![]() |
|
[04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4471) |
RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.02.2025 Mogli przerzucać się kolejnymi kąśliwymi słowami, ale co to im dawało? Każde z nich miało swoje spojrzenie na świat i swoją wersję wydarzeń. Swoją książkę o odpowiednio przeredagowanej treści. O ironio, mogli i być na tej samej stronie, czasami wydawało mu się, że są, ale co z tego, skoro każde miało inne tłumaczenie? - Tego nie wiesz - odpowiedział szorstko, starając się nie brzmieć w taki sposób, jakby naprawdę wierzył wyłącznie w te najbardziej ponure scenariusze, ale w gruncie rzeczy przecież tak było. Ostatnie półtora roku raczej sprzyjało temu, by brać pod uwagę głównie te najgorsze możliwości, najczarniejsze opcje. Los nie oszczędzał żadnego z nich. Zatrważające, jednak Roise powoli dochodził do tego, że Geraldine być może miała choć część racji i oboje pływali po pas w bagnie. Tyle tylko, że każde w innym. W swoim własnym, już nie wspólnym. To było trudne do przyjęcia, jednak nie niemożliwe. Z dnia na dzień, od słowa do słowa coraz bardziej rzeczywiste. A potem znowu mu to udowodniła... - Przestań. Nigdy mnie nie zawiodłaś - oburzył się, instynktownie zadrżał mu głos a mięśnie napięły się po raz kolejny. Skierował niedowierzające spojrzenie na Yaxleyównę, nawet nie próbując ukryć tego, że jej słowa cholernie go ugodziły. Tak. Dokładnie tak. Jej słowa go ugodziły, choć przecież były skierowane nie przeciwko niemu a przeciw jej samej. Mimo to nie powinna być tym zdziwiona, prawda? Zawsze usiłował być jej adwokatem, nawet przed nią samą, gdy kolejny raz poddawała się tym swoim skłonnościom do brania na siebie całej winy tego świata. Nie chciał o tym słyszeć. Być może wiele się zmieniło. Możliwe, że przez okres rozłąki stali się zupełnie innymi ludźmi. Nie umieli już stawiać wyraźnych i nieprzekraczalnych granic. Kłócili się o byle co. Brakowało im zrozumienia i delikatności względem siebie nawzajem, ale ta jedna rzecz nigdy nie miała się zmienić. Mógł szczekać i gryźć. Kąsać, rzucać nieprzemyślane wypowiedzi, odruchowo wbijać szpilę tam, gdzie najbardziej bolało, ale nigdy, przenigdy nie obwiniałby swojej dziewczyny o nic z tego, co się stało. I w żadnym razie nie zamierzał tolerować tego, że ona sama próbowała to robić. Wrzucając papierosa do kominka tak jak to wcześniej zrobiła Geraldine, prawie automatycznie zacisnął drugą rękę wokół jej ramienia, przesuwając się tuż przed nią. Tak, żeby siedzieli na przeciwko siebie. Tak, żeby mógł ją przytrzymywać, jednocześnie w tej chwili obejmując jej ramiona i nie zważając na to jak to wygląda. Nie zamierzał nią potrząsać, ale ściskał jej ramiona, wbijając w nią spojrzenie. Kiedyś musiała unieść na niego wzrok. Nie mogła wiecznie się w sobie kulić. To nie było w jej naturze. Nawet przygaszona i przybita, nie była taka. Za to miała tę naprawdę wkurwiającą skłonność do przyjmowania na siebie czegoś, czego nigdy nie powinna brać. Niemal znowu zazgrzytał zębami. - Nigdy w to nie uwierzysz, prawda - niby to było pytanie, jednak ani przez chwilę tak nie brzmiało, bo w żadnym momencie nie nadał swoim słowom pytającego tonu. Stwierdzał coś, co było oczywiste. Mówił to, o czym myślał w tej chwili. To, o czym oboje wiedzieli. Mógł próbować wmówić sobie, że może być inaczej i że jest w stanie przekonać Geraldine do zaakceptowania tego faktu, ale w istocie nie miał ku temu nawet najmniejszych szans. Była uparta. Przecież ją znał i poniekąd między innymi dokładnie za to kochał. Za ten upór, za zaciętość, za wolę walki i dążenie do swego. Za niewyparzony język potrafiący wyczyniać cuda, ale też nieodmiennie wykrzywiający rzeczywistość. Nie łudził się. Chyba powoli z tego rezygnował. Musiał przyjąć rzeczywistość taką jaka była. Nie był w stanie zmusić Geraldine do spojrzenia na całą sytuację z innej perspektywy, sprawić, że patrzyłaby na świat jego oczami. Mógł wyłącznie usiłować zamydlić swoje, ale tego już teraz też nie chciał. W gruncie rzeczy nigdy tego nie robił. Usiłował być realistą. Może miał w tym skłonność do instynktownego brania na siebie więcej niż powinien. Prawdopodobnie jego realizm był bardziej pesymistyczny niż optymistyczny. Prawdę mówiąc, Ambroise już dawno nie spoglądał na świat przez pryzmat zysków. Raczej bilansował straty. - Nie. To jest tragiczne - chyba kolejny raz nie mogli się ze sobą do końca zgodzić, ale przynajmniej tym razem byli chyba na tej samej stronie. - Cholera, Geraldine, nie wiem. Nie wiem, co z tym zrobić - ale milczenie, milczenie nie było żadnym rozwiązaniem, prawda? W końcu ją puścił. Złagodził nacisk palców na ramionach dziewczyny, sunąc dłońmi po materiale jej swetra i opierając je luźno na jej kolanach. Tych samych, o które bez słowa oparł także głowę, pozwalając sobie na ten gest w nadziei, że skoro już się dotykali, nie zostanie odepchnięty. Zamiast tego przymknął powieki, oddychając głęboko. - Nie zawiodłaś mnie. To ja cię zawiodłem - czuł się zobowiązany to powtórzyć, ten jeden z nielicznych razów robiąc też coś, do czego nie przywykł - przyznając się do ponoszenia winy. Za to i za wszystko. Za wszelkie wydarzenia. Kiedyś musiał zachować się dojrzale, prawda? To był ten wieczór. RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.02.2025 - Nie wiem, ale ty też nie możesz być o tym przekonany. - Mogli sobie gdybać, każde na swój sposób. Wszystko zależało od nastawienia. Ona wolała widzieć ich przyszłość w jasnych kolorach, Roise wybierał czerń, mogli to niby wyśrodkować, tyle, że w tym momencie nie szukali konsensusu, każde z nich miało swoją własną wizję, przy której się upierało. To było czymś nowym, bo jednak wcześniej raczej starali się jakoś to uśredniać. Teraz każde z nich stało po zupełnie innej stronie, starając się przekonać siebie nawzajem co do tego, która wizja ma większą rację bytu, a przecież tak naprawdę nie dyskutowali o czymś co ktokolwiek byłby w stanie przewidzieć. To nie miało najmniejszego sensu, te rozważania były wyssane z palca, czysto hipotetyczne nie miały żadnego znaczenia. W końcu to oni sami byli odpowiedzialni za swoją przyszłość, nie musieli powtarzać czyjegoś losu, sami pisali swoją historię. - Nie poradziłam sobie wtedy, nie dałam rady, mogłam to zrobić, ale straciłam czujność. - Nie lubiła o tym mówić, nie znosiła wracać do sytuacji, które pokazywały, że coś spierdoliła. Miała świadomość, że tamtego dnia dała dupy, nie była odpowiednio czujna, nie przemyślała jakie konsekwencje może przynieść jej zryw. Summa summarum nic jej się takiego nie stało poza tym, że wylądowała w Mungu, było blisko, ale jak zawsze miała więcej szczęścia, niż rozumu. Przypomniał jej o tym przed chwilą, nie powinna mieć do niego wyrzutów o to, że bał się tego, że ta historia im również się przydarzy, bo to przecież ona wtedy oberwała, nie on. Ona nie poradziła sobie z niebezpieczeństwem. Nie miała żadnych wątpliwości co do tego, dlaczego mógł się tego obawiać. Przez nią i jej chwilową niedyspozycję, sama dała mu ku temu powód. Ona była winna tej sytuacji, temu, że się obawiał tego, że może skończyć jak Amanda. To wydawało jej się teraz być jasne niczym słońce. Nie miała problemu z tym, aby wziąć na siebie odpowiedzialność za to, co wynikło. Może właśnie zaczęła otwierać oczy, może to wszystko stało się przez jej lekkomyślność. Od tego momentu przecież wszystko zaczęło się sypać. Sprawa była całkiem oczywista, przynajmniej dla Yaxleyówny. Szkoda, że wcześniej tego nie dostrzegała. Właściwie przecież zazwyczaj tak było, niszczyła wszystko, co udało jej się stworzyć, była pierdolonym chaosem który był w stanie rozpierdolić nawet to, co wydawało jej się być najbardziej trwałe w jej życiu. W końcu mieli być razem do usranej śmierci, a gdzie znajdowali się teraz? Zdecydowanie byli dalecy od tego, co kiedyś powtarzali. To nie tak, że chciała się nad sobą użalać, nie, nie miała takich tendencji, po prostu stwierdziła fakt. Coś co teraz wydawało się być bardzo proste. Nie oczekiwała, że będzie ją wybielał, nie chciała, aby to robił. Zrozumiała przekaz, całkiem szybko. Nie była, aż tak ślepa i głupia. Poczuła dłonie mężczyzny zaciskające się na jej ramionach. Znajdował się blisko, bardzo blisko. Przymknęła oczy, musiała to zrobić, chociaż na chwilę, czuła się nieco przytłoczona tym, co się znowu między nimi działo. Wydawało jej się, że właśnie zaczynali docierać do prawdy, a przynajmniej dla niej to była prawda. Zawiodła go wtedy, od tego wszystko zaczęło się sypać. - Nigdy nie mów nigdy. - Kto wie, co stanie się kiedyś? Nigdy nie mieli być w tym miejscu, a jakoś tak się stało, mimo, że przez lata obiecywali sobie to całe zawsze na zawsze. Nie mogła się zgodzić z tym, że nigdy w to nie uwierzy, bo miała już doświadczenie z tym, że wszystko było możliwe, chociaż bardzo mogłaby tego nie chcieć. Otworzyła w końcu oczy i na niego spojrzała, jej wzrok był przygaszony, nieco zrezygnowany, zresztą tak jak ona sama. Stała się nieco obojętna, bo chyba łatwiej było jej to przetrawić w ten sposób, nie miała zamiaru się tu teraz przed nim rozklejać, te kilka dni to nie był dla niej najprostszy czas. Znowu zaczęło ją przytłaczać to wszystko, co się wydarzyło, dochodziły do tego co chwilę, kolejne czynniki. Ciekawe ile będzie w stanie znieść, czy miała jakieś granice? Jej bagno wydawało się być coraz bardziej głębokie. - Spodziewałeś się kiedyś, że będziemy bohaterami takiej tragedii? - Nie wiedzieć czemu o to zapytała, wiedziała, że nie. Na pewno jak ona nie widział dla siebie takiego losu. To, co im się przytrafiło po drodze było naprawdę trudne, zresztą nie do końca potrafili się w tym odnaleźć. Mieszali sobie w głowach, ciągle. Kiedyś to było takie proste. - Nie jestem pewna, czy da się coś zrobić, przecież wiesz. - Był ten moment, kiedy również starali się to wypierać, tyle, że w końcu pogodzili się z tym, że połączyło ich coś takiego silnego. Przyjęli to i zachowywali się tak, jakby to naprawdę było coś wyjątkowego. Kiedy oparł o nią głowę przesunęła swoją dłoń i wplotła mu palce we włosy, nie zamierzała odrzucać bliskości, już nie. Delikatnie go nimi po nich gładziła. Było jej cholernie smutno i przykro. Czy naprawdę musieli skończyć w ten sposób? - Nie, to nie byłeś ty, nie weźmiesz tego na siebie, na pewno nie tym razem. - Nie miała zamiaru mu na to pozwolić, chociaż wiedziała, że nie zdarzało się często, aby brał na siebie całą odpowiedzialność. RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.02.2025 - Zbyt wiele widziałem, żeby nie być o tym przekonany - odpowiedział grobowym tonem, nawet nie usiłując zabrzmieć tak, jakby mógł dopuszczać do siebie możliwość dyskusji na ten temat. Tak. Geraldine miała rację. To wszystko była kwestia spekulacji i przypuszczeń, jednak nawet ona nie mogła zaprzeczyć, że świat dookoła nich został wywrócony do góry nogami. To, co wcześniej było nieszczęśliwym wypadkiem, makabrycznym odstępstwem od reguły teraz stawało się nową rzeczywistością. Czarne chmury, które zasnuły niebo nad Londynem i wszystkimi większymi magicznymi ośrodkami dookoła nich wcale nie zamierzały odejść. Wiatr wyłącznie coraz bardziej zasuwał nimi niebo, nie rozmywał wrażenia narastającej grozy. Przeciwnie. Z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc robiło się coraz ciężej. I tak, samemu było mu to znacznie trudniej udźwignąć niż wtedy, gdy byli we dwoje. Nie zmieniało tego tamto wydarzenie. Nie tak bardzo jak zarzucała to sobie Yaxleyówna. Tak, poniekąd otworzyło mu oczy. Było jedną z pierwszych i zarazem ostatnich kropli, które ostatecznie przelały czarę goryczy. Wyczuliło go na to wszystko, co zaczynało się dziać, ale nie winił jej za nic, co miało wtedy miejsce. Nie, gdy pierwsze emocje opadły. Nie, kiedy przestał być na nią wściekły za angażowanie się w sprawy ludzi, którzy nawet nie byli w stanie wesprzeć jej w ich własnej walce. Nie była problemem. Nie była prowodyrką całej sytuacji. Nie sprowokowała tamtego ataku. Wręcz przeciwnie, była ofiarą. Nie zrobiła nic źle. Postąpiła bezmyślnie, przynajmniej w oczach Ambroisa, jednak w gruncie rzeczy w zgodzie z samą sobą. Z tym, za co przecież też ją kochał, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jakim była człowiekiem. Nigdy tego nie mówił, nie zamierzał, ale zawsze traktował ją jak swoją lepszą połowę. Być może podświadomie ją przy tym idealizując, ale kto by tego nie robił. Tam, gdzie on nie pomyślałby o interwencji i zaangażowaniu się w nieswoje sprawy, ona nie miała najmniejszych wątpliwości, że należy to zrobić. Może tego nie pochwalał, ale starał się to rozumieć. Co nie zmieniało tego, że nie chciał, żeby ryzykowała dla obcych ludzi. Zwłaszcza, podczas gdy te same osoby nigdy nie pomyślałyby o zrobieniu połowy tych rzeczy dla niej. Sam Ambroise w swoim życiu jak niczym innym kierował się regułą wzajemności. Lubił twierdzić, że nie robił nic bezcelowo i z idealistycznych pobudek, bo w ich obecnym świecie nie było miejsca na takie zachowania. Nie mówiąc o tym, że jego dziewczyna była dla niego istotniejsza niż zastępy mugolaków, zwłaszcza tych tchórzliwych. Tamtą sytuację pamiętał jak mało którą. Wielokrotnie zresztą wracał do niej w najgorszych koszmarach. A jednak nie pasowało mu to, co Geraldine robiła w tej chwili. Skrzywił się na jej słowa, odchrząkując zanim się odezwał, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mógłby żałować. Padło między nimi zdecydowanie zbyt wiele niewłaściwych słów. Nie potrzebowali dokładać do tego nic więcej. - Tak. Nie byłaś na to przygotowana - przyznał powoli, nie będąc w stanie i nie zamierzając temu zaprzeczać. - Nie mogłaś być. Oni nie korzystają z metod, których większość z nas uczy się w szkole czy w klubach pojedynków. Śmiem wątpić, że ktokolwiek uczy tego w stowarzyszeniach łowieckich i tak dalej - stwierdził, nie dodając już oczywistej oczywistości. Tego, że nawet jeśli ktokolwiek wspominał o tego rodzaju magii to przecież większość ludzi raczej instynktownie nie sięgała po te metody w pierwszym odruchu, raczej usiłowała reagować inaczej. W wyuczony właściwy sposób. Mało kto od razu przechodził do znacznie bardziej brutalnego rodzaju ofensywy, szczególnie stając w obliczu zaskoczenia. - Nigdy nie mów mi, że mam nie mówić nigdy - uniósł brwi, jednak nie był w stanie wymusić na sobie ani odrobiny przekory, która powinna iść w parze z tymi słowami. Starał się wrócić do tego, co mieli jeszcze poprzedniego wieczoru. W momencie, w którym przestali się kłócić, atmosfera na powrót zaczęła stawać się ciężka i ponura. Cholernie smutna. To było trudne do zniesienia, tak samo jak ta wymiana spojrzeń. Nie mógł zignorować zadanego mu pytania. Nie zamierzał również skwitować go błahym przecież wiesz, bowiem w tym wszystkim zdawał sobie sprawę, że powinien, wręcz musiał się odezwać. Te słowa nie padły bez powodu. Miały znaczenie a on nie zamierzał im go odbierać. Nie próbował tego bagatelizować czy wyśmiewać, machnąć na to ręką, stwierdzając, że takie rozmowy były im zupełnie niepotrzebne. Wręcz przeciwnie. Potrafił otworzyć usta, umiał zareagować, wydusić z siebie wpierw jedno, później kilka kolejnych słów. Może nie był dobry w kwestiach związanych z rozmową o uczuciach, ale czy to nimi było? I tak, i nie. Było skomplikowane, pogmatwane i wielowymiarowe. Jak wszystko, co działo się wokół nich przez ten cały czas. - Nie - to była banalnie prosta odpowiedź i właśnie tak wybrzmiała: odruchowo, bez namysłu, szczerze i niemalże od razu. - Powinniśmy znajdować się w innym miejscu - drgnął mu kącik ust, ale nie był to radosny, pocieszający uśmiech. W żadnym wypadku. Mimo tego, że odeszli od bycia dla siebie kąśliwi i przykrzy, nadal nie było lepiej. Być może mógłby dostrzec odrobinę pozytywu w tym jak szybko udało im się dziś spuścić z tonu, bo choć w ostatnich dniach kłócili się częściej niż kiedykolwiek wcześniej to ich spory trwały coraz krócej. W pewnym sensie byli w stanie pohamować swoje druzgocące zapędy. W dalszym ciągu więcej niszczyli niż naprawiali, ale przynajmniej umieli ponownie zamilknąć. Tyle tylko, że ta cisza wcale nie przynosiła ulgi. Mało co ją obecnie dawało. Nawet palce Geraldine przeczesujące mu włosy, choć w dalszym ciągu nasuwały mu najlepsze ze wspomnień, nie były w stanie sprawić, że poczułby się choć trochę lepiej ze wszystkim, o czym rozmawiali. Oparł czoło o jej kolana, potrzebując chwili, by przemyśleć to, co mu odpowiedziała. Tak. Przecież wiedział. Nie dało się tego ukryć, prawda? Nie między ich dwojgiem. - Jesteśmy przeklęci - mruknął po chwili, stwierdzając fakt, którego wcale nie musiał wypowiadać. Mimo to czuł się zobowiązany przyznać jej rację. Tyle mógł zrobić. To wciąż jeszcze pozostawało w jego rękach, nawet podczas, gdy cała reszta kontroli mu się z nich wymykała. To były gorzkie słowa, ale prawdziwe. Nie byli w stanie nic zrobić. Choćby nawet próbowali. Mimowolnie pokręcił głową, co nie do końca mu wyszło, bowiem jednocześnie nawet na chwilę nie odsunął się od dziewczyny. Zamiast tego, kręcąc głową nieznacznie zakołysał ich obojgiem, biorąc kolejny głęboki wdech i wydech. - Gówno prawda - wymamrotał, choć nie zamierzał się z nią kłócić. Nie mogła mu mówić, co mógł a czego nie mógł na siebie brać, tym bardziej, że nie zwykł odpowiadać za coś, co nie było jego winą, więc skoro to robił, ewidentnie miał ku temu powody. - Nie możesz mi zabronić być problemem - to był absurd. RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.02.2025 - Wszyscy ostatnio wiele widzieli. - Przecież nikt nie był przyzwyczajony do takiej sytuacji, to było coś zupełnie nowego dla każdego. Kto bowiem mógł się spodziewać tego, że będą musieli odnaleźć się podczas trwającej wokół wojny. Na pewno nikt o zdrowym rozsądku tego nie zakładał, nikt nie brał pod uwagę takich nieoczywistych czynników. Śmierciożercy byli coraz bardziej odważni w swoich działaniach, zaatakowali podczas Beltane, rzucali zaklęcia na ślepo. Ginęli również czystokrwiści czarodzieje. Wszyscy byli zagrożeni, taki mieli klimat. Musieli się z tym pogodzić. To nie dotyczyło tylko ich. Yaxleyówna miała może też inne, dodatkowe problemy, właściwie to ostatnio jakby z każdej strony życie chciało jej dopierdolić, to jednak niczego nie zmieniało, nie sądziła, że tak łatwo da się dojechać. Raczej zamierzała przeżyć jak najwięcej lat, nie spieszyło jej się do grobu, chociaż patrząc na jej zachowanie można było stwierdzić inaczej. Zdarzało jej się niepotrzebnie wychylać, już tak miała, że po prostu nie potrafiła być obojętna na krzywdę niewinnych, angażowała się w sprawy, w które nie powinna, ale dzięki temu była wierna swoim przekonaniom. Sięgało to jeszcze czasów nauki w Hogwarcie, kiedy to również stawała w obronie dla słabszych. Nie oczekiwała niczego w zamian, ani wtedy, ani teraz. Dzięki temu po prostu mogła sobie spojrzeć później w oczy w lustrze. Może i niektóre z decyzji, które podejmowała były wątpliwie moralne, ale przynajmniej część z nich mogła ją usprawiedliwić przed nią samą. Równowaga była zachowana. Nie była aż taką egoistką, nigdy. Może przez to ryzykowała swoje życie, może inni nie byli gotowi zrobić dla niej tego samego, ale co z tego? Przynajmniej nie miała na sumieniu tych dzieciaków. Nie uważała się za lepszą, nie robiła tego po to, aby komuś coś udowodnić, tylko i wyłącznie dla siebie samej i spokoju ducha. - Wtedy nie byłam, to prawda, na szczęście uczę się na błędach. - Może w tamtym momencie go zawiodła, dała mu powód do tego, aby wątpił w to, czy jest odpowiednio przygotowana do tego, żeby radzić sobie w świecie, w którym przyszło im żyć, ale nie należała do osób, które łatwo się poddawały. Uczyła się na błędach, od tamtego dnia, gdy oberwała tym zaklęciem minęło ponad półtora roku, cały ten czas poświęciła na to, aby się doszkalać, również w tych dziedzinach, które kiedyś nie były jej bliskie. - Zostaliśmy w pewien sposób zmuszeni do tego, aby uczyć się czarnej magii, sam wiesz jak jest, też to zrobiłam, żeby mieć pewność, że nikt więcej mnie nie skrzywdzi. Zaczęłam z niej korzystać, chociaż jeszcze kilka lat temu nie spodziewała bym się, że będę to robić. - Zazwyczaj jej pierwszym wyborem były pięści, sztylety, a nie magia. Czasy się jednak zmieniły, przeciwnicy nie mieli oporów przed tym, aby rzucać w ludzi zaklęciami niewybaczalnymi, więc i ona musiała się dostosować. Żałowała jednak, że zrobiła to tak późno, że Roise zobaczył ją wtedy, gdy dostała nieco mocniej niż by się spodziewała. Jasne, przeżyła, ale co z tego, jeśli wtedy w nią zwątpił, nie wierzył, że będzie w stanie sama sobie zapewnić bezpieczeństwo. - Nigdy mi nie mów, czego mam nie mówić. - Ktoś musiał mieć ostatnie słowo, jak zawsze, nie zamierzała, aby to miał być on. Mimo swojego podłego nastroju nie mogła nie być przekorna. Udało im się przestać kłócić, był to spory sukces, zważając na to, co działo się między nimi ostatnio. Nie potrafili się bowiem powstrzymywać, powiedzieć stop, gdy zaczynali wylewać swoje gorzkie żale. Teraz wyjątkowo odpuścili, sama nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle. Może i dobrze, bo próbowali dalej do siebie mówić, co było czymś zupełnie nowym, oby przypadkiem znowu nie wkroczyli na wojenną ścieżkę, kto wie bowiem, co będzie w stanie zirytować któreś z nich. - Myślę, że miejsce akurat jest całkiem odpowiednie. - Powiedziała ponownie dość przekornie, bo fizycznie przecież aktualnie byli w Piaskownicy, która przecież była ich wspólnym domem. Wydawało jej się, że gdyby byli razem to nadal by tu zaglądali, nigdy nie mieli sprzedać tego domu. Ciekawe tylko, czy faktycznie byliby jeszcze tylko we dwoje, czy już udałoby się założyć rodzinę. Poniekąd to zrobili, czyż nie? Każde z nich miało swoją, Ambroise miał kota, a ona dwa psy. Nie do końca jednak tak sobie wyobrażała swoją przyszłość. - Nie sądzę, żeby to było przekleństwo. - Nie przestawała sunąć dłonią po jego włosach, zatrzymała się w końcu na karku na którym zaczęła kreślić drobne kółeczka. - Zresztą to można sprawdzić, nawet jutro. - Jej przyjaciółka była w końcu klątwołamaczką na pewno mogłaby im postawić diagnozę, nie zamierzała jednak wierzyć ot tak, że ich życia były przeklęte, co to to nie. Do tego była jej potrzebna opinia specjalisty, na szczęście miała takiego pod ręką. Prychnęła słysząc jego kolejne słowa. Smutek, który przed chwilą jeszcze wydawał się ją wypełniać powoli zaczynało odpuszczać. Dobrze, nie chciała ponownie popaść w marazm, czy tą melancholię do której nie do końca przywykła. - Wydaje mi się, że mogę Ci zabronić, szczególnie kiedy chodzi o moją osobę? Sama sobie będę decydować kto jest problemem, a kto nie. Ty na pewno nie jesteś moim, nigdy nie byłeś problemem i nigdy nie będziesz. - Wręcz przeciwnie, Roise przecież nadawał sensu jej życiu, ale to też powinien już wiedzieć. RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.02.2025 - Tak. Wszyscy - odpowiedział teoretycznie bez zająknięcia, jednocześnie mimo woli nadając swoim słowom nieco prześmiewcze brzmienie. Nie chciał tego robić. To był wyłącznie odruch. Coś, czego w tej chwili nie kontrolował, na co niemalże nie zwrócił uwagi, skupiony na tym, żeby nie powiedzieć zbyt wiele. Tak, Geraldine kolejny raz miała rację, jednakże w jego opinii znowu połowiczną. To nie była jej wina, więc nie zamierzał zbyt głęboko wnikać w ten temat ani tym bardziej jej czegoś zarzucać. Nie miała pełnego obrazu. Nie mogła go mieć, bo przecież nie rozmawiali o takich sprawach. Nie zwykł odpowiadać jej o swoich doświadczeniach związanych z działalnością poza Mungiem. Tą, która nie dotyczyła jego oficjalnych prywatnych pacjentów. Nie miał zamiaru poruszać tego tematu, ponieważ wiedział, co by to oznaczało. Kolejny raz usłyszałby, że celowo ją od tego izoluje, że podejmuje za nią decyzje, że to wyłącznie jego wina. Jego i jego bezsensownego trwania przy idiotycznych postanowieniach wyjętych z dupy. Że gdyby tylko dał jej szansę pokazać własną wartość, nie byliby w tym momencie w takiej sytuacji. Że nie traktuje jej jak równorzędnej, że niepotrzebnie obchodzi się z nią jak z jajkiem. Że powinien mieć więcej wiary w jej umiejętność poradzenia sobie na własną rękę. Że przecież już kiedyś udowodniła mu, że mogła być dla niego pomocą, nie przeszkodą. Wielokrotnie słyszał te wszystkie słowa. Te i wiele innych. Do tego stopnia, że swego czasu był w stanie niemalże przewidzieć to, co miała mu do zarzucenia. Zdanie w zdanie. Niemalże z zatrważającym talentem do kończenia za nią kolejnych wypowiedzi. Tym samym tonem, korzystając z właściwych słów. I co im to dało? Co im to przyniosło? Nic. Może uczyła się na błędach, ale to wcale nie znaczyło, że zamierzał być jej osobistym nauczycielem rzucającym ją na głęboką wodę, dającym jej praktyczne zadania i możliwość nauki na jeszcze bardziej ekscytujących błędach. Jego własnych. - Kto został zmuszony, ten został zmuszony - stwierdził tak prosto, że mógłby dodatkowo wzruszyć ramionami i idealnie dopełniłoby to cały parszywy obraz. - Nie stawiaj nas na tym samym poziomie. Może ty nie sądziłaś, że będziesz korzystać z takich metod, może używasz ich, by się bronić, ale to nie jest też mój przypadek - wydawało mu się, że powinna być tego świadoma. Przynajmniej teraz po tym wszystkim, bo kiedyś wcale nie musiała mieć takich podejrzeń. Nie dawał jej powodów do tego, aby zastanawiała się nad tym, kim był i co robił. Jasne. Od samego początku był z nią całkowicie szczery odnośnie swojego podejścia do moralności i tego jak luźne ono było, ale nie zabierał takich spraw do domu. Nie siadywał przed kominkiem z czarnomagicznymi księgami, nie czytywał nielegalnych grymuarów przed obiadem w oczekiwaniu aż dojdzie pieczeń. Na dłuższy czas zresztą spuścił przecież z tonu, nie angażując się w zdobywanie nowych źródeł wiedzy tylko zadowalając się tymi, które już miał. Mimo to, w pewnym sensie gdzieś tam oboje mogli domyślić się, w którym kierunku to pójdzie. Krwi nie dało się oszukać. Zwłaszcza, gdy nieodmiennie i niezaprzeczalnie wychowało się w konkretnym środowisku. Pośród bardzo określonego typu ludzi. W jednym z bardziej ugruntowanych ideologicznie rodów. Tak, znaczną część młodzieńczych lat spędzał wśród Greengrassów. To z nimi mieszkał na stałe. To do nich odruchowo się zaliczał, ale nie dało się ukryć (nie przed Geraldine), że Mulciberowie mieli znaczący wpływ na jego życie i podejście, które wyznawał. Bardzo znaczące. Mógł się w to nie zagłębiać. W dalszym ciągu nie chciał wchodzić w to jak głęboko w tym siedział, nie miał chęci mówić Rinie o wszystkim, co dotyczyło tej płaszczyzny jego życia. Nie po to, aby cokolwiek przed nią ukrywać, nie. Nie chodziło o brudne sekrety. Te zresztą bardzo szybko zaczęłyby przecież wypływać na powierzchnię. Mieli z tym praktyczne doświadczenia. Chodziło o to, że nie musiała o tym słuchać. Nie musiała wiedzieć o wszystkim, co działo się w jego życiu. O meandrach działalności na Nokturnie czy na Ścieżkach. Raz w przeszłości niemalże połączyli swoje interesy. Był taki moment, kiedy poważnie to rozważał, jednak ostatecznie odrzucił ten pomysł. Teraz tym bardziej nie zamierzał tego zmieniać. - Nie mów mi, że nie mogę ci mówić, czego masz nie mówić - wymamrotał, starając się zachować względnie neutralny wyraz twarzy, choć te słowa brzmiały na tyle absurdalnie, że trudno było mu się nie uśmiechnąć. Zrobił to wyłącznie siłą woli. Zresztą, czy w istocie byłby to jakkolwiek radosny uśmiech? No niekoniecznie. Cała ta sytuacja była daleka od dobrej. Błogość poprzedniego wieczoru zdążyła rozmyć się w mrokach nocy. To miejsce. Ich dom przestał dawać to właściwe wrażenie bezpieczeństwa. Zaczął na nowo stawać się obcym miejscem a oni nie mogli na to zbyt wiele poradzić. O to mu chodziło. Byli tutaj, ale nie w ten słuszny sposób. - Wiesz, o co mi chodzi - powiedział, brzmiąc na bardziej zmęczonego niż zamierzał. - W naszym domu nie żarlibyśmy się o byle dach - bo to była głupota, prawda? Po prostu by to naprawił. Być może spieraliby się o jakieś inne drobiazgi, nieduże szczegóły jak kolor pokoju na górze czy barwa ścian gabinetu, który w tamtych okolicznościach prawdopodobnie wcale nie pełniłby tej funkcji. Wydawało mu się cholernie prawdopodobne, że znajdując się w swojej idealnej rzeczywistości, nie byliby w niej już sami. Mieliby zwierzęta - tak, ale nie o to mu chodziło. Nie to było dla niego tożsame z tamtą upragnioną pełnią szczęścia. Nie stłumił cichego westchnienia, jakie samoistnie wydostało się spomiędzy jego warg, gdy poczuł tę delikatną pieszczotę na karku. Bezwiednie rozluźnił mięśnie, odpuszczając dalsze złudzenie, że nie zamierzał oprzeć się na Geraldine. Po prostu to zrobił, przechodząc z siadu do wyciągnięcia nóg na dywanie i ułożenia się na brzuchu z głową na kolanach dziewczyny. Oparł policzek o jej udo, przymykając oczy i oddychając w milczeniu. Przynajmniej do czasu, gdy poruszyli temat tego cholernego przekleństwa, które nad nim wisiało. Wtedy to słysząc wypowiedź Geraldine, zmarszczył czoło, przekręcając się na bok a następnie na plecy, żeby spojrzeć jej w twarz. Na samym początku bezmyślnie unosząc brwi, później zaś zaciskając wargi i kręcąc głową. - Sprawdzaliśmy to przez kilka tygodni. Nie wiem jak chciałabyś to zrobić od ręki, ale to raczej niemożliwe - odezwał się, wbijając spojrzenie w Yaxleyównę a następnie w sufit nad jej głową. Nie rozumiał tego, co mu sugerowała. Nie wydawało mu się prawdopodobne, żeby istniało jeszcze jakieś zupełnie nowe rozwiązanie ich problemów, o którym wcześniej nie mieli okazji myśleć. Nie, to nie było możliwe. Tak samo jak przyznanie Rinie racji w tym, co stwierdziła moment później. - Nie możesz mi rozkazywać - mógłby tupnąć nogą? mógłby, tym bardziej, że w jego głosie nie brakowało przekory powoli wypierającej ten mniej przyjemny, bardziej ponury upór. - Poza tym mam oczy i uszy, Mouffette. Doskonale wiem, co na mnie dziamdziasz i że jestem twoim największym problemem - szczególnie, gdy nie miała już na karku tego, który faktycznie jej zagrażał, prawda? No, właśnie. - Bujać to my, nie nas, Panienko Yaxley - ot co, taka prawda. RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.02.2025 Wyczuła ten prześmiewczy ton. Nie chciała lekceważyć sytuacji w jakiej się znaleźli, jednak wydawało jej się, że aktualnie faktycznie życie wszystkich ludzi było zagrożone. Nigdy nie wiadomo, co miało się wydarzyć, gdzie tym razem poplecznicy Voldemorta postanowią się pojawić. Każdego mogło to dotyczyć. Jasne, w ich przypadku to nie było tylko i wyłącznie to zagrożenie. Dotyczyły ich też inne sprawy, miała świadomość, że interesy, które Ambroise prowadził na Nokturnie też niosły ze sobą pewne obawy. Była tego świadoma, tak samo jak to, czym ona się zajmowała w swoim wolnym czasie. Nie zmieniało to jednak faktu, że aktualnie nikt nie mógł się czuć bezpiecznie, nigdzie. To, że ich akurat powinno martwić nieco więcej spraw, trudno wiedzieli, jakie jest ryzyko. Przynajmniej tak się jej wydawało. Nie miała pojęcia o tym, jak bardzo był zamieszany w życie na Nokturnie, jak układała się jego sytuacja w tamtym miejscu, mogła się tego tylko domyślać, bo nie był nigdy jakoś specjalnie wylewny jeśli o to chodzi. Mimo wszystko Yaxleyówna przecież nie była głupia, wiedziała z czym się to je. Nie potrzebowała od niego szczegółów, aby wiedzieć, że niosło to ze sobą pewne niebezpieczeństwo. Tylko, co z tego? Już dawno mówiła mu o tym, że mogłaby wsiąknąć w to z nim. Nie było to dla niej problemem, ale zawsze trzymał ją od tego z daleka. Poza tym jednym razem, kiedy sama wlazła z buciorami w jego życie przez to dziwne uczucie, które obudziło ją pewnej nocy. Nie żałowała tego, wydawało jej się, że pojawiła się wtedy w odpowiednim miejscu i czasie, bo mu pomogła. Kto mógł wiedzieć, czy wróciłby do domu, gdyby nie zjawiła się w tamtym magazynie. Oczywiście nie wątpiła w to, że Roise wiedział, co robi, ale nie musiał usilnie trzymać jej od wszystkiego z daleka. Powtarzała mu przecież, ze jest dużą dziewczynką i potrafi o siebie zadbać, jeśli pojawiłaby się taka potrzeba. - Tak naprawdę przecież też mogłam tego nie robić, gdybym nie chciała, to nie zaczęłabym zgłębiać tematu. - Nie widziała szczególnej różnicy w tym, dlaczego zaczęli skorzystać z tych metod. Ambroise być może robił to z innych pobudek, ale co z tego, skoro i jedno i drugie z nich to robiło. Teraz nie było już odwrotu, Yaxleyówna nie zamierzała tego zaprzestać, bo dostrzegła, że były skuteczne. - Ja pierdole, co to właściwie za różnica, czy pierdolniesz w kogoś zaklęciem czarnomagicznym, czy wbijesz mu kosę pod żebra? - Jak dla niej nie było żadnej, a z tej drugiej metody korzystała niemalże od zawsze. Wcześniej nie używała do tego magii, używała tylko i wyłącznie z umiejętności, które nabyła ćwicząc szermierkę, czy inne techniki walki, ale też nie miała oporu przed tym, aby kogoś skrzywdzić. To, co działo się na świecie spowodowało jednak, że musiała nieco urozmaicić wachlarz swoich możliwości, by być gotową na wszystko. Magią mogła działać na odległość, co często było pomocne podczas najróżniejszych starć. - Będę Ci mówić, czego nie masz mi mówić, że mam nie mówić. - Zmarszczyła nos, bo chyba zaczęła się gubić w treści wypowiadanych przez nią słów. Zresztą, czy treść była ważna, w ich przypadku liczyło się przecież to, kto miał mieć ostatnie zdanie, bez względu na to, jakby ono nie brzmiało. Powinni do tego przywyknąć. Ta rozmowa zaczęła osiągać dziwnie absurdalny poziom. Cóż, lepsze to od kolejnej kłótni, czyż nie? Istotne było to, że mówili, nie wyzywali się przy tym, nie wylewali jakoś przesadnie swoich gorzkich żali, przynajmniej na chwilę się z tym powstrzymywali. - Może nie o byle dach, ale nigdy nie należeliśmy do szczególnie ugodowych osób. - Dosyć często się spierali, to nie było niczym nowym, tyle, że kiedyś potrafili w odpowiednim momencie zejść z tonu, odpuścić, jakoś się dogadać. To nie było dla nich wtedy problemem, teraz każde z nich w zaparte brnęło w swoją narrację, cóż spędzili z dala od siebie półtora roku, nie ma się co dziwić, że powinni na nowo nauczyć się ze sobą egzystować. To mogło wymagać czasu, zwłaszcza w przypadku ich dość mocno ognistych temperamentów. Nie przestawała kreślić opuszkami palców po jego skórze, szczególnie, że wydawało jej się, iż sprawiało mu to przyjemność. Potrzebowali tej bliskości, była pewna, że nie tylko ona stęskniła się za tym właściwym dotykiem. Może nie powinna była poruszać tego tematu, ale właściwie minęło tyle lat od momentu, w którym zagłębiali się w sprawę, że może faktycznie się coś zmieniło, może ktoś będzie w stanie powiedzieć im coś więcej na temat tej wyjątkowej więzi, która ich połączyła. Nie widziała nic złego w tym, aby ponownie to sprawdzić. Nie mogło im to przecież w niczym zaszkodzić, a może dostaliby jakieś odpowiedzi na te nurtujące ich pytania. Oderwała w końcu swoją dłoń z jego karku, w sumie to trochę została do tego zmuszona, gdy odwrócił się twarzą w jej stronę, przyglądała mu się dłuższą chwilę, po czym dotknęła dłonią jego policzka. - Wiesz, że jest ktoś komu ufam, kto ma doświadczenie z różnymi klątwami, do kogo możemy pójść jutro. - Nigdy nie kryła swojej znajomości z Florence, jeśli ktokolwiek mógłby im z tym pomóc to była właśnie ona. Bulstrode przecież była wybitną specjalistką w dziedzinie klątw. - Nie prosiliśmy nikogo o pomoc, szukaliśmy informacji na własną rękę, jeśli to jest klątwa, to Florence na pewno to zauważy. - W końcu podzieliła się tym, z kim chciała się skonsultować. Miała świadomość, że Roise znał jej przyjaciółkę, może ich relacja nie wykraczała poza stopę zawodową, ale dla niej Bulstrode była jedną z bliższych osób. Nie widziała więc żadnej przeszkody, aby się do niej udać. Ufała jej. - Oczywiście, że mogę. - Naprawdę chciał się z nią o to spierać? Jeśli tak to na pewno udowodni mu, że ma taką możliwość. - Dziamdziać to dopiero mogę zacząć, jeśli właśnie tego chcesz. - Może i zdarzyło jej się odrobinę na niego narzekać, ale na pewno stać ją było na więcej. Zresztą nie uważała go nigdy za problem, tylko osła, do którego nic nie docierało. - Zresztą na tle moich wszystkich problemów, nawet jeśli byłbyś problemem, to na pewno nie największym. - Miała nadzieję, że nie postanowi jednak zademonstrować jej, że jeśli się postara, to może to osiągnąć, bo wiedziała, że Ambroise potrafił pokazywać na co go stać. - Chciałabym mieć same takie problemy, Greengrass. - Przewróciła jeszcze oczami, bo znowu brnęli w bardzo absurdalne miejsca. RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.02.2025 - Przed chwilą sama podałaś mi swoje pobudki - przypomniał, biorąc głęboki wdech i wypuszczając powietrze przez nos, gdy niemal od razu przeszła do zadawania mu całkiem konkretnych, zdecydowanie retorycznych pytań, na które mimo wszystko i tak zamierzał odpowiedzieć. - Przede wszystkim? Żadna - gdyby mógł to wygodnie zrobić, pewnie wzruszyłby teraz ramionami. - Prawdę mówiąc, czarna magia bywa czystsza. Bardziej - nigdy nie sądził, że będzie z nią o tym rozmawiać, a jednak - finezyjna. Ale na kosę pod żebra też jest właściwa pora - skwitował prosto, wcale nie zamierzając udawać niewiniątka. Zresztą to też już przecież o nim wiedziała, nieprawdaż? Oboje potrafili robić moralnie wątpliwe rzeczy. Mieli zresztą okazję przekonać się o tym na stosunkowo wczesnym etapie odnawianej relacji (wtedy uznawanej za całkiem nową i świeżą), gdy razem zajęli się przyniesieniem ulgi bądź co bądź i tak praktycznie martwemu człowiekowi. Tego aspektu swojej kariery nigdy przed nią nie ukrywał. Otwarcie wspomniał jej przecież o błędzie, jaki popełnili puszczając wolno tamtych ludzi w magazynie. Wyłącznie ich ogłuszając i rozbrajając, gdy z pełną świadomością powinni skuteczniej pozbyć się zagrożenia, jakie od nich płynęło. Później nie popełnił już podobnego błędu. O tym nigdy nie powiedział wprost. Nie użył tych konkretnych słów. Wyrażenia, które byłoby tak dosadne, że aż nazbyt jasne. A jednak o tym też rozmawiali. Nie mógł puścić tamtych ludzi z Doliny, ryzykując odwetem. Nie, toteż szybko zajął się sprawą. Będąc przy tym świadomym, że nie musiał tego kryć przed Geraldine. Może nie zamierzał opowiadać jej o niektórych swoich metodach, jednak pod tym względem zgadzali się w większości kwestii. Mimo to, paradoksalnie, wciąż miał ją za lepszą osobę, nawet jeśli wcale nie uważał, że korzystanie z broni było bardziej moralne. Liczyły się głównie intencje. Tu poniekąd miała rację. - A więc ja będę ci mówić, że nie będziesz mi mówić, co mam mówić... ...a czego... ... poczekaj... ...nie mam ci mówić, że nie masz mi mówić - pod sam koniec zdecydowanie nie zabrzmiał jak ktoś pewny sensu własnej wypowiedzi. Wręcz przeciwnie. Skrzywił się, usiłując go odnaleźć, ale fakt faktem zaplątał się już na samym początku wypowiedzi. Mimo tego musiał mieć ostatnie zdanie. To było niepodważalne. Potrzebował postawić kropkę nad i czy tam na końcu zdania, nawet jeśli przez to ich rozmowa zaczynała brzmieć coraz bardziej absurdalnie. Kolejny, kolejny raz miała rację. Parsknął pod nosem, mimo to lekko kiwając głową. Na tyle nieznacznie, by w żadnym wypadku nie strącić dłoni dziewczyny, która w naprawdę przyjemny sposób sunęła w tej chwili po jego karku. To było kolejne złudzenie. Jeszcze jeden gest zdecydowanie mieszający w ich życiu, ale było jednocześnie naprawdę cholernie miłe. - No nie - przyznał i choć nie mogła tego dostrzec, nawet odrobinę uśmiechnął się przy tym pod nosem. - Choć w tym wypadku pewnie znaleźlibyśmy złoty środek - stwierdził wyłącznie, nie mówiąc o tym, co już między nimi padło. Tym, że w jednej z kłótni dosyć brutalnie szczerze poinformowali siebie nawzajem, że już go poniekąd prawie mieli. Był czas, kiedy to nie brzmiało niczym absurd. Tyle tylko, że teraz ich sytuacja zaczynała nabierać tego absurdalnego dźwięku. Była skomplikowana, zagmatwana i chaotyczna. Chyba dokładnie tak jak oni sami. W końcu zawsze byli wyjątkowi. No, właśnie. Zaczynała. Najwidoczniej czekało ich jeszcze całkiem sporo absurdów. Między innymi ten, który padł z ust Riny. Spojrzał na nią z niedowierzaniem, kilkukrotnie przy tym mrugając i poprawiając się na dywanie, bo nagle zrobiło mu się jakoś niekomfortowo. - Florence - powtórzył po Yaxleyównie, bardzo powoli wypowiadając każde kolejne słowo - Florence. To. Zauważy. Najlepiej jutro, tak? - Nie trudno było dostrzec, że nie wierzył w to, o czym właśnie mówili; prawdopodobnie nawet nie musiał tego dodawać. - Jasne. To twoja przyjaciółka, Rina - tego nie dało się ukryć. - Ale nie zapominaj, że moja już nie. Ja z nią tylko pracuję. Oficjalnie pracuję. Nie pójdę do Bulstrode, żeby wywalić się przed nią z tego, że po godzinach trudnię się działalnością w półświatku - to brzmiało naprawdę nie do pomyślenia. A przecież bez tego, co doskonale wiedział, nie dało się niczego potwierdzić ani wykluczyć. Osoby takie jak Florence czy on potrzebowały całego przekroju informacji. Jak najbardziej szczegółowego. Poza tym nie wątpił, że kobieta była po prostu kurewsko domyślna. Nie, to nie wchodziło w grę. - Grozisz mi czy obiecujesz? - Spytał kolejny raz w przeciągu niecałych dwudziestu czterech godzin, podczas których zdążyli już chyba zaliczyć wszelkie możliwe stopnie rozmowy. Od tych wściekłych i sfrustrowanych, poprzez żartobliwe, nostalgiczne, smutne, przykre, prowokacyjne na wiele różnorakich sposobów, ponownie złe i pozbawione łagodności... ...przeszli przez całą gamę emocji, zatrzymując się na czymś pośrednim pomiędzy tym, co mogło przypominać im obojgu dawne czasy a czymś zupełnie od nich innym. Już nigdy nie mogli wrócić do przeszłości. Oboje to przecież wiedzieli, ale jednocześnie nie byli w stanie odpuścić tego nowego czegoś. Czymkolwiek to było. Zdecydowanie nie sojuszu, nie przyjaźni, nie przelotnego romansu. Tym ostatnim też to nie było. Zaczynał wątpić we wszystko, podważając kolejne określenia, które przychodziły mu na myśl. W tym wypadku jego słownik był wyjątkowo ubogi. Nie znajdowało się w nim określenie na coś, co z początku miało być wyłącznie pożegnaniem, ale w tym momencie trwało już ponad cztery dni i wcale nie wyglądało na coś, co zbliża się ku końcowi. Wbrew tym wszystkim spięciom i kłótniom, tak nie zachowywali się ludzie, którzy zamierzali już wkrótce okryć wszystko zasłoną zapomnienia. Może nie chciał o tym mówić na głos, usiłując trwać przy swoim stanowisku, ale nieco zbyt łatwo było mu teraz przycisnąć zarośnięty policzek do dziewczęcych palców, przekrzywiając głowę tak, by go na nich oprzeć. Powoli muskając wargami wnętrze dłoni Yaxleyówny. Bez pośpiechu ogarniając je ciepłym oddechem i delikatnym dotykiem. Kolejne gesty, nie słowa. Słowa potrafiły zawodzić. Prowadziły do niepotrzebnych kolejnych wypowiedzi. Gesty tego nie robiły. Były jasne i zrozumiałe. Czasami nawet aż nazbyt klarowne, potrafiły zbyt wiele wyrazić, ale w tym momencie chyba się tym nie przejmował. - Nie wiem, jakie masz teraz problemy, ale zapewniam cię, że małym zdecydowanie nie jestem - ale to już wiedziała, prawda? Dowiedziała się o tym wiele lat temu. Dosyć regularnie dowiadywała się przez cały czas, gdy ze sobą byli. W ostatnim czasie też miała ku temu niejedną okazję. Nie był tycim problemem. Nie można go było ot tak zbagatelizować. Zdecydowanie lubił robić wokół siebie wiele szumu. Poza tym, gdy o nią chodziło, zawsze był trochę bardziej zaborczy niż wypada. To wcale się nie zmieniło. - Jeden taki problem ci nie wystarczy, Yaxley? - Tak, w tej wypowiedzi w istocie wybrzmiała groźba, jednak była ona raczej na popis. Pokazowa, może trochę zbyt przerysowana, aby zabrzmieć w taki sposób, aby wywołać jakiekolwiek wrażenie niepokoju. A jednak kolejny raz tego wieczoru uniósł brwi, posyłając odrobinę bardziej błyszczące, nieco zaczepne spojrzenie w kierunku Geraldine. Czy to oznaczało, że w jej oczach powinien być jeszcze bardziej upierdliwy? Znacznie bardziej problematyczny? Zdecydowanie kłopotliwy? Tak, aby udowodnić, że on jeden w zupełności miał jej wystarczyć za ten główny problem, jaki miała teraz na swojej głowie? Bez wątpienia dało się to zrobić. RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.02.2025 - No tak, ale co to właściwie zmienia, są osoby, które bez względu na wszystko nie sięgnęłyby po takie metody, ja się nie zastanawiałam nad tym szczególnie długo. - Robiło się nawet nieco filozoficznie. Zmierzali jednak ku temu, co od dawna o sobie wiedzieli. Mieli wątpliwą mornalność i ona i on. Jasne, pobudki przez które sięgali po czarną magię były inne, ale to niczego nie zmieniało, gdyby byli krystalicznie czyści to nigdy nawet nie pomyślieliby o tym, żeby korzystać z takich sposób. To było dla niej całkiem proste. - Nawet nie wiesz, jak finezyjnie można kogoś potraktować sztyletem. - To była przecież jej działka, najbardziej lubiła właśnie te sposoby na udowadnianie innym, że nie warto z nią zadzierać, w nich się czuła najpewniej, chociaż ostatnio korzystała również z tych, o których wspominał Ambroise. Była całkiem elastyczna jeśli o to chodzi, co chyba nie powinno być powodem do dumy, ale nie miała problemy z tym, żeby o tym mówić. Zresztą Roise ją znał, wiedział, jakie miała podejście. Nie miała problemy z tym, aby skrzywdzić tych, którzy chcieli zranić jej najbliższych, czy ją. Nigdy. Nie przeszkadzało jej zupełnie podejście Greengrassa, bo sama miała podobne, nie robiło to na niej żadnego wrażenia, nie ruszało jej to, czym sie kierował. Mieli identyczne podejście. - Oszukujesz, nie ma czekania! - Udała oburzenie, chociaż zaczęło ją to bawić, jak bardzo chciał mieć ostatnie zdanie, nie zamierzała mu jednak odpuszczać, tym razem użyła już swojego walisjkiego akcentu, mówiła coraz szybciej i coraz bardziej niewyraźnie, widać mocno się zaangażowała w tę krótką przepychankę słowną. - Nie będziesz mi mówić, co mam mówić, a czego mam nie mówić, co nie możesz mi mówić. KURWA. - Chyba mózg jej się przegrzał i nie dała rady z tego wybrnąć, musiał jej wybaczyć tę niedyspozycję, chyba wypadła z formy. Zresztą wypowiedziała dzisiaj naprawdę dużo słów jak na siebie. Miała prawo nieco się w tym wszystkim zgubić. Chyba przegrała i nie miała ostatniego słowa, ale średnio ją to obchodziło. Poczuła się lżej, mimo wszystko, przez to chwilowe zamieszanie z tymi absurdalnymi zdaniami, którymi w siebie rzucali. - Kiedyś potrafiliśmy znaleźć złoty środek na wszystko. - Tyle, czy aby na pewno? Z niektórymi sprawami nie do końca się zgadzała, mówiła jedno, myślała drugie i niby się wycofywała, ale czekała na moment, w którym będzie musiała przekroczyć granice, czy złamać obietnice, które nie powinny padać z jej ust. Była skłonna na naprawdę wiele ustępstw, tylko po to, aby żyło im się lepiej. Czy one naprawdę były konieczne? Może, gdyby wtedy nie odpuszczała, tylko wpakowywała się we wszystkie aspekty jego życia ze swoimi buciorami, to teraz znajdowaliby się faktycznie w innym miejscu. Mogła jedynie nad tym wszystkim gdybać. - Po co czekać, skoro można to sprawdzić od razu? - Chyba Roise nie do końca zgadzał się z jej pomysłem, cóż, z tym powinna sobie jakoś poradzić, potrafiła go przekonać do wielu rzeczy, zamierzała, aby to stało się jedną z nich. - Florence sprawdzi, czy jesteśmy przeklęci. - Nie było w tym nic trudnego, na pewno nie dla wprawionej klątwołamaczki. - Nie będzie wypytywać, nigdy nie pyta, ufam jej. - Relacja kobiet była dość specyficzna, Yaxleyówna wiedziała, że Flo nie będzie jej oceniać, a jako, że Roise miał się pojawić tam z nią, cóż, na pewno też będzie potraktowany nieco inaczej. Nie sądziła, że będą potrzebne takie szczegóły, przedstawią wszystko w nieco innym świetle. - Nie wspomnimy o półświatku, nie musisz się tego obawiać. - Mogli przecież nieco podkoloryzować historię, która zmieniła ich życia, nie sądziła, że te szczegóły będą aż tak istotne, a Bulstrode na pewno nie będzie ich pytała o powód przez jaki znaleźli się w tym cholernym nawiedzonym dworze. - Tym razem obiecuję. - Chociaż może faktycznie to był pakiet z serii dwa w jednym? To się miało dopiero okazać. Sporo tych gróźb i obietnic ostatnio między nimi padło, dużo za dużo, jak na to, że miało ich już nic więcej nie łączyć. Brnęli w to wszystko nadal, nie miała pojęcia, jak potoczy się ich sytuacja, ale nie czuła, żeby faktycznie niedługo mieli rozejść się każde w swoją stronę. Nie po tym, co aktualnie sobie robili. Mogli mówić jedno, robić drugie, zresztą tak działo się teraz. Gesty świadczyły same za siebie, lgnęli do siebie, dawali sobie bliskość, to przychodziło im zupełnie naturalnie i nie mogli nic z tym zrobić, nie, żeby szczególnie jej to przeszkadzało, wręcz przeciwnie okropnie jej tego brakowało - tej niewymuszonej bliskości. - Mam Ci zrobić listę moich aktualnych problemów i umiejscowić cię w niej? - Na pewno dałoby się to zrobić, ale pewnie trochę by to pannie Yaxley zajęło. Miała wrażenie, że lista powiększała się każdego dnia, ciekawe, jak długo będzie się tak działo i kiedy wreszcie los stwierdzi, że tej pani już podziękuje i że naprawdę nie potrzebuje kolejnych kłód rzucanych pod nogi. - Dopóki jest on tylko i wyłącznie moim problemem to mi wystarczy, wiesz, że jestem w stanie sobie poradzić z każdym problemem, nawet z Tobą Roise, zresztą mam w tym spore doświadczenie. - Tyle, że przecież wcale nie chciał być jej problemem, sam jej o tym wspominał. Nie miała pojęcia jak to możliwe, że dochodzili do takich sprzecznych wniosków, ale jeszcze trochę, a całkiem się zgubi w tym wszystkim, tego była pewna. Nie, żeby jej to przeszkadzało, grunt, że teraz nadal leżał na jej kolanach, spoglądał na nią zza tych swoich długich rzęs i póki co nigdzie się nie wybierał. To jej wystarczało, i mógł uznawać to za desperację, ale w tej chwili nie potrzebowała niczego więcej do szczęścia. Mógł być jej problemem, chciała, żeby był jej problemem już na zawsze. RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.02.2025 - Są też osoby, które bez chwili zastanowienia rozerwałyby szatę na piersi i błagały o rzucenie w nich Avadą, bo gdzieś na świecie jakiś mugolak uważa się za uciśnionego - odparł tylko po to, żeby dać Rinie do zrozumienia, że porównywanie się do innych osób było w jej przypadku całkowitym bezsensem. On sam niemalże nigdy nie zwykł tego robić, chyba że po to, aby karmić swoje ego albo ciągnąć się w górę, nie równać w dół czy usiłować czymkolwiek się biczować. Zresztą dążył do tego sanego, gdy chodziło o Rinę. Raz za razem powtarzał jej swoje mądrości, aby i ona przestała zadręczać się swoimi rzekomymi słabościami. Nie miała ich. Nie tylu, ile usiłowała wyciągać. A była w tym niewątpliwie wyjątkowo umiejętna. Tyle tylko, że on też miał swoje talenty. Szczególnie ten do podważania jej głupich słów. - Uwierz mi. Wiem - odpowiedział, na moment wbijając wymowne spojrzenie w dziewczynę. Czy musiał jej przypominać o jednym z pierwszych prezentów, jakie od niego kiedykolwiek dostała? Albo o tamtych chwilach spędzonych na podłodze w salonie przy Horyzontalnej, gdy prowadził jej dłoń po jego nagich mięśniach, wskazując, gdzie powinna wbijać ostrze, aby osiągnąć konkretny efekt? Bowiem zdecydowanie nie zamierzał uciekać się do roztaczania przed nią naprawdę graficznej wizji tego, co stało się z mordercą ich wspólnej przyjaciółki. Ani teraz, ani nigdy. Nie dlatego, że czuł się z tym źle czy miał wyrzuty sumienia, ale jednocześnie zdecydowanie nie chciał, aby myśląc o nim, kojarzyła go od tej strony. Szczególnie, gdy już niedługo nie mieli tworzyć więcej wspólnych wspomnień. To nie powinno być jednym z ich ostatnich wspólnych momentów. Mogła być świadoma tego, że zarówno on, jak i Cornelius bardzo dobrze znali się na ludzkiej anatomii a chęć odwetu wyłącznie napędzała porywy kreatywności. Wzbijała je na wyżyny objawiające się wieloma kolorami. Przede wszystkim krwistej czerwieni, choć i ona miała wiele odcieni w zależności od tego, z jakiego miejsca czy organu pochodziła. Nie planował tego mówić, ale jego mina, zanim złożył głowę na kolanach dziewczyny, była na swój sposób wymowna. Nie musiał być łowcą, nie potrzebował łowieckiego przeszkolenia. Jego własne w zupełności mu wystarczało. Ewentualnie braki nadrabiał zaś zaciętością i tą wątpliwą moralnością, której kwestię wielokrotnie poruszali. Pod tym względem rzeczywiście wyznawali podobne podejście. Sprawy komplikowały się na innym poziomie. Tam, gdzie należało wyczuć, kiedy powiedzieć stop. Żadne z nich nie było złym człowiekiem. Nie pogrążali się w destrukcyjnych zapędach, by siać zamęt i zniszczenie. Nie tam, gdzie nie było to konieczne. A jednak Ambroise w dalszym ciągu uważał, że sięganie po przemoc fizyczną przychodziło mu znacznie łatwiej niż jej. To, że nie krzywdził niewinnych ludzi nie było tożsame z tym, że stawiał granicę w tym samym miejscu, co jego dziewczyna. Wręcz przeciwnie. Dokładnie tak samo jak nie rzucał się w ogień dla ludzi, którzy nie byli dla niego istotni. Oczywiście, trudno mu było patrzeć na krzywdę niewinnych. Reagował na nią częściej niż byłby w stanie przyznać. Tamto nieszczęsne spotkanie z jej kuzynką, o którym mówił Yaxleyównie było jednym z dowodów na to, że miał bardziej miękkie serce niżeli był skłonny przyznać. Mimo wszystko wolał jednak nie musieć mieć dupy z tytanu. Nie, jeśli mógł tego unikać, ograniczając się do niesienia pomocy w ramach pracy. Tej oficjalnej, może też po części w ramach pokątnych praktyk, bowiem i tam przecież świadczył usługi uzdrowicielskie dla mniej lub bardziej szemranych elementów. Nie mógł kwestionować tego, że na pewnych płaszczyznach byli niemalże identyczni, ich podejście było do siebie niezmiernie podobne, ale tutaj występowały te różnice. Geraldine potrafiła działać idealistycznie. Reagować sercem, nie żelazną logiką, nawet jeśli jednocześnie po fakcie zarzekała się, że wcale tak nie było i że przekalkulowane ryzyko nie było tak duże jak twierdził. Jak mu się wydawało. Wykrzywiając rzeczywistość, w czym była... ...niemalże dobra. Gdy już sobie coś ubzdurała, naprawdę ciężko ją było od tego odwieść. Tak jak teraz, gdy kolejny raz usiłowała wymusić na nim oddanie wygranej i ostatniego zdania w rozmowie, która w cholera wie, którym momencie nagle zaczęła bardziej przypominać przepychankę słowną rodem z Hogwartu niżeli wcześniejszą kłótnię. Zwłaszcza wtedy, kiedy dziewczyna zaczęła posuwać się do wyrzucania z siebie tych wszystkich słów w walijskim akcencie i niemalże z prędkością światła. Chyba zapominając przy tym, z kim ma do czynienia, bo przecież to wcale nie było jego pierwsze rodeo. - Nie ma zasad - palnął odruchowo, instynktownie wystawiając język; może tego nie widziała, bo opierał się czołem o jej kolana, ale zdecydowanie nią nim musnął. - Będęcimówićczegoniemaszmimówićżemamniemówićżebyśminiemówiłażemamtegoniemówićbomogęmówićcomisiężywniepodobainiemaszprawamitegozabronićbotak... ...i chuj. Kurwa. Dupa. Kamieni kupa - tak, nie dość, że osiągali tu same szczyty błyskotliwości argumentów to jeszcze dodatkowo posunął się do ostatecznej formy mentalnego ciosu - zaczął ją przedrzeźniać. Dojrzale. Naprawdę dorosłe zachowanie. Dokładnie takie, jakim powinien się wykazywać. Zarówno jako człowiek jego pokroju, klasy społecznej czy ostatecznie w jego wieku. Znów zachowywali się jak za dawnych lat. Zupełnie tak, jakby ponownie byli tamtymi ludźmi. Nie do końca rozsądnymi, za to znacznie bardziej swobodnymi. Mającymi szansę jeszcze raz przeżyć swoje życie. Tym razem we właściwy sposób. - Niemalże - machnął głową, chrząkając wymownie, choć bardziej do siebie samego niżeli do Riny; tak, niewątpliwie potrafili znaleźć ten złoty środek, przynajmniej, gdy nie chodziło o gubienie innych złotych rzeczy i tym samym pierdolenie wszystkiego innego... ...mhm. - Byliśmy niemożliwi - dodał jednak po chwili, uśmiechając się pod nosem, bo cóż, mieli być ze sobą szczerzy, nie? Tak, potrafili znaleźć rozwiązanie praktycznie na wszystko. Lepsze czy gorsze, ale bez wątpienia umieli to zrobić. Cholernie dziwnie było nie móc do tego wrócić. Dostrzegać, że to gdzieś się rozmyło, podczas gdy tak wiele innych rzeczy nadal między nimi pozostało. To była kolejna kwestia, która mieszała mu w głowie. A potem dołożyli do tego jeszcze kolejną i następną, i jeszcze jedną. Nie mieli już żadnego umiaru, prawda? Instynktownie się skrzywił. - Nie wiem czy do końca zdajesz sobie sprawę z tego jak to działa - stwierdził tak po prostu, nie wahając się ani chwili przed wyrażeniem swoich wątpliwości... ...albo raczej całkowitych obiekcji niespecjalnie pozwalających mu przyjąć narrację Geraldine. - Może ciebie nigdy o nic nie pyta, ale ja to trochę inna para kaloszy. Jestem uzdrowicielem, Rina, wiem jak to powinno wyglądać - jak to działało, jak to nie działało, jak to ułatwiało i utrudniało ewentualne zebranie właściwego, pełnego wywiadu. Z jego strony to wyglądało wyjątkowo jasno i aż nazbyt przejrzyście. Nie sądził, aby mogli pozostać w sferze półsłówek i półprawd, bowiem zawsze wtedy sprawy dodatkowo się komplikowały. Jako magomedyk musiał uciekać się wtedy do podstępów, do ciągnięcia pacjentów za język, do manipulowania ich słowami tak, aby w końcu i tak wypluli z siebie prawdę. Nie chciał tłumić nadziei i planów Yaxleyówny w zarodku. Po prostu niespecjalnie wierzył w to, że miały pójść im aż tak prosto. Poza tym, nawet jeśli to nie chodziło tu o kwestię zaufania do Florence. Tylko również o fakt, że później, gdy on i Geraldine niechybnie i tak mieli pójść każde w swoją stronę (tu nadal trwał przy swoim niezależnie od pozostałych rozważań) miał mieć częste okazje, aby spotykać Bulstrode na gruncie zawodowym. Nie zamierzał czuć się z tym źle. Nie wstydził się własnych wyborów. Mógł żałować ich gdzieś tam głęboko pod skórą, w głębi duszy, ale nie czuł zażenowania z powodu tego, że podążył taką a nie inną ścieżką. Nomen omen bardzo typową dla jego pochodzenia. Po prostu nie chciał musieć znosić wtedy dodatkowej dawki oziębłego dystansu od strony koleżanki z pracy. Wystarczyło, że dotychczas byli wobec siebie profesjonalnie zdystansowani. Niby miał to głęboko gdzieś, ale nie lubił musieć tłumaczyć się ze swoich wyborów. Nawet na potrzeby rozwiązania problemów. Tym bardziej nazwanie tego obawami raczej nie spotkało się z jego aprobatą. - Jak zatem zamierzasz wyjaśnić całą sytuację? - Tak, całkowicie celowo używał tej formy wypowiedzi. Nie zamierzał mówić jej kategorycznego nie. Przynajmniej nie dopóki nie usłyszy wersji planu, jaki tworzył się teraz pod jej blond czupryną rozjaśnioną słońcem. Lubił ten widok. Zawsze odruchowo na nią spoglądał, gdy miał ku temu okazję. A gdy jej nie miał, wtedy niechybnie ją sobie tworzył. To wcale się nie zmieniło. - To nie obawa. To obiekcje - dodał po chwili, lecz nie po to, by się tłumaczyć czy bronić, po prostu w celu wyjaśnienia swojego punktu widzenia; dawno nie rozmawiali tak poważnie i bez kolejnych spięć, ale nie uważał tego za powrót dobrej passy. - Znasz mnie - prawdopodobnie mógł tu dodać swoje standardowe jestem prostym człowiekiem, ale tym razem tego nie zrobił. Postanowił zakończyć zdanie na tych dwóch słowach. Na prostym stwierdzeniu. Może nie byli już dłużej blisko. Nie widywali się ze sobą przez półtora roku, ale przez ten czas wcale aż tak bardzo się nie zmienił. Nie pod tym względem. W dalszym ciągu przede wszystkim cenił swoją prywatność. Wybiórczo dysponował publicznymi informacjami. Parsknął cicho, łypiąc na Geraldine spod rzęs i kręcąc głową na jej kolanach. - Chciałbym to zobaczyć - rzucił bez jakiejkolwiek powagi, być może będąc zbyt pewnym siebie, ale kompletnie nie wyobrażał sobie, aby mogła spełnić swe obietnice. Nie chodziło już nawet o to, że wkrótce nie miała mieć okazji do tego dziamdziania. W tej chwili ponownie o tym nie myślał, całkiem wygodnie spychając to na peryferia świadomości. Chodziło o to, że tak jak i on, Rina nie była gadułą. Jasne, czasami zdarzało im się prowadzić tak zawiłe rozmowy jak ta dzisiejsza, ale przez większość czasu towarzyszyły im gesty, nie słowa. Nie dało się dziamdziać rękami. No, o ile nie nauczyła się języka migowego, o czym miał prawo nie wiedzieć. Wtedy zaiste mógłby mieć przesrane. - Zrobić listę aktualnych problemów? Tak, ale z zaznaczeniem, że sam się na niej umiejscowię - odrzekł gładko, lekko unosząc kąciki ust, którym dotykał ciepłej dłoni Geraldine. - Jestem samodzielnym, wielowymiarowym problemem - a takie zazwyczaj tworzyły się same od a do z. Mógł zatem z powodzeniem odnaleźć swoje miejsce na przedstawionej mu liście czy tam na skali problemów, jakie miała obecnie jego dziewczyna. Była dziewczyna. Obecny, cóż, chyba w pewnym sensie, chcąc nie chcąc problem. Jeśli on nim dla niej był (a zdecydowanie się za taki uważał, nawet jeśli nadawał temu zadziwiająco żartobliwy ton) to ona bez wątpienia lustrzanie odbijała jego upierdliwość. Inaczej by ich tu nie było. Nie siedzieliby w ten sposób. Nie opierałby głowy na jej kolanach. Nie patrzyłby na nią spod przymrużonych powiek. Nie posyłałby jej spojrzeń, których sam nie potrafił zdefiniować. Nie zachowywaliby się tak jak to robili w tej chwili, bowiem nie byłoby tej chwili. Nie, gdyby poprzestali na tym układzie, który rozmył się gdzieś w ciemnych korytarzach snowdońskiej jaskini. Utrzymali go przez trzy wcześniejsze spotkania. Nie liczył tamtego czerwcowego, bo ono było inne. Później starali się podtrzymać szorstki dystans. Obecnie? Tu tkwił problem. On nim był. Ona nim była. Oboje byli problemem a jednocześnie żadne z nich nim nie było. Nie w chwilach takich jak ta, gdy na powrót odnajdywali coś na kształt wspólnego pokrętnego języka. Innego od tego, którym posługiwali się przez wszystkie ostatnie lata, ale chyba najlepszego w sytuacji, w której się znajdowali. - Huh? - Zamrugał, nie do końca rozumiejąc, o co jej teraz chodziło. Odruchowo kolejny raz przyłasił się przy tym policzkiem do wnętrza dłoni dziewczyny, drapiąc ją krótkim zarostem i posyłając jej pytające spojrzenie. - Czyim innym miałby być? - Zdecydowanie potrzebowała rozwinąć tę myśl, bo nie mogła tak tego po prostu teraz zostawić. Jednocześnie on także nie mógł nie uświadomić jej o jeszcze jednej usilnie pomijanej rzeczy. - Trochę eskalował - mruknął pozornie błahym, naprawdę lekkim tonem, nieznacznie wydymając przy tym wargi. Zupełnie tak, jakby mówili o czymś innym. Czymś, co wcale nie było nim. Nie było problemem, który dla niej stanowił. Nie było koniecznością weryfikacji jej dotychczasowego doświadczenia. A desperacja? W tym momencie chyba wyjątkowo nie patrzył na to w tych kategoriach. Oboje zachowywali się chaotycznie. Bardziej niż zazwyczaj, bardziej niż kiedykolwiek. To powoli stawało się ich nową rzeczywistością. Tą, która w teorii nie powinna istnieć i nie istniała, jednak teraz była wyjątkowo namacalna. RE: [04/05.09.1972] światło nad horyzontem || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.02.2025 - Na szczęście do takich osób się nie zaliczamy, prawda? - Może faktycznie nieodpowiednie było porównywanie ich do ogółu, ale tak samo jak wszystkim przecież groziło im niebezpieczeństwo, tylko o to jej chodziło, nic więcej. Niepotrzebnie zresztą wywlekała tę myśl, bo Roise jak zawsze wykorzystał to przeciwko niej, powinna się tego spodziewać, nieprawdaż? To wcale nie powinno jej zaskoczyć. - To dobrze, że zdajesz sobie z tego sprawę, czarna magia to nie wszystko. - Jasne, próbowała doceniać również i ją, tyle, że właśnie nigdy na pewno nie byłby to jej pierwszy wybór. Zdecydowanie wolała metody, które znała od lat, po które sięgała od dawien dawna. Nie, żeby specjalnie lubiła się tym chwalić, nie do końca czuła, że było czym i tak spora część społeczeństwa traktowała ją jako odmieńca z racji na zawód, który sobie wybrała. Nie wszyscy byli w stanie zrozumieć to, że walczyła ze stworzeniami po to, aby im się żyło lepiej. Znajdowali się popierdoleni czarodzieje, którzy twierdzili, że była morderczynią, że z zimną krwią zabijała zupełnie niewinne istoty, szkoda, że nie potrafili dostrzec co te bestie robiły ludziom. Na szczęście byli i tacy, którzy doceniali jej wkład w to, co robiła dla magicznej społeczności, nie, żeby szczególnie interesowała ją opinia innych, tak naprawdę miała w nią dosyć mocno wyjebane, bo wiedziała, że to robi ma głębszy sens. Nigdy nie widziała Ambroisa podczas tego, czym zajmował się w swoim wolnym czasie. Może poza tym jednym razem, gdy była przy nim, kiedy skrócili cierpienie pewnego Rosiera, ale intencje mieli dobre. Nie wydawało jej się więc, aby Greengrass był jakimś bezwzględnym mordercą. Nie to, żeby nie chciała kiedyś zobaczyć na własne oczy tego, w jaki sposób walczy, jaki jest bezwzględny, wbrew pozorom czuła, że zrobiłoby to na niej ogromne wrażenie, ta jego mroczniejsza odsłona. Może nie najlepiej to o niej świadczyło, ale co mogła zrobić z tym, że pociągało ją to, nawet sama świadomość tego, co Roise byłby w stanie zrobić aby ochronić swoich bliskich. Niosło to również ze sobą poczucie bezpieczeństwa, a to też było dość istotne w czsach, w których przyszło im żyć. Oczywiście nie zamierzała mu teraz o tym wspominać, pewnie wziąłby ją za wariatkę, ale co mogła innego powiedzieć, Yaxleyówna była nieco popierdolona. Jasne, ich podejścia nieco się różniły, Geraldine rzadko kiedy zastanawiała się nad tym, czy warto jest ryzykować dla innych, czy ktoś zrobiłby dla niej to samo, tak naprawdę bez mniejszego oporu pchała się w każdą jatkę, ale co z tego? Sięgali po te same metody, ona i on, może w różnych sytuacjach, ale oboje byli w pewien sposób spaczeni, nie mógł z tym nic zrobić. Prychnęła głośno, gdy wspomniał o tym, że nie ma zasad. Znowu? Powinni w końcu konkurować w czymś, gdzie określą zasady, bo tak, to zapewne nigdy nie będzie miała szansy na to, żeby z nim wygrać. Ambroise przecież ciągle oszukiwał, nie, żeby ona szczególnie trzymała się czegokolwiek, ale on był w tym zdecydowanie lepszy. Nie przyznała tego oczywiście w głos, bo jeszcze uznałby, że się poddała, czy coś. - Uroczo, jesteś elokwentny jak zawsze. - Mruknęła jedynie cicho, nie kontynuując już tej dalszej przepychanki słownej. Jej własny pan doktor, taki wygadany, gdyby go tylko teraz widziało jego towarzystwo z Munga... - Tak niemalże, bo zgadzać się ze sobą we wszystkim, to trochę nudne, co nie? - Mimo wszystko uważała, że kiedyś całkiem nieźle im to wychodziło, naprawdę byli w tym nieźli. Udawało im się znaleźć rozwiązanie na każdy naglący ich problem. Byli w tym mistrzami, chociaż nie robiła tego w przypadku nikogo innego. Zawsze starała się przepchnąć swoje zdanie, ale nie tutaj, z Roisem było inaczej. - To prawda, byliśmy, trochę mi tego brakuje. - Kiedyś wszystko wydawało się być jakieś takie łatwiejsze. Może to przez to, że teraz znajdowali się po dwóch, zupełnie przeciwnych stronach, żadne z nich nie chciało odpuszczać, więc w ogóle nie brali pod uwagę szukania złotego środka, a tak właściwie to przecież też oficjalnie już ustalili, że nie istniał, co nieco komplikowało sprawę. Westchnęła ciężko, nie podobało jej się to, że zaczął podważać sposobność wizyty u Florence. Ten temat nie dawał im spokoju, jej zdaniem powinni to zweryfikować, jak najszybciej, a skoro mieli taką możliwość, to co ich przed tym właściwie powstrzymywało? - Wiem, że jesteś uzdrowicielem, ale Flo to moja przyjaciółka, a nie jakiś pierwszy, lepszy uzdrowiciel z łapanki. - To było dość istotnym szczegółem, wydawało jej się, że w tym przypadku najpierw będzie przyjaciółką, a dopiero później medykiem, zamierzała to podkreślać. - Będziesz tam ze mną, gwarantuje Ci, że potraktuje Cię jako swojego. - Nie miała pojęcia, co jeszcze wypadałoby powiedzieć, aby przystał na ten durny pomysł, znaczy wyśmienity pomysł, tak. - Nie będziesz musiał się za bardzo odzywać, po prostu pójdź tam ze mną, wezmę to na siebie, proszęęę. - Wygięła usta w podkówkę, licząc na to, że to chociaż trochę pomoże jej zmienić jego zdanie. - Jak? Odpowiednio, pomijając te nieistotne szczegóły. - Nie zamierzała mu teraz mówić wszystkiego, wiedziała jednak, że uda jej się ominąć te fakty, o których nikt poza nimi nie powinien wiedzieć. - Zaufaj mi, jeszcze ten jeden raz, obiecuję, że wszystko pójdzie po naszej myśli. - Właściwie to po jej, bo Ambroise przecież tego nie chciał, ale naprawdę bardzo jej zależało na tym, żeby w końcu poruszyli temat ich wspólnej klątwy z jakimś specjalistą. Skoro ciągle do tego wracali, skoro nie dawało im to spokoju, to warto było to zrobić. - Już niedługo będziesz miał szansę, przecież wiesz, że nie rzucam słów na wiatr. - Może nie mieli juz niedługo spędzać razem czasu, może ich drogi miały się rozejść, to na pewno nie przeszkodzi Yaxleyównie dotrzymać słowa. Powinien mieć tego świadomość, to nie było nic wyjątkowego, zawsze tak robiła. Może nie miała tendencji do wylewania z siebie zbyt wielu słów, ale skoro obiecała, że to zrobi, to cóż, na pewno się postara o to, aby nieco się otworzyć. Jak jej na czymś bardzo zależało, to potrafiła zmieniać swoje przyzwyczajenia. - Rozumiem, chcesz mieć swoja własną listę, w sensie być na osobnej liście? Całkiem sprytne. - Nie miałaby nic przeciwko temu, wcale, a wcale. Może dzięki temu mogłaby gdzieś zgubić tę druga listę z wszystkimi innymi problemami, którymi powinna się aktualnie zajmować. Wcale nie byłaby z tego powodu rozczarowana, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że nie powinna porzucać tych innych, naglących ją spraw. Trochę się ich ostatnio nazbierało. - Nie wiem, czyim innym, po prostu gubię się trochę w tym, czy chesz być moim problemem, czy jednak nie, a jak nie byłbyś moim problemem, to stałbyś się problemem kogoś innego? - Po raz kolejny zaczęła się gubić w tych swoich rozważaniach, ale sami to sobie robili. Mówili jedno, robili drugie, miała prawo nie ogarniać tego, co się z nimi działo. Liczyła na to, że Ambroise jednak postanowi zostać tylko i wyłącznie jej własnym problemem, ta perspektywa jej się najbardziej podobała. - Problemy mają to do siebie, że lubią eskalować, ale jestem w stanie to znieść. - Inaczej pewnie już dawno by stąd odeszła, a chciała nadal w to brnąć, sprawdzić, co przyniosą im kolejne dni, mimo, że przecież nie mogła spodziewać się niczego dobrego, jakoś zupełnie jej to nie odstraszało, wręcz przeciwnie. |