![]() |
|
[01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4207) |
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.11.2024 Nie powinni tu wracać, nie powinni tu przychodzić, nie powinni, ale nie umiał inaczej. Nie po tym wszystkim, co wydarzyło się zeszłego wieczoru. Nie, gdy ściskali swoje dłonie tak jak to zawsze robili, szukając w sobie wzajemnie oparcia. Nie od tamtej chwili w jaskini, kiedy tak bardzo się o nią przestraszył, dostrzegając rozmazaną runę na czole Geraldine i słysząc bezcielesny głos odbijający się echem od ścian. Mogli tam zginąć. Zostać pogrzebani już na zawsze, nigdy więcej nie zobaczyć bladego światła poranka. Wszyscy tak samo narazili się po to, by to zakończyć, ale w żadnym momencie tamtej nocy Ambroise tak naprawdę nie dbał o siebie. Może był egoistą, hipokrytą, człowiekiem, który w pierwszej kolejności zawsze stawiał siebie na piedestale, ale nie w przypadku tej jednej osoby. Nie przy Rinie. Zawsze była dla niego najważniejsza. To nigdy nie miało się zmienić, nawet jeśli tak bardzo starał się utrzymać pozory, że nic już ich ze sobą nie łączy. Nie chciał rozdrapywać tych ran bardziej niż to konieczne. Dbał o nią, chciał, by była bezpieczna, ale nie śmiał oczekiwać niczego więcej, bo przecież w tym wszystkim tak naprawdę niewiele się zmieniło. Podjął słuszną decyzję, choć tak cholernie bolesną, ten rok mu to udowadniał. Nie chciał litości, nie pragnął wybaczenia, nie miał czuć ulgi. Poza tym przecież aż nazbyt boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, jakie złudne byłyby jego nadzieję, że mogą tak po prostu spróbować ponownie. Pozbyli się Doppelgangera, ale to nie Doppelganger stał pomiędzy nimi. A jednak kiedy nadarzyła się okazja, by zniknąć z tamtego przeklętego miejsca, zrobili to wspólnie jak tyle razy wcześniej. Odeszli stamtąd razem w to jedne miejsce, które wydawało się właściwe, bo kiedyś należało do nich. Miało być ich bezpieczną ostoją. I było? Jeszcze na kilka chwil mogło pomóc podtrzymać złudzenia? Ostatnie chwile we wspólnym domu były jak przygnębiający sen, z którego nie mógł się obudzić. Jednocześnie były też jak senne marzenie, w którym pragnął z nią trwać. Jak dwa skrajne wrażenia jakimś cudem składające się w jedno. Nachodziły na siebie sprawiając, że to, co robili było tak właściwie niewłaściwe. Dokładnie tak jak to, że ich ostatnie spotkanie miało mieć miejsce w tym samym domu, w którym rozstali się z końcem wiosny siedemdziesiątego pierwszego. W miejscu, w którym wcześniej przez lata dzielili chwile radości, smutku i miłości. To te ściany były świadkami ich wzlotów i upadków. To tu odkryli siebie nawzajem wtedy w tamten majowy weekend, budując wspólne marzenia. Teraz jednak ten dom stał się pustym miejscem, w którym pozostały jedynie echa minionych dni. Byli w nim jak duchy. Widma przeszłości, ale nie przyszłości. To było takie bolesne, wiedzieć, że wszystko, co zbudowali, teraz zanika, że zamienia się w echo dawnych czasów. Nie potrafił uwierzyć, że to, co kiedyś tworzyli, teraz w niecały rok nieomal rozpadło się w pył. Przecież tak dobrze pamiętał tamte ostatnie chwile spędzane na zewnątrz, gdy śnieg w dalszym ciągu spoczywał na trawniku a lodowate powietrze wdzierało się w płuca. Teraz jednak powietrze było ciężkie od smutku, a zamiast radości, czuł jedynie chłód pustki. Ostatni raz spędzali ze sobą czas w ich wspólnym domu, w łazience z widokiem na morze i kawałek ogrodu, w miejscu, które niegdyś tętniło życiem i miłością, teraz zniszczone i zarośnięte. To nie tak, że o to nie walczyli. Miesiącami prowadził tę cichą walkę. Próbował tego nie zniszczyć, znaleźć wyjście z sytuacji. Szukał odpowiedzi, usiłował być dla niej tym samym człowiekiem, który przysięgał jej, że będą ze sobą na zawsze. Po prostu nim się spostrzegł, wyczerpał wszelkie możliwości. Nie było dla nich nadziei. Nie chciał tego, ale musiał się z tym zmierzyć, choć czy kiedykolwiek tak naprawdę się z tym pogodził? Nie, nic nie musiał. Nawet odnajdywać spokoju po tej małej śmierci, jaką wtedy przeżył. Teraz zamknął jej dłoń w swojej. Ta chwila była jak złudne marzenie, które miało trwać wiecznie, a które było jednocześnie tak ulotne. Samotność, którą Ambroise świadomie wybrał, teraz krzyczała w jego umyśle. Po wszystkim, co przeżyli razem, po każdym uśmiechu, gestach i obietnicach, które wygłosili, odszedł. To było tak dawno temu, jednocześnie teraz znowu się dziejąc. Wszystko, co kiedyś budziło w nim radość, teraz przytłaczało go jak ciężki kamień spoczywający na jego piersi. Nie było dla nich powrotu i choć rozumiał, że jej decyzja o układaniu sobie życia u boku kogoś innego, kogoś właściwego była konsekwencją jego wyborów, nie potrafił powstrzymać fali żalu i tego palącego rozgoryczenia. Lata ich życia, pasje, które dzielili, śmiech, który był ich codziennością... ...wszystko to teraz wydawało się odległe jak bajka, której nigdy nie dane im było przeżyć do końca. Choć może ich koniec w dalszym ciągu tam był, tylko po prostu nie taki jaki zakładali? Nie mieli mieć swojego szczęśliwego zakończenia. Kolejny raz, tym razem ostateczny zamykali ten rozdział. Z każdym dotykiem, spojrzeniem, uściskiem dłoni zbliżali się do siebie, ale jednocześnie się od siebie oddalali. To było nieodwracalne. Powinien był walczyć, powinien był usilnie dążyć do naprawy tego, co się zepsuło, ale zamiast tego zamykał ich w tej jednej chwili, myśląc, że może tak będzie lepiej. Dzięki temu mogli udawać, szczególnie, że miał wrażenie, że ona też tego chciała, pokazując mu, jak bardzo oboje tego potrzebowali. Byli tu razem, zamknięci w chwili z przeszłości mającej miejsce w teraźniejszości, ale bez przyszłości. Nie mógł cofnąć czasu, nawet nie chciał tego dłużej rozważać. Pewne rzeczy sięgały zbyt daleko, za głęboko, żeby dało się je tak po prostu naprawić. To były bezmyślne decyzje, które prowadziły do jego obecnego stanu, samotności otoczonej wspomnieniami. Ten jeden raz trochę bardziej słodkimi niż gorzkimi. Będącymi kontrastem do ostatnich miesięcy. Odkąd odszedł nie dane mu było zaznać ukojenia. Mijały dni a serce wciąż krwawiło. Im bardziej starał się o niej nie myśleć, tym silniejsze były wspomnienia. Jej śmiech, ciepły leśno-dymny zapach i ten sposób, w jaki na niego patrzyła. Była tam, w jego sercu, jak niezatarte piętno. I mimo że podjął decyzję, która miała zapewnić Geraldine lepsze życie, każdy krok, który stawiał bez niej bolał bardziej niż poprzedni. Tamte czerwcowe popołudnie, właściwie to praktycznie wczesny wieczór jeszcze bardziej splątało mu nogi. Kiedy ich ścieżki ponownie się przecięły, miał wrażenie, że jeszcze bardziej się zagubił. Tak łatwo byłoby uwierzyć, że tu w tym domu mogli ponownie się odnaleźć. A jednak nie mogli. To było złudzenie, ułuda. Czuł jak jego serce ponownie pęka na drobne kawałeczki, gdy uświadamiał sobie, że te chwile już nigdy się nie powtórzą, a potem na kilka chwil znowu się skleja, poruszone myślą, że może gdyby tylko... Ale nie. Zostawił ją a ona podjęła kroki, które prowadziły ją do światła, które nie należało do niego. Do niego należał ten przeklęty zmierzch. Nie blady świt, w którym teraz się zatapiali i słońce padające przez okno na ich sylwetki. Nie potrafił oderwać wzroku od jej twarzy, tak bardzo znajomej a jednocześnie już obcej. Była piękna jak zawsze. Nawet kompletnie mokra i brudna. To nigdy mu nie przeszkadzało, zawsze był w stanie chwycić ją w swoje ramiona, zabrać ją do łazienki, opatrzyć, pomóc zmyć wszystkie ślady po trudnych dniach. Teraz też mógł to zrobić, udając, że w jej oczach wcale nie dostrzega bardzo wątłego blasku, który należy do innego. Kogoś, kto zajął jego miejsce w jej sercu. Zabrał jej radość, by odejść w nieznane, aby zgubić się w chaosie swoich pochopnych decyzji i autodestrukcji, splątanych myśli. Teraz, gdy stali naprzeciw siebie, znowu razem, czuł jak tęsknota rozdziera go od środka. To mogła być ich chwila, która nie zniknie dopóki będą milczeć, będzie trwać wiecznie. Każda sekunda była jak zalewająca fala przeszłości, raz za razem uderzając w Ambroisa aż wreszcie się temu poddał. Zatonął. Słowa, które chciał jej powiedzieć, ugrzęzły w gardle. Milczał, bo wiedział, że niczego to nie zmieni. W końcu sam podjął tę decyzję. Musiał stawić czoła konsekwencjom, zawsze to robił. Chełpił się tym, gdy jeszcze byli razem. Tym, że nie rzuca słów na wiatr, że zawsze bierze na siebie wszystko, całą odpowiedzialność. To dlaczego w tej chwili jedynym, czego najgłębiej pragnął było zrzucić ten ciężar ze swoich ramion? Zakopać go w tamtej jaskini w Snowdonii? Zacząć od nowa? Pamiętał jak łatwo było po prostu przy niej trwać. Wszystkie ich wspólne chwile, śmiech, który wypełniał ich mały świat, kiedy to nikt i nic nie mogło ich zniszczyć. To były tak inne dni od tych teraz, kiedy trzymali się za ręce i marzyli o przyszłości. Obecnie te chwile były tylko najdalszym echem, które krążyło w jego sercu, zatruwało umysł, ale to była dobra trucizna. Słodka, otępiająca. Kiedy Geraldine całkowicie zmniejszyła dystans pomiędzy nimi, ich spojrzenia spotkały się ze sobą, wargi same znalazły drogę ku upragnionej truciźnie. W tej chwili czas jeszcze bardziej się zatrzymał, wszystkie zmartwienia ustąpiły miejsca wszechobecnemu uczuciu słuszności, spokojowi, melancholii. A jednak pod tym spokojem kryła się głęboka tragedia, której żadne z nich nie potrafiło wyrazić. Ich ciała zbliżyły się do siebie, jakby nie chciały odpuścić tego, co jeszcze resztką siły było ich. Każdy kolejny pocałunek, każde ukradkiem kradzione dotknięcie, spojrzenie wydawało mu się desperackim aktem, którego teraz nie żałował. Jeszcze nie. Na to miał przyjść czas później. Ich ciała wędrowały ku sobie, znajdując wspólny rytm, opierając się o siebie, jakby pragnęły przynajmniej na chwilę zapomnieć o rzeczywistości. I nawet jeśli Ambroise wiedział, że to tylko iluzja sprawiająca, że zapomną o wszystkim, co się wydarzyło, jednocześnie niczego nie zmieniając, po prostu temu uległ. Desperacko łaknęli siebie nawzajem, jakby ten moment miał ich ocalić, jakby mogli w tej chwili cofnąć czas. Całował ją, składając na jej ustach jeden po drugim pocałunek pełen emocji, smutku, tęsknoty i straty. Czując jak odpowiada mu czymś, co tylko w najskrytszych, najbardziej ostrożnych myślach mogło być tym samym, jakby nie tylko on a oboje starali się ukraść sobie chwilę, jakby każdy z nich pragnął na zawsze zapamiętać to uczucie, ten zapach, tę ciepłą falę, która łączyła ich ze sobą. Wszystko splatało się w tej jednej chwili, w tym ostatnim zbliżeniu, które było zarówno początkiem, jak i końcem. Każde z nich zdawało sobie sprawę, że to był świt, który już nigdy się nie powtórzy. Każdy kolejny będzie tak samo piękny, ale już samotny. Kiedy jej wargi dotknęły jego, mimowolnie pomyślał o tych wszystkich momentach, które spędzili razem. O tym jak zawsze wiedziała, czego pragnął, jak potrafiła odczytać jego myśli bez słów. Czy teraz też to robiła? Czy litowała się nad nim? Czy to, że ją do siebie przyciągał czyniło go w jej oczach desperatem? Czy tylko wydawało mu się, że też tego chciała? Raz za razem dawała mu do zrozumienia, że nic ich nie łączy, że to, że poszedł za nią do tamtej jaskini było tylko koniecznością. Zgodą pijanej, pogrążonej w lęku kobiety, która nie widziała wtedy dla siebie żadnej przyszłości. Więc dała mu się w to wplątać a potem po prostu poszła za ciosem, parokrotnie próbując zmienić zdanie, lecz ostatecznie mu ulegając, bo usrał się jak zawsze. On zresztą nie był lepszy. Odpowiadał jej łaską, niechęcią, rozgoryczeniem. Zatajał swoje motywacje, krył w sobie uczucia, bo nie uważał, żeby było na nie miejsce. Już nie. Wydawało mu się jednak, że nie, że to, co teraz mieli nie było kolejnym kłamstwem. W przeciwieństwie do tego momentu. Ta chwila zaiste była złudzeniem, mignięciem migawki przeszłości przed końcem świata. Za kilka minut, może parę godzin musiał ruszyć dalej, spełniając oczekiwania, dotrzymując obietnicy. On miał ponownie odejść, na stałe opuścić ich dom, pozwalając Geraldine uczynić go swoim miejscem z kimś inny. Liczył, że znajdzie szczęście, które kiedyś odebrał jej swoim wyborem, nawet jeśli rozrywało go to od wewnątrz. Nie powinno, ale nigdy nie przestało. Szybko zrozumiał, że zostanie sam, z cieniami przeszłości, które zawsze będą krążyć nad nim jak sępy. Zbierały się nad nim na długo przed tym, gdy wszystko obróciło się w perzynę. Przeszłość bolała go jak widmowe ostrze wbijane w ciało, ale przyszłość była pewna, nienaruszalna. Ostatnią decyzją, jaką podjął, było to, że musiał ponownie dać jej odejść. Nie miał prawa jej zatrzymywać, nawet jeśli ciężar i ból, który nosił w sobie były nie do zniesienia. Dłoń przeczesująca mu włosy koiła, łagodziła ciężar, sprawiała, że nie był aż tak zagubiony w emocjach. Po prostu żałował. Cholernie żałował tego, że nie potrafił być tym, kim obiecał, że będzie. Tym, kim już nigdy nie miał się stać. Chciał z nią być. Chciał, aby dalej szła z nim przez życie, ale ich ścieżki już dawno zaczęły prowadzić ich każde w inną stronę. Odetchnął głęboko, przeklinając się w myślach za to, że to właśnie on podjął decyzję o odejściu. To była jego wina. Miał tak wiele do powiedzenia, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Szukał ich w zakamarkach umysłu, w zmierzchu swoich emocji, ale w końcu musiał zdać sobie sprawę z tego, że nie było już nic więcej, co mógłby powiedzieć. Każdy moment, każdy kontakt, ta wyniszczająca tęsknota, ta świadomość, że żadne przepraszam ich już nie połączy... ...zachował się tak, jakby to wszystko, każdy pocałunek miał znaczenie, jakby tą chwilą, którą mogli jeszcze spędzić razem, dało się uratować wszystko, co bezpowrotnie przepadło. A przecież on odszedł. Oboje odeszli. Ona odeszła, znalazła kogoś innego. To była jego wina. Jego wina. Wiedział, że to on sprawił, iż nie mogli być razem, nie potrafił dać jej tego, czego potrzebowała. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdy ten moment się skończy, nie pozostanie mu praktycznie nic prócz strzępów dawnych obietnic i smutnych wspomnień. Świadomie się na to zgadzał. Jej zapach wypełniał jego zmysły, pozostawiał echa pragnienia, które nigdy nie wygasło. Kiedy zsunął z niej resztki bielizny, uniósł głowę, automatycznie poszukując oczu Riny. Odnajdując je, zatracając się w nim na kilka słodkich sekund, posyłając jej przeciągłe spojrzenie. Zgromadził w sobie odwagę, aby spojrzeć jej w oczy, wiedząc, że to najlepsze, co mógł zrobić. Nie unikać jej dłużej. Czuł jak jego serce zaczęło bić znacznie szybciej, jakby to wszystko, co się między nimi działo mogło przywrócić dawną miłość, jaką łączyli. Oplatając ją ramionami, nie odsuwając się na moment, podźwignął się z klęczek, jednocześnie po prostu ją unosząc. Gładkim ruchem przyciskając ją do szklanej zaparowanej tafli, zamykając jej usta w kolejnych pocałunkach. Żarliwiej, choć może jednocześnie bardziej desperacko? Wziął ją w ramiona, ich ciała znalazły się tak blisko, tak bardzo do siebie pasując. Letnia woda spływała po ich złączonych sylwetkach, otaczała ich, owijała strumieniami. Owinął ją mocno ramionami, przyciskając wargi do warg, jakby każdy z ich złączonych oddechów mógł stać się świadectwem tego, że wciąż się kochali, mimo dzielących ich miesięcy i błędów, które doprowadziły do gorzkiego końca. Milczał, odrywając się od jej ust tylko na chwilę, poszukując tej ostatniej rzeczy, której teraz potrzebował. W tym milczeniu były słowa, które nie mogły być wypowiedziane. Pytanie w oczach. Cicha, desperacka prośba o przyzwolenie na to, co wydawało się nieuniknione. A jednak? Przywłaszczył sobie ten moment zupełnie tak, jakby dzięki temu mógł cofnąć czas. Ale czas nie zmieniał się dla nikogo. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.11.2024 Może nie powinni, ale się tutaj znaleźli. Podjęli tę decyzję, chociaż czy właściwie zrobili to świadomie, nie. Po prostu zachowali się jak zawsze. Zdarzało im się to przecież w przeszłości wiele razy, to był odruch, przyzwyczajenie, wystarczyło, że spletli w jaskini swoje dłonie, a to do nich wróciło. Tak po prostu, jakby nigdy sobie tego nie odebrali, jakby nic się nie zmieniło. Niewiele im było trzeba do tego, aby wrócić do dawnych przyzwyczajeń. Lizali już swoje rany, dawali sobie wszystko, czego potrzebowali. Musieli po prostu przeczekać ten kryzys, to minie, na pewno minie, była to tylko krótka chwila słabości. Nie, żeby ją kwestionowała, zasługiwali na to. Szkoda by było, żeby po tym wszystkim, co im się przytrafiło znaleźli się gdzieś zupełnie samotni. Zasługiwali na to, aby ktoś się nimi zaopiekował. Nie było przecież w tym nic złego. Minionej nocy wydarzyło się wiele złego, po raz kolejny poczuła, że mogłaby go stracić, tyle, że przecież już pozwoliła mu odejść. Bardzo sprzeczne myśli pojawiały się w jej głowie, nie potrafiła nad nimi zapanować. Nie miała pojęcia, czy to, co się między nimi dzieje było prawdziwe, czy postanowili zatracić się w kłamstwie. Właściwie, co jeśli odbierali to inaczej, każde na swój własny sposób? Kto okaże się w tym wszystkim przegranym? Nie chciała tego wiedzieć, jeszcze nie. Decyzja zapadła, pozostawało jedynie się do niej odnieść. Nie chciała odrzucać jego bliskości, potrzebowała jej, mogłaby się w niego wtulać bez końca, utknąć tutaj, jakby to było jej osobiste piekło na ziemi, może bardziej czyściec? Coś przejściowego, co mogło zaskoczyć, bo przecież nie miała pojęcia, co się stanie kiedy opuszczą to miejsce, może wtedy trafi do piekła, czy właściwie nie tkwiła w nim przez ostatni rok? Zmuszona do tego, aby trzymać się od niego z daleka. Nie będzie gorzej, na pewno nie mogło być gorzej niż przez ten ostatni rok, kiedy usychała z tęsknoty i dążyła do tego, aby o nim zapomnień. Próbowała różnych metod, szukała dla niego zastępstwa, próbowała chociaż na chwilę zawalczyć z samotnością, wypełnić pustkę w sercu, która po nim zostawiła, nic jednak nie działało. Najwyraźniej miało tak pozostać, zabrał jej część siebie, której nigdy nie miała odzyskać. Cóż, nie miała mu nawet tego za złe, była mu wdzięczna za to, że pokazał jej, że miłość może być naprawdę piękna, że można kogoś pokochać bezgranicznie, tak jak nikogo innego, że istnieje takie silne uczucie, któremu nic nie może się równać. Gdyby nie on, to nie miałaby szansy tego poznać, jakże zdesperowana była, że nie miała do niego ani kropli żalu. Zaakceptowała decyzję którą podjął, zresztą nie pierwszy raz, był jedną z nielicznych osób, którym nie do końca potrafiła się postawić, ulegała mu, może nie zawsze, ale w momencie, w którym nie powinna tego robić odpuściła. Wystraszyła się tego, że faktycznie może jej nie chceć, że ma jej dość, że zrobiła coś nie tak. Opcji było wiele, chociaż starała mu się nie dawać powodów do zwątpienia. Nigdy nie brała pod uwagę tego, że zrobił to po to, aby żyło jej się lepiej, gdyby usłyszała coś takiego najpewniej powiedziałaby mu wprost, że ochujał, że nie będzie miała nic lepszego, niż to, co miał jej do zaoferowania. Zresztą było to widać po minionym roku, gdzie się właśnie znajdowała, jak sobie radziła sama, do jakich sytuacji doprowadzała. To nie było lepsze, nie, wręcz przeciwnie, nigdy jeszcze nie znajdowała się na samym dnie. Najwyraźniej miała tutaj pozostać, bo kto by ją stamtąd wyciągnał, kiedy jego nie było już obok? Zresztą nie mogła wymagać tego, że w ogóle będzie próbował, podjął decyzję, teraz sama była swoim problemem, może kiedyś, jakoś uda się jej ogarnąć, tyle, że nie do końca w to wierzyła, bo znała swoje możliwości, wiedziała, że zawsze może znaleźć się na jeszcze głębszym dnie, chociaż wydawałoby się, że nie było to możliwe. Prowadzała się źle, nawet młodszy brat zaczął jej zwracać uwagę, gdzie to ona powinna się o niego troszczyć, przestała się przejmować czyjąkolwiek opinią, wszystko przestawało mieć znaczenie. Nie sądziła, że kiedyś jej życie znowu nabierze kolorów, już nie, zaczynała przyzwyczajać się do szarości, która je wypełniła. Tym razem nie wybierała zapomnienia, co robiła ostatnio dosyć często. Piła po to, żeby zapomnieć, ryzykowała, żeby zapomnieć, szukała chwilowych doznań po to, żeby zapomnieć. To, że znalazła się z nim w Piaskownicy miało zadziałać inaczej, miało przypomnieć jej o tym, jak wyglądało jej życie całkiem niedawno, przypomnieć o tym, że kiedyś była szczęśliwa, wcale nie tak dawno, przypomnieć o tym, co straciła? Może trochę gorzkie, ale mogło to spowodować, że się ogarnie, że dostrzeże, że jej życie zmierza w nieodpowiednim kierunku. Właściwie czuła, jakby się cofnęła o jakieś dziesięć lat, do początków swojego dorosłego życia. Nie miała żadnych planów na przyszłość, nic nie zakładała, nie wiedziała, co będzie robić jutro, a co dopiero za kilka lat. Żyła chwilą, bo tak było łatwiej, prościej, nic nie planować, bo przecież przyszłość nie była pewna. Nigdy nie można przewidzieć tego, co się wydarzy. Wybranie teraźniejszości było najbezpieczniejszą opcją, nie przynosiło rozczarowań. Kiedyś miała wiele planów, na wiele lat do przodu, nic z nich nie zostało, wszystko przepadło. Nie wierzyła, że może być inaczej. Skoro coś, co miało trwać wieczność się rozsypało, to zapewne stanie się tak samo ze wszystkim innym. Nie miała złudnych nadziei, już nie. Życie ją zweryfikowało, dosyć brutalnie i nie mogła nic z tym zrobić. Zamierzała wykorzystać możliwość, którą dostali, może spowodowaną tylko przyzwyczajeniem, Morgana jedna wiedziała czym, ale nie chciała tego odrzucać. Nie kiedy mogła znowu wtulać się w jego ramiona, nie kiedy siedział na tej plaży tuż obok niej, jakby nadal należał do niej, jakby ciągle ich łączyło coś poza wspólną historią, chciała wierzyć w to, że pozostało między nimi coś więcej. Naprawdę, te gesty sugerowały, że mogło tak być, tylko nie do końca czuła pewność. Bała się odrzucenia, bała się zapytać, bo nie zniosłaby odrzucenia. Drugi raz by sobie z nim nie poradziła. Akurat tego była pewna. Trudno było się pogodzić z tym, że miłość twojego życia postanowiła zniknąć, spełnić największą obawę, odejść tak po prostu, zrezygnować z tego, co udało im się stworzyć przez lata. Lękała się tego, że może się to powtórzyć, a wtedy nie będzie już co zbierać. Milczenie było słuszne, milczenie nie powodowało niedopowiedzeń, bo przecież skoro nic nie mówili, to nie było czego sobie dopowiadać, czyż nie? Nigdy nie chciała sobie układać życia z kimś innym, nigdy nawet nie pomyślałaby, że jest w stanie to zrobić. Istniała tylko jedna osoba u której boku kiedykolwiek potrafiła sobie siebie wyobrazić, jeden mężczyzna, który miał szansę ją przy sobie zatrzymać. Zresztą nie spodziewała się, aby ktokolwiek inny był sobie w stanie z nią poradzić, nie oszukujmy się, nie była łatwym człowiekiem, wręcz przeciwnie, wcale nie tak łatwo było trwać u jej boku. Ciągle pakowała się w jakieś kłopoty, nie radziła sobie z tym co działo się wokół niej, Roise potrafił ją oswoić, udało mu się to bez najmniejszego problemu. Zapewne przez to, że byli do siebie tacy podobni, łatwo przychodziło im rozumienie swoich potrzeb, potrafili dawać sobie przestrzeń, gdy było to potrzebne, nie sądziła, że kiedykolwiek udałoby się jej żyć w takiej symbiozie z kimś innym. To nie było możliwe. Nie dało się walczyć z ciałami, które chciały się pożegnać, to nie miało najmniejszego sensu. W tym przypadku dusze musiały się pogodzić z tym, że kiedy stąd odejdą będą cierpieć. Znowu zostaną od siebie odizolowane, czasem jednak nie miało się wpływu na to, co się działo. Tak było i tym razem, nie myślała o konsekwencjach, to nie było istotne, szczególnie kiedy w końcu znowu mogła poczuć smak jego ust, może tym razem nieco inny, chociaż czy tak bardzo. Wiele razy w podobny sposób trafiali do tej łazienki, prosto z plaży, spaleni słońcem. To nie było nic nowego, często czuła smak soli na języku, piasek chyba we wszystkich możliwych miejscach na ciele, taki był urok mieszkania w tym miejscu. Dzisiaj jednak pożądanie nie było, aż takie nieokrzesane jak zawsze. Jej dłonie delikatnie przemierzały jego ciało, właściwie jakby dotykały je po raz pierwszy. Zależało jej na tym, aby to co się między nimi zadziało trwało jak najdłużej, nie chciała się spieszyć, to miało być coś zupełnie innego. Dlatego też jej pocałunki były zupełnie inne od tych, którymi zazwyczaj go obdarzała. Zresztą czuła, że on również chciał teraz czegoś odmiennego od tego, co mieli wcześniej. Najwyraźniej po raz kolejny nie mieli problemu z tym, aby odczytać swoje zamiary, dostosować się do swoich potrzeb, tyle, że nadal nie miała pojęcia, czym było to, co sobie teraz dawali. Krótka chwila zapomnienia, pożegnanie, lizanie ran? Nie umiała się w tym odnaleźć, ale nie chciała przestawać, nie teraz. Nigdy chyba nie było w nich tyle smutku, dwoje bardzo zagubionych ludzi, którzy pragnęli swojej bliskości nie zważając na to, że może złamać ich to jeszcze mocniej. Nie mogli oszukać przeznaczenia, ono i tak ich dosięgnęło, czy tego chcieli, czy nie. Pomimo tego, że ich drogi się rozeszły znowu sprowadziło ich do domu, gdzie po raz kolejny postanowili się w sobie zatracić, mimo tego, że przecież nie mieli już tego robić. To było jasne i klarowne, przecież próbowali sobie udowadniać, że to nie jest właściwe, ich ostatnie interakcje były raczej chłodne, tylko w takim razie co było ułudą, to co się działo między nimi teraz, czy to wszystko wcześniej? Odsłonili się przed sobą, przetrwali noc w jaskini, która przyniosła im zmęczenie, może dzięki temu stracili też siłę do walki z tym, co nadal istniało między nimi. Dali się ponieść, ten ostatni raz. Spojrzał jej w oczy, kiedy oderwał głowę od jej podbrzusza, próbowała zrozumieć, co niesie jego spojrzenie, czy była jeszcze w stanie to zrobić, czy miała szansę odczytać jego myśli? Nie wiedziała, co siedzi w jego głowie, może to i lepiej. Mogła mieć złudną nadzieję, że znaczy to dla niego tyle, co dla niej. Uniósł ją nad ziemią, odruchowo ponownie zarzuciła mu ręce na szyję, nie chciała tego przerywać. Nie teraz, nie kiedy znowu mogli w sobie zatonąć. Skorzystać z tej chwili wyrwanej rzeczywistości. Odwzajemniała jego każdy pocałunek, coraz bardziej łapczywie, coraz bardziej zatracała się w tym wszystkim. Nie dało się wygrać z pożądaniem, które nie gasło. Nie przy nim. Pewnie to miało się nigdy nie wydarzyć, zawsze będzie reagowała na jego obecność w ten sposób. Była tego świadoma, nie da się pozbyć takiego silnego przyciągania, nie da się z tym walczyć. Poczuła chłód, kiedy jej plecy dotknęły tafli, woda która ciągle ich obmywała spowodowała, że bardzo szybko zniknął. Czuła, że jej serce przyspieszyło rytm, nie była w stanie nic z tym zrobić, jej ciało wciąż tak na niego reagowało. Nie wydawało jej się, że mogli tego uniknąć, nie, kiedy tak bardzo pragnęli znowu się w sobie zatracić. Tonęli w tym wszystkim. Kiedy oderwał się od jej ust i spojrzał w jej oczy mógł zobaczyć w nich ten sam żar, który zazwyczaj się w nich pojawiał. Nie zamierzała teraz pozwolić im przestać, chciała tego samego co on. Ledwie kilka sekund później po prostu ponownie go pocałowała, teraz jeszcze bardziej zaborczo i łapczywie. Miał jej zgodę, zresztą nigdy nie musiał jej oczekiwać, przecież należała do niego. Zawsze, nic się pod tym względem nie zmieniło. Dobrze, aby zdał sobie z tego sprawę. Oplotła go mocniej swoimi nogami, cóż, był to moment, w którym faktycznie chciała, aby ich ciała i dusze znowu się połączyły, chociaż w tym ostanim pożegnaniu, które było nieuniknione, ale na nie zasługiwali. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.11.2024 To był odruch, że trafili właśnie tutaj. Nie na Horyzontalną, nie do Doliny Godryka, nie do znacznie bliższego dworu w Snowdonii, w której przecież już byli. Nie każde z osobna. Nie, wrócili razem do Piaskownicy, kurczowo trzymając się za ręce i nie wymieniając ani jednego zbędnego spojrzenia. Ani słowa o tym, co zamierzali zrobić, czy w ogóle powinni to zrobić. Nie powinni. Tylko intensywność tamtej chwili i wzajemne pragnienie ich do tego skłoniły. Zmęczenie? Przytłoczenie? Chłód? Prócz tego nic ich przecież nie łączyło. Już nie, ale wciąż instynktownie po to sięgnęli. Po siebie nawzajem, po swój dotyk, uścisk dłoni, jakby nadal mogli przeżyć kilka kolejnych sekund na wspólnej drodze. Zboczyć na chwilę z własnych ścieżek, ukraść coś, co już do nich nie należało. Podeptać krzewy wrzosów w paśmie, jakie wyrastało między nimi. Zanim bezpowrotnie się rozejdą, ponownie wchodząc na swoje niewłaściwe ścieżki. Bowiem przecież to było coś tak naturalnego, ten powrót do domu na odludziu. Nigdy wcześniej nie było tak nostalgiczne i podszyte smutkiem ani goryczą. Zawsze działało na ich korzyść, prowadząc ich ku bezpiecznej przystani. Pozwalając im znaleźć się we wspólnej niemalże uświęconej przestrzeni, nie musieć myśleć o tym, co będzie dalej, w jaki sposób postąpią. Po prostu raz za razem powracali do tego samego miejsca, robiąc to tyle razy w przeszłości, że i tym razem ta teleportacja przyszła im bezwiednie. Tak odruchowo, że uświadomienie sobie tego zabolało bardziej niż tamten nieoczekiwany policzek, jaki dostał znikąd tuż po przekroczeniu wejścia do groty, w której rozegrały się ostateczne wydarzenia nocy. Niemalże tak mocno jak ostry liść, który Geraldine wymierzyła mu pierwszy raz w życiu (długo z nim wytrzymała, czyż nie?), gdy pokłócili się w jego samotni w Dolinie. Mimo wszystko, ta ostatnia sytuacja i to, co się teraz działo były porównywalne druzgocące. Tak bardzo, że mógłby uśmiechnąć się z goryczą, gdyby tylko nie obawiał się, że wtedy jego maska zacznie po prostu pękać. Nie chciał dać po sobie poznać słabości, nawet jeśli podświadomie wiedział, że to niemożliwe. Nie w obliczu tych momentów, które dotyczyły dokładnie tego samego. Czegoś, co nigdy nie powinno mieć miejsca. Nie miałoby go, gdyby był innym człowiekiem, lepszym człowiekiem, mężczyzną, którym naprawdę długo faktycznie usiłował być. Przez wiele miesięcy starał się za wszelką cenę zepchnąć na dalszy plan to wszystko, co mogło szkodzić ich idylli. To, że przecież gdzieś tam podskórnie wiedział, że prawdziwej natury nie da się przygłaskać. Prędzej czy później i tak wyjdzie na wierzch, dopominając się o należną uwagę. Niemal wszystko w tym miejscu przypominało mu o błędach, które uczynił. Błędach, których nie potrafił sobie wybaczyć, nieważne ile czasu upłynęło odkąd wyszedł stąd po raz ostatni. To było tak wiele. Te wszystkie wspomnienia, dobre i złe chwile, przemyślane i pochopne decyzje. Cienie przeszłości, nostalgia ukryta niemalże w każdym zakątku, wypływająca z zakurzonych zakamarków przeszłości. Teraz, kiedy stali obok siebie, znów czuł mocniejsze bicie serca. To, jak łomotało na jej widok, przyprawiając go o ból w piersi. Mimo że wiedział, że to, co zrobił było złe zaś to, czego pragnął - jeszcze gorsze, pragnienie, by znów poczuć jej ciepło, ogarniało go jak morze. Przychodziło jak fale, niemalże zwalając Ambroisa z nóg, nawet jeśli sztywno na nich stał, usiłując nie pogrzebać tego, co między nimi narastało, żadnym pochopnym ruchem. Nigdy aż tak bardzo się nie miarkował. Nie powstrzymywał się przed żarliwymi pocałunkami - teraz powolnymi i łagodnymi. Nie trzymał rąk przy sobie. Nie pamiętał, by kiedykolwiek tak bardzo tłumił słowa w ustach, uciekając spojrzeniem i obawiając się naruszyć coś, co było tak ulotne, tak kruche i niewłaściwe. Nawet wtedy, kiedy kręcili się wokół siebie, brodząc po pas w niedopowiedzeniach, przynajmniej potrafili ze sobą rozmawiać. Teraz już tego nie mieli. Każde zdanie, które mogłoby być wypowiedziane, wciąż unosiło się w powietrzu jak coś ciężkiego, mrocznego, będącego w stanie wywołać więcej krzywdy i szkody niżeli dobra. Co miałby zresztą powiedzieć? Każde przepraszam wydawało się teraz banalne w obliczu tego, co zrobił. Stracił ją. Dobrowolnie ją stracił. Co gorsza nie żałował odejścia, tylko tego, co prowadziło do tamtej decyzji, więc jakże miałby ją za nie przepraszać? Mieli być ze sobą szczerzy. W tym momencie waga tamtej obietnicy, nawet jeśli wielokrotnie później łamanej, docierała do niego bardzo znacząco, cholernie odczuwalnie. Teraz, gdy ich drogi na żałośnie krótki czas znów się skrzyżowały, czuł ciężar niewypowiedzianego, ale nie chciał jej okłamywać. Wystarczyło, że mieli tę chwilę, kilka minut ułudy, żałośnie krótkie mgnienie oka wobec wielu lat, które ze sobą spędzili. To nie było kłamstwo, prawda? Wyłącznie zapomnienie. Patrzył na nią, tęskniąc za bliskością, która niegdyś była ich codziennością. Czymś, co Roise brał za pewnik, bo przecież obiecywali sobie, że to potrwa wiecznie. W tamtym czasie oboje wiedzieli, że istniała między nimi jakaś niewidzialna nić, która łączyła ich na zawsze. Tyle tylko, że zawsze najwidoczniej stało bliżej nigdy więcej niżeli mogliby się spodziewać. Nie chciał pytać, czy dałoby się ponownie przywrócić to, co kiedyś mieli, bo miał wrażenie, że odpowiedź przyniosłaby wyłącznie jeszcze więcej żalu i smutku. Gdyby tylko mógł cofnąć czas, wrócić do chwil, kiedy wszystko wydawało się tak proste i klarowne. Zrobiłby to. Nawet jeśli później musiałby wrócić do tej pustki, zrobiłby to. Powróciłby do czasów, kiedy ciemne chmury jeszcze nie zbierały się na horyzoncie i nie zasłaniały ich szczęścia... ...ale nie mógł. Tamtego dnia, kiedy odebrał Geraldine możliwość wyboru, wszystko zmieniło się bezpowrotnie. To było ich nowe na zawsze. Na zawsze potępieni w tym, czego nie mogli mieć. Teraz stali zaledwie kilka kroków od siebie. Bliżej niż przez ostatnie miesiące. Miał ją na wyciągnięcie ręki, mógł przyciągnąć ją do siebie tak jak jeszcze przed chwilą na plaży. Otworzyć usta, przemóc się ku temu, by wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Później kolejny i kolejny, usiłując powiedzieć to wszystko, co... ...nic by nie zmieniło, prawda? Powietrze było gęste od niewypowiedzianych słów, ale było na nie za późno. Stanowczo i niezaprzeczalnie. To, że teraz poddawali się atmosferze tego miejsca i sobie nawzajem, sięgając po to, czego chyba oboje na swój własny sposób potrzebowali nie zmieniało tego, co miało dotrzeć do nich, gdy nadejdzie otrzeźwienie. Z jednej strony pragnął spojrzeć w jej oczy, zrozumieć, jak bardzo go nienawidziła przez ten cały czas, jaki spędzili osobno, ale z drugiej... ...pragnął po prostu dotykać jej jeszcze przez chwilę tak jak kiedyś, kiedy nie było między nimi chłodu i dystansu. Chłonąć każdy drobny szczegół. Lekkie falowanie blond włosów, które kiedyś ujmował dłońmi, zatapiając w nich palce i wyplątując z nich liście, delikatne usta, które uśmiechały się wtedy lekko półprzytomnie, zmrużone i zmęczone, ale błyszczące oczy. To właśnie w te oczy nie potrafił spoglądać zbyt długo, choć kiedyś mógł bez ustanku zatracać się w ich kolorze. Ironia? Tchórzostwo? Żałość? Widział, że straciły blask, to ściskało go za serce. Czy to była jego wina? Poniekąd na pewno. Zawsze miał mieć swój udział we wszystkim, co się działo, bo przecież obiecywał, że przy niej będzie. Nie było go przez ostatni rok. Nie było go w najgorszych chwilach. Nie stał tuż obok niej. Nie usiłował dłużej tłumaczyć się tym, że przecież zawsze mogła do niego przyjść, bo czy on sam na miejscu Riny by do siebie przyszedł? No właśnie. Słowo przepraszam utknęło mu w gardle, dusząc go, bo nie potrafił dać mu ujścia ani go przełknąć. Nie to, że nie próbował. Zemlął je niczym najgorsze, najbardziej rozgoryczone przekleństwo, biorąc głęboki oddech i przenosząc wzrok na twarz Geraldine idealnie w momencie, w którym ona na niego spojrzała. Ich spojrzenia spotkały się. Czuł jak znowu tonie w odmętach jej błękitnych oczu. Jak to coś, co powinno dawno umrzeć i zniknąć, przyciągało go ku niej, jak niewidzialna nić łączyła ich w tym momencie, gdy tak bardzo pragnął wrócić do tego, co kiedyś mieli. Zatopić się w ustach jego ukochanej, zamknąć ją w swoich ramionach. Nie miał siły opierać się tej sile, nie potrafił zlekceważyć uczucia, które w nim narastało, chociaż jakiś głos w jego głowie krzyczał, by się cofnął. Cofnął. Nie zrobił kolejny krok wprzód. Ale przecież nie musiał go słuchać. Nic nie musiał, zwłaszcza tu i teraz. To mogło być ich należną chwilą zapomnienia, ucieczki, w której mogli na nowo stać się dla siebie wszystkim tym, co stracili. Odnalazł wargi Geraldine, pozwalając jej objąć się ramionami za szyję w tym uścisku, pozwalając sobie zapomnieć o trwających miesiącach rozłąki. Tylko on i ona - znów był w domu, ona ponownie była jego domem. Czuł pragnienie narastające w sercu. Dzikie, desperackie i niepowstrzymane. To samo, które towarzyszyło mu przez wszystkie te miesiące. Lgnął do niej, mimo świadomości, że to miało przynieść mu jeszcze więcej nieprzespanych nocy, rozdrapać rany, posypać je morską solą. Nie chciał być teraz sam. Nie chciał zostawiać jej tu samej. Nie, gdy oboje potrzebowali odetchnąć po tym wszystkim, co się stało. Odsunąć od siebie tamte obrazy, zatapiając się w sobie nawzajem. Odetchnąć. To byłoby takie łatwe. Mimo że gdzieś w głębi duszy Ambroisa tlił się głos rozsądku, odsunął go bez chwili zawahania. To była ich wspólna decyzja. Oboje pozwalali sobie na moment, w którym mogli być jeszcze razem. Jego palce wodziły po jej skórze a opuszki odczuwały ciepło jej bliskości, wywołując u niego falę gorąca. To była tylko chwila. Tak łatwo było o tym zapomnieć. Tylko kilka momentów, w których ich ciała pozwalały sobie na miłość zaś ich umysły odganiały okrutną rzeczywistość. Potrafili udawać, że świat wokół nich nie istnieje, że poza ich domem nie było już niczego, prawda? Robili to nie raz, kryjąc się na uboczu w swoim małym świecie. Udając, że dzięki temu nie musieli mieć żadnych zmartwień, decyzji i dylematów. Teraz też to robili. Tak jak niegdyś w chwilach, gdy stawali się jednością i przestawali myśleć o tym, co mogło przynieść jutro. Jutra nie było. Jutro nie istniało. Nie teraz, jeszcze nie. Zamknął Geraldine w swoim uścisku, unosząc ją z tą samą instynktowną łatwością, co zawsze. Za każdym razem, kiedy wracali do domu z plaży, niemalże się od siebie nie odrywając. Wtedy, kiedy ich ciała zdawały się płynąć własnym rytmem, kiedy czas przestawał istnieć. Dokładnie tak jak teraz. Kolejna fala wspomnień. Gładki, płynny ruch. Dotyk skóry z chłodną szybą, woda spływająca po ustach, słony posmak warg jego dziewczyny, jego miłości, jego jedynej. Na moment pozwolili sobie na wszystko, co utracili, nawet jeśli to, co mieli, było jedynie złudzeniem, tymczasowym przystankiem w ich długiej podróży... ...pełnej cierpienia? Czy tylko on jeszcze tu cierpiał? Czy była bez niego szczęśliwsza? Nie chciał jej o to pytać, nie pragnął znać odpowiedzi, ale przecież zawsze jej tego życzył. Ich ciała, nagie i mokre, przylegały do siebie, jakby po długim okresie tułaczki znalazły w końcu swój bezpieczny port. Zawsze tu był, prawda? W tym domu. Obok siebie. Napotykając oczy Geraldine, odwzajemnił jej spojrzenie. Z tą samą żarliwością, dokładnie tym samym pożądaniem, mimowolnym, nijak niekontrolowanym wrażeniem, że w tym momencie może wyczytać w nim dosłownie wszystko. Otwarta księga. Jeśli kiedykolwiek wydawało mu się, że będzie w stanie zachować wszelkie pozory niezależnie od sytuacji, naprawdę sromotnie się mylił. Odniósł porażkę, ale czy tak naprawdę przegrał? Tak, rok temu z pewnością. Za godzinę, dzień, miesiąc też miały go dopaść konsekwencje, ale teraz? Teraz wyłącznie ją całował, dając sobie zamykać usta pocałunkami, unosząc kąciki ust, obdarzając Geraldine spojrzeniem tylko po to, żeby zaraz zmusić ją do zamknięcia oczu, łapczywie zagarniając jej usta. Przyciskając ją do chłodnej szyby, zatracając się w tym, co mieli. Zmierzając wyłącznie ku temu jednemu, co było już nieuniknione. - Nie tutaj - brzmiał obco nawet dla siebie samego, gdy wymamrotał te słowa w wargi dziewczyny, zaciskając powieki i powstrzymując falę gorąca, starając się nad sobą zapanować. - Nie tak. Wrócimy tu... ...później - to była obietnica, ale nie na teraz. Miał nadzieję, że go zrozumie, wiedząc, że nie przerwał tej ciszy, bo jej nie chciał. Tylko po to, by to nie było wyłącznie porywczym aktem desperacji. Nie chciał, żeby nim było, nawet jeśli trudno mu było precyzować myśli, gdy znajdowali się o krok od ulegnięcia pożądaniu. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.11.2024 Nie było sensu zastanawiać się nad słusznością tego, co właśnie robili, co zamierzali robić za chwilę. Podjęli decyzję, zupełnie nieświadomie, że to właśnie w tym miejscu chcą się znaleźć, razem. Przyszło im to całkiem naturalnie mimo tego, że przecież od ponad roku tego nie robili. Dalej gdzieś to w nich siedziało, nic się nie zmieniło, pewnych odruchów nie dało się zmienić. Tak jak w tej nieszczęsnej jaskini, kiedy przecież jak zawsze dbali o siebie nawzajem, próbowali się chronić, chociaż nic ich nie łączyło, co zresztą powtarzali sobie przecież jeszcze niedawno. Nie mieli problemu z tym, żeby się obrażać i mówić o tym, że nic dla siebie nie znaczą, że nie mają prawa mieszać się w swoje życia. Tylko to, co wydarzyło się później, kiedy doszło do tego wszystkiego nieco zmieniło cały obraz sytuacji. Nic nie było proste, nie było zrozumiałe, wręcz przeciwnie. Yaxleyówna miała wrażenie, że zaczęło się jeszcze bardziej komplikować, mieszać jej w głowie. Nie był to jednak czas, aby szukać w tym drugiego dna, by się tym przejmować, to był moment, w którym powinni po prostu odpocząć po ciężkiej nocy, co najwyraźniej też zamierzali zrobić razem. Chciała tego, nie widziała w tym nic złego, miało to być tylko chwilowe przypomnienie tego, co straciła. Aura tego miejsca pewnie też miała spore znaczenie. Kojarzyło jej się tylko i wyłącznie z nim, z tym, co mieli, z ich domem, i mimo, że przecież oficjalnie należało tylko do niej, to kiedy znaleźli się tutaj razem poczuła się tak, jakby nic się nie zmieniło. Może Piaskownicy daleko było do stanu swojej świetności, ale nadal, wciąż była to ich ostoja, gdzie chowali się przed całym światem. Tego poranka zrobili to po raz kolejny, znowu razem, niektórych odruchów bardzo ciężko jest się pozbyć. Mieli wiele możliwości, mogli przecież rozejść się każde w swoją stronę, wybrać Dolinę, Snowdonię, Londyn, opcji było wiele, ale oni wybrali to najbardziej ich wspólne miejsce, w którym od zawsze chronili się przed wszystkim co złe. Może i zaklęcia, które miały ich chronić już dawno opadły, może rośliny poumierały, ale oni nadal mogli się tu znaleźć, nadal mogli skorzystać z tego, co kiedyś udało im się stworzyć, może i były to tylko zgliszcza tego, co mieli, ale czy w czymś to przeszkadzało? Mieli tu się schronić tylko na chwilę, złapać oddech, nic więcej. Oswoić się z tym, do czego doszło w nocy. Choć czuła, że to może być niewłaściwe, że ten powrót do przeszłości może zrobić więcej szkód niż pożytku, to i tak nie zamierzała się zatrzymywać. Nie chciała odrzucać wyciągniętej ręki, ramienia którym ją otaczał, tego wszystkiego, co kiedyś było dla niej codziennością, a teraz miało się stać jedynie krótkim oderwaniem od rzeczywistości. Nawet jeśli, to czuła, że na to zasługują, szczególnie, że wydawało jej się, że w powietrzu wisiało bardzo wiele niewypowiedzianych myśli. Nie było sensu się jednak nad tym zastanawiać, nie kiedy gesty zaczęły mówić same za siebie. Tym razem była przynajmniej świadoma tego, że to miało się więcej nie powtórzyć, nie, żeby dzięki temu zrobiło jej się jakoś lżej na sercu, bo nadal nie pogodziła się z tym, że tak łatwo zniszczyli to wszystko. Jakże łatwo zresztą im to przyszło, nigdy nie spodziewałaby się, że właśnie tak się stanie, że to co sobie powtarzali to były tylko słowa rzucane na wiatr, które nie miały żadnego znaczenia, warte były tyle, co nic. To było strasznie przykre, szczególnie, że kiedyś naprawdę była pewna, że to co było między nimi było prawdziwe, że nie da się tego zniszczyć. Mimo, że było to głupie, nieroządne, bezmyślne, to nie zamierzała się zatrzymywać. Nie kiedy zauważyła, że Roise również tego chciał, gesty mówiły same za siebie, nie mogli się oszukać. Nie próbowali postawić granicy, nie tym razem. Pewnie wpływ miało to, że byli zmęczeni, wykończeni, w nocy zresztą znaleźli się na skraju, mogli się stracić tak naprawdę, czyż właśnie w takich sytuacjach człowiek nie doceniał tego, co miał na wyciągnięcie ręki. Żal by jej było, gdyby nie spróbowała chociaż ten ostatni raz się do niego zbliżyć, nie kiedy dalej przecież nie przestała go kochać. Ciekawe, czy zdawał sobie z tego sprawę, czy potrafił to odnaleźć w jej spojrzeniu, w dotyku jej placów. Nic się nie zmieniło, no, może poza tym, że teraz wszystko robiła zdecydowanie wolniej, jakby chciała jak najdłużej nacieszyć się tą możliwością, którą dostali od losu. Nie myślała o tym, że to była prawdziwa tragedia, to, co ich spotkało, Roise zdecydował się podążyć za nią pod ziemię, ocalić ją, tylko po co? Skoro znowu mieli się od siebie oddalić, po co ryzykował, co jeśli faktycznie by tam umarł, jaki był w tym cel? Nie powinien się w ogóle w to angażować, nie powinien udawać, że się o nią troszczy, chociaż czy można było udawać, aż tak bardzo, czy to faktycznie była ułuda? Czy ona byłaby gotowa zrobić coś takiego dla kogoś na kim by jej nie zależało tak naprawdę? Nie miała pojęcia, coś jednak pozwalało jej wierzyć, że może jeszcze nie wszystko, co było między nimi zgasło, może jeszcze gdzieś mogli znaleźć resztki nadziei, właściwie przecież robili to teraz. Te pocałunki wydawały się znaczyć więcej, niż wszystkie dotychczasowe, były smutne, przesiąkniętę tęsknotą i może desperacją. Sama nie wiedziała. To nie oznaczało jednak, że nie chciał z nim tu tkwić w objęciach. Brakowało jej tej bliskości, brakowało jej jego. Chciała wierzyć w to, że to, co się teraz między nimi działo było prawdziwe. Kiedyś w końcu była tego pewna, teraz? Nie do końca, ale wmawiała sobie, że jest w tym jakiś większy sens. Zatracali się w sobie coraz bardziej, nie żeby to ją dziwiło jakoś specjalnie. Tak już mieli, kiedy się do siebie zbliżali nie do końca potrafili przecież panować nad tym, co działo się z ich ciałami. Na to nie mieli wpływu, nawet najmniejszego. Po prostu tak na siebie reagowali. Cóż, całowała go więc tak, jakby jutra miało nie być, a wszystko miało skończyć się dzisiaj, bo przecież i w tym była odrobina prawdy. Byli bliscy tego, żeby faktycznie dopełnić tego desperackiego aktu, pod tym prysznicem, tak jak zdarzało im się zresztą nieraz. Przyparta do tafli była w stanie dać mu wszystko, właśnie w tej chwili. Nigdy nie miała z tym żadnego problemu, komu, jak komu, ale jemu? Nie zwahałaby się nawet przez sekundę. Widziała to w jego spojrzeniu, widziała, że jest to coś więcej, niż tylko desperacja, a może tylko się jej wydawało? W końcu nie mogła być pewna. Lepiej było udawać, że nie jest w tym sama, że on też tego pragnie, też tego potrzebuje, nadzieja, że może faktycznie nie wyrzucił wspomnień o niej tak lekko. Ciekawa była, czy czasem wracał do tego co mieli, czy choć trochę było mu żal, że postanowił odejść, bo w końcu to on podjął decyzję, ona tylko ją zaakceptowała. Urażona duma nie pozwoliła jej go szukać i błagać, żeby do niej wrócił. Miała chęć o to zapytać, wydusić z siebie cokolwiek, ale tego nie robiła, bała się, że odpowiedź może jej się nie spodobać, wolała więc milczeć, bo to było wygodniejsze, zresztą czyny świadczyły same za siebie. Te wydawały się świadczyć o tym, że równie mocno tego pragnęli, że chcieli wyrwać tę ostanią, wspólną chwilę rzeczywistości. Tyle, że właśnie, jego słowa, to, że się odezwał było dla niej jak wiadro zimnej wody, wylane na głowę. Spanikowała, oczy jej błysnęły, nie do końca była pewna co się właśnie wydarzyło. Jej nogi odruchowo zareagowały, przestała je wokół niego oplatać tak usilnie. Czy chciał jej teraz powiedzieć, że to co robią jest nieodpowiednie? Czy nie powinna była przekraczać tej granicy, poczuła się głupio. Zamknęła oczy, aby nie musieć mierzyć się z jego spojrzeniem. To wszystko było głupie, ona była głupia, że myślała, że może ten ostatni raz dostać to, czego chciała. Zawahała się, i zdecydowanie dało się to zauważyć. Pierwszy raz poczuła, że to co robią może być niewłaściwe. - Kiedy, później? - Wciąż nie spoglądała na niego, ktoś musiał to powiedzieć, przecież nie chcieli się okłamywać, jakie później? Nie było przecież dla nich nadziei, on im ją zabrał, on wszystko skończył, jakie właściwie później miał na myśli, co to oznaczało, czego oczekiwał, czego od niej chciał? Nie miała pojęcia. Zmieszała się trochę, nie wiedziała, co powinna o tym wszystkim myśleć, czy odejść, odepchnąć go od siebie, odsunąć się? Nie miała pojęcia, co będzie właściwe. Najgorsze było to, że wcale tego nie chciała, mimo wszystko wręcz desperacko potrzebowała tej krótkiej chwili zapomnienia, była na siebie zła, że upadła, aż tak nisko, że wcześniej prosiła go o to, żeby został, bo co jeśli faktycznie to wszystko było tylko złudzeniem, jeśli postanowił skorzystać z okazji, zresztą dlaczego teraz po prostu nie chciał dać się ponieść, może wcale nie pragnął tego tak bardzo jak ona? Nie miała pojęcia, zacisnęła mocniej oczy, a po policzku pociekła jej pojedyncza łza, właściwie mogła zniknąć wśród tej wody, która ich otaczała, miała nadzieję, że jej nie zauważył, bo płakała tylko kiedy pojawiało się to beznadziejne uczucie bezsilności. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.11.2024 Słońce powoli wznosiło się po nieboskłonie za oknem, zalewając łazienkę jasnymi promieniami w odcieniach bieli i jasnego złota. Wstawał nowy piękny dzień. Wietrzny, ale ciepły. Gdzieś tam w tle w tym kompletnym milczeniu, w całkowitej ciszy wypełniającej pomieszczenie słychać było szum fal. Ich odgłos przypominał o wszystkim, co tu przeżyli i co bezpowrotnie wymknęło im się z rąk. Choć to byłoby przekłamanie, czyż nie? Nie wymknęło się, nie wyślizgnęło. On im to odebrał, wyrwał razem z kawałkami siebie - swojego serca, swojej duszy, umysłu, który od tamtej pory był tak zagubiony i poplątany. Przynajmniej dopóki nie trafili tu teraz. Teraz na chwilę poczuł się właściwie, wracając z nią do miejsca, gdzie wspomnienia nadal mogły żyć, nawet jeśli wyłącznie przez kilka chwil. Przypominając mu o spełnionych marzeniach i niewypowiedzianych pragnieniach, które kiedyś, był tego wtedy taki pewien, miały szansę się ziścić. Stali tu ponownie razem, dzieląc przestrzeń, w której zdawało się, że czas mógłby się zatrzymać. Splątani w kolejnych pocałunkach, coraz bardziej żarliwie sięgając po siebie nawzajem. Zatracając się w tym, co zawsze było po prostu na wyciągnięcie ręki. On zawsze był jej, ona była jego. Zawsze - nigdy. Nagość przyciągniętych do siebie ciał sprawiała, że wydawali się sobie kompletnymi, nareszcie na miejscu, wreszcie w domu, a jednak w rzeczywistości byli przecież tak dalecy od prawdziwego połączenia jak nigdy wcześniej w tym miejscu. To była wyłącznie cielesność, prawda? Nieważne, co mu się wydawało. Ich dusze nie były już ze sobą połączone. Wybrała kogoś innego, on wybrał samotność. To dlaczego w tym momencie wydawało mu się, że może być inaczej? Że jeśli wreszcie się przemoże, jeżeli to zrobi, to będzie jeszcze w stanie cokolwiek zmienić? Objął ją, czując jak zapach jej włosów otula go, wciąga w wir wspomnień, w których bezwiednie się zatracił, obsypując pocałunkami szyję Geraldine, sięgając dalej i głębiej. Z każdą kolejną sekundą jeszcze bardziej zmniejszając dystans między nimi. Nie ten fizyczny. Ten już dawno nie istniał. Ten inny. Ten, który sprawiał, że mury jeszcze stały. Teraz powoli pękając. Kocham cię. Każdy dotyk, każda chwila sprawiały, że jego myśli uciekały w kierunku marzeń, które nie miały prawa się spełnić. Czuł, że ta chwila była ich ostatnią szansą, ich własnym fragmentem wrześniowego wrzosowiska skąpanego w słońcu sprzed lat w tym wielomiesięcznym gąszczu beznadziejnych dni. Odkrył się przed nią. Zatracając się i odnajdując w każdym kolejnym dotyku dłoni Geraldine, w jej nogach oplątanych wokół niego, w przygryzanych wargach. We wspólnym zmierzaniu ku nieuniknionemu, pragnąc, by ona poczuła ten sam potworny żal, ból i nadzieję. Licząc, że może wtedy, gdy spojrzy w jego oczy, zrozumie, że przez te wszystkie miesiące nigdy o niej nie zapomniał. Jakże mógłby? Była jego częścią, zbyt mocno splątaną, za bardzo zakorzenioną w sercu, by mógł ją z niego wyrwać. Zresztą nigdy nie chciał tego robić, pielęgnując tę miłość jak to, czym dla niego była. Jego aconitum napellus w śmiertelnej dawce łykanej dzień w dzień w nadziei, że kiedyś przestanie boleć. W tym momencie byli tylko dwiema zagubionymi duszami pragnącymi znaleźć się pośród wzburzonych fal. Gdzieś tam w oddali migotała znajoma latarnia morska. W świetle dnia jej blask był niemalże niewidoczny, ale była tam. Byli w domu, nawet jeśli tylko dziś. Dotykał jej ciała, przytrzymywał w talii, przyciągając ją do siebie jeszcze mocniej. Czuł, jak jego serce łomocze w piersi, jakby chciało powiedzieć jej wszystko, co nagromadziło się przez te wszystkie dni, miesiące zmierzające w kierunku lat. Rok. Długi rok przechodzący w kolejny. Dwa lata, trzy, siedem, dziesięć, dekada... ...dzień po dniu. Do usranej śmierci. Czymże było ryzyko, które dla niej podjął ostatniego wieczoru? Nie niczym. Z pewnością czymś, ale jednocześnie... ...nie widział świata poza nią, prawda? Nawet teraz miał tę świadomość. Musiał być blisko, gdy to wszystko się działo, bo inaczej po prostu by sobie tego nie darował. Nieważne, co sobie tym robił, mimo tych wszystkich bezsennych nocy, kiedy starał się wyprzeć myśli z głowy, nie poddać się nostalgii i wspomnieniom. Ważne, że przy nim była. Żywa. Przeżyli. Byli tu razem. Ponownie. To pragnienie bliskości stawało się jego ucieczką, nawet jeśli złudną, tymczasową I trującą. Ucieczką, której desperacko potrzebował, by przetrwać kolejne przedłużające się chwile smutku, które o ironio miała jednocześnie wzmocnić i uczynić znacznie trudniejszymi do przeżycia. A potem ponownie to spierdolił. Nie chciał tego. Nie to miał na myśli, nie takie były jego intencje. Lecz podświadomie wiedział, czemu zinterpretowała to w taki sposób. Szczególnie wtedy, kiedy zacisnęła powieki i zamknęła oczy, i gdy z jej ust wydostało się to palące pytanie. Wiedział, że jej serce było już gdzieś indziej. W skrytości duszy czuł, że to był ten moment, w którym wszystko mogło ponownie zniknąć i przepaść. Jeszcze wpatrywał się w jej twarz, szukając tam nadziei. Pragnął powiedzieć jej, że byłby gotów oddać wszystko, aby zamienić ten moment na wieczność, którą sobie przysięgali. Mógłby, gdyby nie ścisk w gardle. Gdyby nie to, że sam udowodnił sobie, że każdy dźwięk, który pojawiłby się w tym miejscu, sprawiłby, że iluzja ostatecznie by się rozwiała. Już i tak praktycznie się rozmyła. Ich chwila przestała trwać. Była zaledwie krótkim, niecałkowitym, niepełnym zapomnieniem. Rozdrapaniem ran. I choć w tym momencie czuł, że najbardziej pragnałby jakoś ją zatrzymać, aby nie musieć myśleć o tym, co może nadejść, odpowiedzieć na pytanie w taki sposób, by pojęła wszystko. Ale na to było za późno. Sam nie wiedział, ile. Pół roku? Rok? Chciałby, aby oboje odeszli z tego miejsca bez żalu, bez strat, bez rozgoryczenia, ale to też nie było możliwe. Byli tu razem na granicy rzeczywistości i marzeń. Mogli się w tym zatracać, ale ta jedna myśl wciąż dźwięczała w jego umyśle. To było pożegnanie, oficjalny koniec. Już koniec. Nie miało być później, prawda? Nieważne jak bardzo by tego pragnął... ...pragnęli? Pragnęła tego? Dostrzegał to w jej oczach nim zacisnęła powieki, wywołując u niego ścisk gardła. W wygięciu warg, w grymasie twarzy. W tym, w jaki sposób wtapiała się w niego jeszcze kilka sekund temu, obejmując go nogami i zatapiając palce w jego skórze zanim tego nie popsuł. Nim nie otworzył ust, przerywając ich teraz mówieniem o czymś, co nie miało racji bytu. Nigdy nie powinien się odzywać. Nigdy nie powinien odchodzić bez słowa. Podświadomie wiedział, by tego nie robić. Dając sobie nadzieję na te długie sekundy, minuty wypełnione spełnianiem najgłębszych, najbardziej desperacko tłumionych pragnień. Całując ją, obejmując ramionami, unosząc w górę tak jak setki razy wcześniej. Powtarzając to, co było im dane przez wiele lat i co niegdyś brał za pewnik, bo miało trwać wiecznie. W ich domu, tym małym świecie, który kiedyś należał tylko do nich. Łudząc się, że to wystarczy, by zatracić się w tej chwili, zapominając o wszystkim, co nigdy nie miało się wydarzyć, bo to nie miało nic zmienić. To nie było istotne, czego mogliby pragnąć, skoro później nie istniało. Nie miało być później, nie dla niego, nie dla nich. Nie razem. Nie mogli go mieć. Nie mógł jej mieć, nie tak jak tego pragnął, nie wyłącznie w ten krótki, chaotycznie zdesperowany sposób pełen smutku, żalu i utraconych marzeń. Ani później, ani teraz. A jednak ta chwila była jego ostatnią szansą, ostatnią próbą wyciągnięcia dłoni w kierunku czegoś więcej, desperackim aktem, milczącą prośbą, błaganiem? Iluzją, bo wiedział, że nie był jej i wbrew temu, co działo się między nimi jeszcze przed chwilą, był jej... ...nikim. Sama mu to powiedziała. Nie znał jej, już nie. Nie znał jej myśli, nie wiedział o niczym, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach. Gdyby nie gorzkie zrządzenie losu, nie wiedziałby nawet o tym, co niemal zabiło ich tej nocy w jaskini. Nie miałby pojęcia, że mogła stamtąd nie wrócić, mógł ją stracić i nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego jak żałośnie to brzmiało, bo przecież już to zrobił, chodziło o znacznie gorszą stratę. Myśl o całkowitej utracie była jeszcze bardziej przytłaczająca. Druzgocąca niemal tak jak to, że w tym wszystkim nigdy tak naprawdę nie próbowała szukać z nim kontaktu. Czy mógł ją winić? Nie. Czy mógł czuć się z tym tak, jakby w jej oczach nie był już warty ani knuta uwagi, nawet wtedy, kiedy powinien być? Spędzili ze sobą wiele lat, był przy niej w dobrych i w złych chwilach, stał u jej boku, sięgając po rękę Geraldine tak jak tej nocy w jaskini. Czując uścisk jej palców, dotyk dłoni i spojrzenie mówiące, że mu ufała. Za każdym razem mając ją przy sobie. Gdzieś tam chyba w dalszym ciągu myślał, że jeśli będzie fatalnie to do niego przyjdzie. Nie przyszła. Nie ufała. To on odszedł. Zniszczył to wszystko, co mieli. Zrujnował ich idyllę zanim sam zrujnował sobą Rinę, ale na swój pojebany, pokrętny sposób chyba zawsze łudził się, że to nie będzie koniec wszystkiego. A jednak. Nie było między nimi niczego, czego by nie zniszczył tamtego zimnego, okrutnie przejmująco lodowatego, wietrznego poranka. Ani teraz w tej chwili, kiedy otworzył usta, chcąc powiedzieć jej coś zupełnie innego niż to, co od niego usłyszała. Nie taki był jego zamiar, nie taki chciał dać jej przekaz. To, że go nie zrozumiała było ostatecznym dowodem na to, że cokolwiek wydawało mu się jeszcze przed chwilą, nie miało żadnego pokrycia w rzeczywistości. Nie znali się już. Mógł dotykać ciała dziewczyny, zagarniając dla siebie usta Riny, jednak nie jej umysł. Nie była dla niego jak otwarta księga. Mur, który niemal się rozsypał, teraz zaczął wznosić się coraz wyżej. A on mu na to pozwalał, na nowo zamykając swoje granice. Potrzebował od niej tylko jednego: zrozumienia. Chciał podzielić się z nią resztką tego, co jeszcze miał, swoją duszą, nie przejmując się tym, co będzie później. Nie myślał o konsekwencjach, o tym, co będzie kiedyś, choć przecież sam użył dokładnie tego słowa. Kiedyś. Ile razy wcześniej używali tego słowa, snując wypowiedziane i niewypowiedziane plany, rozmawiając o przyszłości zamiast czerpać pełnymi garściami z teraźniejszości, póki jeszcze trwała. Byli młodzi, głupi i zakochani. Tak bardzo spragnieni wieczności. Pragnął jej tu i teraz. W swoich ramionach, w ciasnym prysznicu, ciało zatopione w ciele, usta żarliwie zagarniające siebie nawzajem. Nic więcej się nie liczyło, bo nie musiało, dopóki oboje byli w stanie udawać, że świat na zewnątrz nie istnieje. Zawahał się. Zdawał sobie sprawę, że ta chwila powinna trwać wiecznie a jednocześnie wiedział, że nie ma na to szans. Jakiekolwiek by one niegdyś były, zostały bezpowrotnie stracone. Oddalił od siebie tę myśl. Pożegnanie wydawało się być zbyt wielkim obciążeniem. Próbował. W dalszym ciągu usiłował odwlekać nieuniknione. Cholerny desperat. - Nie myśl o tym - szept ledwo przecisnął mu się przez zaciśnięte gardło, choć wszystko w nim pragnęło powtórzyć po niej tamte słowa z plaży. - Jeszcze nie teraz, proszę, proszę - a jednak milczał, przytłoczony ciężarem tej chwili, która jeszcze mgnienie oka wcześniej wyglądała zupełnie inaczej. - Proszę - nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że powiedział, a właściwie - wyszeptał, to na głos. - Wróć do mnie. Nawet jeśli tylko na chwilę, nawet jeśli tylko teraz, wróć, proszę - ale to nie było takie proste. Milczał. Zamilkł, przyciskając czoło do jej czoła, nos do nosa, ale nie posuwając się do niczego więcej. Do zamknięcia jej ust kolejnym pocałunkiem ani tego, by na nią spojrzeć. Bardzo powoli przełamując się do tego, by postąpić właściwie. Z oporem, wahaniem, cholernym tępym bólem promieniującym w każdej komórce ciała, łapiąc jeszcze te ostatnie desperackie sekundy, puścił talię Geraldine. Zsunął z niej dłonie wzdłuż bioder dziewczyny, pozwalając jej zrobić to, co było już nieuniknione. Opuszczając ją z powrotem na zimne kafelki w brodziku. Wciąż ją trzymał, ale odwrócił głowę, odpuszczał. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.11.2024 Dzień budził się już do życia, o czym przypominało im słońce, które powoli wznosiło się coraz wyżej, jasne promienie wdzierały się przez szybę do łazienki. Czas płynął, to było nieuniknione, a oni nadal tkwili przy sobie, właściwie nie wiedzieć czemu. Nadal nie odpuszczali, łaknęli swojej bliskości, tak jak robili to kiedyś niemalże codziennie. To się nie zmieniło, a przynajmniej odczuwała takie wrażenie, może było złudne, może nie. Coś jednak ich do siebie przyciągało. Znowu. Szukali ukojenia, pocieszenia, właściwie trudno jej było nazwać to, czego teraz potrzebowała. Wiedziała jedynie to, że nie chce być sama. Nie chciała jeszcze odchodzić. Nie zniosłaby myśli, że musi godzić się z teraźniejszością, która wydawała się być bardzo brutalna. Wiele by dała, by móc wrócić do przeszłości. Cofnąć się w czasie, przeżyć jeszcze raz to wszystko, tyle, że nie było takiej możliwości. Nie mogła wrócić do tego, co mieli, a szkoda. Jej życie wtedy wydawało się być jakieś takie pełniejsze, miało sens. Teraz? Błądziła, w poszukiwaniu czegoś, sama nie wiedziała czego, a właściwie to miała świadomość, że i tak tego nie znajdzie. Beznadziejny los ją czekał. Właśnie z tego powodu nie chciała wypuszczać jego dłoni, nie chciała kończyć tego, co trwało. Powrót do smutnej rzeczywistości na pewno by ją zabolał. Wolała więc po prostu udawać, że ona nie istnieje. To było całkiem wygodne, przynajmniej na ten moment. Resztą będzie się martwić później, myśleć o konsekwencjach, przecież nigdy tego nie robiła. Nigdy nie zastanawiała się nad swoim postępowaniem, dlaczego teraz miałaby to robić. Zawsze sięgała po to, na co miała ochotę w danej chwili, a teraz, teraz po prostu chciała wrócić do tego, co kiedyś było dane jej mieć. Zwłaszcza, że znajdowało się to na wyciągnięcie ręki. Nie odrzucił jej, też chciał się w tym zatracić, spełnił jej błagalną prośbę, nie opuścił jej, jeszcze nie teraz. To był dobry znak. Trudno jej było stwierdzić, co dzieje się w jego głowie, dlaczego na to wszystko przystał, skoro nie chciał mieć z nią nic wspólnego, nie wyjaśnił jej jak dotąd praktycznie niczego i wcale nie zapowiadało się na to, że to zrobi. Czuła, że dzięki temu łatwiej byłoby się jej pogodzić z tym odrzuceniem, tak to mogła jedynie gdybać, a niestety miała tendencje do tego, aby za wszystkie niepowodzenia obwiniać tylko i wyłącznie siebie, bardzo łatwo jej to przychodziło, bo przecież ponoć była panią swojego własnego losu, jak widać nie do końca. Nie mogła mieć wszystkiego, czego bardzo chciała, tak właściwie to nie mogła dostać tego na czym jej najbardziej zależało. Uczucia nie da sie kupić, nie da się sprawić, żeby ktoś ją pokochał, niestety to zostało stracone, mogłaby próbować to naprawić, tyle, że rok temu, nie teraz, teraz było za późno. Wszystko pochłonął piach. Pocałunki, ciepło jego ciała pod opuszkami jej palców, przyspieszone oddechy, to wszystko całkiem skutecznie odsuwało od niej te niewygodne myśli. To musiało coś znaczyć, to nie mogło być nic. Powinno być czymś więcej. Przynajmniej dla niej, dla niej na pewno było to coś więcej, nie przyjmowała, że to nic nie znaczyło. Pewnie później jakoś ubierze to w słowa, teraz nie próbowała tego robić, to nie był odpowiedni moment. Wolała się skupić na wykorzystaniu tej okazji, która pojawiła się zupełnie znikąd. No, nie do końca znikąd, Ambroise postanowił zaangażować się w jej sprawy, nie pozwolił jej samej ryzykować, co nie było szczególnie pocieszające, bo nie zniosłaby myśli, że stała mu się krzywda przez nią, przez błędy, które popełniła, nie wybaczyłaby sobie tego. Na szczęście jakoś udało im się wygrać, przynajmniej z pozoru przecież byli zwycięzcami tego starcia, teraz czekała na nich nagroda, powinna czekać. Może ich nagrodą miała być właśnie ta ostatnia spędzona razem chwila, bliskość, którą mogli znowu poczuć. Na pewno tego potrzebowali po wydarzeniach minionej nocy. Nie przyszła do niego po pomoc, nie sądziła, że ma do tego prawo. To nie było jego odpowiedzialnością, już nie, wypadało, aby radziła sobie sama, jakimś cudem jednak udało mu się wplątać w to wszystko i tak znalazł się u jej boku, może z początku bardzo na dystans, czego nie ukrywali i ona i on, ale z czasem, wraz z rosnącym niebezpieczeństwem nie dało się dłużej udawać, że może trochę im na sobie zależało. To o niego martwiła się najbardziej, zależało jej tylko i wyłącznie na tym, żeby on na pewno wrócił na powierzchnię, nikt więcej. Zresztą czuła też od Roisa największe wsparcie w tym wszystkim, a powinni się przecież nienawidzić, tylko czy właściwie kiedykolwiek byłaby w stanie obdarzyć go takimi uczuciami? Nie, to nigdy nie była nienawiść. Nawet wtedy, kiedy się żarli w przeszłości, na siłę próbowała mu udowodnić, jak bardzo za nim nie przepada, a był to tylko odruch, bo ją odrzucił, nie chciał mieć z nią nic wspólnego, gdy wyciągnęła do niego dłoń i chciała okazać mu swoje wsparcie. Później odrzucił ją drugi raz, wtedy jednak nie znała powodu, czy nadejdzie i trzeci, czy właściwie byłoby to odrzucenie, czy po prostu powrót do rzeczywistości? Nie miała pojęcia. Pewna była tylko tego, że ich ciała nie zapominały tego, że są dla siebie stworzone. Pasowali do siebie idealnie, i może pojawiły się nowe blizny, zadrapania, głębokie rany, jednak w środku nic się nie zmieniło. Nadal pragnęła go w ten sam sposób, nadal nie potrafiła się powstrzymać, kiedy znajdował się zbyt blisko. Gdy wtulał się w nią, a ona mogła przepaść w jego uścisku. Brakowało jej tego strasznie. Teraz mogła w spokoju się tym napawać, jeśli to nie było przeznaczenie, to co nim było? Czy mogło być coś silniejszego od tego. Słowa im nie służyły. Miała wrażenie, że kiedy się do siebie odezwali wszystko zaczęło się rozsypywać, po raz kolejny, znowu zaczął wymykać jej się z rąk. Nie pojmowała dlaczego tak się dzieje, czy nie lepiej było po prostu dać się ponieść, słowa były zbędne, powinni je omijać. Zwłaszcza, że znowu wiele sobie dopowiadała, interpretowała wszystko w swój własny, pokrętny sposób, nie do końca odpowiedni. Miała jednak wrażenie, że może przesadziła, że może przekroczyła granicę i Roise chciał jej przypomnieć o tym, że to było tylko chwilowe, że wcale tego nie chciał, chociaż skoro sugerował, że wrócą do tego później, to może rzeczywiście to miał na myśli, może wcale nie chciał jej odrzucić. Miała mętlik w głowie, nie wiedziała, co powinna myśleć, co właściwie się między nimi działo, co miało z tego wyniknąć, czego od siebie potrzebowali. Myślenie jej nie służyło, zdecydowanie, za szybko wymyślała kolejne teorie, a każda z nich miała coraz mniej sensu. Nadinterpretowała, szukała drugiego, trzeciego, czwartego dna, zamiast po prostu dać się ponieść. Głos uwiązł jej w gardle, kiedy usłyszała jego proszę, albo jej się wydawało, nie, na pewno to doszło do jej uszu. Miała nie myśleć, tak, łatwo było powiedzieć, szczególnie kiedy nie do końca panowała nad tym wszystkim, co działo się w jej głowie, a tysiące myśli sugerowało jej naprawdę wiele dziwnych, nie do końca logicznych sytuacji. Próbowała zrozumieć, tylko to, nic więcej. Zrozumieć, co powinni zrobić. Później... czy faktycznie mogli liczyć na jakieś później, to nie dawało jej spokoju. Nie chciała kierować się nadzieją, która przecież mogła być złudzeniem. Mogła to źle zinterpretować, ale skoro ją o to prosił, a on przecież rzadko kiedy o coś prosił, jak ona brał po prostu to, co do niego należało. Tyle, że teraz ona już nie była jego, powinna o tym pamiętać. To co było, nie wróci, nie znaczyli dla siebie tyle co kiedyś, wypadałoby o tym pamiętać. Opuścił ją na ziemię, poczuła pod stopami chłodne kafelki, które przypominały jej o tym, gdzie właściwie się znajduje, przed chwilą bowiem świat się zatrzymał. Zatracała się w czymś, czego potrzebowała, czego nie potrafiła nazwać. Rzeczywistość postanowiła ponownie wyciągnąć po nią swoje ręce. Tyle, że nie chciała się na to zgodzić, nie tego chciała. Miała zamknięte oczy, kiedy zbliżył się do niej ponownie, oddychała powoli, próbowała postąpić słusznie, dlaczego wydawało jej się, że powoli odpuszczał? Czy to było faktycznie to, czego chciał, czy próbował postępować słusznie, tylko co właściwie mogło być aktualnie uznane za słuszne, nie wiedziała, nie potrafiła sobie tego uzmysłowić. Wypuścił ją z ramion, nie do końca jej się to podobało, nie przestała pragnąć tej bliskości, ucieczki, chwilowego poczucia ulgi. Może zareagowała po raz kolejny nieco desperacko, ale wcześniej to przecież im pomogło, szukała jego dłoni, chciała ponownie spleść ze sobą ich palce, żeby poczuć to, co mieli jeszcze przed chwilą, to nie mogło zniknąć, nie powinny tego popsuć nawet słowa, które przecież nie miały większego znaczenia, to gesty, gesty liczyły się najbardziej. - Dobrze. - Powiedziała cicho, niemalże bezgłośnie. Wcale nie było dobrze, ale zgodziła się na to, żeby nie myśleć, skoro nie miało to żadnego sensu, przestała się na tym skupiać. Wolała po prostu pozwolić im ponownie skupić się na tym, co wykradli teraźniejszości. Jeszcze chociaż przez chwile dać sobie odczuwać to złudne poczucie bliskości, której przecież nie powinna już u niego szukać. Powiedział jej, że to nie ma sensu, dlaczego więc właśnie to wydawało jej się właściwie, dlaczego nie chciała, żeby się skończyło? Była naiwna i głupia, oszukiwała sama siebie, ale to nie miało znaczenia, nie teraz. Mogło być to wzięte za desperację, na pewno, ale nieszczególnie się tym przejowała. Nie miała pojęcia, co zrobią dalej z tym dniem, ile właściwie czasu im zostało, czy zaraz postanowią się od siebie odsunąć, znikną za drzwiami Piaskownicy, jakby to wszystko wcale nie miało miejsca. Nie chciała o tym zapominać, może faktycznie coś mogło się zmienić, może jeszcze tego nie przekreślili, wystarczyła jej jedna chwila bliskości, żeby wróciła nadzieja, czy to musiał być koniec? Czy mogła w ogóle oczekiwać czegoś innego. Nie wiedziała i chyba jeszcze nie chciała się tego dowiedzieć. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.11.2024 Nie teraz. Nie tak. Kocham cię. Jeszcze nie teraz. To było nieuchronne, miało się wydarzyć, ale czemu musiał spierdolić to w tej jednej jedynej chwili, kiedy mogli jeszcze udawać, że czeka na nich wszystko? Nie nic. Że te lata nie były niczym, że nie były na nic. Bardzo powoli przełknął ślinę nagromadzoną w ustach, jakby ten dźwięk miał odbić się echem po pomieszczeniu, gdyby tylko zrobił to trochę zbyt szybko i za głośno. Ambroise już miał wrażenie, że w przejmującej ciszy, jaka zapadła w łazience, Geraldine jest w stanie usłyszeć stanowczo zbyt głośne łomotanie jego serca. Próbował uspokoić jego rytm, lecz ono nic sobie z tego nie robiło. Zacięcie pompowało krew, robiąc to trochę za bardzo intensywnie, zbyt chaotycznie i urywanie. Zamierało na chwilę a potem starało się nadrobić zaległości. Nadgonić te wszystkie chwile, w których on miał wrażenie, że po prostu przestanie bić, bo przecież nie mogło tak boleć, jeśli działało właściwie. Od dawna było po części wadliwe, częściowo puste i ozdobione. Nie znajdowało się na właściwym miejscu, nie miało swojej dawnej roli, brakowało mu celu w życiu innego niż podtrzymywanie Greengrassa na pograniczu życia i egzystencji. Bowiem przez większość czasu nie mógł powiedzieć nic więcej ponad to, że właśnie to robił: był, egzystował, wykonywał starannie swoje obowiązki, utrzymywał poprawne kontakty z otoczeniem, wspierał tych bliskich, których jeszcze nie zawiódł i nie stracił. Starał się zachowywać pozory, szafował maskami. Zmieniał je raz za razem, nadużywał ich wyłącznie po to, żeby chronić własną prawdziwą twarz człowieka, który gdy tylko wracał do domu i zostawał sam na sam ze swoimi demonami, momentalnie tracił równowagę. Nie był ani trochę stabilny. Nie tak jak kiedyś. Kurczowo trzymał się wszystkiego, co w dalszym ciągu budował, tyle tylko że na zgliszczach dawnych marzeń. W popiole i w dymie, który bardziej dusił niż tamten w jaskini. Tamten dało się odciąć ubraniem, uniesionym kołnierzem, golfem, chustką uniesioną do twarzy. Tego tutaj nie. Był permanentnie wyczerpany. Nawet nie chciał patrzeć sobie w oczy w lustrze wiszącym na ścianie, bo nazbyt dobrze wiedział co by tam zobaczył. Gdyby był w pełni sił, mógłby jeszcze łudzić się, że przez to, że były niemal stale lekko przekrwione, nie mogła poznać po nim tego, co działo się we wnętrzu jego duszy. Bowiem przecież tym były oczy. Oknami dla duszy, której Geraldine sama nie chciała mu teraz pokazać, kurczowo zaciskając powieki. Aż wreszcie on też zamknął swoje, biorąc kilka głębokich wdechów i znowu pogrążając ich oboje w ciszy, bo przynajmniej cisza nie raniła tak bardzo. Gówno prawda, bo bolała bardziej niż jeszcze chwilę temu. Teraz niosła ze sobą nieuniknioną świadomość tego, że zaraz będą musieli ją ponownie przerwać. Tym razem trwale, bo czar pryskał. Próby podejmowane jeszcze przed chwilą zaczęły tracić swój sens a zatem również ten powiew nostalgii i iluzję rozwiewającą się na nadmorskim wietrze. Z tym, że ten tutaj nie był ciepły. Nie wiał za oknem ani nie świstał między wielkimi głazami w luźnych przestrzeniach przy zejściu na plażę. Nie ogarniał wrzosowisk. Tylko ich dwoje tutaj w łazience, która do tej pory jak na ironię zdążyła oblać się parą. Było ciepło, wilgoć zbierała się na szklanych ściankach kabiny prysznicowej. Ciasnej, teraz nawet aż za bardzo. Kiedy Ambroise stał tak z zamkniętymi oczami, czekał na słowa ostatecznie przekreślające ich ulotne złudzenia, zaczął uświadamiać sobie, że chłód znowu go ogarnia. Przestrzeń zaczęła się robić obca, bo przecież już nie jego, i klaustrofobiczna. Szczególnie, że zaczął robić to, co przychodziło mu coraz bardziej instynktownie. Wycofywał się, poluźniając dotyk i cofając dłonie z ciała, które jeszcze chwilę temu wydawało mu się, że może ostatni raz należeć do niego. Byli tak blisko tego, żeby zatopić się w sobie nawzajem, poszukując dawnych nici i widm gorących, desperackich uczuć. Chciał odnaleźć to, co kiedyś mieli. Odzyskać utracony grunt pod nogami i ten wewnętrzny spokój, jakim niegdyś Geraldine go napełniała. Dopóki nie zaczął jej się wyślizgiwać. Póki nie zatonął w bagnie własnych pochopnych decyzji, które dogoniły go po wielu latach, kiedy już zdążył częściowo zapomnieć o tym, że mogły mieć jakieś większe konsekwencje. Straciły dla niego znaczenie, bo przecież przez ładne kilka lat zdążył stać się zupełnie innym człowiekiem. Dorosły Ambroise (śmieszne, bo dopiero w okolicach trzydziestki) zaczął podświadomie odcinać się od tamtego gówniarza, który by nim gardził. Obaj sobą wzajemnie pogardzali. W tamtym okresie, gdyby mógł to zrobić i dotyczyłoby to kogoś innego, nie jego własnej przeszłości, starszy Greengrass unosiłby brwi na widok zachowań młodszej wersji siebie. Byłby wobec siebie suchy, wzgardliwy i może trochę prześmiewczy. Patrzyłby z góry na swoje szumne deklaracje niezależności i uwielbienie wolności, gadki o byciu zamkniętym w złotej klatce i na całą resztę. Wiedziałby, że za kilka lat będzie pomijać tamte zachowania, spuści na nie zasłonę milczenia. Nigdy nie przyzna, że mógł wtedy nie mieć racji, nie zacznie przekonywać innych do zmiany nastawienia, ale sam je zmieni. Niemalże o sto osiemdziesiąt stopni, robiąc się trochę bardziej ogarniętym człowiekiem. Nadal mocno związanym z obranymi drogami, ale już nie czującym potrzeby, by znaczyć każdą latarnię na Nokturnie albo każdy kamyk na Ścieżkach. Przeciwnie: coraz bardziej czując, że jego pozycja zaczyna mu wystarczać. Podtrzymując ją, ale nie pchając jej wyżej, bo ryzyko mogłoby być niewspółmiernie wysokie w stosunku do korzyści. A on wtedy już miał swoje największe dobra. Własne, wspólne życie i dom, który jego młodsza wersja niechybnie pogardliwie określiłaby tą złotą klatką. Młodszy Roise wyśmiałby jego ckliwość, nie zostawiłby na nim suchej nitki i jeszcze cynicznie zachęcałby go do poryczenia się w związku z tym jak baba. Zresztą zarzuciłby mu utratę jaj w związku z przejęciem w domu roli opiekuńczo-medycznej (babskie sprawy) i wzięcie na siebie kuchni (to już w ogóle), robienie swojej kobiecie herbatek i ciepłych kąpieli, czesanie jej włosów, gdy była zmęczona. No, wyśmiałby się bez chwili zastanowienia. Teraz też. Rok później. Ponad rok od czasu, kiedy jeszcze mógł o sobie powiedzieć, że jest tamtym człowiekiem, który w dalszym ciągu planuje wspólną piękną przyszłość w domu z widokiem na morze i z dostateczną liczbą pokojów, by móc wypełnić je jeszcze większą ilością życia. Teraz też mógłby się cynicznie śmiać, gdyby tylko potrafił. Jako ta trzecia wersja siebie. Najbardziej nieoczekiwany obcy element, którego chyba nikt, szczególnie on się nie spodziewał. Zawsze miał przed oczami siebie z przeszłości i siebie z teraźniejszości będącej jednocześnie przyszłością. A kiedy to wszystko spierdolił... ...to chyba rozszczepił się gdzieś bezpowrotnie. Powstała trzecia wersja. Niechciana, ale ostateczna. Dokonał tego wyboru wiosną zeszłego roku. Nie musiał z tym żyć. Mógł egzystować, to wystarczało... ...jak do tej pory. Do chwili, w której łazienka zaczęła wirować, ściany ich domu rozsypywać się w piach na wietrze. Ten, który wiał w oczy Ambroisa. Nawet w momencie, w którym przez ułamek sekundy wydawało mu się, że może rzeczywiście dadzą sobie odrobinę wytchnienia, na które przecież zasługiwali. Byłby w stanie się w tym zatracić. Nigdy nie miał najmniejszego problemu z tym, żeby sięgnąć ku niej i jednocześnie otworzyć przed nią swoje ramiona. Nie chciał wyłącznie brać. Dawanie przychodziło mu równie instynktownie. Przy Geraldine wszystko było łatwiejsze, nawet wtedy, kiedy nie było. Wystarczyło, że posyłała mu spojrzenie, o którym wiedział, że zawsze było i zawsze miało być wyłącznie jego. Tak jak ona. Tak jak on dla niej. Topniał, zachowywał się inaczej, łagodniał i pokorniał. Szukał kompromisów tam, gdzie w przypadku kogokolwiek innego nigdy nie kwestionowałby słuszności swoich przekonań. Z nią było inaczej, ale przecież znał odpowiedź, czemu tak to wyglądało. Znał i akceptował. Podświadomie nawet teraz, kiedy to już nie miało racji bytu, bo zamiast patrzeć mu w oczy, zamykała je. A zamiast rezerwować swoją miłość dla niego i tylko dla niego, miała jej w sobie dużo, lecz dla kogoś innego. Czy czuł, że wyciągając ku niej ręce, komuś to kradnie? Nie. Wiedział, że to robi i że to jest sprzeczne ze wszystkim, co bardzo dawno temu zadeklarował, że nie będzie jego domeną. Uważał się za zbyt dobrego, żeby robić coś takiego. Miał klasę, nie był desperatem, ale w tym momencie desperacko potrzebował zapamiętać każdy szczegół ukochanego ciała. Wszystkie zmiany, które pokazywały mu, ile stracił. Chciał je dostrzec, pomimo bólu, który mu przynosiły, chciał całować skórę, ogarnąć ją dotykiem, który koił a nie palił. Dawać, nie zabierać. Czy to w ogóle było możliwe przy tym kim był i kim się stał. Nie mógł budować, już nie, więc chociaż wreszcie zaczął podejmować racjonalną decyzję o tym, aby nie psuć. Nie wiedział czemu kolejny raz słowa nie szły w parze z gestami, bo jednocześnie zaczął się żegnać i robił coś, czego nigdy nie uważał za słuszne - prosił. Podświadomie szukał Geraldine w słowach, gdy gestami się od niej oddalał. Najwyraźniej nic między nimi nie było już takie same jak wcześniej. Zatracili się, ale nie w sobie tylko na swojej wspólnej drodze, która wtedy na wiosnę stała się dwoma zupełnie innymi ścieżkami. Skoro się odsuwał to czemu znowu poczuł tąpnięcie w piersi, gdy dotarła do niego cicha odpowiedź? Nie chciał litości, nie pragnął wybaczenia, nie chciał, żeby dawała mu cokolwiek z jego desperacji, bo to nie byłoby to. Gdzieś pod skórą Ambroise wiedział, że by to wyczuł. Wyparłby to, ale wyczułby chwilę, w której ich wspólna ucieczka w melancholię i wspomnienia zmieniłaby się w całkowite kłamstwo. Czemu, kiedy dłoń Riny odnalazła jego, ścisnął jej rękę, wspólnie splatając ich palce. Sekunda, dwie. Nie patrzyli na siebie. W dalszym ciągu unikali spojrzenia. Trzy sekundy, cztery. Wiedział, że później wielokrotnie będzie przywoływać to w pamięci. Być może po to, żeby się przeklnąć. Możliwe, że po to, aby nakarmić się trującą słodyczą wspomnień. Pięć sekund, dziesięć. Przestał liczyć w momencie, w którym ją do siebie przyciągnął, znowu zatapiając się w jej ustach, ale tym razem nie przestając, aby upewnić się czy w dalszym ciągu tego chciała. Czuł bicie jej serca i łomotanie własnego, szczególnie wtedy, kiedy znowu bezwolnie zagarnął Geraldine ramionami. Mogli tu zostać, ale to już nie było ich idealne miejsce. Zresztą nigdy nie powinno być. Nieistotne jak bardzo czynili je swoim w tej ukradkowej chwili wyrwanej rzeczywistości. Nieważne, ile czasu im pozostało. Jeśli to miało być to ostateczne pożegnanie, a przecież właśnie tak było, to powinni uczynić je tak swoim jak tylko potrafili. Kiedyś o tym rozmawiali, prawda? Mówili o innych miejscach, nie ich własnym. Nie o przestrzeni, w której wielokrotnie wcześniej się w sobie zatapiali, zapominając o całym świecie. A jednak to miało znaczenie. Mógł ją za sobą pociągnąć tak jak ona zrobiła to wcześniej w kierunku prysznica, ale wtedy straciliby czas, którego i tak nie mieli, więc ten kolejny ruch był instynktowny. Właściwy, nawet pomimo zmęczenia. Zagarniając usta dziewczyny, podźwignął ją z kafelek, tym razem w inny sposób niż wcześniej. W ten, w który lata wcześniej sądził, że przyjdzie mu przenieść ją przez inny próg, ale to było stracone. Pozostało im jeszcze to jedno. Sypialnia, która niegdyś była świadkiem wielu innych, lepszych chwil. Teraz cicha i wypełniona kurzem. Z zasuszonym bukietem kwiatów o częściowo opadłych płatkach na komodzie i nie ułożoną pościelą. Nie przeszło mu przez myśl czy tą samą, nie brał tego pod uwagę. Po prostu padł na łóżko, które kiedyś przyjęło tyle wspólnych chwil, teraz mając być świadkiem tej ostatniej. Zatopił ją w pocałunkach. W ramionach. W miękkości materaca. W chłodnej pościeli i tumanach kurzu wzbijającego się w powietrze, wirującego przez chwilę, żeby opaść i wzbić się znowu. A woda spływała po kafelkach w dalszym ciągu wypełniając pomieszczenie szumem, który był już niesłyszalny dla uszu. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.12.2024 Yaxleyówna za bardzo była skupiona na swoich emocjach, aby wyłapać to, co dzieje się z Ambroisem. Może nie powinna być w tej chwili tak bardzo egoistyczna, ale za dużo się działo, żeby była w stanie jeszcze zauważać, co dzieje się z nim. Nie potrafiła do końca odnaleźć się w całej sytuacji, nie wiedziała, ku czemu zmierzaja, nie miała pojęcia do czego prowadzą te nie do końca przewidziane pocałunki, czy palce splecione ze sobą. Było jej dobrze, tu i teraz, jednak, czy miała prawo w ogóle wykorzystywać tę okazję? Nie wiedziała, nie umiała stwierdzić, dlatego też pozwoliła sobie po prostu popłynąć. To nie był odpowiedni moment na to, aby za bardzo przejmować się tym, co mogło się zmienić, co mogło to przynieść. Chciała przez ten krótki moment poczuć się istotną dla kogoś, a że jej były chłopak, akurat znalazł się pod ręką, to szkoda by było z tego nie skorzystać. Zresztą nigdy nie pogodziła się z tym, że przestało ich łączyć cokolwiek, na pewno nie wyglądało to tak z jej strony, zresztą powiedziała mu przecież sama, że nie umiałaby go nienawidzić, chociaż próbował to na nien wymusić. Nigdy go nie skreśliła, raczej wydawało jej się, że to po prostu chwilowy moment niepewności, który się między nimi pojawił i zamiast zniknąć niemalże od razu to ciągnął się już ponad rok. Nie powinno tak być, była tego pewna. Już dawno powinni mieć to za sobą, i pewnie tak by się stało, gdyby nie ich uparte charaktery. Byli siebie warci, jeśli o to chodzi, zdecydowanie, aż za bardzo. Nie potrafiła przestać go kochać, nadal jej zależało, nawet jeśli starała sie udowodnić, że tak nie jest. Była chujowym kłamcą, więc pewnie mógł to z niej wyczytać i chociaż próbowała go kimś zastąpić, to nigdy jej nie wychodziło, nie umiała pokochać nikogo innego. Może to miało być jej przekleństwem? To, że pozwoliła sobie tak bardzo się w nim zatracić, a okazało się, że on jej nie chciał, to mogło być to. Gdyby się postarała umiałaby dostać wszysto, na czym jej zależało, ale miłości przecież nie da się kupić. Nie mogła nic zrobić z tym, że nagle przestało mu zależeć, że nagle postanowił ją porzucić. Nie miała na to większego wpływu i może to ją tak bolało, nie znosiła bezsilności, a w tym przypadku zdecydowanie taka była. Nie umiała w żaden sposób zmienić jego decyzji, nie, żeby próbowała - uniosła się w końcu dumą. Trudno jej było wybaczyć zerwanie obietnic, udawanie, że one nie istnieją. Ile razy słyszała od niego, że nigdy jej nie zostawi? Nagle obudziła się, przeczytała krótką notatkę i to by było na tyle. Całe ich życie zostało wyrzucone w pizdu, wszystko, co udało im się razem osiągnąć. To było mocno demotywujące, nawet jak dla niej. Nie do końca umiała odnaleźć się w tej rzeczywistości, gdzie on też próbował się do niej zbliżyć, bo przecież nie było to jednostronne, dotykał jej, szukał bliskości. Próbowała znaleźć powód, czy może faktycznie też nadal coś do niej czuł, może ciągle o niej nie zapomniał. Zastanawiała się czasami, jak wyglądało jego życie, kto u niego sypiał, czy zajmował jej stronę łóżka? Chyba nie umiałaby się z tym pogodzić, to byłoby dla niej zbyt wiele. Sama zresztą przyjmowała raczej nie przyjmowała możliwości, aby ktoś zostawał u niej na zbyt długo, miała krótki epizod z ćpunem ale i on stwierdził, że nie jest jego warta, to było dosyć bolesne. Może właśnie w niej był problem, może nie nadawała się do tego, aby ktoś faktycznie potrzebował jej w swoim życiu, może na zawsze miała zostać nikim. Musiała się z tym pogodzić, bo co innego jej zostawało? Czuła, że się od niej wycofuje, że zaczął się odsuwać. Cóż, ona nie zamierzała mu na to pozwolić, potrzebowała tej chwilowej ułudy, świadomości, że może być komuś potrzebna chociaż na chwilę, zdecydowanie nie chciała być sama. Decyzja wcale nie była taka trudna, bez zawahania po prostu zrobiła to, co wcześniej zadziałało - złapała go za rękę, splotła swoje palce z jego i liczyła na to, że to wystarczy, że to będzie wystarczający powód, aby z nią tutaj został. Yaxleyówna jakoś niespecjalnie zastanawiała się nad swoimi pobudkami. Chciała to zrobić, chciała stać się czyjaś na krótką chwilę, nie sądziła, że bycie niczyją będzie jej tak bardzo przeszkadzało, przecież kiedyś to była dla niej codzienność. Kiedyś nigdy nie należała do nikogo, ale trafił się ten okres w życiu, że naprawdę uważała, że przestała żyć tylko i wyłącznie dla siebie, jej życie nabrało sensu, widziała jakąś przyszłość, bardzo chciała powtórzyć to w tej trudnej dla niej chwili. Poczuć się istotną, bo ostatnio raczej nie była ważna dla nikogo. Wiedziała, że nie powinna tego robić, nie kiedy próbował stąd odejść, nie kiedy pogodzili się, że nie będzie żadnego później, miała w to aktualnie bardzo mocno wyjebane. Liczyło się tylko tu i teraz, a teraz nadal znajdował się obok, nadal mogła go dotknąć i to właśnie zrobiła, zgodziła się na wszystko, czego potrzebował. Nie chciała stąd odchodzić. Chciała dać mu to, czego potrzebował i wziąć to samo dla siebie. Mogła zostać potępiona, bo pozwalała, aby chwilowe zachcianki decydowały o jej czynach, tyle, czy faktycznie to były tylko chwilowe zachcianki? Nigdy nie chciała, żeby jej opuszczał, nigdy nie pozwoliłaby mu odjeść, gdyby tylko miała coś do powiedzenia. To powinno zostać jej wybaczone. Jego usta znalazły jej, po raz kolejny. To chwilowe wahanie znowu odeszło w zapomnienie. Mogli ponownie spróbować się w sobie zatracić, korzystała z każdej chwili danej im od losu, łaknęła tych pocałunków, tej bliskości, ciężko było jej z tym walczyć. Nie umiała panować nad swoimi zapędami, nie w takiej chwili, nie kiedy to właśnie on znajdował się przed nią. Spodziewała się, że opuszczą w końcu tę łazienkę, nie sądziła jednak, że zaniesie ją do sypialni, jak to robił już wiele razy w przeszłości. Narzuciła mu ręce na kark, żeby przypadkiem sie nie wysunąć, nie chciała lądować na podłodze i pozwoliła bez zajkąnięcia wynieść się z łazienki. Dotykała przy tym jego nieco przydługich włosów, nie pamiętała, kiedy ostatnio miał je w takim nieładzie, nie, żeby jej to przeszkadzało, to był przecież Roise - w nim kochała wszystko. Zaniósł ją do ich sypialni, która była opuszczonym miejscem, o czym przypominały im tumany kurzu, które zaczęły unosić się w powietrzu, gdy znaleźli się w tym pomieszczeniu. Cóż, okropnie zaniedbała ich dom, miała nadzieję, że jej to wybaczy, ale naprawdę nie chciała się tutaj pojawiać bez niego, nie czuła się właściwie. Łóżko było w tej chwili naprawdę dobrym przyjacielem, szczególnie dla wymęczonych ciał. Może dawno na nim nikt nie leżał, jednak nie robiło to żadnej różnicy. Znaleźli się razem, po raz kolejny w pomieszczeniu pełnym wspomnień, w miejscu, które przypominało im o tych przeyjemnych chwilach, które razem spędzili. Nie widziała nic złego w kradzieży kilku pocałunków, czy gestach, które pragnęły bliskości jego ciała. Już dawno została opętana, nic się pod tym względem nie zmieniło, nadal marzyła o tym, aby móc go dotykać, a teraz znajdował się na wyciągnięcie ręki, przecież nie mogła tego zignorować. Sięgała więc po to, co wydawało jej się należeć do niej, dotykała rękoma jego skóry, jej usta przemierzały jego szyję, powoli zmierzając ku klatce piersiowej. Miała to gdzieś, mógł uznać ją za desperatkę, ale naprawdę bardzo chciała pozwolić się ponieść tej chwili, wykorzystać ją jak tylko mogła, dotknąć każdej części jego ciała, nacieszyć się tym, że znowu miałą go tak blisko siebie. Mogła liczyć tylko na to, że dla niego również znaczyło to cokolwiek, że nie było to niczym, ale czy faktycznie? Mógł ją oszukać, ale to też miała gdzieś w tej chwili. Chciała dać się ponieść, skorzystać z momentu danego im przez los. - Nie chcę stąd odchodzić. - Mruknęła cicho, kiedy kradła mu kolejny pocałunek. Może nie powinna przerywać ciszy, bo poprzednio nie skończyło się to niczym dobrym, ale chciała, żeby o tym wiedział. Chciała, żeby miał świadomość, że najchętniej zostałaby tu do usranej śmierci, bez względu na konsekwencje. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.12.2024 Wczesny poranek w sypialni był tak znajomy, lecz jednocześnie tak inny od tego jak zawsze wyglądał. Pomieszczenie rozświetlał delikatny blask przemykający się przez częściowo rozsunięte zasłony. Czy były takie, gdy odchodził? Ile razy później Geraldine zabierała tutaj kogoś, z kim próbowała ułożyć sobie życie? Nie, nie kogoś, to nie była anonimowa osoba. Ten człowiek miał twarz i imię. Miał nazwisko kpiące sobie z Greengrassa. W każdym momencie, w którym ktoś z Munga albo Evelyn czy Roselyn w domu otwierały jakiś szmatławiec pokroju Czarownicy, ten człowiek tam był. Ze swoimi idealnymi wyszczerzonymi zębami i uśmiechem przeznaczonym na okładkę. Jeśli wcześniej mieli całkiem pozytywne relacje i nawet od czasu do czasu spotykali się w Dolinie Godryka na niezobowiązujące piwo to od wczesnej wiosny tego roku, Ambroise pałał do niego tak cholernie mocną niechęcią, że nie wyobrażał sobie stanąć twarzą w twarz z tym człowiekiem i nie napluć mu w te jego ujmująco zielone oczy przyciągające wszystkie panny z okolicy. No, kurwa nie. Sam nie wiedział z jakiego powodu się z nim nie skonfrontował. Przedtem, wiele lat wcześniej nie widziałby żadnego problemu w tym, aby to zrobić. Szukałby powodu do zaczepki i by go znalazł. Tymczasem teraz nagle odpuścił. Mówił sobie, że tak będzie najlepiej, bo przecież w gruncie rzeczy chciał wierzyć, że wydoroślał gdzieś tam przez ten cały czas. Miał klasę. I życzył Geraldine wszystkiego, co najlepsze, prawda? Dlatego usunął się w cień, bo on zdecydowanie nie był tym najlepszym. Był pierdolonym chaosem, nawet jeśli w tej chwili czuł się, jakby coś spadło mu z piersi. Jakiś ciężar rozmył się w delikatnie złotawych smugach światła na podłodze. W pocałunkach, w zapachu, pod delikatnym, ale zdecydowanym dotykiem. W miękkim świetle poranka, które wdzierało się przez rozchylone firany. W powietrzu nasyconym zapachem kurzu i tym ciepłem, w którym powoli znikał chłód nocy, która powoli ustępowała miejsca nowemu dniu. Tu i teraz to wszystko niknęło. Czas tracił znaczenie, sekundy były minutami a minuty zamieniały się w wieczność. Pragnienie, które ich ogarnęło było jak napędzane gorącym słońcem, które z każdą chwilą wznosiło się za oknem po horyzoncie. To nie była jesień - mroczna i lodowato zimna. To nie był ponury, wszechogarniający zmierzch. To było lato. Ciepłe lato jak wtedy w siedemdziesiątym, gdy wszystko było jeszcze takie proste. Wtedy kiedy w jego umyśle nadal krążyły obrazy wspólnej przyszłości. To były piękne czasy. Tak inne od tych teraz. Zamknął oczy, pozwalając temu uczuciu wpisać się na nowo w jego pamięć. Każdy pocałunek był jak liturgia, jak modlitwa. Zawsze gdzieś tam uważał się za kogoś, kto nie przywiązując specjalnej wagi do sabatów i wiary, czynił z niej swoją jedyną religię, prawda? Kiedyś to było takie pewne i niezmącone, bo wierzył w nią, w nich, we wszystko, co miało na nich czekać. Teraz to już zniknęło. Rozpadło się w piach i w pył, a jednak gdzieś tam nadal pamiętał słodki smak zapewnień, że to wszystko będzie trwać wiecznie. Dopóty, dopóki nie rozłączy ich ta usrana śmierć a później? Jeśli jakiekolwiek później miało istnieć, prócz tych dębów w Dolinie to później też. To była istota tego wszystkiego: zawsze miał kochać Geraldine. Nie obawiał się tego, nie ukrywał niczego, nawet jeśli sam kiedyś by się za to wyśmiał. Był w stanie zaakceptować bycie ckliwym idiotą. Przynajmniej wtedy, kiedy otwarcie to deklarował, nie czuł, że słowa stają mu w gardle i że wszystko, co powie nigdy nie wystarczy, żeby zmienić przeszłość ani naprawić przyszłość. Nie dało się naprawić czegoś, co nie istnieje. Tak jak tego garnka w jaskini, tak jak tego, co żyło i umarło między nimi. Oczywiście, to nie zmieniało tego, że potrzebował jej bliskości, potrzebował ciepła, które przypominało mu o tym, że w tym momencie jeszcze przez kilka chwil liczyli się tylko oni. Każdy zmysł domagał się małego kroku naprzód, pchał go ku temu, aby ukraść jeszcze moment z przeszłości i nie myśleć o dalszych konsekwencjach sięgania po coś, co już nie należało do niego. Nie musiał mówić, nie musieli wymieniać słów, ich przelotne spojrzenia mówiły więcej niż jakiekolwiek wyznanie. Tu i teraz, nawet jeśli nie kiedykolwiek więcej to przynajmniej tu i teraz mogli na nowo odzyskać część utraconych wspomnień. Pragnienie chwili obecnej wzięło górę nad rozważaniami. Było głębsze niż cokolwiek, co mógłby wyrazić. Na ten jeden moment miał wrażenie, że znowu było między nimi to połączenie, które sięgało głębiej niż ciało. Dotykało duszy, poruszało w nim struny, których dawno nie chciał już dotykać. Teraz jej na to pozwolił, nawet jeśli później miał tego żałować, nawet jeśli to trąciło desperacją. Ogień, który ich połączył wydawał się nieugaszalny, jakby miał w końcu zaspokoić najgłębsze pragnienie ich dusz, nie spalić ich na popiół, nie pozostawić zgliszcz, tylko ogarnąć ich i przynieść im ulgę, nawet jeśli wyłącznie tymczasową. Tym razem, leżąc tu na miękkim łóżku w pościeli nie pachnącej już niczym prócz kurzu, Ambroise był pewien. Nie kwestionował tego więcej. Nie chciał tego robić. Teraz była jego. Niczyja inna. Każde nowe spojrzenie, każdy nowy gest wydobywały z ich wnętrz więcej intensywności, żaru, który powracał, jakby nigdy nie wygasł. Każdy dotyk, każde muśnięcie, każde gorące spojrzenie, tak bardzo upragnione nie dały się tak łatwo odtrącić, nawet jeśli wtedy w łazience byli bliscy tego, by się od siebie odsunąć. Teraz ta granica całkowicie zniknęła, zatarła się. Ich oddechy splatały się ze sobą tworząc symfonię, której nikt inny nie mógł usłyszeć. Jego, była jego, jakby nigdy nie odszedł, jakby tamte wszystkie miesiące były wyłącznie złym snem. Koszmarem, z którego właśnie się wybudzali. Tak łatwo było się teraz zapomnieć, ale czyż nie o to chodziło w tym wszystkim? O to, że z każdym tchem pragnęli siebie nawzajem coraz bardziej, sięgając po to, co należałoby do nich, gdyby tego nie stracili? Gdy znów złączyli usta, jego ręka bez oporu zjechała na jej udo a on na moment niemal zatracił się w smaku jej warg. W cieple skóry, w coraz bardziej nieregularnym oddechu i szalonym rytmie bicia serca. Nie mogli już oddzielić swoich ciał, ich pragnienia splatały się w jedno, podsycane ogniem, który nie przestawał się tlić. Nie liczyło się to czy pożądanie go spali, zamierzał mu ulec. Tęsknocie, nostalgii, poczuciu, że cokolwiek mieli i czegokolwiek nie mogli mieć teraz zlało się ze sobą. Mogli mieć wszystko. Decyzja została podjęta tam na chłodnych łazienkowych kafelkach, gdy przez chwilę sądził, że ponownie wszystko spierdolił. Gdy to się nie stało, tak łatwo poddał się wrażeniu ulgi. Złudzeniu, że jutro znów będą pragnąć tych samych chwil pełnych żaru i bliskości. Wciąż i wciąż będą zatracać się w miłości tak jak to niegdyś robili, że ta potrzeba nie miała mieć końca. Bo czemuż miałaby się kończyć, jeśli to była ta wieczność? Migawka chwili zawieszonej w czasie, zamkniętej przestrzeni ich wspólnego miejsca? To już nie było to samo. Każda kolejna chwila bliskości była jeszcze bardziej intensywna, ogarniając zarówno ciało jak i duszę. Wtedy w łazience czuł przyciąganie, ale i ból wynikający z wrażenia desperacji. To była walka, która toczyła się wewnątrz niego. Chęć jednoczesnego posiadania i oddania, chęć lgnięcia do Geraldine I wycofania się. Teraz żadne z nich się nie cofało. Każdy dotyk był jak woda spływająca na spragnioną ziemię, która chłonęła nawet najmniejszą, najbardziej słoną kroplę, pragnąc więcej. Zatracili się w pożądaniu, w bezgranicznej potrzebie zbliżenia. Jego dłonie błądziły po jej ciele, palce sunęły wzdłuż miękkich linii ciała, przynosząc ze sobą fale. Dla czegoś takiego można było utonąć. Niegdyś znał każdy fragment skóry Geraldine, każdy drobny pieprzyk, małą bliznę, drobną fałdkę przy biodrze. Sposób, w jaki krzywiła nos i mrużyła oczy. Teraz wszystko było inne, nie było już takie same. Sunął dłońmi po skórze ukochanej, delikatnie przesuwając palcami po jej mokrym, nie wytartym po prysznicu ciele. Jego opuszki delikatnie wędrowały po jej plecach, szukając miejsc, które znał na pamięć a które jednak zawsze sprawiały, że gubił oddech. Dołeczków tuż nad biodrami, poszarpanej linii blizny na plecach, maleńkiego pieprzyka w kształcie listka katalpy. Czuł, jak jej ciało reaguje na jego dotyk, jak on sam mimowolnie odpowiada tym samym, raz po raz odwzajemniając pocałunki. Pragnienie narastało, jakby od dawna czekali na ten moment a każda chwila niepewności tylko potęgowała ich pożądanie, bo... ...tak było, prawda? Tęsknił za nią, wiedział to zawsze, nie wypierał tylko teraz, kiedy przemierzali granice bliskości, stopniowo je zacierając. I choć słowa przeszkadzały, nie były potrzebne to kiedy do uszu Ambroisa dotarł ten szept, Greengrass na chwilę uniósł wzrok, odrywając się od pocałunku, który złożyła na jego ustach, zamierając na kilka długich sekund zanim ponownie ją pocałował. A jednak musiał odpowiedzieć, prawda? Odezwać się, odrywając wargi od warg Riny i mimowolnie opierając się obok niej na łokciu, zbierając myśli do tego, co wydawało mu się czymś niemożliwie trudnym i skomplikowanym a w rzeczywistości było wyłącznie cichym, żałośnie krótkim, ale zdecydowanie brzmiącym szeptem. - Więc zostań. Tutaj - to było takie proste, prawda? To był ich dom. Nikt nie bronił im tu zostać. Powoli, minuta po minucie. Nie planując następnych dni ani nawet godzin. Po prostu tu będąc. Dwa widma przyszłości w świecie przeszłości. - Więc zostań, Bruyère, zostań - mruknął do niej, odgarniając Geraldine kosmyk włosów z twarzy i znowu ją całując. - Zostań - mieli całą miękkość poranka, prawda? Nikt i nic nie mogło im tego zabrać, jeśli nie oni sami. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.12.2024 Yaxleyówna miała świadomość, że ostatnio znowu krążą o niej różne opinie. Cóż, musiała nadal pojawiać się na tych spędach towarzyskich, zważając na to, że pozostała ostatnim dzieckiem swoich rodziców, które właściwie było dostępne. Kiedyś miała chociaż Astarotha, który mógł robić to za nia, teraz wolała nie ryzykować wpuszczenia wampira do pomieszczenia pełnego ludzi i odsłoniętych szyi, to prosiło się o tragedię. Wzięła więc to na siebie, chociaż wcale nie było jej łatwo, kolejna rzecz, którą musiała zrobić, chociaż przecież ona wcale nic nie musiała. Nie przejmowała się plotkami, w końcu jeśli ktoś faktycznie interesowałby się jej życiem, to miałby świadomość, jak ono wygląda, wiedziałby, że to wszystko to gra, że próbuje jakoś znowu odnaleźć się w świecie, w którym jest sama. Znaleźć metodę, aby to wszystko jakoś wyglądało. Wybrała najbezpieczniejszą opcję - pokazywała się w towarzystwie swojego przyjaciela, bo wiedziała, że w tym przypadku nie ma najmniejszych sznas na przekroczenie tej granicy, a że ludzie gadali, zawsze to robili. Nie spodziewała się, że może to kogoś poruszyć, chociaż może, może liczyła na to, że dzięki temu coś się zmieni, że okaże się, że nadal mu zależy. Tyle, że to nie zadziałało, nadal trzymał się na dystans, co mogło świadczyć o tym, że ma ją faktycznie w głębokim poważaniu, że przestała coś dla niego znaczyć, a to wszystko, co powtarzał jej przez lata to były tylko puste słowa. Nic więcej. Powinna przywyknąć do tej myśli. Mętlik w głowie pojawił się dopiero wtedy, kiedy nie pozwolił jej odsunąć go od tej sprawy, o której dowiedział się przypadkiem, kiedy wlazł z nią do leża potwora, co skończyło się wylądowaniem w ich wspólnym domu. Znaczy już teraz nie, teraz nie był wspólnym, ale nadal zachowywali się, jakby to była ich kryjówka, jakby wszystko co działo się tutaj nie było rzeczywiste, jakby wcale nic się nie zmieniło, jakby nadal mogli być razem. Co z tego, że będą musieli wrócić, że będą musieli opuścić to miejsce? To nie miało większego znaczenia, nie kiedy mogła zbliżyć się do niego tak, jak robiła to wcześniej, kiedyś było to dla niej całkiem naturalne, wspólne lizanie ran, odpoczywanie, zatracanie się w sobie. Dzisiaj przychodziło jej to tak, jakby nic się nie zmieniło, jakby wcale jej nie zostawił, jakby nadal mogli mieć wspólną przyszłość, chociaż, czy w ogóle warto było myśleć o przyszłości? Lepiej skupić się na teraźniejszości, korzystać z okazji, które podsuwał los. Co będzie później, to się okaże, nie miała przecież na to żadnego wpływu, o czym też dowiedziała się w bardzo brutalny sposób półtora roku temu. Połączenie między nimi istaniało nadal, czy tego chciała, czy nie. Nie zamierzała się oszukiwać, że jest inaczej, bo przecież nawet kiedy spotykała go te kilka razy w przeciągu kilku miesięcy, to czuła to dziwne uczucie. Bezpieczniej było, kiedy znajdowali się od siebie z daleka, bo wtedy nie musiała nad sobą panować, nie musiała skupiać się na tym, żeby nie wyjść na desperatkę. Jak to w ogóle możliwe, że była w stanie bez najmniejszego oporu zbliżyć się do niego mimo tego, że ją zostawił, że jej nie chciał. Nie miała pojęcia, wolała się nad tym nie zastanawiać, bo bała się, że dojdzie do bardzo przykrych wniosków. Oddała mu swoją duszę, dawno temu i chyba tak miało pozostać. Wiedziała, że wykorzystanie tego momentu, który został im dany nie przyniesie jej nic dobrego, nie spodziewała się cudów, to było tylko chwilowe, nic więcej, musiała się z tym pogodzić, ale chciała skorzystać z tej chwili, okazji, by poczuć się jak dawniej. Zresztą znaleźli się w ich sypialni, w ich domu, ich miejscu na ziemi, to samo prosiło się o to, aby być dla siebie tym, kim dawniej. Zaczynał się nowy dzień, o czym przypominały promienie słońca, które wpadały przez odsłonięte częściowo szyby, powrót do normalności zbliżał się wielkimi krokami, jeszcze chwila, a będą musieli stąd odejść, pojawi się ciężar związany z tym, do czego doprowadziła. Nie spodziewała się, że będzie jej to obojętne, nie było takiej możliwości, a mimo to brnęła w te kolejne pocałunki, nie zamierzała przestawać. Chciała utonąć, po raz ostatni, tym razem na dobre. Piekło mogło ją za to pochłonąć, ale nie umiała się miarkować, nie w tej sytuacji, zresztą nie chciała tego robić. Był to moment słabości, to na pewno, to, co wydarzyło się w nocy, uświadomiło jej bowiem, że życie jest bardzo kruche, że nie ma sensu się zastanawiać nad czymkolwiek, bo łatwo można to stracić, dlaczego więc w ogóle powinna myśleć nad zasadnością swojego zachowania, pieprzyć to, liczyło się tylko to, na co miała ochotę, w tej chwili, później. Później może wszystko się zmienić, ale ważne było teraz. To, że najwyraźniej on też miał podobne odczucia, bo czuła bijące od mężczyzny ciepło, czuła, że też tego chce. Skoro i on i ona tego chcieli to dlaczego mieli się ograniczać? To było zupełnie niepotrzebne. Nie dało się walczyć z tym, że do siebie należeli, kiedyś, teraz? Zawsze? Nie miała pojęcia. Nie umiała trzymać rąk przy sobie, błądziła po jego ciele, nadal badała je ostrożnie, szukając kolejnych zmian, których nie udało jej się dostrzec wcześniej. Sporo ich było, musiał dużo przeżyć przez ten rok, jak blisko śmierci się znajdował? Czy w ogóle wiedziałaby, że zakończył swój żywot, skoro już była jego nikim? Nie na tym jednak powinna się skupiać, oddaliła od siebie te myśli. Najbezpieczniejszą opcją było nie myślenie o niczym, chciała po prostu poczuć znowu ten żar, który zawsze im towarzyszył, nikt inny nie działał na nią w ten sposób, to było coś ponad wszystko inne. Pocałunki stały się bardzo zachłanne, widać ich usta za sobą tęskniły, zresztą tak samo jak ciała, dlaczego to sobie robili? Nie miała pojęcia, na szczęście dzisiaj nie myśleli racjonalnie, postanowili po prostu pozwolić, aby chaos ich pochłonął. Zostań. To wystarczyło, nie wiedziała na ile, kiedy stąd wrócą, co właściwie jeszcze ich czeka, ale tego potrzebowała. On też tego chciał, nie, żeby wcześniej w to wątpiła, ale teraz poczuła, że mogą mieć jeszcze trochę czasu, który będą mogli odpowiednio wykorzystać. Dojdą do siebie, zaopiekują się sobą, zatracą się w sobie po raz kolejny. To było to, czego potrzebowała w tej chwili, niczego więcej, żadnych zapewnień, żadnych obietnic, to było już za nimi. Bez większego oporu po raz kolejny go pocałowała, przyciągnęła zresztą twarz mężczyzny do siebie i wplotła mu dłonie we włosy, delikatnie dotykała ich opuszkami palców, oplotła przy tym go bardzo ciasno swoimi nogami, żeby w pełni znowu się do niego zbliżyć, to było nieuniknione, mogli wreszcie zatracić się w tym chaosie, połączyć w jedno i znowu poczuć, że żyją, chociaż przez chwilę, nim znowu staną się jedynie widmami przeszłości, dla których miało nie być już przyszłości. |