Secrets of London
[04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius (/showthread.php?tid=4372)

Strony: 1 2 3 4


RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.01.2025

Nie miała zamiaru teraz tłumaczyć się ze swoich upodobań związanych ze spożywaniem alkoholu. Yaxleyówna rzadko kiedy robiła cokolwiek na pokaz, szczególnie w tak bliskim gronie. Jasne, potrafiła na salonach zachowywać się dość przyzwoicie, ale nie było to jej priorytetem. Udowadniała swoją pozycję w świecie czystokrwistych w inny sposób. Przede wszystkim swoim profesjonalizmem związanym z zaangażowaniem w rodzinną działalność, utrzymywała też poprawne relacje z większością członków arystokratycznych rodzin, nie bawiły jej te wszystkie gierki. Tak naprawdę była całkiem prostym człowiekiem.

- Na szczęście ewentualne odmrożenia na mojej dupie nie są Twoją sprawą. - Wysyczała jeszcze cicho, nigdy w życiu nie zamieniłaby tego, co robiła na grzanie ciepłego stołka w ministerstwie. Zdawała sobie sprawę, że to by ją zgasiło, nie potrafiłaby się podporządkować, zresztą miała to za sobą, bardzo szybko zakończyła swoją przygodę związaną z tą instytucją, nadal nie zmieniła zdania na ten temat, działali po omacku, opieszale, przynajmniej ich większość. Jasne, rozumiała, że dla niektórych to była jedyna, słuszna opcja, właściwie to nie umiała sobie wyobrazić Corio gdzieś indziej, co nie zmieniało faktu, że i tak dzieliła się swoim zdaniem.

Słuchała, co Roise miał do powiedzenia na temat pracowników Departamentu Tajemnic, jasne, sama im wszystkim nie ufała, ale na pewno znalazłyby się jednostki, których nie bałaby się poprosić o pomoc. - Longbottomowie też chyba mają kogoś, można spróbować dostać się tam przez nich. - Nigdy nie kryła się z tym, że byli jedną z bliższych dla niej rodzin czystokrwistych. Jej przyjaźń z Erikiem trwała od lat, nie zniszczyło tego zakończenie przez nich edukacji, ufała członkom jego rodziny, cóż, może nie chciała teraz wspominać o tym, że chodziło jej konkretnie o jego wuja, z którym kiedyś zupełnie przypadkowo poznała się trochę zbyt blisko, ale Morpheus przecież też pomagał jej w sprawach związanych z demonem, który próbował przejąć jej życie. Nie miała powodu, aby podważać ich zamiary. Zabawne, że nie wspomniała o Borginach, bo to przecież oni byli jej rodziną, jak widać jednak z tym zaufaniem mogło bywać różnie. Zresztą to z Longbottomami zdarzało im się jeździć na wakacje, a nie z Borginami, to chyba świadczyło samo za siebie.

Przewróciła oczami, kiedy Greengrass znowu się odezwał. Od zawsze miał jakiś problem z jej przyjaciółmi i kwestionował ich zamiary, najwyraźniej to też się nie zmieniło. Nie miała pojęcia dlaczego tak na nich reagował, chociaż być może potrafiła się tego nawet domyślić, ale chyba nie chciała się na tym teraz skupiać.

- Isaac wysłał mi ostatnio zdjęcie widma, które znalazł w piwnicy w jakimś domu w Dolinie. On ufa mi, ja ufam jemu, wydaje mi się, że to jest niepodważalne. - Gdyby się jednak nad tym zastanowić to czy faktycznie mogła mu w pełni zaufać? - Tyle, że jest też dziennikarzem, a to może nieco komplikować sprawy. - Nawet niespecjalnie mógłby coś wynieść, chciała wierzyć w to, że tego nie zrobi, ale powinni być ostrożni, bo sprawa była dość delikatna.

Rzucenie nożem w ścianę nie było może szczególnie dojrzałe, ale nie czuła się dobrze z tym, że ją ignorowali, mieli swoje sprawy, ale mogli je przedyskutować kiedy indziej, nie miała pojęcia, dlaczego jakieś pentagramy i celtycka magia ich obchodzą, właściwie cóż, nie musiała być nawet wprawionym detektywem by połączyć kropki. Nie do końca zdawała sobie sprawę ile Corio wie na temat tego, czym zajmował się Roise w wolnym czasie, ale zapewne wiedział dużo więcej od niej, co też ja irytowało, bo przed nią nigdy nie zdecydował się jakoś szczególnie na ten temat otworzyć.

Zignorowała spojrzenie Roisa, nie umykały jej te kolejne informacje, jak chociażby to, że mieszkał w tej kamienicy, zabawne, że nie zdążył jej o tym wspomnieć, skoro już uzyskała tę wiadomość to pewnie niedługo zaczną na siebie wpadać na ulicy, skoro mieszkali blisko siebie, dziwne, że do tej pory to im się nie przydarzyło, na pewno nie chodziło o to, że jej unikał... Była sfrustrowana i zła, zacisnęła lewą dłoń trochę zbyt mocno, poczuła, że paznokcie wbiły jej się w skórę. Zazwyczaj w ten sposób tłumiła negatywne emocje, kiedy czuła, że nie powinna ich pokazywać - zdarzało się to jednak dość rzadko.

- Liczył na to, że odetnę mu łeb, kurwa troszczę się o niego, wzięłam go pod swój dach, a on myśli, że chcę go zabić. - Wpatrywała się aktualnie w swoje nogi. Miała problem z dzieleniem się tym, co w niej siedziało, nie lubiła konfrontować się z nikim, nawet jeśli chodziło o bliskie jej osoby. Nie do końca radziła sobie z tym, co zastała w domu. Nie miała pojęcia, jak powinna zareagować na to, że jej brat myślał, że żyje, a to wszystko to był sen, to było dużo, szczególnie po tym, że dowiedziała się, że Cain nie żył. Nie miała pojęcia jak zginął, wiedziała tylko i wyłącznie tyle, że kiedy poprosiła go o pomoc związaną z demonem, to ten zabrał mu jego wspomnienia, co jeśli przez nią umarł? Co jeśli kogoś jeszcze miała przez to spotkać śmierć? Nie powinna nikogo angażować w tę sprawę tylko sama udać się do jaskini. Teraz nie opuszczała jej myśli, że i Ambroisa spotka to samo, bo przecież doppelganger dotknął i jego, mieszał mu w głowie, kto wie, jak to się skończy.

- Ta sprawa Cię nie dotyczyła. - Tym razem podniosła wzrok i spojrzała na Corneliusa, tak, bardzo przemyślanie użyła tych słów. W końcu dzielili się tylko sprawami, które dotyczyły ich wszystkich, czyż nie?

Czuła na sobie wzrok Ambroisa, bardzo oceniający. Jasne, łatwo było teraz zarzucać jej to, że nie powiedziała Corneliusowi o demonie, robiła to jednak tylko i wyłącznie ze względu na bezpieczeństwo przyjaciela, on miał dla kogo żyć, nie było sensu, aby ryzykował dla niej tak wiele, a wiedziała, że na pewno nie zostałby z boku, gdy ona zamierzała wleźć do leża demona.

- Ochujałam, to się ze mną dzieje, czy ta odpowiedź Ci wystarczy? - Miała nadzieję, że tak, bo aktualnie nie było jej stać na nic innego.

- Było niebezpieczne, ale już nie jest. Na Twoje pocieszenie jego też nie chciałam w to angażować, ale sam się przyczepił. - Dodała jeszcze spoglądając ponownie na Roisa. Cóż, nie zamierzała udawać, że znalazł się w tej jaskini dlatego, że go poprosiła. Bez względu na to, że nic ich aktualnie nie łączyło nie była skora do tego, aby ryzykować jego życie.

- Wykluczyłam Astarotha przez to, że demon próbował go zabić kilka dni wcześniej, nie wiem, czy pamiętasz mój młodszy brat został zabity i przemieniony w wampira praktycznie na moich rękach na początku tego roku, nie chciałam przeżyć jego śmierci drugi raz. - Łatwo było teraz oceniać irracjonalność podejmowanych przez nią decyzji, ale robiła co mogła, żeby wszystko jakoś się ułożyło, szkoda, że dostawała za to baty z każdej strony.

Sięgnęła po butelkę, aby dolać sobie whisky, zdecydowanie potrzebowała więcej alkoholu, aby jakoś przetrwać tę rozmowę, nie sądziła bowiem, że zbliżała się ona do końca.




RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.01.2025

- Morpheus - stwierdził krótko, nie pozwalając sobie na żadną wyraźniejszą reakcję na wspomnienie o Longbottomach. - Mają Morpheusa - nawet nie drgnęła mu przy tym powieka, nawet jeśli spotkanie z tym człowiekiem zdecydowanie nie należało do najprzyjemniejszych ani najbardziej udanych, przynajmniej w oczach Greengrassa. - Jasnowidz. Czy tam prekognita. On na pewno w dalszym ciągu pracuje dla Departamentu Tajemnic. Był u nas w połowie sierpnia - zakończył, mając nadzieję urwać temat właśnie na tym przelotnym napomknieniu, niczym więcej, bo zdecydowanie nie chciał wdawać się teraz w kolejne przesłuchania, co, jak i dlaczego.
Wystarczyło, że w głosie Ambroisa brzmiała ta bardzo charakterystyczna nuta mówiąca nie ufam gościowi znacznie bardziej niż mogłyby to powiedzieć jakiekolwiek słowa. Niby wymienili się wtedy kilkoma całkiem przydatnymi uwagami, o których jeszcze nie miał okazji wspomnieć swoim towarzyszom, ale to zdecydowanie nie był moment, by to robić.
Teraz rozmawiali o czymś innym. Być może w pewnym sensie powiązanym ze sprawą tamtej ministralnej wizyty. Tego Roise nie mógł całkowicie wykluczyć, lecz jednocześnie naprawdę nie widziało mu się teraz prowadzenie monologów na miarę przyjaciela. Cornelius zawsze był z nich tym, który mówił więcej. Z biegiem lat to nie tylko nie uległo zmianie, lecz wręcz się wyostrzyło. Szczególnie teraz, gdy Greengrass czuł się przytłoczony przez rzeczywistość.
Być może nie tak bardzo jak nieco ponad rok wcześniej, gdy było z nim naprawdę źle. Wtedy zaliczył zjazd niemalże na sam dół, na dno głębokiego bagna, w którym się znalazł... ...na własne życzenie, czyż nie?
Jakże ironiczne to było, bo przecież na tym etapie życia pragnął już tylko spokoju i stabilności. Ustatkowania się, tym razem całkowicie oficjalnie i zgodnie z przyjętymi normami. Wycofania się z większości śliskich akcji. Zadbania o dom, swoją kobietę... ... swoją żonę. Stworzenia więcej niżeli wyłącznie dwuosobowej rodziny. Posiadania dzieci. Dwójki, może trójki pąkli.
Nagłe znalezienie się z powrotem na początku. Tam, gdzie był wiele lat wstecz, wtedy jeszcze zupełnie gardząc tym wszystkim i podejmując kolejne głupie decyzje z myślą, że nigdy tego nie zechce. Nieoczekiwane cofnięcie się we wszystkim, co napawało go szczęściem, co było dla niego istotniejsze nawet od niego. Niemalże całe życie wstecz.
Nie podłamał się. Nie. Nie można było tego określić w ten sposób. Nie załamał się. Nie złamało go to. Nie. To niemalże wepchnęło go za Zasłonę. I nawet jeśli już nie myślał w tamten sposób, czasami w dalszym ciągu zdarzało mu się wracać pamięcią do tamtych ponurych chwil pozbawionych jakiegokolwiek poczucia sprawczości. Wrażenia wszechogarniającego bezsensu. Podszeptów głębi umysłu mówiących mu, że dla niego historia już się zakończyła.
Przetrwał. Podniósł się. Wstał. W teorii powrócił do życia, stając stabilnie na nogach. Nie czuł już tamtej emocjonalnej pustki, ale nie mógł też powiedzieć, że go to nie zmieniło. Nie był już tym samym człowiekiem. Nieważne, że przez większość czasu zachowywał się niemalże tak samo. W końcu potrafił sprawiać pozory, czyż nie?
Nie zamierzał nigdy więcej poruszać tego tematu. Nawet wtedy, kiedy kolejny raz stanąłby w obliczu przeprowadzenia tak bardzo podobnej rozmowy dotyczącej powoli rodzących się w nim planów wyjazdu z kraju, gdy tylko to wszystko się skończy. Kiedy kwestia widm w Kniei będzie za nimi. Dokładnie tak jak to było w przypadku dopplegangera, w co Ambroise naprawdę próbował wierzyć. Nawet pomimo wrażenia, że ta historia miała w sobie naprawdę wiele niezrozumiałych, mętnych elementów.
Tak czy inaczej, tym razem prawdopodobnie faktycznie zamierzał to zrobić. Prędzej czy później. Nie robiąc z tego jednak żadnej ponurej metafory. Już nie. Mimo to wiedział, że takie podejrzenie padnie. I gdy to się stanie, nie zamierzał być zaskoczony.
Prawdę mówiąc ostatnio coraz mniej było w stanie wywołać w nim głęboki szok. Przynajmniej od czasu tamtej nocnej wizyty w głuszy, o której nie powiedział niemalże nikomu. To była jego tajemnica. Jego, Roselyn i Samuela. Od dwóch dni również Riny, bowiem nie zamierzał tego przed nią ukrywać.
Ufał Corio jak mało komu, ale w tym wypadku milczał. Mówienie o tym ten jeden raz podczas burzy na ganku w Piaskownicy było dostatecznie trudne. Nie chciał tego robić po raz kolejny. Wracać do tych samym wspomnień i uczuć, w których mimowolnie starał się obecnie nie pogrążyć. Wystarczyło, że mieli nie jeden a dwa problemy. Nie potrzebowali trzeciego, tylko jasnego osądu i logicznego planu.
Israak? Israak go nie przekonywał. To nie tak, że Roise miał problem ze wszystkimi przyjaciółmi Yaxleyówy. Bliższymi czy dalszymi. Obojętnie. Nie. To tak nie działało, jednakże kiedy już kogoś nie tolerował, robił to raczej w jawny dla niej sposób. Niekoniecznie zawsze emanował tym podejściem na tę osobę... ...no, dobrze - na tego faceta, gościa, mężczyznę, typa. O nich się rozchodziło a było ich naprawdę wielu dookoła jego dziewczyny.
Ufał jej. Tego także nie dało się podważyć. Ufał jej praktycznie bezgranicznie. Za to tym wszystkim kolesiom i ich intencjom? No kurwa nie. Sam był facetem. Przez kilka miesięcy nawet jej całkowicie platonicznym najlepszym przyjacielem. Od samego początku pragnącym znaleźć się z nią nago w łóżku. Tak właściwie to nawet niekoniecznie dosłownie w łóżku, nie miał tu zbyt wygórowanych oczekiwań.
Przyjaźń damsko-męska być może rzeczywiście gdzieś tam istniała. W tych nielicznych momentach, gdy zakrawała już praktycznie o niemalże rodzinną więź. Bycie dla siebie niemalże rodzeństwem. Wtedy tak. Jasne. Był to jednak dosłownie promil wszystkich przypadków.
A Geraldine? Była cholernie atrakcyjna, inteligentna, dobrze urodzona, zamożna - miała w sobie wszystkie najbardziej pożądane elementy. No, może poza cichą i nieśmiałą pokorą, ale akurat ten pazur zazwyczaj przyciągał płeć przeciwną. Zwłaszcza, gdy w grę wchodziły płomienne romanse, nie budowanie stałych związków małżeńskich.
Poza tym sama powiedziała słowo-klucz. Dziennikarz. Isaac był cholernym dziennikarzem. Czy należało dodać coś więcej?
- Wiecie, co sądzę. Corio ma rację. Bagshot to ostateczność. Tak samo Longbottom - stwierdził w dalszym ciągu oszczędzając słowa.
Alternatywy? Jakie mieli alternatywy? Sytuacja była skomplikowana i wymagała naprawdę szybkiego działania. Postępowania w bardzo przemyślany, ale także sprawny sposób. Nie czekania bezmyślnie na szansę, tylko stworzenia jej sobie samym.
Ambroise zamyślił się na tyle, że przelatujący sztylet niemalże nie przykuł jego uwagi. Za to ta początkowa wymiana zdań? Szczególnie słowa Corneliusa? Tu już na moment rozszerzyły mu się powieki. Przejechał językiem po zębach, parokrotnie kląskając o podniebienie.
- A gdyby podczepić to pod sprawę? Nie pod Iteti - posłał jednoznaczne, bardzo wymowne spojrzenie w kierunku Lestrange'a; obaj wiedzieli, czemu nie. - Pod coś innego. Sam mówiłeś, że zdarza się wam korzystać z myślodsiewni. Gdyby zaistniała wyższa konieczności sprawdzenia kilku wspomnień? - Mogłoby się obejść bez Bagshotów, Longbottomów i innych takich.
Ale ewidentnie nie bez dramatów, jakie już zaczęły się pojawiać. Nawet nie musiał otwierać ust, żeby znaleźć się na linii ognia. Wystarczyło kilka spojrzeń i parę słów z obu stron, żeby rozpętała się afera.
- Wyśmienicie - syknął pod nosem; bardziej do siebie niż do kogokolwiek, przynajmniej zanim ostatecznie otworzył usta. - Mnie w to kurwa nie mieszaj. Nie odpowiadam za to, co ci powiedziała a co nie. Nie jestem pierdoloną sową ani nie latam z jęzorem na wierzchu, wyciągając czyjeś dramaty - przypomniał w razie, gdyby ktokolwiek o tym zapomniał.
Nie skomentował kwestii jego rzekomych jazd, zamiast tego posyłając Corneliusowi ostre ostrzegawcze spojrzenie, które zaraz ponownie przeniosło się ku drugiej stronie tego jebanego konfliktu.
- Zajebiście doceniony. Wkrótce się odmelduje, bez obaw, nie przyczepił się na stałe. Do usług - skwitował burknięciem słowa Geraldine, nie pozwalając sobie na wiele więcej aniżeli wyłącznie posłanie jej nieprzejętego spojrzenia.
Nieprzejęcie lodowatego i oschłego, bo go to kurwa zabolało. Szczególnie po tym wszystkim, co stało się zeszłego wieczoru i w nocy. Po Cainie, po tym wszystkim, co starał się jej dawać, nie oczekując nic w zamian. No, może poza tym, by nie sprowadzała jego roli w sprawie do bycia ciężarem. Nie pogardziłby też odrobiną uznania jego wkładu, ale najwidoczniej za chuj nie mógł na to liczyć.
Kiedy przedstawiała to w taki a nie inny sposób, nawet jeśli wyłącznie na potrzebę ugłaskania Corneliusa, zdecydowanie nie brzmiała tak jak wtedy w Piaskownicy. Jeśli miał być ze sobą szczery (a tym razem chyba powinien, nieważne, że go to bolało) coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że już nie wrócą do Whitby. No, przynajmniej nie po to, aby spędzić tam ze sobą jeszcze trochę czasu.
Całkowicie niepotrzebnie zabierali tam zwierzęta. Niepotrzebnie robili plany na kolejne ruchy. Jasne, aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, z czego wynikał parszywy nastrój dziewczyny. To nie były wyłącznie widma. Nie był to też tylko Astaroth. Przeżyła naprawdę ciężką noc, nawet jeśli teraz o tym nie mówiła, przecież był tam wtedy tuż obok niej.
Tak jak prawdopodobnie powinien to robić w tej chwili. Siedząc obok Riny na kanapie. Z dłonią na jej kolanie, ich splecionymi palcami, policzkiem dziewczyny opartym mu o ramię. Planował to robić, nawet podświadomie, zmierzając tu z nią w siarczystym deszczu i wietrze. Tyle tylko, że wszystko nagle jeszcze bardziej się spierdoliło.
Miał swój udział w psychozie młodego Yaxleya? Nie wiedział. Podejrzewał, że raczej nie. Nawet jeśli krew, którą spożył Astaroth faktycznie pochodziła ze skażonego źródła, nie taki układ załatwił bratu Geraldine u Dziwnych Sióstr. A one zawsze dotrzymywały warunków. Słowo było dla nich świętością. Tyle tylko, że jedna z nich zamilkła już na wieki zaś druga rozpłynęła się w powietrzu.
Astaroth miał psychozę, w których Ambroise nie był mu aktualnie w stanie pomóc. Geraldine chyba wracała do etapu pałania do Roisa nienawiścią. Cornelius rzucał werbalnymi i niewerbalnymi groźbami wysrania się z najgorszego gówna odnośnie zeszłego roku, zadając mu te pytania o rzekome jazdy.
Gdyby miał nóż czy tam sztylet, prawdopodobnie też pierdolnąłby nim w ścianę, nawet jeśli nie tak pokazowo jak to zrobiła Yaxleyówna. Zamiast tego podstawił jej swoją pustą szklankę.
Problemy z komunikacją? Jakie problemy z komunikacją? Wiedziała, żeby mu polać. A Cornelius, żeby się zamknąć. Przynajmniej z ich prywatnymi sprawami.


RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Cornelius Lestrange - 29.01.2025

Jego myśli krążyły wokół ostatnich wydarzeń związanych z Departamentem Tajemnic. Był koronerem, więc niejednokrotnie miał do czynienia z niejasnymi przypadkami, które wymagały współpracy z innymi wydziałami. Słysząc słowa o Longbottomach, uniósł brwi, a jego umysł natychmiast zaczął analizować opcje. Tak, rzeczywiście, Longbottomowie mieli swojego człowieka w Departamencie Tajemnic. Morpheus, jak wspomniał Ambroise, był jasnowidzem i osobą, z którą Cornelius miał już do czynienia. Miał neutralny stosunek do niego, ale nie mógł zignorować jego roli w całej tej sprawie. Wolał jednak nie dzielić się zbyt wieloma informacjami z kimkolwiek, kto mógłby to wykorzystać. Nawet, jeśli Morpheus wydawał się bardziej wiarygodny niż Bagshot, to Cornelius był ostrożny. Nie można było zaprzeczyć, że Longbottom posiadał swoje talenty, ale jego umiejętności były obarczone pewnym ryzykiem, zwłaszcza w kontekście tajemnic, które Lestrange, jak i reszta towarzystwa, wolałby zachować dla siebie. Isaac, jako dziennikarz, budził w nim jeszcze większe wątpliwości. Corio szczerze wątpił, by ten nie drążył tematu bardziej, niż to konieczne. Wolał nie wdawać się w szczegóły z kimkolwiek, kto mógłby wykorzystać te informacje dla własnych interesów, zwłaszcza z Bagshotem, który jako człowiek z mediów zapewne miałby inne priorytety.

- Tak, Longbottomowie mają Morpheusa. Znam go, ale to nie oznacza, że mogę za niego poświadczyć. - Potwierdził spokojnie, starając się nie zdradzić swojego zdystansowanego stosunku do tego człowieka, lubił go, ale głównie prywatnie, zawodowo pozostawał neutralny, jeśli nie sceptycznie nastawiony. Za to znacznie mniej niż do Isaaca, Cornelius miał wrażenie, że Bagshot z gorszymi konsekwencjami mógł drążyć sprawy, które lepiej byłoby zostawić w spokoju.

- Geraldine, czy mogłabyś mi pokazać to zdjęcie widma? Chciałbym zobaczyć, co dokładnie udało się uchwycić. - Jego ton był neutralny, ale w oczach widać było napięcie, Cornelius był ciekaw, co takiego mogło uwiecznić to zdjęcie. Wydarzenia, które miały miejsce w ostatnich miesiącach, były na tyle dziwne, że każda informacja mogła okazać się kluczowa.

Zaraz potem, znów skupił myśli na Longbottomie. Choć był to człowiek z Departamentu Tajemnic, wolałby ufać jemu niż Bagshotowi.

- Morpheus to człowiek, z którym można by nawiązać pewną współpracę, ale… - Zawahał się na chwilę, wybierając słowa ostrożnie. - Ale nie chciałbym od razu dzielić się z nim wszystkimi informacjami. Nie podejrzewam go o skłonność do robienia przecieków, z nim można prowadzić rozmowy na poziomie, natomiast Isr... Isaak... Nie wiem... Nie jestem przekonany, co do... - W jego głosie dało się wyczuć nutę niechęci. Media, w jego doświadczeniu, były równie nieprzewidywalne, co krwiożercze. Przypomniał sobie, jak przed laty prasa rozdmuchała sprawę jego żony, tragicznie zmarłej podczas akcji terenowej. Od tamtej pory gardził nimi. Miał dość tego, jak hieny cmentarne z zapałem atakowały osobiste tragedie, by tylko zdobyć sensacyjny materiał.

Urwał, zastanawiał się, jak blisko mogli podejść do kogoś takiego jak Longbottom, nie wpadając w pułapkę bezgranicznego zaufania. Cornelius nie miał emocjonalnych związków z Morpheusem, ale potrafił docenić jego profesjonalizm. Wiedział, że w środowisku pełnym tajemnic i intryg lepiej mieć przyjaciół niż wrogów, ale miał swoje powody, by być ostrożnym. W przeszłości doświadczył, jak łatwo można stracić kontrolę nad informacjami. Wolał nie dzielić się wszystkim z kimś z Departamentu Tajemnic czy dziennikarzem, który budził w nim jeszcze większą nieufność. Cornelius wiedział, że przedstawiciele mediów, nawet sympatyczni, potrafili być bezwzględni. Miał z nimi do czynienia przez lata, a ich brutalne artykuły na temat jego pracy i tragicznej śmierci żony niemal zrujnowały jego życie prywatne. Zbyt wiele razy musiał stawiać czoła nieprzyjemnym wysrywom, które powstawały na bazie spekulacji i plotek, a nie faktów. Tragiczna śmierć Amandy i jej dwóch współpracowników podczas akcji terenowej była nie tylko osobistą tragedią, ale także publicznym widowiskiem, do tej pory pamiętał tamte nagłówki, nie mówiąc o niedoszłej sprawie cywilnej przeciwko niemu, gdy wpierdolił jednemu z pismaków. Zakończyło się ugodą, ale w oczach Corneliusa, Isaak był ostatecznością. Inni Bagshotowie, mogli być przydatni, Isaak nie.


•••

Cornelius przez chwilę wpatrywał się w swoje stopy, zastanawiając się nad słowami przyjaciela. W końcu to było coś, co w jego rodzinie uchodziło za naturalny talent, a on sam nauczył się tego rzemiosła tak dobrze, że mógłby to robić z zamkniętymi oczami. Jako młody człowiek wielokrotnie korzystał z tej umiejętności, by pomóc sobie i innym w trudnych sytuacjach. W ostatnich latach jednak, jako koroner, trzymał się z dala od takich praktyk, przynajmniej w pracy. Jego etyka zawodowa była dla niego czymś świętym, ale teraz, w obliczu tej propozycji, wątpliwości zaczęły się zacierać. Mógł stworzyć dokumenty, które wyglądały na autentyczne, a ich treść była zgodna z tym, czego potrzebowali do użycia myślodsiewni. Znał się na tym jak mało kto. Mogli podpiąć to pod jakieś istniejące dochodzenie, które wymagałoby sprawdzenia wspomnień, a ich działania pozostałyby w cieniu. W końcu, jeśli mogli zaoszczędzić sobie kłopotów i jednocześnie pomóc innym, to nie było sensu się wahać.

- Cain Bletchey. Auror. - Wymamrotał, gdy myśli o zamieszaniu związanym z jego sprawą zaczęły się układać w logiczną całość. - Niedawno zginął. Ktoś rozkopał jego grób. Trzy dni temu, a później nieudolnie go zakopał. Ministerstwo już przygląda się sprawie. To świeżynka, więc może być szansa, że nikt nie zwróci uwagi na nasze małe manipulacje. - Znał doskonale procedury, jakie obowiązywały w Ministerstwie Magii, nie mógł się oprzeć myśli, że to była świetna okazja, by wykorzystać swoje umiejętności, nie narażając nikogo na szwank. - Jeśli uda nam się podczepić to pod sprawę Bletcheya, możemy zyskać dostęp do informacji, które w przeciwnym razie byłyby dla nas zamknięte, do myślodsiewni, i to bez przyciągania niepotrzebnej uwagi. - Rozważał, jak mogli zaaranżować wszystko, by wszystko przebiegło gładko. Miał pewność, że jego papiery były nie do odróżnienia, a jeśli udałoby się podczepić to pod śledztwo, mogli uzyskać dostęp do informacji, które normalnie byłyby poza ich zasięgiem. Tak, to byłoby genialne. Nikt nie ucierpi, a oni sami mogli zaoszczędzić sobie sporo kłopotów.


•••

Cornelius z frustracją przewrócił oczami, choć wiedział, że nie miało to większego sensu, więc westchnął ciężko, czując narastającą frustrację. Zdecydowanie nie zamierzał ukrywać swojego niezadowolenia. W głowie przeszły mu obrazy, które wolałby wymazać, wydarzenia sprzed roku, które wciąż go prześladowały. Myśl o tym, że znów miałby stać bezradnie, patrząc, jak ktoś bliski zbliża się do niebezpieczeństwa, sprawiała, że złość w nim narastała.

- Nie wiem, skąd wzięłaś przekonanie, że to nie jest moja sprawa. Nie, Geraldine, to zdecydowanie była moja sprawa. Samobójcza misja, na którą poszłaś, była absolutnie moją sprawą, a jeśli sądzisz, że wszyscy powinni stać z boku i przyglądać się, jak ryzykujesz życie, bo nie masz ochoty nikogo w to wciągać, to się mylisz, kurwa. Cholernie dobrze wiem, jak to wygląda, gdy ktoś decyduje się na ryzykowne akcje bez pomocy, a obok jest ktoś, kto mógłby zdziałać coś sensownego. - Potem, zwracając się do przyjaciela, dodał zgryźliwie. - A ty, mój drogi. - Zaczął, tonem, który sugerował, że miał ochotę na małą konfrontację,- Zamiast stać z boku i machać ręką, powinieneś w końcu wziąć odpowiedzialność za to, co się dzieje. Nie jesteś pierdoloną sową? Oczywiście, że nie. - Zerknął w kierunku przyjaciela, który próbował się odciąć od całej sytuacji. „Odmeldować”, tak? Corio skoczyła gula. - A tak przy okazji, czy już napomknąłeś Geraldine o swoim ostatnim wyskoku? Zastanawiam się, czy tym razem zamierzasz znowu „wyjechać w długą podróż”, bo szczerze mówiąc, nie wiem, na co się szykować, pocztówkę czy list.




RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.01.2025

- Morpheus pomógł mi nieco, kiedy szukałam informacji o doppelgangerze. - Rzuciła jeszcze cicho, ale aktualnie nie wiedziała, czy powinni go prosić o pomoc. Nie chciała w to mieszać zbyt wielu osób, właściwie to docierało do niej, że chyba czas najwyższy wreszcie się zarejestrować, wtedy nie musiałaby się bać tego, że ktoś dowie się, że jest animagiem. Może wreszcie dorosła do tego momentu, bo właściwie to nie zmieniało prawie niczego poza tym, że widziałaby na jakiejś liście w ministerstwie, a przynajmniej nie musiałaby się przejmować tym, że ktoś uzna, że może te informacje wykorzystać na własną korzyść.

- Isaaca znam bardziej od Morpheusa. - Tyle, czy faktycznie mogła mu ufać? Niby chciała w to wierzyć, ale powinna zachować ostrożność. Dodała jeszcze, jakby w ogóle miało to jakiś sens. Z jednym się kiedyś przespała, z drugim łączyła ją zwyczajna przyjaźń, właściwie to próbowali ją odbudować, gdy wrócił do kraju po swojej dosyć długiej nieobecności.

Zdjęcie Widma. Tak miała je nawet przy sobie, bo to był dzień który poświęciła w dużej mierze na zajmowaniu się tym tematem. Nie zdążyła zostawić w Piaskownicy tego, co pokazywała Brennie. Sięgnęła ręką do kieszeni koszuli, w której znajdowały się te wszystkie pierdoły, które udało jej się zebrać. Gdy odnalazła zdjęcie położyła je na stole, w sumie to nawet nieco przesunęła w stronę Corio. Zdjęcie to była odbitka oryginalniej fotografii, którą Bagshot zrobił w piwnicy w jakimś domu w Dolinie Godryka. Znajdowało się na nim Widmo, ale nie takie zwyczajne jak te w lesie, tylko w nieco zmienionej formie.

- Chyba masz rację. - Wyjątkowo postanowiła zgodzić się z Greengrassem, to co mówił miało sens. Najlepiej byłoby nikogo poza nimi w to nie mieszać. Musieli więc spróbować jakiegoś innego sposobu. To był chyba moment, w którym przydatne mogło być to, że Lestrange pracował w ministerstwie, gdyby do tego wykorzystał swój wspaniały dar... pewnie nikt by się w niczym nie zorientował. To wcale nie wydawało jej się być szczególnie głupim rozwiązaniem, tyle, czy Cornelius gotowy był na takie ryzyko? Nigdy nie można być stuprocentowo pewnym sukcesu.

Cain Bletchley. Auror. Przyjaciel. Dzieciak, który dostał od niej kaflem w głowę, przez co nigdy więcej nie chciał grać w quidditcha. Cain, za którym łaziła w szkole próbując go przeprosić, aż w końcu się do siebie zbliżyli na tyle, ze stali się przyjaciółmi. Cain, który udał się z nią do Snowdonii, aby pomóc jej rozgryźć sprawę demona, który próbował jej odebrać życie. Cain, któremu zostały odebrane wspomnienia, przez nią. Przyjaciel na którego pogrzebie nie była, bo list dotarł do niej zbyt późno. Bletchley który nie zaznał spokoju po śmierci, bo ktoś rozkopał jego grob. Cain trup, którego zimne ciało aktualnie leżało w kostnicy, którego tragedię zamierzali wykorzystać, aby jakoś znaleźć odpowiedzi na nurtujące ich pytania.

Chcąc nie chcąc zadrżała, czy naprawdę była gotowa to zrobić? Oczy jej się zaszkliły, a twarz raptownie zbladła. Podsunęła nogi na sofę, objęła je mocno swoimi rękoma, chyba nie do końca była gotowa na to, aby usłyszeć takie informacje. Nie odezwała się jednak ani słowem na temat śmierci przyjaciela, nie czuła się aktualnie na siłach, aby mówić cokolwiek. Cornelius mógł nie wiedzieć o tym, że byli blisko, na pewno by nie wspomniał o takiej możliwości, dla niego był nikim ważnym, dla niej kimś. Tak samo było z innymi sprawami, pod które mogliby się podczepić, czyż nie, w końcu to były tylko trupy. Jedyne, co miało zostać po nich wszystkich, ciała pozbawione życia.

- Przecież sam tego chciałeś, tak czy srak miałeś odejść, w tym jesteś najlepszy, w spierdalaniu, kiedy wszystko zaczyna się komplikować. To u was w końcu rodzinne. - Wysyczała jeszcze przez zęby, chyba zupełnie już nad sobą nie panowała, nie spodziewała się, że pojawi się w między czasie tyle bodźców, które spowodują, że poczuje się tak bardzo nieswojo. Traciła grunt pod nogami, była zła, a zarazem smutna, kołatały się w niej same negatywne emocje, a wtedy brakowało jej ogłady i delikatności, nie miarkowała słów, które padały z jej ust, już nie. Była zraniona i miała gdzieś to, że mogła zrobić to samo komuś innemu.

Być może nie powinna tego tutaj wyciągnąć, nie był to odpowiedni czas, ani miejsce, ale jakoś tak się złożyło, że skorzystała z okazji. Niczego jej nie obiecywał, to prawda, dlaczego więc mimo wszystko, czuła takie rozczarowanie? Powiedziała w końcu prawdę, nie podważała tego, że gdyby nie Ambroise pewnie nie udałoby się jej opuścić jaskini, ale to, że się tam znalazł nie stało się przez nią. Nie odpuścił, mimo tego, że większość lata strzelali w siebie piorunami z oczu i łypali na siebie spode łba to poszedł tam z nią, zaryzykował swoje życie, chociaż wcale tego nie chciała.

- To nie była samobójcza misja. Przygotowywałam się do tego przez kilka miesięcy, zbierałam informacje, naprawdę możesz mi zarzucić wiele, ale w tym przypadku nie byłam lekkomyślna. - Nie spoglądała teraz w ich kierunku, nadal obejmowała rękoma swoje kolana. To wszystko co mówili zaczęło ją przytłaczać.

- Nie byłam tam sama, nie poszłam tam sama, nie zrobiłabym tego. Nie chciałam, żeby coś Ci się stało, nie chciałam, żeby Fabian stracił jeszcze ojca. - Miała nadzieję, że to jest dla niego oczywiste. Nie chciała go wtajemniczać w to, co działo się w jej życiu właśnie przez to, nie mogła dopuścić do tego, aby jej chrześniak stracił jeszcze ojca, a wiedziała, że to było ryzykowne. Musiał jej to wybaczyć.

- Nie, nie informował mnie o tym, co robił w wolnym czasie, nie krępuj się Corio, skoro o tym mówisz, to na pewno musi być coś ciekawego. - Podniosła w końcu wzrok, żeby na nich spojrzeć, nie miała pojęcia do czego zmierzają, czego jej nie mówią, ale chętnie tego wysłucha. Najwyraźniej znowu coś jej umykało.

Dolała alkoholu Roisowi, akurat ten gest zrozumiała, wyjątkowo dobrze szło im dogadywanie się bez słów. Sama dosyć szybko wypiła zawartość swojej szklanki i nalała sobie kolejną.




RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.01.2025

Przy jednej osobie tajemnica zazwyczaj była bezpieczna. Przy dwóch osobach... ...cóż... ... jeszcze w tamtym momencie, Ambroise sądził, że mogła mieć się dobrze. Trzy osoby sprawiały, że zaczynało robić się tłoczno, ale ponownie - jeszcze do wytrzymania (jakże był naiwny; miał się o tym przekonać już kilka chwil później). Od czterech wzwyż?
Tu już zaczynało robić się coraz bardziej grząsko. Nie wiedział, gdzie leżała magiczna granica, gdy sekrety stawały się powszechnie znane. Kiedy tajemnica zyskiwała ten wymowny dodatek w postaci poliszynela. Kiedy zaś stawała się tak jawna, że w ogóle nie była już niczym więcej niżeli tylko szumnie obgadywanym faktem.
Człowiek z Ministerstwa a pismak. To było niczym wybór pomiędzy kiłą a rzeżączką. Szczególnie, jeśli mogli zamiast tego spróbować uniknąć i tego, i tego. Być może podejmując ryzyko, ale czy znowu znacznie większe niż to, jakie wynikałoby z zaufania kolejnej osobie? No, niekoniecznie.
Szczególnie, że Cornelius miał wszystko, co konieczne. Zarówno ten swój rodzinny talent, który był doskonale znany Greengrassowi. Nie raz i nie dwa ratując mu jego własną dupę. Jak i koneksje z Departamentem Tajemnic, prawdopodobną możliwość użyczenia myślodsiewni na potrzeby jakiegoś bardziej skomplikowanego śledztwa. Musieli tylko jakieś mieć i...
...i wtedy padło to nazwisko. Tak właściwie to połączenie tych dwóch konkretnych słów składających się w personalia. Cain Bletchey.
Słyszał to poprzedniego wieczoru. Niemalże całą noc. Prawie aż do białego świtu. Odruchowo spojrzał na Geraldine, otwierając usta i wyciągając ku niej rękę, bo nawet jeśli w tym momencie nie panowała między nimi zbyt dobra atmosfera, przecież mu na niej zależało. Cholernie mocno. Nie zostawiłby tak tego, zwłaszcza teraz. Cornelius mógł nie zdawać sobie sprawy z wypowiedzianych słów, jednak Ambroise zdecydowanie to robił. Posyłając przyjacielowi jednoznaczne spojrzenie (zamknij się), instynktownie zaczął podnosić swoje ciało z fotela. Planował bez pytania zmienić miejsce. Znaleźć się tam, gdzie sądził, że potrzebował być w tym momencie. Na kanapie.
Uniósł się, odstawiając szklankę na stół. W dalszym ciągu mając w głowie jasny obraz tego, co uważał za słuszne i...
...wtedy nadeszła kolejna fala chaosu. Gorąco rozlało się w jego wnętrzu. Spojrzał wprost na Yaxleyównę, z początku nie dowierzając w zasłyszane słowa. Tak, jeszcze przed chwilą był wobec niej niepotrzebnie ostry i nieprzystępny. Uraziła go swoim przekazem, sposobem, w jaki przedstawiła sytuację Corneliusowi.
Jednak te słowa?
Opadł na fotel, rozszerzając powieki i zaciskając szczękę.
- Tak - proste, precyzyjne, lodowato zimne słowo.
Nie odwrócił wzroku, nie spuścił głowy. Wręcz przeciwnie - prowokacyjnie zadarł podbródek. Nie zamierzał dłużej angażować się w rozmowę o dopplegangerze. W końcu w oczach Geraldine to ewidentnie nie było nic. Żaden na tyle dramatyczny problem, by on musiał skorzystać ze swojego standardowego posunięcia i spierdolić, bo zrobiło się zbyt poważnie. Ewidentnie pomylił się w osądzie. Zarówno wtedy w barze, jak i później w jaskini, po wyjściu z leża demona i przez cały czas od tamtej pory.
I nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że była przytłoczona wspomnieniem o Cainie, całym tym gównem z widmami, z nieistniejącym bratem, z brakiem ich wspólnej przyszłości. Nie zasłużył sobie na takie traktowanie.
Na pierwszy z dwóch ciosów, które tego dnia padały tak lekko wyprowadzoną ręką.
Cornelius...
...tego też Roise się nie spodziewał.
- Ależ jest - odpowiedział niemal nie dając Geraldine skończyć.
Nawet nie drgnęła mu powieka, nie wykrzywił się kącik ust, nie zadrżał mięsień na twarzy. Ambroise po prostu patrzył na Corneliusa w ten całkowicie pozbawiony emocji sposób.
- Prawda, Corio? Opowiedz Geraldine jak to wyglądało z perspektywy dobrego samarytanina - kontynuował dokładnie tym samym zatrważająco lekkim, nawet wręcz nieznacznie pogodnym tonem - jak ciężko ci było poradzić sobie z tą sytuacją, bo twój najlepszy przyjaciel postanowił się zabić. Boo hoo. Biedny Cornelius, tak bardzo się starał a teraz znowu musi przejmować się tym, czy ten niestabilny emocjonalnie, niegodny zaufania typ nie postanowi znowu czegoś odjebać. I biedna skrzywdzona Rina, którą typ się znudził, więc dogodnie spierdolił. Wracając, wykorzystując jej naiwność i znowu się nudząc. Och biedni wy - tym razem nawet uniósł kącik ust, jednocześnie sięgając ku szklance z whisky i bez zawahania opróżniając ją jednym haustem.
Nawet nie mrugnął.
Słowa Geraldine zapiekły go do żywego. Jeśli wcześniej starał się ją zrozumieć, być dla niej oparciem, niemalże przenosząc się na kanapę tuż obok Yaxleyówny. Jeżeli przedtem po tej nieudanej teleportacji trzymał ją za rękę, splatając ich palce. W nocy kołysał ją w ramionach, opierając podbródek na poczochranej blond głowie wtulonej w jego szeroką pierś.
Wtedy, gdy mówił jej, że ją kocha, że nigdy nie chodziło mu o to, że przestał. Kiedy dawał jej do zrozumienia, że gdyby nie okoliczności zewnętrzne i jego własne błędne decyzje, nie porzuciłby tego, co mieli. Wspominał o planach, całej tej otoczce. Pozwolił sobie na to, aby wyrzucić z siebie bardzo podobne słowa do tych, którymi w niego cisnęła...
...teraz poczuł się tak, jakby oboje go zdradzili. Cornelius wyciągając coś, co miało być ich wspólnym sekretem. Czymś, na co spuścili zasłonę zapomnienia. Niechlubnym wydarzeniem, incydentem, po którym obaj musieli pozbierać się od nowa.
Geraldine rzucając mu prosto w twarz tym porównaniem, którego trafności zawsze się obawiał. Wiedziała, że tego nie chciał. Próbował postępować słusznie, obawiając się pójścia w ślady matki. Starając się robić wszystko, żeby tego nie powtórzyć. A mimo to nie był w stanie przed tym uciec. Zrobił to. A ona wyciągnęła to przeciw niemu w tak banalnie prosty, bezmyślny sposób, jakby tylko czekała na okazję.
Myślał, że mają to za sobą. Te wszystkie wspólne dni i noce. Walka z dopplegangerem, od której nie rozstawali się na dłużej niż kilka godzin dopiero czwartego dnia. Mieli dać sobie pożegnać się we właściwy sposób.
Ten nim nie był.
Szklanka ponownie trafiła na stół. Tym razem nie czekał aż ktokolwiek zdecyduje się rozlać kolejkę. Tym razem nie planował też przelewać alkoholu w nowe szkło. Zamiast tego podniósł się z miejsca, bez słowa kierując kroki do barku. Wyciągając stamtąd butelkę absyntu, odkorkowując ją zębami i pociągając głęboki łyk prosto z butelki.
- Nie, nie zamierzam - parsknął pod nosem, kręcąc głową i kolejny raz przechylając trunek ku ustom.
Niemalże dokładnie w tym samym momencie, w którym zdecydował się sięgnąć wolną ręką do kieszeni po klucze od mieszkania na górze. Przesuwając je między palcami, przeniósł wzrok na Lestrange'a.
- Przyniosę ci twoją jebaną literaturę - stwierdził chłodno, nie przestając uśmiechać się w ten gorzki, pozbawiony radości sposób. - Masz farta, że to moja druga specjalność. Zaraz po spierdalaniu - to mówiąc, obrócił się na pięcie, opuszczając pomieszczenie - cicho, ale z głuchym trzaskiem drzwi wejściowych.


RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Cornelius Lestrange - 29.01.2025

Cornelius siedział na fotelu, jego umysł wciąż nie mógł ogarnąć tego, co się wydarzyło. W gniewie, frustracji, pod wpływem alkoholu, przekroczył granice, do których nie powinien był się nawet zbliżać. Wprawdzie jego słowa, które wydobyły się z ust, nie były zaplanowane, ale teraz, po tym wszystkim, co się wydarzyło, czuł się parszywie. W końcu to Ambroise był tym, kto miał prawo mówić o swoich demonach, nie on, a on nie miał prawa go do tego pchać. Kiedy Ambroise, pełen gniewu, wyrzucił z siebie te zimne słowa, Corio poczuł, jakby ktoś uderzył go w brzuch. Tylko kilka chwil wcześniej, w szale emocji, nie myślał o konsekwencjach. W gniewie, pod wpływem impulsu i alkoholu, mężczyzna wydał zalążek sekretu, który nie powinien ujrzeć światła dziennego. Wypił za dużo, nie myślał, czuł się zlekceważony, a jego przyjaciel, cholerny Ambroise, w końcu pękł, ujawniając sekret, który powinien pozostać w ich zamkniętym kręgu, i to wszystko przez niego.

Milczał przez chwilę, a w jego myślach krążyły obrazy. Cztery minuty, tylko cztery minuty, Ambroise był martwy przez cztery minuty. Cztery minuty, tylko cztery minuty, to była jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie mógł sobie wyobrazić po śmierci Amandy. Ambroise był martwy cztery minuty i co z tego, że w końcu się otrząsnął? To właśnie te cztery minuty, które Corio spędził w poczuciu bezsilności, były najgorsze, a teraz wyciągnął to na wierzch, rzucił słowa, które mogły zranić nie tylko Ambroise’a, ale i Geraldine, i jego też.

- Przepraszam, Ambroise. - Powiedział, ale jego przyjaciel już wychodził, ignorując jego słowa. Zostali sami, we dwoje, milcząc.


•••

Corio zignorował dalszą część wypowiedzi przyjaciółki, usłyszał je, ale nie chciał czynić dalszych wyrzutów wobec kobiety, nie po tym, co się stało. Siedział sam z Geraldine, jej obecność była dla niego niczym ciężar, zaskoczone, winne spojrzenie, które posyłał jej w milczeniu, mówiło więcej niż tysiąc słów. Nienawidził siebie za to, co się stało, za to, że w gniewie zdradził przyjaciela, zranił przyjaciółkę, a teraz musiał zmierzyć się z konsekwencjami. W powietrzu zawisła cisza, ciężka i duszna. Potem, po minucie bądź dwóch, bądź pięciu, z ust Corneliusa padły słowa, wypowiedział je, czując ciężar każdej sylaby.

- Czy do ciebie też powiedziałem coś nie tak? - Patrzył na kobietę, próbując zrozumieć, czemu podwinęła nogi na kanapę, jakby chciała się schować, reagując na wspomnienie Ministerstwa i śledztwa. W jego myślach wciąż krążyły obrazy, wspomnienia i emocje, które nie chciały go opuścić. Nagle dotarło do niego, o kim mówił, o Cainie, o człowieku, który był martwy. Zdał sobie sprawę, że wspomniał o Cainie, o kimś, kto już nie żył, ale musiał mieć jakichś bliskich, przyjaciół, znajomych, reakcja Yaxley zaczęła nabierać sensu. Jego serce zabiło mocniej, gdy nagle poczuł ciężar tej refleksji. Spojrzał na Geraldine, a w jego oczach pojawiło się pytanie, które musiał zadać. Zmroziło go to.

- Czy ty… Czy ty znałaś Caina? - Zapytał, odwracając wzrok w stronę butelki whisky na barku. Potrzebował czegoś, co złagodziłoby ten niepokój w jego sercu. Zbyt wiele niewłaściwych słów, zbyt wiele ran, zbyt wiele tajemnic, sięgnął po butelkę, lewitując ją różdżką, i zanim zdążył się zastanowić, wypił kilka łyków prosto z szyjki. Alkohol spłynął mu w przełyku, przynosząc chwilowe ukojenie, ale wciąż czuł, jak złość i smutek walczą w jego sercu.

- Cztery minuty. - Wymamrotał nagle, jego myśli znów wróciły do dramatycznych wydarzeń, słowa wypłynęły z jego ust jak echo, nie wymagające dalszych wyjaśnień. Milczenie znów wypełniło pokój, a on wciąż czuł ciężar, który przygniatał jego serce. Zaczął myśleć o Ambroisie, o tych czterech minutach, w których jego przyjaciel był martwy, o tym, co to znaczyło, kiedy nie było nadziei. Potem znów spojrzał na Geraldine. - Ambroise cię kocha… Wiesz o tym? -  Z jego ust popłynęły te słowa, które tak jakby były jedynym sposobem, by pozbyć się ciężaru, który go przygniatał. - On cię kocha, a to, co się stało, to dużo bardziej skomplikowana sprawa. Nie spierdolił od ciebie, jak jego matka od nich, to było dużo bardziej zagmatwane, ale nie chciałem wyciągać tego teraz, doprowadzić do konfrontacji, ani tym bardziej za nic was obwiniać, ani ciebie, ani jego. Przepraszam, że to wszystko się tak potoczyło. - Czuł ciężar tych słów, ich dramatyzm, ale także ich prawdziwość. Czasami ludzka natura była skomplikowana, a Cornelius czuł, że właśnie w tym momencie przekroczył granice, których nie powinien był przekraczać, ale teraz nie było odwrotu. Mógł tylko iść naprzód, szukając sposobów na naprawienie tego, co zostało zniszczone, w jego sercu narosła fala wyrzutów sumienia. Przez chwilę błądził wzrokiem po podłodze, zanim znów spojrzał na Geraldine. - Powinnaś odpuścić, ja odpuściłem i wybaczyłem, a wiesz, co przez niego przeszedłem. On naprawdę jest dobrym człowiekiem, tylko… Tylko czasem nie potrafi sobie poradzić, wszyscy nie umiemy, ewidentnie. Nie chciałem wyciągać tego tematu, ani tematu Caina. Chciałem pomóc. Po prostu… Po prostu czułem, że muszę coś powiedzieć, ale nie w taki sposób… Przepraszam, Geraldine. Przepraszam za to, co się stało. Pomogę, oczywiście, z Astarothem, Ministerstwem, wszystkim.




RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.01.2025

Reagowała instynktownie. Czuła się osaczona, te wyrzuty Corio nie pomagały. Do tego wspomnienie o Cainie, którego wciągnęła w temat doppelgangera, a teraz nie żył. Czy to nie mówiło samo za siebie? Skąd mogła wiedzieć, że nie będzie następnej ofiary. Niby udało im się go unicestwić w tej pierdolonej jaskini, ale czy aby na pewno. Ambroise wpadł w jego łapska, co jeśli on będzie następny? Nie chciała robić tego swoim najbliższym, a i tak do tego doszło. Wszystko było nie tak przez to, że poprosiła o pomoc, może faktycznie powinna zająć się tym sama, może wtedy byłaby jedyną osobą, która by ucierpiała, to zdecydowanie było lepszym rozwiązaniem, ale czasu nie mogła cofnąć, a szkoda. Na pewno postąpiłaby inaczej.

Nie powinna sięgnąć po te słowa, ta zagrywka, którą zastosowała w stronę Roisa była bardzo niska, chyba niższa już nie mogła być, ale czuła, że jest postawiona pod ścianą, chciała go zranić, chciała uderzyć tak, żeby zabolało. Trafiła najwidoczniej idealnie, ale to też potrafili sobie robić, czyż nie? Ranić się tak, jak nie robił tego nikt inny. Nie zdarzało im się to zbyt często, raczej potrafili nad tym panować, ale bywały momenty, jak te, kiedy przekraczali granice.

Nie spodziewała się zupełnie tego, co miało nadejść. Nie miała pojęcia, do czego zmierzał Cornelius, bo skąd mogłaby to wiedzieć, najwyraźniej Roise sam postanowił się odezwać, nie uniosła jednak wzroku w jego stronę, była rozjebana, rzeczywistość zaczęła ją przytłaczać, nie spodziewała się tego, że tak trudno jej będzie wrócić do teraźniejszości. A mogli nie opuszczać chatki w Whitby, miała wrażenie, że wczorajszego popołudnia, które było bardzo miłe i przyjemne minęły wieki, tyle gówna się wylało. Jak się okazało, zawsze mogło być jeszcze gorzej.

Uniosła wzrok dopiero w chwili, w której dotarło do niej, co miał jej do powiedzenia, właściwie to im. Była aktualnie blada, jak ściana, a słowa Roisa wprawiły ją w osłupienie. Źrenice jej się rozszerzyły, przenosiła wzrok z jednego mężczyzny na drugiego. Czuła, że jeszcze chwila, a zacznie się dusić. Zdecydowanie nie była gotowa na takie wyzwanie.

Nie miała pojęcia, jak to było możliwe, że wszyscy ludzie wokół niej cierpieli, może była spaczona, może coś z nią było nie tak, skoro doprowadzała wszystkich do takich skrajności.

Chciał się zabić. Ambroise chciał się zabić, a ona zakładała, że ma w nią wyjebane i wyśmienicie się bawi, po tym jak ją porzucił. Nie szukała go, nie próbowała nawiązać z nim kontaktu, czuła się zraniona, uniosła się swoją dumą. Gdyby tylko wiedziała, ale znowu nie zakładała, oczywiście, że nie założyła, że, aż tak cierpiał, że doprowadziło go to do skrajności. Była pierdoloną egoistką i myślała tylko o sobie. Wspaniale Geraldine, naprawdę wyjątkowy z ciebie człowiek.

Spuściła wzrok, bo co innego niby miała zrobić, brakowało jej słów, nie miała pojęcia, co powinna powiedzieć, jak zareagować. Lestrange nigdy jej o tym nie wspomniał, nie mówił o nim praktycznie wcale. Nie powinna była doprowadzać do ich kolejnego zbliżenia, bo co jeśli? Co jeśli to się powtórzy. Była głupia, nie myślała o konsekwencjach jakie mogło przynieść jej postępowanie.

Ambroise wyszedł. Cóż. Nie zdziwiło jej to specjalnie. Nie zmieniało to jednak faktu, że nadal czuła się chujowo, nie wiedziała w jaki sposób powinna na to zareagować, co właściwie miała zrobić z tą informacją? Chciał się zabić, przez nią, w sumie z tego, co zrozumiała, co burczał pod nosem Corio, to to zrobił. Targnął się na własne życie, a jej nie było przy nim. Nie miała jak zareagować, nie mogła nic zrobić, cztery minuty? Przecież mogło go teraz nie być z nimi. Pojawił się żal, jeszcze większy i gorycz, była naprawdę okropnym człowiekiem. Jej brat przestał żyć przez nią, skąd mogła wiedzieć, że Cain nie zrobił tego przez nią, przez to, że ten stwór namieszał mu w głowie i Ambroise prawie zabił się przez nią.

- Nie musiałeś tego wiedzieć, nie mogłeś tego wiedzieć. - Ton głosu Yaxleyówny był spokojny, gibała się w tej dziwnej pozycji, w której siedziała to w przód to w tył. - Cain był moim przyjacielem, znaliśmy się, pomagał mi czasem. - Czego aktualnie bardzo żałowała. Nie miała żalu do Corneliusa o to, że wspomniał o wykorzystaniu sprawy związanej z jej martwym przyjacielem, bo wcale nie było takie oczywiste to, że znała jego trupa z kostnicy. Po prostu uderzyło to w nią znowu, chyba jeszcze nie do końca oswoiła się z tym, że mężczyzna odszedł z tego świata.

Milczenie było ciężarem, ale ono wydawało się właściwie, co miała niby powiedzieć, że nie wiedziała? że nie miała pojęcia, czy to w ogóle było jakimkolwiek wytłumaczeniem? Nie, nie było. Zrobiło jej się głupio, kurewsko głupio, że patrzyła tylko na siebie i swoje uczucia, jakby wszyscy inni ich nie mieli, cóż najwyraźniej było wręcz przeciwnie.

- Wiem.. o tym. - Cedziła słowa, ledwie przechodziły jej przez gardło, nie spoglądała też na Corneliusa, chyba nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Miała ogromny żal, przede wszystkim do siebie, żyła w jakiejś dziwnej bańce, która właśnie pękła, tyle, że nie wiedziała, czy jest w stanie egzystować poza nią.

- Nie musisz przepraszać, przecież nic takiego nie zrobiłeś, tak wyszło, czasem tak się dzieje. Nie zawsze potrafimy panować nad tym, co mówimy. Nie zawsze to się udaje, czasem przypadkiem kogoś krzywdzimy. Tak już jest, nie miałeś złych intencji. - Słowa, które wypowiadała padały z jej ust bardzo powoli, jakby była w jakimś dziwnym transie. To było dużo, chyba nawet za dużo jak na to, ile była w stanie znieść.

- Tyle, że on dalej chciał mnie od siebie odsunąć, wiesz? Mówił, że mnie kocha, a nie może ze mną być, jaki to ma sens? Jaki sens ma trwanie na tym świecie, kiedy wiesz, że jest tam ktoś kogo faktycznie kochasz, kto jest dla Ciebie wszystkim, a jednak nie może się do Ciebie zbliżyć? Gdzie szukać sensu w tym wszystkim? Jak sobie z tym radzić? Kiedy nie mogę być z nim, a sama zaczynam tonąć? - Ostatnie półtora roku było chyba najgorszym czasem w jej życiu, jak widać nic się nie zmieniło, wydawało jej się, że znajdowała się na dnie, a za każdym razem gdy myślała, że jest naprawdę chujowo, okazywało się, że mogło być jeszcze gorzej.




RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Cornelius Lestrange - 30.01.2025

Corio siedział w milczeniu, jego umysł wciąż krążył wokół wydarzeń, które rozegrały się zaledwie kilka chwil temu. Słowa, które wyrwały się z jego ust, były jak ostrza, które bezlitośnie przecięły powietrze, raniąc obu przyjaciół. Ambroise, wściekły i skrzywdzony, opuścił mieszkanie, a Cornelius pozostał sam z Geraldine, która też przeżywała swoje dramaty. Jego serce biło szybko, wręcz pulsowało w rytmie chaosu, który sam rozpętał.

- Przykro mi, z powodu Caina, znajdę inną sprawę. - Powiedział cicho, gdy oparł się na krawędzi fotela. Jego dłonie nerwowo błądziły po butelce, którą trzymał, jakby to była jego jedyna deska ratunku, zgromadzone w nim emocje kłębiły się w nim, a myśli krążyły wokół wydarzeń, które miały miejsce wcześniej tego popołudnia.

- Nie wiem, co powiedzieć, Geraldine. Chciałbym ci pomóc, ale nie umiem. Rozumiem, że oboje cierpicie, ale… To chujowe, a ja nie mogę być tu mediatorem. Słyszałem ten sens wtedy… Niemal kropka w kropkę te same słowa. Nie ma na to rady, Roise jest umoczony w sprawy z Podziemnych Ścieżek, nie tylko Nokturnu... - Dodał, walcząc z myślami, które krążyły w jego głowie. - Bierze na siebie zbyt dużą odpowiedzialność za rzeczy, na które nie ma wpływu, albo za te, których nie może zmienić. - Każde słowo sprawiało mu ból, jakby wbijał stalowe kolce w swoje serce. - Zrobiliśmy razem kilka paskudnych, ale koniecznych rzeczy, gdy byliśmy młodzi, on w tym został, ja nie... To był błąd... - Kontynuował, czując, jak ciężko mu to przychodziło. - Obaj posunęliśmy się do parszywych, wstrętnych uczynków po morderstwie Amandy, i nawet, jeśli żaden z nas nie żałuje żadnego z nich, nic na świecie nie jest pozbawione konsekwencji. Ja już zebrałem moje żniwo, on boi się swojego. - Mówiąc to, czuł, jak ciężar odpowiedzialności przygniatał go do ziemi. Mieli swoje sekrety, swoje grzechy, które niosły ze sobą ciężar, który musieli znieść. - Nie możemy cofnąć czasu, nie możemy naprawić tego, co się stało, nie przywróciło to niczego, co umarło razem z nią, wręcz przeciwnie, ale musimy jakoś z tym żyć. powiedział, a jego głos był pełen smutku, zamilkł, po czym pociągnął z szyjki butelki. Zbierał myśli.
[a]- Nie wierzę, że to mówię, jeśli kiedyś to wyjdzie poza ten pokój, nas dwoje... - Z oporami, spoglądając w trzymaną butelkę, w końcu się odezwał. Corio czuł, że wypowiadając te słowa, w pewnym sensie oddawał część siebie, kolejny raz zdradzał zaufanie, jakie mu powierzono. Obawiał się, że to się skończy źle, ale gdy usłyszał od Geraldine te same słowa, które usłyszał od Roise'a po tym, jak jego przyjaciel próbował się zabić, wiedział, że musi powiedzieć jej, że istnieją opcje. - Są możliwości, Geraldine, musisz tylko je dostrzec. - Przyglądał się butelce, którą trzymał, pociągnął łyk i kontynuował. - Nie możesz zmienić tego, co on mówi, ani tego, czego od ciebie oczekuje, możesz próbować, ale przegrasz, wiesz, jaki jest uparty. Zwróć uwagę… Ambroise jest w tym wszystkim zagubiony, tak jak ty, ale cię kocha, tak jak ty jego, jak mniemam. Kocha cię wciąż, mimo plotek i pogłosek, na tyle, że poszedł za tobą w ogień, przyczepił się do ciebie, gdy go potrzebowałaś, nie „spierdolił, kiedy wszystko zaczęło się komplikować”, bo to, o czym mówi, to jedno, to, czego pragnie, to nie to samo, co mówi, i wiesz, że to prawda. Kocha cię, mimo wszystkiego, co się stało, on naprawdę za tobą tęskni. Wiesz, że poszedłby za tobą wszędzie, to nie jest tylko chwilowy kaprys, to jest pragnienie, które go dręczy, i chociaż nie możesz zmienić tego, że cię odpycha, musisz zrozumieć, że to, co mówi, to część jego bólu, nie cały on. Zmienił się, to nie jest ten sam człowiek, ale nie aż tak. - Zaraz potem, zmuszony przez własne emocje, Corio znowu pociągnął z butelki, próbując znaleźć w sobie odwagę, by powiedzieć to, co tkwiło mu na sercu. - Zajęło jej ponad dziesięć lat, żeby zrozumieć to, co musiała zrobić, i wdrożyć to w życie. Była równie uparta, co ty, ale ja przez osiem z tych dziesięciu lat miałem ją za smarkulę, byłem w żałobie, nienawidziłem myśli o ułożeniu życia z kimś, kto nie był moją żoną, długo mówić, i to jest różnica. On kocha cię na tyle, by być przy tobie, nie ułożył sobie życia z nikim innym, martwi się o ciebie, ale musisz dać mu do zrozumienia, że go potrzebujesz. Nie, że go chcesz, nie pragniesz go, nie... Nie usiłujesz zmusić go do zmiany decyzji, musisz zrobić to, co zrobiła moja żona... Potrzebujesz go... Ja pierdolę, że to sugeruję, pogub go w tym... Bo Florence nie ma pod ręką, a ty potrzebujesz lekarza, bo zgubiłaś zalecenia dotyczące trywialnego problemu, bo ja jestem poza zasięgiem, a ty potrzebujesz eliksiru, tu i teraz, bo wpadłaś w coś w lesie, w jakieś zielsko, i źle się czujesz, bo widma w Kniei Godryka, wymagają dla ciebie wsparcia kogoś stamtąd, z Doliny, bo Astaroth... Był jego lekarzem, zna go, a ty potrzebujesz pomocy z bratem. Musisz oswoić Ambroise'a z tym, że jesteś blisko, daj mu do zrozumienia, że go potrzebujesz, w taki sposób, żeby czuł potrzebę zaopiekowania się tobą... Wiesz, jesteś kobietą, a kobiety mają tę niezwykłą zdolność zakrzywiania rzeczywistości. Potrafisz sprawić, że ludzie czują się ważni, ale musisz być pewna, że chcesz być z nim na dobre i na złe... Teraz, niestety, jest raczej na złe, dlatego musisz rozważyć, czy jesteś gotowa na to, co może przynieść przyszłość. To nie jest łatwa droga, ale możesz spróbować, i,  jeśli to się nie uda, przynajmniej będziesz mogła powiedzieć, że zrobiłaś wszystko, co w twojej mocy... Albo odpuść. To nie są bezpieczne sprawy. - Mówił to wszystko, ważąc każde słowo, ale czuł, że musiał to powiedzieć. Nie chciał być mediatorem w tej tragicznej sytuacji, obawiał się konsekwencji, jak to mówił na korytarzu do Ambroise'a, ale nie mógł też stać z boku, gdy widział, jak oboje cierpieli.




RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.01.2025

Yaxleyówna zdecydowanie nie była gotowa na tę rozmowę. Nie spodziewała się, że wszystko tak eskaluje, że zrobią sobie tutaj jakiś dziwny festiwal jebania po sobie prowadzący do prawdy, która powinna być oczyszczająca. W tym wypadku jednak nie była. Aktualnie czuła jedynie gorycz i żal. Miała wrażenie, że grunt pod nogami zaczynał jej się osuwać, może to już się stało? Zaczęła spadać w przepaść.

Wydawało jej się, że pozbycie się jej wyimaginowanego brata bliźniaka to będzie jakiś nowy początek, lepsze jutro, tyle, że zamiast tego wszystko jeszcze bardziej zaczęło się rozsypywać. Zupełnie straciła kontrolę nad tym, co działo się wokół niej i nie była z tego powodu zadowolona. Wcale.

- Jasne, inna sprawa, tak będzie lepiej. - Nie zmieniało to oczywiście faktu, że jej przyjaciel aktualnie leżał w kostnicy, mimo, że już został pochowany w ziemi, bo ktoś postanowił zbezcześcić jego grób. To przecież nie było nic takiego. Powinna się pogodzić, że takie przypadki się dzieją, czyż nie? Zawsze gdzieś niedaleko niej. Taki zbieg okoliczności, czy coś.

- Czy ja Ci wyglądam na osobę, która by się przejmowała Podziemnymi Ścieżkami, czy Nokturnem? Jeśli będzie trzeba to je spalę, rozkurwie to miejsce. - Wydawała się być w tym co mówiła śmiertelnie poważna. Miała świadomość, że w dużej mierze, Ambroise chciał ją trzymać od siebie z daleka właśnie przez to, że trochę go pochłonęły tamte interesy i nie do końca potrafił to porzucić, może bardziej nie mógł? Cóż, jeśli tylko nadarzyłaby się okazja, to na pewno by ją wykorzystała. - Zresztą nigdy nie prosiłam, żeby trzymał mnie od tego z daleka, mogłabym być w tym z nim, potrafię o siebie zadbać. - Wydawała się być o tym święcie przekonana, to w żaden sposób jej nie odrzucało. Wręcz przeciwnie, przecież to samo powiedziała Greengrassowi, gdyby tylko ją dopuścił do tych spraw, to miałby jej wsparcie, mogłaby mu pomóc. Może jakoś razem udałoby się im znaleźć jakieś rozwiązanie.

Nie miała pojęcia, co zrobili po śmierci Amandy, najwyraźniej wtedy też nie uznali, że warto ją w to wtajemniczać, coraz bardziej irytowało Yaxleyówne to, że podejmowali za nią decyzję, próbowali trzymać dziewczynę z daleka od pewnych spraw, jakby była bezużyteczna, a przecież wcale tak nie było. Sama również dokonywała różnych transakcji na Nokturnie, prowadziła interesy z wątpliwymi osobami, a jednak jakoś udawało się jej między tym lawirować. Do chuja, gdyby nie mieli klapek na oczach, to mogłaby być ich wsparciem. Niepotrzebnie trzymali ją od wszystkiego z daleka.

- Nie widzę niczego złego w zemście Corio, może nie świadczy to o mnie dobrze, ale nie uważam że w ogóle byłaby potrzeba, aby cofnąć czas. - Nie była krystalicznie czystym człowiekiem, miała wątpliwą moralność, nie miała problemu z tym, aby krzywdzić tych, którzy byli winni ich tragediom.

Słuchała kolejnego wywodu przyjaciela uważnie, nie wchodziła mu w słowo, aby dobrze zrozumieć sens jego wypowiedzi. Wpatrywała się w mężczyznę, aż w końcu zaczęła jej drgać powieka.

Geraldine nie była Amandą. Jasne, przyjaźniły się, uwielbiała ją, ale bardzo się od niej różniła. Nie miała tej cierpliwości i nie sięgnęłaby po podobne metody, aby spróbować dostać się do mężczyzny, na którym jej zależało.

- Nie będę nim manipulować, to nie jest szczere, to nie jest fair, nie zachowuje się w ten sposób Corio i nigdy nie będę. - Miał świadomość, że nie była cierpliwa, nie potrafiła udawać, ten jego pomysł bardzo szybko by nie wypalił. Geraldine była prostym człowiekiem, nie sięgała po podobne gierki, nigdy tego nie robiła. Zresztą można z niej było czytać niczym z otwartej księgi, nie potrafiła ukrywać swoich emocji, ten plan nie miał żadnej szansy na powodzenie.

- Nie zamierzam zmuszać go do tego, aby się o mnie troszczył. - W końcu od zawsze powtarzali sobie, że nic nie muszą prawda? To byłoby dopiero pojebane. Jasne, mogła zawracać mu dupę, przyłazić do niego z każdą pierdołą, z tym nie miała żadnego problemu, tyle, że nigdy w życiu nie sięgnęłaby po taką manipulację. Nie usiłowałaby wzbudzać w nim poczucia odpowiedzialności za jej osobę. Jeśli chciał się o nią troszczyć, mógł to robić, na pewno nie miała zamiaru doprowadzać do sytuacji, w której poczuje, że nie ma innego wyjścia.

Nie podobało jej się to wszystko, jak w ogóle mogli rozmawiać o czymś takim. Nie była aż tak perfidna, nie była też, aż tak zdesperowana, chociaż może, ta desperacja jednak objawiała się u niej w zupełnie inny sposób.

- Będę blisko, ale nie w ten sposób. - Cóż, to akurat musiało się wydarzyć, w tym zgadzała się z Corio, że musi być blisko, teraz nie mogła odpuścić, nie mogła zaakceptować tego, że zamierzał od niej odejść, musiała schować swoją dumę do kieszeni, bo nie zrobiła tego ostatnim razem i okazało się, że doprowadziła go na skraj jego egzystencji, nie spodziewała się, że zrobiła mu, aż taką krzywdę.




RE: [04.09.1972] At the end of the day, it's night || Ambroise, Geraldine & Cornelius - Cornelius Lestrange - 30.01.2025

Cornelius słuchał Geraldine z narastającym niepokojem. W jej głosie słyszał determinację, ale i brawurę, która mogła prowadzić do niebezpiecznych konsekwencji, przez co przypominał sobie, jak często, przed i po tamtym lecie, rozmawiali z przyjacielem o granicach, które warto było zachować, i o tym, jak niebezpieczne było wkraczanie w świat, który mógł ich zniszczyć. Chciał, żeby Geraldine wiedziała, że był po jej stronie, ale nie mógł zignorować faktu, że Ambroise był w rzeczywistości jego przyjacielem. W ich relacji istniała złożoność, która nie mogła być łatwo zapomniana, nawet, jeśli się pokłócili.

- Zgadzam się, że masz umiejętności i potrafisz o siebie zadbać, nie chcę, żebyś myślała, że jestem przeciwko tobie, bo tak nie jest. Chciałbym, abyś wiedziała, że nie uważam cię za bezużyteczną, wręcz przeciwnie, jesteś jedną z najpotężniejszych osób, jakie znam, ale czasami, nawet najsilniejszy z nas potrzebuje ochrony. - Przerwał, widząc, jak jej górna warga drgnęła, a w oczach pojawił się błysk sprzeciwu, to było zrozumiałe, nie lubiła, gdy podejmowano za nią decyzje. Kontynuował, starając się nie wywołać w niej jeszcze większej frustracji. - Wiem, że jesteś silna, Geraldine, i że potrafisz o siebie zadbać, ale to, co się dzieje w półświatku, to nie tylko interesy. To walka o przetrwanie, to także pułapki i manipulacje, które są trudne do dostrzegania. Ambroise stara się być kimś lepszym przy tobie, ale tam, w tej rzeczywistości, nie ma miejsca na powściągliwość. On może próbować być dżentelmenem, ale w tym świecie dżentelmeni rzadko przetrwają, wiesz, że w półświatku bycie miękkim to nie jest coś, co przynosi korzyści. Tam trzeba być bezwzględnym. Roise nie chce cię chronić, bo uważa, że jesteś słaba, on chce cię chronić, bo wie, jakie niebezpieczeństwa tam czają się na każdym kroku. Nie trzyma cię z dala od tych spraw, bo w ciebie nie wierzy, to, że nie dopuszcza cię do pewnych spraw, ma swoje uzasadnienie. Może czasem wydaje się, że to niepotrzebne, ale on naprawdę chce dla ciebie jak najlepiej. Chce być dla ciebie kimś właściwym, kimś, na kogo możesz liczyć, nie chce, abyś łączyła go z tym, kim był, z tym, co robił, co robi. To skomplikowany człowiek, Geraldine. Chce być kimś, na kim możesz polegać, ale nie chce, żebyś kojarzyła go z tym. Z tą wersją siebie, która pomogła mi... - Przerwał, czując, że te słowa wciąż go bolą. - Z tą, która była częścią ciemnych interesów. Z tym, co pomogło mi zemścić się po śmierci Amandy. Nie możesz go za to winić, chce cię chronić, bo jesteś dla niego najważniejsza. - Corio westchnął, zrozumiawszy, że to, co mówił, mogło nie być tym, co Geraldine pragnęła usłyszeć. Zamilkł, przyglądając się jej z uwagą, na chwilę zamilkł, pozwalając jej przemyśleć te słowa. Wiedział, że mogło to być dla niej trudne do przyjęcia, ale czuł, że musiał powiedzieć prawdę.

Zamknął oczy na chwilę, a potem znów spojrzał na Geraldine, widząc, jak bardzo różniło się ich spojrzenie na świat.

- Jak uważasz. Chcę, żebyś była szczęśliwa, Geraldine, ale pamiętaj, to, co robisz, ma swoje konsekwencje. Zważ na to, że ciemne interesy, w które chcesz się włączyć, mogą cię zmienić. To może być wyniszczające dla was obojga. - Zakończył, wiedział, że nie łatwo było jej zaakceptować to, co jej bliscy, w tym Ambroise i on, robili dla jej dobra. Znał ją zbyt dobrze, by nie dostrzegać, jak bardzo była zdeterminowana, by nie być postrzeganą jako osoba, którą należy chronić.

Zamilkł na chwilę, czując ciężar swoich słów. W końcu wziął głęboki wdech, a potem powoli wypuścił powietrze, pociągnął solidny łyk z butelki, czując, jak gorący alkohol spływa w dół jego gardła. Pokręcił głową z pobłażliwością.

- Może masz rację, nie musisz wymuszać tej troski u Roise'a, prędzej czy później, samym byciem obok, osiągniesz to, czego oczekujesz. To w końcu twój przyjaciel. - Zamknął oczy na chwilę, starając się zebrać myśli. - Ja też miałem swoje zawirowania, więc wiem, jak to jest. Może Ambroise po prostu potrzebuje czasu, by to zrozumieć, ale ostatecznie, to ty jesteś jego siłą, Geraldine, nie zapominaj o tym. - Uśmiechnął się, a jego ton stał się bardziej optymistyczny, mężczyzna chciał dodać jej otuchy. Cornelius uśmiechnął się lekko, wspominając, jak w przeszłości śmiał się z Roise'a, który stawał się coraz bardziej misiowaty w towarzystwie Geraldine. To były łatwiejsze czasy. - Wiesz, Geraldine, Roise to Roise. Zawsze był pokręcony, a ostatnio to już zupełnie mu odjebało. Ale pamiętam ten czas, gdy... - Przerwał, by upić jeszcze jeden łyk, pokręcił głową z pobłażaniem, bo wspomnienia były jednocześnie śmieszne i smutne. - Gdy w kilka chwil potrafiłaś go zmienić w tego swojego misiulka, kuchareczkę, co to gotował ci ulubione dania i biegał za tobą jak piesek. Nikt nie potrafił tak zmiękczyć Roise'a jak ty, masz swoje rozwiązania. W ostateczności każdy z nas ma swoje demony. Ty musisz zdecydować, czy chcesz je przytulić, czy wyrzucić za drzwi. Jeśli zdecydujesz się utulić demony swojego pochmurnego słoneczka, to cóż... Życzę ci powodzenia. - Tak, wiedział, że była osobą silną, która potrafiłaby poradzić sobie w niebezpiecznym świecie, który Ambroise pragnął od niej odseparować, mimo to, nie mógł powstrzymać się od cichego westchnienia. Uśmiechnął się lekko, ale w jego oczach kryła się gorycz.