Secrets of London
[12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood (/showthread.php?tid=4899)

Strony: 1 2 3 4 5 6 7


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.06.2025

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/12/8d/99/128d99bf2c679f040de4f68a1cfadc1b.jpg[/inny avek]

Ger nie do końca radziła sobie z tym, co działo się z jej bratem. Powinna go jakoś wesprzeć w tym trudnym czasie, a miała wrażenie, że każda decyzja, którą podejmowała była jeszcze gorsza od poprzedniej. Trudno jej się patrzyło na to jak gasł. Naprawdę chciała dla niego dobrze, tyle, że te metody zupełnie nie wydawały się mu pomagać. Wczoraj doprowadziła go na skraj, czy dzisiaj się to powtórzy? Wolała o tym nie myśleć, powinna pozostawać czujna, bo ona na pewno będzie w stanie go powstrzymać przed ewentualnym skrzywdzeniem innych tutaj obecnych, z drugiej strony, może towarzystwo innych osób (tych, które nie były nią) dobrze mu zrobi. Zdecydowanie Geraldine wzbudzała w nim ostatnio same najgorsze emocje.

- Może, ale nie musi, boję się, że nie chodzi tylko o eliksiry. - One były w końcu tylko częściowym problemem, dużo większą komplikacją był fakt, że Astaroth nie do końca sobie radził ze swoją egzystencją w tej nowej wersji siebie, było to dla niego ciągle nowe, i z tej sytuacji raczej nie było wyjścia. Mógł jedynie pogodzić się ze swoim losem, a zdecydowanie aktualnie tego nie chciał. W końcu przez to zaczął ćpać te nieszczęsne mikstury nasenne.

- Mam wrażenie, że to nie jest tylko chwilowe, tak naprawdę on sam musi inaczej spojrzeć na to wszystko, a póki co nie chce tego robić. - Powtarzała bratu, że to, że jest wampirem, to nie jest koniec świata, starała się mu pokazać, że mogło być gorzej, jednak nie do końca chciał zobaczyć jej perspektywę.

Może nie był to odpowiedni moment na dyskutowanie na temat nie do końca stabilnego stanu psychicznego jej brata, ale sam się nasunął, kiedy Roth się tutaj pojawił. Nie mogła ignorować tego, w jakim stanie się pojawił. Było z nim źle, nie była ślepa, metody, które wprowadzili w życie nie pomagały, może powinni coś zmienić, przedyskutować to? Jutro? Dzisiaj przecież i tak niczego by nie zmienili.

- Trudno, żeby się nie znali, są kuzynami. To znaczy, jesteśmy. - Ona również przecież była częścią tej rodziny. Jasne, nie utrzymywali ze sobą kontaktu już od momentu, gdy byli dziećmi, jednak nie zmieniało to faktu, że w ich żyłach płynęła ta sama krew, przynajmniej po części. Nie wnikała, skąd Benjy i Roth się znali, gdzie ich drogi się skrzyżowały, miała pewność, że na pewno nie na rodzinnych obiadkach. Nie zamierzała wchodzić im zresztą teraz w rozmowę, wydawało jej się, że jej brat może potrzebować konwersacji z kimś innym niż ona. Wcale mu się nie dziwiła.

Przeniosła wzrok na Romulusa, który znajdował się przy Corio, do jej uszu doszło coś o świniaku, przeniosła nieco skonfundowane spojrzenie na Ambroisa, czy naprawdę to wszystko było im tutaj potrzebne, tak bez żadnej okazji? Nie miała pojęcia z czego wynikało takie celebrowanie, w końcu to miało być tylko ognisko, no nie oszukujmy się nie wydawało jej się, żeby nawet Cornelius organizował podobne wydarzenia w ten sposób.

Nie umknęło jej to, że Roise machnął różdżką, ba rzuciła nawet zaklęcie w stronę Pottera. Teraz to przestała już cokolwiek rozumieć, nie zamierzała się w to angażować, nie, to nie miało sensu. Wolała obserwować ten dziwny spektakl z boku, póki co nie komentując tego, co zaczęło się dziać. Zamiast tego wyciągnęła fajkę z papierośnicy i wsadziła ją sobie do ust, dość zwinnym ruchem odpaliła papierosa swoją srebrną, mugolską zapalniczką.

Nie spuszczała przy tym wzroku z Romulusa, który chyba łapał się Corneliusa? Co tu się właśnie zaczęło odpierdalać i dlaczego?

Bardzo powoli zaciągnęła się dymem, po chwili upiła łyk whisky, oparła się przy tym o stół i obserwowała otoczenie, czuła, że był to dopiero początek pierdolnięcia. Nie spodziewała się tego, że tak szybko coś się wydarzy, jak widać to grono wyśmienicie bawiło się nawet bez praktycznie grama alkoholu.




RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.06.2025

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/bc072cc966641f9e2926cf87eae72144/49b76fe2fed73ccc-1d/s500x750/391661ef1bec221a3181c1faf51e48e367a2314f.pnj[/inny avek]
To zdecydowanie nie był idealny moment na prowadzenie takiej rozmowy, jednak czy tak naprawdę kiedykolwiek miała być na to właściwa chwila? No właśnie. Tymczasem problem zrobił się na tyle poważny, że nie dało się go ignorować. Nie można było odwrócić wzroku, zamknąć oczu. To znaczy, może inaczej: to wciąż było dopuszczalne, ale nie dla nich. Oni byli w tym zbyt głęboko, bezpośrednio ich to dotyczyło.
Ich. Razem. Oczywiście, że musieli o tym rozmawiać. Nawet jeśli aktualnie nie mieli zbyt dużego pola do manewru. Zrobili, co mogli zrobić. Reszta tymczasowego planu opierała się głównie na czekaniu. Tym bardziej, jeśli Yaxley raczej nie chciał współpracować w zakresie otrzymania pomocy.
- Pewnie masz rację - odparł zupełnie wprost, nie zamierzając owijać w bawełnę, bowiem nie to przecież obiecywali sobie nawzajem.
Nie mieli się okłamywać. Dosyć jasno ustalili, że będą ze sobą całkowicie szczerzy. Oczywiście, Ambroise nie chciał być w tym brutalny, jednak nie zamierzał też mówić, że do powrotu do pełni szczęścia, zdrowia i spokoju ducha, Astarothowi wystarczy wyłącznie odstawienie eliksirów nasennych.
Nałogi skądś się brały, czyż nie? Skoro Roth był uzależniony, już wcześniej musiał mieć jakieś problemy, które go do tego pchnęły. Mogli pomóc mu w odstawieniu szkodliwych substancji, ale to był wyłącznie wierzchołek góry lodowej. Całą resztę dopiero odkrywali.
- Co? - Spytał w pierwszej chwili, bardzo nieznacznie mrużąc oczy i mrugając powoli, gdy dotarło do niego to, że Geraldine w istocie miała rację.
Być może nie znał się jakoś wybitnie w genealogii czystokrwistych rodów. Jasne, miał pewną wiedzę na temat powiązań między konkretnymi ludźmi. Część wyniósł jeszcze z dzieciństwa, które spędzał w towarzystwie licznych kuzynek i starych ciotek, przez co, rzecz jasna, nie ominęły go towarzyskie plotki. Ten to z tym. Tamten tamto z tamtym. A ten prawdopodobnie jednak nie jest od tego, bo wygląda jak skrzyżowanie tej z tamtym. Później, chcąc nie chcąc, miał okazję dodatkowo uzupełnić mimochodem nabytą wiedzę, stając się oficjalną częścią salonowego towarzystwa tudzież wykonując prywatną część praktyki lekarskiej.
Tak po prawdzie, gdyby dobrze pomyślał, pewnie dysponowałby całkiem szerokim zakresem niejawnych informacji, za które co poniektórzy pewnie dałoby się pokroić. Jednakże Ambroise raczej nie był plotkarzem. Nie wnikał zbyt głęboko w tematy, które nie wydawały mu się ani ciekawe, ani przydatne. Jeżeli już kłopotał się głębszym wnikaniem w cudze sprawy i sekrety, to tylko dlatego, że widział w tym jakąś konkretną korzyść. Na teraz czy na później. To już nie miało aż takiego znaczenia.
Najważniejsze, że musiał faktycznie chcieć zajmować sobie głowę zakatalogowaniem i zarchiwizowaniem danej informacji, żeby później móc ot tak w odpowiednim momencie wyciągnąć ją z głowy. W innym przypadku miewał przebłyski, jak chyba każdy, łączył przypadkowe fakty, od czasu do czasu rzeczywiście robił ach, rzeczywiście. I to był właśnie taki moment.
Bowiem wcześniej nie dokonał tego odkrycia. Nie dodał dwa do dwóch, nie wyszło mu z tego ani pięć, ani tym bardziej cztery. Nawet jeśli zaledwie kilka dni wcześniej prowadził z Yaxleyówną rozmowę o Rookwoodach, za cholerę nie pamiętał, że tych dwoje (no, troje) teoretycznie łączy naprawdę bliskie pokrewieństwo. Cóż. Nie był jednak jakoś specjalnie zdziwiony tym, że ten fakt nie przyszedł mu do głowy zanim Geraldine nie wspomniała o ich rodzinnych koligacjach.
Z tego, co było mu wiadomo (i odnośnie czego nagle go olśniło) matka jego przyjaciela nie chwaliła się swoimi krewniakami. Nie utrzymywali kontaktów, przynajmniej przed laty, więc to nie było coś, co każdy od razu by skojarzył. Ambroise kiwnął głową, jednak mimo to wydał przy tym z siebie coś w rodzaju przelotnego hm, po czym dodał.
- Mimo wszystko, to wciąż ciekawe, że tak łatwo się rozpoznali - szczególnie, że Benjy nie przebywał w Wielkiej Brytanii od prawie piętnastu lat.
A przynajmniej właśnie tak mówił, czego Roise nijak nie kwestionował. Mimo to, ci dwaj ewidentnie zachowywali się tak, jakby mieli całkiem bliską relację. Jakby byli dobrymi kolegami. Przynajmniej z tego, co zdążył dostrzec Greengrass.
Zamierzał zresztą dodać coś w tej materii, ale wtedy do jego uszu dotarły słowa Romulusa, tego zdrajcy.
Niby człowiek wiedział, a jednak trochę się łudził, czyż nie?
Teoretycznie zdawał sobie sprawę z długiego ozora, jakim Matka Natura obdarzyła Pottera. Ewentualnie, jaki wspomniany Romek sam sobie wykształcił na skutek potrzeby dostosowania się do warunków, w których (o ironio) wychował się także Roise. Mogli nie być bezpośrednio spokrewnieni. Mogli nie mieć do czynienia z tymi samymi wzorcami rodowymi. Jednak obu w głównej mierze wychowały guwernantki, kuzynki, ciotki, babki i tak dalej. Całe łoże plotkar i zastępy towarzyskich sępów. Tyle tylko, że osiągnięte efekty tej edukacji były skrajnie przeciwne.
Nie mógł dopuścić do tego, żeby Romulus przez swój długaśny ozor pokrzyżował mu plany. Jakie? Kurwa, chyba jednak nie sprytne, skoro Ambroise uwzględnił w nich kogoś, kto być może był ekspertem od organizacji wydarzeń, ale jednocześnie nie potrafił trzymać języka za zębami, gdy to było niezbędne. Powinien pamiętać, że z Romanem nie należy dzielić się sekretami, nawet w wielokrotnie podkreślanym zaufaniu.
Oczywiście, Roise nie wątpił w to, że Cornelius nie miał pójść w ślady ich wspólnego kumpla i zacząć na prawo i na lewo rozpowiadać o tym, jakie są dalsze wizje dotyczące rozwoju wieczoru. Jednak fakt faktem, skoro Ambroise słyszał wypowiedź Romulusa skierowaną do Corio, Geraldine mogła zwrócić uwagę dokładnie na to samo.
Szczęście w nieszczęściu, chyba tego nie zrobiła, jednak Greengrass nie zamierzał ryzykować, że to jeszcze nie koniec romkowych przechwałek. Skoro zatem jego przyjaciel przyczynił się do tego, aby wytrącić go z równowagi, on zamierzał uczynić dokładnie to samo. Nie wahał się ani przez chwilę. Dyskretnie wyciągnął różdżkę, machnął nią tuż przy nodze, celując w Romka i...
...oto mieli pokaz lewitacji. Nawet jeśli nie do końca taki, jak był przezeń oczekiwany, bowiem zaklęcie nie trafiło w Pottera z całą przewidzianą mocą. Roman nie uniósł się na pełnej pizdzie, nie wzleciał tuż pod same liście palmy. Roślina nie zagilgotała go w kostki. Co gorsza, zaczął chwytać Lestrange'a, pragnąc dzięki temu zostać na ziemi.
Nie, nie mógł wykpić się tak łatwo. Dostrzegając przelotne spojrzenie, jakie Yaxleyówna posłała w kierunku ręki, którą trzymał różdżkę, dyskretnie wzruszył ramionami. Nie zamierzał tego komentować. Miał swoje powody, aby pokazać Romanowi, że nawet na tych magicznych palmach nie rosną ananasy.
I zdecydowanie nie zamierzał tak łatwo odpuścić. Pochylił się lekko, przyjmując trochę wygodniejszą, ale wciąż skrytą pozycję, po czym ponowił próbę. Usiłował wyglądać zupełnie niewinnie, jednak jednocześnie całkowicie skupić się na tym, żeby zaklęcie wyszło mu zdecydowanie lepiej. Mocniej, bardziej porywczo.

Translokacja (I) - dalej to samo: mocniejsze poderwanie Romka do góry kostkami
[roll=O]
[roll=O]


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Cornelius Lestrange - 14.06.2025

Cornelius z początku nie zarejestrował niczego nadzwyczajnego, przynajmniej niczego, co znacząco odbiegałoby od standardów towarzystwa Romulusa, które, jakkolwiek zabawne i czasem wręcz inspirujące, rzadko kiedy bywało spokojne. Oczywiście, że to się musiało tak skończyć, jakże by inaczej, skoro każde ich wspólne przedsięwzięcie, choć zapowiadane przez Romeczka z dumą i pewnością siebie godną profesjonalnego komentatora quidditcha, kończyło się eksplozją, implozją albo, jak teraz, porwaniem jednego z uczestników do atmosfery. Naturalną reakcją każdego przytomnego czarodzieja byłoby rzucenie jakiegoś zaklęcia ratunkowego, ale Corio, zgodnie ze swoim charakterem, najpierw po prostu podniósł brwi, nieznacznie przekrzywił głowę i...


•••

Zanim jednak Romulus oderwał się od gruntu, jak nadmuchany balonik, który moment wcześniej prawił o szczęściu niezależnym od pieniędzy, chociaż, jak Cornelius zauważył z przekąsem, portfele wszystkich zgromadzonych odczuwały niektóre głupie przedsięwzięcia dość jednoznacznie, Lestrange zdążył raz jeszcze przenieść wzrok na jezioro, z powodu którego w dalszym ciągu był w głębokim szoku. Cornelius, który dotąd siedział z łokciem opartym o kolano, a wzrokiem wodzącym gdzieś po nierównościach krajobrazu, z tym samym spokojem, z jakim śledzi się drogę rybika cukrowego po kafelkach łazienki w samym środku nocy, czyli bez większego zaangażowania, ale z niejaką ciekawością co do celu podróży, zauważył kątem oka, że Romulus właśnie przestał respektować podstawowe prawa grawitacji. Najpierw uniósł się lekko, jakby coś podniosło go za kołnierz, potem zawirował, a jego nogi, bezładnie kopiące, znalazły się wyżej niż głowa, co w żadnym znanym Corneliusowi przypadku nie zwiastowało niczego dobrego.

Ręce Romulusa miotały się, nogi wirowały wokół, a usta, kompletnie krzyczały o ratunek, pomoc, zatrzymanie świata, który bezczelnie nie konsultował z nim zmiany kierunku. No, tak, NIE konsultował. O ironio. Czyżby wreszcie kosmos postanowił zabrać, co jego?

- Nie, nie, nie... - Powiedział cicho, niedowierzająco, ale spokojnie, jak ktoś, kto wyłącznie obserwuje, jak cudza filiżanka herbaty zsuwa się z blatu stołu, ale nie na jego dywan. Sytuacja, choć nienaturalna, nie była jeszcze beznadziejna, przynajmniej do momentu, w którym Romulus, miotając kończynami, jak topielec, ryknął, a następnie spróbował, w sposób tyleż desperacki, co nieporadny, chwycić Corio za płaszcz. - Nie, Romulusie, nawet nie waż się… - Lestrange, chociaż zdołał odchylić się lekko w bok, nie zdążył uniknąć kontaktu całkowicie, bo Romulus, obdarzony nie tylko talentem do organizacji eventów, ognisk, oświadczyn i katastrof, ale i do chwytania nie tam, gdzie trzeba, zazwyczaj kobiet, lecz najwyraźniej nie tylko, złapał go za ramię, pazurami wbijając się w materiał, zrobiwszy to z siłą orła porywającego ofiarę z ziemi. - Nie łap mnie, idioto, nie—

Ale było za późno, idiota wyciągnął ręce i, o ironio losu, naprawdę zdołał go złapać. Co gorsza, zamiast znaleźć oparcie i zatrzymać się, jak zapewne planował, o ile w ogóle planował cokolwiek, Romulus pociągnął go w górę, gwałtownie, bezceremonialnie. W akcie desperackiej ewolucji, Potter naprawdę zamienił bezwładną, szamoczącą panikę w celowe działanie i, po serii nieudanych szarpnięć, uchwycił się Corneliusa za kołnierz, z siłą niegodną kogoś, kto przed chwilą nie potrafił złapać nawet własnej równowagi. Corio zamarł na ułamek sekundy, a potem spojrzał na dłoń wpiętą w jego płaszcz, z miną człowieka, który wie już dokładnie, co się wydarzy, i jest tym głęboko rozczarowany.
- Nie. - Powiedział cicho. - Nie, nie rób te— - Zanim zdążył dokończyć, poruszyli się. Nie w dół, jakby sugerowała logika działania dźwigni, lecz w górę, gwałtownie, bez ostrzeżenia, bez szacunku do masy, godności ani podstawowych zasad użytkowania przyjaciół, jako punktów zakotwiczenia.

Cornelius, który przez ostatnie, co najmniej, wyłączając początki Hogwartu, dwadzieścia lat życia z powodzeniem nie fruwał bez własnej zgody i woli, oderwał się od ziemi z ruchem boleśnie nagłym, pełnym wewnętrznego protestu i zaskoczenia, lecz nieodwołalnym. W jednej chwili był jeszcze na ziemi, w drugiej... Nie.

- Na Merlina, zostaw, Romulusie! Puść się, cholera! - Wycedził przez zaciśnięte zęby, jedną ręką usiłując sięgnąć gałęzi, której oczywiście nie było, bo mieli do czynienia z palmą. Palmą! Tropikalną! W Wielkiej Brytanii. Na wrzosowisku. Przy jeziorze. Jeziorze! Merlinie, nigdy nie pomyślałby, że to powie, więc nie powiedział, ale jeśli już mieli gdzieś spadać, to do tego jeziora, mimo to.


[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=O7EeKxG.jpeg[/inny avek]

/AF ◉◉○○○ - na złapanie palmy
[roll=N]
[roll=N]


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Romulus Potter - 16.06.2025

O, niedobre to było uczucie, kiedy zwisało się głową w dół. Zdecydowanie niedobre. Między innymi dlatego byłem w szkole komentatorem, a nie graczem Quidditcha. Drugim powodem było to, że w takiej pozycji ubrania prezentowały się wręcz tragicznie. Wszystko się zsuwało, wystawało, nie trzymało fasonu! A jednak... ja jednak...
Ojej. Ciężko się myślało w tej pozycji. Miałem wrażenie, że puchnę na twarzy. Co było absolutnie nie do przyjęcia. Merlinie, uchroń. Nie chciałem wyglądać jak ciotka Petronela po trzech kieliszkach nalewki z głogu i półgodzinnej kąpieli parowej. Cóż, chciałem wyglądać bosko, a żeby tak wyglądać, wszystko musiało się trzymać na miejscu. A nie spływać.
Tyle że teraz... wszystko spływało. W dół. A może w górę? W górę na dole?! JAKI TO BYŁ KIERUNEK, NA BOGÓW?! Nie zostałem stworzony do aż tak skomplikowanych kwestii numerologicznych, przestrzennych i... i grawitacyjnych, a jednak! Leciałem! Bez prawa głosu, bez zgody, bez parasola!
Nie wiem jak, nie wiem gdzie, ale leciałem. A ze mną leciał też Cornelius, mimo że sądziłem, iż jego wielkie dupsko zatrzyma nas na ziemi niczym zaklęcie uziemiające. Wielce się pomyliłem. Prawo magii działało ponad masą Lestrange'a. Chyba. Taką miałem teorię, bo nie miałem już sił na inne.
Zacząłem gorączkowo szukać wzrokiem Prudence, licząc na to, że zaraz z łaski swojej nas odstawi na ziemię. Ale ta... ta zdawała się być coraz mniejsza. Coraz mniejsza! Czyli się oddalała. Czyli to się działo naprawdę?! Nie wiem, czy się śmiała, ale jeśli się śmiała, to chyba wewnętrznie, bo twarz miała tę swoją martwą jak... jak salceson minę! Chyba że taki był urok jej uśmiechu. I żadnej różdżki nie widziałem. Może już ją schowała? A może wcale nie czarowała? Może to wcale nie ona?!
Czy to... czy to był sądny dzień?! Czy Cornelius przez przypadek aktywował jakąś zaklętą pelerynę?! A może to jezioro miało klątwę?! Merlinie, jeśli miałem zginąć, chcę przynajmniej, żeby moje włosy falowały się z wdziękiem!

| Rzucam na percepcję (pierwszy rzut) by wypatrzyć winnego mojej lewitacji i na charyzmę (drugi rzut), żeby mu wpierdolić wzrokiem.

[roll=Z]
[roll=Z]


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Astaroth Yaxley - 16.06.2025

Byłem zaskoczony. Duchy...? To, co mówił Benek, jak najbardziej do mnie trafiało, tyle że nie miałem pojęcia, że sam mógł czuć podobnie. Że mógł czuć się... martwy? Niepasujący? Nieobecny? Nie mieściło mi się to w głowie, ale jednak było możliwe.
Może zbyt pochopnie go oceniałem? W sumie tak samo jak Laurenta, którego przy pierwszym spotkaniu bardziej chciałem zabić niż przytulić. Więc... byłem idiotą. Taki ze mnie łowca, że od razu robiłem falstart przy zbieraniu informacji. Krucho. Chyba nigdy nie miałem się tego naprawdę nauczyć.
Poczęstowałem się papierosem od Benka. Właściwie, gdy patrzyłem, jak z lubością wypełnia płuca dymem, sam zapragnąłem poczuć to samo. Oczywiście, w okrojonej wersji, ale jednak... To była miła odmiana od mojej codzienności. Pozwalała zająć ręce. Sprawiała, że czułem się choć trochę bardziej człowiekiem, a nie chłodnym, niewzruszonym głazem.
Zastanawiałem się, czy to jakieś zioło, ale powąchałem i odkryłem, że tylko zwykły tytoń. Odpaliłem papierosa różdżką i westchnąłem, gdy tylko poczułem tę odrobinę normalności. Może nie mogła się równać ze świeżą, ciepłą krwią prosto z żyły... ale jednak. Sprawiała, że nie byłem martwy. A przynajmniej, nie czułem się aż tak bardzo martwy.
Zaletą mojego stanu jest to, że nie szczam, nie sram i w sumie nawet nie muszę spać, ale robię to, żeby odpocząć od myśli – wyznałem z lekkim uśmiechem. Miałem pewne przewagi nad żywymi, jeśli chodzi o potrzeby fizjologiczne. Nie musiałem się oddalać na boczek, żeby się ogarnąć. I tak sobie pomyślałem, że gdybym wpadł teraz w ognisko, to bym się ani nie posrał, ani nie poszczał, tylko najpewniej sprawnie spłonął. Ciekawe tylko, czy bym przy tym wrzeszczał.
Ale moglibyśmy wypalić mi na tyłku tekst nie gryź ludzi, żebym pamiętał o tym przy każdym ruchu – rzuciłem z lekkim uśmiechem, choć w środku było to gorzko-smutne. Smutne żarty od smutnego czło... właściwie, wampira.
Zaciągnąłem się papierosem, chcąc się wyciszyć, ale ostatecznie jednak zamarłem. Ktoś krzyczał.
Skierowałem spojrzenie na jednego z obecnych, który unosił się w powietrzu. Spiąłem się i odruchowo odsunąłem papierosa od ust. Zerknąłem przerażony na Benka, a zaraz potem na resztę zebranych.
Nikt nie reagował?


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Benjy Fenwick - 16.06.2025

Nie miałem pojęcia, co dokładnie siedziało w  głowie Astarothowi - a nawet gdybym miał, pewnie nie wszystko bym zrozumiał - ale czułem ciężar, który znałem aż za dobrze, przynajmniej na tyle dobrze, żeby go nie osądzać. Mówił o tym wszystkim niby lekko, ale jednocześnie z takim podskórnym ciężarem, że czułem uścisk z klatce piersiowej - nie doświadczyłem mojej własnej śmierci, chociaż bywałem blisko, ale tego uczucia, które znałem aż za dobrze - oderwania od siebie, innych, czegokolwiek, co miało sens - tego już tak. Na moment zapomniałem, że siedzę obok kogoś, kto mógłby mnie rozszarpać, gdyby miał gorszy dzień. Może nawet nie dzień - gorszy... Impuls, ale z jakiegoś powodu ta scena, ten papieros, ognisko i jego głos, który zaskakująco naturalnie przechodził od śmierci do pierdolenia o czynnościach fizjologicznych… Wszystko to sprawiło, że bardziej przypominał mi siebie z dawnych czasów, tych trochę przećpanych, ale trochę lżejszych. Może nie do końca ten sam człowiek, co wtedy, na Woodstocku, ale też nie bestia, za jaką sam siebie brał.
Słuchałem go i chciałem się roześmiać. Nie z niego - tego, jak absurdalnie ludzki był ten jego tekst o nie-sraniu i nie-sikaniu. Świat się wali, a my rozmawiamy o tym, że nie musi chodzić na stronę. Jego głos brzmiał gorzko, ale był tam też cień czegoś, co przypominało autoironię. Słowa o gryzieniu ludzi uniosły kąciki moich ust, nawet jeśli żart był podszyty czymś cięższym, nie komentowałem, jeśli sam chciał się nazywać smutnym wampirem, proszę bardzo, ale mnie to nie ruszało. Siedziałem obok niego dokładnie tak samo, jak siadało się obok kumpla po ciężkiej nocy. Naprawdę miałem to gdzieś, kim stał się Astaroth - dopóki nie wpierdalał przypadkowych, niewinnych ludzi - był okej. W gruncie rzeczy - pewnie nawet lepszy od większości tych, którzy udawali porządnych. Wampir, tak? No, dobra - bywało dziwniej.
- Możemy ci to wypaliś nad lanem, zanim wstanie słońce, jak ognisko pszygaśnie. - Mruknąłem, nie patrząc na niego, tylko znów w żar, ale drgnęły mi kąciki ust. - Ale nie obiecuję ładnej kaliglafii, no i ktoś będzie musiał cię tszymaś, bo jeśli będę musiał lobiś obie te szeszy na las, to ja szię zeslam.
I wtedy poleciał krzyk, i... Nie tylko krzyk... Podniosłem wzrok i zobaczyłem jak Romulus frunie w górę, wirując w jakimś idiotycznym pokazie akrobatycznym. Właściwie nie tyle frunął, co dyndał do góry nogami, trzymając się kurczowo Corneliusa, który najwidoczniej nie miał na to ochoty. Ich sylwetki rzucały pokraczne cienie na ziemię. Oni lecieli... W sensie - faktycznie lecieli - powoli, jak balon wypuszczony z rąk podczas letniego festynu w Dolinie Godryka, i może to ta pora, ten moment, zbyt dużo gówna za nami i jeszcze więcej przed nami, ale w pierwszej chwili zamiast spanikować, parsknąłem cicho pod nosem. Poczekałem chwilę, żeby zobaczyć, czy któryś z tych dwóch idiotów spadnie.
- Nie wiem, co wziąłem... - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek, zerkając na papierosa w dłoni. - Ale zioło to nie było... No i chuj, kabalet szię zaczął. - Wyciągnąłem szyję, żeby lepiej widzieć, ale bez pośpiechu. Zaciągnąłem się z lubością i wypuściłem dym przez nos, jakby to był najspokojniejszy wieczór w moim życiu, a nie jakiś tragikomiczny spektakl. Spojrzałem kątem oka na Astarotha, który zamarł, jakby właśnie ktoś wezwał go do tablicy i przypomniał mu, że nie odrobił pracy domowej z bycia częścią towarzystwa. Ja sam uniósłbym rękę, żeby pomachać Romkowi, ale wyglądał, jakby to mogło go ostatecznie dobić. Wystarczyło, że zwisał głową w dół jak wielki nietoperz, który zgubił orientację, ale nadal ciągnął za sobą swoją zdobycz - czy tam ofiarę. Zaciągnąłem się ponownie, przez chmurę dymu, znów zerknąłem na Astarotha - w dalszym ciągu miał ten wyraz twarzy, który zwykle pojawia się u ludzi z Europy Środkowo-Wschodniej, gdy próbują zrozumieć brytyjski humor.
- Spokojnie. - Rzuciłem, przesuwając się trochę, żeby lepiej widzieć całą scenę. - Nikt nie leaguje, bo to chyba... No, standaldowy poziom naszego cylku. Mosesz spokojnie oglądaś, jak dwóch dolosłych facetów lobi z siebie latające popieldółki. - Wzruszyłem ramionami, bo tak po prawdzie... To było śmieszne - ich twarze, te chaotyczne ruchy...
- Ej, Colnelius! - Zawołałem, podsuwając dłoń do czoła, jakbym zasłaniał się przed słońcem. - Jakbyś spadł, to celuj na miękkie, dobla?
[inny avek]https://64.media.tumblr.com/e60270d63fb9b44c553f6fa5690873c9/dfa92458c3c77fc4-6b/s500x750/46a91b704d666081924397250b5c7ddfdd8288eb.gif[/inny avek]


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.06.2025

[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/12/8d/99/128d99bf2c679f040de4f68a1cfadc1b.jpg[/inny avek]

- W tej sytuacji wolałabym nie mieć racji. - Jakby to coś właściwie zmieniało... Musieli jakoś poradzić sobie z tym problemem, pewnie zajmie im to trochę czasu, ale musieli to zrobić. Tak, docierało do niej, że już nie był to tylko i wyłącznie jej problem, może to lepiej, im więcej osób się zaangażuje w sprawę, tym więcej będą mieli pomysłów, w jaki sposób można to ograć. Jej samej kończyły się już złote myśli. Dość długo bowiem próbowała to ogarnąć i jakoś nic z tego nie wyszło, czasem warto było sięgnąć po pomoc, czyż nie, to był chyba jeden z tych momentów, szczególnie, że chodziło o nieżycie jej młodszego brata.

- No, nigdy nie byliśmy szczególnie blisko, ominęły nas rodzinne obiadki, ale wiesz, jego matka to siostra Gerarda, chyba bliżej spokrewnionym być nie można. - Oczywiście poza rodzeństwem. Wiadomo, że większość czystokrwistych znalazłaby w swoich drzewach genealogicznych praktycznie wszystkie rodziny, które były uwzględnione w skorowidzu, ale w ich przypadku było to naprawdę bardzo bliskie pokrewieństwo, tyle, że mało kto o nim wiedział, czy pamiętał. Zresztą Benjy był teraz kimś innym prawda, nie było więc sensu się skupiać na tych koligacjach, które i tak nie miały aktualnie żadnego znaczenia.

Czasem tak się zdarzało, że rodzinie nie do końca było ze sobą po drodze, oni byli tego idealnym przykładem, jasne w Hogwarcie jakoś się ze sobą dogadywali, grali razem przez kilka lat w drużynie, nawet go wtedy lubiła, tyle, że nie byli już tymi samymi ludźmi, a Fenwick pokazywał, że gardzi takimi jak ona, jakby uważał się za lepszego przez to, że odciął się od świata, w którym przyszło im żyć. Nie był to jednak moment, w którym chciała o tym myśleć, naprawdę próbowała zmienić swoje nastawienie, wyciągnęła w jego kierunku nawet gałązkę oliwną, a nie robiła tego często. Starała się, by ich relacja stała się jak najbardziej poprawna, bo zależało im na tych samych ludziach, więc bez sensu byłoby pałać do siebie nienawiścią.

- Tak szczerze? Nie wiem, czy oni się rozpoznali, może myśleli, że mają do czynienia z kimś innym, a później dopiero do nich dotarło kim są. - Wcale by jej to nie zdziwiło. Nie miała pojęcia, kiedy zaczęli się lubić, gdzie doszło do ich pojednania, bliższego poznania, jak zwał tak zwał. Nie wnikała w to, tak chyba było bezpieczniej.

Yaxleyówna nie do końca wiedziała, dlaczego Ambroise tak zirytował się tym tekstem o świniaku (tylko tyle dotarło do jej uszu), ale coś musiało być na rzeczy, bo rzucił w Romulusa zaklęciem. Z początku poszło jako tako, ale postanowił powtórzyć tę czynność i wtedy, wtedy dopiero zdała sobie sprawę, co dokładnie zamierzał zrobić. Czar został rzucony perfekcyjnie, nie dało się tego nie zauważyć, idealne zaklęcie, by wyjebać Pottera w kosmos, tylko po co? Dlaczego? Zamrugała dwa razy i wypiła zawartość swojej szklanki jednym haustem.

Dopiero wtedy cyrk zaczął swoje przedstawienie. Romulus postanowił złapać się Corneliusa... Cóż, nie sądziła, że mu się to spodoba, wiadomo jaki był Lestrange, a teraz zaczęli razem wznosić się nad ziemią. Yaxleyówna wpatrywała się w nich, nie do końca wiedząc, czy powinna zareagować. Daleko chyba nie polecą, prawda? Nie polecą daleko... Przeniosła wzrok na Ambroisa, pokręciła przy tym głową i mruknęła cicho. - Corio Cię zajebie. - Romulus raczej nie miał takich tendencji... Na szczęście ona nie była w to zamieszana, więc nie musiała się martwić zirytowanym przyjacielem, a tak, miała pewność, że nie zareaguje na to ze szczególną radością. Lestrange zdecydowanie należał do osób, które lubiły panować nad swoim otoczeniem, a w tej sytuacji... przez to, że Romulus postanowił się go chwycić stał się przypadkową ofiarą tego żartu, bo to chyba był żart?

- Długo tak będą? Fruwać? Masz na to jakiś pomysł, czy raczej YOLO? - Nie byli tutaj jedynymi osobami, więc w sumie ani Romek, ani Corio mogli nie dowiedzieć się kto był odpowiedzialny za tę ich chwilową zabawę w przestworzach. Geraldine chcąc nie chcąc nie potrafiła powstrzymać uśmiechu, który zaczął pojawiać się na jej twarzy, cóż, dwoje dorosłych typów, którzy bezwiednie unosili się na wietrze, to było całkiem zabawne.




RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Elias Bletchley - 16.06.2025

Zerknął kontrolnie. Wyglądało na to, że wszyscy zbili się już w pomniejsze grupki. W sumie może to i dobrze, że rozmowa względnie się wszystkim kleiła? Po tym, co ich spotkało w Londynie można było zakładać, że ognisko mogło trwać w akompaniamencie odgłosów świerszczy i kumkania lokalnego stada żab. A tak...? Przynajmniej częściowo mogli zapomnieć o losie stolicy.

Opowiem o tym matce przy najbliższej okazji. W końcu będę miał jakiś dowód na twoją jawną nikczemność — poinformował ją bez mrugnięcia okiem. — Zawsze wiedziałem, że to twoja wielka fantazja. Chciałabyś, żeby mój mózg był chociaż trochę martwy, co? W końcu miałabyś okazję do tego, żeby mi trochę pogrzebać w głowie. — Pokazał jej z niemym rozbawieniem język. — Taka oto z ciebie fetyszystka.

Zapewne byłaby wniebowzięta, gdyby brat zdecydował się przekazać swoje ciało nauce po ewentualnym zgonie. Wtedy mogłaby na nim eksperymentować do woli i być może odkryłaby czemu aż tak się od siebie różnili. Kto wie, może nawet na podstawie swoich doświadczeń napisałaby pracę naukową, żeby drugi taki Eliasz już nigdy się nie urodził? Z jednej strony urocze, bo byłbym jedyny w swoim rodzaju, a z drugiej... Szalenie pokręcone, pomyślał, przyglądając się siostrze z krzywą miną. Jakby co najmniej oczekiwał, że zaraz wyciągnie z kieszeni skalpel.

Pół na pół. Ambroży kazał mi odebrać paczkę z Londynu, skoro już byłem w okolicy — wyjaśnił pokrótce, siadając na hamaku tuż obok siostry. Wiązania siedziska naprężyły się pod ich wspólnym ciężarem. Westchnął ciężko. — Będziemy jeść ''mięsnego jeża''. Mięso z jeża, rozumiesz to? Jak te czystokrwiste burżuje. Te wszystkie Blacki, Malfoye i Mulcibery muszą zajadać się tym na co dzień.

Niewykluczone, że Yaxley nawet go upolowała, pomyślał przelotnie Eliasz, zerkając w stronę olbrzymki i jej partnera. W końcu, czy ona przypadkiem nie przewodziła jakiemuś kółku strzeleckiemu? A może jej rodzina prowadziła jakąś szkółkę leśną? Nie potrafił sobie przypomnieć, ale kojarzył, że rodzina kobiety miała sporo wspólnego z dzikimi zwierzętami i lasem. Skoro Ambroise zajmował się leczeniem, to nic dziwnego, że to Geraldine musiała dbać o to, żeby na stole zawsze było jakieś jedzenie. W poniedziałki tatar ze skunksa, we środy potrawka z lisa... Wzdrygnął się na samą myśl. Oby Ambroży od czasu do czasu jadał na mieście, bo jeszcze kiedyś sam wyląduje na oddziale z zatruciem pokarmowym. Albo wścieklizną.

Cieszę się, że przyjęłaś zaproszenie — przyznał po dłuższej chwili. — Spodziewałem się, że... Znowu schowasz się w swoich katakumbach. W sensie, w Ministerstwie Magii. — Wywrócił wymownie oczami. — Wyjście do ludzi dobrze nam zrobi. Zwłaszcza po wydarzeniach ostatnich dni. Ah, no i twoja kreatywność nieco się rozbudzi. Będziesz musiała wymyślić coś lepszego od szlabanu, którego już nie możesz nikomu wlepić, jak ktoś zagra ci na nerwach.

Uśmiechnął się szeroko.



RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.06.2025

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/bc072cc966641f9e2926cf87eae72144/49b76fe2fed73ccc-1d/s500x750/391661ef1bec221a3181c1faf51e48e367a2314f.pnj[/inny avek]
- Wiem - kiwnął głową, zachowując poważny wyraz twarzy.
Nie próbował wymuszać uśmiechu. Nie robił pocieszającej miny. Nie tego teraz potrzebowali. Próby udawania, że sytuacja jest mniej poważna niż w rzeczywistości byłyby co najmniej zbyteczne. O kant dupy potłuc. Może nawet tej samej, na której Astaroth chciał mieć swój uroczy napis, choć akurat tego nie mogliby stwierdzić z pewnością, szczególnie, że zupełnie nie słyszeli rozmowy dwojga mężczyzn siedzących bezpośrednio przy samym ognisku.
- Wiem - drugie kiwnięcie, po którym jednak odrobinę się poprawił. - To znaczy, teraz już pamiętam. Nie mają zbyt dobrych relacji - nie pytał, raczej stwierdzał fakt, opierając się na tych dosyć szczątkowych informacjach, jakie wyniósł z własnych obserwacji.
Szczególnie z tych wszystkich interakcji, jakie miał z obiema, bądź co bądź, rodzinami. Nie miał zielonego pojęcia, co dokładnie było powodem braku tych obiadków, o których wspomniała Geraldine, ale zdecydowanie coś było na rzeczy.
Nie wnikał w to jednak zbyt głęboko. Nie musiał a nigdy nie miał zbyt dużych zapędów plotkarskich. Wręcz przeciwnie. Raczej był jedną z tych osób, które zapytane o detale, wzruszały ramionami, po czym mówiły, że nie znają szczegółów. Często gęsto nawet wtedy, gdy w rzeczywistości coś tam (a nawet więcej niż coś tam) wiedziały.
Rzecz jasna, nie chował tych informacji przed Yaxleyówną. W przeszłości zazwyczaj mówił jej o wszystkim, o czym wiedział. Teraz zresztą obiecał, że będzie jeszcze bardziej szczery. Jednakże nie zwykł czerpać satysfakcji z bycia przekupą. Jeśli zbierał wiedzę, to miał w tym cel. Zazwyczaj średnio moralny, ale z pewnością nie plotkarski na miarę prowadzenia własnej rubryki w Proroku. W tym wypadku nigdy wcześniej żadnego nie widział. A może powinien?
- Tak właściwie, niespecjalnie by mnie to zdziwiło - odparł, rzucając przelotne spojrzenie w stronę obu mężczyzn, po czym wychylając kubek z alkoholem i już otwierając usta, żeby dodać coś o tym, że tak czy siak, może to mogło dobrze zrobić Astarothowi, ale wtedy...
...no, właśnie. Świniak. Roman i świniak. Musiał interweniować, nawet jeśli (a może wręcz szczególnie?) napotkał przy tym zupełnie pozbawione zrozumienia spojrzenie ze strony jego dziewczyny. Jeszcze chwila a cały misterny plan mógł pójść w pizdu. Zamachnął się jednak różdżką po raz drugi i...
...o panie, jak oni lecieli. To zaklęcie naprawdę zajebiście mu wyszło. W pewnym sensie zaskoczył sam siebie, tłumiąc wybuch śmiechu, gdy spostrzegł, do czego to wszystko doprowadziło.
Bez chwili namysłu, przygryzł wnętrza policzków, powstrzymując się przed szerokim wyszczerzem. Prawdopodobnie, gdyby nagle postanowił ostentacyjnie zacząć suszyć zęby, któraś z ofiar zaklęcia zwróciłaby na to uwagę. Czym innym było bowiem lekkie chichranie się pod nosem, czym innym zaś otwarte czerpanie satysfakcji z całej sytuacji.
A tę ostatnią Roise bez wątpienia miał. Co prawda, nigdy nie założyłby, że swoim pochopnie poprawionym zaklęciem przyczyni się do porwania nie jednej a dwóch osób, jednak zdecydowanie nie zamierzał narzekać. Nie spanikował też, widząc poczynania Romka, który poniekąd (przynajmniej według logiki Greengrassa) był w znacznym stopniu odpowiedzialny za rozwój sytuacji.
Gdyby nie działania Pottera, Lestrange nie znalazłby się w górze, czyż nie? Zdecydowanie tego nie chciał, bez wątpienia wyglądał dokładnie tak jak to ujęła Geraldine: jakby wewnątrz swojej głowy już planował komuś lub kogoś zajebać. Chwilowo jednak większość jego uwagi bez wątpienia była skierowana w stronę uporczywie trzymającego go przyjaciela, który chyba ani myślał puścić.
Tym samym obaj wznosili się coraz wyżej. W teorii po naprawdę ładnym torze lotu, który szedłby eleganckim łukiem od ziemi w kierunku największego z tropikalnych drzew. Tyle tylko, że sposób, w jaki Romulus miotał się to w jedną, to w drugą stronę, dodatkowo obciążony (niedostatecznym) ciężarem drugiego mężczyzny, odrobinę psuł całą finezję.
- O ile dowie się, że to ja - podkreślił bez wahania, unosząc przy tym brew. - A chyba mnie nie wydasz, co? Wiesz, że wtedy wszystkiego się wyprę - nawet nie czuł się winny, zdecydowanie nie.
Szczególnie, że Potter poniekąd sam sobie zawinił. To on wzniósł Corneliusa na wyżyny swego dramatyzmu, Ambroise tego nie planował. Samo tak wyszło. Zupełnie samo się machnęło. Wyczarowało.
- A bo ja wiem? YOLO? - Odparł z przelotnym błyskiem w oku przeznaczonym wyłącznie dla Riny, na którą spojrzał z miną niewiniątka.
Ot, oni także byli wyłącznie obserwatorami, czyż nie? Nie mieli nic wspólnego z tym, co działo się w tej chwili. Jedynie komentowali bieżącą sytuację, robiąc to na tyle cicho, że ich głosy z pewnością tonęły w dźwiękach wydawanych przez dwa odlatujące ludzkie baloniki.
Tak po prawdzie, pytanie, jakie padło z ust jego dziewczyny miało więcej sensu i zasadności niż mógłby powiedzieć na głos, bowiem zdecydowanie nie przemyślał tego, co zrobił. Działał pod wpływem impulsu, skorzystał z sytuacji, działał w afekcie czy coś. W momencie, w którym usłyszał, że Roman zaczyna coraz więcej paplać, ryzykując zupełnym spierdoleniem mu jednej z najważniejszych chwil w życiu, zareagował pierwszym, co przyszło mu do głowy. Zupełnie nie myślał o tym, co będzie, kiedy Romeczek dotrze do palmy.
YOLO. Tak. Zupełnie YOLO. Planował wznieść przyjaciela, nie go opuścić. Wystarczyło, że Romka opuściło wszystko inne. W tym zdrowy rozsądek, w którego istnienie, tak po prawdzie, Ambroise powoli coraz bardziej zaczynał wątpić. Możliwe, że było dosyć sporo prawdy w twierdzeniu, że kto z kim przystawał. A Potter, który bez wątpienia miał dużo do czynienia z szaleńcami w Lecznicy Dusz, miotał się właśnie jak szalony. Przypadek?
- Posłanie ich do jeziora, żeby mieli względnie miękkie lądowanie nie jest zbyt dobrym pomysłem, co nie? - Teoretycznie wcale nie musiał o to pytać.
Doskonale znał odpowiedź i to, że w takim przypadku rzeczywiście obaj mieli zechcieć wyruszyć na polowanie na śmieszka odpowiedzialnego za Latający Cyrk Romy'ego Pottera. Zniszczone ubrania, mokre włosy, rozwalone fryzury. Niby szybko by wyschli, szczególnie przy ognisku, zwłaszcza dodatkowo osuszając się różdżkami. Poza tym w akwenie (chyba) nie żyło nic zbyt inwazyjnego. Nie napotkaliby tam żadnego poirytowanego stworzenia. No, przynajmniej prawdopodobieństwo takiego przebiegu zdarzeń było niskie.
Mimo to, Ambroise w końcu wziął głęboki wdech, żeby uspokoić jakoś zapędy do roześmiania się w głos, po czym ponownie machnął różdżką. Dalej jak najdyskretniej, wciąż dosyć subtelnie i skrycie, rzucił kontrzaklęcie mające na celu przerwanie lotu obu mężczyzn i sprowadzenie ich na dół. Dla dobra wszystkich: pojedynczo, już nie w parze. Roise planował jak najłagodniej opuścić przyjaciół na dwa wolne hamaki.

Translokacja (I) - opuszczenie #1
[roll=O]

Translokacja (I) - opuszczenie #2
[roll=O]

Naprawdę próbował sprawić, że cały zabieg przebiegnie dokładnie tak płynnie jak wzniesienie ich orłów w górę. Usiłował wyglądać na niewinnego obserwatora, jednocześnie z całej siły skupiając się na tym, żeby zapewnić obu ofiarom (tej celowej i zupełnie przypadkowej) jak najbardziej miękkie lądowanie.
Nie przewidział tylko jednego. Tego, że mężczyźni nie znali jego planów. Wciąż próbowali sami sobie pomóc. A miotanie się i chwytanie palm zdecydowanie miało wpływ na zmianę trajektorii opadania. W momencie, w którym Ambroise zaczął przymierzać się, żeby opuszczać Romulusa, jego towarzysz złapał za drzewo. To poniekąd zmieniło plany Greengrassa, szczególnie, że pod ciężarem Lestrange'a, palma przechyliła się odrobinę, zabujała się u samego czubka. Należało interweniować zanim palmoalpinista zrobi coś głupiego. Roise machnął różdżką i...
...pierwszy mężczyzna dał się sprowadzić na dół. Za to drugi?
Być może Potterem nie wystrzeliło niczym z procy, jednak to, w jaki sposób zachowało się drzewo po zdjęciu części ciężaru, w zupełności wystarczyło, żeby zwalił się jak niedźwiedź, który nie dotarł do ula. Trafił na hamak. A owszem. Tyle tylko, że na ten zajęty. Zaklęcie zostało przerwane. Tylko jego towarzysz dotarł bezpiecznie na swoje miejsce.


RE: [12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood - Cornelius Lestrange - 16.06.2025

Cornelius, kołysząc się z Romulusem w tandemie jak dwie bezradne ryby oderwane od dna przez wir wodny, jedynie przymknął oczy i pomyślał z goryczą, że następnym razem, gdy ktoś zapyta go, dlaczego unika towarzystwa niektórych ludzi, będzie mógł po prostu wskazać w niebo i powiedzieć: „Dlatego.” To miało być normalne ognisko, nic więcej, a nagle szybowali w powietrzu i nie wiedzieli, gdzie, ani jak wylądują.

Palma, jak się okazało, nie była szczególnie skora do współpracy, jej liście, może i imponujące z dołu - zielone wachlarze, które leniwie kiwały się na wietrze, nadając całemu pejzażowi nieco egzotyczny wygląd riwiery - z bliska okazały się nieprzyjemnie szorstkie, giętkie w sposób nieużyteczny i, co najgorsze, absolutnie nieprzystosowane do utrzymywania dorosłego mężczyzny w zawieszeniu nad ziemią, co dopiero mówić o dwóch. A jednak Cornelius, z niechętnym wyrazem twarzy i determinacją człowieka, który już dawno przestał liczyć na cud, ale nie stracił resztek desperacji, wyciągnął rękę i chwycił się najbliższego rozgałęzienia, zdołał zahaczyć się drzewo w sposób, który nie należał ani do estetycznych, ani szczególnie wygodnych, ale przynajmniej skutecznie spowolnił ich niechciane wznoszenie ku atmosferze. Przez chwilę wisiał więc w tej niedorzecznej pozie, kołysząc się między światem, gdzie jeszcze przed paroma minutami rozważał, czy wypada zapalić drugą fajkę z rzędu, a tym, w którym ludzie naprawdę odrywają się od ziemi, nie mając pojęcia, jak temu zaradzić.

W dodatku, zanim Lestrange zdążył przeanalizować, czy przypadkiem nie ma jakiegoś sposobu, by upadając z tej pozycji się nie zabić, zaklęcie, które ich unosiło, znikło. Po prostu prysnęło, uczucie było nagłe, brutalne i całkowicie niekonsultowane, jak wszystko. Powietrze przestało stawiać opór, ciężar powrócił, ale nie, jako miłe przypomnienie o ziemskiej grawitacji, ale jako bezlitosne szarpnięcie ku dołowi, które sprawiło, że wszystkie wnętrzności Corneliusa wywinęły koziołka. Mężczyzna przez krótką, absurdalnie długą sekundę balansował, próbując zdecydować, czy warto się ratować, z całym tym żenującym dramatyzmem, czy lepiej po prostu pogodzić się z losem i dołączyć do Romulusa na dole, gdziekolwiek ten miał wylądować przed nim.

Tak, ponieważ Romulus powinien spaść jako pierwszy, to należałoby do tych zjawisk, które niosłyby w sobie coś głęboko sprawiedliwego i satysfakcjonującego z tej czystej, niepodważalnej równowagi wszechświata - wzniósł się pierwszy, to powinien spaść pierwszy. Cornelius spojrzał na niego z góry, metaforycznie, bo dosłownie trzymał drzewo, czekając na moment, gdy Roman zleci z jękiem i hukiem, który będzie sugerował, że upadł na coś równie twardego, co jego pusta łepetyna. Gdzieś w tle dało się słyszeć trzaśnięcie, jakby pękało drewno albo dupa, albo może oba na raz. Rozległ się paskudny dźwięk, potem coś między chrupnięciem a skrzypnięciem, na jakich odgłos, Lestrange, który wciąż jeszcze trzymał się palmy, zmarszczył lekko brwi. Drzewo się zakołysało.

Cornelius, bez większej nadziei, próbował jeszcze poprawić uchwyt, ale było już za późno, przeciążenie, grawitacja i zmęczenie jego ciała sprzymierzyły się. Spadał z tą fatalistyczną, niemal fizycznie ciężką świadomością, że oto wydarza się kolejna z tych rzeczy, których nie planował, nie chciał, nie zamówił i które najpewniej skończą się otarciami, sińcami oraz jeszcze jednym powodem do skopania dupy kogokolwiek, kto był odpowiedzialny za całą sytuację, czyli pewnie głównie Romka, bo nikt inny na pewno miał się nie przyznać. Minął kokosa, minął coś, co wyglądało jak zbłąkana papuga, choć miał nadzieję, że to tylko halucynacja, a potem w końcu wylądował i to „wylądował” wcale nie było słowem mocno na wyrost. Spadł miękko, na hamak, przed Romulusem, ale bezpiecznie. Chwała losowi.


[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=O7EeKxG.jpeg[/inny avek]