Secrets of London
[24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn (/showthread.php?tid=4364)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: [24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn - Laurent Prewett - 12.01.2025

Ukradłem tyle serc, że gdybym podszedł do jakiegoś stołu - jeszcze by mnie nakarmili. Byłby gotów się o to założyć. Przeszliby się przy stolikach, Flynn wskazałby dowolny i wybrał dzisiejsze wyzwanie. To byłaby niezła zabawa - przynajmniej on by się dobrze bawił. Flynn... chyba nie bardzo. Nie wiedział jeszcze, jak daleko sięgała zazdrość, o której wspominał już nie raz, ale nie chciał tego testować dla własnej zabawy, żeby jemu było gorzej. Przynajmniej nie chciał tego testować tu i teraz, w takich warunkach, gdzie jego idealny plan miał być wypełniony miłymi chwilami i zbudowaniem nowych wspomnień. Żeby potem mógł nazwać to miejsce nie swoim ulubionym miejscem... chociaż nie sądził, że będzie mógł je nazwać naszym ulubionym. To nic. Już będzie miał wspomnienia, kiedy będzie przekraczał ten próg. Lepsze niż w domu, kiedy czasem wchodził do łazienki i go wzdragało.

- Możesz pomarzyć, że mógłbym się zsunąć na kolana przy tobie... - Odparł zalotnie. Powędrował swoimi palcami w górę jego uda, ale zatrzymał się, zanim dotarł za daleko. Wcale nie chciał go niepotrzebnie drażnić, bo miał wrażenie... o zgrozo, był niemal pewny, że niewiele potrzeba było, żeby go na nowo nakręcić. Próba testowania jego zdrowia i siły może będzie wyzwaniem na jakiś zupełnie wolny dzień - sprawdzi, ile razy będzie w stanie go nakręcić. Ile razy krew spłynie między jego nogi i jak długo zajmie pozbieranie się, żeby znowu wyłożyć go na plecy. Kiedyś. Chociaż miał wrażenie, że sam nie dotrzyma tempa. Zdecydowanie lepiej myśleć o czymś takim, niż o... byłych. Wszystkich tych porażkach i tych nawet miłych chwilach. Ze wszystkich takich relacji całkiem niewiele przetrwało do dziś.

- Tak. - Odparł, przez chwilę wpatrując się w jego twarz. Motylki obudziły się do życia w jego brzuchu - nawet pomimo tego, że temat nie był przyjemny. To przez to, jak wyglądał. Owinięty tą łuną nocy... wśród tych świetlików. Och, jak bardzo chciałby go zobaczyć na plaży. W falach. Mokrego, z włosami całkowicie przykrywającymi twarz, bo dopiero się wynurzył. Zero doskonałości, układania wszystkiego... ale wszystko takie czyste. Uświęcone morską wodą. - Zakochałem się dwa razy. Z czego jedną osobistość znasz. - Niebezpośrednio, zdaje się... a może kiedyś stanął z Dante twarzą w twarz? Tak czy siak - znał. I wiedział, o co chodzi. O kogo. Drugi raz był początkiem ruiny jego życia. I to tego człowieka widział po drugiej stronie kanapy, kiedy tu usiedli. W końcu klub był podobny - loża, ciemno, tylko spojrzenia posyłane sobie zza drugiego krańca stołu... i wszystko na zmarnowanie. - Bardzo wiele serc zaniosłem w darze morzu. - Chciał znów złapać jego dłoń, ale jej wędrówka chyba służyła Flynnowi, więc mu w tym nie przeszkadzał. Mniej metafor, Laurent. Chyba mniej metafor... Jak to działało, że on nie lubił poezji, ale potem sam snuł tak poetyckie hasła, że sam by chyba na lepsze nie wpadł? - Mam na myśli to, że dobrze wychodziło innym kochanie mnie, a na odwrót - niekoniecznie. - Czasami zresztą reguły gry były zrozumiałe... ale tylko w bardzo nielicznych przypadkach. - Lubiłem ustawiać zasady gry. Relacji. Prawie wszyscy je w końcu przekraczali, bo chcieli więcej. - Kocham cię, Laurent. - Słyszał to naprawdę wiele razy i może to okrutne, ale na pewien sposób nie robiło to na nim takiego wrażenia w większości, jak powinno. Po Dante nic już nie było takie samo, a on zbudował wokół siebie całkiem solidny mur. Mur, który runął przez Kaydena Delacoura i wtedy wylało się wszystko, co za nim tkwiło. Całe bagno. Pytanie a ty dźwięczało mu w uszach i osiadło na krańcu języka, ale zamiast tego była wspominka o jego wyznaniu. Już tamtego dnia miał... tę zajawkę, żeby ze sobę skończyć - ale tego nie powiedział. Szukał tylko ostatniego pretekstu... Nie dostał go. Dostał tyle wyrozumiałości, że całkowicie go to wytrąciło z pantałyku. Nie chciał podtrzymywać ciszy, dlatego nie pozwolił jej trwać. Miał wrażenie, że tutaj Flynn poczułby się w niej nie tak komfortowo jak powinien. - Jest jedna historyjka, o tych, pozostanę dla wygody przy nazwie "ex", którą chciałem się z tobą podzielić, bo wiąże się z moimi podziękowaniami. Za tamtą kąpiel. - Zerknął na niego. - Całkiem świeżą, bo z... miesiąc temu. Pomijając całą... beznadziejność tej relacji to pewnego dnia czułem się bardzo źle, więc poszedłem do niego. Trochę się wypłakałem, wyżaliłem, że... wiesz, nie radzę sobie z relacjami i w zasadzie wszystko to i tak wszystko sprowadza się do seksu, potem jestem zbędny. Było milusio, pozwolił mi zostać - nie chciałem wracać do domu, bo... to było w dzień, kiedy pojawił się Dante. Zapewnił, że przecież tak nie jest, że przecież jestem istotny i że wcale wszystko się nie ogranicza do tego. Wiesz, do czego to zmierza? - Uśmiechnął się kącikiem warg, spoglądając z ukosa na twarz, na której nie było w tym mroku widać pierwszych rysujących się zmarszczek. - Poszedłem pod prysznic. A on poszedł za mną. - Więc... było za co dziękować. Zaczynał być wdzięczny zresztą za wiele rzeczy, bo ciągle miał w sobie to poczucie, że po prostu nikt nie jest w stanie z nim wytrzymać. Bo jest zbyt dziwny, bo jest uroczy i słodki tylko na krótki dystans, kiedy świetnie mu wychodzi rola aniołka. A potem przychodzi codzienność, wszystkie dziwactwa... komu to było potrzebne?




RE: [24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn - The Edge - 12.01.2025

Nie było pewnie tekstu, którego Crow nie pociągnąłby dalej, chyba że by go ktoś celowo zgniótł opierając się rękoma o największe kompleksy.

- Mógłbym? To będę. Może się nawet pomodlę z nadzieją na rewanż od boga. - Oh był w mówieniu tego bardzo powolny i precyzyjny, bo przecież te słowa niosły ze sobą wyjątkowo sprośny obraz napiętych, skórzanych spodni, kiedy klękał na drewnianej podłodze. Nie miał żadnego powodu aby nie uważać, że nie wyglądał w tej pozycji ślicznie - więc i Laurentowi musiała się podobać - bo można było położyć w niej rękę na miękkich, kręconych włosach i utonąć w dźwiękach wydawanych przez kogoś, kto lubił dawać przy tym ujmujący performance.

Kiedy dłoń Laurenta wspinała się w górę po jego udzie, Crow przesunął w dół rękę opartą na kanapie i delikatnie uszczypnął go w boczek. Zaraz po tym przesunął paluszkami po nim i luźniejszym materiale koszuli, żeby odłożyć ją tam, gdzie znajdowała się wcześniej. Za ciemno żeby dojrzał kelnerkę wystarczająco szybko. Za głośno żeby ją usłyszał. Zbyt wiele zapachów, żeby mógł skupić się na czymkolwiek innym niż perfumy Laurenta. Zbyt miło dla jego chłopaka, żeby rozważył zniszczenie mu tego miejsca przykrą sytuacją, skoro mogli zostać wyproszeni za samo siedzenie obok siebie. Za dużo wszystkiego, a przecież po powrocie do domu nic już pewnie nie będzie robił poza marszczeniem brwi, kiedy Crow znowu strzeli go gumką.

Ten dar dla morza w pierwszej chwili skojarzył mu się z paleniem konia i wysypywaniem jego prochów na plaży, dopiero później zaczął łączyć wątki. Kurwa, jeszcze tego mu brakowało, żeby składał swoich kochanków w ofierze falom. A później  jego jebnięty ojciec tuszowałby to „atakami Śmierciożerców”. Mimo wszystko zamiast przejmować się wymyślonymi historyjkami, Crow wolał skupić się na kolejnej opowieści. Okej, jeden to był Dante, albo Laurent bardzo chciał żeby tak myślał - jeszcze wczoraj nie spodziewałby się bycia zwodzonym w tym kierunku, ale dzisiaj przyznał mu się do chęci robienia tego chwilę po pytaniu mogącym zaważyć o losie ich relacji. Ten drugi? Idiota. Pewnie podobny jemu w jakimś stopniu, bo też przecież ciągle o tym myślał i nawet nie próbował tego ukrywać, ale posiadał w sobie jakieś przynajmniej minimalne wyczucie sytuacji.

- Mmm - napiłby się soku, ale w stresie otoczeniem rozważał zbyt wiele za i przeciw żeby sięgnąć po szklankę. Każdy niepotrzebny, niezrozumiały gest mógł ściągnąć z niego wszystko co na sobie miał, a on się już tak dobrze przygotował do występu. Dlaczego karnawał miałby się kończyć? Istniały dwie wersje tego człowieka mogące tu siedzieć - napięty i naburmuszony Crow, albo ten skubiący skórki do krwi i rozkładający się na boki w przerażeniu. Nie musiał zadawać żadnego pytania żeby wiedzieć, którego z nich preferował Laurent. - Okej, dwóch frajerów, którzy nie rozumieją słowa nie - podsumował ten wywód, demaskując tym samym, że obu wziął za tych, których Laurent kochał. Pierwszy to Dante, drugi to koleś od prysznica, tak? Oboje warci wywalenia ich do śmietnika. Z drugiej strony musiałby wskoczyć tam zaraz za nimi, bo słysząc to „nie” powstrzymał się ledwo, kiedy ostatki siły cudem przebiły się przez pijackie zamroczenie. Całkiem zabawne (tylko w jego głowie), jak głęboko się tym przejmował i jak mocno tym żył, kiedy to słowo nie znajdowało się w jego własnym słowniku. - Ale nie czaję za co mi dziękujesz?


RE: [24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn - Laurent Prewett - 12.01.2025

Uwielbiał tę sprośność tego człowieka. Te wszystkie piękne słówka wypowiedziane tego dnia miały o wiele większą siłę niż lęk przed przyszłością i zawód samym sobą. Och, jak fantastyczne było to doznanie. Eutierria. Miał okazję ją przeżyć, spoglądając na słońce i księżyc spotykające się w jednym punkcie, łączące się w jedno. Nieboziemia, czy niebopiekło - wszystko tam potrafiło się pomylić. Gdyby przeniósł tam ten seks - doświadczyłby tego? W jego głowie nagle stawało się naprawdę porównywalne. I tylko w myślach się ganił za swoją próżność i narcyzm, że te zdania opatulały jego duszę jak piękna kreacja ciała dam na czerwonych dywanach. Mógłby uszyć z nich kreacje, och... Nie potrzeba było dotyku, żeby przeżyć orgazm - więc jeśli ktoś zdolny był do uniesień samym słowem to był to właśnie Flynn.

Dostrzegał w sobie więcej oporów w tych uniesieniach niż kiedyś. Opory zrodzone z przykrych doświadczeń, które zapisały się w jego głowie i reagował teraz na nie... przynajmniej ostrzegawczo. Z dystansem. Z klęczeniem na ziemi miał całą listę obrazów, które by najchętniej usunął, a gdyby je zaczął pokazywać samemu sobie na tapecie to rozpłakałby się na nowo. Szkoda by było - chyba był na wyżynach swojego spokoju w ostatnich dniach. Bez żadnych płaczów, bez żadnych ataków, co najwyżej z ciężarem na klatce piersiowej chwilami. To chyba najdłuższa passa ostatnich miesięcy. Tak jak sam spokój tej rozmowy był ujmujący. Nie brał go za nic pewnego. Czuł się jakby stał na środku jeziora, a lód był wyjątkowo cienki. Tak cienki, że trzeszczał pod nim, a on z każdym kroczkiem prosił, żeby się nie załamał. By lodowata woda nie wciągnęła go w dół.

- Nie. - Poprawił go. - Ten drugi idiota... po prostu zniknął z mojego życia. On... to była pierwsza osoba, która nawet pytała, czy może mnie pocałować. - Zauroczył go swoją klasą, swoim urokiem, bystrością, komplementami, jakie plótł i spojrzeniami, jakie mu posyłał. Zauroczył go tym, jak patrzył tymi błyszczącymi oczami i zapytał, czy może go chociaż pocałować. Ten idiota. Po czasie Laurent dobrze wiedział, co się stało. Fontaine się stała. Było i tak za późno. - Dante i Kayden. - Nie wolno się kazać Flynnowi domyślać rzeczy. Robić gry słów. To było naprawdę trudne, bo był świadom, że u niego to była raczej norma komunikacji, kiedy o czymś opowiadał. - A ten z tej opowiastki... na pewno go kojarzysz. Philip Nott. - Chyba niektórych nazwisk nie kojarzyć się nie dało. - To jemu mój kuzyn złamał nos. - Bo o tym w sumie wspominał. O zgrozo, nie sądził, że w ogóle kiedykolwiek odważy się poruszyć ten temat z Flynnem... z kimkolwiek zresztą. Może z Victorią... tak, z nią jeszcze. Chociaż też nie do końca. - Podobno do trzech razy sztuka, więc... cieszę się, że uważasz się za szczęśliwca. - Teraz też zastawiał na siebie samego te pułapki. To musiał być jakiś masochizm. Chcieć żyć, ale jednocześnie chcieć sobie udowodnić, że każdy cię skrzywdzi, porzuci i nie nadajesz się do niczego. A jednocześnie być przekonanym, że jest wart czegoś więcej. Za za burdel... Chciał właściwie powiedzieć, że ma nadzieję, że nie będzie żałował - na szczęście to przemielił w swojej głowie. - Kiedy mówiłem o tym, że to się dzieje tak szybko... oba te przypadki sprawiły, że moje życie się całkowicie posypało. Nagle dzieje się między nami coś skrajnie dziwnego, negatyw aż trzęsie oknami, a potem się zjawiasz, nagle grzeczny, bo rzucił cię Alexander. - Skoro już i tak był na tym lodowisku to zdecydował się na nim nieco poślizgać. Jakoś w końcu i tak musiał dobrnąć do brzegu. - Zakochałem się, a moje zaufanie to ciągły gambling w głowie mówiący mi, że twoje słowa są takie same jak słowa innych - nie można im ufać. - I tutaj wchodziło to ale. Czasem fatalne - czasem pożądane. - Udowadniasz mi krok za krokiem, że się mylę. To dość nowe - raczej wygrywam w swoich zakładach co do ludzi. - Flynn był ogromną zagadką. - Nie chcę kalkulować w nadmiarze tego, co jest między nami... chcę to chłonąć. Wolałbym się nie dzielić tobą z tym drugim, ale trudno. Akceptuję to. Nie będę tego akceptował tylko wtedy, kiedy będziesz mnie okłamywał. - Trochę się starał dobrze dobierać słowa, ale nie miał pojęcia, jak mu to idzie. Brał Flynna mając właściwie całkiem klarowny obraz sytuacji. Nie miał mu czego zarzucić w tym temacie. Czy go to smuciło? Oczywiście, że tak.




RE: [24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn - The Edge - 12.01.2025

Okej. Trzech idiotów. Nawet nieszczególnie starał się precyzować w swojej głowie, dlaczego ten trzeci był idiotą - może zniknął, bo mu ktoś założył worek na łeb i go porwali - ale i tak zasłużył na to miano, bo gdyby go naprawdę kochał, to by się do niego wyczołgał z grobu, a jak go nie kochał, to dlaczego niby? Może był ślepy, głuchy i na morzu obcięli mu język? A tak całkowicie na poważnie - nie kojarzył go w ogóle. I dobrze. Bo Philipa Notta kojarzył, chociaż pewnie nie z tego, z czego powinien. Proces myślowy kiedy poszukiwał go w swojej głowie po pewnie go kojarzysz bardzo dobrze wybrzmiał na jego twarzy. Zmrużenie oczu - no bo pierwsze Philip Nott odbijające się z echem od ścian pustostanu w jego głowie nie przybliżył go od rozwiązania tej zagadki ani trochę. Później, wydawało mu się, że na końcu tego tunelu znajduje się światło i o dziwo nie jest to pociąg, ale jakoś nie umiał się tego doszukać, więc wyciągnął tę swoją długą szyję do góry w absurdalnym zamyśleniu. Jak można było wiedzieć tyle o świecie i nie skojarzyć od razu nazwiska celebryty? Ano z tego samego powodu, dlaczego nie jadł ciasta małym widelczykiem tylko ręką. Bo był cholernie uparty. W dupie miał zasady dobrego wychowania i w dupie miał Quidditcha - ale mieć w dupie to było zbyt mało, żeby ująć, to co czuł wobec tego sportu. Idiotyczne zasady sprawiły, że unikał przeglądów sportowych, o ile nie musiał dowiedzieć się więcej o konkretnej osobie. Potrzebowałby przez to jeszcze kilku sekund (bo bycie ignorantem nie sprzyjało widzeniu pewnych mord dosłownie wszędzie - nawet kiedy podróżowało się z bandą pajaców po całej Anglii), ale było takie jedno wydarzenie w lato. Kompletnie idiotyczne. Walka o honor siksy, która przyszła kiedyś do cyrku i kładła się na ziemię, prosząc o to, żeby mogła go malować. Debil kontra Debil2, ale nagle współczuł Debilowi2 przegranej (bo jak walczysz o honor siostry, remis jest jak przegrana!). Może gdyby jakaś Drętwota trafiła Philipowi Nottowi w jaja, ale tak konkretniej niż ciskał zaklęciami Louvain, to Laurent miałby teraz o jedno traumatyczne wspomnienie mniej?

Uśmiechnął się więc niemrawo na wspomnienie tego jakże popularnego imienia, ale nie podzielił się wyobrażeniem spontanicznej kastracji. Zamiast tego poprawił swoje usadowienie, zachęcając go do kontynuowania opowieści, chociaż tym razem przesunął wzrokiem po otoczeniu, po suficie, zastukał translokacyjnie o kanapę doszukując się tam gumowego ucha, całkowicie przekonany, że Laurent za swoimi plecami nie widzi delikatnych drgnięć jego dłoni. Zachęcał go, bo nie do końca już to pamiętał, a jak usłyszy to drugi raz, historia utrwali się we łbie, tak jak powinna. Niektóre rzeczy powtarzano w kółko nie bez powodu. Jak się czegoś nie spisało, to umykało zupełnie. I może nie powinno się tak faktycznie robić z traumami, ale jak się wygumkuje z głowy absolutnie wszystko, człowiek nigdy nie nabierze odpowiedniej ostrożności.

Reszty wypowiedzi wysłuchał w grobowej ciszy, z o wiele mniej wesołym spojrzeniem.

- Tak to widzisz? - Ależ to cierpko zabrzmiało - Że przyszedłem do ciebie inny, bo on mnie rzucił?

Jasne, że by to chciał przepisać na własne emocje, ale tak ciężko się to robiło. Jak w połowie przerwie mu kelnerka z jedzeniem, to pewnie nigdy tego nie dokończy. Gdyby chciał to przepisać na lepsze słowa, jednocześnie chowając głowę w piasek, gdyby chciał tym zmanipulować, musiałby się nad tym lepiej zastanowić. Bo to w jakiś sposób była prawda o tym, ale... Nie była nią do końca, prawda? W tym znajdowąlo się tak wiele zmiennych, tak wiele... nie pasowało do tego, co opuściło jego usta. Tak bardzo tego nie lubił. Uczucia pustki i osamotnienia w tym jak pojmował rzeczywistość, w wybieraniu z cudzych ust tego co najgorsze. I tego, że nie robił tego bez powodu, robił to półświadomie. To było jak kara. Za bycie tą przeklętą panią Bovary.


RE: [24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn - Laurent Prewett - 13.01.2025

Jak zwykle nie wiedział, czy Flynn go słucha, czy nie słucha. Jak zwykle nie wiedział, jakiej reakcji się spodziewać. Jakie emocje się pojawią i zostaną wyłożone na stół. Ten supełek splotu się w nim rozplątywał - zbieranie zębami fragmentów musiało działać, a czasami najlepiej działało e bezruchu i ciszy. Bo Laurent miał w końcu mnóstwo do powiedzenia, miał mnóstwo słów, które starał się skracać, żeby Flynn się nie gubił, ale och, no był pewien, że i tak dobrze mu to nie wyszło. Mógł bardzo skupiać się na przekazie i siedzieć napiętym, albo sobie peplać, co mu przejdzie przez myśli i czuć się swobodnie. Wykorzystywał malutkie wypośrodkowanie - bo się starał. Naprawdę próbował. Szkoda, że próby to za mało. Posiadanie jednak osoby, której możesz powiedzieć wszystko. Takiej, przy której nie boisz się aż tak konsekwencji. Gdzie on sam nie był laleczką z saskiej porcelany, a druga strona ślicznym soplem lodu zaglądającym do niego przez okno. Szronem na szybie, co fantazyjnością wzorów sprawiał, że błagał o możliwość jego dotknięcia. Dotknie - roztopi się. A gdyby dało się nie..?

- Gdyby cię nie rzucił, to byś do mnie nie przyszedł z takim nastawieniem. - Nie było zawahania w jego odpowiedzi. Może nie do końca "inny", ale jednocześnie tak... trochę w sumie inny? Ten sam Flynn, tylko dziwiący swoim... wszystkim. - Mylę się? - Odważył się, by patrzeć na jego twarz i w jego oczy. Tak, zabrzmiało to cierpko - na tyle, że Laurent umoczył te usta w winie drugi raz. Wolnym ruchem nieśpiesznym. Budowa muru obaw było tu bardzo proste - na nowo kładziemy każdą z cegieł, na nowo wypełnia wolną przestrzeń maź, która niby ma to wszystko trzymać. Nikt się nie przejmuje szlifem - to nigdy nie miało być ładne. Jeśli się skaleczysz - właściwie dobrze. Tak miało być. Twoja tarcza będzie twoją zgubą - nie zapominaj o tym. Za to pamiętaj o oddychaniu, bo przez moment Laurent wstrzymał oddech, na czym się przyłapał. I zadbał o to, żeby wziąć głębszy wdech, głębiej odetchnąć. - Znowu zbywałbyś moje pytania udając, że wcale tego nie robisz, burczał na mnie, a potem poczucie winy doprowadzałoby cię do wariactwa. - Mylę się? Wolałby się mylić. Jednocześnie miałby wielki problem z przyjęciem zaprzeczenia. Problem w uwierzenie w to zaprzeczenie.




RE: [24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn - The Edge - 13.01.2025

Oczywiście, że nie. Tak samo nie przyszedłby do niego taki jakim go zastał w swoim domu, gdyby mama nie porzuciła go na ulicy, gdyby się nie tułał tygodniami po ulicy, gdyby Bellowie nie zaciągnęli go od razu do pracy, gdyby nie zakochał się w wariatce, która mówiła mu, że go kocha, a później karała go, przypalając skórę papierosami. Byłby kompletnie innym człowiekiem. Nie przyszedłby do niego z takim nastawieniem. Więc nie mylił się. Oczywiście, że się nie mylił. A jednocześnie mylił się całkowicie. Jak?

Milczał długo. Kilka tych piekielnie długich sekund poświęconych na ucieknięcie spojrzeniem w bok, ale nie w jakiejś obawie. Crow się zwyczajnie zawiesił. Nieobecne spojrzenie utkwiło nie w jakimś konkretnym obiekcie, lecz w nicości - musiał te słowa i własne emocje jakoś przetrawić, a to nie przychodziło mu łatwo. Niestety nie potrafił jak gdyby nigdy nic wypluć z siebie czegoś takiego jeżeli nie flirtował, tylko poruszał jakieś głębokie tematy o tym jak działała natura ludzka... i ta jego, której się tak wstydził i próbował zakrywać ją kiedy tylko się dało.

- Nawet jeżeli nie - odparł wreszcie, znów przenosząc spojrzenie na jego oczy - nawet jeżeli istnieje tutaj jakaś obiektywna prawda i znajduje się w twoich rękach - w którą nie wierzył ani trochę - to zadajesz teraz złe pytanie. Takie, które cię pewnie dobija. Dałem ci do ręki fiolkę z Veritaserum, żebyś mógł zapytać o cokolwiek, ale nigdy nie zapytałeś o rzeczy, o których na pewno myślisz, skoro uważasz, że „nagle zrobiłem się grzeczny, bo on mnie rzucił”. Heh. A nie wiesz nawet, dlaczego się rozstaliśmy. Nie wiesz, co było ostatnim tematem naszej rozmowy. Nie wiesz, dlaczego było ich dwóch. Ani gdzie ten drugi teraz jest.

Puścił jego dłoń, żeby unieść swoją do góry i rzucić jej cień na okoliczną ściankę.

- Ten cień, to jest to, co widzisz. To jest to, co dopowiadam sobie, kiedy nie mówisz wprost. Kiedy bawisz się w obchodzenie tematu naokoło. - Przygryzł wargę, opuszczając rękę i kręcąc głową. - Znam to uczucie. Strach przed powiedzeniem czegoś wprost, bo wszystko może się skończyć. Nie chcę go czuć nigdy więcej. - A jednak wcale nie był z nim zawsze do końca szczery. Pewne zagadnienia... wciąż warto było zachować dla siebie.


RE: [24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn - Laurent Prewett - 13.01.2025

Och tak, wiele czynników składało się na to, że Flynn przyszedł, że robił te maślane oczka, że... pewnie było wiele rzeczy, których nie widział. Których nie był świadom. Zmuszał się do tego, żeby trzymać kontakt wzrokowy - niektóre odpowiedzi ukryte były nie w słowach... tylko jak czytać Flynna? Długo kontaktu wzrokowego nie utrzymał. Zaraz brązowe oczy mu gdzieś uciekły... gdzieś się schowały na bok. Miał reakcje podane na talerzu, a nadal nie wiedział, na co tak naprawdę patrzy. Dopóki znów nie miał okazji nawiązać z nim kontaktu. Wiedział, że to była cała sztuka - spojrzenia. Kontakt wzrokowy. Ile można było nimi przekazać, jak wiele emocji pochłonąć przez same oczy. Laurent nie stawiał wyżej muru. Był malutki, pierwsze cegiełki. Zatrzymał się, bo to przecież był środek pola. Tylko wiatr gościł między nimi, a jeśli Flynn zacznie krzyczeć - tylko zboża poznają jego złość, ból i bezradność. Wyimaginowana przestrzeń, bo tylko w niej sam Laurent mógł krzyczeć. Czy to ten moment, w którym znów było blisko do propozycji wychodzenia..? Nie. Nie trzeba było uciekać, kiedy druga strona nie konfrontowała się z tobą kłami i pazurami. To nie potwór, to tylko... albo "aż" - rozmowa. Powiedział mu już to - Flynn lubił udowadniać Laurentowi, że się mylił. To jest - pewnie nieświadomie, bo skąd mógł wiedzieć, na jak bardzo zepsutych trybach działał.

Ostatnie, czego się spodziewał, to tego, że usłysz od Flynna coś... takiego. W ogóle cała ta rozmowa i jej przeprowadzenie, te okoliczności, to miejsce... Cień tańczył na ścianie, ale zaraz go nie było. Tańczenie dookoła tematu, bo był problematyczny, bo mógł boleć - czasem nie wiedział, czy bardziej jego, czy drugą stronę. Porcelana. Oni obaj byli porcelaną na środku pola, gdzie Laurent budował swój idiotyczny mur. I przed kim się tu chronić? Przed czym? Sądził, że cały ten temat ich byłych to będzie eksploracja. Bombarda rzucona prosto w stado buchorożców. Myślał źle. Jeog brak zaufania stawał się tu rosnącym problemem. Jego strach... ten strach, o którym mówił Flynn. Temat skuteczniej układał do ziemie źdźbła trawy i kłosy zboża niż ten pełzający wszędzie wiatr. Rzucał te cienie - bo cień ręki Flynna teraz układał się na podobieństwo cieni drzew. Sprawiał, że na czole Laurenta rodziło się malutkie pole marsowe od ściągniętych brwi.

- Minęło ze 20 dni. Co sprawia... - Przerwał, bo kelnerka przyszła z zamówieniem. Odsunął się od Flynna - ale nie gwałtownie przez widok kobiety, a by usiąść normalnie i mieć większą przestrzeń. Nie zatrzymywał kobiety, kiedy już złożyła zamówienie, zapewniła, że gdyby czegoś potrzebowali to jest i życzyła smacznego. Nie - po talerzu Laurenta nic dosłownie nie chodziło, bo nie było tam żywych stworzeń. Za to ośmiorniczki nieco ruszały swoimi mackami. - ... co sprawiło, że twoja rzeczywistość przewraca się na tyle do góry nogami i jesteśmy dziś tu. Co zaszło między tobą i Alexandrem. - Dobrze. Laurentowi łatwo przychodziło się zbroić w takich warunkach - jednak mur. Ale nie taki, który miał coś otaczać, który miał coś zamykać, albo zamykać jego. To był taki mur, o który mógł się oprzeć plecami.




RE: [24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn - The Edge - 13.01.2025

Cisza.

Znów szum w jego głowie, delikatne drgnięcia interpretowane jako nuty, stały się głośniejsze niż cokolwiek innego wokół. Słyszał siebie, Laurenta i swoje skołatane myśli. To był ten stan, z którego łatwo było zaciągnąć go w złe miejsce. W to, w którym reagował agresją, gniewem, albo kompletnym zamknięciem się w sobie. I było to widać - w rozbieganym spojrzeniu, czuć - bo ręka mu drgała, słychać - bo but zaczął wystukiwać rytm.

Kelnerka postawiła na stole talerz z tym smutnym obrazkiem, a on się tym do końca nie przejął. Niby przemknęło mu to przez głowę - że bardziej niż obrzydliwe to było smutne - bo to chyba było żywe i być może cierpiało tu przed nim, a on już nic z tym nie zrobi, bo ktoś pociął to nożem. Strasznie głupie. Z niemrawą miną wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów, pokazał jej, poczekał na skinięcie głową. Wsadził sobie tego papierosa do ust z nadzieją, że siwy dym go chociaż trochę zasłoni. Nie będzie się już czuł taki goły w obliczu tego, co mówił Alexandrowi w dniu, w którym został wyrzucony z wozu okupowanego przez trzy ostatnie lata. Mógł być dziwką, mógł być kurwą i szmatą, ale nigdy go nie zapomni. Że będzie cierpiał z tej miłości i żałował pozbycia się go ze swojego życia każdego pierdolonego dnia. Że nie znajdzie nikogo lepszego niż on, z nikim życie nie będzie smakowało tak samo. I miał rację. Jego brat siedział tam gdzieś, liczył te swoje rachunki i pewnie myślał o nim co jakiś czas, bo druga strona łóżka była zimna i pusta - ręka obejmująca go przez te wszystkie dni, teraz była oferowana komuś innemu.

- Nie minęło dwadzieścia dni - poprawił go od razu. - Może dla ciebie minęło dwadzieścia dni. - On sam nawet ich nie liczył. Zaciągnął się dymem, wlepiając wzrok w talerz. - Dla mnie minęło trzydzieści lat. Połowę z nich spędziłem poza jego zasięgiem, a kiedy wróciłem nie byłem już człowiekiem, którego znał. Złożyłem mu obietnicę, będąc kimś, za kim tęsknił i próbowałem jej dotrzymać, ale wiesz co, Laurent? - Oderwał się od tej ośmiornicy, zamiast tego zamknął oczy i przetarł je palcami, opierając się łokciem o kanapę. - Jedynym co tym osiągnąłem, było pokazanie mu, że czas poza tym cyrkiem leci do przodu. Że jest człowiek, który rozumie mnie lepiej niż on i lubię opowiadać mu o sobie. Że dziwka ze Ścieżek wie o mnie więcej niż on. I może... - Otworzył je, pozwalając spojrzeniu przystosować się do tego dziwnego światła, nim spróbował odszukać oczu Laurenta, o ile ten w ogóle spoglądał w jego kierunku.

Może to brzmi źle, ale to nie jest historia o tobie.

I dobrze, że to nie była historia o nim. Że to były jakieś odrębne rzeczywistości. Że to jak był nazywany kimś niewartym miłości i poświęcenia, kimś żałosnym, niepotrafiącym kochać, to coś za jego plecami. Mówiono mu, że był zdrajcą, bo myślał o kimś innym, ale jednocześnie nikt nie dawał mu prawa dzielenia się tym, co czuł do Alexandra ze swoimi przyjaciółmi. Chuj z nim, naprawdę.

- Mhmm... Możesz mi powiedzieć, w jaki sposób niby to miało mnie zmienić na lepsze? Ostatnie miesiące naszego życia to były wieczne kłótnie, wyzwiska, szarpaniny. Wyjebał mnie na bruk jeszcze przed Lammas. Ludzie nie nabierają od tego łagodności, tylko strachu. - Pokręcił głową. - Pojawiałem się przez niego to co najwyżej najebany po kolejnej napierdalance. Po którejś zwyczajnie przestałem się starać. Widzisz mnie innym, bo obiecałeś mi życie, którego chciałem, a ja podjąłem decyzję. - Dokonał wyboru.


RE: [24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn - Laurent Prewett - 13.01.2025

Trzydzieści... lat? Znów zmarszczył brwi. Tak - patrzył ciągle na Flynna. Oderwał od niego spojrzenie ledwo na moment, w którym pojawiła się kelnerka i trzeba było się przez moment zainteresować tym, co się dzieje na stole. Czy był głodny? Oj tak, czuł głód, ale ten głód zupełnie odlatywał w obliczu podjętego tematu. Tak samo jak jego wielka ochota na te wijące się ośmiorniczki i stworzonka z oczkami patrzące z talerza. Nic na to nie poradził - nawet jak na początku trudno mu było samemu na to patrzeć - tak bardzo kochał ten smak, że w końcu i widok przestał być problemem. Równie martwe oczy potrafił mieć Flynn. Były niby żywe, ale to życie było wegetacją, kiedy tracił siebie samego na jego własnej kanapie, odcięty zmysłami i myślami od rzeczywistości przez narkotyki. To było wtedy. Teraz najwięcej, co przy nim widział, to szklanka alkoholu dla kurażu - w tak małej ilości, że nawet okiem nie mrugnął. To była ta zmiana. Z kogoś, kto buczał na niego, obrażał go, nie chciał z nim rozmawiać, ćpał i pił, unikał go nawet... na to. Tą osobę, którą widział. To nie była mała zmiana, to było jak przedstawienie zupełnie nowej osoby. A jednak nie. Jednak to wszystko tworzyło Fleamonta Bella.

Oczy Laurenta, jasne, lśniły dokładnie tak samo jak lśnią fale, kiedy dotykają je promienie słońca. Tutaj kontrast był większy - bo cienie wokół sprawiały, że świetliki i te lampki grały w nich wyraźniejszymi refleksami. Prawie tak, jakby można było spoglądać na prawdziwe, poruszające się fale. Dwa zaczarowane szkiełka - nie martwe. Smutne, ale nie martwe. Teraz bardzo skupione na Flynnie - bez żadnego gniewu, bez żadnych wyrzutów. Przez moment myślał, że powinien ten wzrok odwrócić, ale zamiast tego przysunął się do niego na nowo i ułożył znów dłoń na jego udzie. Tym razem nie było w tym jednak żadnego podtekstu. Teraz dopiero Flynn wydawał mu się być z porcelany. Brzydkiej, starej, popękanej - bo po przejściach. Dla Laurenta był wazą posklejaną złotem.

- Nie chciałem sugerować, że zmieniło cię na lepsze. - Chyba tak to wypadło... - Dla mnie to był suchy fakt czekający na dopowiedzenie historii. Stałeś się inny. Gdyby nie to rozstanie... nie przepadam za gdybaniem. - Przynajmniej nie w takich chwilach i rozmowach. Poprawił tutaj samego siebie. - Pomógłbym ci niezależnie od tego, czy chciałbyś... jakkolwiek to życie ze mną dzielić. - To też był fakt. - Nie pytałem o to, o nich, przy veritaserum z różnych powodów. Przede wszystkim dlatego, że to dla mnie nie było najbardziej istotne. Już mi powiedziałeś, że między tobą i Alexandrem, przez przemoc, zakończył się wątek i że jest ciągle ktoś drugi. A ja nie byłem gotowy w tamtym momencie na odpowiedzi na ich temat. Wiąże się to też z drugim zagadnieniem. Pytałeś, czemu dziękuję. Ponieważ pozwoliłeś mi chociaż trochę odbudować wiarę w ludzi. Pozwoliłeś mi... zaufać sobie. - A dla niego to było bardzo ważne. Pozwolił przez moment wybrzmieć ciszy, nim kontynuował. - A ten drugi?




RE: [24.08.1972] Flawless | Laurent & Flynn - The Edge - 13.01.2025

Niby nie chciał, ale przecież to było gdzieś w tym zawarte. Jakby to rozstanie miało przynieść zmianę, która pozwoliła im na otworzenie się na siebie. Ale to przecież nie była prawda. Nie otworzyło go to rozstanie. Otworzył go szok... Szok bliskości, szok związany z delikatnością dłoni przesuwającej się po jego ciele, kiedy całe jego pieprzone życie było szorstkie. Tyle przykrych, męczących lat, kiedy każdy tobą poniewiera i powoli uzbrajasz się w cierpliwość do takich rzeczy. Zaczynasz to rozumieć. Wybaczasz. Dopiero po czasie okazuje się, że to nigdy nie działa. Ta kobieta cię zwyczajnie nie kocha, wolała te swoje czarnomagiczne farmazony od twojego szczęścia, a ty wyniosłeś z tego blizny po jej gniewie i nie wiedziałeś już, czy mogłeś cieszyć się rzeczami, które razem robiliście. Trzecie uderzenie w twarz nie było już wypadkiem, ani błędem, tylko zasadą. Kłamstwa miały krótkie nogi, a kiedy próbowałeś budować wokół nich życie, prędzej czy później zaczynałeś czuć się jak w klatce. Może... może jednak kiedy zaczyna cię coś boleć, powinieneś powiedzieć nie. Może pragnienie mówienia innym o tym, że się kogoś kochało, to nie była głupia zachcianka, tylko podstawa ludzkiej egzystencji.

Nie zliczyłby, ile razy odtrącił kogoś, kto był dla niego dobry. Kto był dla niego delikatny. Dlaczego miał zrobić to znowu? Zaprzepaścić szansę na związanie się z kimś wiedzącym o najgorszym chujostwie, jakie zrobił, a i tak potrafił traktować go czule. Nie robić krzywych min. Szukać wymówek dla zachowania, którego nie dało się wytłumaczyć. Ktoś dla kogo nie będzie jedynie brudnym sekretem burzącym idealny porządek, ani dobudówką do życia, chociaż do niego kompletnie nie pasował.

Zaufać sobie?

W czym, bo na pewno nie w guście do partnerów. Alexander mógł go bić, ale miał rację. Łachudrą był i mendą, nie zasłużył sobie na cios w twarz, ale na wyrzucenie go z tego wozu na pewno. Prewett jeszcze nie miał okazji przekonać się, w jaki sposób kłócił się Crow, a to przecież... było najlepsze z jego widowisk. Layla nie pozbierała się chyba do dzisiaj.

- Wierzysz w to... połączenie dusz? - Zapytał w odpowiedzi. - Nie w to, że nas łączą jakieś nitki - chociaż w to też, szczególnie w kontekście Caina - tylko w to, że czasami ludzie rodzą się bardzo blisko siebie. Jakbyśmy nie byli ludźmi, tylko wytworem czyjejś wyobraźni i ktoś napisał nas dokładnie tak, krok po kroku, żebyśmy byli obok siebie i rozumieli się nawzajem, dopełniali się w jakiś dziwny sposób, którego nie da się wytłumaczyć. Gdybym w to wierzył, dla mnie to byłby on. Ktoś, kto mnie rozumie dogłębnie i cały czas mnie okłamuje, że wszystko jest w porządku, bo dobrze wie, jak bardzo dopierdoli mi prawda o tym, że byłby szczęśliwszy beze mnie. - Zamilkł na moment. Nie zaciągał się już, jedynie wpatrywał się w tego papierosa w zamyśleniu. - Przypadkiem... rozjebałem mu życie. - Przypadkiem celowo wcisnął mu język w gardło z pełną świadomością, że robi mu krzywdę.