Secrets of London
[09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4080)

Strony: 1 2 3 4


RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.10.2024

Uniósł wzrok w kierunku jasnego błękitnego nieba przebijającego się przez listowie i gałęzie drzew, dostrzegając tym samym nieśmiałość koron. Jakże to pasowało do aktualnej sytuacji ich dwojga. Oni także się nie dotykali.
- Kto chce, ten chce - poprawił swoją dziewczynę, bo choć bez wątpienia byli parą to mówienie o nich jako o jednorodnym, jednomyślnym kolektywie działało wyłącznie w przypadkach, w których się ze sobą zgadzali a Ambroisowi było obecnie bardzo bardzo daleko do chcenia.
Chciał - a i owszem. Chciał wielu rzeczy. Wszystkie zdecydowanie wykluczały możliwość zgodzenia się z Geraldine w tym, że chcieli iść dalej zamiast na chwilę zatrzymać się w tym miejscu. Zresztą nie miał nawet najmniejszych wątpliwości, że doskonale zdawała sobie z tego sprawę, gdy powzięła decyzję o uczynieniu z jego życia tej chwilowej tortury. Całkiem przyjemnej, bo nie odebrała mu możliwości połykania wzrokiem wszystkich jej walorów, ale wciąż nie było to tak satysfakcjonujące jak mógłby sobie tego życzyć.
Uparła się, że niczego mu nie ułatwi i wiedział, że zamierzała przeciągnąć go do wieczora. Im bardziej by z nią o tym dyskutował, tym późniejsza pora miała wchodzić w grę. Co prawda to był pierwszy raz, kiedy jasno dała mu to do zrozumienia całą swoją miną (choć postawa mówiła zgoła odmiennie), że tak to miało wyglądać. Zazwyczaj ostatecznie nie musieli kończyć rozmowy w taki sposób, ale to nie była standardowa sytuacja. Nawet dla nich.
Greengrass może nie był mistrzem świata w psychoanalizie i odczytywaniu intencji. Nie miał cierpliwości do tego, żeby czytać z większości ludzi, jeżeli sytuacja tego nie wymagała. Zdarzało mu się dostrzegać więcej szczegółów niż sporą część ludzi z jego otoczenia. Szczególnie tych szemranych typów, którzy bawili się w gangsterów. Takich pokroju Zandera Traversa albo jego kuma Avery'ego. Zamiary tych ludzi były wypisane na twarzach nieskalanych żadną głęboką myślą.
Z innymi bardziej wprawionymi graczami bywało znacznie gorzej, tam musiał rzeczywiście zwracać uwagę na nawet najmniejsze mikroekspresje. W dalszym ciągu miewał z tym problem. Złożona obietnica, że będzie na siebie uważać i stanie się ostrożniejszy skłaniała go ku chłodniejszemu osądowi, jednakże bywało, że coś źle ocenił.
W przypadku ukochanej miał ułatwioną sprawę, bo zazwyczaj była dla niego otwartą księgą, która na szczęście tylko okazyjnie się komplikowała. Spędzanie ze sobą niemal całego czasu wolnego od zobowiązań zawodowych i rodzinnych sprzyjało odkrywaniu kart i poznawaniu się bardzo blisko nie tylko w czysto fizyczny sposób. Do tego stopnia, że Ambroise odnosił wrażenie, że Geraldine była go w stanie przejrzeć już z daleka.
Możliwe, że to on był uzdrowicielem dostrzegającym niemal wszystkie zmiany w ruchach, zadrapania, siniaki i obicia. Natomiast jakimś cudem dorównywała mu w tym tak bardzo, że od tamtego feralnego wieczoru nawet nie próbował ukrywać powagi sytuacji bądź też tego, że faktycznie nic mu nie było (więc korzyści z symulowania nie wchodziły w grę).
W związku z tym z całą pewnością, jaką mógł mieć zdawał sobie sprawę z tego, że była po prostu bezczelna. Nie ślepa na jego potrzebę zbliżenia się do niej tu i teraz. W żadnym wypadku. Każdy kolejny ruch był wyrachowany. Zarzucenie warkoczem przyciągające jego wzrok na miękką linię kręgosłupa. Nachylenie się, żeby nie uderzyć głową o nisko zawieszoną gałązkę, pod którą zaraz przechodził w pełni wyprostowany a nawet z zadartą głową. Ruch dłoni przy udzie, którego ciepło chciałby poczuć pod palcami, zdecydowanym ruchem rozsuwając jej długie nogi, które stawiała w taki sposób, żeby po prostu musiał zawieszać spojrzenie na pełnych, rozkołysanych biodrach.
Szelma wiedziała, co robi. Bezwiednie przesunął językiem po górnym rzędzie prostych zębów, mrużąc instynktownie rozszerzające się oczy i wzdychając po raz kolejny. Tym razem nie teatralnie. Odruchowo i z pełną świadomością tego, że przyłożył swoją rękę do stworzenia tego potwora. Co gorsza, gdyby mógł cokolwiek zmienić to wyłącznie zrobiłby to znacznie szybciej. Nie zmieniłby nic ponadto. Wszystko było idealne.
- Na szczęście? - Odezwał się chwilę za późno i trochę z nazbyt wyczuwalnym chrypnięciem, żeby rozwinąć temat w taki sposób, by mógł udawać, że nie ruszają go warunki, w których prowadzą tę rozmowę.
Mimo to faktycznie chciał wiedzieć, co miała na myśli, kiedy mówiła to na szczęście. Chodziło jej o Macmillanów? Mulciberów? Greengrassów? Potrzebował poznać odpowiedź, żeby na chwilę odsunąć inne palące myśli. Prócz tego w rzeczy samej usiłował dowiedzieć się czegoś więcej na swój temat w oczach Geraldine. Nigdy nie było tego zbyt wiele i wbrew pozorom nie chodziło mu o wysłuchiwanie komplementów. No. Nie zawsze chodziło mu o kadzenie. Czasami to było miłe. Czasem całkiem podejrzane, bo oznaczało, że miała do niego jakiś interes, który niekoniecznie mógł mu się spodobać.
W wypadku dzisiejszego dnia nie mógł już być czegokolwiek pewny. Szczególnie, że zaskoczyła go wpierw samą propozycją udziału w wyprawie. Później celem polowania a następnie tym, że...
...cholera. Chyba wytrąciła mu z ręki naczelny argument o strzelaniu z kuszy. Sam jej ją rzucił, tak swoją drogą. Wmanerwowała go we współudział.
- A kto umarł, ten nie żyje - nieznacznie prychnął, uśmiechając się niepoważnie. - W rzeczy samej. Bardzo trafny wniosek - nie zamierzał kwestionować opinii eksperta w tym temacie, choć prawdopodobnie mógłby pokusić się, żeby potwierdzić upragniony zgon.
Pewnie by to zrobił, gdyby nie tak ochoczo reakcja na to, co samowolnie opuściło jego usta, pomijając etap przemyślenia i przechodząc od razu do czynów. Zanim zdążył wyciągnąć rękę w kierunku kobiety, podniosła się z tą samą gracją, z którą chwilę wcześniej na jego oczach utłukła bardzo dużego, równie wkurwionego pająka. Nie mogła mu tym nie zaimponować. Nie próbował ukrywać, że go to kręciło.
Bez wahania puścił wszystkie trzymane torby, dbając wyłącznie o to, żeby upadły miękko w niskie krzaki, bo mieli tam zbyt dużo całkiem cennych rzeczy. Natomiast tyle byłoby z dalszego interesowania się czymkolwiek prócz głębokiego pocałunku, jakim odpowiedział Geraldine, przyciągając ją do siebie w talii. Niemal od razu zdecydowanie złapał ją za pośladki, ściskając je lekko przez materiał spodni. Parskając krótkim, przerywanym kolejnymi pocałunkami śmiechem, mógł z powodzeniem przyznać, że pierwszy raz w życiu poczuł się całkiem zadowolony z udziału magicznej bestii w czymkolwiek, co robił.
To było równie dobre, co kwiat paproci. Jeśli nie lepsze.


RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.10.2024

Spodziewała się, że sprostuje jej wypowiedź. To był moment, w którym zdecydowanie chcieli czegoś innego, chociaż tak właściwie nie do końca. Ona starała się kierować tym, co powinni zrobić. Wyjątkowo, bo zazwyczaj nie postępowała w ten sposób. Polowania jednak zawsze były dla niej dość istotne, traktowała je poważnie, może nawet aż za bardzo poważnie, zważając na to, że to dzisiejsze miało być raczej rozrywką, dla ich dwoje.

Tak, uparła się wyjątkowo mocno, to nie tak, że zazwyczaj tego nie robiła, jednak znajdowały się pewne luki, które potrafiły zmienić jej zdanie, szczególnie w podobnej sytuacji. Wiedziała, że Ambroise zdecydowanie wolałaby odłożyć polowanie w czasie i może nawet trochę za bardzo podobało się jej to wygłodniałe spojrzenie. To nie tak, że chciała się nad nim pastwić, chociaż może odrobinkę? Obiecała mu, że później na pewno wrócą do tego tematu, zresztą on zrobił to samo, nie ominie ich dzisiaj zbliżenie, wszystko miało ich do tego doprowadzić. Wiedziała nawet, że dzięki temu, że tak z tym walczyła to będzie smakowało jeszcze lepiej. Tak przynajmniej powtarzała sobie w głowie, aby się nie złamać, a była bardzo blisko tego.

Nie da się ukryć, że przez te kilka miesięcy poznali się bardzo dobrze. Spędzali ze sobą praktycznie cały wolny czas, to doprowadziło do tego, że trudno im było ukryć przed sobą cokolwiek. Właściwie to przynosiło więcej korzyści, niżeli szkód, bo potrafili wyłapać nawet drobne zmiany w swoich nastrojach, to powodowało, że łatwiej im było pielęgnować relację, którą zbudowali. Yaxleyówna w tej chwili trochę go wodziła za nos, ale przecież to nie było nic złego. Mieli dość istotną sprawę do załatwienia, ale nie oznaczało to, że nie mogła się dobrze bawić przy okazji tego polowania, biedny Ambroise.

- Na szczęście, Macmillanowie są dosyć mocno odklejeni, jeszcze zmuszałbyś mnie do  co tygodniowych spotkań kowenowych, odtańczania rytuałów dla Bogini i kto wie, czego innego. - Tak właściwie to nie znała Macmillanów na tyle, żeby być pewną, że właśnie tym zajmują się w wolnym czasie, ale podejrzewała, że to musi być coś podobnego. Wiara była ich przewodniczką, w przeciwieństwie do niej, na pewno by ją męczyło przebywanie wokół takich osób, w sumie to trochę uważała je za nawiedzone. - Mulciberowie nie są zbyt mile widziani w ministerstwie, ale wiesz, jaki mam stosunek do tego urzędu, poza tym jesteś chyba jedynym Mulciberem jakiego znam, a do tego tylko częściowym. - Zupełnie jej to nie przeszkadzało, sama gardziła urzędnikami i wszystkim co było związane z ministerstwem magii. Zresztą dla niej Ambroise był przede wszystkim Greengrassem, a ich ród w mniemaniu Geraldine należał do tych raczej stabilnych, może nawet byli lepiej usytuwani w hierarchii od Yaxleyów, którzy nadal byli traktowani jako nieco dzicy i nieokrzesani. Sama też nie identyfikowała się praktycznie wcale z rodziną matki. Miała świadomość, że różnie to bywało wśród arystokratów.

Właściwie to miała nadzieję, że uda jej się przekonać go do tego, że nie jest wcale taka chujowa w posługiwaniu się kuszą. Tak, to był jeden z powodów dla których wzięła go ze sobą do lasu. Miała dość tych jego złośliwych wypominek, że nie do końca potrafi to robić. Niby były to tylko żarty, ale bardzo mocno godziły w jej łowcze ego. Jego opinia opierała się na jednorazowym niepowodzeniu, do którego doszło kiedy byli pod wpływem jakiegoś dziwnego zaklęcia, halucynacji? Sama nie wiedziała czego. Gdyby nie to na pewno udałoby się jej trafić do celu, co zresztą mógł teraz zauważyć.

- Ja zawsze trafiam, no prawie... - Dodała jeszcze, bo się nieco zrefkletowała, nie trafiła raz, akurat kiedy celowała w niego.

W tej chwili nic już jej nie powstrzymywało. Udało się jej, a właściwie im (doceniała udział Ambroisa w tym polowaniu) zabić akromantulę. Nie ruszała się, nie próbowała ich zaatakować, co oznaczało, że misja zakończyła się sukcesem. Nie musiała się już niczym przejmować. Mogli przejść do tej bardziej przyjemnej części dnia.

Zbyt długo się powstrzymywała, aby nie skorzystać z okazji, nie musiał jej tego powtarzać dwa razy, bardzo szybko ogarnęła jego sugestię i zamierzała wykorzystać to, że nadażyła się okazja do tego, aby wreszcie mogła się do niego zbliżyć.

Była pełna energii, adrenalina nadal płynęła w jej krwi, połączyła się z palącym ją od środka pożądaniem, które rosło w niej od momentu, w którym weszli do lasu. To nie była do końca stabilna mieszanka, ale teraz nie potrzebowali stabilności. Mogli się w tym zatracić.

Tak, to zdecydowanie miało być lepsze od kwiatu paproci. Zamierzała mu pokazać, że faktycznie warto było na to czekać. Nie przestawała go całować, zupełnie nie przeszkadzało to, że znajdują się w lesie, w końcu było to ich kolejne miejsce na ziemi. Idealnie wpasowywali się w ten krajobraz.

Wsunęła dłonie pod koszulę Ambroisa, zaczęły błądzić po jego plecach, czuła pod palcami ciepło jego skóry, miała ochotę się w nim teraz zatracić opętana niemalże zwierzęcym pożądaniem, którego nie zamierzała powstrzymywać. To mogło być całkiem przyjemne zakończenie tego nie do końca przewidywalnego polowania.




RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.10.2024

Przekora była tym ostatnim elementem, którego Greengrass nie mógł oszczędzić Geraldine. Ostatni bastion jego kawalerskich, flirciarskich skłonności, bo nim się obejrzał zmienił dla niej naprawdę wiele starych nawyków i przyzwyczajeń, za którymi wcale nie tęsknił. O dziwo, bo latami zarzekał się przed sobą i wszystkimi dookoła, że w żadnym razie nie jest w stanie wykluczyć wszystkich tych bezkompromisowych elementów, bo to one czyniły z niego tego kim jest. Otóż najwyraźniej potrzebował kilku miesięcy, pary błękitnych oczu, równie ciętego języka co ten jego i ujmująco zbieżnego charakteru, żeby zapomnieć o tym, co bajdurzył.
Nie mógł zmienić wszystkiego, ale starał się być kimś kto zachowywał się jak równorzędny partner. W tym wypadku bardziej Greengrass niż Mulciber, choć były w nim oba te wilki. Po prostu jeden przy niej spał, czując się usatysfakcjonowany i nie potrzebując szczerzyć kłów jak to zwykł robić wcześniej.
- Nie od zawsze - pokusił się o przypomnienie z wymownym krzywym uśmieszkiem w kącikach ust. - Przez lata pracowali dla Ministerstwa, pamiętaj o tym. Szczególnie, jeśli zechcesz robić z nimi interesy. To mistrzowie manipulacji. Oportuniści i mistyfikatorzy. Możesz zawierzyć mi na słowo: nawet w stosunku do siebie nawzajem nie mamy pełnego zaufania - poniekąd instynktownie zaliczał się do tego grona, nawet jeśli było właśnie tak jak mówiła Geraldine - to była wyłącznie połowa jego rodziny.
Zdecydowanie twierdził, że znacznie więcej cech odziedziczył po Greengrassach. To z nimi oficjalnie mieszkał przez całe życie. Oni go wychowywali, posyłali do szkoły, czasami spędzali wspólne święta (no, chyba że akurat był na cenzurowanym u Evelyn, co miało miejsce w ośmiu na dziesięć przypadków), wpajali mu większość zasad. Dbali o jego dobre wychowanie, godne reprezentowanie rodu i rodzinnych interesów, od których ostatnio zaczął zgrabnie uciekać. Mogłoby być naturalne, że należało go całkowicie przypisać do tych stabilnych czystokrwistych czarodziejów.
Nic bardziej mylnego, ale nigdy nie próbował zaprzeczać temu wrażeniu, jakie robił. Odpowiadało mu to, że pomijano informację, że gdzieś tam miał naprawdę wiele wspólnego z byłymi luminarzami Departamentu Tajemnic. Obecnie naczelnymi przeciwnikami Ministerstwa i mugolaka zasiadającego na jego czele. Zeszli władzy z drogi, ale wciąż dysponowali wpływami wynikającymi ze znajomości wielu wewnętrznych ministralnych sekretów, które nie powinny ujrzeć światła dziennego.
Tajemnice były cenniejsze od złota czy galeonów. Dało się nimi kupić niemalże wszystko. Rozważne dysponowanie posiadaną wiedzą mogło ustawić czarodzieja wszędzie tam, gdzie tego potrzebował. Nierozważne było w stanie go pogrążyć i zesłać na śmierć za życia. Przy ludziach pokroju tych, z którymi spędził naprawdę dużo czasu we wczesnej młodości (obecnie również pielęgnując korzystne kontakty z pieczołowitym kładzeniem nacisku na lojalność więzom krwi) należało być szczególnie przezornym.
Całe szczęście nauczono go to stosunkowo wcześnie. Nie w łagodny, troskliwy sposób. Oj nie. Raczej poprzez wepchnięcie Ambroisa na głęboką wodę i odejście bez patrzenia czy wypłynie, czy się utopi. To, że wciąż tu stał było jego własną zasługą, ale musiał oddać cześć uznania tym raczej niekonwencjonalnym metodom nauki polegającym na bezlitosnym obdzieraniu z sekretów. Dzięki temu nałapał wody w płuca, prawie wypluł je razem z nią, kiedy wyczołgał się na brzeg, ale miał się za silniejszego człowieka. Potrafił przetrwać.
Greengrassowie by mu tego nie zapewnili. To był szczególny rodzaj troski. Coś, czego jego ojciec nigdy by nie zrozumiał, bo dla Thomasa najgłębszym wyrazem uczuć było uznanie dziecka z nieudanego związku i znalezienie mu zastępczej matki wiele lat po tym jak mógł jej potrzebować a tym bardziej ją docenić. Szczególnie, że była jaka była. W efekcie miał umiarkowane zainteresowanie często wyjeżdżającego ojca (nigdy nie taty), równie umiarkowane relacje z dziadkami z tamtej strony, coraz bardziej jawną niechęć macochy.
Za to tony, naprawdę tony kuzynek ze strony Greengrassów. Co w zestawie z byciem najmłodszym przez wiele lat i z genami obdarzającymi Ambroisa gęstymi, jasnymi falami zagwarantowało mu zainteresowanie starszych krewnych - warkocze, warkoczyki, kucyki, koczki i inne takie, do których przywykł od dzieciaka, więc nigdy nie miał z tym specjalnie problemu. Z powodzeniem mógłby dorabiać sobie u Potterów, co akurat drażniło go jako docinka.
Tak czy inaczej nie wyobrażał sobie bardziej osobliwego, ale działającego połączenia skrajnie różnych stylów wychowania dwóch bardzo zdystansowanych w stosunku do siebie rodów. Całe szczęście, że nie byli to Macmillanowie. Tak jak Geraldine, Ambroise również uważał ich za nawiedzonych i zbyt mocno skupionych wokół religii. A jego religia była mieszanką, której z pewnością nie byliby w stanie przełknąć ani przetrawić.
Zaiste. Bardzo mu odpowiadał jego własny kult. Nie planował przestać wyznawać go każdą komórką ciała ogarniętego falą gorąca, przyjemnego szybszego buzowania krwi w żyłach, śliny gromadzącej się w ustach, którą przełknął z trudem tuż po tym jak bezwiednie ponownie przesunął czubkiem języka po zębach ukazanych pod podwiniętą górną wargą.
Jeśli to miało wyglądać w taki sposób, w jaki mógł to sobie wyobrazić to mógł odpuścić temat kuszy. Nie próbując dyskutować z faktycznym stanem rzeczy ani mówić, że te wszystkie celne strzały wciąż liczą się jako jeden, więc teraz mają remis: skucha wyrównana ustrzeleniem akromantuli, ale nie gwarantująca, że Ambroise przestanie przypominać o tamtych wydarzeniach. Do tego najpewniej mógłby potrzebować jeszcze kilku dowodów (z wykluczeniem jabłka na głowie), ale nie teraz.
Odsunął to na dalszy plan. Tak samo jak badanie zmodyfikowanego pająka, co wymownie mówiło samo za siebie, gdzie leżały jego priorytety. Jego religia. Jedyna będąca w stanie posłać go na kolana. Jego - człowieka bez pokory, który nigdy nie sądził, że ugnie się przed czymkolwiek. Tymczasem od miesięcy był w stanie budować sobie wokół tego całkiem nową rzeczywistość.
Przede wszystkim pełną pasji i niespodzianek. Kontrolowany chaos. Dokładnie tak jak teraz. To zdecydowanie nie pasowało do mistycznego klimatu Lithy, ale wcale nie miało zastąpić tamtego sabatu. Ambroise w żadnym razie nie żałował braku poszukiwań kwiatu paproci, bo to, co teraz robili dużo bardziej do nich pasowało. Byli całkowicie sami (no, pomijając truchło martwego pająka) w ciepłym świetle dnia. Bez konieczności pilnowania się przed kimkolwiek. Zatracenie się w chwili jeszcze nigdy nie przyszło tak gwałtownie, choć mieli za sobą wiele mniejszych i większych wyskoków, jakoś nigdy nie satysfakcjonując się standardem.
To też nie było standardowe. W żadnym wypadku. Dlatego było tak kuszące. W jednej chwili podjął decyzję, by się w tym zatracić - w wymianie gwałtownych pocałunków odbierających oddech, ale dających narastającą satysfakcję i rozgorączkowanie, z którym odpowiedział na jej dłonie przesuwające mu się pod koszulą. Wpierw pomrukiem, lekkim naciskiem zębów na wargę Geraldine, później przesunięciem dłoni odrobinę wyżej z pośladków w spodniach pod pasek i już głębiej pod materiał. W jednej chwili stojąc w miejscu, w kolejnej wymuszając na dziewczynie drobne kroczki w tył, zanim nie przycisnął jej do szorstkiej kory, jeszcze gwałtowniej wpijając się w usta, o których lekko słono-dymnym smaku myślał odkąd znaleźli się na leśnej ścieżce.


RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.10.2024

Widać wystarczyła tylko odpowiednia osoba, aby zmienić pewne nawyki, które wydawały się być bardzo zakorzenione. Yaxleyówny też to dotyczyło. Była zdecydowanie bardziej przystępną wersją siebie, taką której raczej nikomu wcześniej nie pokazywała. Udawało jej się nawet walczyć z tą szorstokością, która ją charakteryzowała. Zrobiła się zdecydowanie dużo cieplejszym i przyjemniejszym w obyciu człowiekiem, przynajmniej przy nim. Przestała tak uparcie stawiać na swoim, przynajmniej w większości przypadków, była w stanie przekonać się do innej racji niż ta jej, a to było spore osiągnięcie, zważając na to, że była raczej przyzwyczajona do tego, że podążała swoją własną drogą. Teraz nie myślała tylko i wyłącznie o tym, co ona chciałaby robić, czy osiągnąć. Patrzyła na wszystko nieco szerzej, klapki które miała na oczach gdzieś zniknęły. Nawet nie spodziewała się tego, że tak łatwo będzie jej się zmienić. Jak widać wystarczyła tylko odpowiednia osoba, która mogła wyciągnąć z niej to, co najlepsze. Wiedziała, że na początku nie była specjalnie łatwym człowiekiem, w sumie nadal gdzieś tam w niej to pozostawało, ale starała się nad tym pracować. Nie wychodziło jej to chyba wcale tak najgorzej.

- Tak, wiem o tym. - Mimo, że nigdy nie interesowała się jakoś specjalnie ministralnymi koneksjami, to co nieco o tym wiedziała. Ojciec jej trochę opowiadał o tym, co się tam działo, aby miała jakąś perspektywę na to, co się tam działo. - Zapewne są tacym, którzy uważają, że postąpili odpowiednio. - Spodziewała się tego, aczkolwiek nie wszyscy byli na tyle odważni, aby pokazać swoją opinie na dany temat. Mulciberowie nie mieli problemu z tym, aby się określić, co w sumie było całkiem odważnym posunięciem, mimo tego, że nie do końca jej się podobały argumenty, którymi się kierowali. - Jak będę chciała z nimi robić interesy to wyslę do nich mojego własnego Mulcibera. - Mrugnęła do niego porozumiewawczo, skoro już byli razem, to zdecydowanie wolałaby, żeby to on z nimi rozmawiał, może miał być to z początku żart, ale jakby o tym dłużej myśleć, to pewnie postąpiłaby właśnie w ten sposób. Szczególnie, że Roise wspomniał, że nawet sobie patrzyli na ręce. To było zdecydowanie lepsze rozwiązanie. Widać było na załączonym obrazku zmianę jaka w niej zaszła, kiedyś pewnie nigdy by nie pomyślała o tym, żeby wysyłać gdzieś kogoś w swoim imieniu, teraz? Teraz nie miałaby z tym problemu.

Miała świadomość, że trudno było pozbyć się pewnych naleciałości, które wynikały ze sposobu, w jaki zostali wychowani. Mimo tego, że rodziny czystokrwiste wydawały się być tradycyjne i raczej podobnie nastawione do pewnych spraw, to wcale tak nie było. Różnili się dosyć mocno między sobą, te różnice wychodziły nawet przy drobnych okazjach. Niektórzy lubili trzymać się z boku, nie angażować za bardzo w oficjalne sprawy, co było całkiem wygodne. Nie mogli tylko dać o sobie zapomnieć, bo wtedy spadliby w hierarchii, co nie było raczej dobrze widziane. Byli tacy, którzy kreowali się na obrońców wszystkich uciśnionych, a inny zupełnie przeciwnie. Najistotniejsze było to, aby mieć jakichś sojuszników, o tym też mówił jej ojciec. Przecież też aranżowane śluby nie odbywały się bez powodu, powodowały, że można było bardzo łatwo wspiąć się na sam szczyt. Nigdy jej się to tak do końca nie podobało, uważała, że jest to zupełnie niepotrzebne, jednak tutaj nadal byli dość mocno zacofani wierząc, że w ten sposób najtrwalej stworzą sojusze, bo czy było coś trwalszego od małżeństwa i oficjalnego połączenia rodzin? No nie. Uważała, że powinni nieco zmienić myślenie, aczkolwiek dla większości to było nie do pomyślenia.

Miała to szczęście, że sama wykazywała zainteresowanie akurat nim. Dobrze się złożyło, Greengrassowie na pewno byli szanowani w magicznym świecie, nie, żeby jej na tym jakoś szczególnie zależało, ale to na pewno ułatwiało sytuację. Jej rodzice praktycznie zupełnie się od niej odczepili, nie mieli już w stosunku do niej żadnych niepotrzbnych wymagań, które wynikały z ich pochodzenia. Tak właściwie to i tak dawali jej dosyć dużo swobody. Ambroisa znali już od kilku lat, bo bywał u nich w domu, pewnie wydawało im się, że stąd wynika ich znajomość. Nie wnikali głębiej i bardzo dobrze, bo mogłoby się im nie spodobać to, czym zajmowali się po oficjalnych godzinach pracy. Nie musieli jednak wiedzieć o wszystkim, tak było wygodniej.

Nie mieli też pewnie pojęcia, jak dokładnie wyglądają polowania, w które angażowała się ich córka, cóż bardzo dobrze, zapewnie nie byliby z niej aż tak dumni.

Tak jak to teraz. Zakończyło się sukcesem, to prawda, ale nie mogli przewidzieć tego, że ich córka poluje na coś więcej niż tylko potwory, tak właściwie to udało jej się już zakończyć wielkim sukcesem największe polowanie, którego dokonała w swoim życiu. Tyle, że tym razem nie zabijała swojej ofiary, wręcz przeciwnie zaczęła budować z nią swoje nowe, lepsze życie. Właściwie to nie była pewna, czy można tutaj było mówić o jakichkolwiek ofiarach, bo przecież oboje tego pragnęli, co ustalili już jakiś czas temu.

Ciała, które desperacko pragnęły swojej bliskości o tym przypominały, ale nie chodziło tu tylko i wyłącznie o fizyczność, chociaż jej również nie dawało się oszukać. Zdecydowanie nie mogli utrzymać rąk przy sobie przepełnieni żądzą i pragnieniem, które nie pozwalało im przestać się do siebie zbliżać.

Miała nadzieję, że zapewni mu sytuację, która przyćmi legendarne poszukiwanie kwiatu paproci i właściwie to była już niemalże pewna, że nadarzyła się do tego idealna okazja. Nie jutro, nie później, a teraz. Kiedy krew w truchle ich wspólnie upolowanej ofirary jeszcze nie zdążyła ostygnąć.

Zresztą krew w żyłach Geraldine płynęła aktualnie bardzo szybko i czuła, że zaczyna ją palić przez skórę. Nie zamierzała tego ignorować, wręcz przeciwnie chciała dać upust temu wszystkiemu, co się z nią działo.

Nie miała wstydu, wypełniały ją aktualnie bardzo pierwotne instynkty, które dążyły do tego, aby potrzeby, których wymagało jej ciało zostały zaspokojone, już, teraz, bez większej analizy. Nie przejmowała się nigdy tym, co wypada.

Poczuła dłonie wsuwające się jej pod pasek od spodni, a później pod materiał. Mruknęła cicho, przeciągle, okropnie przeszkadzały jej te ubrania które na sobie miała, warstw było zbyt wiele. Chciała się ich jak najszybciej pozbyć.

Przesunęli się nie przerywając pocałunków do drzewa, na którym się zatrzymali, było to całkiem niezłe podparcie, z którego mogli skorzystać podczas tego nie do końca zaplanowanego uniesienia. Tak właściwie to każda okazja była dobra do tego, aby się sobą w pełni nacieszyć. Tak, zdecydowanie chciała pozbyć się emocji, które ją wypełniały, a to była najprostsza metoda. Całowała go zachłannie, nie przestawała nawet na chwilę, zatracała się w tym momencie.

Jej usta zaczęły schodzić niżej, zatrzymały się na szyi mężczyzny, na której zostawiła nie do końca świadomie kilka śladów swoich zębów, straciła panowanie nad swoim ciałem. Liczyło się tylko to, aby zaspokoić głód, który pojawił się, kiedy tylko weszli do lasu. Nie przeszkadzało jej to, że kora drzewa o które się opierała ocierała jej plecy, że nie było to szczególnie wygodne. To nie było ważne.

Ręce panny Yaxley nie przestawały wędrować po jego plecach, w końcu zacisnęła je mocniej i wbiła swoje paznokcie w jego skórę, po raz kolejny pozostawiając znak swojej obecności.




RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.10.2024

Szczególnie w takich chwilach jak ta, kiedy byli sami we dwoje bez ciekawskich oczu i uszu, bardzo łatwo przychodziło mu bycie chyba po prostu sobą. Najszczerszą, najmniej kontrolowaną i bardzo niewymuszoną wersją siebie, wobec której spotkał się z niemal całkowitą akceptacją (nawet, jeżeli z początku go to zdziwiło to teraz nie miał oporów). Niemal, ponieważ sam doskonale wiedział, że nie da się bez słowa przyjąć całego dobra inwentarza, gdy są w nim również pająki i nietoperze wymagające specjalnego traktowania. Pokładów cierpliwości, kontrolowania uporu, którego nie brakowało żadnemu z nich. Ich główne wyzwanie nie miało być niczym innym jak sztuką kompromisów.
Do tej pory wychodziło im to nieźle. Znacznie lepiej niż można by było się spodziewać po osobach tak do siebie podobnych charakterem. Czasami chciał ją całować, wkładać w to całą swoją uwagę, rozkoszując się każdym kawałkiem ciepłego, znajomego ciała i łomotaniem serca, którego rytm wprawiał jego własne w niemal harmonijne bicie. W kolejnej chwili najchętniej przełożyłby ją przez kolano, bo irytowało go jej dziamdzianie a słowa, które z powodzeniem mogłyby opuścić jego własne usta w innych okolicznościach (wtedy uznałby je za składne i logiczne) przyprawiały go o ból głowy. Oczywiście w tym drugim przypadku też nie stroniłby od zamknięcia jej ust swoimi. Po prostu wpierw złoiłby Geraldine dupę...
...a to też raczej z wymowną intencją, bo w rzeczywistości nigdy by jej nie skrzywdził. Ani fizycznie, ani na dłuższą metę psychicznie. Była chyba jedyną osobą, przy której potrafił zreflektować się i dojść do wniosku, że niechętne przeprosiny były czymś, co powinno opuścić jego usta. Starał się hamować, nie wykorzystywać ich podobieństwa w złych celach. Ten etap mieli już za sobą. Nie powinni do tego wracać.
Zresztą nie tylko byłoby to dla Greengrassa trudne, ale najprawdopodobniej niemożliwe. Przeszli razem zbyt wiele, było im razem zbyt dobrze, żeby chcieć cofnąć czas. Nie podjąłby żadnej innej decyzji, gdyby mógł to zrobić. Nie uprzedziłby się również (mimo niewątpliwej chęci, jaką by miał), że wszystko się ułoży. Tak właściwie to wcale nie chciałby przedzierać się przez warstwy czasu i przestrzeni, gdy jego obecne życie było tak szczęśliwe.
Nie dało się nie dostrzec, że przestał być naczelnym fanatykiem szpitala spędzającym tam większość doby z okazjonalnymi epizodami zachowywania się jak uosobienie ponuraka - śmiertelnie poważnego widmowego psa towarzyszącego zwiastunem śmierci, której w Mungu nie dało się uniknąć.
Może nie był znacznie bardziej przystępny wobec tych wszystkich przypadków, które wprawiały go w ten zły nastrój. Tu niewiele uległo zmianie. Natomiast nie zabierał tego ze sobą do domu. To przestały być tylko cztery ściany, odkąd wracał tam z ochotą, nie miał problemów ze zdjęciem maski i otrzepaniem się z syfu, z którym dealował.
Nie musiał zachowywać pozorów, gdy czuł się akceptowany ze wszystkimi bagażami. Zresztą również fizycznymi, bo stopniowo coraz bardziej wynosił się z zajmowanego skrzydła domu w Dolinie Godryka i wynajmowanego mieszkania na Pokątnej. Zamieniał je na Horyzontalną i Piaskownicę. To także wywoływało mimowolny uśmiech na ustach Ambroisa. Było wielką wygraną. Szczególnie dla kogoś, kto w pewnym momencie nie wiedział, że bierze udział w loterii losu.
- Dziwisz im się? Ja niespecjalnie - wzruszył ramionami, bo w tym wypadku popierał decyzję o wycofaniu się z Ministerstwa, gdy sprawy zrobiły się zbyt niewygodne a zyski mniejsze niż koszty. - Lepiej kryć się w cieniu niż być małpą w cyrku. Nawet najlepiej karmioną - niewątpliwie na tak wysokich posadach w grę wchodziły duże wpływy i spore ilości galeonów, ale nie zawsze o to chodziło - to jeśli pańska ręka jest chora, lepiej ją ugryźć niż ignorować smród rozkładu - odrzekł gładko bez zawahania przed tym, żeby powiedzieć to, co myśli.
Lubił władzę i koneksje, ale to między innymi z uwagi na doświadczenia tej części rodziny nigdy nie miał ciągot do polityki. Wolał postępować zgodnie z tym, co dano mu do zrozumienia, że było znacznie lepszą możliwością. Jednocześnie bardziej pokątną i niebezpieczną, ale nie bez powodu Mulciberów nazywało się Władcami Umysłów. Potrafili z cienia Ścieżek mieszać się w politykę znacznie bardziej niż wtedy, gdy byli na świeczniku i wszyscy spoglądali im na ręce.
Mimowolnie starał się osiągnąć poziom, który tej części krewnych przychodził bez zastanowienia. Niektóre ich moralnie wątpliwe działania naprawdę mu imponowały. Czasami zastanawiał się nad tym, co by było, gdyby nie znaczący wpływ Greengrassów na jego charakter i instynktowne zachowania. Z Roselyn już dawno doszli do wniosku, że odziedziczyli większość charakteru po wspólnym ojcu. Ambitnym, ceniącym wolność wyboru, gnanym z miejsca na miejsce przez ciągoty do nauki a przy tym pyskatym i porywczym.
Na ich nieszczęście przeskakującym z bycia wielkim autorytetem w dziedzinie botaniki do zachowywania się jak ich starszy (a praktycznie pięćdziesięcioletni) brat. No przynajmniej dopóty, dopóki nie potrzebował postawić na swoim, bo wtedy nagle nie był Thomasem (dla Ambroisa) czy Papciem (dla Roselyn) był Panem Ojcem. Chaotyczny styl wychowania.
Z dwojga złego Mulciberowie byli jednostajnie niegodni zaufania. Można było ufać temu, że nie powinno ufać się ich poufałości, bo zawsze coś za tym stało.
- Wielu masz tych swoich ludzi - skwitował uniesieniem brwi, starając się przy tym nie uśmiechnąć, choć drżały mu kąciki ust. - Kolejny, o którego mam być zazdrosny? - Nie umiał powstrzymać się przed żartobliwym, ale zadziwiająco samoświadomym zasugerowaniem, że bez wątpienia tu także byłby w stanie posunąć się do zawiści i terytorialności.
Gdzieś tam w głębi pewnie mógłby dojść do wniosku, że tamten Ambroise sprzed kilku miesięcy byłby w stanie mu zazdrościć, nadal klucząc dookoła niej w przyjacielskich stosunkach. Jeśli linie czasowe wyglądały tak jak wedle niektórych teorii, w które był skłonny uwierzyć to nie lubił się z teraz z całą tygodniami gromadzoną antypatią. Miał do siebie wąty, wyrzuty i tak dalej. No ogólnie z wzajemnością nie przepadał za tym człowiekiem.
Natomiast z rozbawieniem podszytym zażenowaniem dochodził do wniosku, że tylko on (no i może Geraldine po tym jak zaczęli być ze sobą szczerzy i otwarci) nie lubił tamtej ugładzonej persony. W przypadku większości czarodziejów, w stosunku do których zachowywał pozory ta postawa przynosiła wiele korzyści. Przez lata mógł pozwalać sobie na więcej niż co poniektórzy, zgrabnie operując łatką czarusia i lwa salonowego zamiast dostawać po dupie za bycie manipulantem i babiarzem. W większości oczu był po prostu kulturalnym oportunistą, który nie krzywdził nikogo swoją kochliwością. Kto na jego miejscu nie skorzystałby z okazji? Mało kto. Otóż to.
Dopóki jednocześnie nie odstawał od poziomu innych czystokrwistych czarodziejów, szanował wszelkie tradycje, potrafił się zachować, dopóty wiele było mu wybaczone. Wbrew pozorom najwięcej uszczypliwości i znaczących spojrzeń pojawiło się wraz z ich wspólną stabilizacją. Jasna sprawa: ściągnęli się wzajemnie z rynku matrymonialnego, co mogło spotkać się z aprobatą co poniektórych zatroskanych rodziców. Nie dało się zaprzeczyć, że uzupełniali się zawodowo i połączenie profesji miało całkowity sens. Natomiast największe zgrzyty tyczyły się podejść obu rodów.
Co śmieszniejsze - wątpliwości i uwagi nie brały się wcale od Greengrassów czy Yaxleyów. Tu mieli pełną aprobatę. O dziwo nawet jego macochy, która nawet nie próbowała ukrywać, że wybrała swoją ulubioną część tego związku i Ambroise nią nie był. Cóż. To było do przewidzenia.
Za to co poniektórzy zupełnie niezwiązani z ich życiem ludzie ochoczo usiłowali dorzucać swoje trzy knuty, nawiązując do powszechnej opinii, że Greengrassowie znacznie bardziej szanowali roślinną część świata a Yaxleyowie zwierzęcą, więc to było zabawne. Nawet nie próbował tego komentować, gdy podczas wizyt domowych sugerowano mu coś z byciem zamotanym, zapatrzonym czy owiniętym wokół palca. Nie miał do tego żadnego sensownego komentarza ponad pełną powagę i chłodną oficjalność.
Nie czuł się podstępnie omotany. Wbrew przeciwnie - nie było tu żadnych ofiar braku rozsądku. Całkowicie świadomie i z satysfakcją odpłacał się tym samym, co mu oferowała. Szczególnie właśnie w chwilach takich jak ta. Tą samą gorączką, gwałtownością, zdecydowaniem.
Nie chciał od niej delikatności, powolności I rozwagi. Nie tyle tego teraz nie potrzebowali, co wprost byłoby to zbytecznym, niechcianym elementem nie pasującym do całej reszty. Trawił go ogień, który podsycała każdym przesunięciem paznokciami po jego plecach, pociągnięciem go zębami za wargę, zatopieniem ich w skórze na szyi wywołując przyjemny dreszcz i zadowolony pomruk. Wcale nie chciał, żeby przestawała. Dopiero zaczynali.
Nie musiał się namyślać, żeby wiedzieć, do czego zmierzali z każdym niespokojnym ruchem i że był w stanie zainicjować to między nimi a następnie gładko oddać kontrolę. Sam tego chciał. To było coś, czego podświadomie od zawsze brakowało mu do poczucia się usatysfakcjonowanym i spełnionym we wszystkich płytkich, bezwartościowych relacjach. Nie musiał tego mówić na głos, sugerować ani stwierdzać przed samym sobą (mogłoby być trudne i wadzące; w końcu był naturalnym triumfatorem), żeby bezwiednie poddać się dynamice ich relacji.
Lubił zdobywać. Każdą komórką ciała zareagował na tamtą wizję nasuwającą mu się podczas zmierzania za Geraldine w kierunku leża bestii. Z tym, że chyba nie musiał robić tego zawsze. W dalszym ciągu zamierzał spełnić każdy nawet najdrobniejszy zamysł związany z ich odroczoną wersją Lithy. Natomiast to mogło być później, nie zamiast, później.
Nie czuł się źle ze zmianą planów, bo w dalszym ciągu zmierzali do wspólnej satysfakcji. Tym razem na jej zasadach. Była w tym całkiem pasjonująca niewymuszoność. Takiej kobiecie mógł dać się zdobyć. Szczególnie po tym, co mu pokazała. Taki wyczyn zasługiwał na pełne uznanie.
Nie istniał lepszy sposób na wyrażenie tego niżeli całkowite poddanie się żądzom. Bez zastanowienia nad tym, że muszą jeszcze wrócić z tego lasu we względnym porządku i możliwie pełnej garderobie, której mieli zdecydowanie zbyt dużo, by całą upilnować. Dobrze było mieć tę świadomość. Szczególnie, że dzięki temu mogli całkiem nieracjonalnie zadecydować, co poświęcić.
Na przykład jego koszula ewidentnie nie musiała doczekać kolejnych godzin, gdy dysponował płaszczem. Bez jej bielizny również dało się obejść, szczególnie że raczej nie była zbyt dobra jakościowo, skoro rozdarła się z taką łatwością jeszcze zanim wysunął rękę ze spodni Geraldine, na ślepo sięgając do paska i cholernego guzika.


RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.10.2024

Bardzo dobrze czuła się z tym, że zaczęli tworzyć swój mały świat z dala od innych ludzi. Mieli szansę poznać się chyba na każdym możliwym poziomie. Przeszli różne etapy tej znajomości, nim doszli do tego finalnego, który podobał jej się najbardziej ze wszystkich dotychczasowych. Właściwie już dawno wiedziała, że tego właśnie pragnie, ale droga do tego, co zaczęli razem tworzyć była dosyć mocno wyboista, pełna wzlotów, upadków i niedopowiedzeń. Na szczęście to wszystko było już za nimi. Mogli się po prostu cieszyć tym, co udało im się osiągnąć. To wcale nie było takie proste i oczywiste, jakby się mogło na początku wydawać. Zresztą dalej się docierali, uczyli pewnych zachowań, które miały ułatwić im wspólną egzystencję.

Dosyć długo prowadzili życie singli, co miało swoje minusy. Nie przywykli do tego, aby dzielić się z kimkolwiek swoimi lękami i przemyśleniami, teraz było inaczej. Chciała, aby wiedział o niej wszystko, nie miała zamiaru nic przed nim ukrywać, wiedziała, że to nie przyniosłoby niczego dobrego, wręcz przeciwnie mogło skomplikować to, co zaczęli razem budować. Tak było lepiej, gdy wszystko stało się jasne.

Ceniła sobie jego szczerość, próby powiedzenia jej o wszystkich sprawach, które nie były szczególnie wygodne, to wymagało zaufania. Cieszyło ją to, że mieli do tego podobne podejście, bo dzięki temu czuła, że może się przed nim w pełni otworzyć, nie musiała uważać, bo odwdzięczał się jej tym samym. Ta wzajemność była dla niej czymś zupełnie nowym, ale zaczęła jej się podobać, doceniała to wszystko, co udało im się razem osiągnąć, bo wymagało to też lekkiej gimnastyki przez ich dosyć podobne i nie ma się co oszukiwać trudne charaktery. Oczywiście nadal bywały momenty, w których zastanawiała się, czy powinna była mu wydrapać oczy, czy wręcz przeciwnie przyciągnąć go do siebie i zamknąć mu usta pocałunkiem, ale nie sądziła, żeby to mogło się kiedykolwiek zmienić. Nie z ich temperamentami.

Dobrze jej było w tym miejscu, w którym się znajdowali. Może zajęło im trochę czasu, aby to osiągnąć, ale uważała, że gra była warta świeczki, krążyli przecież wokół siebie od kilku lat, przeżyli razem naprawdę sporo i zakończyło się to całkiem spektakularnym finałem. Jasne, wiedziała, że dopiero zaczęli nowy etap swojego życia, ale nie sądziła, żeby miał się on kiedykolwiek skończyć, nie zamierzała do tego dopuścić, za bardzo się do niego zbliżyła, za bardzo się przed nim otworzyła. Wiedziała, że takie relacje są odbierane jako słabość, bo dzięki temu łatwiej było ją skrzywdzić, kiedy pojawił się ktoś na kim faktycznie jej zależało, ale nie wydawała się jej tym przejmować. Naprawdę tego chciała, chociaż kiedyś w ogóle nie brała pod uwagę możliwości, że zbliży się do kogoś tak bardzo. Jak widać nie warto mówić nigdy, bo los udowdoni ci, że wszystko zależy od dnia i godziny i odpowiedniej osobie, która pojawi się w twoim życiu.

- Nie, nie dziwię. - Wcale jej to nie zaskakiwało. Miała mocno nakreśloną opinię jeśli chodzi o instytucję, którą było ministerstwo. Nie była ona szczególnie pozytywna. W swojej opinii mogła negować sposób działania urzędu, bo zaliczyła krótki staż w tamtym miejscu. Nie wyniosła z niego nic ciekawego, poza niechęcią do tej instytucji, to mówiło samo za siebie. - Zgadzam się z tym, chociaż oni zrobili to całkiem spektakularnie, widać było, że opowiadają się po jedynej, słusznej stronie. - Rezygnacja z wysokich stanowisk mogła przynieść więcej szkody niż pożytku, aczkolwiek nie można było powiedzieć, że nie zrobili tego całkiem spektakularnie. Zrazili do siebie całe środowisko urzędasów, a przynajmniej z pozoru. Miała świadomość, że pewnie wielu zrobiłoby to samo, jednak nie chcieli oddać swoich stołków. Mulciberowie mieli w przeciwieństwie do nich nieco odwagi. Widać woleli żyć zgodnie z własnymi zasadami, niżeli wykonywać rozkazy mugolaka.

Jej ojciec również porzucił swój stołek, w sumie zbiegło się to z jego wypadkiem, aczkolwiek już wcześniej wspominał jej o tym, że chce się pozbyć swojego stanowiska. Jej rodzina nie pragnęła władzy, raczej świętego spokoju i życia na odludziu w swojej Walii. Tak było wygodniej, nie trzeba było na siłę szukać koneksji, czy angażować się w polityczne rozgrywki. To było chyba najprostszym rozwiązaniem, aby mieć święty spokój. Wydawało jej się zresztą, że ojcu nie służyło mieszkanie w Londynie, miała świadomość, że to nie było zgodne z tym, co faktycznie lubił robić. Trochę poświęcił się dla nich, dla większego dobra, aby jej rodzina miała zagwarantowaną odpowiednią pozycję. Na szczęście to było już za nimi. Nie wyobrażała sobie ile musiało go kosztować to zamknięcie w klatce, którą było ministerstwo. Może nie spokorniał tam całkowicie, ale jednak próbował się dostosowywać do ludzi, których miał wokół siebie. Ona chyba nigdy nie byłaby w stanie tego zrobić, bez względu na to, co mogłaby osiągnąć dzięki przyjęciu podobnej propozycji. Na szczęście nie musiała się tym przejmować. Mogła robić to na co miała ochotę, miała na to przyzwolenie swojej rodziny, może poza matką, która wolałaby ją widzieć w jakiejś stałej pracy, tyle, że jej zdanie nie było, aż tak ważne. Dopóki ojciec akceptował wszystkie podejmowane przez nią decyzję to nie musiała się niczym martwić. To było bardzo wygodne, nie bez powodu też akurat jego owinęła sobie wokół palca, wiedziała, że spełni każde jej zachcianki i zaaprobuje wszystkie głupie pomysły, które wpadną jej do głowy.

- Lista robi się coraz dłuższa, nie wiem, czy jesteś w stanie poradzić sobie z tyloma osobami. - Całkiem zabawna wydawała się jej wizja Ambroisa zazdrosnego o niego samego. Miał świadomość, że w jej życiu nie było miejsca dla nikogo innego. Liczył się tylko on. Jak widać też był dla niej wszystkim, uzdrowicielem, partnerem, wspólnikiem w zbrodni, pasował do każdej roli, która tylko się jej nasuwała. Nie potrzebowała nikogo więcej, po co by jej to było skoro aktualnie miała wszystko pod postacią jednej osoby. Wydawało jej się, że ta ich więź jest czymś niesamowitym, czego nie wszyscy mają szansę zaznać. To było zdecydowanie silniejsze, mogłaby się nawet odważyć nazwać to połączeniem dusz, chociaż nie wydawało jej się, że są w ogóle możliwe takie dziwne opcje. Najwyraźniej nigdy wcześniej nie była świadoma tego, jak bardzo można zbliżyć się do drugiego człowieka.

Nie miała problemu z tym, aby sięgać po to, na co miała ochotę. Zresztą sam ją do tego zachęcił, teraz nie było już odwrotu, wręcz przeciwnie, czekała ich droga ku zaspokojeniu silnej, palącej potrzeby, którą czuła pod swoją skórą. Wiedziała, że nie jest w tym osamotniona, bo znała go na tyle, że potrafiła wyczuć, czego oczekiwał. Sama go zresztą podjudzała przez cały ten leśny spacer. Nawet nie zakładała, że będą mieli możliwość tak szybko zaspokoić swoje żądze.

Pokusa była zbyt wielka, aby jej nie zrealizować, szczególnie kiedy ich usta już się do siebie zbliżyły, teraz nie było innej możliwości, jak w pełni zatonąć w tym uczuciu pożądania.

Zazwyczaj mężczyźni byli dla niej niczym zapałki. Stawali dla niej w płomieniach, a ona później nimi potrząsała, aby ich zgasić i wrzucała do pierwszej lepszej popielniczki. Pozbywała się ich niczym zupełnie niepotrzebnego problemu. Jeśli chodzi o Ambroisa było zupełnie inaczej. Zależało jej na tym, aby płomień, który się pojawiał połączył ich razem, by mogli osiągnąć szczyty, których nikt nigdy nie zdobywał.

Opętana pożądaniem nie przestawała ani na moment całować jego ciała. Wiedziała jednak, że to nie wystarczy, potrzebowała więcej, i wiedziała, że on jest w stanie to jej dać tu i teraz. Na nikogo innego nie reagowała w ten sposób.

Spodnie, które tak bardzo lubiła znowu okazały się być całkiem problematycznym elementem garderoby, w przypadku wyjść do lasu niestety nie potrafiła znaleźć jednak innych, lepszych możliwości. Musieli sobie jakoś z tym radzić. Całkiem zgrabnie pozbyła się jego koszuli, nie sądziła jednak, że będzie nadawała się do ponownego założenia, nie wydawało jej się jednak, żeby miał to jej za złe, na pewno jej to wybaczy.

W końcu mogła dotknąć jego klatki piersiowej, jej usta powoli wyznaczały na niej ślady pocałunkami. Dłonie schodziły za to coraz niżej, musiała pozbyć się jego spodni, które aktualnie również jej przeszkadzały, były mu zupełnie niepotrzebne, w tym przypadku jednak starała się to zrobić nieco delikatniej, bo była świadoma tego, że będą musieli jakąś stąd wrócić, całkiem zgrabnie poszło jej rozpięcie guzika. Tak właściwie to nie potrzebowała nic więcej, tylko tego, aby zsunęli z siebie te niepotrzebne spodnie i przeszli do rzeczy, zależało jej na tym aby stało się to jak najszybciej, bo palące uczucie, które rozchodziło się niemalże po całym jej ciele pragnęło zostać zaspokojone właśnie w tej chwili.




RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.10.2024

Uniósł górną wargę w całkiem pewnym siebie, prowokacyjnym uśmiechu. Z błyskiem oczu wzruszył ramionami, artykułując bezgłośnie: oczywiście, że tak. Dla niej był w stanie poradzić sobie ze wszystkim. Wiedziony wewnętrzną siłą, jakiej nie czuł przy nikim innym. Miał wrażenie, że wystarczyłoby jedno słowo z jej ust i byłby w stanie zawalczyć dla niej o wszystko. Opętała go, ale poddał się temu, bo wiedział, że w przeciwieństwie do tego, co się kiedyś wydarzyło, to było świadome i wzajemne.
Koszula była ofiarą, którą mogli ponieść. W tej chwili nie miało znaczenia to, w jakim stanie opuszczą las. Liczyła się wyłącznie ta chwila. Tu i teraz. Żar i ogień.
Jej wargi na jego skórze parzyły. Zostawiały palące ślady i gdyby spuścił wzrok na swoją pierś to wręcz spodziewałby się zobaczyć tam róż i czerwień. Wypalała w nim swoje znamiona a on jej na to pozwalał, nie zamierzając uciekać od świadomości, że z chwili na chwilę, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc był coraz bardziej jej tak jak ona była jego. W tym momencie przyjmował to z wręcz pierwotną satysfakcją, żądzami, o które by się nie podejrzewał.
To było inne aniżeli wszystko, co do tej pory mieli. Nigdy nie brakowało im ognia, ale w tej chwili całkowicie w nowy sposób przekraczali granice ogłady. Jeżeli to było właśnie to, za czym niektórzy młodzi czarodzieje gonili w lesie w czasie Lithy to...
...nie, nie było tym. Nie musiał się zastanawiać, żeby wiedzieć, że to było wyłącznie ich własne. Dyktowane tym, kim byli. Zarówno z osobna jak i dla siebie nawzajem. Z nikim innym nie pragnąłby tak bardzo zapaść się w paprocie tu i teraz, nie czekać ani chwili więcej. Nie miał najmniejszych oporów przed tym, żeby skopać z siebie wpierw buty a potem rozpięte spodnie, brudząc nogawki, ale nie zwracając na to żadnej uwagi.
Zamiast tego spróbował ściągnąć z niej jej własne spodnie, kolejny raz uświadamiając sobie jak cholernie były niepraktyczne. Opięte, dopasowane, pobudzające jego wyobraźnię przez cały czas odkąd opuścili dom, ale w tym momencie za ciasne, zbyt przylegające.
Musiał wysunąć obie dłonie spod materiału, żeby spróbować rozpiąć guzik, przy czym mimowolnie wydał z siebie bardzo sfrustrowane warknięcie przez zęby, gdy palce zsunęły mu się po gładkiej powierzchni zamiast trafić do celu i zająć się dalszym uwalnianiem ich od resztek garderoby.
Jakimś cudem wreszcie mu się udało, ale buciory. Ciężkie, nieporęczne buty, dla których rozpięcia musiał zdecydowanie oderwać się od dziewczyny, osuwając się praktycznie na kolana i w kilku ruchach poluźniając sznurówki.
Parę sekund później ponownie zamknął ją w ramionach, wpijając się pocałunkiem w wargi Geraldine.
- Płaszcz - wymamrotał w usta Geraldine, nie mając zamiaru się od nich odrywać, ale dłonią pociągając za jej... ...jego ciemnozielony płaszcz, dając dziewczynie do zrozumienia, że powinien wylądować czym prędzej na leśnym poszyciu.
Zaledwie bardzo krótką chwilę przed nimi, co było całkowicie zrozumiałe. Mimo chłodu bijącego od ziemi, która zdążyła już oddać znaczną część letniego ciepła, wcale nie było mu zimno, gdy pociągnął za sobą Geraldine.
Nie tak zgrabnie opadając z nią na płaszcz rzucony bezpośrednio na ściółkę. Przeciwnie. Czuł żar, który mogli ugasić wyłącznie w ten jeden sposób: wyplątując się z wadzących ubrań, zaściełając nimi runo i nie zwracając uwagi na wiele więcej ponad to, co działo się między nimi. Nie przeszkadzała mu twardość ziemi. Skupiał się na miękkości ust swojej Łowczej. Obrysie jej bioder, miękkości piersi, długiej wygiętej szyi, po której bezwolnie ją całował, tym razem rewanżując się za te wcześniejsze pieszczoty i schodząc ustami niżej.
To było coś zupełnie nowego. Pasjonującego i jednocześnie instynktownego, bo to też był ich świat. W tej chwili bezsprzecznie wspólny. Zawsze taki był. Teraz wyłącznie dbali o to, by pierwszy raz nadać mu konkretne znaczenie. Była tu jego pierwszą, miała być również ostatnią. Jedyną, z którą czuł się odurzony atmosferą lasu jak nigdy wcześniej. Jakby był tu po raz pierwszy, napawając się każdym urywanym oddechem. Wdychając rześkie powietrze i zapach piżma, papierosów, czystego pożądania.
Zdecydowanym ruchem pociągnął ją bardziej na siebie, gniotąc jagodowe krzewy pod plecami oddzielnymi od nich wyłącznie cienkim płaszczem. Zatracając się w pocałunku, jednak już nie na tyle, aby nie wyrazić niecierpliwości pomrukiem. Oddał jej kontrolę, zapewnił możliwość polowania, zdobywania, ale nie był cierpliwy. Nie w tym momencie.


RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.10.2024

Las był dla nich od zawsze czymś więcej, niż dla innych ludzi. Zdawała sobie z tego sprawę, może właśnie przez to czuła, że to, co robią jest właściwe, że nie ma w tym nic złego. Zresztą, nawet jeśli wydawałoby się jej inaczej, to pewnie by się tym nie przejęła. Liczył się moment, chwila podczas której zamierzała zaspokoić ich wszystkie potrzeby. Tak, to był główny cel tej wędrówki. Zresztą od początku chyba bardziej istotny od tego podrzędnego, czyli polowania, które zresztą już mieli za sobą. Mogli w końcu przejść do tej bardziej interesującej części, na którą obydwoje czekali.

To nie tak, że ona tego nie czuła, wcześniejsze zachowanie kosztowało ją naprawdę wiele. Zresztą kilka razy wydawało jej się, że pęknie i nie poradzi sobie z trzymaniem swojej żądzy na wodzy. Jakoś jednak udało jej się to opanować. Teraz było zupełnie inaczej, wiedziała, że nie musi tego robić. Mogła w końcu skorzystać z okazji, która się pojawiła.

Ubrania, które mieli na sobie okropnie jej przeszkadzały. Najchętniej po prostu od razu by się w nim zatraciła, ale nie było to możliwe. Musieli pozbyć się niektórych części garderoby, aby w końcu przejść do rzeczy, by sięgnąć po to, na czym aktualnie najbardziej im zależało.

Murknęła nieco rozczarowana, gdy się od niej oddalił po to, aby pozbyć się jej butów. Nie chciała choć na chwilę odrywać się od jego ciała, wiedziała, że było to wskazane, ale zupełnie jej się nie podobał taki rozwój sytuacji. Starała się mu pomóc, ale to wcale nie było takie proste. Nie była to pierwsza taka sytuacja, po raz kolejny złapała się na myśli, że może faktycznie warto byłoby zaopatrzyć się w inne obuwie, jednak, czy właściwie cokolwiek nadawałoby się bardziej do lasu? Nie, raczej nie.

Na szczęście nie trwało to długo, ledwie się obejrzała bowiem Ambroise znowu zbliżał swoje usta do jej i znajdowała się w jego ramionach. To było to, czego potrzebowała w tej chwili, wszystko, cały jej świat. Całowała go bardzo łapczywie, przypadkowo przygryzała to dolną, to górną wargę, ale nie była w stanie zapanować nad tym, co się z nią działo. Nikt nie doprowadzał jej do takiego stanu jak on. Zupełnie traciła nad sobą kontrolę, ale w tej sytuacji jej to zupełnie nie przeszkadzało.

- Mhm. - Odsunęła się od niego na kilka sekund, aby ułatwić mu zdjęcie jego płaszcza, mógł okazać się całkiem niezłym zastępstwem dla koca. Nie, żeby przeszkadzał jej jego brak, mogłaby się aktualnie nawet położyć na mchu, było jej to zupełnie obojętne, najważniejsze, że mogli w końcu dostać to, czego potrzebowali.

Ambroise pociągnął ją za sobą na ziemię, która zdążyła już się nieco ochłodzić po lecie, ale nie wydawało się być to teraz problematyczne. Ciepło które od nich biło jej wystarczało, nie czuła chłodu, wręcz przeciwnie. Jej ciało płonęło wypełnione całą masą bardzo silnych emocji.

Znalazła się na nim, wiedziała czego chce, do czego zmierza. Nie zamierzała być delikatna, zresztą praktycznie nigdy nie była. Nie mogła zapanować nad tym pożądaniem, które zbierało się w niej od momentu, w którym weszli do lasu.

Odchyliła głowę do tyłu, kiedy jego usta dotknęły jej szyi. To było bardzo przyjemne, przez jej ciało przeszły dreszcze. Czuła w tym wszystkim pewną magię, bo nie zdarzyło jej się jeszcze przeżywać tak wiele z kimkolwiek innym. Było to ich miejsce na ziemi, ich ciała miały zaraz połączyć się w jedno, do tego czuła, że ich dusze też są w pewien sposób związane. Wreszcie miała wszystko na wyciągnięcie ręki.

Pociągnął ją do siebie, co zachęciło ją w końcu do tego, aby przejść dalej, zresztą potrzebowała tego już, teraz. Chciała zaspokoić te wszystkie żądze, które wypełniały jej ciało. Nie zamierzała dłużej zwlekać. Pozwolił jej przejąć kontrolę, więc to robiła. W końcu pozwoliła sobie złączyć ich spragnione bliskości ciała w jedno i płynąć ku zaspokojeniu tych pierwotnych potrzeb.

Nie przestawała go całować, aczkolwiek teraz jej usta zupełnie losowo zmierzały po jegi ciele. Dotykała jego szczęki, po chwili szyi, nie zastanawiała się nad tym, chciała poczuć go całego.

Jej dłonie w końcu zastygły na jego szyi, przyciskała go mocno do siebie, jakby nie chciała wypuścić go z rąk, chociaż przecież nie było to możliwe, bo znajdowali się na runie leśnym.

Nie przymknęła oczy nawet na moment, chciała widzieć jego wzrok, pełen pożądania, zresztą jej spojrzenie musiało wyglądać podobnie. Pa­trząc na niego, widziała ich, razem. Wszystkie jutra i kolejne lata i okropnie jej się to podobało.




RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.10.2024

To było ich. Tylko ich dwojga. Łono natury, las skąpany w promieniach słońca, cichy szum wiatru przerywany przyspieszonymi, urywanymi oddechami i instynktownymi pomrukami. W tym momencie jak nigdy wcale nie potrzebowali znaczących spojrzeń ani słów. Byłyby całkowicie zbędne. Może wręcz nie na miejscu w okolicznościach, w których się znaleźli posuwając się dalej niż wcześniej. Do stworzenia nowego wspólnego wspomnienia, które mogli żarliwie wspominać w nadchodzące długie jesienne noce już nie na miękkim mchu a na skórach przed kominkiem.
Nie próbował szukać dla tego określenia ani zastanawiać się nad tym, co sprawiało, że z nią zawsze czuł się jednocześnie tak, jakby to była ich pierwsza chwila i jakby byli ze sobą niezliczoną ilość razy, potrafiąc bezwiednie odczytać wszystkie swoje pragnienia, spełniając je bez wstydu i ograniczeń.
Kierowało nim niezaprzeczalnie odurzające wrażenie jedności. Ze sobą nawzajem i z otoczeniem, bo ono także zaczęło zyskiwać dla nich nowe znaczenie. Jeszcze nigdy nie łączył z nikim tej części swojej natury. Zawsze podświadomie uważał to za własną świętość, której znaczenia nie pojąłby nikt inny. Nie w taki sposób, w jaki chciałby się tym dzielić. Tymczasem teraz to przychodziło instynktownie. Nie było ani nienaturalne, ani obce. Nie było wymuszone, wciśnięte w jakiekolwiek sztywne ramy.
To było coś wyjątkowego, co nie zdarzało się wiele razy w życiu. Nawet w ich świecie, w którym działy się różne niewytłumaczalne rzeczy, instynktownie zaprzeczyłby, gdyby ktoś go spytał, czy to było wyłącznie pożądanie.
Nie ten konkretny moment. Nie. Nie z nią. Świadomość, że mogli powtarzać to tyle razy, ile pragnęli pełniła rolę tej dodatkowej osłody, ale nie ona decydowała o tym, że Ambroise uznawał to za coś jedynego w swoim rodzaju.
W sekundy tworzyli lata, dekady wypełnione poczuciem spełnienia, bliskości. Czegoś, czego nigdy nie spodziewał się zasmakować w życiu a teraz nie wyobrażał sobie kiedykolwiek tego stracić, wypuścić z dłoni. Obecnie tak niespokojnie błądzących po ciele jedynej osoby, która potrafiła zagarnąć go po prostu będąc. Nie potrzebował nic więcej od tego, by była.
Zawsze sobą. Teraz niepokorną i dziką, porwaną przez pierwotne pragnienia, pokazującą mu swoją dotychczas nieznaną stronę, która gdzieś tam przebijała się wcześniej we wszystkim, co robili, ale jeszcze nigdy nie przejęła kontroli tak jak to się stało teraz. Czuł nieopisaną satysfakcję wyciągając to z niej właśnie tu w tym miejscu.
Pomruk rozczarowania, jaki doszedł do jego uszu sprawił, że uśmiechnął się pod nosem z cieniem przekornej satysfakcji. W innych okolicznościach mógłby przedłużyć chwilę, w której przykucał przy niej na kolanach. Wyłącznie po to, żeby zrewanżować się za tamte długie minuty, kiedy intencjonalnie doprowadzała go do szaleństwa, rozpalając w nim żar a potem rozmyślnie przyduszając narastający płomień w taki sposób, że nie mógł nic na to poradzić.
Wiedział, że cokolwiek by zrobił (a niewątpliwie miał ochotę zrobić wiele, nawet tego nie ukrywając), nie doszłoby między nimi do niczego na miarę właśnie tej chwili. Nie. To musiało mieć swój czas, by oczekiwanie przyjęło inny wymiar. Słodycz podbita wcześniejszą goryczą teraz przyjemnie rozlewała się po ciele palącym pod wpływem dotyku.
Nie liczyło się wiele nad to, by nasycić głodne oczy widokiem jej odsłoniętego nagiego ciała i włosów spływających na pełne piersi. Zanim jeszcze opadli na ziemię spleceni w pocałunkach, jednym ruchem rozpłatał frotkę trzymającą kaskadę pukli w ryzach. Osunięcie się na zrzucony na ziemię płaszcz niemalże załatwiło za niego całą resztę, a gdy Geraldine wygięła szyję pod naciskiem jego warg reszta splotu wreszcie puściła, otulając twarz mężczyzny zapachem nieodmiennie kojarzącym mu się z domem, jego jedyną świętością wyznawaną każdą komórką ciała.
Przesunął palcami po jej karku, wplątując je we włosy, odpowiadając ponownym przyciągnięciem Geraldine do swoich ust i kolejnym pogłębionym pocałunkiem zagarniającym resztki uwagi. Rozgorączkowanie było nieuniknione, ale musiało wreszcie znaleźć znacznie lepsze ujście niżeli w nieukierunkowanych, chaotycznych pieszczotach. Jego własne ruchy odzwierciedlały tę samą lubieżność i nienasycenie, ale nie przynosiły upragnionego spełnienia, nie przekraczając tej cienkiej granicy, którą oboje byli już chyba gotowi przekroczyć.
Wystarczyło jedno przeciągłe, pożądliwe spojrzenie, żeby nie powstrzymywać się dłużej przed sięgnięciem po to, co sobie dawali. Dostrzegał to w oczach dziewczyny - tę samą pasję, bezgłośny podszept pchający go do kolejnego zdecydowanego pociągnięcia jej na siebie. Tym razem już w kierunku złączenia ich ciał ze sobą, zaspokojenia potrzeby bycia z nią tu i teraz w najczystszej fizycznej formie.
Oparł dłonie na jej biodrach, instynktownie wpijając palce w miękką, rozgrzaną skórę, stanowczym ruchem podpierając ją w górze przez kilka nazbyt długich sekund zanim nie opadła na niego z przeciągłym pomrukiem, kołysząc się w sposób przyprawiający go o wrzenie krwi w żyłach.
Nie potrzebowali wiele, by odnaleźć wspólny rytm, język ciał spragnionych siebie nawzajem. Pomimo oddania kontroli, nie potrafił nie zaciskać dłoni na brzegach jej ud, cały ten czas utrzymując intensywny, bezwstydny kontakt wzrokowy. Wyłącznie od czasu do czasu przerywany pożeraniem spojrzeniem reszty ciała Geraldine. Znanego tak dobrze, ale nadal niesamowitego w tym, co z nim robiło.


RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.10.2024

Właściwie to było całkiem odpowiednie zakończenie ich pierwszego, wspólnego lata, a może przywitanie pierwszej oficjalnej jesieni. Sama nie wiedziała, która opcja była lepszą. Najważniejsze jednak było, że nie mieli żadnych oporów, aby sięgnąć po to, czego potrzebowali.

To, że znajdowali się w miejscu, które dla każdego z nich wiele znaczyło tylko zwiększało wartość tego zbliżenia. Nie znali granic, kiedy znajdowali się obok siebie nie było takich, których nie byliby w stanie przekroczyć. To było niesamowite. Siła, która ich do siebie przyciągała była ogromna, niezaprzeczalna, nie dało się z nią walczyć. Yaxleyówna nigdy nie czuła z nikim takiego połączenia. Cieszyła się, że zaistniało w jej życiu, bo docierało do niej właśnie ile traciła nie posiadając go wcześniej.

Czuła w tej sytuacji pewien mistycyzm, przytrafiła im się po prostu chwila, którą postanowili wykorzystać, odpowiedni moment w czasie i przestrzeni. Nie sądziła, aby prędko byli w stanie powtórzyć to doznanie, bo było zbyt silne. Las, który ich otaczał dodawał temu niezwykłą aurę. Nie wydawało jej się, aby była w stanie doznać czegoś podobnego z kimś innym. Należeli do siebie, tak samo, jak należeli do tego miejsca. Było bliskie ich sercom, mimo, że z zupełnie innych pobudek. Trochę, jakby czcili je w wybrany przez siebie sposób, właściwie to w oczach Geraldine nie mogli znaleźć lepszego.

Przepadli w tym, co im się tutaj przytrafiło. Postanowili pozwolić sobie zatonąć we własnych pragnieniach, które musiały zostać zaspokojone, w tej chwili wydawało się być to jedynym, właściwym rozwiązaniem.

Dwa ciała, które bardzo pragnęły swojej bliskości, bez względu na wszystko, dwie dusze, które najwyraźniej były sobie przeznaczone, z czymś takim nie można było walczyć, nie było innego wyjścia, jak poddać się temu, co przygotowało dla nich przeznaczenie.

Geraldine uważała, że to, co się im przytrafiło nie było przypadkowe, zdecydowanie nie. Zazwyczaj lubiła zwalać wszystko na przypadek, w tej sytuacji jednak uważała, że to było coś głębszego. Musieli się spotkać prędzej, czy później, połączyć swoje drogi, los im to zaplanował, bo byli dla siebie stworzeni.

Miała ogromne szczęście, że dostała taką szansę, że mogła się w tym zatracać, cieszyć tym, co ich łączyło. Nie sądziła, że każdy chodzący po ziemi człowiek miał taką możliwość, wręcz przeciwnie, wydawało jej się to bardzo wyjątkowe.

Bardzo szybko zapomniała o cierpliwości, którą jeszcze chwilę wcześniej próbowała wymusić na Ambroisu. Specjalnie jeszcze go podpuszczała, żeby sprawdzić, jak wiele jest w stanie znieść. Teraz to ona nie potrafiła kontrolować swojego ciała, na szczęście nie znęcał się nad nią tak jak ona nad nim przed momentem. Pewnie by sobie z tym nie poradziła. Czuła, że ta pierwotna potrzeba musi zostać zaspokojona jak najszybciej, a przynajmniej tak świadczyło zachowanie jej ciała, umysł już dawno przestał mieć cokolwiek do powiedzenia.

Zupełnie nie odczuwała jesiennego chłodu, który powinien przeszkadzać nagiemu ciału, wręcz przeciwnie, było jej bardzo gorąco, palił się w niej ogień podsycany żarem, który pochodził z wnętrza jej ciała. Nie sądziła, żeby był w stanie zgasnąć, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że już niedługo pochłonie ją w pełni, kiedy wreszcie ich ciała się spotkają.

Właśnie tego pragnęła w tej chwili najbardziej, nie chciała dłużej zwlekać. Na szczęście Ambroise najwyraźniej również był opętany tą samą myślą, w sumie to pragnieniem. Razem zmierzali ku temu samemu. Mieli wspólny cel, który znajdował się na wyciągnięcie ręki, tak właściwie to może nie do końca ręki...

Pocałunki nie były w stanie zaspokoić tego silnej potrzeby, której domagało się jej ciało. Była tego świadoma, dlatego nie zwlekała i po prostu sięgnęła po więcej, zdecydowanie nie zamierzała się w tej chwili ograniczać.

Spoglądała na niego spod przymrużonych powiek, na jej policzkach pojawiły się rumieńce, jej ciało zaczęło nabierać kolorów, charakterystycznych dla tego momentu. Włosy rozwiane wiatrem co chwilę plątały jej się po twarzy, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało.

Skupiona była tylko i wyłącznie na tym, aby dać upust temu wszystkiemu, co wypełniało jej ciało. Zdecydowanie łatwiej przychodziło to wtedy, gdy ich ciała złączyły się w jedno, wiedziała, że niewiele jej trzeba, żeby wreszcie znaleźć spełnienie.

Poruszała się coraz szybciej, nie panowała nad tym, co się między nimi działo już zupełnie. Zacisnęła usta na tyle mocno, że poczuła na języku smak swojej własnej krwi, to nie było jednak istotne. Jej dłonie nie przestawały błądzić po jego klatce piersiowej, chciała czuć pod opuszkami palców ciepło skóry Ambroisa.

W końcu, gdy czuła, że jest bliska sięgnięcia po wszystko na czym jej zależało nachyliła się ponownie ku jego twarzy, aby złączyć ich usta w kolejnym pocałunku, tym razem miał być on zwieńczeniem ich wspólnej gonitwy ku osiągnięciu pełnej satysfakcji z tego zbliżenia na łonie natury. Jej ciało drżało, z gardła wyrywał się pomruk nad którym zupełnie nie panowała. Przygryzła tym razem jego wargę opętana nadchodzącym spełnieniem. Zacisnęła dłonie mocniej na jego barkach.  Czuła, że ogień wypełniający jej ciało jest coraz silniejszy, jeszcze moment, a faktycznie się spali.