Secrets of London
[03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4415)

Strony: 1 2 3 4


RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.01.2025

Spojrzał na Geraldine przez kurtynę wilgotnych, unosząc wzrok znad delikatnego wgłębienia pomiędzy jej piersiami. Całkiem atrakcyjnie, choć także wyjątkowo niepotrzebnie i niezbyt poręcznie osłoniętego miękkim materiałem sukienki pachnącej latem i kwiatowymi perfumami. Agrestem, bzem, nutą wetywerii, odrobiną dymu z ogniska, którego palenisko teraz po dwóch latach niemal całkowicie zardzewiało i rozpadło się na kawałki.
Nie wiedział, czy była to ta sama kreacja, którą dziewczyna nosiła w tamten ostatni pamiętny ciepły weekend pod koniec ostatniego lata przed wybuchem magicznej wojny. Prawdopodobnie tak, skoro te wszystkie zapachy nadal były wyczuwalne. On jednak musiał przyznać przed sobą szczerze, że nie zwracał uwagi na nic, w co była ubrana, gdy mógł zdjąć to z niej bez większych problemów.
Sukienki były pod tym względem wyjątkowo wygodne. Nie tylko kusząco opinały zgrabne acz wyrzeźbione ciało Yaxleyówny, pozostawiając odpowiednio dużo pola do wyobrażeń, lecz także pozwalały zsunąć się z niej tak szybko i gładko, że te wszystkie skórzane spodnie przegrywały w przedbiegach. Sukienki - długie czy krótkie były jednymi z ulubionych ubrań, jakich miał okazję pozbawiać ukochaną. Spodnie i ciężkie skórzane buty? Niekoniecznie.
Nie to, by ich też nie lubił. W tamtych pogmatwanych, trochę grząskich czasach, gdy kręcili się wokół siebie, wciąż udając przyjaciół, Ambroise mógł trzymać się za Riną, rzucając ukradkowe spojrzenia w kierunku jej osłoniętych pośladków i udając, że po prostu pozwala dziewczynie iść przodem (jak na dżentelmena przystało, czyż nie?). Szczególnie w drzwiach, które dawały mu dodatkową osłonę i kilka naprawdę pożądanych sekund.
Później to wszystko uległo zmianie. Nie samoistnie, tego nie mógłby powiedzieć. Oni to zmienili. Wraz z tamtą rozmową na plaży i wszystkimi wypowiadanymi słowami. Otwartością, szczerością, dążeniem do tego, żeby już nigdy więcej nie mieć przed sobą nawzajem żadnych sekretów. Nie dusić się pośród ciążących im niedopowiedzeń. Nie krążyć wokół trudnych tematów. Być obok siebie i dla siebie. Nigdy nie powiedziałby, że to utracą.
Starał się być z nią szczery. Nie mógł mówić jej zupełnie o wszystkim, jednocześnie nie ryzykując ani nie angażując Riny w coś, w co nie chciał, by się mieszała. Mimo to nie ukrywał przed nią niczego, co mogłoby im zaszkodzić. Wielokrotnie prowadzili te wszystkie trudne rozmowy. Szukali wspólnego gruntu albo pozostawiali konflikty do rozwiązania przez Wizengamot, jednocześnie mimo to wspólnie dążąc do dania sobie spokoju.
Kochał ją. Kurewsko ją kochał. Tak jak wtedy, tak i teraz. Zawsze, na zawsze, do usranej śmierci. Nawet jeśli nie mogli ze sobą żyć, nie próbował unikać przyznania się do tego zatrważająco prostego faktu. Nikt nie mógł zająć jej miejsca. Gdy się rozstaną, w jego sercu na nowo zacznie ziać głęboka dziura nie do zasklepienia, nie do zalepienia, nie do zniesienia. W tym momencie zdawał sobie sprawę z tego, że te kilka dni jednocześnie nie powinno nic zmieniać, ale w istocie zmieniało dosłownie wszystko.
Nie chciał wracać do tamtych pustych chwil. Do metod radzenia sobie z samotnością. Zresztą podjął je w ramach jakiejś cholernie niedojrzałej zagrywki, chęci zemszczenia się, ale tak właściwie - na kim? Na niej za to, że mówiła o nim tak, jakby naprawdę szczerze wierzyła w to, że porzucił ją z powodu braku uczucia, z nudy i znużenia nimi? Na siebie, bo choć odszedł, nie umiał o niej zapomnieć?
Nie był rozsądny. Jasne, starał się być odpowiedzialny, ale gdy uniósł wzrok znad rumianego dekoltu Geraldine i otworzył usta, żeby odpowiedzieć na jej słowa, sam niemalże parsknął śmiechem. To, co zamierzał powiedzieć brzmiało absurdalnie jeszcze zanim wydostało się spomiędzy warg Ambroisa.
- Ja? Przecież robię to od zawsze. Jestem ucieleśnieniem powagi i odpowiedzialności. Spytaj kogokolwiek w szpitalu - stwierdził, o ironio, całkowicie bez wspomnianej powagi.
Błyszczały mu oczy. Uśmiech powoli powrócił na twarz, niknąc jednak i pojawiając się z powrotem w zależności od momentu, w którym się znajdowali. Tego, czy jego wargi znajdowały się na ciepłej skórze Geraldine a dłonie akurat sunęły wzdłuż jej ciała. Czy unosił ku niej wzrok, by posłać dziewczynie przeciągłe, sugestywne spojrzenie, całkowicie świadomie muskając ją wtedy samym czubkiem języka. Czy może jednak akurat docierało do niego coś tak absurdalnego jak to, co w ogóle doprowadziło do tego momentu.
- To poświęcenie, na które jest panienka gotowa, jak mniemam, panno Yaxley? Czy potrzeba jeszcze czegoś, by utwierdzić panienkę w przekonaniu, że warto? - Spytał niemalże od razu, mrużąc przy tym oczy i jakby na dowód sięgając, aby podciągnąć fragment jej sukienki ponad opalone kolano.
Zachowywali się inaczej, jednakże czy aby na pewno? Inaczej względem czego? Względem siebie nawzajem byli bowiem swoimi najwłaściwszymi, najbardziej naturalnymi wersjami. Ludźmi, którzy znaleźli się tu po raz pierwszy, jeszcze nie wiedząc o roli, jaką to miejsce miało przyjąć w ich życiu. Ludźmi, którzy impulsywnie kupili dom po jednym wspólnym nadmorskim weekendzie. Ludźmi, którzy przyjeżdżali tu przez lata.
Nie ludźmi, którzy zrobili z tego miejsca swój tymczasowy dom, gdy wszystko dookoła zaczęło pogrążać się w gęstych chmurach dymu. Tymi ludźmi teraz nie byli. Tamci ludzie bowiem doznali już pierwszych nieodwracalnych krzywd. Ci tutaj? Wypierając z umysłu myśli o tym, że to mogły być ich ostatnie błogie chwile spędzone w swoich ramionach, nie był tamtym Ambroisem.
Nie chciał być człowiekiem, który poszedł za Yaxleyówną do leża dopplegangera, nawet jeśli dzięki temu ponownie znaleźli się w tym miejscu. Chciał poddać się wszystkim tym dobrym wrażeniom płynącym z chwili wydartej dużo bardziej odległej przeszłości. Bez lęku i strachu. Bez konieczności udowadniania sobie nawzajem, że cokolwiek ich kiedyś łączyło, nadal tu było. Niezaprzeczalne i silne.
Słysząc słowa Riny, nie spytał o oczywistą oczywistość. Nie zająknął się na temat tego, gdzie on znajdował się w jej niejawnym rankingu. Na liście osób, które znała. Na liście jej ludzi. Podświadomie znał odpowiedź. Była ona jednocześnie tak samo kojąca, jak i ciążąca, ciężka do przełknięcia. Bowiem w tej chwili był pewien tego, co do niego czuła. Tak samo jak tego, co on czuł do niej. Tego, co czuli do siebie nawzajem. To było niezaprzeczalne, niezbywalne.
Ta miłość. Błogosławieństwo i...
...i przekleństwo.
Za kilka dni. Sam nie wiedział, kiedy to miało nastąpić. Już niedługo musieli podjąć decyzję o rozstaniu. Opuszczając to miejsce i spoglądając na zupełnie inną listę. Tą drugą. Tą, która mu się nie podobała, jednak była dużo bardziej prawdziwa. Geraldine mogła go kochać. Zawsze, na zawsze, do usranej śmierci, ale to nie znaczyło, że musiała go lubić. Oddalając się od siebie, nie mogli także zachować tej pozornej neutralności. Tego sojuszu, który nie działał ani przez chwilę.
A więc co im zostało? Skoro już wcześniej. Wtedy w marcu tuż po urodzinach Fabiana. Już wtedy rzucali w siebie gromami, posyłali sobie gniewne spojrzenia, ciskali kulami ognia. Żarem urazy, który gdyby nie jego silna wola, pewnie jeszcze tamtego wieczoru mógłby skończyć się w mieszkaniu na górze?
Lgnęli ku sobie. Tak jak po tych wszystkich gwałtownych kłótniach, tyle tylko, że w tej chwili dokładając do tego znacznie więcej tęsknoty. Pragnienia zatopienia się w sobie nawzajem. Zatracenia w pożądaniu, w żarze, w ogniu. To, co robili... ...gęstniejąca atmosfera, pociemniałe spojrzenia, przyspieszone oddechy, dreszcze przechodzące przez ciało, gęsia skórka i nieunikniona nawracająca fala gorąca.
Nie dało się nie dostrzec tej intensywności. Gwałtowności reakcji. Postępującego szumu w uszach i suchości w gardle.
W tej chwili jeszcze mogli nad sobą panować. Pocałunki, którymi znaczył ścieżkę po skórze dziewczyny w dalszym ciągu były delikatne. Tak samo jak nieduże kółeczka malowane językiem na ciepłym ciele. Wpierw w okolicach pępka, później znacznie niżej - na pachwinach rozchylonych ud. Wilgotne, zaczepne, ale jedynie muskające nagą skórę.
- Och, podoba - mruknął w odpowiedzi, nawet nie ukrywając tego, że w tym momencie zgodziłby się z nią odnośnie wszystkiego, co by mu powiedziała.
Był rozproszony. Zatracony w pieszczocie. Zanurzony pod materiałem sukienki, jakby w każdej chwili mógł triumfalnie wynurzyć się stamtąd z podwiązką w zębach w ramach jednej z tych niepoprawnych, głupkowatych gierek. Tyle tylko, że to nie była gra. Już nie. To nie była szeroka, elegancka suknia. To była letnia sukienka - zwiewna i miękka. To nie był labirynt pełen starannie przystrzyżonych krzewów, skąpany w świetle nocnych latarni i narkotycznej kadzidlanej mgle. Byli sami we własnym ogródku. Być może nie zachowując się zbyt odpowiednio, jednak nie mając wywołać skandalu tym jak otwarcie się w sobie zatracali.
Dwoje młodych ludzi z przeszłości. Żarliwych i pełnych pasji. Stojących tuż nad przepaścią tylko po to, żeby zrobić ten jeden krok w przód. By poczuł jej dłonie sunące po jego ciele, wydając z siebie półświadomy gardłowy pomruk. Już nie jak Yeti. Jak ktoś, kto nie zamierzał się dłużej miarkować, planując jednak uczynić z tego momentu coś więcej niż kilka chwil zapomnienia. Ściskając dłońmi kolana Geraldine, zatapiając się w połach podwiniętej sukienki, nie zamierzał utrudniać sobie życia. Jedynie trochę je... ...ubarwić, bez namysłu zębami zsuwając dziewczęcą bieliznę. Tym razem nie będąc już w stanie uniknąć tego zaczepnego śladu na jej skórze. Trochę gwałtowniejszego szarpnięcia, nim tak po prostu pozbył się ostatniej niedogodności.
Wygrała, tak? Niemalże dosłownie zwaliła go z nóg w tamtym trzęsawisku. Mogła oczekiwać od niego tego samego. Zamierzał sprawić, że niemal zapadłaby się w trawę dookoła nich. Zatracenie przed zatraceniem. Jeśli to były ich ostatnie wspólne chwile, powinni wykorzystać je do cna. To miało być coś wyjątkowego.


RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.01.2025

Spoglądał na nią, jego spojrzenie wydawało się wyrażać w tej chwili więcej niż słowa. Pragnął jej, tak jak ona pragnęła jego. Najwyraźniej tylko to miało się liczyć w tej chwili. Dobrze, przestali się przejmować wszystkim innym. Dali się ponieść, tym razem bez żadnych używek, po prostu pod wpływem chwili postanowili przekroczyć granicę. Nie mogli nad tym zapanować, czy to nie świadczyło samo za siebie? Nie mogli nad tym panować, to nadal w nich tkwiło, kochali się, ale byli skazani na potępienie. To było przykre. Kurewsko przykre, że nie mogli mieć tego na co dzień. Zwłaszcza po tym, co razem przeżyli. Wiedzieli, że to miało sens, przynajmniej wtedy, na początku, kiedy ich życie było całkiem beztroskie i lekkie. Nie byli tymi samymi ludźmi, upływający czas, wydarzenia, które nastąpiły po drodze, to wszystko odbierało im tę niefrasobliwość. Musieli dorosnąć, to co mieli zostało im odebrane dosyć brutalnie przez rzeczywistość, która okazała się być okrutna.

- Masz szczęście, że staram się omijać szpital, inaczej zapewne nie miałabym przed tym najmniejszych oporów. - Cóż, zawsze mogła spytać Florence, czyż nie? Nie chciała jednak mieszać w to przyjaciółki. Miała świadomość, że Ambroise musiał częściej niż ona pokazywać się z tej poważniejszej strony, bo to, czym się zajmował w pewien sposób tego od niego wymagało. Bawiło ją to, że większości osób kojarzył się raczej z poważnym uzdrowicielem. Gdyby tylko wiedzieli, jaki był naprawdę. Na szczęście ona miała tę przyjemność, że poznała go bardzo dokładnie, chyba z każdej, możliwej strony. Nie sądziła, aby zbyt wiele się zmieniło. Jasne, przeżyli sporo, kiedy ich drogi się rozeszły, ale czy naprawdę to miało, aż takie przełożenie na to, jakimi byli ludźmi? Nie powinni patrzeć na siebie przez pryzmat tego, jak zachowują się, gdy jest chujowo, bo to nie były naturalne sytuacje, wolała widzieć go takiego, jakim był podczas tych lat, które spędzili razem, a wtedy był dla niej najlepszy, idealny. Co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości.

- Dodatkowe argumenty za tym bym się tym zajęła, zawsze są mile widziane. - Nie mogła skorzystać z okazji, czyż nie? Skoro sam ją jej podsunął, to zamierzała to wykorzystać, chociaż wiedziała, że nie jest jej to do niczego potrzebne. Podjęła decyzję, zresztą już dawno temu. Nic się pod tym względem nie zmieniło. Nie była w stanie walczyć z ciepłem, które rozlewało się po jej całym ciele, kiedy jej dotykał. To było naturalne, nikt inny nie przynosił jej, aż takich emocji. Zresztą znał ją jak nikt inny, spędzili razem wiele lat, wiedzieli co robić, aby obudzić w drugiej osobie to co siedziało dosyć głęboko.

Nie miała pojęcia, co będzie później, nie chciała tego wiedzieć, dużo łatwiej było o tym nie myśleć. Mieli być sojusznikami, to nie zadziałało, nie mogli być przyjaciółmi, bo to też nie miało racji bytu, wrogość była jakimś rozwiązaniem, ale nie chciała na niego patrzeć w ten sposób, nie po tym, co ostatnio razem przeżyli. Nie widziała już miejsca na rzucanie w siebie gromami. Nie, kiedy wiedziała, że nic się nie zmieniło, że nadal czuł do niej to co wcześniej. Co innego im pozostawało?

Ta więź, która kiedyś wydawała jej się być czymś wyjątkowym i niesamowitym, aktualnie faktycznie bardziej przypominała przekleństwo. Zostali skazani na potępienie, utknęli w czyścu i nie mogli się ruszyć w żadną ze stron. Powinni się z tym pogodzić, tylko, czy aby na pewno była gotowa na takie rozwiązanie. Czy naprawdę chciała się męczyć całe życie ze świadomością, że powinni być razem, a jednak podążali osobnymi ścieżkami? Zawsze sięgała po to na czym jej zależało, nie mogła oswoić się z myślą, że tym razem miałoby być inaczej, chociaż przecież przystawała na to, co mówił. Kiwała głową, wydawało się, że rozumiała z czego wynika ten sojusz, w głębi duszy jednak wiedziała, że sobie z tym nie poradzi. Nie chciała jednak teraz sięgać po tę szczerość.

Nie skupiała się jednak na tych niewygodnych myślach, Roise całkiem skutecznie ją rozpraszał. Był wyjątkowo delikatny, ale w każdym geście, którym ją obdarzał czuła emocje, które go wypełniały, i pragnienie. Chciał tego samego co ona, tego nie dało się podważyć.

Oczy Yaxleyówny błyszczały tym specyficznym blaskiem, policzki były rumiane, jeszcze bardziej niż wcześniej, tak samo jak dekolt, który obcałowywał jeszcze chwilę wcześniej. Sukienka, którą na sobie miała w tej chwili bardzo ją irytowała, najchętniej by się jej pozbyła, żeby nic nie oddzielało od siebie ich ciał.

Nie musieli się przejmować tym, że ktoś ich zobaczy, Piaskownica była ich własnym domem, oni byli przecież parą, może nie teraz, ale kiedyś, to chyba normalne, że nadal darzyli się uczuciem. Ten rok był parszywy i okropny, przyszłość pewnie malowała się w podobnych barwach, więc warto było wykorzystać teraźniejszość, skoro nadarzyła się ku temu okazja. Można to było uznać za desperację, zdecydowanie, ale czy to było ważne?

Oddech Yaxleyówny robił się coraz cięższy, zwłaszcza kiedy poczuła dłonie, które zacisnęły się na jej kolanach, później było tylko gorzej, a może i lepiej? W końcu tego właśnie pragnęła. Chciała, żeby się w niej zateacił, potrzebowała tego, aby dał jej wszystko.

Mruknęła cicho, gdy pozbył się całkiem wprawnie jej bielizny, w tym geście nie było już tej delikatności. Odchyliła głowę do tyłu, jej włosy mieszały się z trawą na której leżeli. Przymknęła oczy, starała się uspokoić oddech, ale nie potrafiła tego zrobić, nie kiedy jej to robił. Właściwie, to czy w ogóle powinna się jeszcze hamować, czy to miało jakikolwiek sens?

Tym razem to on wygrywał to starcie, jego dotyk spowodował, że Geraldine zupełnie zatraciła się w tej chwili i straciła kontrolę nad tym, co się z nią działo. Najwyraźniej chciał się jej odwdzięczyć za to, co działo się wcześniej, tyle, że w dużo przyjemniejszy sposób. Może powinna częściej z nim wygrywać?




RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.01.2025

- Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią, co? - Spytał, uśmiechając się pobłażliwie pod nosem.
Minęło tyle lat od tamtego wieczoru. Tak wiele dni i nocy, ale doskonale wiedział, że nieważne, co robił, nie był w stanie zmienić niechęci Geraldine do szpitali.
Zresztą nigdy nie usiłował na nią naciskać. Nie musiała się do tego zmuszać, gdy miała uzdrowiciela w domu, prawda? Ba, gdy otaczała się całkiem wieloma magomedykami. Częściowo pozyskanymi samodzielnie w toku swojego własnego nawiązywania kontaktów, częściowo w związku z kręgami, z których to on się wywodził i w których naturalnie zaczęli się wspólnie obracać.
Tak czy siak, niemal nigdy nie musiała bywać w Mungu. Tamten wieczór był przez to jeszcze bardziej wyjątkowy. Niezbadane były ścieżki losu. Splatane w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Tylko po to, by rozpleść się w porywach burzy. Czemu? Dlaczego? Wielokrotnie zadawał sobie to pytanie.
Odpowiedź była tylko jedna.
Byli przeklęci. Przeklęci, gdy czegoś chcieli. Tak bardzo tego pragnąc jak właśnie w tej chwili. Jak przez wiele długich i ciężkich miesięcy. Samotnych dni i jeszcze bardziej pustych nocy. Mając dla siebie już tylko wspomnienia z czasów, gdy wszystko wydawało się wieczne, gdy miało trwać już zawsze, na zawsze, do usranej śmierci. Brali to wszystko za pewnik, jakby samo odnalezienie się nawzajem w tak wczesnym etapie życia miało być gwarantem tego, że od tamtej pory żadne z nich nie będzie już iść przez nie samemu.
- Niestety, sama wiesz jak jest. Zdecydowanie wolę... ...twarde fakty od szafowania miękkimi argumentami - odmruknął, mimo że sam zasugerował jej, że mógł zacząć rzucać argumentami wyciąganymi wręcz z rękawa.
Tego, którego nie miał. Z czego też zdawała sobie sprawę, czyż nie? Przesuwała dłońmi po jego ciele, wydając z siebie te wszystkie pomruki, reagując przyspieszonym oddechem w sposób, który był mu tak doskonale znany.
To się nie zmieniło. W dalszym ciągu potrafili działać na siebie tak jak na samym początku. Wtedy, gdy dopiero odkrywali w sobie żar zaczynający przeradzać się w gwałtowny i niepowstrzymany ogień.
Może byli w tym głupi. Być może naiwni, zbyt przeświadczeni o tym, co w ich własnych oczach należało do nich. Przecież na to zasługiwali, prawda? Powroty do domu po długim dniu pracy. Wspólne chwile na kanapie, wylegiwanie się w pościeli, zaleganie na dywanie przed kominkiem... ...pled rzucony na sypki plażowy piasek. Koc na trawie w ogródku. Może wtedy tego nie dostrzegali, ale byli wtedy niczym dzieci.
Może nie beztroskie, nie całkiem pozbawione wszelkich problemów, jednak nawet wtedy, gdy było trudno, jakoś sobie z tym radzili. Potrafili odzyskać upragniony spokój i na nowo się w nim zatracić. Niemalże tak jak zatracali się w tej chwili. W sobie nawzajem.
W cieple i miękkości skóry Geraldine. Powolnych pocałunkach, jakimi obdarzał jej ciało. W dalszym ciągu okryte letnią sukienką, lecz to nie miało znaczenia. Nie robił tego egoistycznie. Przynajmniej nie całkowicie, nie tylko dla siebie, dla nasycenia własnych oczu, może tylko dla zaspokojenia pragnień.
Chciał być blisko niej. Nie odsuwać się, nie powtarzać tych wszystkich słów, które przecież od zawsze były niemal całkowicie puste. Mógł nadawać im ten zdecydowany wydźwięk. Przymuszać się do tego, żeby brzmieć tak, jakby bezsprzecznie w nie wierzył, lecz na sam koniec ciężkiego i ponurego dnia to były wyłącznie pozory.
Nie żałował podjętych decyzji. Nie mógł tego robić, skoro dzięki temu mógł nadal otwierać oczy, przyglądając się Rinie. Żywej, szczęśliwej, przez kilka chwil jeszcze nadal jego. To wszystko, co działo się wokół Ambroisa przez ostatnie półtora roku by jej tego nie zapewniło. Wiedział o tym. Dlatego nie. Miał w sobie wiele żalu, niezliczone pokłady goryczy i cynizmu, jednak nie żałował, że dał jej odejść.
Że sam się odsunął, gdy sytuacja była zbyt ciężka, by którekolwiek z nich mogło ją wspólnie udźwignąć. Szczególnie, że to była wyłącznie jego odpowiedzialność. Ona się na to nie pisała. Nie mógł zrzucać tego na jej barki. Teraz tak zmysłowo wygięte do tyłu pośród długich, zdziczałych traw.
To zdecydowanie była jedyna wada tego, co trwało między nimi w tej chwili. Długa sukienka sprawiająca, że nie mógł tak po prostu chłonąć widoku długiej szyi odgiętej w tył, pojawiałych od słońca włosów rozlewających się wokół głowy dziewczyny, półprzymkniętych oczu, uśmiechu drżącego w kącikach malinowych ust, rumieńców na skórze...
...to był ten rodzaj słodko-gorzkiej ceny płaconej za zatracanie się w niej w ten sposób.
Byli przeklęci. Przeklęci, gdy czegoś nie chcieli. Tak bardzo starając się nie myśleć o tym, co będzie później. Przez wiele długich dni i ciężkich miesięcy. To miała być ponura i ciemna jesień. Chłodna i deszczowa. Pochmurna, mroźna zima, którą powinni spędzać na dywanie przed kominkiem z kubkiem grzanego wina. Spędzając ze sobą czas w długich i ciemnych godzinach. Rozmawiając do bladego światła późnego świtu, kochając się bez słów, tworząc zupełnie nowe wspomnienia.
Tak jak robili to w tej chwili pośród traw i wtedy tamtego pamiętnego lata wśród wrzosów, gdy złapała ich zadziwiająco ciepła burza. Wtedy wydawało im się, że cokolwiek czeka na nich tuż za rogiem, przyniesie im upragnioną przyszłość. Mogli poradzić sobie dosłownie ze wszystkim. Z dobrym, złym, lepszym, gorszym.
We wszystkim. W zdrowiu i w chorobie - czyż nie tak to szło? Do usranej śmierci. Tak łatwo było to sobie wyobrazić. Wtedy, kiedy wszystko wydawało się należeć do nich, gdy wystarczyło wyłącznie wyciągnąć rękę ku przyszłości.
Nie żałował. Ich życie byłoby dużo bardziej skomplikowane, gdyby nie to wszystko, co wydarzyło się między tamtym wrześniem a końcem kwietnia. Niemalże to wszystko, bowiem niektórych strat dało się uniknąć. Inne były trwałe wpisane we wszystko, co ich łączyło. W to, co ostatecznie zaczęło ich od siebie oddzielać.
A jednak czasami tęsknił za swoją idealną przyszłością. Za chwilami, po które nigdy nie sięgnęli, choć byli tak blisko, by to zrobić. Niemalże tuż u progu zmian. Niemalże w tej nowej rzeczywistości. Z błyszczącym złotym pierścionkiem, który ciążył mu wciśnięty w pudełeczko w najgłębszych czeluściach szuflady. Z tym drugim, tym gorszym, którego też nigdy nie miał siły się pozbyć.
Z czymś, co kolejny raz przyprawiłoby te same sabatowe towarzystwo o palpitacje serca z potrzeby siania plotek i głoszenia komentarzy, których nikt inny by nie słuchał... ...białą sukienką. Już nie czerwcową, nie szytą na Lithę. Przez kilka chwil naprawdę stali u progu przyszłości. Tego, przez który przeniósłby ją w towarzystwie śmiechu przemieniającego się w ciche pomruki i głośniejsze westchnienia.
W kilka górskich tygodni. Nie tej ponurej brytyjskiej zimy pozbawionej słońca. O nie. To byłaby naprawdę piękna zima. Wspaniały początek nowego życia. Tego, które by tworzyli i tego, które mogliby stworzyć. Branego i dawanego. Byliby teraz w zupełnie innym miejscu, najpewniej fizycznie nadal znajdując się właśnie tutaj.
Wydawało mu się bowiem, że i bez widma wojny prędzej czy później podjęliby decyzję o przeniesieniu się z wielkiego miasta. Przynajmniej na większość czasu, może wracając do Londynu na weekendy zamiast robić to odwrotnie - tak jak to było przez lata z Whitby.
Teraz już nie mieli tej wspólnej przyszłości. Jakiekolwiek szanse na zweryfikowanie wszystkiego, o czym mogli myśleć i marzyć już nie istniały, ale... ...cholera. Ich ciała w dalszym ciągu potrafiły dla siebie płonąć. Oddechy potrafiły wybrzmiewać w cichej przestrzeni pełnej szumu fal i liści. W promieniach słońca oświetlających miękką skórę poddającą się dotykowi. Drobne drobinki potu towarzyszące niekontrolowanym subtelnym dreszczom. Jego własnym rękom obejmującym palcami kolana dziewczyny. Dłoniom zaciskającym się na jego odsłoniętych ramionach. Chciał, by wplotła mu je we włosy tak jak zawsze, instynktownie przyciągając go do siebie jeszcze bardziej. Pragnął, żeby zapomniała o wszystkim innym, zatracając się w tej chwili, w tych ostatnich chwilach odchodzącego lata. W kaskadzie pocałunków, w intensywności żaru, we wszystkich muśnięciach, w każdym delikatnym i stanowczym, subtelnym i żarliwym dotyku. Tak jak on zatracał się w niej. Do samej granicy. Lubili je przekraczać, czyż nie?
To była ta chwila. Ich chwila.
Tym razem przekrana miała słodszy smak.


RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 31.01.2025

- Nigdy się nie zmieniają i na pewno nigdy się nie zmienią. - To była jedna z takich rzeczy. Niechęć Yaxleyówny do szpitali była niepodważalna. Omijała je szerokim łukiem, tak właściwie od dawna. Nie ufała tym miejscom, obawiała się ich, wzbudzały w niej raczej nieprzyjemne uczucia. Co było całkiem zabawne zważając na to, że w jej życiu nie brakowało uzdrowicieli, sporo znajomych Yaxleyówny zajmowało się leczeniem urazów, co było dla niej całkiem wygodne - dzięki temu mogła unikać szpitali. Ostatnio korzystała głównie z pomocy Florence, bo ona mieszkała po sąsiedzku, więc Geraldine mogła korzystać z jej usług od ręki. W przypadku zawodu, który wykonywała było to dość istotne, całkiem często przytrafiały się jej bowiem różne urazy, oczywiście przypadkowo, tak to już bywało w jej profesji. Mało co było ją jednak w stanie skłonić do tego, aby znalazła się w szpitalu.

Miała więc wyjątkowe szczęście, że to właśnie w tamtym miejscu poznała Ambroisa. Pamiętała ten wieczór, gdy znalazła się w Mungu ze swoim kuzynem, spodziewała się, że skończy się on dość nieprzyjemnie, bo nie miała problemu z tym, aby pokazywać swoją niechęć co do instytucji w której się znaleźli, ale oswoił ją wtedy pewien uzdrowiciel. Nie miała jeszcze tamtego dnia pojęcia o tym, że ich drogi splotą się na dłużej, że to był początek czegoś pięknego i niesamowitego. Życie lubiło płatać takie figle, zaskakiwało w momentach, w których mogła się tego najmniej spodziewać. Do tej pory miała w szafie ten szal, który jej wtedy wręczył, złapał na wietrze, a później jej oddał. Pierwszy prezent, który od niego dostała.

- Podejrzewam, że twarde fakty mogą być nawet bardziej przekonujące. - Nie potrzebowała zresztą już żadnych argumentów, chyba o tym wiedział. Nie było już odwrotu od tego, co miał jej zademonstrować, bo przecież zbliżali się do tego momentu tylko i wyłącznie przez te drobną analizę, którą miała przeprowadzić, czyż nie?

Nie dało się zaprzeczyć temu, że nadal coś między nimi wisiało, ich ciała reagowały na siebie zupełnie odruchowo. Pragnęły swojej bliskości, potrafiły bez mniejszego zawahania odnaleźć się w sytuacji, były na to gotowe, właściwie to wszystko przychodziło im całkiem naturalnie. Nie powinno jej to dziwić. Pomimo tego półtora roku rozłąki nie zapomnieli o tym, jak im było razem dobrze. Na pewno pod względem cielesności, to była dość istotna część ich relacji, nigdy nie potrafili trzymać rąk przy sobie zbyt długo, potrafili znaleźć okazje na to, aby się do siebie zbliżyć w każdej sytuacji, w której się znaleźli, nic nie było w stanie ich zatrzymać, kiedy mieli ochotę po to sięgnąć.

Tak było i tym razem. Leżeli na tej trawie, gotowi ponownie się w sobie zatracić, nie zważając na to, że mogło to przynieść niekoniecznie mile widziane konsekwencje, padło między nimi wiele słów, sporo z nich sugerowało, że nie powinni tego robić, cóż rozsądek, rozsądkiem, a oni i tak robili to, na co mieli ochotę. Sojusz, czy przyjaźń zdecydowanie nie były im pisane, dosyć szybko zaczęli przekraczać granice, które sobie wyznaczyli i to wcale nie było zaskakujące, wiedziała, że tak się stanie. Nie umiała inaczej na niego reagować, to też nie miało się nigdy zmienić. Może faktycznie zostali przeklęci? Tyle, że dlaczego kiedyś uważali to za coś dobrego, teraz zaczęło im to przeszkadzać? Gdyby tylko zmienili narrację, to być może znowu mieliby szansę odzyskać to, co kiedyś mieli? To jednak nie było takie proste. Też już przecież o tym dyskutowali.

Nie zmieniało to jednak jej podejścia do tego, co się teraz między nimi działo. Nie potrzebowali do przekroczenia granic żadnych używek, w sumie to czuła, że znowu zaczyna się uzależniać od niego, od jego dotyku, zapachu, czy samej obecności. Byli tu ledwie trzy dni, a przywykła do tego, że jest obok, że trwa przy niej. To było niebezpieczne, odejście na pewno ją zaboli, dużo bardziej, niż zakładała na samym początku. Cóż, będzie musiała sobie z tym poradzić, te chwile zapomnienia były tego warte.

Szczególnie, gdy czuła dłonie zaciskające się na jej kolanach, usta sunące powoli po jej skórze, aż w końcu dostrzgła jego głowę znikającą pod jej sukienką. Nie była w stanie panować nad dreszczami, które przechodziły przez jej ciało, czy oddechem, który nie chciał się uspokoić, nie mogła zamilknąć, mimowolnie z jej ust mógł usłyszeć ciche, urywane dźwięki.

Dobrze jej z nim było. To było niezaprzeczalne, to też się nie zmieniło, nie sądziła, aby mogło się zmienić kiedykolwiek. Jej dłonie zaczęły sunąć dalej po jego ciele, zatrzymały się na karku, w który przypadkiem wbiła swoje paznokcie, kiedy poczuła kolejny spazm, który ogarniał jej ciało. Zagryzła dolną wargę, Roise bardzo dobrze wiedział co z nią robił, potrafił uderzyć w te najbardziej wrażliwe punkty na jej ciele, czym doprowadzał ją do białej gorączki. Nie spoglądała już na niego, nie. Przed oczami zaczęła wirować jej cała gama kolorów, mimo, że miała je zamknięte. Niby tutaj z nim trwała, ale czuła, że za chwilę zacznie unosić się nad ziemią.

Nie myślała już o tym co mieli, czego nie mieli, co mogli mieć, a po co nie udało im się sięgnąć. To nie był odpowiedni moment, aktualnie zatracała się w tej teraźniejszości, w tym dziwnym zawieszeniu, które sobie dali. Skupiała się na tym, aby zaczerpnąć z tego jak najwięcej przyjemności, tak właściwie to nie wątpiła w to, że właśnie tak się stanie, bo jej chłopak aktualnie próbował jej coś chyba udowodnić i nie zamierzała mu w tym przeszkadzać. Gotowa była pozwolić mu zupełnie na wszystko, bo przecież nie rzucała słów na wiatr, wspominała, że mógł sobie wziąć wszystko czego tylko zapragnął.




RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 31.01.2025

Nie mógł powiedzieć, że nikt nie ostrzegał go przed tym, co się działo. Że nie znał konsekwencji swoich czynów zanim nie podjął decyzji o tym, by mimo wszystko podążyć tą drogą. Że nie wiedział, że jeśli pozwalało się, by ktoś był dla ciebie wszystkim, gdy traciło się tę osobę, tylko z pozoru zostawało się z niczym.
To nie było cofnięcie się do przeszłości bez tych wszystkich zapisanych rozdziałów. Nowy początek z zupełnie czystym kontem, białe kartki. Nie. To był przejmujący rodzaj pustki. Poczucie straty sięgające tak głęboko jak głęboka była dziura wydarta w marniejącym, niszczejącym sercu.
Ile jeszcze można było znieść? Najwidoczniej dużo, naprawdę dużo, lecz nie wszystko zanim nie doszło się do granicy, której przekroczenie sprawiało, że tak niezmiernie łatwo było ponownie dać sobie zatracić się w każdym drobnym geście. W skierowanym ku niemu spojrzeniu spod kurtyny długich rzęs. W sugestywnym przygryzieniu wargi w taki sposób, że sam ledwo powstrzymał się, by jej nie pokąsać. Zamiast tego wybierając znaczenie dekoltu dziewczyny pocałunkami. W końcu nigdzie się nie spieszyli, prawda? Odroczona nagroda też miewała całkiem słodki smak.
- Nigdy nie mów nigdy - chyba po prostu potrzebował mieć ostatnie słowo, nawet jeśli zdecydowanie nie chciał jej widywać w szpitalu.
W wielu innych okolicznościach, ale nie tam. Przez lata zdecydowanie odpowiadał mu ich układ. Te wszystkie domowe wizyty. Bycie na wyciągnięcie ręki, gdy zachodziła taka potrzeba. Nawet jeśli czasami wzdychając przy tym ciężko i ledwo (a czasami wcale) powstrzymując się przed komentarzami, czuł się całkiem właściwie w roli domowego medyka. Ufał sobie, (przynajmniej jeszcze wtedy) i swojemu wyczuciu, co niekoniecznie miało odzwierciedlenie w zaufaniu do reszty ludzi, z którymi pracował. Niby opuścili tę samą akademię, ale jego opinia była raczej mniej niż bardziej sprzyjająca.
Zresztą dopóki nie było takiej potrzeby, dopóty nawet o tym nie myślał. Był w domu. Był na wyciągnięcie ręki. Okazjonalnie była tam też Florence, której ufał, więc wszystko wydawało się sprzyjać unikaniu Munga. Jeśli zaś jakimś cudem nie byłoby ani jego, ani Florence, pozostawał jeszcze Cornelius. Święta trójca magimedycyny. Postawiłby na nich niemalże wszystko.
I przejechałby się na tym tak bardzo jak nigdy by nie zakładał. Nie na Flo, nie na Corio. Na sobie. Na swoim odejściu, na opuszczeniu naturalnie przyjętej roli...
...ale teraz tu był, prawda? Był tu jeszcze przez choćby kilka chwil. Był tam u wejścia do jaskini, lecząc rozcięcie na dłoni Geraldine. Był tu teraz, próbując uleczyć zupełnie inne rany. Głębsze, niefizyczne, zadane sobie nawzajem. Coś, czym krwawili na siebie przez wiele miesięcy, lecz teraz? Zapomnienie przyszło tak łatwo.
Wpierw pod postacią delikatnego deszczu pocałunków. Na dekolcie, pomiędzy wzgórkami piersi, na mostku i szyi. Wyłącznie pieszczotą warg, bardzo powolnie przechodzącą w coś trochę bardziej zaczepnego - w drobne kółeczka malowane czubkiem języka. Niespiesznie, bo przecież nie chodziło już o nic, prócz nich dwojga.
Dawaną i czerpaną satysfakcję. Powolną, momentami wręcz przeciwnie. Powtórne odkrywanie tego wszystkiego, co niegdyś mieli, lecz także tych dotychczas nieznanych rejonów. Drobnych, niemal niezauważalnych zmian. Niedużej blizny na dziewczęcej pachwinie, nowego pieprzyka w okolicach pępka. Znajomej barwy oddechu, pomruków i pojękiwań bez słów, lecz w dalszym ciągu z wyczuwalnym akcentem, odrobinę inną barwą głosu.
Jedne z najlepszych chwil. Najsłodszych widoków, najbardziej satysfakcjonujących wrażeń. Nawet wtedy, gdy poczuł paznokcie wbijające mu się w skórę na karku. Traktując to raczej jako wyraz uznania dla kunsztu, zachętę, sugestię może nawet wręcz polecenie zatracania się w niej bardziej i bardziej. Blisko granicy, niemalże ją przekraczając, czując to wewnątrz i na zewnątrz - pod postacią intensywniejszego uścisku palców, drżenia ciała, ukrywanego oddechu. Z satysfakcją niemal spełniając to nieme żądanie i cofając się o krok.
Pozwalając sobie na to, bo przecież mieli czas. W tym momencie mieli cały czas tego świata. Trwali zawieszeni w chwili i w przestrzeni. Jeszcze moment, jeszcze kilka sekund...
...by wreszcie znowu pozwolić sobie na kolejne zatracenie. Tym razem właściwe. Nie musieli trwać w jednym momencie, prawda? Nie, jeśli mieli ich przed sobą wiele.
To było niczym wygrana. Było wygraną. Wcale nie taka mała. Zdecydowanie nie niewinna, choć bez wątpienia miała naprawdę słodki smak triumfu. Tego samego, który ani myślał ukrywać w samozadowoleniu, z jakim odrobinę przeciągnął odsunięcie się. Bardzo powolne uniesienie poczochranej blond głowy spod sukienki jego dziewczyny, przesunięcie językiem po wargach, pojaśniałe spojrzenie i uśmieszek na ustach. Nawet jeśli w dalszym ciągu miała przymknięte oczy, zdecydowanie mogła domyślić się, że był z siebie całkiem zadowolony.
Łapiąc jej spojrzenie, może trochę prowokacyjnie, zdecydowanie przesadnie, ekspresyjnie i aż do bólu niepoważnie przesunął wierzchem dłoni po wilgotnej brodzie, jeszcze bardziej się przy tym uśmiechając. Ostatecznie puszczając też drugie rozdygotane kolano jego słoneczka - równie poczochranego z włosami rozrzuconymi pośród traw.
To był jeden z tych widoków, które same w sobie były w stanie dostatecznie mocno nasycić oczy. Pogniecona sukienka, rozdrżany oddech, szybko unosząca się zarumieniona klatka piersiowa. Piegi kryjące się pod intensywnym rumieńcem, pociemniałe, nieco zamglone błękitne oczy. Widok warty każdego grzechu. Widok, za który można było zabić. Widok, na który patrzył teraz z zupełnie nowej perspektywy. Oczami kogoś, kto w tej jednej chwili czuł się jak człowiek wracający do domu po cholernie długiej wędrówce.
Gdyby jeszcze w dalszym ciągu krył się z tym, co przecież wielokrotnie przez te dni samowolnie opuściło jego usta. Teraz nie pozostawało ani odrobinę miejsca na jakiekolwiek wątpliwości. Na niedopowiedzenia i unikanie tego, co było dostrzegalne już na pierwszy rzut przymrużonego oka.
Był zakochany. Tak jak przez te wszystkie lata. Jak na samym początku i pod sam koniec. Jak jesienią, gdy stali w poczekalni Munga, jeszcze nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co jest przyczyną, dla której ich rozmowa płynie, choć nie powinna. Jak podczas burzy na ulicy, gdy odruchowo złapał dla niej tamten szal, ani przez chwilę nie zastanawiając się, do kogo miał należeć. Jak zimą na balu podczas Yule, pierwszy raz całując jej usta i chowając w pamięci tamten pocałunek. Jak wtedy, gdy otumaniony znalazł się na podłodze barowego pokoju w jej ramionach.
Lata wcześniej, żrąc się i kłócąc. Docinając sobie jak nikomu innemu, dużo intensywniej, wręcz przesadnie. Mając na siebie nawzajem znacznie większy wpływ niż którekolwiek byłoby w stanie kiedykolwiek stwierdzić. Rzucając słowami po latach nacierającymi naprawdę ironicznego wyrazu.
Była jego wrzodem na dupie. Niczyim innym. Współczując jakiemuś nieszczęśnikowi, którego miała w przyszłości okręcić sobie wokół oskarżycielskiego palucha, nieświadomie kierował wyrazy sympatii do nikogo innego jak siebie samego.
Następne nieszczęsne miesiące przepełnione jakże jawnym okazywaniem sobie tej wzajemnej niechęci. Kolejne mniej i bardziej przypadkowe spotkania. Tych kilka chwil podczas sabatów i wydarzeń towarzyskich czystokrwistej elity. Chęci ku temu, by zatkać jej usta ręką. Jednocześnie mimowolnie uciekając myślami ku innym sposobom uciszenia kąśliwego języka.
Merlin jeden wiedział jak blisko tego było. Być może nigdy nie mieli okazji zbyt głęboko poruszać tego tematu, zrzucając na niego zasłonę milczenia, jednak niektóre fakty prezentowały się całkiem wymownie. Zanim tamtej późnej zimy nie wkroczyli na zupełnie inną ścieżkę, znalezienie się tak blisko jak teraz było wyłącznie kilku kolejnych intensywnych wymian niechęci eskalowałoby w bardzo określony sposób.
A jednak na własne życzenie podjęli decyzję o pozornym ułatwieniu a faktycznym skomplikowaniu sobie życia. Te kilka miesięcy przyjaźni. Urodziny Geraldine, sabaty, bal maskowy, na którym niemalże oboje pękli. Potem tamta plaża. Zadziwiające, że w gruncie rzeczy wszystko w jakiś sposób wiązało się z plażą, z naturą, z bądź co bądź naprawdę istotną częścią ich prywatnych historii.
Pierwszy wspólny weekend. Instynktowne kupno domu nad morzem. Kolejne sabaty, wizyty u rodzin, śluby przyjaciół. Ich własny powinien być kwestią czasu. Narodziny syna chrzestnego. Ich własne dzieci powinny być kwestią czasu. Wspólne wyjazdy. Dni i wieczory. Dobre i złe chwile. Początek wojny. Przepeowadzka do Whitby. Wszystkie przerażające, przytłaczające momenty. W nich także była miłość. Kryła się we wszystkim. Nawet wtedy, gdy nie dawała się dostrzec gołym okiem.
Nie dało się jej wyzbyć. Nie można było jej uniknąć. Nie odchodziła, nie znikała. Była gdzieś tam przez ten cały czas. Z nikim innym nie czuł tych wszystkich uczuć. Przy nikim innym nie czuł się tak... ...kompletny. Wciąż jak on, ale jak w domu. Nie byli dwoma połówkami tego samego jabłka. Byli raczej jak dwie czereśnie na jednej gałązce. Połączeni, powiązani, swoi.
Tak powinno być, czyż nie? Tak jak teraz. Błogo, szczęśliwie. Ze wszystkimi tymi gestami, śladami niedawnych pieszczot, ciepłem skóry - jej i jego. Gorącem ogarniającym ciało. Błyskiem w oczach. Uśmiechem na twarzy. Opierając się na rękach za plecami, obdarzył dziewczynę równie pożądliwie samozadowolonym uśmiechem co dosłownie chwilę wcześniej. Tak właściwie, bardzo jednoznaczny wyraz ani przez moment nie schodził mu z twarzy. Wcześniejsza chmurność odeszła, zniknęła, rozpłynęła się w ciepławym letnim wietrze pomiędzy jego a jej ciężkim oddechem.
- O czym my wcześniej - urwał nieco zachrypniętym głosem, pozwalając sobie na całkiem znaczące spojrzenie skierowane w górę i w dół, na Geraldine i na siebie; nie, ani przez moment nie musiał się nad tym zastanawiać - ach, tak jak to bardzo pierdolisz tego Munga, to było to - no cóż, chyba nie do końca w to wierzył na słowo, nie?
Minęło całkiem sporo czasu odkąd udowodniła mu to po raz ostatni.


RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.02.2025

To nie było niczym dziwnym, nie dla niej. Spodziewała się, że prędzej, czy później znajdą się w podobnej sytuacji. Zwłaszcza po tym, gdy wyjaśnili sobie, że ich uczucia są podobne. Jasne - wyznaczyli sobie granice, ale czy naprawdę miały one jakąkolwiek racje bytu, kiedy dwie osoby, aż tak bardzo siebie pragnęły? Nie wydawało jej się, bardzo szybko zresztą miała dostać argument, który poświadczyłby o tym, że ma rację.

Nic się nie zmieniło. Nie pod tym względem. Na to akurat nie mieli najmniejszego wpływu, mogli nazywać to przekleństwem, błogosławieństwem, w zależności o momentu i chwili w ich życiu, nie dało się jednak zignorować, że to coś nadal było między nimi. Nie dało się uciec od tej więzi, która była między nimi. Nie sądziła, że kiedykolwiek się to zmieni. Mijający czas tego nie popsuł, gromy rzucane na siebie spod opuszczonych powiek ich tego nie pozbawiły. To nadal w nich było, i zamierzała się w tym zatracić w tej chwili. tak po prostu, bez zastanawiania się nad tym, czy powinna, bo wiedziała, że to mogło nie przynieść niczego dobrego - wręcz przeciwnie. Jeszcze zaczęłaby myśleć nad słusznością swoich wyborów, a w tej chwili nie chciała tego robić. Nie, myślenie nie było jej do niczego potrzebne, zwłaszcza wtedy, kiedy jego ciepłe usta zbliżyły się do jej skóry.

Musiał mieć ostatnie słowo. Oczywiście. W końcu taki już był. Nie zamierzała teraz, dalej mu się stawiać. To nie miało najmniejszego sensu, wiedziała, że on wie, że nie miała potrzeby aby pojawiać się w Mungu - nigdy. Otaczała się medykami, co było całkiem zabawne zważając na to, czym ona sama się zajmowała. Nie do końca pasowało do niej to otoczenie uczonych i wykształconych osób, ale jakoś tak się złożyło, że w gronie najbliższych miała ich całkiem sporo. Na pewno w dużej mierze było to zasługą Roisa, ale sama też nie bała się nawiązywać takich znajomości. Jak chociażby ta z Florence, która trwała już od czasu, kiedy uczęszczały do Hogwartu - tak bardzo różne od siebie, a jednak potrafiły się dogadać, aż w końcu stały się przyjaciółkami.

Nie do końca umiała stwierdzić, jak daleko sięgała jej niechęć do Munga, ale musiała trwać bardzo długo, tak samo, jak miała z ministerstwem, gardziła wszystkimi publicznymi instytucjami, bo jej zdaniem nie do końca radziły sobie z tym, co się działo. Uważała polityków i urzędasów za okropnie nieudolnych, nie licząc kilku jej przyjaciół, którzy pracowali w tych instytucjach, jednak nie na odpowiednich stołkach. Zresztą nie sądziła też, że istnieją jakieś szanse na zmiany, raczej wydawało jej się, że dalej najważniejsze stołki będą rozdawane w ramach zasady kolesiostwa. Co świadczyło samo za siebie. Zresztą z tego, co udało jej się zrozumieć, to Roise nadal nie awansował, co było dla niej zadziwiające, zważając na to, ile czasy poświęcał pracy i jak bardzo starał się wznieść wyżej w tym miejscu. Cóż, najwyraźniej byli ślepi bo jej chłopak był w końcu najlepszy, nawet kiedy nie był już jej chłopakiem, nie oficjalnie, ale kto by się tym przejmował.

Aktualnie przecież zachowywał się jak jej chłopak. Zasypywał ją pocałunkami, dotykał ją w ten sposób, jakby nic na świecie poza nią się nie liczyło. Zniknął pod rąbkiem jej sukienki, aby obdarzyć ciepłem jej ciało. reagowała na każdy jego gest, nie była w stanie się powstrzymać. Mimowolnie drapała jego kark i zaciskała na nim swoje dłonie. Powinien jej to wybaczyć, no, miała nadzieję, że tak się stanie. Zatraciła się w tej krótkiej chwili, nie była w stanie walczyć z uczuciem, które ją wypełniało, nie chciała tego robić. Dała się ponieść, zupełnie straciła kontrolę i całkiem podobało jej się to uczucie, które to ze sobą niosło. Znowu czuła, że to jest właściwe, że Roise znajduje się tam gdzie powinien, dawał jej dokładnie to, czego potrzebowała w tej chwili.

Kiedyś już to mieli, było to dla nich codziennością, ostatnio jednak nie sięgali po te gesty, po ten sposób dotyku. Na szczęście postanowili do tego wrócić. Wydawało jej się to być właściwe, chociaż powinna pamiętać o tym, że to nigdy nie miało wrócić, nie w pełni.

Nie było sensu szukać w tym niewinności, oni nigdy nie byli niewinni. Nie, zdecydowanie tego im brakowało. Nie mieli problemu, aby bezwstydnie sięgnąć po to, na czym im zależało w danej chwili. Nigdy szczególnie się z tym nie krępowali, tak samo było i tym razem. Właściwie to Geraldine nie musiała po nic sięgać, Roise jej to dawał, bez zbędnych pytań, dawał jej to, czego właśnie potrzebowała.

Zatraciła się w tym, zupełnie. Uścisk jej dłoni w końcu zelżał, oddech zaczął się uspokajać, a nogi - nie była w stanie zapanować nad ich drżeniem. Jej ciało przeszedł dreszcz, który sugerował zwieńczenie tego, co robił. Policzki zrobiły się jeszcze bardziej rumiane, nie była w stanie nawet na niego spojrzeć spod opadających na oczy powiek. Doprowadził ją na granicę, rozsypała się na milion kawałków i wypadałoby się teraz pozbierać, ale to wcale nie było łatwe, nie po takiej ilości doznań.

Chwilę zajęło jej uspokojenie oddechu, zapanowanie nad dygającymi nogami, w końcu jednak była w stanie na niego spojrzeć, chcąc nie chcąc obdarzając go przy tym uśmiechem. Podobało jej się to, co z nią zrobił. Wypadałoby się mu za to odwdzięczyć, w końcu ona również mogła mu to dać, tę chwilę zatracenia, która na pewno by mu się przydała.

Miała świadomość, że to było coś więcej, niż chwilowe uniesienie, to zawsze było coś więcej. Łączyło się z uczuciami, o których być może nie potrafili mówić, ale wiedzieli, że one istnieją, że kryją się w nich. Wszystkie te gesty były tylko potwierdzeniem tego, że one gdzieś w nich siedzą.

- Mam Ci pokazać, jak bardzo pierdolę tego Munga? - Czyżby rzucał jej wyzwanie, cóż, powinien spodziewać się reakcji, na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że Yaxleyówna nie mogła pozostawić tego komentarza bez odpowiedzi, osobie jej pokroju po prostu nie wypadało tego robić.

Zdecydowanie nie chciała teraz znajdować się pod nim, skoro to właśnie ona miała pokazać mu, w jaki sposób pierdoli Munga. Musiała jednak zebrać się w sobie, poskładać do kupy z tej chwili zatracenia, aby w końcu spróbować znaleźć się nad nim, cóż, najwyraźniej przyjęła wyzwanie i miała zamiar udowodnić mu, jak bardzo jebała po Mungu, a może bardziej pierdoliła jego pracowników? Jak zwał tak zwał.




RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.02.2025

Nie było od tego ucieczki, prawda? Prędzej czy później byli skazani na to, by ponownie znaleźć się w zasięgu swoich ramion, nie emanując już wściekłością (nie, zdecydowanie nie), lecz równie intensywnym żarem. Zawsze byli bardzo zero-jedynkowi. W ich wspólnej historii trudno byłoby doszukiwać się momentów, kiedy byli wobec siebie całkowicie neutralni. Nawet w tych wszystkich chwilach, w których z pozoru zachowywali się wobec siebie neutralnie, raczej nie było tam miejsca na całkowitą obojętność.
Zaciekawienie, zainteresowanie, zaintrygowanie. Błysk w oku, lekko przekrzywiona głowa, skupienie dostrzegalne w oczach. Stanowczo zbyt długa rozmowa, nawet mimo chęci opuszczenia budynku przed najgorszą zawieruchą. Moknięcie pod daszkiem, przedłużanie dyskusji, chrząknięcie, zawieszenie wzroku na poruszających się wargach. Uśmiech, kląsnięcie językiem o podniebienie. Słowa, które normalnie by nie padły, bo cudza niechęć do szpitali nie była jego sprawą. Tym bardziej wyrażana przez kogoś na tyle zamożnego, by mógł pozwolić sobie na prywatną opiekę medyczną.
Poniekąd to było wpływanie na swoją własną pozaszpitalną praktykę. Odciąganie sobie potencjalnych klientów, próbując choć trochę zmienić jej nieprzychylną opinię na temat szpitala. W perspektywie czasu było to całkiem zabawne, bo prędzej niż później uświadomił sobie, że pośrednio i tak była jego klientką. Poprzez ojca i matkę. Ludzi, których w tamtym momencie życia znał całkiem dobrze, momentami słysząc nawet wieloznaczne wtrącenia na temat młodej córki w Londynie.
Naprawdę ładnej, dobrze wychowanej z domu (ta, jasne; była jego małą sekutnicą - za co z pewnością częściowo odpowiadało to wyniesione z domu tak zwane dobre wychowanie) wolnego stanu. Jakaż szkoda, że akurat nie było jej w rodzinnej posiadłości, bo na pewno by się dogadali (mhm, szczególnie dobrze dogadywali się bez niepotrzebnych słów).
Nie było to nic niestandardowego. Właściwie to całkiem standardowa śpiewka powtarzająca się w różnych miejscach, u różnych ludzi, w różnych domach i w stosunku do różnych wyjątkowych kandydatek. To bywało równie zabawne, co irytujące. Zdecydowanie za tym nie tęsknił w momencie, w którym uległ delikatnym i dyskretnym zabiegom Jennifer, dokonując najlepszego możliwego wyboru.
Co samo w sobie też było wyjątkowo śmieszne. Z uwagi na to, że stara Yaxleyowa nie miała z tym nic wspólnego. Ale też przez wzgląd, że ten rzekomy wybór, którego Roise dokonał był wyłącznie połowiczny. Dzielony mniej więcej po połowie, bo do tanga trzeba dwojga, czyż nie? I to jego najdroższa ostatecznie wykonała ten pierwszy ostrożny krok, po którym dali sobie popłynąć. Otworzyła usta, wypowiedziała te pamiętne słowa, reszta była historią.
Nigdy nie spodziewaliby się, że również w tym dużo bardziej ponurym sensie. Że cokolwiek ich ze sobą łączyło miało przestać istnieć. Że ta historia nie miała szczęśliwego zakończenia. Szczególnie, że w tej chwili, w tym konkretnym momencie łatwo było ulec przekonaniu, że wszystko jakimś cudem zostało naprawione. W kilku spojrzeniach, paru gestach, bez niepotrzebnych słów i deklaracji.
Każdy spojrzenie, każdy dotyk, każda chwila była jak nowa iskra, która tylko potęgowała ich żar. W tej chwili nie myśleli o niczym innym jak tylko o sobie nawzajem. Nie byli dorośli, nie byli odpowiedzialni. Byli tylko dwojgiem zakochanych ludzi, którzy odnajdywali się w swojej namiętności, w tym małym, nadmorskim ogródku, gdzie czas zdawał się nie mieć znaczenia. Czy to mogło nie być prawdziwe? Czy to mógł nie być powrót na właściwe tory?
Na ścieżkę rysowaną ustami na skórze. Delikatną wilgoć kropelek skrzących się w ostatnich promieniach letniego słońca. Podmuchy wiatru przynoszące znajome wrażenie, zapach bliskości, nutę przeszłości i domu. Czy to nie było właściwe?
Czuł jak jej ciało reaguje na jego bliskość, jak drży pod wpływem jego dotyku. Przyspieszone oddechy, palce zaciśnięte na jego karku. Kurczone i rozprostowywane wraz z kolejnymi falami przyjemności ogarniającymi rozgrzane ciało. Brakowało mu tego. Tej otwartości w pochylaniu się ku niej i spełnianiu niewypowiedzianych życzeń.
Wiedział, że to późne popołudnie z pewnością nie było normalne. Oboje uciekli od codzienności, od swoich ról w świecie, w którym teraz musieli być znacznie bardziej poważni i odpowiedzialni niż kiedykolwiek. Każde z nich miało swoje nowe obowiązki, własne życie. Teraz, w tym nadmorskim ogródku byli... ...tylko dla siebie. Czuł, że to, co się działo miało w sobie tę specyficzną magię. Ten rodzaj magnetyzmu, który był między nimi zawsze, od zawsze, na zawsze, do usranej śmierci - tu chyba się nie mylili. To była ich chwila. Ta, która sprawiała, że chciał dłużej trwać w tym splocie ich ciał i dusz.
Wyplątując się spod długiej sukienki Geraldine, jednak wcale nie zamierzając pozostawić jej w ten sposób, w takim stanie. Zakończyć ich wspólnych chwil na intensywnym, ale jednokrotnym zbliżeniu. Nie było w tym egoizmu. Oczekiwania na rewanż. Choć może trochę? W końcu chciał być blisko niej. Jak najbliżej, nadrabiając te wszystkie chwile, kiedy nie sięgali ku sobie, choć powinni to zrobić.
Błysnął zębami w uśmiechu. Jego spojrzenie było pełne wyzwania. Czekał na jej ruch, na to, co zamierzała zrobić, by przejąć inicjatywę. No, dobrze - oczekiwał rewanżu. Nie bez przyczyny odsunął się w ten sposób. Nie bez powodu przyzezował wzrokiem, nie potrzebując słów, by określić swoje oczekiwania, co do tego, gdzie powinna się znaleźć.
Siedział na trawie, opierając się dłońmi na ziemi za plecami. Słońce leniwie zniżało się ku horyzontowi a powietrze przesycone było słonym zapachem morza. Nie patrzył jednak na otoczenie. Jego spojrzenie wwiercało się w półprzymknięte oczy ukochanej, jakby chciał wyczytać z nich wszystkie jej myśli. Teraz z pewnością chaotyczne i skupione wokół intensywności niedawnych chwil. A przecież mieli jeszcze tyle do odkrycia.
Nie ukrywał, że pragnął więcej, że ta chwila była dla niego zbyt cenna, by mógł pozwolić Geraldine umknąć. Pragnął jej. Całej. W najbardziej pierwotnym sensie. Nie zamierzał się bawić się z nią w subtelności. Pragnął, by poczuła ten sam dreszcz ekscytacji, który go ogarniał, by dała się ponieść chwili.
- Co, nie jesteś gotowa? Mocna w gębie, teraz tchórzysz? - - Zapytał z figlarnym błyskiem w oku, lekko unosząc brwi.
Jego ton był zaczepny, lekko kpiący, jednak nie z niej. Nie z Riny, lecz z tego, o czym tak właściwie teraz mówili. Z pierdolenia Munga w najbardziej dosłowny, fizyczny sposób. Z tego, co niosło ze sobą brzmienie tych słów. Z tego jak z pewnością wyglądałoby to z zewnątrz. Z tego, w jaki sposób zachowałaby się dyrekcja szpitala z główną cnotką Dorindą na czele, gdyby ktokolwiek z nich miał świadomość wykorzystywania przez ich dwoje imienij tej poważanej instytucji medycznej w celu propagowania nierządu. Wyuzdanego seksu przedmałżeńskiego w celu zaspokojenia bardzo jednoznacznych żądz, nic sobie nie robiąc z tego, co należy i wypada. Szafując odpowiedzialnym stanowiskiem, wręcz powołaniem życiowym w tak przyziemnych i niewłaściwych celach jak dorosłe zabawy.
Oj tak. Dorinda dostałaby palpitacji serca i znacznie ciemniejszych, buraczano-czerwonych pąsów na twarzy, gdyby dotarło do niej, że jej pracownik kolejny raz zachowywał się niewłaściwe. Szargał dobre miano uzdrowicieli. Przy okazji łamiąc wszelkie możliwe zasady pożycia (tak, tak) społecznego, dopuszczając się tego wszystkiego, co teraz robili. Na zewnątrz. Pod gołym niebem.
Uśmiechnął się szeroko, pokazując swoje białe zęby, jego oczy rozbłysły żądzą. W tej chwili nie było dla niego nic ważniejszego niż ta gra, która toczyła się między nimi. Zawiesił wzrok na wargach Yaxleyówny, gdy wreszcie udało jej się złapać głębszy oddech. Na jego dziewczynie. Nie żonie, nie narzeczonej, na jego dziewczynie - w dodatku byłej, zgroza, choć obecnie oboje zachowywali się jak niegdyś. Jakby nigdy się nie rozstali. Leniwym spojrzeniem ogarnął twarz jego kobiety. Z długimi włosami, które lśniły niczym złoto, z oczami pełnymi ognia i żartobliwym uśmiechem, który sprawiał, że serce biło mu szybciej. Wyzwanie, które przed chwilą rzucił, wisiało w powietrzu. Nienasycone, kuszące i pełne obietnic.
Tak wyczuwalne jak intensywna woń kwitnących kwiatów wypełniających niegdyś ich ogród. Teraz już tu nie rosły, jednak w dalszym ciągu pamiętał tamte wszystkie chwile zatracania się pośród nich tak jak to robili w tej chwili.
Kiedy Rina zbliżyła się do niego, jego serce jeszcze bardziej przyspieszyło. Patrzył na nią z błyskiem w oku, z uśmiechem, który mówił więcej niż słowa. Była tu tuż przed nim. W jej spojrzeniu dostrzegał mieszankę ciekawości i pewności siebie. To, co rzucił jej przed chwilą było nieprzyzwoite a jednocześnie tak ekscytujące, że nie potrafił się powstrzymać od prowokacji.
Nie zachowywali się jak dorośli. W ich zachowaniu nie było ani grama powagi, raczej beztroski młodzieńczy entuzjazm, którego nieświadomie brakowało mu przez ostatnie półtora roku. W tym momencie czuł się wolny. Zupełnie właściwie. Tak, jakby mógł przy niej zrzucić z siebie wszystkie problemy, które ciążyły mu na barkach. Był młody i pełen energii. Obok niego siedziała kobieta, która rozbudzała w nim wszystkie najdziksze pragnienia.
Wiedział, że ich zachowanie jest nieodpowiednie,  ale w tej chwili, w ogrodzie pełnym słońca, nie miał zamiaru myśleć o rzeczywistości. Chciał tylko czuć jej bliskość, jej ciepło, jej zapach.
Kiedy znajdowała się nad nim, ponownie przełamując dystans. Gdy ich spojrzenia się przenikały, był pewnien, że ta chwila była stworzona tylko dla nich. Czuł jak jego serce łomocze, jak gwałtownie pompuje krew rozchodzącą się falą gorąca po ciele. Jak napięcie w powietrzu staje się wręcz namacalne.
Byli jak dwoje napalonych nastolatków, zatracających się w sobie nawzajem, bez względu na otaczający ich świat. W teorii zamierzał dać jej szansę wykazania się z tą deklaracją. Całkiem grzecznie opierał się rękami o trawę, przynajmniej przez chwilę. Zanim nie znaleźli się tak blisko siebie, że jego palce mimowolnie same odnalazły drogę po odkrytej skórze dziewczyny. Delikatnie przesunęły się po jej ramionach, powoli zsuwając się w dół. Mimo to nie przekraczał granicy. Czekał na ruch Geraldine.


RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.02.2025

Obojętność nie była im pisana, nigdy. Zawsze musiało wisieć między nimi coś silniejszego, czy to ta udawana nienawiść, kiedy z łatwością potrafili sobie rzucać nawzajem kłody pod nogi, czy w końcu właściwa bliskość, ta która wydawała się być najlepszym, co jej się w życiu przytrafiło. Nie pasowała i neutralność, zbyt wiele emocji potrafili sobie wzbudzać. Tym razem nie mogło być inaczej, to, że mówili jedno, a robili drugie nie było wcale niczym nowym. Już kiedyś znajdowali się w podobnym miejscu, walczyli z rosnącymi w nich uczuciami, aż w końcu pozwolili sobie im ulec. Zresztą, jak mogłaby z tym walczyć, kiedy już bardzo dobrze wiedziała, jak to wszystko smakuje? Nie było takiej możliwości.

Wiele razem przeżyli, widzieli siebie w różnych momentach życia, nic jednak nie powstrzymywało ich przed tym, aby znowu pozwolić się w sobie zatracić. Ambroise zawsze miał specjalne miejsce w jej sercu, to nie miało się zmienić kiedykolwiek. Nawet jeśli bardzo chciał, żeby się go stamtąd pozbyła, chociaż coraz bardziej zaczynała w to wątpić, inaczej to zatracanie się w tych krótkich momentach nie przychodziłoby mu z taką łatwością, nie była w tym sama, tym razem on również pozwolił sobie odpłynąć, chociaż to on z ich z dwójki starał się podchodzić do tej całej sytuacji bardziej racjonalnie. Najwyraźniej i jemu mogły zdarzyć się momenty w których nie mógł z tym walczyć. Dobrze było mieć tego świadomość, nie, żeby sądziła, że zwiastowało to jakąś nadzieję na to, że uda im się znaleźć rozwiązanie, dzięki któremu będą mogli znowu być razem, bo w końcu i to sobie wyjaśnili, nie było tam miejsca na takie rozważania, za to mogli korzystać odpowiednio z tego momentu, który dostali od losu. Właśnie na tym chciała się skupić, szczególnie, że ten dzień okazał się być jednym z przyjemniejszych w ostatnim czasie.

Nadal to w sobie mieli, ich ciała zupełnie naturalnie reagowały na dotyk. Dążyły ku sobie, chciały się w sobie zatracić, co nie było niczym nowym. Cielesność była dość istotną częścią ich życia, może nie najważniejszą, ale jednak nie dało się zauważyć przez te lata, które ze sobą spędzili, że odgrywała w ich życiu sporą rolę. W każdej sytuacji potrafili znaleźć moment, kiedy mogli się na sobie bardzo mocno skupić, ugasić to pragnienie, które pojawiało się zupełnie znienacka, jeśli o to chodzi to nigdy nie brakowało im wyobraźni, nie mieli też żadnych granic.

Chwilę zajęło jej doprowadzenie się do użyteczności, cóż, znalazła się zdecydowanie gdzieś indziej, kiedy Roise zajmował się jej ciałem, gdy jej dotykał, odpłynęła na moment, wiedziała jednak, że to jeszcze nie koniec, dopiero zaczęli się w sobie zatracać. Kiedy w końcu uspokoiła oddech, nogi przestały jej drżeć, a róż na policzkach przestał być, aż taki intensywny uniosła się nad ziemią, tak znalazła się nad nim. Wiedziała, że teraz nadszedł moment, w którym to ona powinna się nim odpowiednio zająć. Nie, żeby odczuwała, że tak wypadało, nie, chciała to zrobić, chciała wrócić do tego, co kiedyś mieli, chciała aby zatęsknił za dotykiem jej ust.

- Przymknij się, bo Ci coś odgryzę.- Rzuciła jeszcze do niego z uśmiechem na ustach. Teraz to ona miała mieć władzę i faktycznie jej się to podobało. Przyglądała mu się przez krótką chwilę, kiedy leżał na tej trawie, napawała się widokiem nagiego ciała, właściwie to półnagiego, bo nadal miał na sobie spodnie, które aktualnie mogły im tylko i wyłącznie przeszkadzać.

Mieli czas, nie zamierzała tym razem reagować nieprzemyślanie, szybko, wręcz przeciwnie, był to odpowiedni moment na to, aby w pełni mogli napawać się tą bliskością. To było całkiem piękne zwieńczenie tego wspólnego czasu, który sobie dali. Właściwie to może tylko początek ich dalszego odpoczynku w tym miejscu? Zarzekali się w końcu, że nie mogą przekraczać granic, mówili sobie te wszystkie słowa, a gdy przyszło co do czego, cóż nie potrafili zapanować nad tym zwykłym, przyziemnym pożądaniem. Byli tylko ludźmi, czyż nie?

Pierdolenie Munga, okazywało się być całkiem przyjemną czynnością, miała naprawdę sporo szczęścia, że było jej dane sprawdzić, z czym wiązało się to doświadczenie. Nie ukrywała nigdy, jakie ma podejście do tych publicznych instytucji, całkiem zabawne, że jej chłopak okazał się być całkiem mocno zaangażowany w sprawy jednej z nich. Zawsze uważała, że jego talent się tam marnował, że stać go było na coś więcej, miała nadzieję, że prędzej, czy później otworzy oczy. Ten moment chyba zbliżał się nieuniknienie zważając na to, że nadal go nie awansowali, nie miała pojęcia właściwie dlaczego, zapewne po raz kolejny woleli posadzić na stołku kogoś z rodziny, nie zdziwiłoby jej to wcale.

Udało jej się jednak sprowadzić jednego z najbardziej uzdolnionych uzdrowicieli Munga na pokuszenie, ciekawe, co by sobie o nim pomyśleli, gdyby wiedzieli, czym zajmował się w wolnym czasie i jak bardzo dobrze mu to wychodziło. Bawiło ją to, że Roise na co dzień był poważnym medykiem, a z nią... z nią w domu, zdecydowanie zmieniał się w inną osobę. Takiego go uwielbiała, pozbawionego granic, sięgającego po to, co mu się należało, z tym bezczelnym uśmiechem malującym się na twarzy.

Gdy znalazła się tuż przed nim zmierzyła wzrokiem jego ciało, właściwie zrobiła to kilka razy przesuwała spojrzeniem z góry na dół, chcąc napawać się tym widokiem. Oczy jej błyszczały, w końcu mogła się nim zająć w odpowiedni sposób. Nachyliła się przed twarzą mężczyzny, miała ochotę złączyć ich usta w pocałunku, ale to nie był jeszcze ten moment, zamiast tego dotknęła wargami jego szyi, bardzo powoli. Jej dłonie znalazły się na klatce piersiowej mężczyzny, po której sunęły to w górę to w dół, chciała poczuć pod opuszkami palców ciepło jego ciała. W końcu zatrzymały się w okolicach pępka, wypadałoby się pozbyć tego, co przeszkadzało jej eksplorować dalsze miejsca na jego ciele.

Lewą dłonią sięgnęła do jego paska od spodni, chwilę zajęło jej rozpięcie go, ale w końcu udało jej się to zrobić. Teraz mogła zsunąć mu te spodnie nieco niżej, wraz z bielizną, aby dostać się do tego co ją w tej chwili najbardziej interesowało.

Jej dłonie w końcu znalazły się na jego nagich udach, przez dłuższą chwilę to właśnie na nich się skupiała, dodała do tego usta, które składały w tamtych miejscach pocałunki. Lubiła jego uda, zawsze wydawały jej się być bardzo atrakcyjne, nie wiedzieć czemu akurat ta część ciała ją interesowała. Nie mogła jednak w nieskończoność odwlekać nieuniknionego, uniosła jeszcze na chwilę głowę, aby posłać mu wyzywające spojrzenie, aż w końcu znalazła się między jego nogami, aby dać mu jedną z tych najbardziej zatracających przyjemności, zasługiwał w końcu na wszystko, co najlepsze. Jej ruchy były bardzo delikatne, bo wbrew temu co wspomniała, wcale nie chciała mu niczego odgryźć, wręcz przeciwnie, wiedziała bowiem, że każda część jego ciała może im się przydać w niedalekiej przyszłości, bo to był przecież dopiero początek tego, co mogli sobie dać, w czym mieli się zatracić.




RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.02.2025

Cierpliwość zdecydowanie nie była w tym wypadku cnotą, której hołdowali. Niewielkie, raczej niespecjalnie głębokie pokłady posiadane przez ich oboje zazwyczaj wyczerpywały się nad wyraz szybko. Prawdę mówiąc, po upływie tylu lat tym trudniej było uwierzyć w to, że pomiędzy pamiętną zimą a końcem wiosny przez kilka tygodni byli w stanie stronić od nawiązania tej zdecydowanie najbliższej formy kontaktu.
Jasne, zdarzało im się wtedy naginać granice przyzwoitości, tego, co wypadało. Badać je w przesadnie ostrożny sposób albo po prostu pozwalać alkoholowi podejmować za nich nieco bardziej spontaniczne decyzje. Moment później powracając do upartego udowadniania platoniczności łączącej ich relacji. Dawać sobie sygnały, ale jednocześnie grać rzekomą swobodą tego, w jaki sposób się przy sobie czuli. Zachowywać się zarazem bardzo jednoznacznie i przesadnie zachowawczo, przez co w pewnym momencie całkiem mocno zamotali się w tym, co ich łączyło.
Gdy nie było między nimi jasności, mieli nieuniknione tendencje do gubienia się w tych wszystkich gestach. Bezwiednie, podświadomie zmierzali ku jednemu. Robiąc przy tym drugie i mówiąc trzecie. A przecież to powinno być całkowicie proste. Tym bardziej, że już raz przez to wszystko przeszli, dochodząc do wniosku, że nie było innej możliwości niż ta, której oboje od siebie oczekiwali.
Mieli być tuż obok siebie. Zawsze, na zawsze, tak? Zestarzeć się wspólnie, nie dając sobie szansy na zweryfikowanie jego bezsensownie rzuconych słów tam wtedy w barze na Horyzontalnej. W tamtym momencie chciał pocieszyć Geraldine, roztoczyć przed nią jakąś tak absurdalną, że aż śmieszną wizję przyszłości.
Starej i pomarszczonej Rodzynki z powiekami muśniętymi zbyt fioletowym perłowym cieniem do powiek. Z kreskami zrobionymi brązową kredką do oczu i ustami w kolorze kwiatów fuksji. Podstarzałej, ale wciąż uwodzicielskiej damy wodzącej młodych chłopców na pokuszenie.
Tyle tylko, że to nigdy nie miało się ziścić. Nie powinno, bo w swoim życiu udało jej się już okręcić sobie wokół palca właściwego szczeniaka, prawda? Niespełna dwudziestosiedmioletniego kawalera zapierającego się rękami i nogami, że nigdy nie zmieni tego stanu. Przez lata wymykającego się powinności ożenku. Tylko po to, by wpaść. Wpaść jak śliwka w kompot.
Geraldine nie miała być śliwką. Nie, gdy to on powinien nią być. Stać tuż obok, do tego czasu pewnie fundując sobie jedną z tych bajeranckich lasek zamieniających różdżkę w kostur, którym przy okazji mógłby robić dziury w ziemi pod sadzenie lasu, który niechybnie w pewnym momencie otoczyłby ich dom.
Przez kilka lat, jakie okazjonalnie spędzali w Whitby oraz tamte pamiętne kilka miesięcy, nasadził już całkiem sporo drzew (no dobrze - zatrważająco dużo drzew) na niekoniecznie ich terenach. W jego głowie powoli rodził się przy tym plan ukradkowego wykupienia połaci ziemi otaczających Piaskownicę. Tak, by nikt już zupełnie nie miał szansy im tam przeszkadzać.
W końcu wystarczyłoby wyłącznie zaszeleścić gotówką. W jeden czy w drugi sposób. Może dorzucając jakieś konfundujące zaklęcia, na które mugole byli dostatecznie podatni. W tamtym momencie był nawet skłonny ostrożnie wybadać od przyjaciółki Riny, czego używało Ministerstwo, aby mieszać ludziom w głowach.
Do czasu osiągnięcia późnej starości mieliby tu całkiem ładne tereny. Idealnie zachowane proporcje między dzikością natury a wprowadzeniem w nią własnych akcentów. Z czasem mogliby rozbudować główny budynek, dodając do niego skrzydło czy dwa.
Tym bardziej, że w pewnym momencie całkowicie naturalnie zaczęła przychodzić mu do głowy myśl, że prędzej czy później miało być to konieczne. Szaleli i mieli szaleć. Nie wyobrażał sobie nagle stać się całkowicie śmiertelnie poważnym człowiekiem. W domu żadne z nich nie zachowywało się w ten sposób. Na ich prywatnych terenach pozwalali sobie na wszystko, o czym ludzie patrzący na nich w oficjalnym środowisku nawet by nie pomyśleli.
Przy nikim innym nie czuł się tak swobodnie. Nikt inny nie wyzwalał w nim takiej chęci do życia. Zachowywania się może i niekonwencjonalnie, niepoprawnie, czasem zupełnie absurdalnie, ale za to jakże satysfakcjonująco.
Tak jak poprzedniego dnia pod wpływem imponujących ilości mocnego alkoholu, lecz nie tylko tego. Nie potrzebowali się odurzać, aby zachowywać się jak odurzeni, prawda? By być odurzonymi swoją wzajemną obecnością. Dotykiem, gestami, spojrzeniami, werbalnymi i niewerbalnymi sugestiami spełniania najskrytszych pragnień.
Mogli ganiać się po domu. Łapiąc się wokół niego, umykając przez ogród. Droczyć się w wodzie i na kocu na plaży. Pośród wrzosów na wrzosowisku i w wysokich nadmorskich trawach. W głębokim lesie, w kompletnej głuszy. W górach i nad jeziorem. Wszędzie, gdzie tylko pragnęli się w sobie zatracić. Nawet na tych wszystkich wydarzeniach odnajdując okazję, by ukraść sobie kilka przelotnych, ale żarliwych pocałunków i parę minut sam na sam.
W czasach, które wydawały się tak odległe, jakby w istocie były zupełnie innym życiem, wydawało mu się jasne, że to nigdy się nie zmieni. Należeli do siebie. Mieli do siebie należeć. Mieli iść wspólnie przez życie, nawet jeśli czasami zaliczając jakieś trudniejsze momenty to będąc w stanie poradzić sobie z nimi.
Wspólnie.
Zawsze sobie radzili.
Mieli mieć tę swoją upragnioną przyszłość, łącząc ją z teraźniejszością. Tą, która też już nie istniała. Może z czasem podejmując te rozsądne kroki. Dochodząc do momentu podjęcia oficjalnych kroków w ich relacji. W pewnym momencie prawdopodobnie posuwając się też do naturalnego powiększenia stada, ale nic na tym nie tracąc.
Za dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści czy pięćdziesiąt lat mieli być dokładnie tacy jak zawsze. Przy Geraldine nigdy nie obawiał się o swoją upragnioną wolność. Nie czuł się przyduszony, zamknięty w złotej klatce uczuć. Nie poszukiwał niezależności, bo nie musiał tego robić.
To, co wyprawiała z nim jego dziewczyna. To, jaka była i w jak niewymuszony sposób wkradła się w jego serce i umysł. To, jak zrobiła sobie miejsce w jego życiu. Po prostu pojawiając się któregoś dnia, kilka miesięcy później wyraźniej zaznaczając swoją obecność. Nie musiał nad tym myśleć. Pewne decyzje zostały podjęte bezwiednie.
Byli razem szczęśliwi. Uzupełniali się tam, gdzie to było konieczne. W innych sferach znajdując naprawdę satysfakcjonującą jednomyślność. Prócz tamtych przyjacielskich momentów, praktycznie nie zdarzało im się wobec siebie miarkować.
Znali się. Rozumieli swoje potrzeby. Czerpali satysfakcję z ich spełniania. Z badania nowych gruntów, z wykraczania poza wcześniejsze granice kreatywności. Następnego dnia wracając do sprawiania pozorów w towarzystwie (no, mniej lub bardziej - nie zawsze było to aż tak konieczne) tylko błyskiem w oku dając sobie do zrozumienia to, czego zdecydowanie nie wiedziało i być może nie powinno wiedzieć towarzystwo.
To nigdy nie było chodzenie po skorupkach jajek. Nie, gdy zgodzili się w tym, że całkowicie platoniczna przyjaźń nigdy nie była im pisana. Mogli się przyjaźnić. Mogli być sobie najlepszymi, najdroższymi przyjaciółmi, w tym samym momencie żarliwie się całując. Niemal na oślep, bez chwili namysłu zrzucając z siebie ubrania. Popychając się na komodę w korytarzu, kanapę albo jakimś cudem nawet docierając do sypialni.
Nie byli ze sobą wyłącznie dla tej fizycznej przyjemności. Dla satysfakcji z gaszenia żądz, z dawania ujścia pożądaniu, jednak bez wątpienia ta cała cielesność była istotnym elementem tego, co mieli.
Dlatego ten sojusz nie mógł wypalić. Nigdy nie było na to nawet cienia szans. Tym bardziej, że sprowadzenie tego do współpracy z benefitami byłoby przekroczeniem jedynej nieprzekraczalnej granicy - granicy absurdu. Kompletnego i ostatecznego spierdolenia, poplątania się w myślach i pragnieniach, w tym, co mogli a czego nie powinni.
Sprowadzając się do roli okazjonalnych kochanków, popełniliby kardynalny, niewybaczalny błąd. Wystarczyło, że to, co sobie teraz dawali było dostatecznie skomplikowane. Z jednej strony próbowali dojść do porozumienia w kwestii tego, że nic nie miało ich już ze sobą łączyć.
Nic prócz miłości - ta nie dawała się tak łatwo wymazać. Ironiczne, czyż nie? Nic szczęśliwego, żadne dobre zakończenie, żadne rozważenia na temat dawania sobie drugiej szansy, żadne uleganie wspomnieniom wspólnej przeszłości i marzeniom o przyszłości.
Z drugiej już w pierwszych chwilach, po zaledwie kilku godzinach od opuszczenia Snowdonii, kochali się po raz pierwszy. Od tamtej pory mówiąc jedno, robiąc drugie. Jeśli do trzech razy sztuka, w tym momencie tworzyli już prawdziwe arcydzieło.
Symfonię oddechów i pomruków. Rożane rumieńce na wilgotnej, lśniącej skórze. Lubił obserwować jak złota opalenizna powoli zmienia swój odcień, nabierając delikatnie czerwonej barwy na dekolcie. Jak kolejne niekontrolowane dreszcze przechodzą przez ciało ukochanej. Zatracać się pośród ciepła jej ud, słodkiego smaku i zapachu pożądania.
Czuć jak jej paznokcie nieświadomie trochę zbyt mocno zatapiają się w jego skórze, później w łazienkowym lustrze dostrzegając charakterystyczne półksiężyce w okolicach karku. Wyśmienitą alternatywę dla malinek na szyi i innych wewnętrznie rozgrzewających śladów żarliwych chwil. Tym bardziej, że nie zwykli się z nimi ograniczać.
Świadomość, że po prawie dwóch latach, odkąd ostatni raz przyszło im tak otwarcie sięgać po fizyczne spełnienie, nadal całkiem często zdarzało sięgać mu się do szafy po koszule z wysokim kołnierzykiem albo po golfy była...
...słodko-gorzka. Co prawda jakoś nigdy nie przykładał aż takiej uwagi do tego, co myśleli sobie inni ludzie. W teorii mógł też zasmarować to sobie na szybko maścią i nazwać to załatwionym, tyle tylko, że nie chciał. Lubił to. Na swój pokrętny sposób naprawdę lubił, gdy jego dziewczyna dawała się ponieść pożądaniu. Uznawał to po części za swoją zasługę. Swoją małą wygraną.
Kolejne zwycięstwo zaraz po tym znacznie większym dostrzeganym w szybkich, ciężkich ruchach klatki piersiowej, znacznie wyraźniej odznaczających się detalach piersi osłoniętych cienką sukienką (i chyba tylko nią? nie miał jeszcze okazji tego dokładniej sprawdzić), przyspieszonym, urywanym oddechu. Zamgleniu w oczach powoli ustępującemu miejsca figlarnemu błyskowi i dzikości. Uniesionym kącikom warg lekko opuchniętych od przygryzania - sam też pragnął ich ponownie skosztować.
Dla tego momentu będąc nawet w stanie odpuścić sobie oczekiwanie dosłownego rewanżu, bowiem i tak oboje mieli w końcu sięgnąć po swoje - ostateczny wymiar bliskości, najwłaściwszą formę znalezienia się tuż obok siebie... ...nad sobą... ...pod sobą... ...na sobie. W całkowicie dowolnych konfiguracjach, tym bardziej, że nic ich przecież nie ograniczało. Trafiła mu się naprawdę gibka, zwinna, wygimnastykowana łowcza. I dopóki nie próbowała ćwiczyć na nim strzałów do jabłka na głowie, zdecydowanie dawał jej się kusić. Spętać prawdopodobnie też. Nie było tak wiele rzeczy, na które by się nie zgodził.
- Wiesz, że możesz mnie gryźć do woli - zaczął, posyłając jej kolejny bezczelny uśmieszek i ewidentnie nie zamierzając wziąć sobie tej groźby do serca; nawet wtedy, kiedy pokręcił głową. - Żałowałabyś - i to bardzo szybko, czyż nie?
Nie musieli o tym mówić na głos, by mieć plany na wieczór, które zrujnowałyby podobne niedorzeczne groźby. Poza tym ani przez moment go tym nie przytkała, nie przestraszyła ani nie skłoniła do refleksji. Mogła kąsać do woli, przynajmniej słownie, ale za dobrze wiedział, że nie pozbawiłaby się możliwości umoszczenia mu się na kolanach...
...albo między nimi. Między nimi również odnajdywała się w naprawdę wyśmienity sposób. Wywołując u niego falę gorąca już samym sięgnięciem do sprzączki paska. Celowym bądź nie powolnym manipulowaniem przy nim lewą ręką, raz po raz dotykając go przez napięty materiał. Wywołując mimowolny dreszcz. Chęć poddania się ponownemu narastającemu napięciu.
Szarpnięcia za ten cholerny pasek, przyszpilenia jej do ziemi i zakończenia wszelkich podchodów tu i teraz, dokładnie w tym momencie. Już nie tak delikatnie i łagodnie jak podczas tych wcześniejszych pieszczot. Bez powolności, gwałtownie zmierzając dokładnie ku temu, czego potrzebowali. Po to, od czego stronili przez długie miesiące, teraz wreszcie mając to na wyciągnięcie dłoni. Palców wbijanych w trawę za wygiętymi plecami.
Pragnienie, które go ogarniało było niemal nie do zniesienia. Świdrował dziewczynę wzrokiem, gdy wreszcie rozpięła mu pasek i nie wahając się zbyt długo zanim nie sięgnęła po to, co do niej należało. To, co działo się w tej chwili było otumaniające. Mimo chęci poddania się momentowi, jednocześnie nie potrafił tak po prostu oderwać wzroku od jej ruchów i przymknąć powiek. Jeszcze nie. Obserwował ją pociemniałym, intensywnym spojrzeniem, nieświadomie unosząc przy tym górną wargę i ukazując zęby w pożądliwym grymasie. Jego spojrzenie wbiło się w jasne włosy dziewczyny, które tańczyły na wietrze.
Cholera.
Zdecydowanie ulubione określenie na wszystko, co z nim robiła. Nigdy nie zapomniał tego jak zgrabnie i umiejętnie radziła sobie z pokazywaniem systemowi tego, gdzie jest jego miejsce - na trawie pod nią, poddając się wszystkiemu, co robi. Opierał się na rękach, czując jak jego serce bije coraz szybciej w rytm narastającego napięcia w ciele. Wpatrywał się w jasne włosy swojej dziewczyny... ...jego dziewczyny, zawsze jego dziewczyny, ta myśl miała właściwe brzmienie... ...które lśniły w słońcu, a jej pocałunki, delikatne i pełne namiętności, zostawiały ciepłe ślady na jego udach.
Gęsia skórka pokryła jego ciało a wargi rozchylały się w nieświadomym pomruku zadowolenia. Otumaniające uczucie, które go ogarnęło, sprawiało, że tracił poczucie czasu i miejsca. Fale ciepła rozchodziły się po jego ciele, sprawiając, że czuł się lekko otumaniony. Gwałtownie łomotało mu serce a w jego głowie krążyły niknące już myśli, które jeszcze niespełna kilka dni wcześniej nie miały prawa się zrealizować. Teraz? Nieuchronnie zmierzali ku zatraceniu.
Nieświadomie przesunął rękę na jej plecy, czując miękkość jej skóry i materiału sukienki pod palcami. Zgarnął długie, jasne i potargane włosy w kucyk, owijając je mocno wokół dłoni. Może odrobinę zbyt ciasno, ale musiała mu to teraz wybaczyć.
Czuł jak ciepło jej pocałunków przenika do jego wnętrza, rozpalając każdy zakamarek ciała. Wargi rozchylały się bezwiednie, wydobywając z siebie głęboki pomruk zadowolenia. Jeden po drugim. To, co z nim wyprawiała było otumaniające i zniewalające, sprawiając, że zapominał o wszystkim dookoła. Każde muśnięcie sprawiało, że zanurzał się głębiej w błogości, pozwalając sobie na uległość.


RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.02.2025

Rzadko kiedy potrafili nad sobą panować, było tak niemalże od samego początku. Był ten moment, kiedy walczyli z rosnącym w nich uczuciem, ale nawet wtedy sięgali chociaż po drobne gesty. Pamiętała, jak wiele ją kosztowało wtedy, by trzymać swoje ręce przy sobie, by nie przekroczyć granicy. Zaczynała od tego wariować, zastanawiać się nad tym, czy może tylko ona tego chce, na szczęście jakoś udało im się dojść do tego, że odczuwali to samo. To nigdy nie miała być tylko i wyłącznie przyjaźń, to nie było im pisane. Ich drogi skrzyżowały się ze sobą w zupełnie innym celu. Nigdy tego nie żałowała, miłość którą mieli była czymś wyjątkowym, połączyła ich na całe życie - co do tego też nie miała najmniejszych wątpliwości, przecież inaczej po tym półtora roku, który spędzili osobno zatracanie się w nim i z nim nie przychodziłoby jej tak łatwo. Nadal to czuła, może tkwiło to w niej nieco przygaszone, ale gdy znaleźli się w Piaskownicy to ponownie zaczęło płonąć żywym ogniem.

Próbowali podchodzić do tego rozsądnie, nie chcieli przekraczać granic, ale to nigdy nie miało zadziałać, nie w ich przypadku. Zresztą gdy tylko się tu pojawili zaczęli do siebie lgnąć, choć mieli świadomość, że to nie było właściwe. Pewnie nigdy się to nie zmieni, taki miał być już ich los, nie mogli być razem, mieć tego, co kiedyś było dla nich codziennością, ale osobno również nie mogło im być dobrze. Faktycznie zostali napiętnowani przez przeznaczenie.

Nie tak miało wyglądać ich życie. Widziała swoją przyszłość zupełnie inaczej, zawsze u jego boku, tutaj w Whitby, chociaż to miała być tylko weekendowa odskocznia od codzienności. Mieli tu bywać, a z czasem to właśnie to miejsce stało się ich domem. Zaczęli tu pomieszkiwać, gdy zmusiła ich do tego szara rzeczywistość, byli zupełnie sami, z dala od całego świata i wydawało jej się to być właściwe. Nie potrzebowała nikogo więcej. Teraz zresztą to się powtarzało, mieli tu zostać na chwilę, nie określoną przez żadne z nich, nie potrafili wyznaczyć dnia, jeszcze nie teraz. Ich ciała i dusze potrzebowały siebie chociaż na ten krótki moment, który dostali po tym, jak wydostali się z jaskini. To był odruch, przyzwyczajenie, spletli ze sobą swoje dłonie i znaleźli się tutaj, jakby nic się między nimi nie zmieniło. Wrócili do domu, który nie powinien już być ich domem, a jednak nie widziała w tym nic złego. Chciała trwać tutaj u jego boku, najlepiej aby to się nigdy nie skończyło. Wiedziała, że powrót do codzienności zaboli, zwłaszcza, że wciąż jej powtarzał o tym, że nie mogą znowu się w tym w pełni zatracić, nie mogli być razem, tyle, że to co robili świadczyło zupełnie o czymś innym.

Tutaj zawsze mogli być sobą. Z dala od ciekawskich oczu. Nie musieli się niczym przejmować, żadnymi konwenansami, czy opinią innych ludzi. Mieli swój własny, mały świat, gdzie mogli robić wszystko na co tylko mieli ochotę. To było całkiem wygodne, brakowało jej aktualnie tej beztroski, którą mieli. Spontaniczności, tych wszystkich chwil.

Dobrze im było razem, potrafili ze sobą koegzystować pomimo dość trudnych charakterów, często badali swoje granice, ale zawsze jakoś potrafili się dogadać. Nauczyli się ze sobą żyć, i byli w tym bardzo szczęśliwi. To był właściwie najlepszy czas w jej życiu, chociaż nigdy, przenigdy nie zakładałaby, że coś takiego będzie jej pisane. Nie chciała tego typu stałości, nie sądziła, że się odnajdzie w takiej relacji, szczególnie gdy była młoda i rządna przygód, wystarczyło jednak, aby znalazła się odpowiednia osoba, a jej światopogląd całkowicie się zmienił. Nie widziała już nic złego w spędzaniu czasu tylko i wyłącznie razem, zamknięci w czterech ścianach, wręcz przeciwnie bardzo ceniła te wieczory, gdy nie musieli wychylać się poza drzwi wejściowe. W pełni mogli nacieszyć się swoją obecnością.

Czuła się przy nim bezpiecznie, wiedziała, że nie da jej zrobić krzywdy, miała w Roisie oparcie, zawsze traktował ją poważnie, nie lekceważył tego, co robiła. To było budujące, wtedy, gdy z nim była stała się zdecydowanie lepszym człowiekiem. Zaczęła się przejmować, stawiała sobie granice, których nie mogła przekroczyć, bo miała dla kogo żyć, to było wyjątkowe.

Tutaj nigdy nie chodziło tylko o fizyczność, jasne nie dało się zaprzeczyć, że zachowywali się przy sobie przez te kilka lat jak para gówniarzy, nie umieli trzymać rąk i innych części ciała przy sobie, ale to zawsze było coś więcej. Nigdy nie brakowało im tematów do rozmowy, cóż, czuła po prostu, że był jej człowiekiem, jedynym, nie sądziła, aby kiedykolwiek z kimkolwiek mogło być tak samo. Nie chciała nawet tego sprawdzać, bo by się rozczarowała. To od samego początku miał być on. Nigdy nie rozważałaby założenia rodziny, przy nim to się zmieniło. Potrafiła sobie wyobrazić ich wspólną przyszłość i małego człowieka, u ich boku. To na pewno byłoby wspaniałe dziecko, na pewno niełatwe w wychowaniu zważając na ich temperamenty, jednak nie wątpiła w to, że byłoby cudowne.

Marzenia się zmieniały, do usranej śmierci okazało się nie mieć większego sensu, więc to wszystko pozostało tylko gdybaniem. Co by było gdyby wtedy od niej nie odszedł, gdyby go odszukała, czy znajdowaliby się teraz gdzieś indziej? Jeśli tak, to w jakim miejscu?

Na szczęście to nie był moment, w którym zamierzała się skupiać na niespełnionych marzeniach. Nie, kiedy czuła pod palcami jego ciepłą skórę, nie kiedy jego usta wyznaczały pocałunkami ścieżkę po jej ciele. To znowu miała być ich chwila, kolejna, którą wykradli tej okrutnej dla nich rzeczywistości. Było to nieco jak pakt z diabłem, bo przecież powtarzali głośno, że nie mogą tego robić, jednak to co robili... było zdecydowanie inne od narzucanej sobie przyzwoitości. To do nich zupełnie nie pasowało, dużo bardziej w ich stylu było właśnie to, co teraz sobie dawali. Zatracenie, na które zasłużyli i którego potrzebowali. Pragnienie tak silne, że musieli je ugasić, tu i teraz.

- Wiem, pamiętam. - Nigdy nie miał problemu z tym, że jej zęby, czy też paznokcie niezbyt delikatnie traktowały jego ciało. Kiedy zatracała się w tych wyjątkowych chwilach z Roisem, cóż zupełnie traciła nad sobą kontrolę, nie panowała nad tym co się z nią działo, więc zupełnie przypadkowo (chociaż nie zawsze) znaczyła jego ciało, pozostawiała ślady po swoim istnieniu.

- Nie mogę zaprzeczyć. - Na pewno by żałowała, nie było innej możliwości, wiedziała, że by jej tego brakowało. To były tylko nic nie znaczące słowa, Yaxleyówna nie zdecydowałaby się odebrać sobie samej tych wszystkich przyjemności, które miały się jeszcze wydarzyć. Tak, czuła bowiem, że to może być dopiero początek ich chwilowego zatracania się w sobie, dzień był przecież całkiem młody, nigdzie im się nie spieszyło, wypadałoby więc jak najbardziej wykorzystać tę okazję.

Nie zamierzała nigdzie się spieszyć, bo dlaczego miałaby to robić? Na pewno potrafiła to zrobić szybciej, jednak chciała się rozkoszować w pełni tym momentem, który sobie dali, jakby odrobinę się bała tego, że może się to nie powtórzyć.

Zresztą musiała się przyłożyć do tego, co robiła, bo w końcu chodziło o pierdolenie Munga, więc zamierzała się wywiązać ze swoich słów bardzo dokładnie, jak najdokładniej potrafiła.

Dłonie Yaxleyówny zaciskały się na udach mężczyzny, miała do nich pewną słabość, rzucała mu co jakiś czas ukradkowe spojrzenia, chcąc dostrzec, czy udało jej się pozbawić go kontroli. To, co robiła zdecydowanie działało, bo Roise zaczął się w tym zatracać. W końcu przestała to robić, skupiła się na tym, aby dać mu wszystko to na co zasługiwał, przecież sam chwilę wcześniej sprawił jej ogromną przyjemność, zamierzała mu się odwdzięczyć tym samym.

Poczuła jego dłoń sunącą po jego plecach, chwilę później zaciskającą się na jej włosach, do tego przyspieszony oddech, wszystko świadczyło, że jeszcze chwila i faktycznie przekroczy granicę, odpłynie. Gdy złapał jej włosy na chwilę odchyliła się do tyłu, aby rzucić mu jeszcze jedno spojrzenie, w którym mógł dostrzec te charakterystyczne iskierki w oczach, które zwiastowały kłopoty, chociaż nie tym razem.

Po chwili jednak jej głowa ponownie się nachyliła, nie mogła w końcu teraz zaprzestać tego, była bardzo bliska dania mu tej przyjemności, na której jej aktualnie zależało. Niemiarowy oddech to był dobry znak, w końcu o to przede wszystkim jej chodziło, zacisnęła mocniej dłonie na udach mężczyzny, liczyło się tylko to, żeby doprowadzić go na skraj, kiedy w końcu przestał się przejmować tym, czego nie mieli mieć.

Chciała doświadczyć tego wszystkiego po raz kolejny, to nie było w końcu niczym nowym, kiedyś mieli to przecież na co dzień, gasili swoje pragnienia, a później rozpalali je na nowo. Teraz miało być tak samo, z oddechem zbliżającej się jesieni gdzieś w tle. Aktualnie jednak jej nie odczuwała, trwało lato, piękne kolorowe lato, a oni znajdowali się w ich wspólnym ogrodzie, jakby teraźniejszość wcale nie miała ich dosięgnąć.