Secrets of London
[18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria (/showthread.php?tid=4255)

Strony: 1 2 3 4


RE: [18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 14.12.2024

Nie, nie sądziła, że była określana jako bohaterka przez kolegów z pracy czy rodzinę, ani tym bardziej, że tak o niej myślano. Gazety ją tak nazywały, ją i resztę Zimnych, ale to była tylko pokazówka, farsa i piękne słówka, by dobrze się czytało gazetę, by ją sprzedać. Czy dla ludzi, dla świata była bohaterką? Mogła być czymś na wzór,  tragiczną bohaterką, która zapłaciła swoja cenę – ale była dla nich tylko nazwiskiem z gazety, ruchomym zdjęciem, nie prawdziwą osobą, która czuje i przeżywa to wszystko. Była sensacją, niczym innym. A dla Laurenta? Czy naprawdę widział w niej bohaterkę, czy po prostu mówił tak, bo było to czymś czułym w jego ustach? Czymś, w co chciał wierzyć? Czymś czym chciał, żeby była? Uśmiechnęła się leciutko, unosząc kąciki warg w górę, nie odwróciła wzroku. To było miłe – nawet jeśli nie mówił tego całkowicie na poważnie. A jeśli mówił… Było miłe tak czy siak.

Czy wino cokolwiek zmieniało w percepcji i odbiorze tej rozmowy, która nadeszła? Monologu bardziej. Nie w Victorii, która czuła, że żadna doza alkoholu nic tu dla niej nie zmieni, że wolałaby mieć niezamglony umysł, skoro sytuacja jest tak poważna. Alkohol tylko by to wyciszył na chwilę, a później uderzyłoby ze zdwojoną mocą, więc… starała się to przyswoić, takim jakim było. Przyzwyczaić się do myśli, że prędzej czy później… może stać się celem, niekoniecznie Śmierciożerców, którzy przecież znali jej tożsamość i gdyby tylko Voldemort chciał, to z łatwością mogliby ją złapać. Ale nikt nie robił do niej żadnych ruchów od maja. Ani pół ruchu, oprócz tego jednego ataku w nocy… Nie patrzyła na Laurenta, kiedy opowiadała, zerkała na swoją sypialnię, na nic konkretnego, przeniósłszy się wstecz do momentu, gdy siedziała na krześle w pracowni nekromantki.

Błysk zielonego światła.

Jaszczurka leżąca bez życia na ziemi.

Szurniecie krzesła Brenny, czerwony błysk zaklęcia…

– Nie – odparła cicho, a potem chrząknęła. – Ale byłam tam z Brenną, więc zgaduję, że ona wszystko zdąży przekazać, zanim ja się do tego zbiorę – Mavelle była jej kuzynką, Patrick zdawał się być tamtej dwójce znacznie bliższy… Atreus. Victoria pomyślała sobie, że mogłaby napisać do Atreusa, albo się z nim spotkać, powiedzieć mu. – Laurent – powiedziała cicho. – Musiałam wyczyścić tej kobiecie pamięć – i nie była z tego dumna, a jednocześnie wiedziała, że nie miały wyjścia. Ona przynajmniej miała o tym jakieś pojęcie, w przeciwieństwie do Brenny, w końcu… cztery lata robiła to mugolom. Ale była bez wahadła, miała tylko swoją różdżkę i brak wprawy, którą zatraciła przez lata. – Ale w końcu sobie przypomni. Może już przypomniała – uniosła spojrzenie ze swoich dłoni na jedno z okien – czy raczej na zasłonę. Na bawiące się koty. – Zabrałyśmy stamtąd resztę jaszczurek, na których ewidentnie eksperymentowała, Brenna je ma ze sobą – dodała i dopiero spojrzała na Laurenta. – Jak mówiłam… To nie był spokojny wyjazd.




RE: [18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 16.12.2024

Znał rysy twarzy Victorii na pamięć. Mógłby odwzorować ją jak żywą swoim głosem - sprawić, że stałaby tuż przed nim w żółtej sukience letniej, przykrywając się kocem, bo jeszcze starała się chronić przed zimnem. Albo w czerwonej, w groszki - tej samej, którą mu ofiarowała. Uśmiechniętej, pewnej siebie. Kobieta marzeń, niedostępna dla wielu. Znał zakrzywienie jej brwi i to, jak wąską linią opadały łagodnym łukiem na bok jej głowy. Znał jej okrągłe policzki i dołeczki w nich. Znał te pełne usta, które były jak poduszeczki i pamiętał kąt wygięcia, kiedy się uśmiechała z zadowoleniem, a kiedy ze smutku. Tak wiele napakowanej wiedzy o drugim człowieku nie przeszkadzało w tym, żeby czuł, jaka jest odległa. Nie spotykało się ich spojrzenie i nawet nie mogły spotkać się ich ciała. Przestrzeń tego metra była przestrzenią wielu mil, która oddalała ich od siebie coraz bardziej i bardziej... Ona wędrowała za daleki Ocean, do egzotycznych krain, na egzotyczne wody, a on cofał się na skalne klify, żeby czuć mroźny Bałtyk z jego solą na swojej skórze. Ani jedno, ani drugie miejsce nie były gościnne. Razem, a jednak osobno, złączeniu tylko dźwiękami. W jej uszach też tak zaczęło piszczeć?

Miała być ulga. Och, no dalej, możesz się poczuć oszukany. Przez samego siebie, przez Nadzieję, która marnym mlekiem z cycka karmi. Nie było ulgi - było tylko przekierowanie problemów. Skala się nagle powiększyła - nagle to nie tylko problem kilku osób, nagle to problem całej Anglii. Anomalia rzeczywistości, natury, stworzona tylko dlatego, że...

Coraz mocniej bolało go serce i coraz trudniej było mu zachować pozory normalności nabieranych oddechów. Skala, panie Prewett. Skala. Dobrze, że nie umrze, dobrze... więc ten kryzys teraz zastępujemy kilkoma innymi. Ma rację - jeśli dowiedziała się o tym razem z Brenną to kwestią czasu będzie, zanim inni dotrą do sedna sprawy. Zanim ta tajemnica przestanie być jakąkolwiek tajemnicą i stanie się chciwością ludzkich palców. Lepkich jak palce dziecka, które rwało watę cukrową i teraz całe jest nią oblepione.

- To bardzo... bardzo niedobrze... - Nie, nie, nie..! Jak to... jak te wszystkie rzeczy... nekromantka z pamięcią... coś jej się stanie. Co jak coś jej się stanie?! Krew, przemoc, wymuszenia, pułapki. Ludzkie skurwysyństwo napędzające kolejnych skurwieli. Problem na problemie, a w tym wszystkim zniszczona Victoria. Ranna, zraniona, wrażliwa, zagrożona. Matko, błagam, to za dużo, musze coś zrobić..! Co może zrobić jedna mała selkie w oceanie własnych problemów? Przeskoczyć do cudzego, ach, no pewnie! Dać się we wnyki złapać - taaak, z pewnością. Coś... cokolwiek... Nie rozumiał, co się dzieje - słowa dotarły, ale nagle nie było w nim nawet krztyny zrozumienia.

W tych łączących ich dźwiękach nie był przekonany, czy jego struny głosowe zadziałały poprawnie, czy jednak coś się zepsuło. Czy coś było nie tak. Wydawało mu się, że słyszy własne struny głosowe, ale może powiedział to tylko w myślach? Serce waliło jak oszalałe, zaczął słyszeć chyba tylko je, lekko się nawet pochylił do przodu, podparł głowę na wolnej ręce. Drugiej - bo przecież jedną trzymał właśnie na naczyniu.

Uniósł w dłoni filiżankę herbaty. Herbata pomoże. Jeśli nie wino to herbata mogła wyzwolić. Taka była ostatnia myśl przed odcięciem. Porcelana nigdy nie napotkała jego ust. Napotkała podłogę, kiedy ucho wyślizgnęło się z palców, a ciemny płyn rozlał po panelach.

Nie słyszał już trzaskającej porcelany ani głosu Victorii. Nie wiedział też, w którym momencie sam na tej podłodze wylądował, by białą koszulą zbierać rozlany płyn. Ledwo mrugnięcie później był z powrotem w tej rzeczywistości. Tylko na parterze.

- Musisz na siebie uważać. - Kontynuował swoją wypowiedź jakby nic się nie stało. Zbierając się od razu z tej ziemi ślimaczymi ruchami. - Dobrze... dobrze, że założyłaś zabezpieczenia...




RE: [18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 18.12.2024

Tak jak ona znała jego, być może w sposób, w jaki przyjaciele zupełnie nie powinni się znać. Najpewniej nie. A jednak to tak narodziła się ich przyjaźń, relacja, która z jednorazowej, jednonocnej przygody zmieniła się w bardzo wiele nocy na przestrzeni… czasu. Półtorej roku. W rozmowy, wyjazdy, wspólne wyjścia – aż dziw, że ich wspólni znajomi nie połapali się, co się dziej. Victoria wiedziała, kiedy Laurent się uśmiechnie, kiedy zasmuci i jak sprawić, by westchnął z przyjemności. A jednak… tak, teraz byli odlegli. Oddzieleni stolikiem i zastawą, siedząc metr od siebie, pogrążeni w tej cichej rozmowie. Monologu od strony Victorii, która opowiadała, co się działo, kiedy Laurent bawił się na statku, kiedy leżał w szpitalu. A i tak nie powiedziała wszystkiego, nieuporządkowane myśli uleciały gdzieś w dal, gdy zatopiła się w tym intensywnym wspomnieniu. Wczoraj, gdy o tym opowiadała, jej głowa była zajęta czymś innym, zbiorem innych myśli, które krążyły w niej od dawna. Dzisiaj jednak…?

Ciche słowa Laurenta, lekko przerywane, oderwały ją jednak z tego ciągu myśli. Zielone światło przygasło, pisk jaszczurki przestał być słyszany. Victoria powoli odwróciła głowę od tego, na co patrzyła, by skierować swoje ciemne oczy na Laurenta, a leciutka zmarszczka pomiędzy jej brwiami, wskazywała wyraźnie na konsternację. A potem świat jakby trochę zwolnił, bo blondyn uniósł filiżankę herbaty i…

Ta wypadła mu z rąk na stolik, stamtąd na jego kolana i na podłogę, gdzie się rozprysła; ciepły płyn rozlał po meblach i ubraniach Laurenta.

– Laurent? – w jej głosie z pewnością było coś alarmującego, może to był właśnie strach? Bo jej ręka, na której do tej pory opierała dość nieelegancko głowę, opadła na blat stołu, a ciało napięło się. I wtedy Laurent zjechał po tym fotelu na podłogę.

Ciemnowłosa poderwała się na równe nogi, oczy otwarte w szoku, serce biło jej jak szalone, zaraz jednak klęczała na podłodze, nie zważając na kawałki porcelany i rozlaną herbatę. Trzęsące się dłonie dotykały twarzy Laurenta, jego szyi. Victoria nie miała bladego pojęcia, co się właśnie dzieje, jej myśli…

Nie było żadnych myśli. Tylko pustka, mocno wyciszona tym suknem, którym okrywała się od lat, jak najdroższą kreacją.

– Laurent! – teraz brzmiała już bardziej zdecydowanie, strach został zapakowany do pudełka, wciśnięty w czarny kąt bucikiem o wysokiej szpilce, drzwi zatrzaśnięte, ale nie zamknięte na klucz. Niebieskie, jak ta morska toń, oczy otworzyły się i… – Czekaj. Laurent. Laurie brzmiała niemalże błagalnie, próbując go przytrzymać w miejscu, widząc, jak się gramoli z tej podłogi. Nigdy tak do niego nie mówiła, tak jak on nigdy nie skracał jej imienia.

Ale chyba też nigdy jej tak nie wystraszył. Nigdy tak po prostu nie… nie zemdlał (?) w trakcie rozmowy, nie upuścił filiżanki, nie upadł – siedząc!

– Czekaj – szepnęła, a kiedy szybko omiotła spojrzeniem jego i podłogę, widząc, że najwyraźniej wszystko jest w porządku, sama wyciągnęła do niego ręce, gotowa wstać i pociągnąć go za sobą z siłą, której mógł u niej nie pamiętać i nie kojarzyć.

Tylko, że nic nie było w porządku. To nie powinno się wydarzyć.

– Chodź, usiądź – pokręciła głową na jego słowa, które trwały, jakby nic się nie stało, jakby żadne wydarzenie nie przerwało ich rozmowy. Nie chciała wcale, żeby siadał na fotelu. Chciała go pociągnąć do swojego łóżka, usadzić tam. Może nawet położyć. – Wszystko w porządku? – dopiero wtedy była gotowa znowu omieść podłogę spojrzeniem, dopiero wtedy mogłaby wyciągnąć różdżkę i sprawić, że kawałki filiżanki znikną. Że rozlana herbata wyparuje. Kotów już dawno tu nie było – oba uciekły na dźwięk tłuczenia porcelany. Ale centrum jej atencji było teraz gdzieś indziej, nie na kotach, nie na podłodze. Na Laurencie.




RE: [18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 21.12.2024

Mrugał i widział nad sobą sufit. Pod sufitem kaskada ciemności - wirowały i migotały gwiazdy, księżyc przesuwał się i wpatrywał w niego natarczywie... Ciemność włosów Victorii, które rozpraszały światło zapalone w pomieszczeniu naprawdę przez chwilę wyglądały jak baldachim nad jej łóżkiem. Jej twarz - księżycowa cera - tak samo chłodna, tak samo odległa, tak samo nieosiągalna. A jednak tutaj - przy nim. Nie czuł nawet zimna jej ud, jej rąk, kiedy klęczała obok i robiła... robiła...

Nie wiedział, co robi na ziemi i nie wiedział, co robi Victoria na ziemi. Pierwsze zimno, jakie poczuł, było zimnem od herbaty, która wsiąkła w jego koszulę. To rozkojarzenie wystarczyło, kiedy ona go przytrzymała i wypowiedziała magiczne "Laurie", żeby zatrzymał się zupełnie. I nierozumiejącymi oczyma wpatrywał się w nią z dołu - prawie jak dziecko, które nie wie, co zrobiło źle. Nie mogło wiedzieć - w końcu niczego złego nie zrobiło. Za to stało się coś złego zupełnie nie z jego winy.

- Już w porządku, Victorio... - Uspokajał ją, chociaż nie do końca wiedział, dlaczego to robił. Oprócz tego, że chciał ją uspokajać względem tej strasznej sytuacji, w jakiej byli. I tak usiadł bez większego trudu, a dzięki brakowi gwałtowny ruchów to i zabrakło kręcenia w głowie. Chwilę tak posiedział. Spojrzał na swoją koszulę, na fotel, na filiżankę, która rozbita leżała teraz na ziemi. - Och, przepraszam, moja droga... - Szkoda było filiżanki... oczywiście można ją oddać, by ją na stałe zlepiono, ale... ale czy to w ogóle było teraz ważne w ustosunkowaniu się do tematów, jakie tutaj poruszali? - Straciłem przytomność? - Nie zdarzyło mu się to pierwszy raz - pewnie nie będzie to też ostatni. Skorzystał z jej pomocy i usiadł na łóżku - chciał na fotelu, ale bardziej zdał się na instruktaż kobiety. - Nie trzeba, posiedzę... już nic mi nie jest, naprawdę. - Ułożył dłoń na klatce piersiowej, czując swoje serce bijące pod piersią bardzo wyraźnie. Nie waliło jednak już tak niespokojnie jak jeszcze przed... w sumie nie wiedział, czy przed sekundą, czy przed minutą. Nie mógł leżeć długo, bo pewnie już czarami Victoria by go przetransportowała do łóżka i zdążyła pobiec po medyka.

- Strasznie cię przepraszam... - Powiedzieć, że było mu głupio, było niedopowiedzeniem razy milion. Zmarszczył aż brwi, wpatrując się w nią z przejęciem i poczuciem winy, że ona ma tyle na głowie, a dokłada jej zmartwień. - To nerwowe, czasami mi się tak zdarza. - Uprzedził jej ewentualne pytanie. Chciał jej powiedzieć, że w sumie to nic takiego, że raz czy dwa się zdarzyło. Innymi słowy - chciał skłamać. Ale... nie. Nie chciał jej oszukiwać. Nie chciał jej martwić, ale bardziej nie chciał jej ranić zbywając ją. - Zdarza się naprawdę rzadko. - Dopowiedział, żeby też źle nie zrozumiała tego, że "czasami"... w zasadzie to wszystko i tak można było rozumieć, jak się chciało. Mało to było precyzyjne... ale rzeczywiście - nie stanowiło żadnych norm. - Chciałem powiedzieć, żebyś na siebie bardzo uważała. Gdybyś potrzebowała znam zaufanych ludzi, których można zatrudnić na ochronę... mogę ci wytresować jarczuka do ochrony.




RE: [18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 21.12.2024

Czy to możliwe, że czas zwolnił jeszcze bardziej? Wydawało się to absurdalne, biorąc pod uwagę ich wcześniejszą rozmowę o dziwnie zakrzywionym czasie ostatnich miesięcy: jednocześnie szybkim i wolnym, ale teraz to masło na kanapce rozciągnęło się jeszcze bardziej, w oczekiwaniu na to, aż Laurent dojdzie do siebie.

Jedna sekunda. Druga. Trzecia. I to spojrzenie pełne niezrozumienia. Ona też nie rozumiała. Sekundy zmieniły się w ich ułamki, tak bardzo, że można było niemalże fizycznie odczuć jak powoli się przemieszczają do przodu. Victoria dopiero po chwili sobie uświadomiła, że wstrzymała oddech – jakby to miało w czymkolwiek pomóc.

– Za co? Nie przepraszaj mnie – co to była jedna filiżanka w obliczu zmartwienia o zdrowie bliskiej osoby? Mogła sobie tych filiżanek kupić tysiące, nie były warte przeprosin, nie miały dla niej żadnego sentymentalnego znaczenia, to tylko porcelana… Którą mógł się skaleczyć Laurent jak i ona – ale w tej chwili o tym też nie myślała. – Tak. Zsunąłeś się z fotela – chociaż najpierw upuścił filiżankę… Victoria teraz przyglądała mu się bardzo uważnie, badawczo, gdy już był na jej łóżku, a nie na podłodze. – Skąd wiesz? To nie jest… to nie jest normalne jak mogło mu nic nie być? Victoria usiadła na skraju łóżka obok niego, po jego prawej stronie i złapała jedną jego dłoń w swoją, lewą. Zimną jak sam lód, ale prawda była taka, że teraz o tym zupełnie nie myślała – o dyskomforcie, jaki może sprawić drugiej osobie. Wycelowała za to różdżką w prawej dłoni w te kawałki porcelany i herbatę na podłodze, by się tego pozbyć, a następnie na Laurenta – żeby wysuszyć jego ubranie.

– Laurent, co się dzieje? – ciemne oczy kobiety wpatrywały się teraz w niego z nową intensywnością, nie do końca kupując mówienia o tym, że czasami mu się tak zdarza. Nic o tym nie wiedziała, a przecież ostatni czas był dla Laurenta BARDZO nerwowy i… nic takiego się nie wydarzyło. Z kolei ich dzisiejsza rozmowa była przecież spokojna. Fakt, nie zgadzali się ze sobą w rozmowie w kuchni i wynikało to ze zmartwienia o Laurenta i jego niezwykły talent do pakowania się w naprawdę szkodliwe i toksyczne relacje – ale powiedziała mu szczerze, że będzie go wspierać niezależnie od decyzji i tego co się stanie, to było w końcu jego życie… Ona mogła mu tylko przekazać inną perspektywę, pokazać to, co dla niego było niewidoczne, bo wybierał, by tego nie widzieć, ale ostateczna decyzja zawsze będzie należała do niego. Victoria była chyba ostatnią osobą, która coś by na kimś chciała wymusić; przeciwnie, wolała by ludzie sami dochodzili do właściwych wniosków. – Mówisz o tym jakby to było nic… Byłeś z tym u magimedyka? – miał Florence… ale rozumiała doskonale, że były sprawy, z którymi wcale nie chciało się chodzić do rodziny. Ojciec Victorii był medykiem, kiedyś to on ją leczył, babcia była medykiem, a nawet dyrektorem szpitala, obecnie najczęściej wybierała się jednak do kuzynki Annaleigh, a i tak czasami… wolała coś załatwić nie alarmując rodziny, co nie było takie znowu proste, biorąc pod uwagę ilość magimedyków o nazwisku Lestrange. Ale w takich momentach szła do Cynthii. – Uważam na siebie na tyle na ile mogę – westchnęła cicho i przejechała kciukiem po knykciach Laurenta – A co z twoją ochroną? – lekko przekrzywiła głowę, bo oboje doskonale wiedzieli, że to on był w gorszym położeniu: nie pojedynkował się, nie miał takiego refleksu, a poza tym to na niego zrobiono bardzo bezpośredni atak, nie na nią. – Jarczuka? Hmm – prawdę mówiąc to nigdy nawet o takiej ewentualności nie myślała. – Sama nie wiem…




RE: [18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 21.12.2024

Sentymenty były niezwykłą rzeczą. Wypieramy się przywiązania do rzeczy materialnych, bo przecież relacje mają większe znaczenie, ale potem przywiązujemy się do ulubionej filiżanki, bo otrzymaliśmy ją od tej bliskiej osoby. Rzecz zaczyna być kojarzona z człowiekiem, a w końcu odkrywamy, że wręcz ją utożsamiamy. Nadajemy temu przedmiotowi większe znaczenie, bo zaczyna tkwić w nim emocjonalność, skojarzenia, obrazy. Widzimy, jak ta osoba piła z tego kubka ulubioną kawę, chociaż wcale jej tu z nami nie ma. Filiżanek można kupić tysiące i rzeczywiście niewiele one znaczą kiedy zestawiamy ją z... Na przykład z tym, że bliska osoba zemdlała, albo może być ścigana przez groźną nekromantkę.
Zacisnął palce na jej dłoni, splótł ich palce razem, spoglądając na to ckliwe połączenie. Dyskomfor zimna był swoją drogą - większym komfortem było to, że czuł ją przy sobie. Całą i zdrową, mimo tego, że rzeczywiście nie mogli mówić o wesołym urlopie zagranicą.
- Konsultowałem to z lekarzem. - Normy... Nie był pewien, czy wszystko zawsze dało się wyjaśnić - dało, na pewno, to było kwestią czasu, wiedzy, badań. Czas był tu newralgiczny. Normy nam uciekały, a wiedzy brakowało, żeby wszystko dopowiedzieć. - Nie jestem chory. Czasami czuję za dużo i wtedy mnie odłącza. - Dobrze, że nic takiego nie miało miejsca w Windermere. Z drugiej strony w takich sytuacjach nigdy nie miał takiej bieganiny myśli i bezradności jak chociażby tu i teraz. Nie do tego stopnia. Musiałby się nad tym zastanowić, a nie był pewien, czy był gotów na taką konfrontację z lustrem.
- Chyba... Zdecyduję się na nią. - Był temu bardzo przeciwny z miesiąc temu, ale wiele się od tamtej pory zmieniło. Miał coraz mniejszą kontrolę nawet nad własnym ciałem, a na karku czuł ciągle oddech chłopca na posyłki od Dante. - Ostatnio spławiłem ojca, ale to chyba nie ma sensu. - To, czyli unikanie takiej pomocy. Będzie musiał to mocno rozważyć. - To bardzo długi proces. Tworzenie tej bestii. - Gdyby to miało wpłynąć na jej zastanowienie nad tym tematem... Zastanawiał się, czy zdołałaby nad nim zapanować, ale szybko stwierdził, że tak - jeśli tylko otrzyma instruktaż. - Myślałaś o tym... Myślałaś o tym, żeby ją zabić? - Zadał w końcu to sakralne pytanie, które obiło się o ciszę jego umysłu jak modlitwa w kościele ponad głowami ludzi.


RE: [18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 22.12.2024

Gdyby te filiżanki otrzymała od kogoś bliskiego sercu – to była szansa na sentyment. Teraz jednak nic takiego nie miało miejsca, strata jednej filiżanki była więc niczym, ledwie mrugnięciem okiem i ściśniętym sercem, bo Laurent wylądował na podłodze. Było mało rzeczy, jakie otrzymywała od bliskich – nie było potrzeby, przecież Victoria miała galeonów jak lodu, co zapragnęła, mogła kupić sobie sama… I chyba właśnie dlatego tak się cieszyła na wszystkie słodycze, jakie dostawała, albo na zawieszkę do naszyjnika z festynu.

Delikatnie rozłożyła palce, kiedy poczuła, że Laurent chce je spleść ze swoimi, by mu to ułatwić.

– I… już? I tyle? Nic się nie da na to poradzić? – aż nie chciało jej się wierzyć, że konsultacja z magimedykiem skończyła się wnioskiem, że „no czasami cię odłącza” i koniec. – To szalenie niebezpieczne… Co jak źle upadniesz  i… – widziała to oczami wyobraźni, bo przed chwilą była światkiem, jak zsunął się z jej fotela. Nieco mocniej zacisnęła palce na jego palcach, nie porzucając tego uspokajającego gestu głaskania kciukiem kawałka jego skóry. – Zawsze byłeś taki delikatny – odparła i uśmiechnęła się lekko do swoich myśli, nadal jednak patrząc na Laurenta, gdy tylko odkryła, jaką jest osobą, zawsze chciała się nim opiekować; był jak ten najpiękniejszy kwiat, który zakwita tylko, jeśli włoży się mnóstwo wysiłku w zapewnienie mu odpowiednich warunków do życia.

– Wyobrażam sobie, że mniejsza wolność i ktoś ciągle kręcący się w twoim otoczeniu będzie cię bardzo denerwować – i że dlatego się do tej pory na tę ochronę nie zgodził. – Ale chociaż przez jakiś czas… mm? – jeśli jednak to pochodziło od jego ojca… cóż. Wiedziała, że Laurent bardzo jest w ojca wpatrzony i jednocześnie że te ich relacje są napięte. Może nie tak, jak ta, która miała z własną matką, ale jednak. – Dziwię się, że twój ojciec nie postawił na swoim i nie wcisnął ci ochrony wbrew twojej woli – w zasadzie to… no na ile znała Edwarda Prewetta z opowieści Laurenta, to byłby do tego zdolny. I to, że tego nie zrobił, naprawdę wydawało się dla Victorii bardzo dziwne. – Och… okej. Uważasz, że… Hm… I tak będę nadal szukać innego domu dla siebie, może tam by to nie było takie głupie? Bo jarczuk tutaj… – lekko przekrzywiła głowę, wyobrażając sobie tego psa na klatce schodowej przez tych kilka pięter… Owszem, miała dla siebie całą kamienicę, ale mimo wszystko to było co innego niż duży dom gdzieś na odludziu. Bo nadal nie porzuciła myśli o nim, jedynie na chwilę przystopowała, by zająć się innymi rzeczami.

Victoria na moment rozszerzyła oczy, zaskoczona ostatnim pytaniem Laurenta. Chyba nie powinna się tak temu dziwić? Temu, skąd się to brało, lekkiemu drganiu jego głosu. Nie trzymała już różdżki prawą dłonią, więc uniosła ją do twarzy Laurenta, by lekko odsunąć włosy, które opadły mu na twarz, na oczy.

– Nie – i nie było to kłamstwo, naprawdę o tym nie myślała. Ani wtedy, ani teraz. – Dlatego wyczyściłam jej pamięć. Straciła przytomność w trakcie tamtej walki i mogłyśmy ją dobić, ale… no nie – uśmiechnęła się lekko i przejechała kciukiem po policzku Laurenta.




RE: [18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 23.12.2024

Miał przy sobie kogoś tak chłodnego, że kontakt fizyczny wcale nie był przyjemny. Nie mógł być. Jakbyś obcował z trupem. Victoria jeszcze żyła i była tego życia pełna. Woli, siły, chęci. A co, jeśli tej iskry w niej zabraknie? Już nie będzie tylko zimna na ciele, ale i w oczach. Jeśli nie cieleśnie, to zgaśnie psychicznie. W końcu ulegnie temu wszystkiemu, co się dzieje, pogłębi się stres, nie będzie mogła się uśmiechać. A w końcu zgaśnie całkiem. Jej powieki się nie otworzą. Albo jeśli będą się otwierać to z obojętnością na ten świat, krewnych. Na wszystko. Ta myśl go przeraziła, ale teraz już... teraz chciał ściskać jej dłoń, upewniać się, że chociaż nie może jej ogrzać, to nie staje się zimniejsza ani nieruchoma.

- Nie ma to magicznego leku. Potrzebowałbym trochę spokoju. - O który ciężko prosić i o którym nie dało się mówić. Zawsze coś się działo i nigdy nie miało się to zmienić. Będziemy walczyć, będziemy wypruwać swoje żyły, będziemy krwawić i wylewać pot na ten świat, za ten świat i dla tego świata. Nie było wypoczynku w miejscu, gdzie zarzewie wojny podkładało swoje pierwsze podpałki pod węgle. - Rok temu było lepiej. - Trochę chciał zażartować, że wcale nie tak zawsze. To nadal była nieprawda - delikatny był zawsze. Natomiast zdrowie lepiej się go trzymało ten rok temu. Kilka rzeczy sobie obiecał - że zadba o siebie, że teraz już na pewno pójdzie drogą, w której przestanie tak tonąć, stanie w końcu do pionu. Jeśli nie dla siebie - dla rodziny. Wstydził się tego, co zrobił przy Astarothcie. Tak bardzo się wstydził...

Skinął trochę niemrawo głową, a znali się na tyle długo, żeby Victoria wiedziała, że jest to przytaknięcie bardziej odruchowe, bo w gruncie rzeczy było zastanowieniem. Zastanawiał się nad tym, czy potrzebował, czy chciał, czy nie da to satysfakcji Edwardowi, który znowu zyska nad nim kontrolę. I co by w ogóle ojciec powiedział, gdyby zobaczył Crowa kręcącego się po jego posesjach. Ha, co by pomyślał... każdego potrafił nazwać zabawką - w końcu sam tak potrafił na rzesze ludzi patrzeć.

- Wymusiłem na nim umowę. - Uśmiechnął się niemrawo. - Umów zaś zawsze dotrzymuje. - Chociaż nadal był Prewettem - wcale by się nie zdziwił, gdyby jednak ktoś się kręcił poza Vincentem i jego czujnym okiem po New Forest, a on nie do końca sobie z tego zdawał sprawę. Najgorsza była myśl właśnie w tym punkcie, w którym "nie zdawał sobie sprawy". To robiło się trudne - kontrola nad miejscem, które powinno być przystanią. - To nie jest najlepsze miejsce na takie stworzenie, to prawda. - Spojrzał na tę sypialnię - taką śliczną. A potem na swoją koszulę, która była brudna, ale przynajmniej sucha i nie tworzyła tego nieprzyjemnego dyskomfortu. Musiał się przebrać. Tylko dlatego, że siedział obok Victorii, nie musiał tego zrobić natychmiast - a i tak musiał. Uzmysłowił sobie to dopiero w tym momencie. Tak jak musiał jej kupić nową porcelanę. Piękną, kompletną.

Oparł głowę na jej ramieniu, zachęcony delikatnym gestem przesunięcia kosmyka włosów. Nie zrobiła tego... czy ktoś mógł to zrobić dla niej? Zabić bestię, żeby bestia nie stanowiła już zagrożenia? Nie zrobiła tego. Przez moment milczał, gładząc delikatnie kciukiem jej skórę dłoni.

- Florence miała wizję o ogniu, który sprowadzą wraz z jesienią Śmierciożercy. Nie zna szczegółów, to w końcu wizja... ale to się znowu stanie. Głos mówił jej o Samhain i Beltane. Powiadomiła już Departament Tajemnic, więc są ostrzeżeni. - Ale... Ona była aurorem i mogła też działać. - Czeka nas znowu trudny okres, Victorio. - Mówił to naprawdę cicho. To nic - bo jego cichy głos, w tej ciszy, był doskonale słyszalny.




RE: [18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 24.12.2024

Mogłaby stworzyć dla siebie eliksir, który na jakiś czas sprawiałby, że jej dotyk nie był tak lodowaty, ale tak całkowicie szczerze, nie uważała, by to było potrzebne. Co by to niby zmieniło? Owszem, zapewniłoby jakiś komfort jej otoczeniu, ale Victoria regularnie brała eliksiry, nie chciała więc wlewać ich w siebie jeszcze więcej, a poza tym… Nie wstydziła się tego, kim jest. Była jedną z Zimnych, a to była pamiątka po tym, co miało miejsce; dowód, że przeżyła i że jest silna, jak taka blizna po paskudnej ranie; pieśń o tym kim była, kim jest i kim może się stać.

Uniosła ich splecione dłonie, by delikatnie ucałować wierzch tej Laurenta – swoimi zimnymi jak lód ustami, miękkimi jak zawsze, nim opuściła je na swoje udo.

– Rok temu… – rok temu nadal się ze sobą spotykali, rok temu w jej sercu nie było miejsca na żadnego Rookwooda, rok temu Laurent nie miotał się tak pomiędzy swoimi miłostkami, nie zakochiwał się, by zaraz mieć złamane serduszko… Victoria zaczęła się zastanawiać, czy to wszystko nie zaczęło się od tego, że powiedziała mu w kwietniu, że nie da rady tego dalej ciągnąć ze względu na swoje uczucia do kogoś innego, a potem… potem już poleciało. Czy to może był zbieg okoliczności? Nie wiedziała. Czy gdyby nie chciała być fair, a potem się nie zakochała, czy teraz nie byłoby inaczej? – Rok temu było prościej – odparła mu po chwili i zapatrzyła się w zasłonięte okno. Rok temu nie była jedną z Zimnych. A czy faktycznie było lepiej? – Żałujesz, że nie jest jak rok temu?

Pozwoliła mu trochę pomilczeć, zanim puściła jego dłoń na moment i zgarnęła złożony w kostkę koc, by narzucić go na ramiona Laurenta. Doskonale wiedziała, że przebywanie z nią sprawia, że jest mu zimno, a po tym, co właśnie się stało, wychłodzenie organizmu nie brzmiało jak dobry pomysł. A potem objęła go w pasie ręką i na chwilę ułożyła głowę na ramieniu blondyna.

– Rozumiem… To zastanów się. W razie czego zawsze jest patronus… Albo wiadomość przez kominek, albo… – urwała i westchnęła głośniej. – I ja i Atreus nawet nie mrugniemy okiem na patronusa, mówiłam mu w czerwcu, że jest plan coś zrobić z tym głupim prawem. Większość aurorów nauczyła się udawać, że nie widzą tego zaklęcia. Przyjdę, on też przyjdzie – i żadne z nich nie miałoby oporów, żeby zrobić porządek z kimkolwiek, kto miałby zagrozić Laurentowi.

Podążyła za wzrokiem niebieskookiego: najpierw na swoja sypialnię, potem na koszulę, poplamioną herbatą – dopiero teraz to zauważyła i spojrzała na niego z troską. Może powinien tu trzymać jakieś swoje ciuchy na zmianę na wszelki wypadek, a tymczasem Victoria znowu sięgnęła po swoja różdżkę. Na to, jaka pedantką była, to nic dziwnego, że opanowała wszystkie możliwe zaklęcia czyszczące czy wywabiające krew (i których używała z powodzeniem na sobie i Brennie, kiedy trzeba było się wyczyścić z pozostałości eksplodowanego błotoryja…).

– Wybacz, nie zauważyłam wcześniej – powiedziała cicho i lekko machnęła różdżką, nim jej końcówkę przyłożyła do plamy na koszuli Laurenta. Tergeo powinno sobie z tą plamą poradzić, a lepiej było to zrobić teraz, nim nie była jeszcze taka stara.

– Samhain i Beltane są ze sobą złączone – odezwała się po chwili, gdy już przetrawiła słowa Laurenta. Słowa, które powinny zrobić na niej większe wrażenie, ale po prawdzie spodziewała się tego od momentu rozmowy z kapłanką kowenu w maju. Co prawda nie utożsamiała tego z ogniem, ale od dawna miała świadomość, że coś może się wydarzyć pod koniec października. – W te dni granica pomiędzy naszym światem a Limbo jest cieniutka jak bibuła, zaciera się, przenika… widziałam w ogniu i dymie to, co działo się w Limbo, tylko ja to widziałam, nikt inny, ale teraz to jasne, że to ta granica musiała się przeniknąć przez siebie. Pewnie dlatego weszliśmy tam wtedy… Nieświadomi tego, gdzie w ogóle idziemy i jesteśmy – rzadko o tym mówiła… ale skoro już rozmawiali o wizji ognia, Śmierciożerców (wolała o tym nie myśleć… z pewnych powodów), to dlaczego nie? – Święto życia i święto śmierci, nierozłączny krąg życia, cykl „powrót do cyklu”, do Limbo. Victoria bardzo cicho nabrała powietrze, a później je wypuściła. – Ogień… Powinieneś zacząć nosić ze sobą eliksiry ochronne przeciwko ogniu w takim razie. Zrobię dla ciebie zapas – te zawsze robiła dla innych, nigdy dla siebie.




RE: [18.08.1972] Dreams | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 30.12.2024

Przez rok może się zmienić mnóstwo rzeczy. Jak wyliczać te ilości zmian, skoro tyle może zdarzyć się w przeciągu samego miesiąca? Tygodnia? Dnia! Przecież jeden dzień może zmienić wszystko, może wywrócić twoje cenne życie do góry nogami i poprzestawiać szyk przyszłych wydarzeń. I wszystko to pod chmurami angielskiego nieba, gdzie sny drwiły z rzeczywistości. Wiedział już o tym doskonale, jak łatwo wspomnienia mogły być zmienione, jak łatwo było nam zapomnieć, jak nasze własne uczucia i traumy mąciły klarowność naszego umysłu. To, co zapamiętasz, nie zawsze musi być tym, co wydarzyło się naprawdę.

- Chyba nie... sam nie jestem pewien. - Nie żałował, a jednak żalu miał w sobie naprawdę wiele. Najczęściej stosował go w ujęciu jednego tematu: tego, że w ogóle istnieje. Lecz historia? Nie żałował tego, że poznał Dante, ani tego, że siedział dzisiaj obok Victorii. Nie żałował tego, że smakował jej ust, ani tego, że w końcu ich drogi się rozeszły. Każde to wydarzenie spajało się na tę codzienność... Tylko skoro była ona taka straszna to czy "żal" nie był najbardziej naturalnym odczuciem? Emocją, jaka miała prawa tworzyć zawirowania w jego sercu? Śledził wędrówkę ich dłoni do jej ust - pocałunek, choć delikatny i zimny, był całkowicie miły. Jak gest doceniający skarb, który trzymasz. Nie możesz trzymać go za mocno. Nie możesz ściskać z całych sił palców, nawet jeśli coś podpowiada ci, żebyś to zrobił. A potem uśmiechnął się szerzej. - Dziękuję. - Przytrzymał palcami koc i nasunął go mocniej na swoje ramiona. Dopiero teraz poczuł dreszcz, kiedy ciepło zaczęło powoli zwalczać chłód Zimnej.

- Widzisz? Mówiłem ci, że jesteś bohaterką. - Atreus też był, przynajmniej w jego oczach. Dla niego. Ci ludzie czasem tego nie dostrzegali, czasem sami sobie ujmowali swoich zasług. Niekiedy nie potrzeba było być bohaterem w oczach całego świata. Wystarczyło być bohaterem dla tych paru osób, które były przy tobie. - Tęsknię za swoją starą różdżką. - Naciągnął materiał koszuli, kiedy Victoria wyciągnęła swoją. Niektóre różdżki już tak miały - musiały się dopasować do właściciela. Inne już zawsze robiły psikusy. Fakt, że Laurent miał do tego magicznego patyka ograniczone zaufanie nie bardzo poprawiało sytuacje tej więzi. - Dziękuję. - Bardzo dużo było tych podziękowań, tylko czemu miałby ich żałować? To dla niego robiła to wszystko, a złapał się na myśli, że powinno być zupełni na odwrót. Więc jakim cudem skończył tu jako kategoria ofiary? Być może powinien na stałe przyczepić sobie tę plakietkę - ta myśl wprawiała w minimalną frustrację, ale też sprawiło, że spojrzał na piękną twarz kobiety przy swoim boku. Wiedział, że ona tak o tym nie myślała - a ta myśl pomagała. Napędzała ich względem siebie nie myśl o byciu ofiarą, a o tym, że każdy czasem potrzebował pomocy.

Wpatrywał się w nią jak w obrazek kiedy mówiła o Samhain i Beltane. Tak, rzeczywiście, miała rację - jego pogląd na święta zawsze miał inny wyraz niż myślenie o ich znaczeniu. Jego myśli zaprzątały to, jak trzeba je przygotować, jak porozmawiać z Aydayą, wyjazdy rodzinne... wiele rzeczy, które kręciło się wokół tego.

- Cieszę się, że nie muszę mówić: ty również. - Krew Parkinsonów była w niej silna. I jak tu mówić, że to nie ma znaczenia? Te więzy krwi, ta dbałość o czystość linii, kiedy groziło wygaśnięcie tych niesamowitych mocy, jakimi władali tylko niektórzy czarodzieje z poszczególnych rodzin? - Mam nadzieję, że nie stanie się nic złego... - Albo może powinien powiedzieć: BARDZO złego? Coś złego się wydarzy. Wizje nie kłamały - szkoda tylko, że były tak mało wyraźne. Tak niedokładne, by mieć problem z działaniem. Pokręcił lekko głową - żeby odgonić myśli. Te o Limbo, o cienkiej granicy światów, o ogniu i obrazach. O zmarłych, którzy potrafili przemawiać. - Z dobrych wiadomości - ruszyłem budowę domu. - Czasem małe rzeczy potrafiły być gwiazdą w najciemniejszą noc. Dla niego i Victorii kwestia takiego wydatku jak budowa domu... może nie była malutką inwestycją, ale nie bolała ich kieszeni. Mała radość, co? - Zabiorę cię tam kiedyś? Może mi doradzisz. Masz piękne wyczucie estetyki wnętrz - ja jakoś nie mam do tego talentu.