Secrets of London
[02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4360)

Strony: 1 2 3


RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.01.2025

Teoretycznie sam już wcześniej użył tego określenia w nie do końca niewinnym sensie, wcale nie mając wtedy na myśli trzymania się za rączkę (czy tam za łapkę wyposażoną w mikro haczyki) i skakania po łączce niczym dwojka pierwszoroczniaków. A jednak słysząc podobny tekst z ust Geraldine, prawie zakrztusił się alkoholem, czując już nawet pieczenie w nosie, przez który niemal popłynęła mu whisky. Nie zszokowała go. Co to, to nie. Po prostu nagle to sobie wyobraził, nie mogąc nie chrząknąć ani nie unieść brwi.
- Na konika polnego? - Tego chyba jeszcze nie grali.
A przecież robili wiele całkiem kreatywnych rzeczy. Możliwe, że stwierdzenie, że pamiętał je wszystkie byłoby zupełną bujdą i przesadą. Jednak tego zdecydowanie nie mieli na swoim koncie, tak samo zresztą jak wielu innych rzeczy, które poruszali w tej rozmowie. Nagle okazywało się, że ich braki sięgały naprawdę głęboko (a może to kreatywność zaczęła wznosić się na kolejne wyżyny w związku z tęsknotą za przeszłością?), tak czy siak, gdy Geraldine zaczęła mówić o dacie, nawet nie drgnęła mu powieka.
- Trzynasty września - rzucił bez chwili zastanowienia.
Z pozoru perfekcyjna data. Odległa, a jednak na tyle bliska, że mogli o niej mówić jeszcze przed Mabon.
- Dobrze - odrzekł, co w jego ustach wcale nie brzmiało jak zgoda ku temu, by tak po prostu pozwolić sobie poprowadzić tę rozmowę w ten niekontrolowany sposób.
Wręcz przeciwnie, zdecydowanie nie miał tego na myśli. Świadczyło o tym bardzo delikatne wykrzywienie warg, jak i również ton głosu, którego użył, aby odpowiedzieć na słowa Yaxleyówny. Gdy tak stawiała tę sprawę, wszystko było jednocześnie skomplikowane i bardzo jasne. Nie potrzebowali kolejny raz rozmawiać o czymś, co nie przeszłoby im przez usta, przy czym nie wiedzieli, od czego zacząć i co mówić lub też nie mówić, by nie poruszyć drażliwych kwestii.
Nie musieli się poznawać, jeśli w istocie mylił się w swoim osądzie i nie była to wspólna chęć. Kiwnął głową, kończąc tym samym temat, szczególnie że teraz, gdy przez moment było między nimi naprawdę dobrze, wracanie do czegoś, co mogłoby wywołać kolejną kłótnię byłoby głupotą.
A Ambroise był pijany, może zachowując się trochę głupkowato, lecz z pewnością nie będąc przy tym głupim. Nie wybierałby świadomie robienia czegoś, co było jedynie przepisem na następne chaotyczne minuty. Nie chciał, aby to, co wywiązało się między nimi było wyłącznie ciszą przed burzą.
Nawet, jeśli gdzieś tam pod skórą oboje wiedzieli, że nią było. W innym wypadku ich słowa nie niosłyby ze sobą aż tylu banałów. Nie prowadziliby dyskusji w ten sposób. Zawsze, gdy rzeczywiście robili jakieś plany, w ich słowach dominowały konkrety zaś to gesty były przepełnione emocjami. Teraz było inaczej. Pojawiły się piękne określenia i wydumanie bezcelowe pytania.
I te drobne detale, które jednocześnie napawały go wewnętrznym ciepłem i kłuły do żywego niczym drobne igiełki pojawiające się, gdy wracało się z mrozu do przyjemnie nagrzanego domu. W tej chwili pierwszy raz od dawna czuł się żywy a nie tylko żyjący, jednakże ten stan był równie słodki, co momentami gorzkawy.
Tak jak to wspomnienie o szufladzie, w której trzymała rzeczy od niego. W pierwszej chwili rozchylił usta, żeby powiedzieć jej, że przecież nigdy nie musiała ich chować, były jej i mogła je nosić, kiedykolwiek tego chciała. Lubił widok tamtego szala, smocze kapcie, wełniany płaszcz w tamtym niemal niepowtarzalnym kolorze. Lubił ozdobny sztylecik, delikatne rzemieślnicze kolczyki, bransoletkę kupioną podczas jednego z nielicznych wyjazdów z kraju, jakie mieli okazję odbyć, bo zawsze zostawiali to sobie na później. Na przyszłość, która nie nadeszła.
Lubił dziesiątki mniejszych i większych pierdół. To, co pewnie miało szansę znaleźć się zamknięte w jej szufladzie, jak i to, czego niechybnie się pozbyła, bo on...
...on tak właściwie nie zostawił sobie niczego. Niemal niczego, prócz tych trzech małych drobiazgów, których nie miał serca pozostawić wraz z resztą przedmiotów i wspomnień pochowanych na Horyzontalnej czy w Piaskownicy.
Gdy odchodził tamtego zimowego poranka, nie potrafił się tak po prostu spakować. Nie umiał przygotować się w ten sposób do tego, co musiało nadejść. Jego odejście nie nastąpiło z dnia na dzień. Zbierał się ku temu przez zatrważająco długie dni. Odwlekał to w czasie, próbując łapać ostatnie chwile wspólnego szczęścia.
A gdy nadszedł ten parszywy moment, nie zabrał ze sobą niemal nic z tego, co mogłoby wymagać pełnego uświadomienia sobie, że nie miał już wrócić do domu. Tłumaczył to sobie brakiem sentymentalności, byciem konkretnym i racjonalnym człowiekiem, kimś praktycznym.
W rzeczywistości obawiał się swojej szuflady i tego, co by tam zamknął. Pewnie zdawała sobie z tego sprawę, bo przecież widziała tamte rzeczy. A teraz, gdy było między nimi tak złudnie dobrze, on sam nie tylko czuł się tak, jakby wyłącznie krok dzielił go od sięgnięcia po nie, gdy tylko ponownie wrócą do domu. Lecz także obiecania, że gdy już odwiedzą razem stoiska podczas Mabon, sprezentuje jej wszystko, na czym Geraldine odpowiednio długo zawiesi spojrzenie.
- Nie. Wrócimy do domu zanim przeminie ten dzień, nie będziemy myśleć o tym, co przeminęło. Nie musimy tego robić - zamiast mówić to, o czym pomyślał, odpowiadać na te słowa o szufladzie, świadomie postanowił poprawić Geraldine. - Zamiast tego będziemy cieszyć się tym, co jest - nie mówiąc o tym, co będzie, kolejny raz usiłując manewrować dookoła przyszłości.
Czyż to nie był absurdalnie dziurawy plan? Absurdalnie spragnionych ludzi? Pragnących wszystkiego tylko nie przemijania, wokół którego kręciło się święto, o którym teraz mówili? Zdecydowanie wolał Beltane. Wolał Lithę, wolał Ostarę. Zarówno Mabon, jak i jego październikowy sabat były czymś, za czym niemal nigdy nie przepadał. Tak samo jak ubiegłoroczne Yule.
Tak właściwie to od zeszłego roku nie tylko ponownie znienawidził okres własnych urodzin, znowu czując się jak to sabatowe dziecko, z którego to pojęcia się niegdyś ironicznie śmieli. Lecz również wszystkie inne czarodziejskie święta. Przez ostatnie półtora roku niemal wszystkie te okazje spędził w jedyny słuszny sposób - na dyżurze.
Tegoroczne Mabon też nie miało być inne. Wbrew temu, o czym obecnie mówili. W kontraście do jego aktualnego szerokiego uśmiechu i lekkiego tonu głosu, gdy miękko mówił o wspólnym wyjściu na festiwal, przejściu się po straganach czy powrocie razem do domu.
W rzeczywistości tego nie planował. Znowu się łudzili, bo to nie było oszustwo. Nie oszukiwali się, tylko myśleli życzeniowo. Wobec tego nie było w tym nic złego, prawda? Szczególnie, gdy jednocześnie snuli także rozważenia na inne absurdalne tematy. Sztukę teleportacji węży i takie tam.
- Zdecydowanie się tu przeniósł. Dlatego jest taki niebezpieczny. On pełza tylko dla niepoznaki. Aż zniknie ofierze z oczu. Później skacze w przestrzeni. Kto wie, może w czasie też skacze - tak, to bawiło go bardziej niż powinno, nawet jeśli zdecydowanie zauważył, że plątał mu się przy tym język.
Pierdolił trzy po trzy i nie miał z tym żadnego problemu.
- Nie - błyskawicznie zaprzeczył. - Nic nie muszę jest odpowiedzią na wszystko. To, że mogę to po prostu czysty fakt. Najczystszy - poza tym w dalszym ciągu nie czuł żadnych wyrzutów sumienia w związku z tą małą mistyfikacją, w którą ją wrobił.
Nie czuł się ani trochę źle z tym, że na moment przez niego spanikowała, że wzburzył ją na tyle mocno, aby usłyszeć jej akcent czy plączące się słowa. Zwłaszcza, gdy wszystko niemal mu się udało i gdyby tylko był mniej podpity (albo mocniej się usrał; może oba na raz) z dużym prawdopodobieństwem doprowadziłby sprawę do końca. Bez tego ładnego proszenia, którego to wspomnienie skwitował krótkim, szczekliwym parsknięciem śmiechu.
- Ja? Prosić o to, żebyś mnie rozebrała? Naprawdę? - Przecież wiedziała, że nigdy się o to nie dopraszał, szczerze mówiąc żadne z nich nie musiało tego robić i to było w tym wszystkim tak dobre; wystarczyło kilka spojrzeń lub drobnych gestów, by to mieli. - Nie. Kiedy tak stawiasz sprawę to już nie chcę - stwierdził głównie z czystej przekory, nawet jeśli wszystkie reakcje fizyczne jego ciała w dalszym ciągu świadczyły wręcz przeciwnie.
Mimo to, kiedy Geraldine tak to ujmowała, zamierzał usrać się przy tym, że jednak mu się to odwidziało. Przynajmniej przez kilka chwil, bo w obliczu całej tej błogości i alkoholu buzującego w żyłach, Greengrass raczej szczerze wątpił w siłę własnej woli. Tym bardziej, że był to drugi raz tego dnia, gdy się od siebie odsunęli. Teraz w dodatku tylko metaforycznie.
- Nic nie muszę, schodzić też nie muszę. Możesz mnie pomścić za życia. Nic ci w tym nie przeszkadza, masz moje przyzwolenie - wypalił coraz bardziej bez sensu, jednocześnie ani przez chwilę się nad tym nie zastanawiając.
W tym momencie nie chodziło już o słowa. O to, co musieli a co mogli. Czego nie musieli i nie mogli. Nic z tych rzeczy.
- Wiedziałbym - stwierdził bez mrugnięcia okiem, nie pozwalając na to, by drgnęła mu przy tym powieka czy jakikolwiek mięsień twarzy; zdecydowanie był pewien swego, jeśli chodzi o tę kwestię. - Oczywiście, że zacząłbym cię straszyć. Ta zniewaga by tego wymagała - zakończył energicznym kiwnięciem głową, jednocześnie zwracając oczy ku Yaxleyównie, gdy kolejny raz tego dnia powiedziała coś, co sprawiło, że je zmrużył.
To nie były tylko puste słowa. To nie było kolejne rozchichotane zapewnienie o czymś, o czym paplali bez sensu, popijając coraz to większe ilości alkoholu i biorąc głębsze łyki niż na samym początku. To było coś innego. Uwierzył jej w te słowa tak jak i ona uwierzyła w te jego. Zmierzył ją może trochę nazbyt pijanym, lecz jednocześnie zadziwiająco trzeźwo myślącym spojrzeniem.
- Jesteśmy przeklęci. Mówiłem ci - albo nie mówił?, nie do końca był to w stanie stwierdzić, licząc na to, że Rina potwierdzi jego słowa. - Więc to po prostu jasne, że to prawda. Pewnie czułabyś, że wykorkowałem i takie tam. Że zeżarł mnie wąż rzeczny. Co czyni cię jeszcze większą panikarą, skoro nic mi teraz nie było - mówił lekkim, trochę oderwanym od rzeczywistości tonem głosu, ani trochę nie zająkując się przed wypowiadaniem bądź co bądź całkiem ponurych słów.
Tylko po to, aby moment później równie płynnie przejść do kolejnego z rzędu ulubionego tematu Yaxleyówny. Zupełnie tak, jakby tworzyli tu sobie jakieś bingo zadziwiająco lekko poruszanych kwestii. Ewidentnie brakowało im do szczęścia tej odrobiny łaciny i komicznych nazw roślin, którymi mógł ją bezczelnie obdarzać.
- Musiałabyś przyjąć ode mnie kamyk, potem uzupełnić go jeszcze o kółko - odpowiedział powoli, namyślając się przy tym, bo nigdy wcześniej tego nie rozważał. - A nawet wtedy nie wiem czy to by tak zadziałało. Raczej nie? Bo nie jesteś krwią z krwi? Chyba w dalszym ciągu musiałabyś zostać tą psią rutą czy dżdżownicą? Za to nasz pąkiel byłby już drzewem? Nawet, gdyby byłby pąklą i zmieniłby nazwisko po ślubie? Tak to działa - ot, znowu weszli na niezbyt grząski teren całkiem absurdalnego spekulowania na bezsensowne tematy, pozbawione podparcia w rzeczywistości.
Tym bardziej, że nieważne, czego chciał. Czego chcieli. To było coś abstrakcyjnego.
- Nie wiem - niemal nigdy nie był tak otwarcie i bez wahania szczery jak w momencie, w którym odpowiedział na to pytanie, kolejny raz sięgając, aby poprawić wszystkie spadające kosmyki włosów Geraldine. - Nie, nie zapomnieć - to było pewne, szczególnie w takich momentach, w których znajdowali się tak blisko siebie, gdy patrzyli na siebie bez żadnego szczególnego powodu; tylko po to, by patrzeć. - Chciałbym... ...nieważne, czego bym chciał, bo nie o to cię pytałem. Co mam z tobą zrobić? Tak, żebyśmy mogli widywać się bez... ...tego? - Doskonale wiedziała, co miał przy tym na myśli.
Otoczkę pełną rozgoryczenia, smutku i żalu. Wyrzutów sumienia, lecz także tych kierowanych ku tej drugiej osobie. Melancholii i tego wręcz niezwykłego talentu do zmieniania każdej błahej rozmowy w rozognioną kłótnię lub wręcz przeciwnie - w smutny manifest czegoś, co nie mogło odejść, lecz także nie było w stanie się ziścić.
W tym momencie nie chciał wracać do tych wszystkich przykrych rozważeń, jednakże to pytanie cisnęło mu się na usta, bo było właśnie tak jak jej powiedział - nie wiedział, co powinien, co mógł, co miał zrobić z tym wszystkim, co się między nimi działo.
Wrażenie błogości i odurzenia alkoholem zdecydowanie nie ułatwiało sprawy, tym bardziej, że nawet na przestrzeni tej jednej rozmowy stanowczo zbyt często padały między nimi mniej lub bardziej jawne sugestie powtórzenia tego, co ich tu zatrzymało.
- Chodź do domu - nie wiedział, kiedy dokładnie podjął decyzję o wypowiedzeniu tych słów, szczególnie tym tonem, ale tym razem miał pewność, że padły na głos. - Nie możemy ryzykować, że wąż rzeczny dopadnie nas oboje. Musimy zebrać siły, zewrzeć szyki i tak dalej zanim znowu wyleziemy na polowanie. Dopóki się tu wije, nikt nie jest bezpieczny - nie bez powodu krążyły o nim, o tym ich wężu takie a nie inne ostrzeżenia, co nie?


RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.01.2025

- Tak, na konika polnego, bo na pasikonika to chyba nie miałoby sensu? - Ustalili w końcu, że pasikoniki nie robiły nic poza jedzeniem i leżeniem, chyba? Tak się jej wydawało, więc konik polny był chyba lepszą opcją, przecież Ambroise sam o tym wspominał. Dlatego nieco zdziwiło ją to, że omal nie zakrztusił się alkoholem. Cóż, może wcześniej nie brała tej opcji pod uwagę i dwa razy całkiem zgrabnie odwróciła kota ogonem, ale teraz wydawało jej się być to całkiem kreatywnym rozwiązaniem. Czymś zupełnie nowym, czego jeszcze nie robili, a przecież nie mogli narzekać na brak doświadczenia, bo ta część ich życia była bardzo barwna, zresztą od zawsze. Nigdy nie brakowało im pomysłów, jak mogliby umilić sobie swoją egzystencję na tym świecie.

- To jesteśmy dogadani. - Dwa tygodnie. Wiele mogło się wydarzyć przez dwa tygodnie. Nie miała pojęcia, czy faktycznie wtedy jeszcze będą to robić. To, w sensie rozmawiać ze sobą, czy przebywać w swoim towarzystwie. Tutaj nic nie było pewne, jednak konkretna data brzmiała zdecydowanie lepiej od mitycznego później, czy kiedyś, bo wydawało jej się iż było większe prawdopodobieństwo, że w ogóle mogło się to wydarzyć. Może to było tylko jeszcze większe oszustwo, udawanie, że faktycznie mają jakąś szansę. Miło było jednak chociaż przez chwilę wierzyć w to, że istnieją dla nich jakieś możliwości.

Wiedziała, że rozmowa o tym wszystkim mogła okazać się powrotem do punktu wyjścia, a tego nie chciała, nie w tej chwili, nie kiedy wreszcie było inaczej, lepiej niż wcześniej. Kto wie, czy nie wywołaliby kolejnej, niepotrzebnej kłótni. Wolała typowo dla siebie zamieść temat pod dywan, kupka znowu zacznie rosnąć i pewnie sama ich zaatakuje w najmniej odpowiednim momencie, ale nie chciała, aby zdarzyło się to teraz. Miło było chociaż przez chwilę zachowywać się tak, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło, jakby wcale nie skazali się na to, aby nie wiedzieć o sobie wszystkiego. Półtora roku to był szmat czasu, miała świadomość, że jest sporo rzeczy, które ją ominęło, tak jak jego. Na pewno poczułaby żal, gdyby usłyszała o tym wszystkim, nie chciała do tego doprowadzić, jeszcze nie teraz, chociaż może kolejna szansa miała się nie przytrafić, też była taka możliwość i aktualnie sama wybrała niewiedzę.

Nie należała do sentymentalnych osób, ale nie potrafiła się pozbyć tego wszystkiego, co od niego dostała, co kupiła kiedy razem byli. Byłoby to trochę, jak wyrzucenie tych wszystkich lat, które razem przeżyli i może była na niego zła, wtedy kiedy ja opuścił, to jednak nie chciała tego robić. Czasem przeglądała te wszystkie rzeczy i myślała o tym, że kiedyś było jej dobrze, że miała wszystko, czego potrzebowała. Wiązało się to przecież ze wspomnieniami, całą masą wspomnień, które razem przeżyli. Dobrze było wrócić do tego od czasu do czasu. Chowała to w szufladzie, bardzo głęboko niczym jakąś straszną tajemnicę, nie chciała, aby ktoś ją przyłapał na tym, że nadal nie do końca pogodziła się ze stratą. Nie była gotowa na to, aby się tego pozbyć, zresztą zapewne nigdy nie będzie na to gotowa.

- Tym co jest i tym co będzie. - Tak chciała dołożyć do tego przyszłość, chociaż przecież zdawała sobie sprawę z tego, że nie będzie niczego. Po raz kolejny się okłamywała, a najgorsze było to, że robiła to świadomie. Przez te chwilę jednak naprawdę chciała uwierzyć, że istnieje dla nich jakakolwiek przyszłość, wspólna. Nie chciała się skupić na tym, co minęło, bo przecież nie mogli nic z tym zrobić, to było już za nimi. Nie znosiła rozgrzebywać tego, na co nie miała żadnego wpływu, przyszłość jednak należała do nich, tutaj mogli coś zdziałać, czyż nie. Gdyby tylko chcieli, ale czy chcieli? Ona chciała, on chciał, a nie mógł, co też było bardzo przykre.

Ostatnie sabaty były inne, wszystkie z nich raczej nie potrafiły dorównać temu, co mieli kiedyś, kiedy zaczeli na nich bywać razem. Wtedy poczuła, że to może mieć sens, ostatnio wróciła raczej do podejścia, jakie miała kiedy była młoda. Pojawiała się na nich z poczucia obowiązku, musiała reprezentować swoją rodzinę, nie mogła pozwolić, aby o nich zapomnieli, ale nie sprawiało jej to żadnej przyjemności. Nie niosło ze sobą niczego budującego, raczej uświadamiało jej, jak bardzo samotna się stała.

- Skoki w czasie i przestrzeni, naprawdę niebezpieczne z niego zwierzę, nie da się przewidzieć ataku, kto wie, czy go nie powtórzy, jeśli okaże się, że nie zrobił tego dobrze i nie pojawi się ponownie w najmniej oczekiwanym momencie. - Cóż, ten wąż to mógł być naprawdę potężny przeciwnik, z którym nie będą mieli najmniejszych szans, jeśli miał takie ukryte moce... powinni chyba pogodzić się z porażką.

- Jesteś niesamowity. - Nadal nie wiedziała, jak to jest możliwe, że był tak pewny siebie i miał błyskawiczną odpowiedź na każde jej stwierdzenie, czasem za nim nie nadążała, chyba to był jeden z takich momentów, cóż, aktualnie jej myśli nie były zbyt szybkie i błyskotliwe.

- Podstęp nie był potrzebny. - Powtórzyła swoje, bo po coś po niego sięgnął, chyba? Może chciał ją wprowadzić w maliny, w sumie w jeżyny zważając na otoczenie, ale co prawda, to prawda, nigdy nie musieli siebie o to prosić, to przychodziło im naturalnie, wystarczył gest, a bardzo szybko wiedzieli, czego pragną. - Nie wyglądasz, jakbyś tego nie chciał. - Tak, nie zamierzała udawać, że tego nie widzi. Może więc dlatego też przekornie przesunęła dłonią po jego brzuchu, bo może on tego nie chciał, ale ona miała nieco inne zdanie.

- Nie sądzę, że potrzebuję do tego twojego przyzwolenia. - Przecież i tak robiła zawsze to na co miała ochotę, szczególnie ostatnio, gdy nie musiała patrzeć na nikogo, gdy podejmowała decyzje.

- Wtedy bym się Ciebie nigdy nie pozbyła, więc może racja, lepiej trzymać się ustaleń. - Skoro miał to być łuk, to zleci wystruganie właśnie jego. Zresztą nie robiło to jej żadnej różnicy, wyśmienicie radziła sobie i z łukiem i z kuszą, chociaż Ambroise miał co do tego inne zdanie.

Tak, ta rozmowa od samego początku przybrała dziwne tory, była bardzo abstrakcyjna, jednak między słowami można było wyczytać naprawdę wiele. Wszystko ukryte pod tymi irracjonalnymi rozważaniami. Może i byli pijani, jednak to niczego nie zmieniało.

- Gówno prawda, nadal się z tym nie zgadzam. - Nie uważała tego za przekleństwo, chociaż on mógł sądzić, że tak było. Wszystko zależało od podejścia. Gdyby patrzył na to nieco bardziej optymistycznie to na pewno zauważyłby te lepsze strony, a nie traktował to jako klątwę. Nie miała jednak wpływu na to, w jaki sposób to odbierał. Jego wybór. - Przecież ten tylko Cię użarł, zresztą siedziałam tuż obok, mogłam intensywniej reagować na bodźce. - Wszystko, byleby nie wyjść na większą panikarę niż rzeczywiście była. Tyle, że tak naprawdę nigdy dokładnie nie sprawdziła, jak działa ta więź. Co musiało się wydarzyć, aby faktycznie wiedziała, że dzieje mu się krzywda. Miewała takie niepokojące myśli, ostatnio również, atakowały ją zupełnie znienacka, wyczuwała, że coś się dzieje, chociaż przecież nie miała prawa tego wiedzieć, szczególnie ostatnio, bo przecież nie miała pojęcia, gdzie się podziewał i co robił. To pojawiało się samo i nie dawało jej spokoju.

- Chyba by nie wystarczyło, pewnie nie, bo zdarza się to tylko wam, nie słyszałam o nikim innym kto zmieniałby się w drzewo. - Zdaje się, że musiała się pogodzić z tym, że nie miała szansy na to, aby zostać dębem, alternatywy nie były szczególnie atrakcyjne, ale nie mogła z tym nic zrobić. - Skąd wiesz? Może moje geny okazałyby się silniejsze i zamiast zostania drzewem pąkiel odziedziczyłby nasze wspaniały szósty zmysł, to przecież loteria. - Tutaj też nie miała pewności, ale przecież nigdy nie mieli tego sprawdzić, nie czekały na nich żadne pąkle, bo nie była im pisana wspólna przyszłość, a szkoda. Ich pąkiel na pewno byłby najwspanialszy ze wszystkich, tego była pewna. W końcu oni też byli najlepsi ze wszystkich, a razem już szczególnie. Wyjątkowi, tyle, że też wyjątkowo niereformowalni, ale to już zupełnie inna sprawa.

- Pozwól mi zostać. - Nie było innego rozwiązania, właściwie to, które rzuciła też pewnie nie miało racji bytu, bo przecież tego też nie chciał. Utknęli zawieszeni w rzeczywistości, nie miała pojęcia czego chciał, chociaż w sumie już jej wcześniej powiedział, czego pragnie, tyle, że nie mógł po to sięgnąć. Co innego mogła mu dać? W jaki sposób z tego wybrnąć, nie wiedziała. Żadna opcja nie wydawała się słuszna.

Nie mogła zrobić tego, czego chciała, on również, nie mogli się trzymać od siebie z daleka, bo to też nie miało racji bytu, nie po tych dwóch dniach, które razem spędzili. Nie mogli być razem, nie mogli osobno. Nie mogli być przyjaciółmi, sojusznikami, wrogami. Nie przyjmowali żadnej z tych opcji. Cóż, gdyby nie był tak uparty pewnie wybraliby tę najwłaściwszą możliwość, ale tego też nie mogli zrobić. Co niby miała na to poradzić? Nie umiała znaleźć żadnego rozwiązania. Tak właściwie to nawet teraz nie chciała go szukac, bo chociaż przez chwilę wydawało jej się, że wszystko jest w porządku.

- Mhm, do domu, jasne. - Trochę obawiała się, że kiedy się tam znajdą, to znowu dopadnie ich widmo przeszłości, pojawią się kolejne wyrzuty, kłótnie, melancholia, chuj sam jeden wiedział co. Tyle, że nie mogli też spędzić wieczności na leżeniu wśród wrzosów, marzeniu o tym, co miało się nie wydarzyć.

Podniosła się więc powoli. Argument, któego użył był bardzo słuszny. Niewidzialny wąż mógł ich przecież tutaj dopaść. - Tak, musimy się przygotować do walki. Nie powinniśmy tracić czasu. - To nie miało większego sensu, tyle, że co będzie jak wrócą do domu? Też nie umiała tego stwierdzić, czy skończy się ta ich chwilowa sielanka, wolałaby, żeby nie, przyjemnie było chociaż przez chwilę móc się zatracić, jakby rzeczywiście czekało na nich coś dobrego.

Była gotowa do drogi, chwyciła w dłoń jeszcze butelkę, upiła spory łyk, chociaż alkoholu było coraz mniej, jeśli tak dalej pójdzie i będą chcieli utrzymać ten stan to czeka ich przejrzenie wszystkich zapasów, nie spodziewała się, aby znaleźli zbyt wiele, ale może mogli liczyć na cud? Przecież te się zdarzały.




RE: [02.09.1972] rootbound || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.01.2025

- Jeśli zrobimy to na pasikonika, później po prostu zrobię ci obiad - odparł bez cienia żenady, maskując wcześniejsze zakrztuszenie się kolejnym pociągnięciem łyku alkoholu z butelki.
Szach-mat, to też było możliwe, po prostu musiał mieć na uwadze konieczność późniejszego upasienia jej posiłkiem w domu. W końcu sama to wcześniej powiedziała.
Tę umowę też mogli mieć.
- Tak. Co jest i co będzie - poprawił się zgodnie z tym, co chciała od niego usłyszeć a co on sam chyba też potrzebował powiedzieć na głos.
Kolejny raz dając im coś, czego nie mieli mieć w rzeczywistości. Mówiąc coś, przy czym jeszcze dwa lata wstecz szeroko by się uśmiechnął, ujmując podbródek dziewczyny w palce i składając długi pocałunek na jej miękkich wargach. Był w stanie to sobie wyobrazić. Niemal namacalnie czuł na ustach ich ciepło, pamiętał smak tamtych chwil. Jeżyny rozpadające się na języku, składane obietnice, plany na przyszłość. Ramiona obejmujące go za szyję, choć i teraz, gdy się do niego przytulała, czuł się blisko niej.
To było naprawdę złudnie właściwe wrażenie. Mierzyli się z nim od dwóch dni. A może jeszcze dłużej? Od późnego popołudnia na Carkitt Market, kiedy być może miał świadomość, że nic nie powinno ich już ze sobą łączyć, ale w dalszym ciągu czuł się za nią odpowiedzialny? Od wieczoru w mieszkaniu na Horyzontalnej, który przebiegł jeszcze bardziej fatalnie niż wydawało mu się, że przebiegnie, bo spodziewał się konfrontacji z młodocianym narkomanem, nie zaś z wampirem? Od spotkania na cmentarzu, kiedy to mogłoby się zdawać, że dali sobie tylko przejmujący chłód i zimno, lecz w istocie sprawa wcale nie była tak prosta, bo i tam pojawiła się ta melancholia?
Później dwa razy zostali sami w Dolinie. Dwukrotnie ścięli się ze sobą, bo nie potrafili patrzeć na siebie nawzajem z oschłością i obojętnością. To nie był pryzmat, jaki był im pisany. Przed wejściem do lasu w Snowdonii atmosfera była ciężka, ale tak neutralna, że aż przesadna do granic możliwości. Sztuczna, wymuszona, pełna napięcia, lecz wbrew wszelkim pozorom wcale nie wrogiego.
Niepokoił się. Nie mógł nic na to poradzić, ale martwił się o nią za każdym razem, gdy nie widzieli się dłużej niż kilka dni. Mógł nie chcieć tego powiedzieć, nie być w stanie przyznać tego przed sobą ani tym bardziej przed Geraldine, jednak to były naprawdę trudne miesiące. Pełne tego wewnętrznego przytłoczenia i narastających obaw o to, co przyniesie (lub raczej o to, co odbierze) im przyszłość.
Może nie mieli jej już razem. Być może nie była ich wspólna, ale czy z drugiej strony dało się to powiedzieć bez chwili zastanowienia? Bez poczucia, że było to prawdopodobne najbardziej wierutne kłamstwo, jakie powtarzali raz za razem? Większe od tych, którymi się teraz karmili, aby zachować ten jeden dobry moment?
- Spokojnie, on wie, że my wiemy - zapewnił poważnie, starając się utrzymać stanowczy, zdecydowany wyraz twarzy. - To nie będzie jednostronny atak. To będzie trudne starcie - a oni byli przecież ekspertami w radzeniu sobie z podobnymi sprawami, czyż nie?
Mimo tego, że przez cały czas miał gdzieś z tyłu głowy to wrażenie, że sprawa z dopplegangerem mogła się wcale nie zakończyć, że to mogło wypłynąć jeszcze kiedyś w przyszłości, bo głos rozlegający się w jaskini brzmiał jeszcze na długo po spaleniu cielesnej powłoki bytu. To teoretycznie mogli przecież powiedzieć, że mieli na koncie pozbycie się większego problemu od węża zaginającego czas i przestrzeń.
Poza tym w przeciwieństwie do tamtego stwora, tutaj mogli rozmawiać w ten lekki sposób. Korzystać z atmosfery błogości. Mówić o czymś, co w istocie wcale im nie zagrażało, pozwalając sobie na wszystkie chwyty, bo wszystkie chwyty były tu dozwolone. Nawet tak niskie jak ten, który zrobił, w tym momencie w dalszym ciągu mając trudność z powstrzymaniem uśmiechu ciągnącego mu się na usta na samą myśl o tym jak bardzo dała mu się wkręcić.
- Wiem - stwierdził bez oporów, zdecydowanie nie zamierzając sobie ujmować, tym bardziej skoro sama tak stawiała tę sprawę.
Zamiast tego dumnie wypiął pierś, posyłając Geraldine wpierw przelotne, całkiem rozbawione spojrzenie. Zaś moment później coś bardziej przeciągłego. Znacznie mniej tak, rzeczywiście jestem niesamowity a bardziej cokolwiek teraz robisz, nie przestawaj, bo jesteś w tym niesamowita.
I nawet jeśli jednocześnie znów stanowczo pokręcił głową, nie zamierzając tak łatwo ustąpić i przyznać, że czasami rzeczywiście najprościej byłoby ją ładnie poprosić, jego wolną ręką mimowolnie zacisnęła się na jej nadgarstku, zsuwając dłoń Ring niżej niżeli tylko na jego odsłonięty brzuch.
- A więc jak twoim zdaniem wyglądam? - Odbił piłeczkę, jednocześnie posyłając jej długie, ciemne spojrzenie.
Brakowało jedynie tego, by przesunął językiem po górnym rzędzie zębów, sugestywnie unosząc przy tym wargę moment przed tym jak przyciągnąłby do siebie dziewczynę. Ale przecież już ustalili, że był uparty, nie? Równie uparty, co ona, mogąc jeszcze przez chwilę odwlec w czasie swoją nagrodę za podejrzanie dobre sprawowanie.
Powstrzymując się przed rozmasowaniem zaciśniętej szczęki i odpuszczając świdrowanie spojrzeniem Yaxleyówny.
- Ja uważam, że go potrzebujesz - i co?, uniósł brwi, kląskając językiem o podniebienie.
Mieli kolejny impas. Tyle tylko, że tym razem całkiem zabawny, nawet jeśli jednocześnie coraz bardziej prowokacyjny, bo nie wyglądało na to, żeby którekolwiek z nich zamierzało odpuścić. Mimo to nie groziła im tu raczej żadna kłótnia. Wręcz przeciwnie, byli całkiem rozluźnieni, więc pozwalał sobie na te wszystkie słowa i gesty.
- Poza tym nie na tym ci zależało? Żeby się mnie nie pozbyć, zatrzymać mnie przy sobie? A jednak, gdy mówimy o tym, że miałbym być przez to upierdliwym duchem, to nagle już mnie nie chcesz? - Tak, to było bardzo duże i bardzo poplątane uproszczenie, ale nie mógł go sobie darować.
Coś na zasadzie: jeśli nie jesteś w stanie znieść mnie w moim najgorszym (obrażony, męczący duch), nie zasługujesz na mnie w moim najlepszym (nieco mniej obrażony, ale obrażalski, zdecydowanie męczący człowiek).
No cóż, zdecydowanie nie był łatwym człowiekiem a przekonanie o byciu przeklętym też robiło swoje. Zdecydowanie pokręcił głową, gdy Rina znowu powtórzyła powątpiewania w klątwę, płynnie przechodząc w coś, czego też nie powinni robić. A robili. Bezwiednie, podświadomie, zadziwiająco łatwo. Znów mówili o przyszłości, nawet jeśli zaczynając od drzew, to kończąc na czymś dużo bardziej skomplikowanym niż logika związana z Knieją.
- Jestem pewien, że moje geny nie dadzą się tak łatwo wygryźć - odpowiedział bez namysłu, wręcz święcie przekonany o tym, że miały się usrać równie mocno, co on sam, gdy mu na czymś zależało. - Wasz szósty zmysł na pewno jest zajebisty, ale spójrz na całą moją najbliższą rodzinę - bez wahania wzruszył ramionami, rozkładając przy tym ręce.
Być może nie było to tak jawne, jeśli chodziło o konkretne cechy charakterystyczne odzwierciedlane przez ich wygląd. Mimo że większość jego krewnych miała niemal ten sam zestaw cech, bywało, że pojawiały się tak duże dysproporcje jak na przykład w przypadku Ambroisa i jego siostry - no, wizualnie nie mogli być od siebie dalsi, chyba że w grę wchodziłyby tylko ciemniejsze oczy Roselyn, brązowe lub niemal czarne.
Natomiast w kwestii tych mniej dostrzegalnych na pierwszy rzut oka talentów? Cóż. Tu sprawa była raczej bardzo jasna. Jednocześnie nasuwając mu na myśl jeszcze jedną kwestię, o której wcześniej jakoś niespecjalnie chciał myśleć w kontekście tego, o czym teraz rozmawiali. A jednak podobne słowa same cisnęły mu się na usta, szczególnie że przecież kolejny raz wyłącznie spekulowali, nie mówili o czymś mającym jakiekolwiek szanse na to, aby odzwierciedlić się w przyszłości.
- No i pamiętaj jeszcze, że są też Mulciberowie - tak, to była naprawdę mocna karta, którą teraz tak ochoczo, całkiem prowokacyjnie zagrał, pierwszy raz od dawna nie czując w związku z tym żadnych negatywnych emocji. - Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale oni też mają ten swój szósty zmysł. Nie mówiąc już o pierdolonym miliardzie odsłon trzeciego oka. Do genetycznej loterii trzeba byłoby dopisać co najmniej jeszcze cztery inne możliwości, poza dębami i wiem, kim jesteś, ale ci nie powiem - patrząc na to, że jeszcze chwilę wcześniej był na nią za to cholernie wściekły, teraz nagle wypowiadał się w zaskakująco lekki sposób.
Bez nuty smutku czy cienia żalu. Bez tamtych wyrzutów do siebie czy do niej. Zupełnie tak, jakby to na chwilę naprawdę przestało mieć znaczenie. Przynajmniej do momentu, kiedy sformułowała te kolejne słowa a on wbił w nią spojrzenie, zawieszając wzrok na jej twarzy na tak długo, że gdy wreszcie przeniósł go na horyzont, musiał parokrotnie zamrugać.
- Wiesz, że to nie kwestia mojej zgody - odpowiedział cicho, już bez wesołości, jaka jeszcze moment wcześniej brzmiała w jego głosie.
Teraz zamilkł na dłuższy moment, nim zaoferował im powrót do domu, bo co innego mógł zrobić? Zaczynało robić się coraz chłodniej a alkohol też powoli im się kończył. Mimo to, gdy Geraldine się od niego odsunęła, odruchowo przytrzymał ją przy sobie o kilka sekund za długo, by było to pozbawione jakiegokolwiek znaczenia emocjonalnego.
- Tak właściwie to - zaczął odruchowo, niespecjalnie się przedtem namyślając, bo w tym stanie formułowanie logicznych myśli (a co dopiero późniejsze ich wyrażanie) nie przychodziło mu zbyt lekko i gładko.
No i właśnie. Tak właściwie to co? Sam nie do końca wiedział, co miał na myśli, gdy otworzył usta, pozwalając sobie na raczej pochopne wyrażenie czegoś, co miało być... ...zaprzeczeniem jego wcześniejszym słowom?... ...wątpliwościami?... ...zmianą zdania?... ...wyrażeniem zupełnie nowej propozycji?... ...stwierdzeniem, że jednak mogli tu jeszcze pozostać?
Geraldine zdążyła podnieść się z miejsca. Przez cały ten czas mierzył ją odrobinę nieprzytomnym, jakby rozkołysanym spojrzeniem, usiłując utrzymać na niej wzrok. Nawet nie dostrzegł, że jednocześnie bezwiednie rozchylił wargi, otwierając usta, przez co jego mina była jeszcze mniej przytomna, zdecydowanie bardziej nietrzeźwa niż wskazująca na nagły przypływ rozsądku.
Całe szczęście nie zdawał sobie z tego sprawy, ale nie wyglądał światło. Prawdę mówiąc, rzadko kiedy miał tak pusty i nieskalany myślą wyraz twarzy, łypiąc na dziewczynę, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu i jakby wszystko, co teraz robiła było dla niego czarną magią.
Sposób, w który wstała, całkiem gładko podnosząc się na nogi. Kolejne łyki pociągnięte z butelki, w której poziom alkoholu osiągnął już niebezpiecznie niski stan. Wszystkie jej ruchy świadczące o tym, że nawet pijana miała w sobie cholernie dużo gracji. Bezwiednie obdarzył ją tym szczenięcym spojrzeniem, wyciągając dłoń, aby dotknąć jej nogawki, po czym odchrząkując z przełknięciem śliny.
To był moment, gdy do pewnego stopnia zorientował się, co robi, odwracając wzrok i przenosząc go na swoje rozpięte spodnie. Na podwiniętą koszulę i smętnie zwisający pasek. Na odsłonięte udo i ciało pokryte gęsią skórką, bo gdy już nie byli obok siebie, nie obdarzając się nawzajem ciepłem, chłodne podmuchy wiatru stały się dużo mniej przyjemne.
- To idiotyczne - stwierdził nagle, zupełnie ignorując słowa dotyczące powrotu do domu; zarówno własne jak i te wypowiedziane teraz przez Rinę. - Darujmy to sobie. Chcę wrócić do domu, nadrobić zaległą kąpiel i zrobić ci obiad... ...czy tam wczesną kolację. Możemy zjeść ją w łóżku albo na kanapie. Zapomnij o tym, co pierdolę. Miejmy te kilka dni - nie pytał, stwierdzał, powoli podnosząc się na rozkołysane nogi.

Koniec sesji