Secrets of London
[26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria (/showthread.php?tid=4371)

Strony: 1 2 3 4


RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 14.02.2025

Czy nic im nie jest. Nie było, tak? Trochę obicia i bólu jeszcze nie zabiło dotąd dwójki wampirów, a w przypadku TEJ dwójki nie było zniechęcenia tym bardziej. Och, no przecież każdy kolejny ruch był wręcz zaproszeniem! Przywal mu mocniej. Skuteczniej. Oddaj! Nie możesz przecież leżeć, ani nie możesz stać, kiedy twój przeciwnik miał się lepiej od ciebie! Sauriel nie wiedział, co to za skurwysyństwo, ale chociaż miał zwyczaj nadstawiania jednego policzka, to nie miał w zwyczaju puszczania każdego kolejnego. Wróćmy więc do wielkiego pytania.

Nic wam nie jest?

Było, było im wszystko. Sauriel mógł nie czuć krwi, a mimo to czerwienią zalewało mu oczy. Ktoś mądry powiedziałby, że te problemy z agresją to źle działające hormony, ci empatyczni, że pewnie miał ciężko w życiu, a taki Astaroth powiedziałby, że jest zwyczajnie pierdolnięty. I wiecie co? Każdy miałby rację!

Nie odpowiedział na pytanie Victorii, chociaż je słyszał. Odpowiedział na nie drugi wampir rozwalony na łopatkach, który chciał go pociągnąć tam za sobą. Oj nie, nie... Wcale nie zamierzał leżeć obok Astarotha na ziemi. Cofnął nogę, żeby uniknąć rąk mężczyzny, a potem zrobił go z powrotem - tylko teraz już nie przydeptywał ręki wampira. Teraz wymierzył solidne kopnięcie buciorem w jego podbródek.

jebnie?
[roll=PO]
Nie omieszkał poprawić - tak, żeby już na pewno się młodzikowi odechciało wierzgania, ale nieprzyjemny odgłos spotkania szczęki z ciężkim buciorem został zastąpiony głośnym tupnięciem, kiedy Astaroth się odsunął.
drugi raz też?
[roll=PO]

Dobrze, że Victoria została za tą ścianą. Widoki miała przepiękne - dokładny wgląd na to, czemu tak wielu brygadzistów i aurorów nie radziła sobie na Nocturnie, a co dopiero na Ścieżkach. Nie było czegoś takiego jak fair play. Wszystko było bronią, a zaklęciami ciężko miotać, kiedy ktoś wyciera twoją mordą zaszczane chodniki. Może to był ten moment, kiedy ściana powinna się pojawić między nimi. Może - bo Sauriel znów spróbował się od Astarotha odsunąć. Mimo tego, że bardzo chciał zmiażdżyć mu czaszkę.




RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 14.02.2025

Wiedziała, że to ich nie zabije – że mogą się tak okładać, będzie ich bolało, ale na tym się zakończy jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Samo to, że boli – nie chciała tego, rzecz jasna, dla żadnego z nich i było to okropne (nawet w powiedzeniu, że przynajmniej czują… że żyją), ale kiedy wygłodniały, niepanujący nad sobą pisklak rzucał się do krwi, to nie było innego rozwiązania, jak spacyfikowanie go i zmuszenie do wypicia eliksiru. Przecież nie po to, by faktycznie sponiewierać Astarotha, a by wyciągnąć tyle danych ile się da – a wszystko po to, by lepiej mu się żyło. Lestrange naprawdę wierzyła w to całym swoim sercem. Nie była adwokatem niepotrzebnej przemocy. Agresja jednak rodziła agresję. Pierwszy cios wykonał przecież Astaroth, a później to już… poleciało falą, potrzeba było samokontroli, by się zatrzymać, co nie było takie proste, bo wyglądało na to, że żaden z nich… nie chce dać za wygraną. Ewidentnie cierpiała na tym męska duma.

Nie jest w porządku zakołatało jej w głowie. Ciemnooka ściągnęła brwi, niezadowolona, że coś szło nie po jej myśli. Astaroth się odezwał z sensem, odpowiedział na pytanie, był wiec to pewien mały sukces, ale słowa, które padły, jej nie zadowoliły. Eliksir źle działał? Czy może to drugie – sprali się tak mocno, że go bolało? To nie miało tak wyglądać i jednocześnie nie mogło wyglądać inaczej, co też zarysowywało dumę, ale tym razem tą damską, dumę naukowca i kogoś, kto w zasadzie nie lubił przegrywać. Victoria przygryzła wargi, zamarła w miejscu, nie wiedząc, co właściwie teraz zrobić, potrzebowała chwili, by ułożyć sobie plan, ale mężcyzźni nie chcieli dać jej tych sekund, bo Astaroth znowu rzucił się na Sauriela, ten mu odpowiedział, nawet drgnęła, słysząc z-a-j-e-b-i-ś-c-i-e nieprzyjemny odgłos… Tak. To były brudne zagrywki, które już kiedyś widziała w wykonaniu Sauriela, ale wtedy była zajęta innymi przeciwnikami, a nie analizą tego, jak on się porusza, a teraz miała to jak na dłoni. To było coś, czego Ministerstwo nie mogło robić… niby. Ich obowiązywały zasady fair play, ale jak wiadomo – kto się nie dopasowuje, ten ginie.

Tak jak zginął Cain, prawda? Ten cichy głosik odezwał się w jej głowie, zadrapał o ściany jej umysłu i kobieta aż warknęła, chociaż żaden z wampirów nie mógł wiedzieć, że nie do nich, a do siebie. Cain nie potrafił się dopasować do otaczającej go rzeczywistości i…

Pokręciła głową, chcąc odgonić te myśli, niechcianych gości, na których odwiedziny nie miała czasu ani ochoty.

– Ogarnijcie się! – wyrzuciła, ale tym razem do nich, ewidentnie zirytowana, a Victoria wcale nie tak szybko traciła cierpliwość. Ale to nie miało się skończyć, co? Uniosła różdżkę.

Pewnie najłatwiej byłoby rzucić zaklęcie na Sauriela, złapać go linami, powstrzymać go jakoś, ale… Victoria wcale nie chciała na niego rzucać zaklęć. To były jej własne opory, jej własne zasady, jak to, że obiecała sobie, że nigdy, przenigdy, nie będzie się go bała. Tak samo nie chciała podnosić na niego różdżkę. Zamiast tego chciała wyczarować tarczę pomiędzy Astarothem a Saurielem, by zablokować cios tak jednego, jak i drugiego.


Kształtowanie – tarcza pomiędzy wampirkami
[roll=PO]

– Uspokójcie się! – krzyknęła, gotowa poprawić to zaklęcie, bo choć wyszło, to czuła, że magia nie związała zbyt dobrze, być może przeszkadzała jej ta ściana, której na razie nie chciała rozpraszać, póki dwójka samców ewidentnie miała uderzenie testosteronu i adrenaliny do głowy. Spróbowała więc poprawić zaklęcie i wzmocnić tarczę.


Kształtowanie – druga próba, żeby zniechęcić ich do ataku
[roll=PO]

Usłyszała jeszcze tylko, że eliksir zadziałał i była to pewna ulga, ale póki co trzeba było rozdzielić tych kogucików.

– Już? Wyjaśniliście sobie pięściami wszystko, czego nie umieliście słowami? – bo ewidentnie było coś pomiędzy nimi, coś rozpoczętego i niewyjaśnionego, do czego nie miała dostępu, bo żaden nie spowiadał się z tego, jak przebiegło ich spotkanie sam na sam.




RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Astaroth Yaxley - 15.02.2025

Dobra, jednak zaparło mi dech w piersi, ale to raczej z przyzwyczajenia. Nie mogłem inaczej zareagować na to mocne kopnięcie w wykonaniu Sauriela. Głowa odleciała mi w bok. Dziwiłem się, że jeszcze mi nie odpadła od reszty ciała. Powinienem ujrzeć gwiazdy. Powinienem cierpieć mocno, ale zamiast tego zalewała mnie jedynie coraz większa wściekłość.
Tyle że przeginaliśmy, o czym dała sobie znać Victoria i ta ściana... Kolejna w jej wykonaniu. Może to dobrze, że postanowiła zainterweniować, bo krwawiłem już mocno. Czułem zapach własnej krwi, który napawał mnie raczej obrzydzeniem niż wampirzą euforią. I nawet gdybym nie miał w sobie eliksiru Victorii, to wciąż nie jarałbym się tym zniekształconym smrodem. Pachniała jak krew, ale inaczej. Niezbyt smacznie.
Opadłem na deski piwnicy. Nie miałem ochoty wstawać, szczególnie że nie mogłem oddać Saurielowi. Teraz, kiedy nie byłem owładnięty szałem głodu, widziałem przeźroczyste ściany Victorii. Głupi ja. Ale dobrze, że stało się tak, jak się stało. Byłoby ze mną gorzej, gdybym jednak dorwał się do niej. Nawet nie chciałem myśleć, w jaki sposób mogło zakończyć się to spotkanie.
A Sauriel... Zmierzyłem go nienawistnym spojrzeniem. Był wszystkim tym, czym nie chciałem się stać. Wiedziałem, że najrozważniej było odpocząć i na równych nogach stawić mu czoła. Bo to, że kiedyś go zajebię, było nie do odwołania, więcej niż pewne. Rozpruję go jak zwierzę.
- Myślę, że temat ten zostawię na inny czas - pomyślałem głośno, uśmiechając się z satysfakcją. Czary, że miałem jeszcze wszystkie zęby. Nawet przesunąłem po nich zębami, upewniając się, czy nie było żadnych ubytków. Nie na długo też cwaniaczyłem, bo mi się przypomniało, że obiecałem coś Victorii. I to na piśmie. W liście. Tyle z mojej obietnicy...
Podniosłem się do pozycji siedzącej, przecierając twarz w ekran, po czym podniosłem spojrzenie na Victorię. Pełne żalu spojrzenie, bo chociaż cieszyłem się, że dałem Rookwoodowi trochę w kość, to jednak obietnica to obietnica.
- Przepraszam - odparłem do niej z pełną szczerością, po czym postanowiłem jej zadośćuczynić jak tylko mogłem te niedogodności, a to mogłem uczynić tylko w jeden sposób. Dając jej robić to, co lubiła najwyraźniej najbardziej - badać, eksperymentować i obserwować.
- Po tym eliksirze... Poczułem gwałtowną zmianę - zacząłem. Spuściłem spojrzenie na podłogę, drapiąc się po karku. Nie byłem dobry w naukowym bełkocie. Te wszystkie książki, które próbowałem czytać o wampirach mnie cholernie nudziły. - Przestałem pragnąć tak szybko, że to było... Nic właściwie nie było - przyznałem zakłopotany, przypominając sobie to coś. Pustkę. Wszechogarniającą pustkę. Pustkę, która mnie przygniatała od środka.
Nasuwało mi się pytanie, kim byłem bez pragnienia? Ani żywym, ani wampirem. Więc kim? Albo czym? Po prostu trupem...?


RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 16.02.2025

Było coś nieznośnie frustrującego w tym, kiedy ktoś próbował się wtrącać w porachunki, które miało się osobiście do wyrównania. I to byłoby nieznośnie frustrujące - irytujące, wkurwiające, gdyby nie to, że naprawdę nie chciał tutaj przesuwać tego konfliktu dalej. Och, to znaczy - chciał. Nie był jednak zwierzęciem, żeby ulegać każdemu kaprysowi, jakiemu poddawała go natura. W pierwszej chwili więc chciał wyciągnąć różdżkę i walczyć z tarczą, która się tutaj wymalowała, ale zatrzymało się dokładnie na tym - sięgnięciu po nią. Wyciągnął ją ze swojej kieszeni... i zatrzymał się. Wsunął ją z powrotem, uświadamiając sobie, że w zasadzie i tak dokładnie nad tym myślał - tarczy, albo związaniu jakoś tego niepokornego wampira, żeby przestał się tak wierzgać jak nienormalny. Przegranie bolało, co? Jasne, zawsze tych wszystkich samczyków piekła dupa. Ciężko się przyznać do porażki. Tak jakby było o co walczyć. Duma, honor - bzdurne wartości. Kierowanie się nimi i widok czegoś takiego napawało go tylko wstrętem. Prawdziwym mężczyznom nie było się dlatego, że wierzgałeś, bo nie potrafiłeś przyznać się do porażki. Prawdziwym mężczyznom czyniła cię chwila, kiedy potrafiłeś przyznać, że przegrałeś i wstawałeś pomimo tego. Był jednak przyzwyczajony do tego, że pojęcie prawdziwego mężczyzny odbiegało od standardów, jakie wyznaczył sobie on. Moze dlatego tak mu przypadł do gustu Erik?

Spojrzał w kierunku Victorii. Była cała i zdrowa. Teraz mógł to zrobić, kiedy kolejna bezpieczna bariera pojawiła się w powietrzu. Dlatego właśnie nie miał obaw przed tym, że sobie poradzą. Mógł na Victorię liczyć, ona mogła liczyć na niego. Zdawał sobie sprawę, że czasami był nadmiernie protekcyjny wobec niej, ale szanował jej zdolności. Nie miał powodów, żeby w nią wątpić - pokazywał mu to całą sobą na każdym kroku. Skinął lekko w jej kierunku głową, ale daleko temu było do "porządku". Buzowała w nim ciągle agresja, która musiała zadowolić się samą sobą. Pożarciem samej siebie. Daleko tu do domu i nie miała ona efektywnego ujścia.

Kiedy tylko Astaroth się poruszył i wstał, od razu obrócił głowę w jego kierunku. Nawet trochę nie rozluźnił mięśni - dopiero teraz zaczął. Kiedy ruchy wampira stały się wolniejsze i spokojniejsze. Więc? Zadziałało. Tak, chyba zadziałało. Ten eliksir się znaczy. Nie bardzo rozumiał, za co i kogo teraz Astaroth przepraszał, bo jedyną osobą, której narobił problemów, to był on - Sauriel. A wydawało mu się, że jednak przeprasza Victorię. Nie odpowiedział ani na pytanie Victorii, ani na groźno-obietnicę Astarotha, bo co tu było do dopowiedzenia? Skoro nie miał dość - proszę bardzo. Przecież nikomu nie odmawiał powtórki z wpierdolu. Fakt był jednak taki, że Astaroth go zmusił do wyjścia z siebie, żeby nad nim zapanować i mogłoby to o wiele groźniej wyglądać, gdyby nie był taki skupiony na Victorii. Doceniał dobre wyzwanie. W tym wypadku jednak docenienia nie było - tutaj stawka toczyła się o bezpieczeństwo Victorii.

Oparł się w milczeniu plecami o ścianę i zaplótł ręce na klatce piersiowej. Zgiął jedną nogę w kolanie.




RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 16.02.2025

Patrzyła to na jednego, to na drugiego. Najwyraźniej ta tarcza pomiędzy nimi zadziałała odpowiedni – tak magicznie, jak i psychologicznie, bo żaden już nie rzucił się na drugiego. Było jak konieczna bariera pomiędzy nimi? Element w układance, który kazał się zatrzymać i zastanowić, co najlepszego wyprawiają? Nic się jednak nie stało, Astaroth leżał na zimnej posadzce i tylko rzucał pełne nienawiści spojrzenie do Sauriela, który nic sobie z tego nie robił. Byli jak mały kociak i starszy kot, który właśnie dał w czambo maluchowi, za zbytnie wierzganie, a wierzcie mi, znała to z pierwszej ręki: mała czarna Luna co chwila w ten sposób zaczepiała Błękitnego Kwiatuszka (które chyba uciekły spod drzwi, za dużo nieprzyjemnych hałasów stąd musiało docierać).

Głośniej wypuściła powietrze – cokolwiek działo się pomiędzy Astarothem a Saurielem, nie rozumiała tego, to musiały być jakieś samcze walki o teren, czy cholera wie co. Zmarszczyła więc tylko brwi, ale wyłapała też spojrzenie Sauriela, które jej rzucił. W odpowiedzi nieznacznie uniosła kąciki ust – nic jej nie było. Całą akcję stała sobie bezpiecznie za zajebiście wytrzymałą ścianą własnego autorstwa i patrzyła sobie na nich, jak walczą w bardzo kontrolowanych warunkach. Mogła z pierwszej ręki i całkiem bezpiecznie obserwować, jak wygląda szał nienasyconego głodu. Nie przeszkadzało jej, że Sauriel tak protekcjonalnie ją czasami traktuje – owszem, umiała o siebie zadbać, ale to nie było przecież nic złego martwić się o bliską osobę, albo chcieć ją ochronić, tak? Ona przecież robiła w stosunku do niego dokładnie to samo, kiedy mogła, a wiedziała doskonale, że Czarny Kot umiał o siebie zadbać.

Ale co było z Astarothem? Czy i on umiał? Nie chciała go teraz zostawiać samemu sobie.

– Za co przepraszasz? – ryzyko było wkalkulowane w całą akcję i Victoria liczyła się z tym od samiutkiego początku. Brała to wszystko pod uwagę, dlatego poprosiła Sauriela, by był tutaj dzisiaj z nimi – właśnie na taką okazję. Ufała w jego zdolności. Pokładała w nim wiarę. A Astarothowi bardzo chciała pomóc, niestety bez prób i błędów nie dało się tego osiągnąć.

Słuchała go, ale sama podeszła do jednego z regałów, które miała po swojej stronie wytworzonej ścianki i sięgnęła po eliksir wiggenowy, po czym wypiła go duszkiem, ignorując na razie wampiry w klateczce za ścianą. Po czym sięgnęła po jeszcze jedną fiolkę, by kilka kropel wylać sobie bezpośrednio na ranę, którą sama sobie zadała. Później wsmaruje sobie w to maść, ale póki co musiało wystarczyć. Dotknęła znowu swoją różdżkę i machnęła nią, chcąc rozproszyć zaklęcie, które sama rzuciła.

– Możesz wstać? – zapytała leżącego na ziemi Astarotha. – Siadaj – wskazała brodą na fotel, który zajmował do niedawna. Oczywiście, jeśli nie był w stanie się podnieść, albo zaczęłoby mu się kręcić w głowie, to by go zatrzymała. Sięgnęła po jeszcze dwie fiolki eliksiru wiggenowego i zbliżyła się do Yaxleya, bo on wyglądał znacznie gorzej. Sauriel sprał go na kwaśne jabłko. – To eliksir wiggenowy, zrobi ci się lepiej – jeśli potrzebował pomocy w wypiciu tego, to mogła mu pomóc. Podała mu jedną fiolkę. Drugą wręczyła Saurielowi, na moment dając trochę przestrzeni Astarothowi. – Ty też – dodała i szybko omiotła Rookwooda spojrzeniem, notując jego siniaki. Tak, jasne, już to wiele razy słyszała – nic mu nie będzie. Ale to, że nic mu nie będzie, nie znaczyło, ze go nie boli. To samo tyczyło się Aska. – Sprawdzę teraz twoje reakcje oczu, dobra? Chcę mieć pewność, że nic złego się nie dzieje. Czujesz się dobrze, poza tym nagłym uczuciem… niczego? – wróciła do blondyna i trochę się nad nim nachyliła. Krew już jej nie leciała z rany na ręce, za to miała zaschniętą na nadgarstku. – Teraz już dokładnie wiem, z czym się mierzymy, ale dobrze wiedzieć, że w razie wypadku ten eliksir działa nawet w trakcie tego szału. U ciebie też to tak wyglądało? – odwróciła się na moment, spoglądając na Sauriela.




RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Astaroth Yaxley - 17.02.2025

- Za to, że dałem się ponieść niechęci do Sauriela - odparłem w odpowiedzi, nie patrząc na wampira. Nie zamierzałem widzieć satysfakcji na jego mordzie, właściwie to niczego nie chciałem na niej widzieć, więc lepiej było go po prostu olewać. Może najlepiej udawać, że go tu wcale nie było. - I za atak... Zaskoczyło mnie to, nie byłem przygotowany na tak szybki rozwój sprawy - dodałem po chwili, bo jednak to mi ciążyło najbardziej. Wiedziałem, że to było... normalne? Nie, to nie było normalne, nawet jeśli Victoria chciała sama ujrzeć sedno problemu na własne oczy. Nie znosiłem tego Astarotha, którym się stawałem, kiedy zew krwi przejmował nade mną władzę. Nikomu nie życzyłem widzenia tej persony, a tym bardziej walczenia z nią albo uciekania przed nią, więc... tak, zamierzałem przepraszać nawet całe wieki i te całe wieki nie zamierzałem pozwolić na przebaczenie sobie.
Wstałem machinalnie na prośbę Victorii. Rany były świeże, ale to nic w porównaniu z tym, co czułem w związku z całym tym zajściem. Nic nie miało być gorsze w moim życiu... nieżyciu od wampiryzmu. Dławiłem się tą myślą, szczególnie dotkliwie wtedy, kiedy byłem tuż po pożywianiu się, utracie kontroli. Rany fizyczne? Nie były mi obce. Byłem zapalonym graczem Quidditcha, łowcą z krwi i kości. Mogłem krwawić całe życie, gdybym w ten sposób mógł się pozbyć pary kłów i potrzeby chlania krwi.
Wypiłem do dna eliksir od Victorii. Nie zasługiwałem na tę dobroć, ale nie odezwałem się ani słowem, wpatrując się w deski na podłodze. Nie szukałem dziury w całym. Ja byłem całą dziurą. Nie chciałem słuchać opowieści Sauriela o jego głodzie, ale z drugiej strony miałem przeogromną nadzieję, że było z nim podobnie...? To zdecydowanie dałoby mi chociaż rąbek nadziei, chociaż... on był kompletnie inny. Ja brałem to bardzo personalnie do siebie, stałem się nad wyraz wyczulony emocjonalnie. Powinienem ubijać wampiry, a nie nim być, a nie z takim typem współpracować, szczególnie po tym jak mi wyznał, że go kręci, kiedy oni się boją. Bleh.
- Nie jestem pewien... Chyba nic mi nie jest - odparłem niepewnie, wznosząc spojrzenie na Victorię aby mogła mnie zbadać. Widziałem tę zaschniętą krew, wiedziałem, że powinienem dostawać świra na jej widok, ale ten podły głosik ucichł. Nic mnie nie kusiło do złego. Ten drugi Astaroth zniknął z mojej głowy. Przynajmniej na jakiś czas, bo obstawiałem, że eliksir nie zamierzał działać wiecznie...? A może jednak?
- Jest mi to obojętne - dodałem, wskazując na jej zakrwawioną rękę. - Podszepty bestii ucichły. Nic mnie nie kusi by walczyć o krew, nie czuję mrowienia w zębach... Ono w najgorszych momentach jest jak pożar do ugaszenia - przyznałem, starając się brzmieć neutralnie, ale niezbyt mi to wychodziło. Jedno było jednak pewne - im więcej informacji będzie posiadała Victoria, tym lepiej. Byłem szczurem doświadczalnym. Który mówił, chwała. To pewnie było dla niej niezwykle pomocne.
Uśmiechnąłem się szeroko, niezbyt optymistycznie, pokazując parę kłów. Były na swoim miejscu, więc nie zostałem wykastrowanym wampirem. Po prostu nie chciałem gryźć. Myśl o kłach też nie sprawiała mi problemów. Po prostu byłem. Wciąż wyposażony, a tym samym niebezpieczny, ale wyciszony.
- Myślisz, że mogę się spodziewać... skutków ubocznych? - zapytałem po chwili, bo w sumie to chyba pierwsza próba eliksiru? Nikt tego wcześniej nie spożywał, a ja, cóż, na wariata się zgodziłem na takie eksperymenty. Ale czy coś mogło mi zaszkodzić? Już byłem martwy. Gorzej nie mogło być, prawda?


RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 19.02.2025

Powoli to z niego schodziło. Wydał z siebie tylko krótkie sapnięcie, kiedy tarcze w końcu zostały rozproszone i wszyscy wrócili do słodkiej, grzecznej rzeczywistości, w której Stanley by pytał, czy dobrze zrobił notatki, Victoria by bezgłośnie poprawiła jego gryzmoły, a Louvain wywracałby oczami. Stado śmierciożerców na jednej powierzchni kwadratowej, a wokół tych mężczyzn broniona przez nich Victoria Lestrange. Tylko że tu nie było tamtej dwójki - był Astaroth. Nieznana opcja faszystowska o nadmiernych pokładach agresji (i myślał o tym ON) oraz niepohamowanej rządzy krwi.

Drzemało kuriozum w sposobie prowadzenia tej konwersacji, w której on był widzem, a oni gawędzili - i tak się składało, że właśnie o nim. Uniósł jedną brew, ale tego nie skomentował. Nie oczekiwał za to przeprosin, więc chyba nie było problemu. Tak samo, jak sam nie miał za co przepraszać. Narobił kłopotów, ale te kłopoty były wliczone w cenę zabiegu. Rachuneczek był wystawiony, nie przeprasza się za problemy przy operacji. Że ta zaś była na żywym organizmie i bez znieczulenia - mieli efekty. Dobrze, że ta mikstura Victorii zadziałała od razu. Bardzo dobrze...

Już otwierał gębę, żeby zaszczycić ją starą śpiewką, że nic mu nie jest, ale spojrzał na moment w jej oczy i sięgnął po eliksir. Siniaków się doliczyć nie mogła - długie spodnie, koszula z długim rękawem, bardzo skutecznie zasłaniały ciało. Fakt bycia wampirem miał również tę zaletę - nosisz, co chcesz i kiedy chcesz. Czasem jest trochę ciepło, częściej jest za zimno, ale nie trzeba się nadmiernie wysilać z ubieraniem. A na Ścieżkach chowanie swoich ran i udawanie, że wszystko jest dobrze, było wręcz obowiązkiem. To banalna gra psychologiczna, Sauriel się jej już nauczył. Kiedy widzisz na przeciwniku efekty walki, jego zmęczenie, jego ból... doskonale wiesz, na jakiej jesteś pozycji. Jeśli ich nie widzisz? Och, cóż... modlisz się wtedy, żeby był jednak w gorszym stanie od ciebie... albo uciekasz.

- Tak. Na samym początku tak. Przez pierwsze pół roku było ciężko. Głów to siła charakteru. Nic więcej. Albo jesteś poskromicielem bestii, albo jesteś bestią. - Łyknął eliksir, patrząc na Astarotha. Tej fiolki już nie rzucił, grożąc jej rozbiciem. Tę fiolkę odstawił magią (posiłkowaną różdżką) na stolik. Sauriel był kiepski w owijanie w bawełnę, chociaż kiedy się starał to potrafił być delikatny. Jeszcze musiałby się chcieć starać. Prawda zazwyczaj była bolesna - a ta, zdaniem Sauriela, był jak kołek w serce. Wiedział, bo przecież też był w punkcie, w jakim znajdował się Astaroth. Dawanie komuś takiemu, jak on, takiego leku na stałe... wydawało się samobójstwem. Brzmiał jak idealny przykład kogoś, kto sobie zrobi krzywdę, uzależni się, a potem będzie z tego kłopot. Wiedział - bo przecież Sauriel sam się uzależnił, kiedy głód nim targał. Od eliksirów nasennych, uspakajających, od mugolskich używek, które pozwalały się... wyłączyć. I jakie to było rozwiązanie? Ano -żadne. Tylko w efekcie końcowym pogarszało sytuację. Nie zamierzał jednak dzielić się tymi przemyśleniami, bo wcale nie miał nadrzędnego celu zgnoić Astarotha z ziemią... jeszcze. Dopóki ta rozmowa stała się kulturalna i przestali się razem trącać i popychać jak pięciolatki.




RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Victoria Lestrange - 21.02.2025

– I za to przepraszasz mnie? – uniosła wyżej brwi, bo jedyną osobą, którą mógł tutaj przepraszać, był właśnie Sauriel – to jemu dał w kość, na niego się rzucił i tak dalej. – Brałam to pod uwagę, dlatego poprosiłam Sauriela, żeby nam towarzyszył – a prawda była taka, że ona skryła się za osłoną i niczego wielkiego nie zrobiła, tylko to przeczekała, bo całą robotę odwalił Sauriel. Będzie musiała mu to wynagrodzić… ale to później, to nie była rozmowa na teraz. Rookwood zrobił wszystko, żeby ją osłonić, udaremnić wyskok Astarotha na nią i jeszcze umożliwił jej obserwowanie wszystkiego z bliska, a na koniec wlał eliksir do gardła młodszego z wampirów. Zgoda, mikstura już była po jej stronie: pomysł, jak ją stworzyć, jakich składników użyć, uwarzenie jej i tak dalej. – To twoja natura, której zupełnie nie masz pod kontrolą i nie będziesz jej miał, jeśli się z nią nie pogodzisz – oceniła, chociaż żadnym psychiatrą nie była. Ale miała siostrę, która skończyła magipsychiatrię i czasami z ciekawości zerkała w jej materiały (zero zaskoczenia, prawda?), miała też mnóstwo własnych przemyśleń, zwłaszcza na temat kontroli – bo sama była na tym punkcie dość obsesyjna: kontrola nad sobą, nad własnym umysłem. Tam, gdzie tej kontroli nie miała, tam zaczynały się schody, jak na nieszczęsnym Windermere… – Nie bałam się, jeśli o to się martwisz. Tak jak ci mówiłam, jestem całkiem niezła z magii – i na pewno znacznie lepiej przeszkolona niż Laurent. – A talenty Sauriela mogłeś odczuć na własnej skórze – nie mogła go przecież nie pochwalić, nawet jeśli był brutalny. I całe szczęście, że nie wykłócał się z nią w kwestii eliksiru dla niego, oboje chyba dobrze wiedzieli, że tej walki nie wygra, pod tym względem Lestrange potrafiła być bardziej uparta od czarnowłosego.

– Nie czujesz żadnego palenia w gardle? Uścisku? Żadnego dyskomfortu? – zadawała pytania, nachylając się nad Astarothem. Ponownie sięgnęła po swoją różdżkę i zapaliła jej końcówkę prostym Lumos, by z bliska poświecić mu w oczy i sprawdzić reakcje. Magimedykiem oczywiście nie była, ale pochodziła z rodziny, gdzie dosłownie połowa członków miała takie wykształcenie, siłą rzeczy musiała coś w tym temacie liznąć. – To dobrze, taki dokładnie był mój cel – wymruczała pod nosem. – Wiem. Nienasycony głód, który zawsze czai się z tyłu głowy i gotowy jest uderzyć, utrudniający wszelkie kontakty towarzyskie – uśmiechnęła się smutno, bo naprawdę rozumiała ten problem. Odczuła go na własnej skórze i to w sposób, jaki się Astarothowi nawet nie śnił – nie jako ofiary, a jako tej bestii, czującej strach człowieka obok, gotowej rzucić się do gardła na jeden fałszywy ruch… Sama prawie się tak rzuciła na Laurenta. Uśmiechnęła się nieco bardziej, w odpowiedzi na jego pełny uśmiech, ukazujący wampirze kły i wyprostowała się.

Patrzyła na Rookwooda, gdy odpowiadał na jej pytanie i serce jej się ścisnęło – jak rodzina mogła go w ogóle na to skazać? To nie mieściło się w głowie. Przez co on musial przechodzić, będąc sam… może nie tak całkiem, miał zapewne wsparcie Josepha, to więcej niż posiadał Astaroth, ale i tak… Sauriel opowiadał jej kiedyś, że zapadł się wtedy w narkotykowy świat i było to takie okropne. Nie starała się nawet ukryć tych emocji.

Sauriel nie musiał nic mówić na głos, bo było to wszystko, nad czym Victoria bardzo długo dumała i sama miała podobny pogląd. Natomiast – stworzyła narzędzie. Narzędzie, oczywiście, można było źle wykorzystać, jak wszystko, ale mogło też przynieść oczekiwaną zmianę i pomoc.

– Trudno powiedzieć, mogłeś różnie na to zareagować i to pomimo braku uczulenia na składniki, których użyłam. W sensie fizycznym nie sądzę, że ci zaszkodzi, ale przetestujemy i zobaczymy, wygląda to jednak obiecująco – odpowiedziała rzeczowo, oddając Astarothowi jego przestrzeń osobistą, a różdżką wskazała na notatnik położony równiutko na stole ze składnikami (ten odsunięty) i pióro. Musiała zapisać sobie swoje obserwacje, nie chciała niczego przeoczyć na późniejszą analizę. Na pewna chwilę nastała cisza, jeśli w jej trakcie Astaroth miał coś do powiedzenia, albo chciał o coś zapytać, to Victoria przerwała i wdała się z nim w rozmowę. – Jeśli chodzi o psychiczne skutki uboczne… – podjęła po chwili, gdy odłożyła swój notatnik i pióro. – Pojawią się na pewno, jeśli będziesz źle do tego podchodzić. Możesz się uzależnić, oczywiście nie chcemy do tego dopuścić. Ten eliksir nie może też być łatwiejszą ucieczką od problemu, zastępstwem, ani wymówką byś nad sobą nie pracował. Może upośledzić twoją samokontrolę. Myślałam nad tym dość długo i wydaje mi się, że najodpowiedniejszym podejściem będzie dostosować dawkę do ciebie. Ewidentnie unormowana dawka jednej fiolki jest wystarczająco mocna, by całkowicie zagłuszyć twój głód, to może być przydatne, jeśli całkiem stracisz kontrolę, ale co powiesz na picie takiej ilości, by głodu całkowicie nie zagłuszyć, ale żeby nie był tak głośny, żebyś był w stanie go kontrolować? – wpatrzyła swoje ciemne oczy w Astarotha, nie unikając jego wzroku. – Pomału zmniejszać dawkę, przyzwyczajać się do tego i nauczyć się nad sobą panować. Myślałam nad tym jak nad narzędziem, pomocą, terapią z braku lepszego słowa… Żeby twoje życie nie było uzależnione od posiadaniu zapasu eliksiru, tym bardziej, że nie kupisz go sobie w aptece na rogu – ale jeśli to okaże się sukcesem… to czemu nie ogłosić tego publicznie? To mogłoby być przełomowe, mogło by być ułatwieniem dla życia wampirów, zwłaszcza tych młodych – odpowiednio użyte.




RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Astaroth Yaxley - 02.03.2025

Phi! Godzić się z tą naturą... było rzeczą wręcz niemożliwą dla kogoś takiego jak ja. Jak mogłem ukochać bycie bestią?! To było bardziej niż obrzydliwe. Fakt faktem, że walka z nowym mną tylko wszystko pogarszała. Byliśmy niczym organizm i choroba go trawiąca. Im bardziej stawiałem opór, tym było gorzej, a ta... przyczepiła się i już nigdy nie miała odpuścić. To nie oznaczało jednak, że ja powinienem się poddać, bo coś nie zamierzało odpuścić. Brzmiało głupio, ale w mojej głowie takim nie było. To tak, jakbym miał zamiar przestać być łowcą i zacząć być bestią, bo tak, bo coś się zmieniło, więc ja też musiałem zmienić... priorytety? Najwyższy cel? I co? Mam iść i zabijać, bo taką mam potrzebę? Takie widzimisię, że wychlałbym całą wieś?!
Nie chciałem rozumieć fascynacji Victorii moim wampiryzmem. Obstawiałem, że to mogło mieć coś wspólnego z pasją, bo ja mogłem się jarać tak upolowanym zwierzem, ale... Nie chciałem tego rozumieć. Wampiryzm był okropny, fuj.
- Żadnych fizycznych dolegliwości - potwierdziłem, nie chcąc już szerzej chwalić się swoimi przemyśleniami na temat bycia żywym trupem. - Ale mogę wypić więcej i sprawdzić, czy to w jakiś sposób mi zaszkodzi...? - zaproponowałem, bo jak już się bawić, to na całego...?! A może to ta głupia nadzieja osoby, która z naukowcem nie miała za wiele wspólnego, więc łudziła się, że przedawkowanie mogło wiązać się z całkowitym pozbyciem się żądzy krwi???
Już mi pewnie oczy błyszczały na tę myśl, ale rozważniejsze podejście Victorii zdecydowanie ugasiło tę nadzieję, która jednak wciąż gdzieś się tam tliła. Miała całkowitą rację. Lepiej nie było sztucznie zagłuszać całkowicie głodu. Jednak potrzebowałem nauczyć się go kontrolować tak, jak to było w przypadku Sauriela. Ech, niestety, jak to było w przypadku Sauriela. Nie chciałem żeby był mi jakimś autorytetem, ale... najwyraźniej tak właśnie miało być. Niedobrze mi się z tym robiło, z tą świadomością, ale... wciąż uparcie nie zamierzałem patrzeć w jego stronę. Nie było go tu. Nie byłem żadnym problemem. Po prostu zostałem szczurem doświadczalnym. Tak też traktowała mnie Victoria, tak też powinienem się czuć i skupiać na progresie. W badaniach.
Nie mogłem nie ulegać jej władzy, skoro wwierciła we mnie swoje spojrzenie.
Brzmiało super, ale byłem wręcz pewien, że w praktyce nie będzie takie kolorowe.
- Byłoby świetnie - przyznałem jednak głośno, wciąż mając w sobie nieskończone zapasy wyrzutów sumienia, mimo że o taką reakcję z mojej strony wcześniej Victoria oczekiwała. Chciała zobaczyć potwora i potwora ujrzała, a jednak wciąż pamiętałem jak za wszelką cenę szukałem sposoby by spić z niej chociaż kroplę. To było takie... żałosne, prostackie i żałosne. Czym była kropla krwi? Nawet bym się nie rozsmakował. - Oddaję się w pełni w twoje eksperymenty, ale... na pewno nie zaakceptuję tego, czym się stałem. Zamierzam walczyć z ciągłym pragnieniem, więc jeśli eliksir mi w tym pomoże, to jestem jak najbardziej gotowy do kontynuacji - zadeklarowałem przez wpół zaciśnięte zęby. Jeśli będę mógł się kontrolować w pragnieniu krwi, z pewnością to też załagodzi moją nienawiść do siebie, moje wykluczenie ze społeczeństwa. Laurent mówił, że mógłbym działać nocą, udzielać się bardziej w tej porze dnia, ale nie mogłem tego robić, jeśli wciąż wracałem myślami do krwi. Teraz, co prawda, nie, ale teraz miałem w sobie eliksir. Pełną dawkę. Wolałbym ten stan utrzymać już na zawsze, ale... jak wszystko, tak też to potrzebowało czasu.


RE: [26/27.08.1972, noc] Blood in the wine | Astaroth, Sauriel & Victoria - Sauriel Rookwood - 07.03.2025

Patetyzm. Poziom patetyczności w tej chwili, w słowach Astarotha, sprawiły, że Sauriel przewrócił oczami i spojrzał ze skrzywieniem na Victorię. Ten wzrok mówił wiele. O podejściu pożałowania wobec młodszego wampira, o apatyczności doznań względem osoby Astarotha, o braku pozytywnego podejścia do słów. Do całej jego osoby? Na pewno jeszcze wiele zdań można było wysnuć po tych czarnych oczach, ale na pewno nie było tam żadnego grama współczucia, zrozumienia, czy akceptacji. Żadnego pozytywu mogącego sugerować, że tutaj mogłaby się narodzić jakaś więź. Z drugiej strony nie było to też spojrzenie pełne frustracji czy irytacji. Czasem zblazowanie było najgorszym efektem. Mówiło o tym, że wcale nie mamy ochoty podejmować rękawicy i zostawiamy rzeczywistość taką, jaką zastaliśmy - zdruzgotaną i wbitą w błoto. Brudu się przecież nie podnosi z ziemi, czasem nawet jeśli na czymś ci bardzo zależy. A tutaj? Saurielowi nie zależało wcale. Dwie różne drogi - oto, czym byli. Może w przyszłości będą sobie przeciwieństwami. Astaroth przyjmie anielską rolę, a Sauriel zostanie w roli diabła. Diabła zbyt leniwego, żeby kogokolwiek czymkolwiek kusić.

Patetyzm wynikał z bohaterskiej roli, w którą wcielał się ten mężczyzna. Znajomo-nieznajomy. Ten sam, po którym whiskey było już tylko wspomnieniem, ale całkiem niezłym wspomnieniem. W drugą stronę to tak nie działało. Astaroth w końcu nie wspominał w żadnej części dobrze spotkania, do którego doszło między nimi. Wręcz przeciwnie - negatyw go pochłonął i stworzył sobie antagonistę, od którego obrazka trzeba uciekać. Tak się to przynajmniej malowało w głowie Sauriela. O wszystkim, o czym oczy Sauriela teraz mogły mówić pojęcie mogli mieć oni dwoje - a jednak to Victoria była odbiorcą, gdy Yaxley uparcie unikał obracania głowy w stronę czarnowłosego.

Patetyzm był tragedią, którą bohaterowie przeżywali - bo nigdy nie było im pisane założenie białej zbroi i dosiadanie białego konia. Nie bohaterom takim, jak Astaroth. Jemu przypisano czerń. Życie pod blaskiem Luny, która skrywała najmroczniejsze sekrety w głębokiej czerni. Chowała je pod mech świerków i sosen, zakopywała pod opadającymi liśćmi angielskich dębów. Grzebała między kośćmi pod Towton i Marston Moor. Anglia. Piękny kraj z jeszcze piękniejszymi ludźmi. Skazana na swoją dumną koronę, bo tradycja była tu tak samo ważna jak gorąca krew anglików prowokujących do ciągłych bójek w barach. To była nasza codzienność, jak rosnąca liczba nożowników w Camdem. I tak codziennością miała być walka o to, by Astaroth Yaxley zachował poczytalność w swojej białej walce o czarną sprawę. W staraniach o własne lepsze jutro i o to, by bruk pod jego nogami nie pokryła krew. Jakież to wszystko szlachetne.

Patetycznie szlachetne.


Sauriel milczał.