, co przemknęło mu przez twarz.
- Zostajemy? - Spytał z błyskiem w oku, nachylając się ku Geraldine, a i kradnąc jej przy tym kolejny pocałunek. Tylko odbierał ten, który mu wcześniej sprytnie podwędziła. - W takich okolicznościach nie będzie wyjścia. Przedstawisz się jako moja a nie wiem, czy jesteś na to całkowicie gotowa - podpuszczał ją sugestią, że nadal mogła stchórzyć i ściągnąć go z tego prowizorycznego parkietu.
Oczywiście nie byłby z tego wyjątkowo zadowolony. Wydawało mu się jasne, że powinni tu zostać na dłużej. Przynajmniej na ten jeden obiecany taniec, bo kiedy o tym rozmawiali mówił raczej w kontekście bardziej tradycjonalistycznych celebracji. Podobało mu się to, co zastali wcześniej. Mniej rytualne tańce pozwoliły rozluźnić atmosferę i przyciągnąć uczestników sabatu trochę bliżej środka polany.
Natomiast nie dało się nie zauważyć zmiany klimatu (i tego, że była ona wymuszona niezadowoleniem z zakłócenia porządku rzeczy) i tego, że bardzo swobodne wyskoki ustępowały miejsca czemuś bardziej podniosłemu. Na powrót klasycznie eterycznemu, co zaczęło ściągać część par z kręgu.
Niektórzy niezręcznie się wycofywali, on raczej stał w miejscu z dłonią kulturalnie wyciągniętą ku Geraldine w otwartym geście nie narzucającym jej żadnej opcji. Mógł odprowadzić ją na bok, robiąc to w sposób otwarty i pewny siebie. Przecież nie będą umykać jak niedojrzałe, przerażone młodziki. Natomiast, jeśli chciała zrobić mu tę przyjemność i zostać na ten jeden faktycznie sabatowy taniec, gładkim ruchem mógł ją w niego wprowadzić, kiedy tylko muzyka znowu wybrzmi. Dawał jej wybór. Ot, mistrz kompromisów.