Secrets of London
[14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=4111)

Strony: 1 2 3


RE: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 31.10.2024

Wiedziała, że on wie. Nie chodziło jej o to, aby wzbudzać w nim jakieś poczucie winy, że nie pozbył się ich od razu. Nie o to jej chodziło. Zupełnie. Rozumiała dlaczego postąpił tak, a nie inaczej, naprawdę. Wiedziała jednak, że ten problem nie zniknie i będzie nadal ich dotyczył. Kto wie na jaki pomysł wpadną tamci wkurwieni przez to, że ich przegonił, że z nimi walczyli, że przeszkodzili im w tym, co mieli zamiar zrobić.

Byli w tym razem, czy tego chciał, czy nie. Odmówił jej jednak bycia nauczycielem, więc spodziewała się, w jaki sposób chce to załatwić, nie sądziła bowiem, że zostawi ten temat. Odusnie ją od tego, była niemalże pewna, że tak się wydarzy. Z drugiej strony, czy powinna mu się dziwić i tak już wystarczająco namieszała.

Czuła, że nie będzie to sprawa, którą przyjdzie im się zająć razem, podczas tych lat, które spędzili u swojego boku zdarzało się to już wcześniej. Nie we wszystko chciał ją angażować, nie, żeby jej się to podobało, ale zgodziła się na to dawno temu i pogodziła się z tym, że tak po prostu jest. Nie zamierzała aktualnie odwracać całego ich życia do góry nogami sugerując, że to nie jest coś, czym powinien zajmować się sam. To zadziwiające, że tak łatwo przyszło jej rezygnować przy nim ze swojej zaciętości, której nie brakowało jej w innych przypadkach, tutaj jednak akceptowała wypracowany kompromis, to chyba nawet nie do końca był kompromis.

Zaczynała myśleć trochę za dużo. Pojawiały się wątpliwości, które nigdy nie powinny się pojawić, które powinny zostać zakopane bardzo głęboko. Teraz zupełnie niepotrzebnie się nad tym wszystkim zastanawiała. Tak naprawdę mógłby od niej odejść, gdyby tylko miał na to ochotę, bo przecież może i tworzyli to wszystko razem, budowali swój świat, ale oficjalnie byli tylko parą, może wszyscy to wiedzieli, ale tkwili w tej relacji już tyle lat, że gdyby miał chęć to mógłby zrobić z tym coś więcej. Może nie bez powodu tego nie robił? Może nie był do końca pewny tego, czy faktycznie to ona była osobą z którą chciał spędzić całe życie, niby nie dawał jej ku temu wątpliwości, a jednak zaczęły się pojawiać. Pojawiały się w tych chwilach, kiedy coś nie szło po jej myśli, kiedy wiedziała, że popełniła błąd.

Nie czuła, że to w jej gestii leży poruszanie tego tematu, bo niby rozmawiali o wszystkim, co ich martwiło, jednak tutaj zdecydowanie nie chciała naciskać, nie chciała, żeby czuł, że to ona tego wymaga. To nie powinno wyglądać w ten sposób. Łapała się czasem na tych myślach, że może nie jest wystarczająca i nie może mu dać tego wszystkiego, czego potrzebuje, bo musiał istnieć jakiś powód, dla którego dalej wyglądało to tak, a nie inaczej. Musiał. Na pewno jakiś był.

Nie chciała jednak teraz skupiać się na tym, to nie był odpowiedni moment. Musiała dojść do siebie, wyjść z Munga i jakoś wrócić do codzienności, do tego co mieli. Odnaleźć się w tym nowym porządku, bo wiedziała, że raczej nie będzie, jak dawniej. Nie po tym, co od niego usłyszała, nie po tym co zrobiła.

- Nie zamierzam, będę grzeczna. - Cóż, nie było w tym nic dziwnego, że zwrócił jej na to uwagę. Akurat po niej można było się spodziewać wszystkiego, szczególnie w szpitalu. Gdyby nie to, że była dziewczyną uzdrowiciela to pewnie już dawno byłaby poza tym łóżkiem, uciekłaby stąd bez słowa, tak to jednak miała w sobie nieco ogłady i nie chciała sprawiać mu problemów, więc potulnie leżała w tym szpitalnym łóżku, chociaż czuła się trochę jak w klatce. Jasne, zdawała sobie sprawę, że to dla jej dobra, aczkolwiek nie do końca to akceptowała.

Oczywiście, że wiele by dała, żeby wyjść stąd dzisiaj, wiedziała jednak, że sprawy mogą się potoczyć różnie. Mogli chcieć sprawdzać, czy faktycznie miewa się dobrze. Nie czuła się jakoś najgorzej, ciało nie bolało jej wcale, ale psychika trochę jej siadła po tym wszystkim. Nie sądziła, żeby udało jej się zrobić z tym cokolwiek w tym miejscu. Chciała znaleźć się w domu.

- Stąd? - Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Nie służyła im ta cisza, nie chciała, żeby pozostawało w nich to dziwne uczucie, rozczarowanie? Sama nie wiedziała, jak je nazwać. Chciała, żeby było jak wcześniej, jakby nie stało się nic nieodpowiedniego.

- Czy mógłbyś się do mnie po prostu przytulić? - To było to, czego chciała, czego potrzebowała. Zapytała jednak o to bardzo niepewnie, jakby sama nie wiedziała, czy w ogóle zasługuje teraz na taką banalną rzecz, na głupi gest, którego naprawdę pragnęła.




RE: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 31.10.2024

Przez lata nie kwestionował tego, co oboje wiedzieli. Zarówno w teorii jak i w praktyce wielokrotnie przekonał się, że najlepsze rozwiązania przychodziły im wspólnie. Mimo długo i starannie pielęgnowanych obiekcji, nie mógł zapierać się przed oczywistością, jeśli miał ją tuż przed twarzą. Nie patrzył na czubek swojego nosa. Od dawna tego nie robił.
Szczególnie, że zazwyczaj sytuacja stawała się znacznie łatwiejsza dzięki temu, że dźwigali ten ciężar wspólnie, nie musząc pilnować każdego aspektu, nie mając potrzeby oglądania się przez ramię, mogąc skupić się na najlepszym wyniku podejmowanych działań bez obaw, że ktoś wbije im nóż w plecy.
Ufał jej. Może nie obecnie jej osądom, ale we wszystkich innych aspektach w dalszym ciągu miał do niej pełne zaufanie. Z tym, że tu nie chodziło o to czy wierzy Geraldine. Nie miał zbyt wielu wątpliwości, że sytuacja szybko zrobi się paskudna. Chciał, żeby to było na jego zasadach. Jednocześnie z tym, aby po wszystkim mogli na siebie nawzajem patrzeć bez poczucia, że odebrano im także tę cząstkę świętości.
A nie wierzył, że będzie w stanie zachować się lepiej niż poprzednio. Wręcz przeciwnie - prawdopodobnie miało być gorzej, bo teraz już zdawał sobie sprawę z tego, że w tym całym szaleństwie jest metoda. Ta, z której skorzystał raz i której miał użyć kolejny. Hamulce puściły. Nigdy nie były silne, zawsze był porywczy, ale w tym momencie przekroczył jakąś niepisaną granicę, nie czuł się z tym źle, ale go to zmieniało. Nawet w tej chwili czuł się zupełnie inaczej z myślą, że jest w stanie bronić ich lepiej niż Ministerstwo, Brygada Uderzeniowa, Aurorzy.
Z tym, że nie chciał przenosić tego w uświęconą sferę domu a Rina dla niego w niej była. Nie miał problemu z angażowaniem jej w wiele tematów. Na przestrzeni lat trochę rozmyli niektóre granice. Rozmiękczyli strefę prywatności zleceń, ale nie siebie. Dzięki współpracy byli wręcz bardziej skuteczni. Trwalsi i twardsi.
Nie wyobrażał sobie, że mogłoby być inaczej. To była ta nowa rzeczywistość. Mieli swoją rutynę, przyzwyczajenia, nawyki. Tworzyli dom, dwuosobową rodzinę. Dbał o to bardziej niż o cokolwiek innego i wiedział, że ona również (tak, nawet teraz, gdy warczał, że traktuje go mniej poważnie od mugolaków), co było najlepszym możliwym układem sił.
Wpływali na siebie nawzajem, nie było wątpliwości, że to układ na całe życie. Trwalszy od wielu znanych mu aranżowanych małżeństw i formalnych związków. Nawet nie dostrzegł, kiedy przeszedł z tym do porządku dziennego typowego właśnie dla tych oficjalnych par. Nigdy nie przykładał zbyt dużego znaczenia do papierków i publicznych deklaracji. Stawiał na czyny i te prywatne gesty oraz rzadziej słowa.
Wpadł w pułapkę przyzwyczajenia? Dłuższy czas nie myślał o tym, że to możliwe. Raz na samym początku poruszyli ten temat. Określili się, żadne z nich nie naciskało na konwencjonalną drogę. Nie marzyły im się wielkie fety. Od tego czasu niewiele uległo zmianie, prócz tego, że ustabilizowali swój związek. Instynktownie przyjmował, że skoro to działa to nie muszą kłopotać się dla rozrywki obcych osób.
A potem przeszło mu przez myśl, że może jednak powinni? Nie dla obcych a dla siebie, bo to mogło być całkiem satysfakcjonujące. Następne posunięcia były jasne. Nie zajęły mu zbyt długo, skoro już zaczął być tego świadomy. To miała być kwestia czasu.
Aż do tamtego dnia i wszystkich kolejnych po orędziu. Odsunął to w czasie z uwagi na potrzebę podejmowania decyzji o istotniejszych, bo bliższych posunięciach. Chyba postąpił krótkowzrocznie, ale to nie był czas na weryfikowanie tego ani próby odkręcania. Ponownie mieli znacznie poważniejsze sprawy na głowie. Zagrożenie było jawne i bardzo rzeczywiste.
Sami je na siebie sprowadzili. Teraz żrąc się zamiast przyjąć wspólny front. Znowu bardzo słaba zagrywka. Zreflektował się po czasie. Miał do tego nieuświadomione tendencje.
- Mhm - mruknął, kwitując to kiwnięciem głową.
To chyba było coś, czego powinna od niego oczekiwać. Wbrew pozorom nie sprawiało mu satysfakcji odbijanie wszystkich próśb i uwag, które miała wobec niego. Już dawno przestał czuć potrzebę podkreślania swojej niezależności. Niezależnie od sytuacji miał spróbować zachować się zgodnie z oczekiwaniami, przynajmniej na tyle na ile mógł. Nie zawsze to było możliwe, ale częściej niż rzadziej robił to, o co go prosiła lub mu sugerowała.
Był uparty, ale nie do przesady. Nie w przypadku ich relacji. Miała u niego wyjątkowe względy. Był tego świadomy, dawno temu pogodził się z tym i przestał walczyć o wygraną, która tak naprawdę nie byłaby zwycięstwem tylko głupotą krzywdzącą ich oboje.
Pochylił się, żeby rozsznurować buty, bo mimo wszystko nie chciał przeginać. Z doświadczenia wiedział, że można było przymknąć oko na naprawdę wiele. W tym na władowanie się na pościel. Szczególnie w takich sytuacjach, w których to mogło być całkiem usprawiedliwione.
Przynajmniej on byłby w stanie to usprawiedliwić I tym razem wcale nie z uwagi na to, że go to dotyczyło bezpośrednio. Machał ręką na podobne przypadki, dopóki miał pewność, że to niczego nie pogorszy. Pod tym kątem był bardzo tolerancyjny, raczej niekonfliktowy, o ile ktoś nie przesadzał z korzystaniem z przymykania oka.
On nie miał takiego zamiaru. Dostatecznie nadużył swoich wpływów, choć w żadnym momencie nie miał przez to wyrzutów sumienia. Każdy postąpiłby dokładnie tak samo, gdyby miał podobne możliwości a ci, którzy najgłośniej krzyczeli, że by tego nie zrobili zazwyczaj byli pierwszymi do nadmiernego używania władzy.
Wolniej niż to było wskazane, bo chyba kupował sobie tym trochę czasu na uspokojenie rytmu serca, zsunął wysokie buty i ściągnął wierzchnią koszulę. Strzepał ją jednym ruchem, zawiesił na oparciu krzesła, które zajmował przez tyle czasu, że niemal do niego przyrósł.
Po czym bez słowa przysiadł na brzegu łóżka, podciągając się dalej z nogami na pościeli. Instynktownie rozciągnął się przy samym brzegu wąskiego materaca, z którego mógłby spaść, gdyby nie wsunął ramienia pod poduszkę pod plecami dziewczyny, obejmując ją zgodnie z prośbą.
Zajęło mu kilka chwil, żeby się odezwać. Nie zrobił tego od razu. Wpierw przegarnął jej jasne, trochę splątane kosmyki spod pleców na ramię, żeby nie pociągnąć za nie przypadkiem, bo było niewiele miejsca.
- Przepraszam - mruknął we włosy Geraldine, opierając policzek o jej policzek i oddychając powoli, znacznie bardziej miarowo.
Chyba rzeczywiście potrzebował usłyszeć to pytanie, wyjątkowo nie biorąc go za opcję do wyboru (iść czy zostać, objąć ją czy pokręcić głową) tylko za upomnienie, ale właściwe, bardzo na miejscu.
W dalszym ciągu potrafiła go sprowadzić na ziemię. Mimo, że nie szanował jej nieracjonalnych decyzji to wywoływała w nim jego własną odpowiedzialność. Przecież wcale nie chciał zachowywać się, jakby świat już się skończył i wszystko było stracone. Nie było. Tym razem udało im się uniknąć najgorszego. To nie oznaczało, że jest dobrze. Po prostu nie tak źle, żeby nie móc się z tego otrząsnąć.
Niezależnie od tego, co się stało, potrafił odpuścić w chwilach, w których kiedyś całkowicie niepotrzebnie upierałby się przy postępowaniu w zgodzie z jakąś zacietrzewioną, pokazowo chłodną postawą. Nawet taką, której nie wyrażał w głębi duszy.
Nie musiał do końca dnia emanować złością. Szczególnie, że to nazbyt długie milczenie sprawiło, że był bardziej rozbity i rozstrojony, ale nie kierował już tego w stronę Riny. Temat nie umarł śmiercią naturalną. Po prostu został odsunięty na czas nieokreślony. Przynajmniej do momentu, kiedy będą musieli ponownie porozmawiać, bo problem był zbyt poważny, żeby go przemilczać.
Zresztą umówili się, że nie będą tego robić. To powinno szczególnie dotyczyć takich kwestii jak ta. Prawdopodobnie nie istniało nic w znacznie większym stopniu wymagającego rozmowy. Tym razem przeprowadzonej we właściwy sposób. Przynajmniej łudził się, że tak będzie.
- Poniosło mnie - miał wrażenie, że powinien to powiedzieć, nie wyjaśniając, którą sytuację ma na myśli, bo tak właściwie chodziło o obie.
Całe dwanaście godzin. Może nawet więcej, bo nie mógł stwierdzić, która jest godzina. Teoretycznie wystarczyło spojrzeć na zegarek, ale nie chciał odrywać się od ukochanej, którą ciasno obejmował, bezwiednie gładząc ją po ramieniu.
Nie wątpił, że zostanie odebrany prawdopodobnie w najbardziej przenikliwy sposób jaki istnieje. Tym bardziej nie próbował ubrać tej myśli w słowa, których nie miał.
- Tylko w ostateczności - westchnął ciężko. - To nie jest kategoryczne nie, ale tylko w ostateczności - jeśli nie będzie żadnych innych możliwości, nie chciał kiedykolwiek przeprowadzać takiej rozmowy, bo to znaczyłoby, że nie ma zbyt wiele nadziei na lepsze jutro.


RE: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 31.10.2024

Trochę bała się tego, że odrzuci jej prośbę, że wyjdzie za drzwi, że zostawi ją w tych pustych, szpitalnych ścianach. Zdecydowanie tego nie chciała. Nie chciałą czuć się samotna. To było ostatnie, czego aktualnie potrzebowała. Tym bardziej po tej rozmowie, którą mieli za sobą, zresztą niedokończoną.

Chciała mieć pewność, że nadal będzie przy niej trwać, bez względu na to, jak głupio się nie zachowała. Potrzebowała jego obecności, jego ciepła, niczego więcej.

To nie była ich pierwsza kłótnia, przy ich charakterach one zdarzały się dość często, ale dawno nie czuła takiej goryczy po tym, co się wydarzyło. Żal dotyczył przede wszystkim jej samej, jej zachowania, durnych decyzji, które podejmowała. Nie chciała być osobą, która zniszczy to, co budowali przez te wszystkie lata, a czuła, że właśnie tak się może zdarzyć. Bała się o to, że może go kiedyś stracić, to był chyba jej największy lęk. Nie straszni jej byli śmierciożercy, potwory, tylko to, że obudzi się kiedyś, a go nie będzie po drugiej stronie łóżka. To byłaby jej klęska, wiedziała o tym. Nie mogła więc pozwolić sobie na to, aby znowu doprowadzić go do takiego wkurwienia, nie chciała, żeby się o nią martwił. Nie chciała, aby przejmował się jej losem, nie zamierzała powtórzyć swoich błędów. Będzie musiała znaleźć na to wszystko jakąś metodę, która faktycznie się sprawdzi.

Miała świadomość, że był to dopiero początek, że wojna ledwie się rozpoczęła, nie przywykli do tego do końca, ale wypadałoby, aby się z tym oswoili. Musieli odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości. Nie było innego wyjścia, powinni przygotować się na najgorsze, a nie żyć w swojej bańce, bo tak się nie dało.

Ulżyło jej kiedy się wrócił. Gdy zmierzał w kierunku tego łóżka. Może wcale nie było tak źle jak się jej wydawało.

Czekała, aż wreszcie znajdzie się tuż obok niej, obejmie ją ramieniem i będzie mogła faktycznie poczuć jego obecność. Potrzebowała tego bardziej niż wszystkiego innego. Do tej rozmowy bedą musieli wrócić, miała tego pewność, aczkolwiek nie chciała tego robić w najbliższym czasie. Potrzebowała odpoczynku, zresztą wydawało jej się, że mu również było to potrzebne. Nie wyglądał najlepiej, zresztą siedział tutaj najprawdopodobniej wiele godzin czekając aż ona się obudzi. Nie pamiętała, kiedy właściwie zasnęła, czy straciła przytomność, ani jak się tutaj znaleźli. Wczorajszy wieczór dosyć mocno jej się rozmywał, bo nie panowała nad tym, co działo się wokół niej. To nie było przyejmne uczucie, utrata świadomości, brak kontroli, wiedziała, że nie chce tego powtórzyć.

Przesunęła się na brzeg materaca, aby zrobić mu chociaż odrobinę więcej miejsca. Nie ma się co oszukiwać warunki były raczej średnie, aczkolwiek cieszyła się, że postanowił do niej dołączyć. Mogłaby chociaż na chwilę zapomnieć o tym, co się wydarzyło.

Przymknęła oczy dpiero wtedy, gdy znalazł sie tuż obok niej, kiedy poczuła jego ciepło przy swojej osobie, kiedy zbliżył swój policzek do jej twarzy. Wtedy całkowicie uszły z niej te wszystkie negatywne emocje, które ją wypełniały. Dokładnie tego potrzebowała, zresztą za każdym razem, gdy coś się pierdoliło w jej życiu było na to tylko jedno lekarstwo - on. Jego obecność. Nie potrzebowała niczego więcej, aby mieć pewność, że jakoś się ułoży. Byli w tym razem, mogli na siebie liczyć, co by się nie działo. Powinna o tym pamiętać, stali po tej samej stronie przeciwko wszystkim innym, razem byli przecież niezwyciężeni. Jak mogła o tym zapomnieć?

Nie oczekiwała przeprosin, wiedziała, że zasłużyła na to, aby wypowiedział te wszystkie słowa. Nie była ślepa, widziała, że to wszystko było jej winą. Nie powinien traktować jej ulgowo tylko dlatego, że to ona leżała teraz w tym szpitalnym łóżku - stało się to przecież na jej własne życzenie.

Cieszyło ją jednak, że mieli za sobą te pierwszą, dosyć trudną konfrontację. Jakoś udało im się przy tym nie pozabijać, więc wcale nie było tak źle, jakby się mogło wydawać, znaczy dobrze też nie - bo właściwie to nic nie wymyślili, do niczego nie doszli, ale mieli na to jeszcze czas. Zawsze udawało im się znajdować odpowiednie rozwiązania, tym razem nie mogło być inaczej, tylko potrzebowali odpoczynku, wypadałoby złapać oddech po tej nie do końca lekkiej dla ich dwójki nocy. Nie byli w najlepszej formie. Zdecydowanie.

Ułożyła się wygodnie, oplotła nawet nogami jego ciało, aby jeszcze bardziej się do niego zbliżyć, chciała czuć tę bliskość jak najbardziej, wczepić się w niego, przykleić do tak bardzo, jak tylko się dało.

Nie zamierzała komentować jego słow, nie oczekiwała tych przeprosin, nie był jej ich winny, naprawdę było to zupełnie niepotrzebne, miała świadomość, że to ona tym razem zawiodła. Nie dziwił jej jego wybuch, wręcz przeciwnie, dobrze, że dał upust emocjom, przynajmniej wiedziała, że faktycznie było tak, jak zakładała.

Zamierzała się teraz skupić na spokojnym oddechu tuż przy jej twarzy, dzięki temu całkowicie mogła ochłonąć, czuła spokój, którego potrzebowała.

Dotarły do niej jego kolejne słowa, nie mówił jej nie, nie całkowicie, droga nie była zamknięta, gdyby faktycznie było źle, to będzie mogła skorzystać z jego pomocy. Może nie było to szczególnie pocieszające, ale zawsze pozostawało jakąś opcją. Najlepiej, aby nigdy nie musiała z niej korzystać - tego była świadoma, aż za bardzo, szczególnie po jego pierwszej reakcji.

- Wszystko będzie dobrze. - Powiedziała jeszcze szeptem, po czym nie mówiła już nic. Trwała po prostu w tym, co mieli teraz razem, pozwoliła sobie odpłynąć na chwilę gdzieś daleko, z dala od tych wszystkich problemów, które zaczęły ją trochę za mocno naciskać.


Koniec sesji