![]() |
|
[01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4249) |
RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.12.2024 Świat zdecydowanie nie był kolorowy. Nieważne, ile odcieni miały wschody i zachodu słońca. Ile refleksów błękitu można było dostrzec w morskich falach za oknem i w kwitnących wrzosach, które już zawsze miały mu się kojarzyć z tym miejscem. Z kolorem jej włosów rozrzuconych na kocu tamtego ostatniego lata, gdy wszystko jeszcze było dobrze, z ciemnym fioletem jeżyn na słodko-kwaśnych wargach, z blaskiem słońca i tym cholernym dziecinnym przekonaniem, że świat może mieć wyłącznie same jasne barwy. Nie mógł. Już tego nie mieli. Wystarczyło kilka miesięcy. Upływ czasu był nieubłagany. Jego biegu nie dało się zatrzymać, nawet jeśli tego dnia usiłowali to zrobić, ponownie zanurzając się w przeszłości. Choć zegar na ścianie stał, jego wskazówki ponownie ruszyły. Zwiastowały koniec, bo choć świat nie był czarno-biały to ostatnio jedynymi innymi kolorami, jakie dało się w nim dostrzec były wyłącznie szarości, burgundy i szkarłat czerwieni. - Wyśmienicie - zgodził się z Geraldine, doskonale zdając sobie sprawę jak bardzo mierzwiło ją to zjadliwe słowo, szczególnie że przecież nic nie było wyśmienicie. Już od dawna nie było. Ostatnie miesiące były wyłącznie coraz głębszym zjazdem w dół, gigantyczną wirującą spiralą błędów i porażek. Nie miał nad tym żadnej kontroli. Nawet jeśli uporczywie starał się, aby było inaczej, to z dnia na dzień był coraz bardziej świadomy tego, że jeśli kiedykolwiek wydawało mu się, że cokolwiek kontrolował to teraz nad niczym nie panował. Nawet nad przebiegiem tego dnia czy tam wieczoru. Niepotrzebnie otworzył usta, niszcząc wrażenie trwającej chwili z przeszłości. Teraz nie mogli do niej wrócić. Nieważne jak bardzo by tego chciał, już ją zgubili tak jak właśnie na powrót gubili siebie nawzajem. - Wiem, że to nie był twój wybór, Geraldine, ja to wiem - zapętlał się, gniewnie mrużąc przy tym oczy i zaciskając zęby, bo raz po raz odpowiadał Rinie tym samym a ona w dalszym ciągu go nie rozumiała, nawet nie próbowała. - Nie dawałem ci żadnej innej możliwości? O chuj ci chodzi? Zupełnie tak, jakbyś kiedykolwiek słuchała mnie w zakresie tego, co masz a czego nie masz robić - wytknął jej, przenosząc na nią wzrok, nawet jeśli ona na niego nie patrzyła. Z jednej strony wmawiała mu, że nie chciała go nigdy traktować jak czarny charakter swojej historii, a jednak raz za razem słyszał od niej, że zawalił. Że w dalszym ciągu to robił. Czy się słyszał? Miał ochotę zacisnąć palce na pościeli, rozdzierając paznokciami materiał. Czy on się słyszał?! A czy ona słyszała siebie? W jednej chwili go kochała, w kolejnej dawała mu do zrozumienia, że był najgorszym gnojem. Kawałem skurwysyna, który zostawił ją pod wpływem impulsu, teraz nawet nie racząc wyjaśnić jej, dlaczego to zrobił. Jakże proste by to było. - Może pierdolę. Może mnie popierdoliło, ale wiesz, co to oznacza? Jestem na skraju przepaści a ty chcesz skoczyć razem ze mną. To nie jest miłość, to szaleństwo - wytknął jej Jeśli chciała patrzeć na to w takich kategoriach to mogli kierować się całkowicie tą logiką. Mogli dalej podążać właśnie tą ścieżką w mówieniu o tym, kto był bardziej nielogiczny i nieracjonalny. Mogli sobie zrobić z tego naprawdę zjebany kontest. Najbardziej popierdolony do tej pory. Tyle tylko, czy naprawdę chcieli iść tą drogą? On nie chciał. Sam już nie wiedział, co powinien robić. Jak miał myśleć o całej tej sytuacji. Choć obiecał sobie, że nigdy więcej nie wróci do przeszłości, nie umiał tego robić. Nie dziś, nie z nią, nie, gdy byli tak blisko siebie, kolejny raz patrząc sobie w oczy. Przypomniał sobie jak wiele razy zawiódł jej zaufanie, mimo to teraz leżał z nią w ramionach, czując się jednocześnie cholernie usprawiedliwiony, by to robić i zwyczajnie niegodny tej miłości. Tego, o co go prosiła. Jedynej rzeczy, której od niego obecnie oczekiwała, a której w dalszym ciągu nie mógł jej dać. Jego palce błądziły po jej ramieniu, ale przy każdym dotyku czuł ciężar winy. - Wiesz, że nie jestem dobrym człowiekiem. Nie pamiętam, kiedy nim byłem... ...czy kiedykolwiek nim byłem, rozumiesz? Nie chcę cię oszukiwać, nie jestem bez winy w tym, co się stało. To moja wina - czuł, że jednocześnie pęka i za wszelką cenę stara się to powstrzymać, przez co jego głos zaczął uderzać w te chłodne, zdesperowane tony. - Ale nie musisz mi o tym przypominać raz za razem - znów to sobie robili, prawda? Nie powinni zaczynać tej rozmowy, bo jedynym, co obecnie potrafili było właśnie to. Nie ciepło, nie czułość. To było między nimi wtedy, kiedy poddali się chwili. W dalszym ciągu to potrafili, nie wątpił w to ani przez moment, sami to sobie udowodnili, ale gdy chodziło o rozmowę... ...nie umieli rozmawiać. Choć kiedyś to też przecież robili. Gdzieś po drodze zatracili właśnie ten element? - Wiesz co? Masz rację. Nie wiem, czego pragniesz. Nigdy nie wiedziałem - zarzucił jej w przypływie goryczy, tak po prostu cisnął w nią tymi słowami, niemalże się łamiąc, niemal wybuchając; nie potrzebował wiele, był dosłownie na skraju. - Zawsze dawałaś mieszane sygnały - stwierdził kąśliwie, odwracając wzrok dokładnie w tym samym momencie, w którym wypowiedział te cholerne słowa. Zawsze i nigdy - dwa słowa, które niosły ze sobą stanowczo zbyt duży nakład emocjonalny. Były przerysowaniem. Okrutnym, naprawdę fatalnym, godnym pożałowania. Szczególnie, że Ambroise wcale nie chciał tego robić. Nie czuł potrzeby w nią tym uderzać, nie chciał jej tym coraz bardziej ranić. Nie potrzebował wiele, by się zreflektować. Przynajmniej nie tego wieczoru. Ten wieczór był inny. Zaczął się zupełnie inaczej, nawet jeśli miał się skończyć dokładnie tak samo. Tak jak to było im już od dawna pisane, prawda? Tu nie było dobrego zakończenia. Nie miało go być, bo nie istniało. - Przepraszam. Wiem, że chciałaś szczęścia - stwierdził ciszej, nadal nie puszczając Geraldine, ale nieznacznie się od niej odsuwając, czując, że jest to jedyny sposób, by nie zniszczyć tego, co mieli. - Mam pewność - jego wzrok błądził po suficie, potrzebował chwili, ale nie tej chwili. - Nie chcę, żebyś widziała moją prawdziwą twarz, to nie jest ten, którego kochasz - jak miał jej to powiedzieć w inny sposób? Żałował, że w ogóle zaczęli tę bezsensowną dyskusję, że to zrobili. - Zawaliłem sprawę, Rina, zawaliłem sprawę i teraz zamiast wrócić na właściwą ścieżkę, utknąłem w piekle swoich własnych wyborów. A ty nie zasługujesz na to, by być częścią tego bałaganu - mimowolnie wyciągnął wolną rękę, żeby dotknąć włosów dziewczyny, ale zatrzymał ją w powietrzu, aby w końcu opuścić dłoń na kołdrę. - To musi ci wystarczyć - nie zamierzał mówić nic więcej, ani teraz ani kiedykolwiek. Nie miała wydusić z niego kolejnych słów, szczegółowych opisów, nawet jeśli wiedział, że była uparta i nie poddawała się tak łatwo. Dał jej to, czego chciała, prawda? Uległ jej pod wpływem chwili, ugiął się na tyle, na ile potrafił to zrobić. Nie sądził, że to mogło ją usatysfakcjonować, jednakże to było wszystko, co mógł jej dać. To był impuls. Ujęcie podbródka, spotkanie ze sobą ich oczu. Kolejne ulegnięcie chwili. Tyle tylko, że w zupełnie inny sposób. Znowu się do siebie zbliżyli. Ponownie ją ranił. - Kocham cię - spojrzał na nią z narastającą desperacją, bardzo delikatnie muskając kciukiem dolną wargę Geraldine. Tonął. Z oczami utkwionymi w jej błękitnych tęczówkach, patrząc na nią w tej chwili. Nie chciał jej tracić, tracił ją. Nie chciał jej odtrącać, odtrącał ją. Nie chciał tego kończyć, ale czy była jakaś inna możliwość? Nie widział jej tak wtedy jak teraz. Pragnął wyznać jej całą prawdę, ale słowa utknęły mu w gardle. Kolejny raz, raz za razem. Nie umiał z nią o tym rozmawiać, to była dyskusja skazana na porażkę. Tak jak oni. Oni też byli skazani na zatracenie. To, że w tym momencie sprawiała, że się wahał, nie oznaczało tego, że tego nie wiedział. Nieważne, co mu mówiła, wszystko było stracone już dawno temu. Dostrzegał to nawet w tej chwili. - Nie chcę cię stracić - czy to było wyjaśnienie, zawsze się tego obawiał, prawda? Zawsze cholernie mocno się tego bał i nie miał przy tym na myśli pozwolenia jej na to, by odeszła w inną stronę. - Nie chcę, żebyś szła ze mną tą drogą. To nie jest ścieżka, którą można przejść w parze. To droga donikąd - uciekł wzrokiem w stronę okna, nie chcąc widzieć reakcji na te słowa. Nie chciał krzywdzić Geraldine, nie chciał dostrzegać jak jej serce krwawi. Odpychał jej miłość, robił to w każdej cholernej sekundzie, nie pod wpływem chwili a z przymusu. Ile jeszcze razy musiał dawać jej to do zrozumienia? - Ale cię kocham, rozumiesz? Kocham cię, nie idź ze mną tą drogą - złamał się, choć tylko na ułamek sekundy, gdy poczuł jak jej oddech delikatnie muska jego skórę, ale szybko zamknął oczy, by nie dać się ponieść emocjom. - Chciałbym, żebyś odeszła zanim będzie za późno - nie pytała go o to, czego on chciał, ale musiał to powiedzieć. - Nie dzisiaj, nie jutro, ale potem - nie otwierał oczu, zaciskając powieki, jakby to miało cokolwiek dać, jakby dzięki temu mogli się jeszcze trochę łudzić. - Nie w tej chwili. Zostań ze mną w tej chwili - nie obchodziło go już, że brzmiał jak desperat, po prostu się ku niej nachylił. Nie otwierał oczu, wyłącznie zagarniając jej usta. Mocno i gwałtownie, jakby to mogło na powrót zamknąć ich w tej chwili. Czemu musieli to sobie robić? Dlaczego to sobie robili? RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.12.2024 Wszystko się sypało, nic nie było pewne. Brakowało jej w życiu pewnej stałości, nie miała nad niczym kontroli, wszystko zaczynało przesypywać jej się przez dłonie niczym piasek. Nie podobało jej się, nie kiedy miała szansę poznać inne życie, lepsze życie, do którego wolałaby wrócić. Nie sądziła, że jej się to uda, jednak próbowała, teraz próbowała o to walczyć, chociaż mogła to zrobić zdecydowanie wcześniej. Czemu tego nie zrobiła? Nie miała pojęcia. Uniosła się honorem, dumą, chuj jeden wiedział czym i tego nie zrobiła. Mogło być zbyt późno, było za późno, jednak próbowała. Miała w sobie jakieś resztki swojej siły, którymi się kierowała. - Kurwa, no raczej, że wyśmienicie. - Powstrzymywała się ostatkiem sił, żeby na niego nie warknąć, cóż, bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, jak uwielbiała to słowo, na pewno nie użył go przypadkowo tutaj nic nie działo się przypadkowo. Nie ma co ukrywać tego, że jak nikt inny potrafił działać jej na nerwy. Nikt, nigdy jej tak nie wkurzał, jak on. To też nadal się nie zmieniło. - Cieszy mnie to, że wiesz, to naprawdę wiele zmienia, nieprawdaż? - Nie wydawało jej się, aby zmieniało to cokolwiek, ale cóż, nie spodziewała się cudów. Już nie. To wszystko było popaprane, jeszcze bardziej niż się jej wydawało na samym początku. - Oczywiście, pierwszy raz się ciebie posłuchałam, to masz o to pretensje, zajebiście. - Fakt, zjebała, mogła się wychylić, ale wyjątkowo tego nie zrobiła. Miała do siebie o to wyrzuty, nie musiał wcale jej o tym wspominać, bo już zauważyła to, że wtedy może miałaby jakąkolwiek szansę, za bardzo jednak wzięła to wszystko do siebie. Była zraniona, zapewne dużo bardziej, niż mu się mogło wydawać. Gdyby nie to, zapewne byliby aktualnie w innym miejscu, bo nie odpuściłaby tak łatwo. - Jak zwał tak zwał, tak czy srak chcę być w tym z tobą, tak ciężko to pojąć? - Nie obchodziło jej to, czy nazywał to szaleństwem, czy miłością, to było jej bez różnicy, grunt, że chciała być w tym z nim. Wystarczyło tylko, żeby ponownie wpuścił ja do swojego świata, mimo, że się przed tym tak bardzo zapierał. Czy naprawdę nie widział tego, że była gotowa skoczyć tam za nim? To nie powinno być dla niego niczym nowym, od zawsze przecież była gotowa wleźć w największe bagno, aby go wspierać. Tak to chyba powinno wyglądać? Musiał zdać sobie sprawę, że co by się nie działo, to nigdy nie zostanie sam. Zresztą robił dla niej to samo, jak chociażby wczoraj, kiedy bez zawahania wszedł z nią do jaskini szukać demona. Dokładnie tak to powinno wyglądać. - To nasza wina, nie twoja wina, też mogłam zachować się inaczej, to jest jasne/ - Nie chciała, żeby brał na siebie całą odpowiedzialność za to, co się wydarzyło, bo przecież ona też mogła zareagować, a tego nie zrobiła. Uniosła się dumą, zupełnie niepotrzebnie i teraz tego żałowała. - Chuj mnie obchodzi, czy jesteś dobrym człowiekiem, dla mnie byłeś dobry i tylko to się liczy, rozumiesz? - Nie wydawało jej się, żeby Roise jakoś szczególnie wyróżniał się na tle społeczeństwa, zwłaszcza, że po świecie biegali teraz tacy, którzy zabijali ludzi za to, że urodzili się w nieodpowiedniej rodzinie. Przesadzał z tym osądem, przynajmniej zdaniem Yaxleyówny. Sama przecież też nie była krystalicznie czysta, miała sobie wiele do zarzucenia, tak naprawdę praktycznie niczym się nie różnili pod tym względem. Wydawało jej się, że to też już kiedyś sobie wyjaśnili. - Nigdy nie wiedziałeś? Znowu zaczynasz pierdolić. - Nie znosiła tych uogólnień, jej zdaniem to nie było potrzebne. Jasne, czasem się mijali, ale wydawało jej się, że naprawdę potrafili się dogadać, zawsze kiedy przychodziła taka potrzeba umieli sobie wyjaśnić wszystko to, co ich niepokoiło. Specjalnie w nią tym uderzał, żeby ją bardziej zabolało. Wyśmienicie. To była bardzo, ale to bardzo wysoka zagrywka. - Mieszane sygnały? Wytłumacz mi proszę, jakie mieszane sygnały, skoro zawsze je dawałam. - Nie wydawało jej się, aby wodziła go za nos, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że sięgała po szczerość, jak widać nie było to wcale takie jasne, jak jej się wydawało. Naprawdę miała ochotę na niego warknąć, żeby się w końcu opamiętał, bo zaczynał gadać bez sensu, wyjmować oskarżenia z dupy i wcale jej się to nie podobało. Zdecydowanie ta rozmowa nie przebiegała po jej myśli, w ogóle sam pomysł, aby odbywać ją teraz był nie najlepszym. Zasłużyli na chwilę wytchnienia, i sami ją sobie właśnie dosyć brutalnie odbierali. - Znowu to robisz, dlaczego się obwiniasz, i pozwól, że sama zadecyduję o tym, na co zasługuję, mam wrażenie, że przesadzasz, zresztą rzucasz jakimiś ogólnikami, nie jestem w stanie dowiedzieć się co się takiego wydarzyło. - Niby coś jej przekazał, tyle, że nadal to było tyle co nic. Nie potrafiła zrozumieć, co takiego strasznego zrobił. Zresztą znała go, nie wydawało jej się, żeby wpierdolił się w coś z czego nie było wyjścia. Raczej myślał racjonalnie, przynajmniej kiedyś. Tak, czasem pakował się w kłopoty, ale ona też to robiła, zawsze można było znaleźć jakieś rozwiązanie, z każdego bagna dało się wyjść. - Prawdziwą twarz? Nie spodziewam się, że istnieje coś, czego nie byłabym w stanie zaakceptować. - Miała naprawdę spore pokłady tolerancji, szczególnie jeśli chodziło o niego. Nie miała pojęcia, co przed nią ukrywał, ale była pewna, że nie zrobiłoby to na niej wrażenia. Nie tak łatwo było ją przecież wystraszyć. Nie zamierzała mówić o tym, że nic nie musi, że to na pewno jej nie wystarczy. Zresztą teraz wiedziała już, że to miało jakieś głębsze podłoże, i że warto było w tym pogrzebać. Nie podda się tak łatwo, skoro sam jej nie chciał tego przekazać, to cóż, będzie musiała znaleźć inną metodę. Powinien mieć tego świadomość, nie odpuści tak łatwo, nie tym razem. Nie popełni drugi raz tego samego błędu. - Nieważne dokąd się wybierasz, ważne, że będziemy razem, nigdzie z tobą też może być dobrze. - Najwyraźniej mieli zdecydowanie innego podejście co do tego. Nie był to pierwszy raz. Chciała, żeby zrozumiał, że nie chce znowu zostać sama. Nie była szczęśliwa, jej życie straciło jakikolwiek sens, kiedy z niego zniknął, naprawdę była bardzo zdesperowana, żeby wrócić do tego co mieli. Tyle, że on strasznie się przed tym wzbraniał. - Nigdzie się nie wybieram, czy tego chcesz, czy nie, nigdzie się nie wybieram. - Zwłaszcza, że wiedziała, że to co czuje jest odwzajemnione. Nie miała pojęcia, jak to zrobi, ale jakoś wrócą do tego, co mieli. Zamierzała się o to postarać. Nie pozwoli na to, aby on sam mierzył się ze swoimi demonami, już nie. Czy tego chciał, czy nie podjęła decyzję i chyba miała gdzieś to, że ta, której oczekiwał była zupełnie inna. - Też cię kocham, zawszę cię kochałam i zawsze będę cię kochać. - Nie miała zamiaru odejść, ani dzisiaj, ani jutro, ani później. Aktualnie najważniejsza była teraźniejszość, więc to znowu na niej postanowiła się skupić, później zajmie się przyszłością, bo to też było dosyć naglące. Nie wydawało jej się, aby ta rozmowa zbyt wiele wyjaśniła. Może trochę, nie zamierzała już szukać problemu w sobie, tylko jakoś skupić się na tym, aby znaleźć rozwiązanie na które zasługiwali. Nie do końca dalej była przekonana co do tego, co mówił, nie miała pojęcia co się wydarzyło, co mu się przytrafiło, co przed nią ukrywał, ale zamierzała się tego dowiedzieć. Kolejny pocałunek różnił się od tych poprzednich, był zdecydowanie mniej delikatny, nasycony lękiem, żalem? Nie miała pojęcia czym, był to jednak całkiem niezły sposób na uniknięcie dalszej części rozmowy, która nie była szczególnie wygodna. Skoro tego chciał, nie zamierzała mu oddawać, póki miała go jeszcze przy sobie miała zamiar wykorzystać każdą chwilę, która była im dana. Nigdzie się nie wybierała, nigdy, w szczególności nie teraz. RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.12.2024 - Cieszę się, że mamy jasność - odbił w jej kierunku bez zastanawiania się czy też to czuła, czy również miała w tej chwili przebłyski, flashbacki. Już raz prowadzili dyskusję w ten sposób. Brzmiała tak samo. Zaczęła się niemalże dokładnie w ten sam sposób. Wtedy też bezcelowo trwała i trwała, nie przynosząc im niczego więcej niż tylko kolejne rozczarowania i niedopowiedzenia. Teraz starał się być z nią szczery, ale coraz bardziej się wkurwiał, bo nie dostrzegał, aby cokolwiek doceniała. Nawet nie próbowała tego zrobić. Znał ją, wiedział, że była uparta. Oboje potrafili to robić, jednak nie chciał, żeby się na nim fiksowała. To było szaleństwo. Tak jak jej to zarzucił. To była droga ku przepaści a ona się na nią pchała. Nic nie rozumiała. Nie powinien poruszać tego tematu, mówić jej, że ją kocha, nawet jeśli ona też go kochała. Nie czuł żadnej ulgi w związku z tym, że nadal go chciała. Wyłącznie gorycz, która się w nim rozlewała. Ostatkiem sił powstrzymywał się przed tym, by nie złapać jej za ramiona, choć przecież nadal trzymał ją w objęciach, pierwszy raz robiąc coś, czego nigdy nie zamierzał robić. Potrząsając nią, każąc jej otrzeźwieć. Po co jeszcze się starała? Po co próbowała naprawić coś, co nie działało? Czemu go kochała? Kurewsko chciał, żeby go kochała. Ale nie powinna. Nie zasłużyła sobie na to, żeby przez ostatnie półtora roku tkwić w tym uczuciu tak głęboko jak zaczynał dostrzegać, że trwała. Nie był skurwielem. Nie życzył jej tego. Nie chciał, żeby na niego czekała, ale czekała. O to miał do niej pretensje. Nie o to, że do niego nie wróciła. Przecież sam jej to zaznaczył. Nie chciał, żeby wracała. O to, że czekała, choć jednocześnie z nim nie rozmawiała. Odpychała go od siebie, gdy próbował ją ratować, ale jednocześnie na niego czekała. Ziała na niego ogniem, ale nadal z nim w tym wszystkim trwała. Wystarczyło kilka godzin przepełnionych skrajnymi emocjami, żeby znowu zaczęli się palić, żeby wzięła go w swoje ramiona, wpuściła go do łóżka, nie pytając o nic więcej. Żeby oplatała go ramionami, reagując na niego w ten sam sposób, co zawsze, jakby nic się nigdy nie zmieniło. Zranił ją, skrzywdził, ale nadal go kochała. Przynajmniej tak myślała. Tak uważała, całkowicie nieświadoma tego, że wszystko, co kiedyś mieli było jednym wielkim kłamstwem. - Nie wykrzywiaj moich słów - niemalże wszedł jej w słowo, rozszerzając źrenice i świdrując dziewczynę spojrzeniem. - Nie chciałem, żebyś trzymała się kogoś kto już nie istnieje. Nie prosiłem, żebyś na mnie czekała - to, że był zazdrosny o tamtego człowieka, o którego ewidentnie nie musiał się wkurwiać (co jak na ironię też go wpieniało) nie oznaczało, że chciał, żeby na niego czekała. Nie chciał, żeby go chciała. Tak, to było cholernie popieprzone, ale nie mógł jej dać tego, czego od niego oczekiwała. Tym bardziej, że nawet nie wiedział, czym to tak właściwie było. - Ja cię w tym nie chcę. Nie chcę, żebyś w tym ze mną była. Tak ciężko to pojąć? - odbił w jej stronę, patrząc na nią z narastającą złością podszytą tym znacznie bardziej niechcianym uczuciem - desperacją. Bo o to w istocie chodziło, prawda? O desperację. Wszystko, co robili od ostatnich godzin, to była desperacja. W różnych wydaniach, pod różnymi postaciami, czysta, najczystsza desperacja. Tyle tylko, że o ile jeszcze kilka chwil temu kierowała ich we wspólną stronę, teraz na powrót coraz bardziej ich rozdzielała. - Przestaniesz się kurwa obwiniać? - Nie wiedział jakim cudem jeszcze na nią nie warczał, ale był tego naprawdę blisko. Z minuty na minutę coraz bardziej go ku temu pchała, bo usrała się dostrzegać swoją winę tam, gdzie nigdy jej nie miała. Nie chciał brać wszystkiego na siebie, ale w tym wypadku wyłącznie go podkurwiała. Spełniła jego żądania, tak? - Dobry człowiek by cię nie zostawił - musiał jej w ogóle tłumaczyć takie oczywistości? - Dobry człowiek by się dla ciebie starał. Dobry człowiek by się z tobą nie pieprzył, jakby nie miało być jutra a potem nie zamierzałby stąd spierdolić. Dobry człowiek nie musiałby ci nic wyjaśniać. Sama byś wszystko wiedziała - nie był dobrym człowiekiem, nie dla nikogo a tym bardziej nie dla niej. Nieważne jak bardzo chciała, żeby było inaczej. Wyłącznie to sobie wmawiała. Nie potrafił na nią spojrzeć bez goryczy. Nie umiał nie wykrzywić kącików warg, nie spojrzeć na nią w taki sposób, w jaki wcale nie chciał na nią patrzeć. Gorzko i kpiąco, rozgoryczenie, bez jakiegokolwiek zawahania. Nie umiał nie pokręcić głową, nie parsknąć. Za bardzo w niego wierzyła, w dalszym ciągu zbyt mocno mu ufała. Powinien się cieszyć, prawda? Tymczasem pokręcił głową z niedowierzaniem. - Nie rób sobie tego - miał ją prosić, żeby sama się w to nie pchała? - Nie mogę ci obiecać, że będę lepszy. Znowu cię zawiodę - stwierdził bez wahania. To nie tak, że by się nie starał. Nie tak, że chciałby ją ponownie skrzywdzić. Starałby się, cholernie by się starał, ale te starania nie przyniosłyby niczego, co w jakikolwiek sposób wynagrodziłoby jej to, z kim się związała. Nie zapewniłyby jej tego, czego potrzebowała. Nie byłyby zgodne z ich planami z przeszłości. Nie mógł jej tego dać, nieważne jak bardzo by tego chciał, jak mocno Geraldine by tego chciała. - Nie mogę cię wciągnąć w moje problemy, zasługujesz na lepsze życie niż to, które teraz prowadzę - powtórzył, starając się zachować ten sam ton, nawet jeśli to były próżne starania. Oboje za bardzo się zaparli. Do niczego nie dochodzili. - Widzisz? - Parsknął z goryczą. - Właśnie o tym mówię. No pięknie, znowu go obwiniała. I naprawdę myślała, że miałaby to wytrzymać? Że po kilku takich razach byłaby go w stanie chcieć? To, że teraz tego pragnęła nie zmieniało faktu, że szybko zweryfikowałaby swoje podejście. Utknęłaby z nim w czymś, co by ją pożarło. Nieważne, że by się usrała, zaczęłaby tego żałować prędzej niż później. Tak to miało wyglądać. Czy naprawdę sądziła, że to miało wypalić? Ta rozmowa była kompletnie bezcelowa, rozpieprzyła chwilowy spokój, jaki mieli. Nic więcej im nie dała. Wyłącznie odbierała. Miał tego dosyć. Potrzebował odpoczynku, nie kolejnej porcji dawania mu złudnego przekonania, że cokolwiek się stało, powrót do siebie nawzajem był najlepszym rozwiązaniem. Bo nie był. Ta rozmowa zdecydowanie nie szła po myśli. Hej. Może dlatego, że była kurewsko nieprzemyślana? - Nie chcę cię ranić, ale nie wiem jak inaczej to powiedzieć - zaczął kolejny raz z rzędu tłumiąc irytację, starając się ważyć słowa, niemalże przyciskając czoło do jej czoła. - Wiem, że chcesz mnie uratować, ale ja nie chcę być ratowany - byli tak blisko, naprawdę cholernie blisko, patrzyła na niego, dotykała go, ale zupełnie go nie rozumiała. Nie pojmowała tego, że to wszystko było niewykonalne. Ich szansa przepadła. Nieważne, że ją kochał, że zawsze miał, że ona go kochała. Niektórych spraw nie dało się przeskoczyć. W niektórych sytuacjach ta miłość nie miała wystarczyć. - Nie chcę, żebyś traciła czas na kogoś kto nie ma nic do zaoferowania - kolejny raz odwrócił wzrok. Chciała prawdy, więc ją miała, nawet jeśli on sam dławił się smakiem tych słów. Nie miał nic do zaoferowania, kurewsko starał się, by było inaczej, ale czy to nie było istotą tego, co się działo? Nie miał nic do zaoferowania. Nie dla niej, nie w taki sposób, w jaki mogłaby tego chcieć. - Nie potrafię być dla ciebie tym, kim byłem kiedyś - powtórzył jak mantrę, wracając spojrzeniem do Geraldine. - Nie jesteś na to skazana, zasługujesz na wiele więcej niż brak wyjaśnień i przyszłości - to też zamierzał jej mówić, musiała wiedzieć, na pewno wiedziała. Wtedy, kiedy byli sobie najbliżsi, była jego wszystkim. Jedyną osobą, która całkowicie go wtedy znała. Przy niej jednej pozwalał sobie spuścić gardę. Z nią jedną potrafił zachowywać się jak człowiek, którym chciał być, którego ona potrzebowała. To nie tak, że za nią nie tęsknił. Nie tak, że nie chciał, żeby przeszłość wróciła, by teraźniejszość wyparowała, ustępując miejsca dawnym złudzeniom, jakby ostatni rok był wyłącznie złym snem. Koszmarem i niczym więcej. W przeciągu kilku chwil utracił niemal wszystko, na czym mu zależało. Cała reszta nadal się rozpadała. Gdzieś tam pod skórą wiedział, jaką szansę mu teraz dawała i jak łatwo byłoby temu ulec. Wystarczyłoby jedno słowo, obietnica dana pod wpływem chwili. Mieliby to. Tyle tylko, że tak naprawdę nie wiedziała, na co się pisała. Nie chciała tego. Mogła twierdzić, że jest inaczej, ale w rzeczywistości tego nie chciała. - Nie możesz tu zostać. Nie dam ci tego zrobić, Ma Moitié, choćbyś się usrała - spróbował nadać temu czulszy ton, rozluźnić te słowa, sprawić coś, by poczuła się inaczej, ale jednocześnie, aby wreszcie to do niej dotarło. Przecież podskórnie musiała to rozumieć. Na pewno to rozumiała. To, że się uparła nie znaczyło, że zamierzał jej na to pozwolić. To też wiedziała. - To, że ty się nigdzie nie wybierasz, nie oznacza, że ja tego nie robię - to, że teraz nie próbował się od niej odsunąć, to niewiele znaczyło na dłuższą metę. - Jeśli zostanę, zawsze będziesz się zastanawiać, kiedy znowu odejdę. To nie jest coś, czego byś chciała - musieli mieć tu jasność, czyż nie? To była ta uniwersalna prawda. Sama mu to już przecież powiedziała. Ziarno niepewności zostało zasiane, pozostałoby im zbierać plony. Rok w rok, miesiąc w miesiąc. Nieważne, jak bardzo by się starał, nawet jeśli udałoby się coś zmienić w tej popierdolonej sytuacji, nawet jeśli mimo wszystko by go takiego zaakceptowała, ich świętość przestała istnieć. Tak jak przez lata obawiała się, że do niej nie wróci, bo zabierze go praca. Tak w tym momencie jeszcze bardziej by się bała. Mógłby pokutować, ale już to kwestionowała. Więc po co ciągnęli tę rozmowę? Dlaczego nie mogli poddać się ciszy, jeszcze przez chwilę udawać, że cokolwiek z tego będzie? Chcieli się teraz, on tego chciał, ona tego chciała. To mogła być namiastka tego, do czego kiedyś dążyli. Więc zamknął jej usta pocałunkiem, przyciągając ją ku sobie. - Ożeniłbym się z tobą - szepnął miękko, równie smutno, smakując jej usta; to też powinna wiedzieć, szczególnie po tym, co powiedziała. - A potem wyjechalibyśmy w Alpy do pierdolonego rezerwatu smoków, którego byśmy nie zobaczyli, bo nie wyszlibyśmy z łóżka - uniósł kącik warg, nadal się nie odsuwając. - Zostałbym. Ale to przepadło. Nie zostanę. Zrozum to, to nie jest coś, co się wydarzy. Nie tego byś teraz chciała - starał się to jak najłagodniej przekazać, delikatnie wsuwając jej kosmyk włosów za ucho. Nie patrzył jej w oczy. RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.12.2024 Prychnęła. Oczywiście, że mieli jasność, jak zawsze. Uderzali w siebie swoimi argumentami, byli ślepi na to, co drugie ma im do powiedzenia. To nie był pierwszy raz, to im się zdarzało. Zazwyczaj wracali do tematu trochę później, gdy ochłonęli, czuła jednak, że tym razem może zabraknąć im takiej możliwości, dlatego też próbowała się miarkować, ale czy jej to wychodziło? Nie do końca. Zaczynała wyrzucać z siebie kolejne nie do końca przemyślane słowa, i zdawała sobie sprawę z tego, że może to przynieść efekt odwrotny do zamierzonego, nie umiała się jednak pohamować. Gotowała się coraz bardziej, czuła, że znajdowała się na skraju, niewiele brakowało do tego, aby wybuchła. Nie podobało jej się to, że nie potrafią się dogadać. Rozmowa nie wychodziła im najlepiej, cóż, nigdy nie byli szczególnie dobrzy w wyrażaniu w ten sposób swoich uczuć. Szło im to raczej bardzo topornie, co zresztą teraz zostało potwierdzone. Miała swoją wizję, którą chciała mu przedstawić, ale zdecydowanie mu się ona nie spodobała. Nie miała pojęcia dlaczego, to robiło się coraz trudniejsze. Mieszał jej w głowie, bo niby ją kochał, ale nie chciał, żeby znajdowała się obok niego. Nadal próbował ją odrzucić, nadal zależało mu na tym, żeby ją od siebie odepchnąć. Znowu nie widział tego, czego ona chce. Nie miała najmniejszego problemu z tym, aby rzucić się za nim w przepaść. Faktycznie było w tym trochę szaleństwa, pewnie nawet by nie zaprzeczyła, ale czy było to coś złego? Miłości i szaleństwo znajdowały się blisko siebie, przynajmniej zdaniem Yaxleyówny. Powodowały opętanie, nie do końca racjonalne myślenie, ale nie uważała, że to było niewłaściwe. Mogła się poświęcić dla kogoś na kim jej zależało, niewiele było takich osób. - Nie prosiłeś o to, żebym na ciebie czekała, a przed sekundą miałeś pretensje o to, że się zaręczyłam. - Nie miała pojęcia, czego od niej chce. Zdecydowanie nie podobałoby mu się, gdyby ruszyła dalej, sam o tym wspomniał, a jednak uważał, że nie powinna mieć nadziei na to, że kiedyś, być może dostaną kolejną szansę od losu. To nie tak, że nie szukała, próbowała się uszczęśliwiać w ramionach innych mężczyzn, ale nic jej to nie dawało. Czuła pustkę, i chwilowe ugaszenie pożądania, być może, czasami, ale nic więcej. Nie umiała go zastąpić, nie chciała tego robić, nie potrafiła. Nadal wydawało jej się, że są ze sobą związani. Liczyła na to, że kiedyś uda im się wszystko naprawić, jeszcze nigdy, od tego półtora roku nie znajdowali się tak blisko siebie. Gdy zaczęli tę rozmowę myślała, że może jakoś będą potrafili do siebie dotrzeć, jednak im dalej w nią brnęli, tym bardziej się mijali. Trudno jej było wierzyć w to, że być może faktycznie nie było już żadnej szansy, tyle, że Ambroise usilnie jej to wmawiał, chciał trzymać ją od siebie z daleka, mimo, że mówił o tym, że wciąż ją kocha. To było dopiero popierdolone. Jego słowa bolały, pozostawiały rany głębsze od najostrzejszych mieczy. Nie spodziewała się, że to eskaluje do czegoś takiego. Naprawdę ją krzywdził i pewnie szybko o tym nie zapomni. Nie chciał jej, cóż, powinna była o tym pamiętać. Kochał ją, ale jej nie chciał, jak można w ogóle komuś powiedzieć coś takiego? Później było tylko gorzej. Tak, była silna, tak wcale nie tak łatwo było w nią uderzyć, tyle, że akurat on bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, co zaboli ją najbardziej. Zamilkła, usta zaczęły jej drżeć, czuła, że nie jest w stanie z tym nic zrobić. Była bezsilna, nie znosiła tego uczucia, miała ochotę wyć, ale zamilkła. Nie chciała jeszcze bardziej się upodlić, bo czuła, że i tak znajduje się już na dnie. Była gotowa zrobić dla niego wszystko, a on jak jej się odwdzięczał? Oczy zrobiły jej się szklane, próbowała nie pęknąć. Tak, aluzje do niej docierały, coraz bardziej, czyli to właśnie robili, pieprzyli się tutaj, a on później zamierzał zniknąć bez słowa. Znowu. Dlaczego w ogóle myślała, że mogło być inaczej? Czy naprawdę była taka ślepa, głupia? Nie miała pojęcia, wiedziała jednak, że nie zniesie więcej tych słów. To było dla niej zbyt wiele. Ona również miała swoje granice. Reakcje, którymi ją raczył, również nie ułatwiały jej tej rozmowy. Widziała jego wzrok, pogardę, dlaczego jej to robił? Chciał ją do siebie zrazić? Jeśli tak, to całkiem nieźle mu to wyszło. Mogłaby mu pogratulować, wygrał to. Dawno nikt jej nie potraktował w taki sposób, tak właściwie to wydawało jej się, że chyba nigdy nie przytrafiło jej się coś podobnego. Nie w takiej sytuacji. Próbowała być obojętna, ale wcale jej to nie wychodziło. Zupełnie jej się to nie udawało. - Jasne, niech tak będzie, dostosuję się. - Głos, jej drżał, to było zbyt wiele. Nie spodziewała się usłyszeć, aż takich gorzkich słów. Nie od niego, jeszcze nigdy jej tak mocno nie zranił. Powstrzymywała łzy, żeby jeszcze bardziej się nie upokorzyć, bo przecież przed chwilą była bliska błagania, aby przyjął ją znowu do swojego życia. Jakaż była głupia i naiwna. Powinna się tego spodziewać. W końcu ostatnio nic się jej nie udawało, wszystko się pierdoliło, wypadałoby do tego przywyknąć. Najwyraźniej nigdy więcej już nie miała być szczęśliwa. Musiała to sobie przyswoić. Zresztą może była po prostu zaślepiona tym, co przeżyli, może źle to oceniła. Nie byłoby w tym nic dziwnego. Ostatnio wszystkie decyzje, które podejmowała prowadziły ją do miejsc, w których nie chciała się znaleźć. Straciła kontrolę, powinna się z tym pogodzić. Jakoś sobie poradzi, prawda? Zawsze przecież sobie radziła. Pękło jej serce, ale to przecież nie było nic takiego, robił to dla jej dobra... Jasne. Piękne i ckliwe wytłumaczenie, chciał jej szczęścia, ale się z nią nie liczył. Wspaniale, naprawdę wspaniale. Nadzieja zaczynała gasnąć, właściwie to zgasła całkowicie. Zniknęła. Nastał mrok, który zapewne pochłonie jej duszę, nie miała pojęcia, jak bowiem mogłaby się pozbierać po tym, co właśnie jej powiedział. - Tak, to nie jest coś, czego bym chciała. Mamy jasność. - O to mu chodziło, prawda? Chciał, żeby się z nim zgodziła, oczywiście, że miała to zrobić. Jak zawsze, rzadko kiedy udawało jej się stawiać na swoim, szczególnie przy nim, tutaj nigdy nie miała zbyt wielkiego pola do dyskusji. Mamił ją tym, że byli sobie równi, że traktował ją, jakby znajdowała się na tym samym, decyzyjnym poziomie, ale nigdy tak nie było. Powinna się z tym pogodzić. - Nie, nie ożeniłbyś się ze mną, nigdy tego nie chciałeś, dobrze się stało, że do tego nie doszło. - Pamiętała te dwa razy, kiedy wspominał coś o ślubie, kiedy wyprowadziło ją to z równowagi, bo nie chciała, żeby miał jakieś dziwne poczucie obowiązku, że powinien zaoferować jej taką propozycję. Dobrze się stało, że wtedy tego nie zrobił, dobrze, że udało jej się jakoś odwieść go od tego pomysłu, bo najwyraźniej było tak jak jej się wydawało, zrobiłby to tylko po to, aby ona poczuła się lepiej. Na szczęście teraz już nie musiał udawać, nic ich miało więcej nie łączyć. Dotarło to do niej, mieli jasność. Stuprocentową. - Cieszy mnie to, że tak dobrze mnie znasz i wiesz, czego chcę. Sama pewnie nie potrafiłabym się określić, cóż bym bez ciebie zrobiła. - Ton jej głosu się zmienił, nie brakowało w nim teraz chłodu, zresztą on również przeszywał jej ciało niemalże do samych kości. Odrzucił ją, musiała się z tym pogodzić, chociaż nie było to nic przyjemnego. Znowu to zrobił, tym razem patrząc jej w twarz, no może nie do końca, bo uciekał spojrzeniem. Zastanawiała się przez chwilę, co skłoniło go do tego, że był w stanie ją tak bardzo skrzywdzić, skoro wspominał, że ją kochał. Kto właściwie był w stanie skrzywdzić kogoś, kogo kochał w taki sposób? Dawno nie wydawało jej się, że jest tak bardzo samotna. Niby znajdował się obok, wyciągnął dłoń, by schować jej kosmyk włosów za ucho, ale zupełnie ignorował ją, jej słowa, jej pragnienia. Przegrała, tak, zdecydowanie czuła, że przegrała tę konfrontację. Chyba zaczynała się z tym godzić. Odruchowo wysunęła się z jego ramion, przesunęła się pod zagłówek łóżka, objęła kolana rękoma. Milczała, ciągle. Nie potrafiła wykrztusić z siebie żadnego słowa. Złamał ją, a przecież nie tak łatwo było ją złamać. Była silna, nie powinna tak zareagować, ale to się stało. To był jej kolejny upadek, nie miała pojęcia, jak się po nim pozbiera i czy w ogóle uda jej się wstać. RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 10.12.2024 - Jedno nie wyklucza drugiego - stwierdził, jeszcze nadal usiłując być spokojny, jednakże z każdą kolejną reakcją ze strony dziewczyny coraz bardziej dostrzegał, że nieważne, co miał jej powiedzieć - sytuacja już była stracona. Już zaczęła go przekreślać. Widział to w jej napiętych ramionach, wyczuwał to w postawie coraz bardziej sztywniejącego ciała. Jeśli jeszcze chwilę wcześniej była gotowa o niego walczyć, teraz odniósł sukces. Wciąż ewidentnie musiała toczyć jakiś bój, ale zmieniła taktykę. Wybierała walkę z nim. - Miałem do tego zasrane prawo i mi go nie odbierzesz. Wiesz, czemu? - a może tego również się nie domyślała? Ział, teraz po prostu zaczął na nią ziać. Dokładnie tak jak ona na niego, bo go to ugodziło. Niemalże tak samo jak tamta historia. A może nawet bardziej? Sekundy wcześniej byli tu dla siebie, wydawało mu się, że mogą mieć jeszcze chwilę ulgi, lecz teraz ten moment ewidentnie minął. Bezpowrotnie przepadł. - Bo ze mną nigdy nie byłaś na to kurwa gotowa - skoro już grali aż tak nisko to mógł jej przypomnieć, że co najmniej dwukrotnie w naprawdę odległych odstępach czasowych go nie chciała. Za pierwszym razem byli wtedy na tej samej stronie, ale za drugim sytuacja wyglądała zgoła inaczej. Dała mu wtedy do zrozumienia, że nie planowała oficjalnie się z nim związać a teraz zarzucała mu, że poczuł się chujowo, gdy usłyszał o tym, że z kimś innym zrobiła to dużo szybciej? Dostając pełną historię jej romantycznej historii, nawet jeśli tego nie pragnął? Nie zamierzał pytać, jak ona by się z czymś takim czuła. Wystarczyło, że i tak go kwestionowała. Choć w żadnym, nawet w najgorszym scenariuszu nie założyłby tego, co jeszcze postanowiła cisnąć mu w twarz. Nie domyśliłby się, do czego zmierzała ta rozmowa. Nie, gdy na krótką chwilę sytuacja została opanowana. Wrócili w swoje ramiona, odpowiedziała na jego pocałunek, więc odsłonił się przed nią po raz kolejny. Tylko po to, żeby z tego skorzystała, robiąc sobie z jego desperackich słów sztylet do sieknięcia nim go w twarz. Nie obchodziło go już nic więcej. Wystarczyło to, co mu wyrzuciła. To, w jaki sposób go potraktowała, aby wyrwał się z zawieszenia, momentalnie pozbywając się ckliwości. W końcu był kawałem chuja. Tego od niego oczekiwała. - Zgadza się. Nigdy nie miałem wobec ciebie żadnych poważnych zamiarów - cisnął w nią tymi słowami niemalże bez zastanowienia, wściekle świdrując dziewczynę spojrzeniem. Tego chciała? Naprawdę właśnie tego chciała? Tak bardzo pragnęła usłyszeć od niego te słowa? Uroiła coś sobie, ubzdurała, usrała i albo mógł w to iść, grając w jej grę i patrząc jak wszystko, na czym kiedykolwiek mu zależało coraz bardziej się rozsypuje i umiera. Albo mógł przyklasnąć jej nagłej pewności tego, że był po prostu kawałem zimnego skurwysyna? Bo nawet nie drania. Czystego skurwiela w ludzkiej postaci, dla którego mówienie jej takich rzeczy nie wiązało się z niczym innym niżeli tylko z próbą ugrania czegoś. Czego? Za cholerę nie wiedział, ale to chyba nie miało najmniejszego znaczenia. Już go skategoryzowała. Już oceniła szczerość jego słów, wydając swój werdykt. Wbrew temu, co robił czy co mówił. Wbrew próbom, które sama raz po raz odtrącała. To nie miało znaczenia, bo w jej oczach przecież nigdy nie chciał od niej niczego innego. Wyłącznie ją wykorzystać. Ukraść jej najlepsze lata życia? Zdominować ją, zmanipulować? Ponownie wykorzystując okazję dla chorej zabawy tuż po tym jak oboje niemalże tam zginęli? - Zresztą i tak dałabyś mi kosza, nie? Po chuj miałem mieć jakiś zamiar - sarknął na nią gorzko, odruchowo napinając całe ciało, bo równie dobrze mogłaby mu strzelić policzek. Już to kiedyś zrobiła, nie? Nawet nie kiedyś, bo całkiem niedawno. I bolało znacznie mniej niż to, w jaki sposób się teraz zachowywała. Powiedział jej o swoich planach, odsłonił się przed nią a ona je podważyła, dosłownie strzeliła go przy tym po mordzie, wzgardziła nim, wyśmiała. Tak oto kończyła się ta wielka miłość. W tej chwili już chyba dłużej nie mogli udawać, że jeszcze istniała. To były wyłącznie puste deklaracje. Ułudy i zwidy. Ba, może nawet jakiś pojebany rodzaj zemsty za to, co jej zrobił? Nie chciał w to wierzyć. Nawet teraz. Jednak poniekąd sama mu to wcześniej powiedziała: chciała być decyzyjna. A więc dokładnie to zrobiła. Podjęła decyzję. To ona go teraz zostawiała, czyż nie? To ona wysunęła mu się z ramion, podważając wszystko, co jej powiedział. Debil. Posrany ckliwy idiota. - Doskonale sobie beze mnie poradzisz - odpowiedział sucho, cedząc powoli kolejne słowa, bo przecież to zamierzała mu powiedzieć, prawda? Była już na to gotowa. W zaledwie kilka sekund przeszła od bycia jego nawet na ten jeden cholerny weekend do traktowania go tak, jakby nie wierzyła w żadne jego słowo. Nagle znów wszystko kwestionowała, odsuwając się od niego i traktując go w taki sposób, jakiego się po niej teraz nie spodziewał. Spoglądał na nią jeszcze przez kilka dłużących się sekund, oczekując cholera wie, czego, ale ostatecznie skapitulował. Nie zamierzała na niego spojrzeć. Objęła kolana ramionami i odcięła się od niego kolejną tarczą. Mógłby próbować coś zrobić, gdzieś tam głęboko naprawdę chciał być w stanie to zrobić, ale zamiast tego zrobił dokładnie to, czego po nim oczekiwała. Gwałtownym ruchem wstał z łóżka, niemalże zrzucając kołdrę na podłogę, ale w ostatnim momencie chwytając ją w locie, zwijając w kulkę i ciskając nią w sam środek materaca. Nie próbował się miarkować. Geraldine i tak już niczego od niego nie oczekiwała. Wystarczyło kilka słów, żeby zmieniła zdanie. Niby sam tego chciał, ale bolało. Naprawdę kurewsko. Szczególnie tamte konkretne słowa, którymi w niego uderzyła. One zapiekły najbardziej, bo nie miały żadnego związku z prawdą. Sądził, że gdzieś tam naprawdę to wiedziała, tymczasem od samego początku miała o nim przekonanie, z którym nie potrafił sobie poradzić. Nie umiał przełknąć tej przeklętej goryczy, ale jednocześnie nie mógł się udławić. Tak wyglądało jego życie, nie? To już nie był jego dom, nawet jeśli, gdy szarpnął drzwiami szafy w poszukiwaniu czegokolwiek do ubrania, większość jego rzeczy nadal tam wisiała. Kolejny policzek. - Wiesz co? - odwrócił się do niej przodem, patrząc na nią nawet, jeśli ona na niego nie patrzyła. Może był wkurwiony, teraz już całkowicie, nie pragnąc zapamiętać jej w ten sposób ani nie chcąc zostać tak zapamiętany, ale to najwyraźniej nigdy nie był koncert życzeń. Co najwyżej zażaleń. Gorzkich żali w związku z tym, że nie chciał jej pozwolić iść za nim na dno. Czy miała jeszcze jakiekolwiek wątpliwości? Wątpił w to. Naprawdę w to wątpił, bo inaczej by go nie odtrąciła. Nie w ten sposób, nie zaledwie w przeciągu kilku sekund. Nie, tym razem było inaczej. Otworzyła oczy, chciał tego. Zarzekał się, że właśnie tego pragnął, tyle tylko, że go to cholernie bolało, bo naprawdę sądził, że mogą dać sobie jeszcze przynajmniej kilka chwil, których potrzebowali. Wydawało mu się, że może być z nią szczery, pożegnać się we właściwy sposób, powiedzieć to wszystko, co leżało mu na sercu i zostać przy tym wysłuchany. Tymczasem wyłącznie jeszcze bardziej wszystko rozpierdolił. Nie sądził, że to było możliwe, ale najwyraźniej tu również się mylił. Nawet najbardziej popierdolone sprawy dało się jeszcze bardziej spierdolić. Szczególnie, gdy było się nim. - Wysiadam, Rina - ponownie obrócił się w kierunku szafy, gwałtownym ruchem zdejmując sweter z wieszaka i sięgając na półkę po spodnie. Nie kłopotał się szukaniem niczego więcej. Zamierzał jak najszybciej stąd zniknąć. Nie musiało mu być przy tym komfortowo. I tak nie było mu wygodnie. Nie. W tym momencie miał wrażenie, że nawet oddychał dla niej w niewłaściwy sposób. Był uosobieniem wszystkiego, co ją raniło. Dawała mu to do zrozumienia, więc po prostu naciągnął na siebie te cholerne dresowe spodnie. Chuj z tym, że nie nadawały się nigdzie indziej niż do ogródka. W tym momencie naprawdę było mu już wszystko jedno. - Jechałem już tym posranym pociągiem i wysiadam - po co w ogóle próbował z nią rozmawiać? To nie był dworzec kolejowy. Nie musiał komunikować swojego wyjazdu z jej życia. Tym bardziej, że ewidentnie znowu właśnie tego chciała. Nie mieli dać sobie chwili wytchnienia, odrobiny tego, na co tak idiotycznie liczył, skoro się kochali, bo taka miłość zdecydowanie jej nie wystarczała. Wóz albo przewóz, tak? W jednej chwili kazała mu wybierać, po czym w istocie sama zrobiła to, o czym go zapewniała. Potrzebowała mieć swój wkład w podejmowanie decyzji. Właśnie tego chciała. Więc postanowiła powodzić go przez chwilę za nos, po czym gwałtownie zmieniła zdanie, odpychając go od siebie. Wręcz perfekcyjna kara. - Niech to będzie moja wina - w końcu ustalali sobie pewne rzeczy, więc i to powinno paść dostatecznie jasno, tego też z pewnością teraz chciała. - Jak zawsze. Moja wina, siedem lat trzymałem cię przy sobie dla zabawy aż wreszcie otrzeźwiałaś - to z pewnością była doskonała wersja wydarzeń. Nie musiał dodawać nic więcej, grunt, że Geraldine była w stanie w nią uwierzyć. Jeśli to miało sprawić, że rzeczywiście zamierzała zamknąć ten rozdział na stałe, zamierzał jej na to pozwolić. Tym razem miała swoje należyte domknięcie. Teraz to ona go zostawiała. On po prostu szedł jej na rękę i wychodził, bo dom przecież należał do niej. - Wywal te graty. Nie zamierzam tu więcej wracać - rzucił do niej, starając się zachować resztki twarzy. - I naucz się płacić swoje rachunki. Dom nie jest już mój, załatwiłem swoją część formalności, reszta to twoja sprawa - nie chciał tak tego zostawiać, ale tym razem to nie on o czymkolwiek decydował, prawda? To ona tego chciała. Nie zamierzał błagać jej więcej o wybaczenie, odsłonił się przed nią w tych kilku desperackich słowach a ona bez wahania dała mu do zrozumienia, że były o kant dupy potłuc, bo nie traktował jej poważnie. Więc po co mieli coś dłużej wyjaśniać? Zostawiał jej wszystko i stąd spierdalał. Nie wiedział, czemu w ogóle pojawił się tu w pierwszej kolejności. Po cholerę o czymkolwiek rozmawiali, skoro wystarczyło kilka sekund, żeby z zostanę z tobą, nie odchodź jeszcze, nie teraz niemalże usłyszał od niej, że ma wypierdalać? Nie miał zamiaru czekać na pojawienie się tych słów. Zamiast tego wcisnął sweter na głowę, zaledwie pięć sekund później obracając się na pięcie i bez słowa opuszczając pomieszczenie. Nawet nie spojrzał na Geraldine. Po co miał na nią patrzeć? Ona nie chciała. Nie miarkował się, nie próbował delikatnie zamknąć za sobą drzwi. Trzasnął nimi z całej siły, niemalże zabijając się na schodach, gdy przeskoczył po dwa, trzy stopnie, byleby tylko jak najszybciej znaleźć się na dole. Zabrać różdżkę, zabrać swoje buty i resztę rzeczy. Wynieść się w pizdu tak jak zakładała, że zamierzał zrobić. No cóż. Przecież zawsze miała rację. Teraz to ona tu decydowała. RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.12.2024 Nigdy nie chciała litości. To ją przede wszystkim czuła, wtedy gdy o tym rozmawiali. To miało zaspokoić jej niepokój, pozbyć się go. Nigdy nie czuła, że on chce to zrobić dlatego, że faktycznie tak myśli, wręcz przeciwnie, jakby po prostu chciał, żeby się odczepiła, przestała pytać, wątpić. Nie uważała, aby to była słuszna ścieżka, wręcz przeciwnie, na pewno poczułaby ciężar z tym związany, i zastanawiała się później nad tym, jakie faktycznie były jego zamiary. Nie była, aż tak zdesperowana, aby zgadzać się na takie poświęcenie z jego strony, bo wtedy to jej wyglądało właśnie na irracjonalnie rzucane propozycje, tylko po to, aby poczuła się pewniej. Nie tędy droga, zdecydowanie. - Byłam gotowa... - Nie rozumiała tego jego zapętlenia, czy naprawdę powinna mu była wytłumaczyć z czego wynikało jej podejście? W jakich sytuacjach dochodziło między nimi do podobnych rozmów? Zawsze, kiedy coś się rozpieprzało, albo było bliskie temu, żeby się rozjebać. Nie chciała, żeby takie decyzje były podejmowane pod wpływem niekoniczenie przyjemnych chwil. Nie czułaby się z tym dobrze, świadomość tego, że mógł się poczuć zmuszony do takich deklaracji by na niej ciążyła, jasne niby nic nie musieli, ale no jak to wyglądało? Wylewał się z nich jad, wiedziała, że to nie skończy się dobrze. Moment zapomnienia najprawodpodobniej już minął i wracała do nich brutalna rzeczywistość, która ich otaczała. Przyszło to zdecydowanie wcześniej niż się spodziewała, ale może to i lepiej, szok będzie mniejszy? - Wreszcie zaczynamy być ze sobą szczerzy, co? - Prawda bolała, nie przynosiła ukojenia, ale chyba tego właśnie potrzebowała. Nie mogła znowu pozwolić się ponieść, bo to przyniosłoby jej zbyt wiele bólu, zresztą już uderzał w nią słowami niczym obuchem. Zdecydowanie wolałaby cierpieć fizycznie, niżeli znowu przeżywać ból duszy, która rozpadała się na milion kawałków. Ciskali w siebie tymi argumentami z dupy, jakby to ich nic nie kosztowało. Ranili się wzajemnie, wiedziała, że to ich do niczego nie doprowadzi, ale nie zamierzała być bierna. Nie mogła po prostu słuchać tego, co miał jej do powiedzenia i podkulić ogona. Nie miała zamiaru stać się ofiarą, ona również potrafiła gryźć. Szczególnie, kiedy czuła się przystawiona do ściany. Wtedy w akcie desperacji sięgała po podobne zagrywki. - A mam inne wyjście? Czy mam inne wyjście? Czego ty ode mnie chcesz. Mógłbyś się zdecydować, jasno określić. - Dostrzegła to, że coś się momentalnie zmieniło. Najwyraźniej ona nie mogła rzucać w Ambroisa odpowiedziami w podobnym tonie do jego, bo zaczynało go to irytować. Wspaniale, tyle, że to był moment, w którym nie zamierzała już dłużej chodzić na palcach, nie po tym, co zaczął jej wyrzygiwać. Najpierw sam robił z siebie skurwysyna, a teraz miał do niej pretensje o to, że zaakceptowała tę wersję? Czy myślał, że będzie przed nim siedzieć i się płaszczyć, pocieszać go, że wcale tak nie jest? Nie, to nie było w jej stylu. Nic się nie zmieniło, poza jego tonem, poza tym, że coraz bardziej usilnie jej wmawiał to, że jest chujem i najwyraźniej na nią nie zasługuje. Nie podobała jej się ta narracja, ale chciał, czy nie chciał, jego słowa w nią uderzyły, bardzo mocno, a nie chciała zostać chłopcem do bicia. Nie chciała być traktowana jako zabawka, chwilowa, którą zaraz wyrzuci w kąt. Od zawsze zależało jej na czymś więcej. Zerwał się dość szybko, co świadczyło o tym, że i jej udało się go zranić. Wspaniale, tylko dlaczego nie odczuwała z tego żadnej satysfkacji, nadal czuła się się źle, nadal miała wrażenie, że nic nie dzieje się tak, jak powinno? - Przecież tego właśnie chciałeś, proszę, dostałeś to, na czym ci zależało. - Ton jej głosu był całkiem spokojny, jak na to, co się działo w jej wnętrzu. Nie unosiła go, mówiła całkiem spokojnie, już praktycznie bez żadnych emocji. Zamknęła się w swojej bańce obojętności, co mogło mylnie świadczyć o tym, że rzeczywiście miała w to wyjebane. Zmieniła narrację, kiedy zaczął z siebie wylewać to wszystko przyjęła zupełnie inną postawę, chociaż w środku nadal wszystko ją bolało. - Lepiej późno, niż wcale? Prawda? W końcu i tak nie ma nadziei, po co się więc oszukiwać, po co udawać przed sobą, że może być inaczej? - Czyż nie o tym jej wcześniej wspominał. Zresztą dawał jej mylące komunikaty, niby ją kochał, niby chciał przy niej zostać, a jego słowa wcale o tym nie świadczyły. Obrażał ją, zdecydowanie sugerował to, że jest naiwna i ślepa. Po co więc jej było to wszystko? Nie zamierzała udawać, że jej to nie ruszyło, bo ruszyło i to bardzo, ale o tym na pewno wiedział. Nie zdawała sobie sprawy, co chciał w ten sposób osiągnąć, bo sam przecież próbował ją do siebie zrazić, a kiedy przyjęła tę opcję, to się na nią wkurwił. O co właściwie mu chodziło, czego chciał, czy w ogóle sam tego wiedział? Nie mógł z nią być, ona nie mogła z nim być, ale się kochali. Pojebana sprawa, zdecydowanie nie na to, w jakim stanie psychicznym się aktualnie znajdowała. - Przecież nigdy nie chciałeś tu wracać, tak czy srak, sam to potwierdziłeś kilka dni temu. - Wtedy znalazła te papiery, które dla niej znaczyły tylko tyle, że faktycznie nadszedł ich koniec. Pozbył się ich domu, tak samo jak pozbył się jej. Nie mieli już nic wspólnego. Zostały tylko wspomnienia, ale sam jej mówił o tym, że i one nie były prawdziwe, że on nie był prawdziwy. Co innego miała sobie pomyśleć? Wszystko się rozsypało, dzisiaj faktycznie dotarło do niej, że to był koniec. Nie mogła go zmusić do tego, żeby zmienił zdanie. Zresztą nigdy nawet nie zakładała, że istniałaby taka możliwość, liczyła jednak na to, że mimo upływu lat nadal może być jakaś szansa, jak widać tej też nie było. - Jasne, moja sprawa, tutaj też mamy jasność. - Będzie musiała sprzedać ten dom i pozbyć się problemu. Nie chciała tutaj wracać, to miejsce niosło ze sobą zbyt wiele bólu, nie chciała, aby należało do niej, nie było jej do niczego potrzebne. Nie mieli już tu więcej wrócić, może to i lepiej. Nie dostała od niego takieog wyjaśnienia, jakiego oczekiwała. Rzucił jej kilka aluzji, domysłów, i miała sobie z tym radzić. Być może było to więcej, niż dał jej ostatnim razem, jednak nadal - to nie tego oczekiwała, nie tego potrzebowała. Mówił, że ma na niego nie czekać, czy naprawdę myślał, że jest to takie proste, nie chciał dać sobie pomóc, miała stać z boku i patrzeć na to jak zatraca się chuj wie właściwie w czym? Nie należała do osób, które potrafiły stać biernie, nigdy nie umiała działać w ten sposób. Nie potrafiłaby się z czymś takim pogodzić. Zresztą ta kłótnia do której doprowadzili też niczego nie zmieniała, przecież nie była w stanie wyrzucić go ze swojej pamięci, na pewno będzie się zastanawiała jak się ma, i czy w ogóle jeszcze żyje. Nie wyglądało bowiem na to, że postanowił podążać w miarę bezpieczną ścieżką, wręcz przeciwnie, raczej dążył do autodestrukcji. Pomogłaby mu, bez względu na to z jakimi demonami się mierzył, byłaby w stanie wyciągnąć do niego rękę i coś na to zaradzić, tyle, że on nie chciał tej pomocy, a z tym? Z tym już nic nie mogła zrobić. Przeniosła spojrzenie za okno, gdzie zrobiło się już całkiem ciemno. Mrok otulił okolicę, zerwał się wiatr, który uderzał w okiennice. Gdy w pośpiechu wyszedł z sypialni z jakże efektownym trzaśnięciem drzwiami odetchnęła w końcu głęboko. Przymknęła oczy, na krótką chwilę, musiała jakoś poradzić sobie z negatywnymi emocjami, które narastały w jej wnętrzu. Nie była zadowolona z tego, co się wydarzyło, nie podobał jej się sposób w jaki zakończyli tę rozmowę. Nie miała pojęcia, czy już się stad wyrwał, czy faktycznie odszedł. Wstała jednak wreszcie z tego nieszczęsnego łóżka, do którego zdecydowanie nie miała ochoty wracać i ruszyła w stronę szafy, musiała się ubrać, nałożyć na siebie cokolwiek. Wypadałoby sprawdzić, co właściwie się dzieje, nie nadążała za tym wszystkim i nie chciała żegnać się z nim w ten sposób. Wyrzuciła z siebie znowu zupełnie niepotrzebne myśli, wiele razy wcześniej robiła to samo. Narzuciła na siebie jedną z koszul, które wisiały tam, jakby nadal czekały na swój moment. Nie pojawiała się tutaj, on też nie, więc ich rzeczy nadal znajdowały się w tym domu. Czy była gotowa na to, że zastanie tam pustkę? Chyba nie do końca, ale prędzej, czy później musiała się z tym zmierzyć. Otworzyła więc drzwi, delikatnie w przeciwieństwie do Ambroisa i wyszła z sypialni. Gotowa zmierzyć się z tym, co miała przynieść jej rzeczywistość. RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 10.12.2024 To nie miało wyglądać w ten sposób. Nawet przy pełnej świadomości, że nigdy nie zaplanował tego jak będzie wyglądać ta rozmowa, bo w żadnym razie nie chciał jej tu teraz prowadzić. Zdawał sobie sprawę, że wszystko wręcz błyskawicznie się spierdoliło. Nie panował nad sobą. Nie zwracał uwagi na to, jakie słowa padają z jego ust. Docierały do niego dopiero wtedy, kiedy już wydostały się na zewnątrz, gdy Geraldine była gotowa odbić je w dokładnie taki sposób jak przy każdej innej kłótni. Choć czy aby na pewno? Żadna inna nie była taka gorzka. Ich wypowiedzi nigdy nie przekroczyły tej niewidocznej granicy, która najwyraźniej zawsze gdzieś tam była. Niechybnie przekroczona była gotowa doprowadzić do nieuchronnego, ale jakimś cudem zawsze tego unikali. Mimo tego, że oboje wiedzieli, gdzie należało uderzyć, żeby zadać najbardziej precyzyjny cios, to przecież nie chcieli sobie tego robić. Bo się kochali. W dalszym ciągu ją kochał, chciał, żeby była szczęśliwa. Nie chciał, by waliły w nią jego pochopne, nieprzemyślane, całkowicie niewłaściwe słowa, ale to robił. Niszczył, kierował je do niej w coraz bardziej zirytowany sposób, wewnątrz dosłownie się gotował, nawet jeśli na zewnątrz był w stanie ciskać w ukochaną lodowymi sztyletami. Precyzyjnie do sedna. Tyle tylko, że czego? To nie były prawdziwe odpowiedzi, to nie były te realne słowa, które chciał jej powiedzieć. Szczególnie, że jeszcze chwilę wcześniej była gotowa tak po prostu mu przebaczyć. Być przy nim, wmieszać się w to przeklęte gówno, w które się władować. Skoczyć za nim w przepaść. Była gotowa... ...a jednak nie była. To nim zatrzęsło. Potwierdziła jego wszystkie obawy. Nie chciał jej w to uwierzyć i całkiem słusznie, bo teraz mu udowadniała, że nie była na to przygotowana a on słusznie nie chciał, żeby pakowała się w coś takiego. Nie dla niego. Za bardzo ją kochał, zbyt mocno obawiał się, że by ją to przytłoczyło i zniszczyło. Zresztą czyż nie miał racji? Właśnie tak się teraz działo. Przewidział to. Nieważne, co mówiła mu chwilę wcześniej. Teraz mieli okazję boleśnie to zweryfikować. - Nie, nie byłaś - wszedł jej w słowo, gorzko przy tym parskając. Nie była gotowa. Przed chwilą sama dała mu to do zrozumienia. Zresztą nie tylko teraz, ale wiele lat wcześniej również zrobiła to samo. Nie chciała tego, nie brała go na poważnie, podważając jego pytania, słowa, które ku niej kierował. A teraz próbowała mu wmawiać, że było inaczej. Że to on tego nie chciał, że by się nad nią litował. Wywracała kota do góry ogonem, przyjmując narrację, przez którą był na skraju tego, aby przestać nad sobą panować. - Nie próbuj mydlić mi oczu - parsknął gorzko, kręcąc przy tym głową. - Nie masz na to żadnych dowodów, więc po co te wszystkie słowa? - Mogła mówić mu teraz wszystko, co sobie jawnie życzyła a on i tak by jej w to nie uwierzył. Nie po tym, co padło przed chwilą i jak szybko przeszli od wyznawania sobie kolejnej wiecznej miłości do ciskania w siebie oskarżeniami i zamieniali deklaracje w wątpliwości, podważając je w przeciągu zaledwie kilku późniejszych sekund. Już przestawał wiedzieć, w co powinien wierzyć. Gubił się w tym, co mu przekazywała, co on jej przekazywał. Co było prawdą a co kłamstwem. Ta rozmowa nie powinna tak wyglądać. - Zresztą, o czym my w ogóle mówimy? Odpowiedz mi tylko na jego pytanie. Po chuja ze mną byłaś? Skoro masz pewność jak to wyglądało? Nikt inny jej nie ma, standard, ale czego ty oczekiwałaś, jeśli wiedziałaś, że nie będziemy ze sobą do usranej śmierci, bo to tylko zabawa? - Warknął na nią, cedząc kolejne słowa, bo jej nagłe opanowanie wyłącznie coraz bardziej go wkurwiało. - Gdzie stawiałaś granicę zabawy w dom? Dziesięć lat? Piętnaście? Dzieciak, jakbyśmy wpadli? Skoro nie miało być nic więcej to co wobec tego? Usrałabyś się go zachować czy to już by była złota klatka nie dla pani Łowczej? Ile byłaś w stanie zaryzykować? Chciał, żeby się na niego wydarła, żeby tak jak on przestała nad sobą panować, żeby wywalili na siebie wszystko a potem wrócili do momentu, w którym nadeszłoby otrzeźwienie. Tak jak zawsze po kłótni. Zawsze mogli to wszystko zweryfikować. Opanować się i spróbować porozmawiać, odnajdując nić porozumienia. Tyle tylko, że chyba jeszcze nigdy nie przekroczyli tylu granic, które były tam nie bez powodu. Odsuwał się, czuł się jak ostatni skurwysyn, trudno mu było nie zionąć chłodem po tym wszystkim, co usłyszał. To bolało. Paliło go, popieliło. Te wszystkie insynuacje. Nie był na nie gotowy, nigdy nie miał być, prawda? Ani na ten widok. Na jedyną osobę, której nigdy nie chciał tak bardzo zranić. Na to, że się od niego odsunęła. Budowała wokół siebie kolejny mur. Tym razem nieprzenikniony. Ciskała w niego słowa, zaczynając w nie wierzyć. Sprawiając, że on też zaczynał to robić, wiedząc, do czego to miało doprowadzić. Nie tylko go odpychała (chciał tego, prawda?), odchodziła. Na zawsze. - Ta. Zajebiście szczerzy - sarknął, szczerząc zęby w grymasie, który tylko dla kompletnego ślepca mógłby być uśmiechem. A jednak poniekąd nim był. Gorzkim, pełnym goryczy, podszytym niezamierzonym szyderstwem, bo Ambroise czuł się właśnie w ten sposób. Jak ostatni debil, posrany idiota. W tym momencie pozwalając sobie na to, aby pierwszy raz dopuścić do siebie możliwość, że po prostu brała go na przeczekanie nie tyle przez to, że nie była gotowa, ale przez to, że w istocie wyłącznie wydawało jej się, że go kocha. Nie musiała tego nawet mówić. Mimowolnie cofnął się do początku ich znajomości. Do tego, że może wyłącznie wydawało mu się, że cokolwiek tam między nimi było. Być może w istocie najszczerszym uczuciem była tamta nienawiść. Ten rok, nawet dłużej, gdy nie mieli najmniejszego problemu, aby robić dokładnie to samo, co teraz też przychodziło im coraz łatwiej. Może nigdy nie była gotowa, bo nie mogła być gotowa. Bowiem cokolwiek się między nimi zmieniło nie było szczere. To była wyłącznie ułuda. Coś, co sobie ubzdurali, co ktoś im narzucił. Ta przeklęta siła, od której to wszystko może w istocie się zaczęło. Pozwolili sobie na to, żeby dać się omotać, zaangażować, ale to nigdy nie byli oni. To nie było prawdziwe i teraz w momencie, w którym wszystkie granice opadły, właśnie to sobie uświadamiali. Po to była ta rozmowa. Nie po to, żeby dać sobie wszystko, czego pragnęli. Po to, żeby to zweryfikować. Kochał ją, ale te wszystkie słowa coraz bardziej mieszały mu w głowie. W jednej chwili wszystko było dobrze, w kolejnej stanęli przeciwko sobie, cedząc kolejne coraz bardziej trujące słowa. Czy tak zachowywali się ludzie, którzy tak naprawdę się kochali? Czy tak zachowywała się osoba, która jeszcze przed chwilą twierdziła, że nieważne, co się stało, była gotowa stanąć obok niego? Być z nim we wszystkim? Która mówiła mu, że go nie porzuci, nieważne, jak bardzo się w coś władował? Wątpił, nie mógł nic na to poradzić, że zaczynał wątpić we wszystkie trująco słodkie słowa, jakimi dał jej się sycić. Coraz bardziej ciążyła mu jego własna głowa. Miał ochotę stąd wyjść. Wypierdolić dokładnie tak jak to powiedział, nawet jeśli w istocie nigdy nie było to jego zamiarem. Nie chciał tego robić, całkowicie niepotrzebnie to wtedy powiedział. Chciał, żeby otrzeźwiała dla jej własnego dobra. Tyle tylko, że to nie było słuszne. Powinien się powstrzymać. Powinien nad sobą zapanować, bo to nie były jego słowa. Przemawiała przez niego gorycz, desperacja, by się nie złamać. Tymczasem mimowolnie złamał coś znacznie bardziej istotnego. To nie były jego zamiary. Nie planował tego. Nigdy tego nie planował. Chciał się pożegnać, zostać tutaj tak długo jak to wydawałoby się słuszne. Nie pieprzyć się z nią i nie spierdolić. Smakować. Kochać. Wspólnie zaleczyć choć część ran zeszłej nocy, może nawet coś więcej. Tymczasem teraz stworzyli nowe. Pękała mu głowa. - Niczego. Sama to stwierdziłaś. Po cholerę pytasz? - A jednak w to brnął zamiast przystopować. W końcu i tak właśnie wszystko tracili. Po co miał próbować nad tym zapanować? Całkowicie niepotrzebnie się łudził. Nie można było dać sobie szczęścia na kilka chwil a potem nie ponieść konsekwencji. - Zgadza się. Mamy jasność - wypluł z siebie te słowa, obracając się na pięcie i wychodząc. Planował stąd wypierdolić dokładnie tak jak tego chciała, nawet jeśli sam wcale nie pragnął kończyć tego wszystkiego w ten sposób. W tym momencie to już nie była jego decyzja. To nie był koncert życzeń, miał pełną świadomość tego jak to miało wyglądać od tej chwili. Nijak. Dokładnie tak samo jak przez te wszystkie miesiące, tyle tylko, że całkowicie bez jakiegokolwiek światełka nadziei. Bez złudzeń. Za to z nowymi ciążącymi wspomnieniami tych prawdziwych ostatnich chwil. Tego, co zrobili sobie na pożegnanie. Ostatecznie wszystko zakończyli. Bez niedopowiedzeń i bez sentymentów, bez zawahania. Tak było lepiej, prawda? To czemu wcale tak nie było? Mimo to zamiast zabrać swoje rzeczy z podłogi i zniknąć, zatrzymał się w pół ruchu, zamierając na chwilę w łazience, w której dopiero teraz (po kilku godzinach) wyłączył wodę w prysznicu. Bezmyślnie mocząc sobie przy tym rękaw. Musiała lecieć tak przez wiele godzin, ale przecież to nie była jego sprawa. Sam to przed chwilą z siebie wyrzucił. To nie był już jego dom, to nie było jego miejsce, nie powinien się tym przejmować. Przystanął w miejscu podchodząc do okna, ale nie otworzył go, mimo że pomieszczenie wypełniała gorąca para, która nie ułatwiała mu złapania oddechu. Już i tak czuł się przyduszony. Dusił się tym, co powiedział, co wypowiedziała Geraldine i tym, co zdusił w sobie w odpowiedzi. Wbił wzrok w ciemność na zewnątrz, gdzie niebo zlewało się z ziemią, a jedynym światłem była odległa latarnia morska, której błyski ledwie przebijały mrok. Stał tak z ciałem napiętym jak struna, wbijając wzrok w okno, za którym zrobiło się już przeraźliwie ciemno. Tylko światło latarni morskiej raz za razem odbijało się od kafelków, drżąc na falach za oknem. Znajomy widok, często tak bardzo kojący, teraz przyprawiał go wyłącznie o narastający ciężar w piersi. Powietrze wokół niego było gęste od emocji. Od tej złości, której nie potrafił stłumić ani pokonać. Prócz tego było cicho. Echo trzaśnięcia drzwiami dawno zamilkło. Jedynym dźwiękiem był jego własny głośny i nierównomierny oddech. Czuł jak złość buzuje w jego żyłach, jak pulsująca wściekłość przelewa się przez jego ciało a serce bije tak mocno, jakby miało zaraz wyskoczyć mu z piersi. No cóż, może wtedy przynajmniej dostałby jakiekolwiek potwierdzenie na to, że w dalszym ciągu je ma. Nie pękło, nie zostało wydarte ani nie zniknęło, choć z pewnością już dawno skuło się lodem. A jednak w dalszym ciągu bolało, jakby ta cała skorupa nie była w stanie całkowicie go przed tym ochronić. Czuł się fatalnie, zawieszony na krawędzi tych wszystkich wspomnień, które niegdyś wywoływały w nim jakiekolwiek dobre wspomnienia, teraz wyłącznie go piekąc. Jego zaciśnięte pięści drżały mimowolnie, palce wbiły się w skórę dłoni, pozostawiając na niej czerwone ślady po paznokciach. Każdy oddech był ciężki i stłumiony, jakby jego klatka piersiowa nie była w stanie udźwignąć ciężaru powietrza. W uszach Ambroisa w dalszym brzmiały echa słów oskarżeń, zarówno jego własnych jak i tych usłyszanych w odpowiedzi. Szczególnie tych drugich. Tych, których nigdy nie chciał usłyszeć, szczególnie po tej złudnej chwili, kiedy wydawało mu się, że mogą się pożegnać we właściwy sposób. Wciąż odczuwał ich ostrze, jakby to był realny cios, który mu zadała. To, że w niego nie wierzyła, podważając jego intencje. To, że gdyby zrobił to, co planował i co w najbardziej stłumionych złudzeniach wyglądało niemal przytłaczająco idyllicznie, w rzeczywistości by go odtrąciła. Miesiącami, latami łudził się, że to był odpowiedni moment, że wtedy oboje by tego chcieli, gdyby tylko los im tego nie odebrał. Tymczasem ona go nie chciała. Nie chciała go wtedy, nie zrobiłaby tego, nie z nim. Jego wizja nigdy by się nie spełniła. To go wkurwiło. Te wszystkie słowa nawracające we wspomnieniach niedawnych chwil, które sprawiły, że ostatecznie zdecydował się ruszyć z miejsca. Zabrać różdżkę z kieszeni zniszczonych spodni na podłodze, zgarnąć stamtąd resztę niezbędnych przedmiotów, zostawiając ciuchy na podłodze i wychodząc z łazienki na korytarz, żeby zacząć wiązać buty zgarnięte spod drzwi. Musiał odetchnąć, wyjść na zewnątrz, żeby nad sobą zapanować. A jednak nie potrafił tego zrobić. Nie chciał się tak żegnać. Za cholerę nie wiedział, co powinien zrobić. Kręcił się w miejscu między korytarzem a salonem. Jego stopy stukały o drewnianą podłogę, tworząc monotonny rytm. W pewnym momencie w przypływie frustracji uderzył pięścią w stół, co wywołało głośny dźwięk, który odbił się echem w pustym pomieszczeniu. Zauważył, że jego oddech stał się jeszcze bardziej szarpany, urywany. Mięśnie szyi napięły się. Oddychanie stało się trudne, jakby powietrze wypełniające jego płuca nagle przestało tam docierać. Zamrugał kilkukrotnie, starając się powstrzymać wirowanie przed oczami, odganiając ciemne mroczki zaczynające pojawiać się w peryferiach wzroku. Odruchowo wyciągnął drżącą dłoń, zaciskając palce na oparciu kanapy, która w ciemności pomieszczenia wydawała się cholernie niepewna, choć w teorii wiedział, że jest stabilna. Zimny pot spływał mu po skroniach. Miał wrażenie, że wszystko wokół staje się odległe, jakby świat zewnętrzny zniknął. Jakby właśnie w tym momencie ściany zaczęły się zaciskać, zamykając go w ciemnościach. Miejsce, które było mu kiedyś domem, w tym momencie przestało nim być. Czuł się tu jak intruz. Jak osoba, która całkowicie niepotrzebnie tu została. Jakby utkwił tu zbyt desperacko, teraz ponosząc konsekwencje tego, że w ogóle wydawało mu się, że może tu jeszcze na chwilę powrócić. W tej chwili wydawało mu się, że nie ma ucieczki, że wspomnienia zaczynają go przytłaczać. Tnący a jednocześnie tępy, jakimś cudem oba, ból w klatce piersiowej stawał się nie do zniesienia. Czuł suchość w gardle, która sprawiała, że każdy kolejny oddech był wyłącznie coraz cięższy do zaczerpnięcia. Jeśli wcześniej miał wrażenie, że zaczął tracić nad sobą kontrolę, teraz z pewnością to robił. Zamknął oczy, próbując skupić się na oddychaniu, ale każdy wdech wydawał się niepełny, urywany a wydech był zbyt krótki. Miał wrażenie, że nogi pod nim zaczynają mięknąć a kolana drżą mu tak, jakby w każdej chwili mogły go zawieść. Próbował się oprzeć o kanapę, ale nie czuł w niej oparcia, nieważne jak mocno zaciskał na niej palce. Serce biło mu coraz szybciej, puls już dawno wybił poza skalę a ciśnienie stale rosło, jakby zaraz miało doprowadzić go do zasłabnięcia. Może do wykorkowania? Nie chciał tego zrobić w ten sposób. Zdesperowany wyciągnął drugą rękę, chwytając się oparcia. Szukając wsparcia w twardości materiału, w znajomych wytłoczeniach, ale wszystko wydawało mu się coraz chaotyczne i nierealne. W głębi duszy wiedział, że musi się uspokoić, ale panika wciąż go ogarniała. Zaciskała się wokół jego gardła. Jak te same lodowate widmowe dłonie, które nie chciały go opuścić po wydarzeniach w Kniei. Wiedział, że jeśli nie znajdzie sposobu, by się uspokoić najpewniej przyjdzie mu stracić grunt pod nogami i wpaść w ciemność, z której nie będzie powrotu, ale za cholerę nie potrafił nad tym zapanować. Zmobilizował się tylko na tyle, by zamiast się wypierdolić, wykonać kilka ruchów w kierunku tylnego wyjścia, otwierając sobie drzwi i wytaczając się na zewnątrz. Niedaleko. Nawet nie próbował. Bezwiednie oparł się o ścianę przy drzwiach, zsuwając się po niej na brudne deski i pozwalając sobie zostać w tej pozycji. Jego głowa opadła w dół, ręce zwisały bezwładnie na kolanach. Złość zaczęła ustępować miejsca bezsilności. Czuł jak ogarniająca go ciemność staje się jeszcze bardziej przytłaczająca, jakby w każdej chwili mógł zapaść się w otchłań, z której nie ma powrotu. Zimną jak lodowaty wiatr, który zerwał się na zewnątrz, szarpiąc moskitierą otwartych drzwi i prawie zamykając je na jego ramieniu. To było zbyt wiele. Powinien się opanować. Zresztą, czy tego nie zrobił? Opanował się. Przynajmniej na tyle, żeby nie być już wściekły. Nad resztą też musiał zapanować. RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.12.2024 Zazwyczaj starała się nad sobą w jakikolwiek sposób panować, dzisiaj tego nie robiła. Była zmęczona, rozbita, a do tego on zaczął jej dokładać te swoje wysrywy. Każdy miał swoje granice, najwyżej te jej zupełnie przestały istnieć. Nie zdarzało się to często, ostatnio chyba tak pękła podczas jednej z rozmów ze swoim młodszym bratem. Jak widać tylko najbliżsi potrafiali w niej wzbudzać takie silne i negatywne emocje, chociaż wtedy nie było, aż tak źle. Teraz zaczęło do niej dochodzić, że przegięła, że niepotrzebnie zmieniła postawę, że to dało odwrotny efekt, do tego który oczekiwała. Poparzyła siebie i najwyraźniej sparzyła również Ambroisa. Brawo Geraldine wszystko co robisz jest strasznie przemyślane. Może tutaj był właśnie pies pogrzebany, bo ani sekundy nie zastanawiała się nad tym, co mówiła. Rzucała tymi słowami bez namysłu. On robił to samo, nie wydawało jej się, aby do końca myślał nad tym, po co sięga, w które miejsca uderza. To bolało, nie miała pojęcia, czy zdawał sobie sprawę, jak bardzo. Nigdy nie chciała doprowadzić do takiej kłótni, nie chciała rzucać takimi posranymi oskarżeniami, które nie miały żadnego sensu i nic nie znaczyły, to nie było to, co faktycznie czuła, dlaczego więc to robiła? Broniła się w ten nie do końca przemyślany sposób. Najlepszą obroną był atak, czy coś. Nie była dzisiaj w najlepszej formie, dlatego wylądowała w tym miejscu. To wcale jej nie pomagało, każde wypowiedziane przez nią słowo uświadamiało ją, że znajdowała się na samym dnie i najwyraźniej nie miała jak się z niego wydostać. Być może był to dzień w którym faktycznie przyjdzie jej utonąć? Nie chciała tego sprawdzać, ale sama pomogła się sobie tam znaleźć. Nie rzucała słów na wiatr - zazwyczaj. Wszystko co padło z jej ust było prawdziwe, naprawdę była skłonna się poświęcić dla niego, zrobić praktycznie wszystko, skoczyć za nim w ogień. Tyle, że kiedy zaczął uderzać w nią tymi wszystkimi epitetami pękła. Naprawdę mocno ją to zabolało. Brakowało jej dzisiaj cierpliwości, aby to wszystko ignorować, może gdyby to był inny dzień, to umiałaby się powstrzymać, to ona byłaby ich głosem rozsądku - tak, na pewno, w przypadku ich dwoje zdecydowanie brakowało chociaż odrobiny rozwagi. Potrafili się kochać, jak nikt inny, przynajmniej tak się jej zawsze wydawało, ale nienawidzić umieli równie mocno. Emocje, którymi w siebie rzucali zawsze były wyjątkowo silne, tutaj nigdy nie było miejsca na obojętność. Tyle, że jeszcze nigdy nie wylali na siebie takiego wiadra pomyj, to jeszcze im się nie zdarzyło. Zabrakło im dzisiaj hamulców, czuła, że zaczęła spadać, bardzo szybko, ale nie sama, on spadał z nią, tyle, że leciał gdzieś obok. - Od kiedy potrzebujesz dowodów? - Jeszcze tego brakowało, żeby musiała udowadniać mu, że faktycznie tak myślała. Zwątpił w nią, najwyraźniej przez to wszystko, co z siebie wylała przestał wierzyć w jej intencje. To też bolało, ciągle coraz mocniej w nią uderzał. Niedługo pewnie nie będzie z niej co zbierać. Walka z demonem wydawała się być przy tym, co się teraz między nimi działo błahostką. - Bo cię kocham, kochałam, będę kochać, ale tego nie chcesz. Czy w ogóle kiedykolwiek tego chciałeś? - Całkiem łatwo przychodziło jej odwracanie kota ogonem, tak nie można było tego nie zauważyć, broniła się jak potrafiła, robiła to jednak bardzo po omacku. - Czekałam, aż postanowisz mnie zostawić i to zrobiłeś, to była granica, jak widać, nie myliłam się, że ten moment nadejdzie. - To był jej największy strach, od wielu lat. Bała się, że go kiedyś straci, w przenośni, czy dosłownie i doszło do tego. Ciągnęło się to za nią do dzisiaj, nadal czuła się niepewnie, zresztą jak widać słusznie - nie miał wobec niej jasnych zamiarów. Niby ją kochał, a jednak nie chciał znowu włazić do tej samej rzeki. Nie chciał znowu próbować, to ją bolało. Jasne, mówił, że problem nie leżał w niej, tylko jakby się poczuł gdyby był na jej miejscu, gdyby usłyszał to wszystko, a dodatkowo brakowało w tym konkretów? Jak by mu z tym było? - Ty nie chciałeś wypuścić mnie ze złotej klatki, ty usilnie próbowałeś mnie chronić, chuj jeden wie przed czym, myślałam o tym, że będę matką twojego dziecka, ale na to też nie zasłużyłam. - Brnął coraz głębiej w tych swoich zarzutach, zaczynało jej się powoli ulewać. Czy bał się, że jego ewentualny dzieciak, skończyłby jak on sam? Pozostawiony bez matki, czy o to mu chodziło? Czy spodziewał się, że mogłaby zrobić coś takiego? Jasne, wolność była dla niej dość istotna, ale przecież przy nim naprawdę się ograniczała, chyba nie dawała mu powodów do wątpliwości. Chociaż teraz, teraz już nie wiedziała nic. Zbyt wiele myśli przychodziło jej do głowy, za bardzo w nią to wszystko uderzało, nie była gotowa do takiego starcia. Zaczęła się plątać w tym, co było prawdą, co fikcją, co chciała, czego nie chciała powiedzieć. Musiała złapać oddech, nie powinna była kontynuować tej kłótni, zdecydowanie to nie przynosiło niczego dobrego. Była pewna tego, co sama czuła, jednak nie umiała stwierdzić, czy on nie mydlił jej oczu, nie umiała zrozumieć tego, o czym jej wcześniej mówił, że chciałby z nią być, że będzie ją kochał, ale jednak próbował ją od siebie odsunąć, dla niej to nie było wcale takie jasne. Szczególnie, że później, kiedy próbowała jakoś zmienić sposób jego rozumowania sięgnął naprawdę nisko, aby ją do siebie zrazić. To zadziałało, miała niby wpaść mu w ramiona i udać, że tego nie słyszała? Poruszyło ją to, zapewne dużu bardziej niż powinno. - Bo kurwa próbuję zrozumieć cokolwiek z tego, co się tutaj wydarzyło. - Cóż, niestety to chyba też nie było jej pisane. Zabrnęli za daleko, wylali na siebie całą tę gorycz i nie spodziewała się, że szybko o tym zapomną. Powinni przeczekać ten chwilowy kryzys, ale tym razem tego nie zrobili, nie byli ostrożni postanowili uderzać dalej, niedługo już faktycznie nie będzie czego zbierać. Nie do końca wiedziała dokąd powinna się udać. Nie chciała zostać w tym domu, nie chciała dłużej tu być, zresztą zawsze czuła się nieswojo w tym miejscu bez niego. Nie należało ono do niej, była tu intruzem, teraz miała pozostać zwyczajnym widmem, które snułoby się po tym domu. Minęła krótka chwila nim wyszła z sypialni. Próbowała się uspokoić, jednak szło jej to raczej średnio. Nie mogła się pozbyć z głowy tych wszystkich słów, którymi w nią dzisiaj uderzył. To nie była ona, nie była taka jak ją widział, przynajmniej nie w tej części rozmowy, która najbardziej wbiła się jej w pamięć. Marzyła przecież o tym, żeby kiedyś stali się rodziną, potrafiła sobie wyobrazić ich razem, kiedy będą zdecydowanie w gorszej formie, tutaj, dokładnie w tym miejscu, leżąc wtuleni w siebie przy kominku, tak jak robili wcześniej wiele razy. W ten sposób widziała swoją przyszłość, tak miała ona wyglądać. Zostało to jej odebrane po raz kolejny. Jak w ogóle mógł wątpić w to, co do niego czuła. Nie widział jej poświęcenia, naprawdę nie dostrzegał, jak bardzo się starała, żeby było im dobrze. Bez mniejszego zawahania ograniczała sama sobie swoją wolność, nałożyła na siebie smycz, nigdy mu tego nie wyrzygała. Zmieniła swój styl życia po to, aby mogli stworzyć coś razem, coś stałego, a on teraz wątpił w jej zamiary? Naprawdę? Potrzebował dowodów, argumentów? Zacisnęła mocniej dłonie w pięści i poczuła, że paznokcie zaczeły jej się wbijać w ich wnętrze. Otworzyła je i dostrzegła krew. Nie był to pierwszy raz, kiedy jej się coś takiego przytrafiło, zawsze, gdy sobie nie radziła reagowała w ten sposób, był to odruch, nad którym nie umiała zapanować. Nasłuchiwała, kryła się w cieniu niczym duch, nie miała pojęcia, czy już stąd wypierdolił, czy nadal znajdował się w tym domu. Nie wiedziała, czy chciałaby znowu spojrzeć mu w oczy. Nie miała pojęcia, jak powinna zareagować, nie umiała znaleźć rozwiązania. Przytłoczyło ją to wszystko. Straciła kontrolę, tak właściwie to wydawało jej się, że oboje stracili. Poniosło ich zdecydowanie za daleko. Miała wrażenie, że nie do końca tego oczekiwali po wizycie w tym miejscu, jak widać los miał inne plany, co do ich dwójki. Nie mieli prawa nawet do jednego pełnego, szczęśliwego dnia. Szybko się wszystko spierdoliło. Stawiała kroki bardzo cicho, jakby faktycznie unosiła się nad ziemią. Nie było to wcale takie trudne, szczególnie, że szła boso, jedyne co mogło ją zdradzić to te drewniane deski na podłodze. Często dawały znać o tym, że ktoś się zbliża. Nie chciała póki co stanąć z nim twarzą w twarz, a słyszała, że jest gdzieś w domu. Może powinna wrócić do sypialni, zamknąć się tam, niczym w jakimś bezpiecznym azylu i przeczekać? Wątpiła jednak w to, że jeśli to zrobi, to jeszcze go tutaj zastanie. Wydawało jej się, że naprawdę był skłonny wypierdalać stąd, dokładnie tak, jak mówił. Widziała to w jego oczach, chyba jeszcze nigdy nie wkurwił się na nią, aż tak bardzo, a miał ku temu naprawdę wiele sposobności. To musiał być ten najgorszy moment, a przecież jeszcze chwilę wcześniej leżeli w swoich objęciach, jakby jutra miało nie być. To zdecydowanie jej się bardziej podobało, to tego potrzebowała, a nie tego, co wydarzyło się później. Nogi miała jak z waty, ledwie sunęła nimi po tej podłodze, zrobiło jej się ciężko, bardzo ciężko, wszędzie - na nogach, na sercu, był to okropny ciężar, którego nie umiała udźwignąć. Potrzebowała jakichś silnych bodźców, żeby o tym zapomnieć, żeby się czymś zająć, może powinna się uchlać w trupa, to przecież zawsze pomagało, chociaż na chwilę by się znieczuliła. Później by do niej wróciło, na pewno ze zdwojoną siłą, ale czy powinna się tym teraz martwić? To chyba nie był odpowiedni moment. Co innego mogła zrobić, nie chciała ciągnąć tej kłótni, bo nie przyniosła im ona niczego dobrego, nie dostała żadnych wyjaśnień, nie dostali pożegnania, na które zasługiwali - nie dostali właściwie niczego poza tym ogromnym wkurwem, który ich wypełniał. Usłyszała dźwięk otwierających się drzwi. Chyba faktycznie to zrobił, faktycznie postanowił znowu ją zostawić. Powinna się tego spodziewać, czyż nie? To nie byłby pierwszy raz, zrobił to nawet nieco bardziej humanitarnie - bo przecież powiedział jej o tym, że będzie stąd wypierdalał. Tak, czy siak zabolało ją to, nie spodziewała się, że dojdzie między nimi dzisiaj do takiej eskalacji, może powinna to założyć? Oszukiwali się, to nie miało żadnego sensu. Tak właściwie to w tej chwili nic nie miało dla niej sensu. Powoli, ruszyła w stronę tych nieszczęsnych drzwi, po co? Chciała zobaczyć jego oddalającą się sylwetkę? Chuj jeden wiedział. Zresztą jeśli miał zamiar spierdolić stąd naprawdę szybko, to pewnie po prostu by się teleportował. Nie sądziła, żeby te wszystkie zabezpieczenia, które kiedyś tworzył jeszcze działały, one również zamieniły się w ruinę, tak samo jak cała reszta. Drzwi były otwarte, udało się jej do nich dotrzeć nim wiatr pierdolnąłby jej nimi w twarz. Zrobiła krok w przód, na horyzoncie nie widziała niczego poza ciemnym niebem, kilkoma gwiazdami. Nie było go tutaj. Chyba zdecydował się odejść. Dopiero po chwili, kiedy wychyliła się za drzwi dostrzegła, że jej założenia były błędne. Nie powinna była go skreślać. Dlaczego im to robiła, dlaczego sobie to robiła, dlaczego mu to robiła? Tyle niepotrzebnego żalu się z nich dzisiaj wylało. Nie wiedziała po co. Bez słowa go minęła, o kilka kroków. Nie sądziła, że powinna się odzywać, to nie przynosiło im niczego dobrego. Zdecydowanie lepiej było, kiedy milczeli. Zresztą, czy kiedykolwiek, przy kimkolwiek jej się równie dobrze milczało? Nie. Tego też była pewna. Usiadła tuż obok niego. Nie miała pojęcia, czy chciał ją widzieć, czy nie miał ochoty już kiedykolwiek na nią patrzeć. Czuła, że to jest właściwe. Przymknęła oczy i pozwalała na to, aby chłodny wiatr plątał jej włosy. Próbowała przy tym zrozumieć, co właściwie się między nimi wydarzyło, ale nie umiała tego zrobić. Nie potrafiła znaleźć wytłumaczenia. Powinna się odezwać, przeprosić go? Czy to niczego by nie zmieniło, już nie wiedziała jak do niego dotrzeć, dlatego po prostu siedziała i czekała chuj wie na co. RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.12.2024 Jak na ironię, mijały dwadzieścia cztery godziny odkąd weszli do tamtej jaskini. Być może już minęły, bo stanęli w Snowdonii na długo przed zachodem słońca a teraz za oknem zapadał już gęsty zmierzch. Wspomnienia poprzedniej nocy wciąż były żywe, ale nijak się miały do tego, co działo się tego wieczoru. To było otumaniające. Uderzało obuchem w głowę dokładnie tak jak te wszystkie wypowiadane słowa. Każde kolejne było tylko bardziej bolesne od poprzedniego. Dzień wcześniej niemalże zginęli, ale Ambroise dopiero teraz zdawał sobie sprawę z tego, że wtedy wcale nie umierał. Był bliski fizycznej śmierci, oboje byli. Odczuwał te wszystkie kurewsko trudne emocje, bał się o Geraldine nawet wtedy, kiedy demon wyciągnął po niego swoje oślizgłe macki. Przez jego głowę przebiegały miliony myśli na raz, ale żadna nie była podobna do tych teraz. Nawet wtedy, kiedy myślał, że mogą stamtąd nie wyjść, nie zobaczyć, nie czuł się tak zdesperowany. Nie umierał od środka w taki sposób. Robił to w tej chwili. To, co pozostawił w grocie było ciężkie do zaakceptowania, jednakże nie tak jak to, co gasło w nim w tej chwili. Teraz, gdy faktycznie się ze sobą żegnali. Nie czuł, by była dla nich jakakolwiek nadzieja. Zresztą nigdy nie chciał się tym karmić, jednak chyba zawsze gdzieś tam miał nadzieję, że w dalszym ciągu coś ich łączyło. Jeśli nie rzeczywistość i przyszłość to chociaż, aż te wszystkie wspomnienia. Teraz mówiła mu, że nigdy ich nie mieli. Wyrzucała z siebie kolejne miażdżące zdania. Słowo po słowie burzyła wszystkie złudzenia. Nigdy w niego nie wierzyła. To bolało. Musiała zdawać sobie z tego sprawę, gdy tym w niego uderzała. Niszczyła go w tej chwili. Po prostu go teraz niszczyła. A on chyba nie miał już żadnego powodu, aby jej nie wierzyć. Tym razem postawili na brutalną szczerość. Rina na nią postawiła. On ją do tego skłonił, może nawet przynosił, postawił ją pod ścianą aż w końcu pękła i mu to wszystko wyrzuciła. W jednej chwili jego wizja tego, co niegdyś mieli zaczęła pękać jak bańka mydlana, w której już nie byli. Nie wierzyła w jego intencje. Nigdy w niego nie wierzyła. To po cholerę z nim tkwiła? Spędzili ze sobą tyle lat, że naprawdę trudno było pojąć, że nigdy tego nie robiła. Że zawsze gdzieś tam sądziła, że ją porzuci, zostawi. Że ich wszystkie wspólne plany i deklaracje były podszyte tym lękiem i powątpiewaniem. Skrzywdził ją, ale ona teraz też kurewsko go krzywdziła. Cóż. Zawsze byli siebie warci. Czy to jako przyjaciele, czy to jako wrogowie. Jako partnerzy? W tym momencie czuł się jej cholernie niewarty. Sama zresztą też dawała mu to do zrozumienia. Nie chciał jej gryźć, ciskać w nią słowami, skakać sobie nawzajem do gardeł, ale akceptacja nie nadchodziła. Zamiast tego odczuwał narastający gniew pchający go ku jeszcze bardziej pochopnym słowom. Ta chwila wyzwoliła w nim coś, czego nigdy wcześniej nie wywołała u niego żadna z ich kłótni. Nigdy wcześniej nie czuł tak okrutnej, żałosnej potrzeby odwzajemniania się za to, co mu robiła. - Kiedy w końcu przestaniesz być tak bezmyślna w swoich obietnicach? - odbił pytanie, świdrując Geraldine wzrokiem. Spojrzał na nią z gniewem, nie mogąc uwierzyć w jej słowa. Znowu mu to robiła. Mieszała mu w głowie, sprawiała, że czuł się jak ostatni gnój. Odwrócił się plecami, nie chcąc jej słuchać, ale nie mógł nic na to poradzić, że słowa Geraldine w dalszym ciągu do niego docierały. Jak jebane sztylety. Nadal mówiła. W dalszym ciągu bredziła o miłości, gdy traktowali się w ten sposób. Kiedy ją od siebie odpychał. - To nie jest miłość. Uświadom to sobie. Mi to już uświadomiłaś. To nigdy nie była miłość. Nie była, nie jest i nie będzie. Twoje słowa nic nie znaczą, jeśli nie potrafisz zrozumieć mojej perspektywy - nigdy wcześniej nie posunął się do czegoś takiego. - Nie jestem psem, który skacze na każde twoje słowo - naprawdę go tym wszystkim wkurwiła. Nieważne jak bardzo było źle między nimi. Nie zszedł do tego poziomu. Nie groził jej rozstaniem, przynajmniej nie poza tamtym niechlubnym momentem dwa razy w życiu, kiedy chciał, żeby wiedziała, że ma wybór i nie musi tkwić z nim w bagnie. Świadomie przy nim była. Tyle tylko, że teraz to wszystko podważała. Tym, co właśnie robiła. Kolejnymi słowami. Tym, że w niego nie wierzyła. To po chuja z nim była? - No to się doczekałaś - skomentował wyzywająco, niemalże się przy tym uśmiechając, choć zamiast tego po prostu machnął rękami. No cóż, przynajmniej w tym jednym nie zawiódł swojej dziewczyny. Zrobił dokładnie to, czego się po nim spodziewała. Za cholerę nie miał pojęcia, czemu to robiła, ale to chyba było bez znaczenia. Wydawało mu się, że dawał jej dostatecznie dużo powodów do tego, żeby czuła się przy nim bezpiecznie. Najwidoczniej to też było wyłącznie jego mrzonkami. - Dobrze wiedzieć, że nie miałaś we mnie wiary. Ani zaufania - zarzucił jej, mocno zaciskając przy tym szczękę, próbując rozmawiać, ale mając wrażenie, że Geraldine ma w chuju jego starania. Ta rozmowa wręcz błyskawicznie zbiegła z właściwego toru i najwidoczniej już nie miała obrać kierunku pozwalającego im na odzyskanie czegokolwiek, co mieli jeszcze przed kilkoma minutami. Nie, zamiast tego coraz bardziej się pogrążał... ...oni się pogrążali, ale coraz bardziej wydawało mu się, że w istocie Geraldine wcale tego nie robiła. Była wobec niego całkowicie szczera, prawda? Czy nie do tego od samego początku zmierzali? Chciał wierzyć w to, co mu wcześniej mówiła, nawet jeśli nie zamierzał jej pozwolić na wplątanie się w to bagno od nowa. Mimo to był coraz głębiej przekonany, że w tamtym momencie myślała życzeniowo. Nie miał pojęcia, co sobie wtedy wyobrażała. To, że jej nie rozumiał, to cholernie bolało, ale jeszcze bardziej bolała świadomość, że rozminęli się już na samym początku. Wypuścił ją ze złotej klatki, w której rzekomo przez niego była. Odszedł, dał jej wolność. O co jej znowu chodziło? - Złota klatka, usilnie próbowałem cię chronić, dobre sobie - skwitował krótkim, szczęśliwym parsknięciem; ni to śmiechem, ni to warkotem, czymś pomiędzy, nawet jeśli w istocie go to nie bawiło. Był na nią wyłącznie coraz bardziej zły. Na siebie również. Tak właściwie to nie był w stanie powiedzieć, na kogo bardziej. Zresztą to nie miało znaczenia, bo oboje to sobie robili. Najwyraźniej w dalszym ciągu potrafili bez wahania niszczyć siebie nawzajem. Prawdopodobnie nie powinno go to dziwić. Po tym, do czego doszło między nimi dwukrotnie, praktycznie trzykrotnie, jeśli liczyć chłodną wymianę zdań na mugolskim cmentarzu, prawdopodobnie powinien wierzyć w to bardziej niż w to, że mogą jeszcze spróbować być dla siebie. Pobyć tu tak po prostu. Razem. Nie mógł powiedzieć, że nie potrafili znaleźć wspólnego języka. O ironio. Umieli to zrobić. Tyle tylko, że w tej chwili to była mowa gniewu. Ambroise nie wiedział, czy nie powinien stwierdzić, że wręcz nienawiści, bo chyba tym w stosunku do niego ziała. Trudno było mu powiedzieć, że w istocie go jeszcze kochała. To nie wyglądało w ten sposób. Gdzieś w tym wszystkim chyba zatracili zdolność kochania się jak tamci ludzie, którzy już zresztą odeszli. Nie byli nimi. Nie znali się? Chciał wierzyć, że cokolwiek im pozostało, ale raz po raz udowadniali sobie, że ta miłość zniknęła, wyparowała. Wszystko, co mieli przepadło. Wszystko, o co kiedykolwiek walczyli, już nie istniało. Tak właściwie to zaczynał kwestionować czy miało prawo istnieć, skoro jednocześnie tak bardzo w niego nie wierzyła. Nie ufała mu a chciała zakładać z nim rodzinę? Nie. Nie zamierzał słuchać takiego pierdolenia. Robiła to wyłącznie po to, żeby mu teraz przyładować. Doskonale wiedziała, gdzie powinna uderzyć, by odbić to, co rzucał w jej kierunku. Nikt inny tego nie umiał. Wyłącznie ona tak potrafiła. Z tym, że chyba zapominała, wobec kogo to robiła. Też umiał grać nisko. Sama dała mu kiedyś odpowiednią talię. - Wyśmienicie, że mi to teraz powiedziałaś. Dobrze, że nie wcześniej. Szkoda byłoby dzieciaka - skwitował bez chwili zawahania, bo skoro postanowiła być z nim szczera w tym, czego wtedy chciała to nie zamierzał się w czymkolwiek miarkować. - Przynajmniej jedno się nie zmieniło. Wtedy mielibyśmy jasność, teraz też ją mamy - mogła mówić, co chciała, on również. Strzeliła go w twarz informacją, że chciała mieć z nim rodzinę, jednakże tym razem niemal się nie skrzywił. Odwrócił wzrok, aby nie widziała tego w jego oczach zaś jego usta mimowolnie wykrzywiły się w grymasie powątpiewania. Szczerze wątpił w to, aby to planowała. To musiała być kolejna odpowiedź wymyślona na poczekaniu, ale to nie zmieniało faktu, że nie zamierzał udawać, że sam o tym nie myślał. Choć nie wątpił w to, że i tak nie zamierzała mu w to uwierzyć. Tak jak on nie wierzył Geraldine. Dyskredytowali się nawzajem. Ta siła, która między nimi istniała, teraz służyła wyłącznie do tego. Nie powinna. Nie miała, ale wraz ze zniknięciem granic, najwidoczniej zniknęły też opory wobec wykorzystywania ich daru (choć to było raczej przekleństwo) do uderzania w najczulsze punkty. Skoro Rina czuła się uprawniona do tego, aby mówić mu po czasie takie rzeczy to dawała to prawo również jemu. Mogli dołożyć cegiełkę do sterty, którą nieustannie tworzyli, rozbierając swój dom. Kamień po kamieniu. Aż nie miało nic zostać. Wyszedł z sypialni, trzaskając drzwiami, jednak to wcale nic nie ułatwiło. Sytuacja wcale się nie zmieniła. To, że wyszedł z sypialni jak ostatni tchórz wyłącznie jeszcze bardziej go wkurwiło. Był zły na siebie, równie wściekły na Geraldine. Nie powinni zachowywać się w ten sposób. On nie powinien pęknąć, nieważne, co mu mówiła. Chciał być ponad to, chciał być odpowiedzialny i dojrzały. Tymczasem czuł się jak szczyl. Szczególnie zarzekając się, że wyjdzie. Opuści to miejsce. Zniknie w pizdu. Szczekając, że to zrobi, lecz gdy przyszło co do czego, nie potrafiąc odejść stąd w ten sposób. Jednocześnie nie umiejąc też wrócić na górę i przeprosić. Zrobić czegoś, żeby naprawić błędy. Zamiast tego usiadł na zewnątrz oparty o ścianę. Na brudnych deskach. Spojrzał w dal, starając się uspokoić, ale widział tylko nieprzeniknioną czerń, która odzwierciedlała jego wewnętrzny stan. I choć było coraz ciemniej, nie potrzebował obracać głowy, żeby dostrzec ruch we wnętrzu domu. Wyczuł go niemal bezwiednie. To też była jakaś dziwna, ciążąca mu siła. Jego myśli, które jeszcze chwilę temu były pełne gniewu i bólu, teraz tylko krążyły bezładnie po głowie Greengrassa. Nie uniósł wzroku. W dalszym ciągu wbijał go przed siebie. Mimo to dostrzegał wszystko. Zimny powiew wiatru sprawił, że jej włosy lekko się uniosły, gdy postawiła pierwsze kroki obok niego ubrana w samą koszulę. Jej stopy ledwo dotykały ziemi, a każdy krok, jaki stawiała zdawał się być pełen wahania. W blasku latarni morskiej wyglądała jak zjawa. Nawiedzała go. Kolejny raz go nawiedziła. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że w jej oczach dostrzegł cień, który zdawał się mówić więcej niż jakiekolwiek słowa. W końcu jeszcze bardziej odwrócił głowę, nie chcąc, by dostrzegła jego słabość. Kiedy przeszła obok niego, milczenie wypełniło przestrzeń między nim. Jej włosy opadały na ramiona a twarz była częściowo zasłonięta cieniem. była ta sama dziewczyna, którą kochał, ale w tej chwili wydawała się tak odległa, jakby między nimi ziała przepaść. Wciąż czuł ból po ich kłótni, jakby nóż w jego sercu nadal płonął. Każde wspomnienie jej słów pełnych gniewu i bólu wracało do niego z nową siłą. Kiedy usiadła obok, jego klatka piersiowa zaciśnięła się równie mocno, co gardło. Nie odezwał się. To nie była ta chwila. Milczenie między nimi stało się niemal namacalne. Obecność, która kiedyś przynosiła mu radość, teraz cholernie mu ciążyła. Szczególnie, gdy Geraldine usiadła tak blisko, że mógł poczuć jej ciepło. Była taka bliska a jednocześnie tak daleka. Mógłby wyciągnąć ku niej rękę. Co by wtedy zrobiła? Nad horyzontem zbierały się ciężkie, ciemne chmury. Wiatr, który zerwał się dosłownie znikąd, w przeciągu kilku chwil przynosił ze sobą zapach wilgoci, morskiej soli i nadchodzącej burzy. Jeszcze nie nadeszła, ale z pewnością nie miała ich ominąć. Nawet jeśli dzień był piękny i słoneczny, teraz pogoda zaczęła się zmieniać. Zupełnie tak, jakby zamierzała być oprawą dla ich prywatnego końca świata. Wiatr hulał na wrzosowiskach wokół domu, rwał liście z niepodciętego, rozrośniętego żywopłotu - resztek tego, co jeszcze pozostało po dawnych nasadach tego, co niegdyś było ogrodem. Wszystko inne przejęły gałęzie jeżyn, które falowały pod naporem wiatru, stukając o siebie nawzajem. Zrujnowana szklarnia, niegdyś pełna roślin, teraz ledwo stała, chybocząc się pod naporem wiatru. Przegnita, zmurszała konstrukcja trzeszczała tak, jakby mogła obalić się dosłownie w każdej sekundzie. Szkło w jej oknach brzęczało, jakby protestując przeciwko nadchodzącej burzy. Natura ewidentnie dostosowywała się do klimatu. Nie próbował myśleć, jakim cudem w niespełna dwa lata jego konstrukcja stała się jedynie cieniem samej siebie. Cały ten dom nim był. Zupełnie tak, jakby czas w tym miejscu wcale się nie zatrzymał. Wbrew temu, co usiłowali udawać. A wręcz przyspieszył, domagając się zniszczenia i rozkładu czegoś, co miało tu stać jeszcze przez lata. Porzucili to wraz z marzeniami, więc musiało tak być. Ich miejsce na krańcu świata nie mogło pozostać nietknięte, gdy wszystko inne tak bardzo się waliło. Rzeczywistość była ponura i szara, i nader wszystko lubiła harmonię. Nawet harmonię zanikania. Z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu, uderzając o ziemię i tworząc drobne kałuże wśród zarośli. Niebo na horyzoncie rozświetlało się błyskawicami. Gdzieś tam w oddali dało się słyszeć pierwsze pomruki grzmotów narastające z każdą chwilą, ale nadal odległe, dochodzące jakby z innego świata - z miasteczka w dole, którego odległe światła falowały między wysuszonymi dolnymi gałęziami żywopłotu. Tam nadal trwało życie. Ludzie jedli kolację i rozmawiali o pierwszym dniu września. Snuli plany i wymieniali spostrzeżenia. Stukali się kuflami w lokalnym pubie, żyli dla siebie nawzajem, czuli się częścią społeczności. Nieświadomi tego, że gdzieś tam dla kogoś właśnie trwał osobisty koniec świata. Drugi raz, ale nie łatwiejszy. Końce świata miały to do siebie, że były trudne, ciężkie i skomplikowane. Inaczej nie byłyby końcami świata. Milczał. Siedział na zniszczonych deskach ganku opierając się o zimny, wilgotny mur ruin, które kiedyś były ich domem. Rozmowa niczego by im nie przyniosła. Nawet jeśli byli blisko, jednocześnie znajdowali się mile od siebie. Każde z nich gdzieś indziej. Każde świadome tego, że nie było już ich wspólnej rzeczywistości, więc czy w ogóle mogli mówić o końcu świata? Chyba tak. Wiatr wzmagał się szarpiąc gałęziami drzew i unosząc liście w powietrze. Ciemne chmury zbliżały się. Z każdą chwilą coraz bardziej przysłaniając resztki światła dnia. Było już niemal całkowicie ciemno. Lecz to akurat w niczym mu nie przeszkadzało. W ciemnościach nie dało się dostrzec tego, co powinno pozostać ukryte. Widział jak wiatr szarpał włosami Geraldine, ale nie musiał widzieć czy płakała. Mógł się wyłącznie domyślać, choć to nie wychodziło mu już dobrze. Nie znali się. Nie rozumieli swojego języka, nawet mowy ciała. Milczenie było najlepszym, co mogli robić. Dopóki milczeli, wszystko... ...nie, nic nie było już dobrze, prawda? Nie było i nie miało. Chciałby móc cofnąć czas, naprawić to, co zepsuli, ale wiedział, że to niemożliwe. Milczenie, które ich otaczało stawało się coraz bardziej nie do zniesienia. Zaciągnął się głęboko powietrzem, starając się zebrać myśli. Nie potrafił trzeźwo myśleć, chwila ciszy niczego nie zmieniła. Zamiast tego czuł jak w gardle narasta mu gorycz. Z jednej strony pragnął ją objąć, poczuć jej ciepło, z drugiej strony wspomnienie ich kłótni wciąż go raniło. Chciał powiedzieć, że ją kocha, że wszystko, co się stało, nie miało zmienić tego uczucia, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Każda myśl była jak nóż, który wbijał się w jego serce, przypominając mu o słowach, które padły w gniewie, o ranach, które zadali sobie nawzajem. O tym, że w tej chwili prawdopodobnie udało mu się osiągnąć to, czego potrzebował. Dał jej podstawy do tego, żeby go znienawidziła. Nie chciał, żeby to robiła. Czekał na słowo, które mogłoby przyspieszyć, całkowicie wszystko zniszczyć albo odwrócić bieg wydarzeń, ale w tej chwili milczenie było bardziej wymowne i przytłaczające niż jakiekolwiek oskarżenia. Próbował skupić się na odgłosach nocy, na dźwiękach burzy, ale były zbyt głośne w porównaniu do ich ciszy. - Wiem, że nie będę tego w stanie naprawić, ale chcę, żebyś wiedziała, że tak nie myślę. Przepraszam - z rezygnacją opuścił głowę, uśmiechając się z goryczą, bo co mu niby pozostało? Prawda była taka, że nie wiedział, co miałby powiedzieć. Po prostu siedział tam, zraniony i zagubiony, próbując zrozumieć, co dalej. Czy było w ogóle jakieś dalej po tym, co usłyszał? Co powiedział? Co sobie zrobili, on jej zrobił, ona mu zrobiła? To nie były słowa, które można było łatwo przełknąć, wybaczyć. To nie było coś takiego. To była przegrana sprawa, stracona chwila. - Nie zamierzałem cię tu dzisiaj zostawiać. Nie chciałem, żebyś odchodziła - mimowolnie zaczął bawić się rzemykiem na nadgarstku, przesuwając go to w jedną, to w drugą stronę, oddychając urywanie, ale powoli. Mogła mu wierzyć albo nie. Nie wątpił - nie wierzyła, ale wciąż to powiedział. - Wiedziałem, że to będzie trudne, ale nie spodziewałem się, że aż tak. Mimo wszystko, wciąż cię kocham, nawet jeśli to nie wystarcza - nie mieli cofnąć czasu, zwłaszcza przy świadomości tego, że to nie był ten moment, w którym wszystko się zawaliło, nie skoro już lata temu mu nie ufała, nie wierzyła. Nie chciał ziać na nią wściekłością. Nie przebaczył jej tamtych słów, ona też nie musiała mu nic wybaczać. To się stało. Rysa była zbyt głęboka. Chwila minęła. Może nigdy nie istniała. A może gdzieś tam kiedyś była, ale przepadła bezpowrotnie. RE: [01.09.1972] And if I'm dead to you, why are you at the wake? || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.12.2024 Minął ledwie dzień, a ona czuła się, jakby minęła wieczność. Tak wiele się wydarzyło, podczas tego krótkiego dnia towarzyszyły jej naprawdę skrajne emocje. Nie miała pojęcia, że w ogóle jest to możliwe. Nigdy nie przytrafiło jej się jeszcze coś podobnego, nawet z nim. Nie, aż tak. Była zagubiona, nie wiedziała, co się wokół niej dzieje, co faktycznie było prawdą, a co złudzeniem. Nie chciała wyrzucać z siebie tych wszystkich słów, zazwyczaj mówiła raczej mało, bo nie była dobra w wyznawaniu swoich uczuć, co zresztą jak widać, wcale nie było taką złą opcją. Nie potrafiła ubierać myśli w słowa, robiła to pokracznie i nie do końca celnie. Nigdy nie była w tym dobra. Czuła, że przez to grunt zaczyna osuwać się jej pod nogami. Właściwie to już chyba się osunął. Z tego dołu chyba nie było żadnego wyjścia, najlepiej by było, jakby ktoś po prostu zasypał ją ziemię. To zdecydowanie należało do najprostszych rozwiązań. Niestety, wiedziała, że nie jest to możliwe. Nigdy nie wybierała takiej drogi, nie starała się aż tak uderzać w niego słowami. Tym razem coś w niej pękło, nie była spełna rozumu, zdecydowanie znajdowała się w chujowym stanie psychicznym, bo ostatnio życie jej nie oszczędzało, on jej tylko dołożył, przez co po prostu wybuchła. Wylewał się z niej żal, wszystkie niepewności, które pojawiały się ledwie przez kilka sekund zaczynały aktualnie ją przytłaczać, nie wiedzieć czemu teraz czuła, że były uzasadnione, że może faktycznie tak miało być. Kiedyś potrafiła bez mniejszego problemu odsuwać od siebie te niewygodne myśli, dzisiaj, dzisiaj nie, dzisiaj było z nią zdecydowanie gorzej. Zapamiętywała każde słowo, na pewno szybko nie wyrzuci ich z pamięci. Wrzesień nie będzie dla niej łaskawy, jakie to zabawne, że sądziła, że jak pozbędzie się demona, to może coś zacznie się układać. Jak widać nie ma sensu się nastawiać, bo zawsze wszystko może rozpierdolić się jeszcze bardziej, biednemu wiatr wieje w oczy, czy coś. Był to pewien paradoks, że zaczęła bać się tego, że o niej zapomni, że przestanie pamiętać te ich wszystkie wspólne chwile, obietnice, to co razem przeżyli, a teraz tak brutalnie go od siebie odpychała, on ją odepchnął? Odpychali siebie nawzajem, nie miała pojęcia, co właściwie się między nimi wydarzyło, ale nie czuła się z tym dobrze. To przynosiło niepewność, ból, żal, kłębiły się w niej teraz same negatywne emocje, a do tego jej ciało przeszywał chłód, gorszy chyba od tego, który czuła, kiedy spotkała w lesie widma, które wysysały z ludzi życie. Właściwie to może jakaś część życia ulatniała się teraz i z niej. Nie sądziła, że uda jej się po tym pozbierać, za wiele gorzkich słów padło. To nie była szczerość, to była próba zbudowania wokół siebie muru, który chyba okazywał się być całkiem skuteczny. Nie chciała wypowiadać tych słów, poczuła się jednak osaczona i to zrobiła? Czy słusznie, pewnie nie, na pewno nie, skoro żałowała ich od razu kiedy padły z jej ust. Niestety zostały powiedziane, niestety uderzyła w niego całkiem trafnie i zbyt ostro. Mogła zostać przy swojej szczerej wersji, tyle, że jej też nie chciał zaakceptować, uderzał w nią kolejnymi słowami, aż w końcu odwdzięczyła mu się tym samym. Co z tego było prawdą, co było ułudą? Nie wiedziała, nic już nie wiedziała, nie umiała tego stwierdzić. To zrobiło się zbyt trudne. To wszystko było popierdolone, miała świadomość, że większość z tych słów nie powinna paść, ale jednak padła, dlaczego tak bardzo się krzywdzili? - Nigdy. - Sarknęła przez zaciśnięte zęby. Zresztą co go to właściwie obchodziło, skoro najwyraźniej nie zamierzali doprowadzić do kolejnej konfrontacji. Nie sądziła, że to się wydarzy, to chyba miał być ich koniec? Bardzo brutalny, niewłaściwy, ale najwyraźniej właśnie na takie zakończenie zasłużyli. Zabawne, że po tych latach sielanki doprowadzili do czegoś takiego. Nie spodziewała się, że jest to w ogóle możliwe. Widać mało jeszcze wiedziała o życiu. - Może dla ciebie to nie jest miłość. - Oczywiście, że musiała mieć ostatnie słowo, nie zamierzała przestawać dzielić się z nim swoimi przemyśleniami. Miłość która ich łączyła, była jedyną jaką znała, zawsze wydawała jej się czymś wyjątkowym, nie sądziła, że mogłoby ją z kimkolwiek łączyć coś silniejszego, a on jej teraz mówił, że to nigdy nie była miłość? Po tych wszystkich latach. Nie, nie wierzyła w te słowa, nie chciała uwierzyć, chuj ją obchodziło, co sobie teraz o niej myślał. Na pewno nie zmieni jej zdania na temat tego, co mieli, co mogli mieć, gdyby wszystko ułożyło się tak, jak zakładali. To musiała być miłość, może teraz nieco okrutna, ale gdyby to nie była miłość, to nie bolałoby ją tak bardzo to, w jaki sposób ją traktował w tej chwili. - Nie, jesteś kotem, który popierdala swoimi własnymi drogami. - Skoro już sięgał po te jakże wyszukane porównania, to oczywiście zrobiła to samo. Nie potrzeba było wiele, aby mu się odwdzięczyła, dzisiaj przychodziło jej to wyjątkowo łatwo. Była na siebie zła, była na niego zła, była zła na cały świat, miała ochotę coś rozpierdolić, żeby poczuć się lepiej, tyle, że nic nie znajdowało się właściwie w zasięgu jej dłoni. - i vice versa. - Czyż też nie potrafił jej zaufać na tyle, aby dzielić się z nią wszystkimi swoimi tajemnicami? Ciągle trzymał ją pod kloszem, karmił ją jakimiś półprawdami, które nie miały sensu. Nie był z nią nigdy stuprocentowo szczery, nigdy, nawet teraz kiedy wspominał o powodzie swojego odejścia. Jakim cudem mógł wyrzygiwać jej deficyt w tym miejscu? Fundamenty ich relacji się chwiały, od samego początku. Nie wiązało się to z uczuciem, którym go darzyła, jednak było prawdopodobne to, że wszystko spektakularnie jebnie - no, tak się przecież wydarzyło. Gdyby byli w stanie w pełni dzielić się ze sobą swoimi obawami, pewnie by do tego nie doszło. Jasne, chcieli się chronić, aczkolwiek nie do końca docierały do niej te argumenty, to nie było zdrowe. Nie takiej wolności pragnęła, to nigdy nie było coś, czego potrzebowała. Najwyraźniej i tutaj się minęli. Nie miała pojęcia, jak to się stało, że ta wymiana zdań, którą rozpoczęli eskalowała do takiej awantury, to już nawet nie była kłótnia, zresztą nie wydawało jej się, aby w ogóle panowali nad sobą chociaż odrobinę, nie miarkowali sowich słów, napierdalali w siebie tym całym, okropnym syfem, jakby słowa nic nie znaczyły. Wydawało jej się, że pożałują tego bardzo szybko, właściwie to ona już zaczynała ciężar tego, co powiedziała, a jeszcze nie skończyli tej dyskusji. To było niesamowite, ale dawno się tak nie odpaliła. Nikt nie powodował, że reagowała, aż tak bardzo intensywnie, przez lata naprawdę nauczyła się chociaż odrobinę panować nad swoim chaotycznym charakterem, teraz jednak te wszystkie nauki poszły się jebać. - Nie usiłowałeś mnie chronić? Nie wierzę ci, to dlaczego trzymałeś mnie od wszystkiego z daleka, dlaczego ode mnie odeszłeś? - Nie spodziewała się, że przyzna się do tego, ale właśnie tak to widziała. Chronił ją przed chuj wie czym, przed typami z Nokturnu, przed śmierciożercami, próbował dawać do zrozumienia, że nie jest zbyt doświadczona, aby sobie radzić. Później pozwolił jej samej decydować o swoim losie, tyle, że bez siebie samego obok. Wybrał inną drogę. Jak widać, może jednak powinna pozostać w tej złotej klatce, bo kiedy ją opuściła wszystko zaczęło się pierdolić, to była bardzo szybka droga na samo dno. Co najgorsze zdawała sobie z tego sprawę. Brakowało jej stabilności, nie miała już w swoim życiu kotwicy, która trzymałaby ją w ryzach. Zaczęła błądzić, podejmować irracjonalne decyzje, zresztą, to, co teraz robiła też nie było szczególnie przemyślane, ostatnio nic nie było. Te półtora roku to była niekończąca się seria niepowodzeń, nie miała pojęcia, kiedy wreszcie się skończy, ale patrząc na to, co się wokół niej działo, to nie zapowiadało się na to, że zbyt szybko. Może tak już miało wyglądać jej życie, może chaos ją pochłonie? Nie byłoby w tym wcale niczego dziwnego. - Na szczęście i to sobie wyjaśniliśmy. - Naprawdę wyobrażała sobie ich przyszłość, widziała w niej miejsce na małe, urocze stworzenie, które by im towarzyszyło. Zastanawiała się nawet, czy miałoby jego zielone oczy, czy jej niebieskie, może słodkie, jasne fale okalały by jego twarz? Myślała o tym, zdecydowanie częściej, niż mogło się wydawać, chociaż kiedy była młodsza nigdy nie brała pod uwagę tego, że mogłaby chcieć takiego życia. Przy nim się zmieniła, inne rzeczy dawały jej szczęście, była gotowa podjąć takie decyzje. Dobrze, że tego nie zrobili. Szkoda, aby krzywdzili tym, co się między nimi działo kogoś jeszcze. - Dobrze, że jesteśmy tacy zgodni. - Przymknęła na chwilę oczy, bo dotarło do niej to, co jej sugerował. Miał podobne marzenia, też o tym myślał, chciał tego samego, nie miała pojęcia, jak wszystko między nimi mogło się tak bardzo zmienić. Jak z marzeń o wspólnej rodzinie przeszli do rzucania w siebie tymi gorzkimi żalami? Nie wiedziała. Nie umiała sobie z tym poradzić, czuła, że jeszcze chwila, a faktycznie zacznie się topić. Nie odnajdywała się w tej rozmowie, w tej chwili, przytłaczało ją to wszystko. Miała chwilę, aby ochłonąć, wyszedł stąd wkurwiony i właściwie to spodziewała się, że to faktycznie był koniec. Przegięli. Nigdy nie doszło między nimi do takiej sytuacji, zawsze jakoś udawało im się powstrzymywać w odpowiednim momencie. Dzisiaj było inaczej, coś się zmieniło, oni się zmienili, chuj jeden wiedział co właściwie się stało. Chaos pochłonie wszystko, ich, ten dom. Czuła, że trudno będzie się jej po tym pozbierać. Nie miała pojęcia, jak właściwie miałaby to przetrawić. To nie było możliwe. Zmęczyło ją to. Była wyczerpana. Może dobrze się stało, że wyszedł? Nie, nie chciała w ten sposób ich zapamiętać, przezyli razem zbyt wiele chwil, aby teraz pozwolić tej kłótni przejąć ich miejsce. Na niebie zaczął się spektakl, który skutecznie odsuwał myśli od tego jakże pięknego, słonecznego poranka. Najwyraźniej natura idealnie potrafiła odwzorować nastroje panujące w tym domu, jakby wszystko, co się działo wokół było z nimi powiązane. Ironia losu. Krople deszczu zaczęły uderzać o dach, błyskawice lśniły na niebie, atmosfera była iście chaotyczna, żywioł mógł pochłonąć wszystko, tak samo, jak oni przed chwilą. Wpatrywała się w niebo, nie chciała na niego spoglądać, bała się tego, co mogłaby zobaczyć w jego oczach. Został tu jednak, dlaczego, po co? Czy mieli kontynuować tę nieszczęsną rozmowę, wolałaby tego uniknąć, nie chciała znowu go ranić, nie chciała, aby on ją ranił. Zbyt wiele goryczy z siebie wylali, była niczym jad, który powoli zabijał ofiarę, nie mogli się spodziewać, kiedy faktycznie nadejdzie koniec. Nienawiść nie była uczuciem, które ją ogarnęło. To nigdy nie miała być nienawiść, nie umiałaby reagować na Roisa w ten sposób. Złość, czuła złość, tyle, że nie była pewna na kogo lub na co konkretnie. Na przeznaczenie, los, że postanowiło im odebrać to, co mieli? Było to spowodowane poniekąd ich zachowaniem, ale nic nie działo się bez przyczyny, to musiał być jakiś dziwny plan, chuj wie kogo, lub czego. Jak to właściwie możliwe, że przezyła z nim tyle pięknych chwil, a teraz wszystko zostało jej odebrane w tak krótkim czasie. Nie miała pojęcia, czy będą w stanie ignorować te słowa, które między nimi padły. Niestety, słowa cięły głębiej od mieczy i pewnie szybko nie wyprą z ich pamięci. Tyle, że może to nie było ważne, bo przecież i tak nie mieli mieć wspólnej przyszłości, to też jej powiedział. Złapała opuszkami palców rąbek koszuli i zaczęła się nim bawić, chciała zająć czymś ręce, bo nie miała pojęcia, co właściwie powinna ze sobą zrobić w tej chwili. Milczenie robiło się nie wygodne, zaczynało ciążyć, ale bała się je przerwać, bo ostatnia rozmowa nie przebiegła zbyt dobrze, może bardziej potoczyła się wręcz fatalnie. Nie chciała, aby to się powtórzyło. - Nie powinniśmy sobie tego robić. - Tak, uważała, że to było zupełnie bezsensowne, nie powinno w ogóle się wydarzyć. - Poniosło mnie, też tego nie chciałam, nie miałam zamiaru cię skrzywdzić. - Cóż, nie liczyły się zamiary, a to, co wynikało z czynów. Niestety słowa zostały powiedziane, miała świadomość, że musiało to w niego uderzyć, tak samo jak i uderzyło w nią. - Przepraszam. - Tak, musiała też go przeprosić, bo była na siebie zła, że nie przystopowała, że rzucała w niego tymi bezsensownymi słowami. - Chciałam, żebyś został. - Tak właściwie, to chyba nadal tego chciała, chociaż jeszcze chwilę wcześniej wydawało jej się, że może lepiej im zrobi, kiedy faktycznie przestaną na siebie warczeć, tyle, że naprawdę zależało jej na tym, aby mieli szansę spędzić ze sobą chociaż jeszcze kilka minut, godzin? Cokolwiek. - Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciał. - Tak, dawała mu wybór, powiedziała, czego chce, ale nie mogła go o to prosić. Nie po tym, co się między nimi wydarzyło przed chwilą. Przysunęła się nieco do niego, tak, że dotykała ramieniem jego ramię, miała ochotę oprzeć na nim swoją głowę, ale nie wiedziała, czy może sobie na to pozwolić, bała się, że nie zareaguje dobrze na jej dotyk, zaczeła przechylać głowę, odruchowo, jednak się zatrzymała. - Ja się w ogóle tego nie spodziewałam, dlaczego nie umiemy w normalność? - Zawsze wydawało jej się, że są wyjątkowi, wyróżniali się na tle wszystkich, znanych jej par, dopiero teraz zaczęła zauważać, że może w tym był problem. - Też Cię kocham, zawsze będę. - Nie sądziła jednak, że będzie to ze sobą niosło tyle bólu. |